Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 122 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 5, 6, 7, 8, 9  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 29 mar 2017, 12:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Europa błądzi, wypala się i zanika wyprowadzana na manowce cywilizacyjne przez obłąkane przywództwo lewackie.
Co jeszcze zostało z Europy, z jej kultury, z jej cywilizacji, z jej mieszkańców?
Czy się podźwignie, czy odnajdzie swoją drogę po której przez wieki się rozwijała i z której od wieków zbaczała, głównie od czasów Lutra, poprzez zdziczenie francuskiej, bolszewickiej i niemiecko - nazistowskiej rewolucji, aż po dzisiejsze ogłupienie feministyczno - genderowskie i poprawnościowe zakłamanie.


Europa dzisiaj

Obrazek

Obecny kryzys Unii Europejskiej rozumianej jako projekt polityczny jest następstwem kryzysu dotyczącego samych fundamentów kultury europejskiej – stwierdził wczoraj w Barcelonie ks. abp Marek Jędraszewski. Wskazywał, że młodemu pokoleniu trzeba stawiać konkretne wymagania moralne oraz uczyć konsekwencji i wytrwałości w dążeniu do realizacji celów. Wykład metropolity krakowskiego pt. „Jezus w drodze do Emaus – towarzyszenie w Europie dzisiaj” zainaugurowało sympozjum Rady Konferencji Episkopatów Europy o towarzyszeniu młodym. W czterodniowych obradach biorą udział duchowni i świeccy przedstawiciele 37 konferencji Episkopatów oraz wspólnot, którzy na co dzień pracują z młodzieżą.

Wykład ks. abp. Marka Jędraszewskiego:

1. Wprowadzenie

Jest dla mnie wielkim zaszczytem, że moim wystąpieniem mogę otworzyć pierwszą część sympozjum organizowanego przez Komisję CCEE ds. Katechezy, Szkoły i Uniwersytetów zatytułowaną „Osoba, której się towarzyszy”. Pragnę równocześnie podkreślić fakt, że jest to pierwsze tego typu sympozjum, ponieważ dotychczasowe spotkania i kongresy były organizowane przez poszczególne sekcje naszej komisji. Jednakże tym razem sympozjum organizowane jest przez całą komisję. Z poczuciem osobistego zaszczytu wiąże się jeszcze moja radość i satysfakcja wynikające z tego, że przygotowania do sympozjum były przedmiotem intensywnych prac wszystkich trzech sekcji naszej komisji, a zatem sekcji zajmującej się katechezą, której przewodniczy Jego Ekscelencja Ksiądz Arcybiskup Đuro Hranić, arcybiskup Dakovo-Osijek; sekcji, której celem jest troska o szkoły katolickie w Europie, a której pracami kieruje Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup Eric Aumonier, biskup Wersalu; oraz na koniec sekcję zajmującą się duszpasterstwem akademickim, pod moim przewodnictwem. Wszystkim osobom, których kilkuletnia praca i zaangażowanie przyniosły tak wspaniały efekt, pragnę teraz z całego serca podziękować.

Idea sympozjum pojawiła się w kwietniu 2015 roku, w Łodzi, której wtedy byłem arcybiskupem, przy okazji sympozjum „Być i stawać się odpowiedzialnym w życiu”. Wtedy to miało miejsce zebranie przewodniczących i sekretarzy wszystkich trzech sekcji komisji, podczas którego pojawiła się idea, aby na sprawy przekazywania chrześcijańskiej wiary spojrzeć całościowo, w świetle procesu wewnętrznej integracji każdej osoby ludzkiej, uwzględniając cały proces edukacyjny młodego człowieka, począwszy od katechezy parafialnej, szkoły katolickiej i duszpasterstwa akademickiego. Idea ta znalazła pośrednie, choć wyraźne wsparcie podczas obrad samego sympozjum w Łodzi. Przykładem tego jest następujący fragment referatu prof. Kai Kaźmierskiej, profesora Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego w Polsce: „Poczucie ciągłości tożsamości pełni tu rolę kluczową, dlatego refleksyjne spojrzenie na przeszłość staje się elementem procesu budowania tożsamości w perspektywie teraźniejszości i przyszłości. Wpisany w naszą kulturę wzór ciągłości, wyrażający się zarówno w oczekiwaniu zintegrowania osobistych doświadczeń, jak i ciągłości pokoleniowej (w każdym z tych wymiarów brak pamięci uznany jest za patologię), prowadzi do psychologicznie, ale i kulturowo uwarunkowanego oczekiwania wobec obrazu własnej biografii. Jest nim umiejętność zbudowania symbolicznej relacji między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Wychowani w kulturze czasu historycznego, a więc linearnego, mamy poczucie upływu i nieodwracalności. Zarazem jednak powrót do przeszłości, tj. do wspomnień, do świata zakodowanego w pamięci, przydaje biografii alinearności. Sięgamy tu do bogatych zasobów uniwersum symbolicznego, odnoszącego się do sfery sacrum, której jednym z atrybutów jest właśnie odwracalność. Rzecz w tym, aby w biograficznych interpretacjach móc połączyć te dwa przeciwstawne porządki, aby – mówiąc inaczej – przemierzając linię życia mieć/móc do czego powracać. Jeśli taka możliwość zostanie człowiekowi odebrana, problem biograficznej spójności staje się nie tylko powinnością, ale i przymusem zmierzenia się z trudnym, bo zakłóconym procesem jej budowania. Niebagatelną rolę pełni tu proces budowania zintegrowanego obrazu tożsamości”(1).

Tytuł mojego wystąpienia brzmi: „Jezus w drodze do Emaus – towarzyszenie w Europie dzisiaj”. Zawarte są w nim zatem trzy elementy, które w konsekwencji będą stanowiły trzy części mego referatu. Pierwszą część – o charakterze biblijno-pastoralnym – wyznaczają słowa: „Jezus w drodze do Emaus”. Na drugą część, będącą refleksją socjologiczno-kulturową, wskazują słowa: „Europa dzisiaj”. Natomiast treść trzeciej części zawiera się w jednym tylko słowie: „towarzyszenie”. W słowie tym jest zawarty pewien program działania tych osób, które z racji swego powołania i miejsca w Kościele – rodzice, nauczyciele, wychowawcy, księża, siostry zakonne, członkowie różnych ruchów i stowarzyszeń katolickich – są odpowiedzialne za przekazywanie młodym skarbu wiary i towarzyszenie im w ich wzrastaniu w cnotach teologalnych wiary, nadziei i miłości.


2. Jezus w drodze do Emaus

Zatrzymajmy się zatem najpierw przy wszystkim nam znanym fragmencie Ewangelii według św. Łukasza z rozdziału 24. W jego wierszach 13-35 Ewangelista mówi nam o spotkaniu z Chrystusem dwóch uczniów, zdążających do Emaus – o spotkaniu z Chrystusem, który powiedział o sobie, że jest Prawdą (por. J 14,6). Jak wyglądało to spotkanie? Jak prawda o Prawdzie niejako przedzierała się do umysłów i serc obydwóch wędrowców?

Szli oni do Emaus pełni zwątpienia u uczniów. Ogarniał ich smutek, głębokie rozczarowanie i poczucie przegranego życia, wyrażające się w ich stwierdzeniu: „A myśmy się spodziewali” (Łk 24,21a). Uczniowie wprawdzie już usłyszeli, że Chrystus zmartwychwstał, ale była to wieść, która, usłyszana od kobiet, ich po prostu przeraziła (Łk 24,22). Przeżywali zatem pewne dokładnie określone stany emocjonalne: smutek, przerażenie, rozczarowanie, poczucie przegranych nadziei. Te emocje były tak silne, że nawet pewne realne fakty nie potrafiły ich przezwyciężyć. Tymi faktami były: relacje kobiet o spotkaniu z aniołami; pusty grób, w którym nie było już ciała Chrystusa; potwierdzenie przez Piotra i niektórych uczniów relacji kobiet o pustym grobie Chrystusa (por. Łk 24,12.23-24). W jakiejś mierze można by jeszcze zrozumieć sceptycyzm uczniów, którzy uznali słowa kobiet za „czczą gadaninę”, której w imię najbardziej podstawowego rozsądku nie można było dać wiary (por. Łk 24,11). Ale przecież Piotr i niektórzy z uczniów – a więc mężczyźni! – widzieli pusty grób Chrystusa! Jednakże Piotr poprzestał na dziwieniu się wobec tego, „co się stało” (Łk 24,12), a dwaj uczniowie zdążający do Emaus dali się pokonać przez smutek i poczucie przegranego życia. Dlaczego tak właśnie się stało? Wydaje się, że kluczowe dla zrozumienia tej sytuacji jest stwierdzenie, że Piotr i inni uczniowie, którzy przybyli do grobu Chrystusa, „Jego nie widzieli” (Łk 24,24). Wynika z tego, że dla uczniów, o których opowiada św. Łukasz, najważniejszym kryterium uznania prawdziwości jakiegoś faktu było samo czysto zmysłowe widzenie. Ponieważ uczniowie nie zobaczyli Chrystusa, po prostu nie przyjęli za prawdę wieści o Jego zmartwychwstaniu. Z punktu widzenia filozoficznej teorii poznania postawę uczniów można by uznać za przejaw kolejnej wersji tak zwanej nieklasycznej definicji prawdy, która przyjęłaby postać następującego stwierdzenia: „Coś jest prawdziwe, jeśli jest osobiście zmysłowo widziane”.

Tymczasem Zmartwychwstały Chrystus odrzuca tego rodzaju koncepcję prawdy, wręcz pragnie być dla niej zarówno wyzwaniem, jak i jej przezwyciężeniem. Celowo zbliża się więc do uczniów jako Ktoś, kto nie zostaje przez nich wzrokowo rozpoznany. Święty Łukasz pisze bowiem: „Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali” (Łk 24,16). Chrystus jako nierozpoznany trzeci Wędrowiec podejmuje z nimi rozmowę, odwołując się do autorytetu świętych Ksiąg: „I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego” (Łk 24,27). Pod wpływem Jego argumentacji serca uczniów zaczęły się zmieniać: jak potem stwierdzili, „serce […] pałało w nas” (por. Łk 24,32b). Pełna duchowa przemiana nastąpiła w nich w chwili wieczornej Eucharystii, kiedy to Chrystus „wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im” (Łk 24,30). Wtedy doszło do przedziwnego olśnienia: „Oczy im się otworzyły i poznali Go” (Łk 24,31). Musiało to być poznanie dużo bardziej głębokie niż to, które daje czysto zmysłowe postrzeganie, ponieważ mimo tego, że zaraz potem Chrystus „zniknął im z oczu” (a zatem zmysłowo nie widzieli Go już więcej), „przepełnieni radością wrócili do Jerozolimy, opowiadając o swoim spotkaniu ze Zmartwychwstałym Panem” (por. Łk 24,31b.33-35).

Historia uczniów zdążających do Emaus pozostaje ciągle aktualna w odniesieniu do młodych ludzi żyjących we współczesnej Europie. Wielu z nich urodziło się w chrześcijańskich rodzinach i w sposób niejako naturalny wzrastają w wierze Kościoła katolickiego. Wielu innych z różnych powodów straciło wiarę, niekiedy poprzez utratę zaufania do Kościoła. Stąd często żyją oni w poczuciu wewnętrznego rozgoryczenia, za którym idą: smutek, brak poczucia sensu życia i obezwładniająca ich beznadzieja. Wielu jeszcze innych wie wprawdzie, że istnieje religia chrześcijańska, co więcej – wielu z nich słyszało o Chrystusie ukrzyżowanym i zmartwychwstałym jako głównym przesłaniu, z którym Kościół zwraca się do świata, ale pozostają w wielkim dystansie wobec Niego. Do nich wszystkich – chociaż za każdym razem w inny sposób – zbliża się Kościół i poprzez swoich świadków zaczyna budzić w nich nadzieję na nowe, autentyczne życie. Ukazuje im prawdę zawartą w Ewangelii, czyli w Dobrej Nowinie o Jezusie Chrystusie, Bożym Synu, Zbawicielu świata i Odkupicielu człowieka. W Eucharystii odsłania im następnie całą, ciągle odnawianą i przeżywaną prawdę o Chrystusie ukrzyżowanym i zmartwychwstałym. Pod wpływem świadectwa ludzi z jednej strony oraz na skutek Bożej łaski z drugiej strony dochodzi do radykalnej przemiany serc młodych ludzi. Wykraczając poza doświadczenia czysto zmysłowe, osobiście doświadczają oni obecności Chrystusa i odtąd, już jako ludzie wierzący w Niego, pod wpływem Ducha Świętego pełni radości głoszą Go całemu światu. W ich życiu po raz kolejny w długich dziejach Kościoła powtarza się historia uczniów zdążających do Emaus.

3. Europa dzisiaj

Jest oczywiście truizmem, że współczesna Europa znajduje się w stanie głębokiego kryzysu. Stwierdzając to, nie mam na myśli przede wszystkim kryzysu, jaki trawi Unię Europejską rozumianą jako pewien projekt polityczny, który powstał w Europie po zakończeniu drugiej wojny światowej. Wspomniany przed chwilą kryzys polityczny jest bowiem następstwem kryzysu dużo bardziej głębokiego, który dotyczy samych fundamentów kultury europejskiej, zwanej niekiedy również kulturą śródziemnomorską lub zachodnią. Jak powszechnie wiadomo, tożsamość tej kultury tworzyła się poprzez syntezę filozofii greckiej, symbolizowanej przez Ateny, religii chrześcijańskiej, symbolizowanej przez Jerozolimę, i obowiązujących wszystkich obywateli prawo, symbolizowane przez Rzym. Obecnie w niektórych środowiskach głosi się dość powszechnie, że współczesna Europa jest już postchrześcijańska, a przepowiadane przez religię chrześcijańską prawdy odnoszące się do Boga i do człowieka należy, w imię wszechwładnego postępu, przenieść ostatecznie do lamusa historii. Jest równocześnie rzeczą niezwykle znamienną, że słowem roku 2016 ogłoszono na uniwersytecie w Oksfordzie termin „postprawda”. Wbrew niektórym komentarzom należy przy tym z całą mocą stwierdzić, że postprawda nie może być utożsamiana z kłamstwem. Kłamstwo jest bowiem świadomym zafałszowaniem jakiejś prawdy, natomiast postprawda wskazuje na to, że w przestrzeni społecznej nie ma już miejsca na jakąkolwiek obiektywną prawdę. Mówiące o niej i poddające się powszechnej weryfikalności fakty są lekceważone i zastępowane przez tak zwane narracje, budowane na emocjach i uprzedzeniach, umiejętnie potęgowanych przez wspierające je media. Kwestionując istnienie obiektywnej prawdy, odrzuca się drugi fundamentalny element kultury europejskiej, który jest symbolizowany przez Ateny. W tym momencie naszych rozważań możemy, wręcz powinniśmy postawić następujące pytanie: czym jest jeszcze Europa, jeśli pozbawia się ją odniesień do Jerozolimy i do Aten? Pozostaje wprawdzie jeszcze jej odniesienie do Rzymu, czyli do prawa. Jednakże prawo, które nie jest zakotwiczone w obiektywnej prawdzie o wartościach moralnych, sprowadza się do takiego jego stosowania, jakiego przykład prawie dwa tysiące lat temu dał pewien prokurator rzymski o imieniu Piłat. W tej sytuacji w wielu współczesnych demokracjach dochodzi do tworzenia praw godzących w najbardziej podstawowe prawa człowieka, w tym jego prawa do życia, jak to ma miejsce w przypadku eutanazji czy też aborcji rozumianej jako „prawo kobiety do siebie samej”, przedstawiane jako jedna z głównych tak zwanych wartości europejskich.

Pośród wielu przejawów kryzysu, jaki dotyka współczesną Europę, na pierwszym miejscu wskazałbym na kryzys rozumienia osoby ludzkiej i międzyosobowej wspólnoty. Dwudziestowieczny personalizm i bardzo bliska mu filozofia dialogu ukazywały relacyjny, wręcz dialogiczny wymiar osoby ludzkiej. Sformułowana przez Martina Bubera i przyjęta przez wielu przedstawicieli filozofii dialogu tak zwana zasada dialogiczna podkreślała fakt, że z jednej strony „ty” nie może być przedmiotem dla „ja”, a z drugiej strony „ja” może stać się sobą tylko w spotkaniu z „ty” (ludzkim lub boskim). Z kolei teologia chrześcijańska wskazywała na Trójcę Świętą jako ostateczny fundament człowieczego spotkania i osobowej wspólnoty. Tymczasem dzisiaj właśnie ta osobotwórcza wspólnotowość została dogłębnie zakwestionowana. Dzięki wszechobecnym środkom telekomunikacyjnym miejsce spotkania jednej osoby z drugą, tworzonego poprzez bliskość „twarzą w twarz”, zajęły „spotkania” o charakterze wirtualnym.

Co więcej, we współczesnej kulturze głosi się idee będące swoistym ubóstwieniem „ja”. W konsekwencji wiąże się to z apoteozą tak zwanej samorealizacji, z nieustanną rywalizacją między ludźmi na zasadzie wyścigu szczurów, a ostatecznie z atomizacją społeczeństwa. „Ty” przestaje się liczyć jako równoprawny partner spotkania. Dochodzi zatem do nieuniknionego rozluźnienia więzi społecznych. Dotyczy to także takich najbardziej fundamentalnych dla każdej społeczności struktur, jak małżeństwo i rodzina. Sprzyja temu również powszechnie narzucana i szeroko realizowana w różnych projektach edukacyjnych ideologia gender, kwestionująca biologiczny fundament tożsamości kobiety i mężczyzny oraz wszystkich ról, wynikających i związanych z różnicą płci.

Ostatnio staliśmy się świadkami podważenia tego, co tradycyjnie było ściśle powiązane z pojęciem osoby, a mianowicie jej transcendentnej godności. W czerwcu 2016 roku brukselscy eurokraci przedstawili projekt nowych przepisów Unii Europejskiej dotyczący automatyzacji procesów przemysłowych. W projekcie tym, zgłoszonym w Parlamencie Europejskim, uznano robota nie za jakąś maszynę, lecz za „osobę elektroniczną”, której przysługują odpowiednie prawa i obowiązki. Sugerowano przy tym, że najbardziej autonomiczne modele robotów powinny być rejestrowane, żeby było wiadomo, kogo ścigać, jeśli popełnią one jakieś przestępstwo. Natomiast firmy, które obsadzają robotami miejsca pracy, zajmowane obecnie przez ludzi, powinny nadal płacić składki na ubezpieczenie społeczne. To, co wtedy, jeszcze kilka miesięcy temu, wydawało się prawdziwą science fiction, 31 stycznia 2017 roku stało się rzeczywistością. Tego dnia bowiem dziecko-robot zostało zarejestrowane w urzędzie stanu cywilnego i otrzymało obywatelstwo. Nada Vananroye, burmistrz miejscowości Haaselt w Belgii, podpisała akt jego urodzenia i nadała mu imię żeńskie Fran oraz nazwisko Pepper. Fran ma nawet swoich urzędowo zarejestrowanych rodziców, którymi są naukowcy Astrid Hannes oraz Francis Fox, pracujący na uniwersytecie PXL. W ten sposób w zupełnie innym kontekście powróciła idea zawarta w książce Juliena Ofraya de La Mettrie z 1748 roku, zatytułowanej L’homme machine – „Człowiek maszyna”. Z tą różnicą, że La Mettrie usiłował dowieść, że człowiek jest maszyną, a obecnie od strony prawnej uznaje się maszynę za osobę.


4. Towarzyszenie

Raz jeszcze wróćmy na chwilę do decydującego momentu historii dwóch uczniów zdążających do Emaus. Św. Łukasz pisze: „Oczy im się otworzyły i poznali Go” (Łk 24,31). Uczniowie pokonali zatem krępujące ich dotąd trudności duchowe i poznali Chrystusa, co zaowocowało zupełnie nowym stylem ich życia.

To ewangelijne zdarzenie określa główny cel tego, który towarzyszy młodemu człowiekowi w jego życiowej drodze – ma on go doprowadzić do poznania Chrystusa, a w konsekwencji do radykalnej zmiany jego dotychczasowego życia. To doprowadzanie dokonuje się poprzez proces pokonywania trudności, które sprawiają, że „oczy młodych [ciągle jeszcze] są niejako na uwięzi” (Łk 24,16). Wydaje się, że do największych trudności należą te, które mają charakter antropologiczny, dotyczący rozumienia samej istoty człowieka. W wyraźnej i w pełni świadomej opozycji do czysto biologicznego patrzenia na człowieka, bardzo często przedstawianego jako przedstawiciela pewnego gatunku należącego tylko i wyłącznie do świata zwierząt, należy przed młodymi odsłaniać prawdziwe pokłady tkwiącej w człowieku duchowości, które wykraczają poza świat doświadczenia czysto zmysłowego. Towarzyszenie młodym w ich drodze do Chrystusa powinno zatem polegać na cierpliwym i mądrym odsłanianiu im najpierw prawdy o człowieku jako istocie cielesno-duchowej.

Starając się, następnie, ukazywać młodemu człowiekowi tkwiące w nim dynamizmy, uczucia, emocje i pragnienia, trzeba wskazywać na konieczność ich wewnętrznej integracji. Polega ona na zdolności – i niezbędności – samoposiadania i samopanowania, jak to dogłębnie ukazał kard. Karol Wojtyła w opublikowanej w 1969 roku książce „Osoba i czyn”. W konsekwencji trzeba ukazywać młodym tę prawdę, że człowiek, w odróżnieniu od zwierząt, jest istotą moralną, której wolność jest wolnością odpowiedzialną, określoną wymaganiami zarówno Dekalogu, jak i dwóch przykazań miłości Boga i miłości bliźniego. Towarzysząc młodemu człowiekowi w jego drodze ku osobowej i osobistej dojrzałości, trzeba stawiać mu zatem konkretne wymagania o charakterze moralnym oraz uczyć konsekwencji i wytrwałości w dążeniu do realizacji nakreślonych przez siebie celów. Należy przy tym zdawać sobie sprawę z tego, że taki model wychowawczy stoi w wyraźnej sprzeczności z powszechnie promowaną we współczesnej kulturze tak zwaną spontanicznością i pochwałą niczym nieograniczonej wolności, z odrzuceniem przez nią hierarchii obiektywnych wartości moralnych, z głoszonym przez nią permisywizmem, relatywizmem moralnym i promocją hedonistycznego stylu życia. Św. Jan Paweł II, wiernie towarzyszący młodym ludziom całego świata na ich życiowych drogach, powiedział na spotkaniu z młodzieżą w 1983 roku w Częstochowie: „Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali”. Te słowa powinny być wskazówką dla tych wszystkich, na których spoczywa misja towarzyszenia młodym.

Zdajemy sobie sprawę z tego, że człowiek nie może żyć czysto abstrakcyjnymi ideami. Doświadcza swej godności i może rozwijać się jedynie wtedy, kiedy spotyka się z osobą – z kimś innym. Jakże pod tym względem ciągle aktualne są słowa z „Wyznań” św. Augustyna, napisane ponad 1600 lat temu: „Stworzyłeś nas [...] jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie”(2). Człowiek jest istotą religijną, w sposób niejako naturalny skierowany ku Bogu. Religijność nie jest jakimś zbędnym dodatkiem do istoty człowieka, ale jest wpisana w jego naturę. Bez odniesienia do Boga człowiek jest wewnętrznie kaleki, pozbawiony poczucia sensu życia i nadziei na życie po śmierci. Natomiast spotkanie z Chrystusem sprawia, że człowiek znajduje w Nim najpierw najbardziej fundamentalną i ostateczną odpowiedź na pytanie człowieka odnośnie do istoty swego człowieczeństwa. Jak mówił w Warszawie w 1979 roku Jan Paweł II, „człowieka [...] nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć, ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie”. Po wtóre, spotkanie z Chrystusem stanowi najwyższe objawienie samego niewidzialnego i wiecznego Boga. „Kto widzi Mnie, widzi także i Ojca” – powiedział Jezus do Filipa (J 14,9), a do Żydów zebranych w świątyni jerozolimskiej: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10,30). Być razem z Chrystusem znaczy zatem doświadczać na co dzień Boga, który jest Emmanuelem, czyli „Bogiem-z-nami”.

Dla kogoś, kto towarzyszy młodemu człowiekowi w odkrywaniu jego osobistej wielkości i osobowej godności, nie ma bardziej szlachetnego i szczytnego zadania, jak właśnie to: doprowadzić go do Chrystusa; sprawić, aby jego oczy, znajdujące się dotąd niejako na uwięzi, dostrzegły zupełnie nowe perspektywy codzienności i wieczności; otworzyć mu drogę do autentycznej radości i szczęścia. Tego właśnie życzę wszystkim tym, którym drogie i cenne stało się zadanie towarzyszenia młodym w ich życiu. Równocześnie wyrażam nadzieję, że nasze refleksje i osobiste spotkania tutaj, podczas sympozjum w Barcelonie, przyczynią się do tego, abyśmy nasze zadanie i powołanie towarzyszenia młodym uczynili jeszcze bardziej owocnym i błogosławionym.

Abp Marek Jędraszewski
metropolita krakowski

1. K. Kaźmierska, Moje życie, [w:] Being and becoming responsible in life. University pastoral care in Europe. Essere e diventare responsabile nella vita. Pastorale universitaria in Europa. Być i stawać się odpowiedzialnymi za życie. Duszpasterstwo akademickie w Europie, Libreria Editrice Vaticana, Città del Vaticano 2016, s. 136.

2. Augustyn, Wyznania. I, 1, tłum. Z. Kubiak, Warszawa 1982, s. 5.

RP, KAI

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... isiaj.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 14 kwi 2017, 21:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Wielki kryzys ogarnia dzisiejszą Europę

Zobowiązaniem wszystkich chrześcijan, świadków i uczniów Jezusa jest walczyć z całych sił duchowych o to, by być ludźmi prawego sumienia i mieć w sobie przeświadczenie, że wyzwala jedynie ta prawda, którą jest Jezus, ta miłość, którą On sobą samym objawił, ta Jego miłość, która każe uwierzyć, że ponad wszystko jest Boże miłosierdzie – mówił dziś w kazaniu wygłoszonym podczas wielkopiątkowego Misterium Męki Pańskiej w Kalwarii Zebrzydowskiej ks. abp Marek Jędraszewski. Pomimo zimna, deszczu i gradu na Drogę Krzyżową przybyły tysiące wiernych z całej Polski.

Metropolita krakowski wyjaśnił wiernym, dlaczego Piłat skazał Pana Jezusa na śmierć i przedstawił ówczesne uwarunkowania polityczne. W dalszej części swojego słowa kaznodzieja odniósł się do współczesności i podkreślił, że dziś w świecie nie ma miejsca na prawdę. Ks. abp Marek Jędraszewski zaznaczył, że dziś nie używa się słowa „kłamstwo”, ale „postprawda”. Pojęcie to określa, że nie liczą się żadne argumenty obiektywne ani uczciwe dążenie do prawdy, ale ważne są narracje odwołujące się do emocji, ludzkich uprzedzeń i lęków. Jak wyjaśniał metropolita krakowski, narracje te budowane są przez „mistrzów współczesnych mistyfikacji i kłamstwa”, a ich efektem – do którego dążą media – jest zagubienie i bezradność człowieka.

– W tym świecie nie ma żadnych prawdziwych autorytetów. Co jakiś czas media ogłaszają pewnych ludzi jako autorytety, niewiele jednak trzeba czasu, żeby okazało się, jak te tzw. autorytety kompromitują same siebie. I przedstawia się kolejne, i każe się ludziom wierzyć w ich słowo, i czynić tak, jak oni postępują – mówił kaznodzieja i dodawał, że jest to ogromne zagrożenie, w jakim wszyscy się dziś znajdujemy.

– Coraz bardziej do głosu dochodzi cynizm, a wraz z nim szyderstwo z tego, co głosi Kościół, co integralnie związane jest z chrześcijańską wiarą. Za gest działalności artystycznej zaczyna uchodzić publiczne darcie Pisma Świętego, powiązane z bluźnierstwami. Za przejaw szczególnej wrażliwości, także estetycznej, głoszona jest profanacja krzyża. Za rzecz oczywistą w niektórych krajach Europy uważa się usuwanie krzyży z przestrzeni publicznej i to pod płaszczykiem tolerancji i fałszywego zatroskania o to, aby te krzyże nie raniły uczuć innych ludzi. W Wielkim Tygodniu 2017 roku w satyrycznym czasopiśmie niemieckim na okładce ukazała się swastyka hitlerowska, a do niej przybity Chrystus – ubolewał metropolita krakowski.

Ks. abp Jędraszewski mówił dalej: – Można odnieść wrażenie, że chrześcijańska Europa zapomina o swojej tożsamości, o tym, z czego wyrosła. A przecież wyrosła z antycznego przesłania o obiektywnej prawdzie, a równocześnie z chrześcijaństwa, z zupełnie nowej wizji Boga i człowieka, z wizji Boga, który jest miłością tak wielką i ostateczną, tak przejmującą, że Ojciec wydaje swojego Syna, aby wszyscy, którzy w Niego wierzą, mogli mieć nadzieję życia wiecznego. Europa chce o Chrystusie zapomnieć i nie chce przyjąć tego, że istnieje obiektywna prawda, do której mamy dążyć. Dziś już nikt poza Kościołem nie mówi o tym, że do Królestwa Chrystusowego należą ci, którzy są z prawdy.

Dużą część homilii metropolita krakowski poświęcił tematowi obrony życia. Szczytem cynizmu i bezprawia nazwał nazywanie „wartością europejską” prawo kobiety do zabijania własnego dziecka.

– Kto pozwala człowiekowi zabijać drugiego, zwłaszcza niewinnego i bezbronnego, i cynicznie powiedzieć, że to jest wartość? – pytał ks. abp Jędraszewski i przypomniał Kanadyjkę – Mary Wagner, która została wtrącona do więzienia za to, że błaga kobiety przed placówkami aborcyjnymi, by ocaliły poczęte w nich życie. Kaznodzieja przywołał również przykład prof. Bogdana Chazana, który został zwolniony z kierowania szpitalem dlatego, że nie chciał zabić dziecka i doprowadzić do tego, by matka zgodziła się na jego śmierć. Ks. abp Jędraszewski zaznaczył, że są to jaskrawe przykłady prawa, które „bardzo często jest jednym wielkim bezprawiem”, bo stanowione jest przez ludzi, którzy są pozbawieni prawego sumienia.

– Wielki kryzys ogarnia dzisiejszą Europę i ten kryzys coraz bardziej się pogłębia. Wszystko dlatego, że coraz mniej jest ludzi, którzy tworzą kształt Europy, coraz mniej ludzi, którzy są z prawdy, którzy są ludźmi prawego sumienia – powiedział metropolita krakowski.

Ks. abp Jędraszewski przypomniał, że Królestwo Chrystusa nie jest z tego świata, ale ma On swoich świadków.

– Dzieje Kościoła to dzieje ludzi, którzy idą z odwagą i mocą, jaką daje im Duch Święty, by głosić Ewangelię o zbawieniu, jakie daje nam Jezus Chrystus, który mówi o sobie: Ja jestem Prawdą, Życiem, Drogą. Prawda, którą jest Chrystus, jest jednocześnie pewną drogą do pełni życia. Świadkowie Chrystusa, apostołowie, a potem ich uczniowie, ale także świadkowie współcześni, żyjący pośród nas, ludzie z prawdy, oni wiedzą, że prawda nas wyzwoli – podkreślał kaznodzieja.

Kończąc swoje słowo, ks. abp Marek Jędraszewski zaznaczył, że zobowiązaniem wszystkich chrześcijan, świadków i uczniów Jezusa jest walczyć „z całych sił duchowych” o to, by być ludźmi prawego sumienia i mieć w sobie przeświadczenie, że wyzwala jedynie „ta prawda, którą jest Jezus, ta miłość, którą On sobą samym objawił, ta Jego miłość, która każe uwierzyć, że ponad wszystko jest Boże miłosierdzie”.

Małgorzata Pabis, Kalwaria Zebrzydowska

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... urope.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 13 maja 2017, 06:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Poprawność polityczna demoluje Zachód

Egipski jezuita, wieloletni prowincjał i rektor jezuickiego kolegium w Aleksandii ks. Henri Boulad od lat przestrzega przed rozprzestrzenianiem się islamu. Kilka tygodni temu przyjął obywatelstwo węgierskie, aby – jak twierdzi – „wesprzeć restrykcyjną politykę szefa rządu węgierskiego Viktora Orbána i wywrzeć wpływ na europejską politykę migracyjną”.

O powodach swojej decyzji 85-letni zakonnik pochodzący z Aleksandrii mówił w wywiadzie dla węgierskiego tygodnika „Heti Válasz”.

Ks. Boulad powiedział, że z prośbą o przyznanie obywatelstwa węgierskiego zwrócił się za pośrednictwem wicepremiera tego kraju Zsolta Semjena podczas jego wizyty w Egipcie. Prośba została spełniona na mocy odpowiedniego dokumentu i w połowie marca egipski jezuita złożył w parlamencie w Budapeszcie wymaganą przysięgę. Przyjmując obywatelstwo węgierskie, ks. Boulad chciał dać sygnał, że „kraj, kierowany przez Viktora Orbána w kwestii zagrażającego egzystencji Europy kryzysu migracyjnego, podjął właściwą decyzję”.

– U boku Węgier i Viktora Orbána pragnę walczyć o przyszłość i o wartości chrześcijańskie – oświadczył jezuita.

Pomoc uchodźcom i ubogim w zasadzie jest „słuszna i dobra”, stwierdził, dodając, że dobrze by tu zrobiła „większa jasność linii”. Zdolność przyjmowania uchodźców przez Europę „ma granice”, powiedział ks. Boulad, krytykując „bezwarunkową imigrację”, i ostrzegł przed większością muzułmańską w przyszłości na naszym kontynencie.

Dlatego też były szef Caritas w Egipcie, a w latach 1991-1995 również wiceprzewodniczący Caritas Internationalis dla Afryki Północnej, powściągliwie odnosi się do pomocy uchodźcom przez Kościół katolicki. Podkreślił, że pewne inicjatywy, jak na przykład misja dla uchodźców prowadzona przez węgierskich jezuitów czy inicjatywy Papieża, są „wspaniałe i motywowane Ewangelią”. Jednocześnie jednak „przy całej powadze można się pomylić”, gdyż – jak sądzi jezuita – „Zachód, a także Papież nie znają prawdziwej natury islamu”.

Ks. Boulad zwrócił uwagę, że według islamu „pokojowe współżycie nie jest możliwe na dłuższy czas, a jeśli, to tylko pod warunkiem, że chrześcijanie zadowolą się tym, że będą obywatelami drugiej kategorii”. Kapłan podkreślił, że podziwia Papieża Franciszka, „nie zgadza się jednak w sprawie migracji oraz islamu”.

Jego zdaniem, liczący się politycy w Europie, a także Kościół katolicki nie doceniają zagrożeń wychodzących z agresywnych kręgów islamu. Jak podkreślił, poprawność polityczna „demoluje Zachód i uniemożliwia zrozumienie prawdziwego zagrożenia ze strony islamu”.

Według niego, Kościół przyswoił sobie punkt widzenia francuskiego islamoznawcy Louisa Massignona (1883-1962), dla którego istotę islamu stanowił mistyczny sufizm. Jednak historycznie islam nie wybrał „drogi Mekki”, lecz „drogę Medyny”, cechującą go do dziś.

– Sury Koranu wzywające do przemocy wobec niewiernych oraz do dżihadu pochodzą z czasów Medyny [w życiu proroka Mahometa – KAI], a sury bardziej tolerancyjne i bardziej mistyczne – z okresu Mekki – wyjaśniał ks. Boulad.

W jego ocenie, Rzym tego nie rozumie, a „chrześcijanie Wschodu znający islam od środka nie są pytani, lecz raczej marginalizowani”.

Zdaniem jezuity, Kościół katolicki w stosunku do islamu opiera się na analizach „ekspertów w Paryżu, Berlinie czy Ameryce uchodzących za wielkich islamoznawców, ale ich poglądy są czysto akademickie” i w ten sposób „wpadają w pułapkę dialogu chrześcijańsko-islamskiego, który można porównać z dialogiem głuchych”. Ks. Boulad uważa, że po 50 latach ten dialog „ciągle jest w punkcie wyjścia”, a wielkie zapowiedzi o reformach w islamie najczęściej nie mają konsekwencji.

Z goryczą skonstatował też, że z nim także nieczęsto prowadzono dialog. Biskupi francuscy i kanadyjscy zabronili mu wystąpień w swoich krajach. „Tak samo jak ja myślą masy umiarkowanych i inteligentnych muzułmanów”, powiedział w rozmowie z węgierskim pismem ks. Boulad i zwrócił uwagę, że liberalni wyznawcy islamu są „wierni pięknu swojej religii. Aby to chronić i obronić, chcą się wyzwolić od przytłaczającej ich dyktatury”.

RP, KAI

http://www.naszdziennik.pl/swiat/181753 ... achod.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 25 maja 2017, 14:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Dokąd zmierzasz, Europo?

Mam odwagę zadać elitom politycznym pytanie:
Dokąd zmierzacie?
Dokąd zmierzasz, Europo?
Powstań z kolan i obudź się z letargu,
bo w przeciwnym razie będziesz codziennie opłakiwała swoje dzieci!


Beata Szydło - CAŁE MEGA MOCNE wystąpienie w Sejmie🔥🔥🔥 (24-05-27)
https://www.youtube.com/watch?v=b6dVRXy09Jo

Ha, tak mocnych słów używała kiedyś wielka, nieżyjąca już Oriana Fallaci:

Politycznie poprawne miernoty zawsze negują zasługi. Zastępują jakość przez ilość. Lecz to jakość wprawia świat w ruch moi drodzy, nie ilość.
Świat idzie naprzód dzięki tym nielicznym, którzy posiadają przymioty, nie dzięki tym, którzy są liczni i głupi.

Oriana Fallaci – Siła rozumu

Mówię, że w naszej kulturze nie ma miejsca dla muezinów, dla meczetów, dla rzekomych abstynentów, dla upokarzających czadorów, dla poniżających burek.
A gdyby było takie miejsce i tak bym go im odmówiła. Bo danie go im oznaczałoby wyrzeczenie się naszej tożsamości, wykreślenie naszych osiągnięć. Byłoby pluciem na wolność, którą zdobyliśmy, cywilizację, którą zbudowaliśmy, dobrobyt, który udało nam się osiągnąć. Byłoby to sprzedawanie mojej ojczyzny.

Oriana Fallaci – Wściekłość i duma

Dobrze jest być dumnym z własnego premiera. To wspaniałe uczucie.
Brawo, Pani Premier!

24 maja 2017 r.

http://eska.salon24.pl/780864,dokad-zmierzasz-europo


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 16 cze 2017, 19:41 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Nie tyle nowa normalność, ale bolszewicka normalność, która od podstaw była oparta na terrorze. W UE mamy jej zmutowaną formę, dostosowaną do świata zachodniego i do dzisiejszych czasów.

Zaakceptować terror islamski jako nową normalność.

Oryginał angielski: Accept Islamic Terror as the New Normal?
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska

Po atakach terrorystycznych często słyszymy w mediach zachodnich i od polityków, że musimy zaakceptować ataki terrorystyczne jako "nową normalność".

Dla obywateli Zachodu ten zwrot jest niebezpieczny.

Islamska doktryna dżihadu, ekspansji i dawah (islamskiego rozszerzania zasięgu, nawracania) mocno wspiera się na użyciu zarówno terroru, jak przynęty. Targhib wal tarhib jest doktryną islamską, która znaczy "uwodzić (przynęcać) i terroryzować" jako narzędzie dawah, by podbić narody i zmusić obywateli do podporządkowania się prawu islamskiemu, szariatowi. Jest to manipulowanie instynktownymi skłonnościami mózgu ludzkiego przez stosowanie skrajnych przeciwności przyjemności i bólu – nagradzanie, a potem surowe karanie – by wyprać mózgi ludziom i podporządkować ich islamowi.

Większość zwykłych muzułmanów nie jest nawet świadoma tej doktryny, ale wiele napisano o niej w książkach islamskich. Szejkowie głównego nurtu, tacy jak Salman Al Awda, omawiali ją w telewizji Al-Dżazira. W programie pod tytułem "Szariat i życie" Al Awda zalecał używanie skrajności, "przesadę... nagrody i kary, moralnej i materialnej... w obu kierunkach". Powiedział: "Według tej doktryny używanie terroru jest prawomocnym obowiązkiemszariatu".

Ludzie na Zachodzie sądzą, że terror jest czymś, co islamistyczni dżihadyści zadają nie-muzułmanom. I jest tym. Terror jednak jest także mechanizmem zapewnienia uległości w islamie. Według prawa islamskiego dżihadyści, którzy unikają dokonywania dżihadu, mają zostać zabici. Terror jest w ten sposób groźbą, która utrzymuje dżihadystów w wykonywaniu ich misji i która powoduje, że zwykli muzułmanie podporządkowują się szariatowi.

Kurs rekrutowania dżihadystów w Internecie zawiera następujący opis:

"Indywidualna Dawa polega na wywołaniu rekcji emocjonalnych u rekrutów (i budowania stosunków osobistych). Podejście Abu 'Amra ilustruje koncepcję rekrutacyjną zwaną al-targhib wa'l-tarhib, ktora jest techniką kija i marchewki wychwalania korzyści z akcji i równoczesnego wyjaśniania przerażających kosztów zaniechania akcji. Koncepcja ta jest wprowadzona w Koranie i omawia ją wielu myślicieli islamskich, badając najlepszy sposób wzywania ludzi do islamu (na przykład, kilku uczonych napisało książki zatytułowane al-targhib wa'l-tarhib). Według Abu 'Amra, rekrutujący powinni stosować tę koncepcję podczas całego procesu rekrutacyjnego, ale podkreślać korzyści akcji wcześnie w tym procesie, a koszty zaniechania akcji później".
Innymi słowy, werbownicy dżihadystów powinni zaczynać od podkreślania "dobrych rzeczy", "przynęty" – przyszłej chwały, supremacji i spełnienia każdego pożądliwego pragnienia, takiego jak dziewice w raju. Później powinni grozić rekrutom "terrorem" i "hańbą" – konsekwencjami, jeśli nie wezmą udziału w dżihadzie.

Częścią tarhib czyli "terroryzowania" w tej doktrynie jest czynienie okrutnych przykładów z tych, którzy nie stosują się do wymogów islamu. To jest powód, dla którego kraje muzułmańskie, takie jak Arabia Saudyjska i Iran, oraz organizacje takie jak ISIS, świadomie organizują publiczne, ceremonialne obcinanie głów, chłostę i amputację kończyn. Kraje takie jak Egipt, Jordania i Turcja są dyskretniejsze, ale tolerują i popierają morderstwa honorowe; zabijanie apostatów; bicie kobiet i dzieci oraz tortury i morderstwa w swoich więzieniach. Doktryna targhib i tarhib jest żywa i ma się dobrze, nie tylko w teokracjach islamskich, ale także w tak zwanych "umiarkowanych" krajach muzułmańskich.

Islam używa technik prania mózgów przez "przyjemność i ból" od swojego powstania i aż do dzisiaj. Podczas gdy Biblia – tradycja judeochrześcijańska Zachodu – jest bardziej w harmonii z dobrą stroną natury ludzkiej, Islam jest tego odwrotnością: używa instynktu samozachowawczego człowieka, by złamać ludzką wolę i wyprać im mózgi do niewolniczego posłuszeństwa.

Podobnie jak większość muzułmanów nigdy nie słyszałam o tej fundamentalnej doktrynie islamu, kiedy dorastałam w Egipcie, ale czułam wpływ tej doktryny na moje życie – w każdym aspekcie kultury islamskiej; w islamskim nauczaniu; w stosunkach w mojej islamskiej rodzinie; w tym, jak działają rządy islamskie i jak ludzie u władzy traktują ludzi im podporządkowanych.

Islamska doktryna "uwodzić i terroryzować" dała kulturę toksycznych skrajności: nieufności i strachu, dumy i wstydu, pozwolenia na kłamstwo ("takijja"), i odrzucenia przyjmowania odpowiedzialności za własne czyny.

Przeżywszy większość życia w islamie stwierdzam ze smutkiem, że ludzie, których Zachód nazywa "umiarkowanymi", w rzeczywistości często są obywatelami, którzy nauczyli się żyć z terrorem i akceptują go jako normalność. Przez stulecia wielu usprawiedliwiało terror, potępiało ofiary terroru i szło na kompromisy z terrorystami, żeby przeżyć. Kultura islamska, w której żyła, patrzy w drugą stronę, kiedy bite są kobiety. Kiedy morduje się dziewczyny dla honoru, pytanie brzmi: "Co ona zrobiła?" zamiast: "Jak można?" Kiedy zabija się i prześladuje chrześcijan, wielu obwinia chrześcijan za prześladowania, jakich doznają z rąk muzułmanów. Normalną reakcją islamską na terrory jest: "Nie moja sprawa".

A teraz islamska doktryna Targhib wal Tarhib przybyła na Zachód i zamierza zmienić humanistyczną kulturę zachodnią. Chce zastąpić respekt dla praw człowieka, dbanie o bliźniego i wartości wolności i pokoju wartościami niewolnictwa, terroru, tyranii i strachu.

Islamski dżihad zawsze liczył, że ludzie w podbitych ziemiach w końcu ustąpią, poddadzą się i zaakceptują terroryzm jako część życia, podobną do katastrof naturalnych, trzęsień ziemi i powodzi.

Islamskiej doktrynie Targhib wal Tarhib nie zabrało długo, by zadziałać na psychikę zachodnich przywódców i mediów, którzy mówią nam, byśmy żyli z nią jako z "nową normalnością". Muzułmanie, którzy będą w końcu patrzeć w drugą stronę, kiedy dzieje się terror, są ludźmi koło was.

Obrazek
Nowa normalność? Policja pomaga ocalałym z zamachu terrorystycznego na London Bridge, 4 czerwca 2017. (Zdjęcie: Carl Court/Getty Images)

http://konfederat1000.salon24.pl/786597 ... normalnosc


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 22 cze 2017, 07:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Europa bez Boga jest skazana na porażkę

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX wieku Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, członkiem Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Przyglądając się ostatnim wydarzeniom z Londynu czy z Calais, gdzie przed blokadą ustawioną przez imigrantów muzułmańskich zginął polski kierowca, czy udaremnioną wczoraj w centrum Brukseli próbę zamachu terrorystycznego, aż chce się powiedzieć za premier Beatą Szydło: „Europo, wstań z kolan”.
– Z całą pewnością w Europie mamy do czynienia z postępującym chaosem. Proszę zwrócić uwagę, że oprócz regularnych, metodycznie przygotowywanych zamachów terrorystycznych organizowanych przez fundamentalistów islamskich mamy reakcję Brytyjczyka, który w analogiczny do terrorystów islamskich sposób starał się zemścić na muzułmanach. Wbrew pozorom to działanie wcale nie jest na niekorzyść islamistów. Ich zasadniczym celem jest doprowadzenie do konfliktu cywilizacyjno-kulturowego w Europie, na kanwie którego mieliby o wiele większą niż dotychczas bazę możliwości oddziaływania wśród muzułmanów zamieszkujących Stary Kontynent i w oparciu o to stworzenie mniej lub bardziej realnej linii frontu podobnej do tych, które są w państwach islamskich w innych regionach świata.

Wniosek z tego, że im większy chaos, tym dla nich lepiej…
– Dokładnie. To, że mamy do czynienia z takimi przypadkami jak ten z Calais, to dla tych grup islamskich jest sytuacja – można rzec – korzystna, bo na tym mogą bazować.

Co Pan przez to rozumie?
– Proszę pamiętać, że grupy terrorystyczne na świecie w wielu wypadkach dokonywały zamachów po to, aby wywołać czy też sprowokować reakcję lokalnych władz państwowych w stosunku do ludności. Tak było niegdyś w czasie kolonialnych walk w Algierii, tak było też w Polsce na dawnych Kresach południowo-wschodnich, gdzie po zamachach terrorystycznych, jeśli była reakcja państwa lub reakcja jego obywateli, to ta druga strona miała poczucie krzywdy, co z kolei potęgowało ich działania. Dziś mamy do czynienia z piętrzeniem sił oraz napięciem i na tym napięciu najbardziej zyskują grupy radykalne. Natomiast jeśli bierzemy pod uwagę politykę prowadzoną przez Unię Europejską, to ta zamiast diagnozować ten stan potęgującego się napięcia i przeciwdziałać temu w skuteczny sposób próbuje zaczarować rzeczywistość, wskazując „winnych” tego stanu rzeczy w postaci Polski, Węgier czy Czech, a nie te państwa i tych przywódców, którzy narobili bigosu.

Czy ta presja, którą Komisja Europejska usiłuje wywierać m.in. na Polskę, może rzeczywiście skutkować karami? Czy są to tylko groźby, za którymi nic się nie kryje?
– Za tym karceniem stoi zapewne jakiś projekt polityczny. Taki sam, jaki obserwujemy w odniesieniu do Trybunału Konstytucyjnego w Polsce, kiedy ni stąd, ni zowąd mamy mieszanie się w wewnętrzne sprawy kraju członkowskiego. Teraz jest podobnie – szuka się na siłę i znajduje iluzoryczne podstawy ingerencji i rozpoczyna się jakiejś dziwne procedury karania.

Jaki to ma cel?
– Z jednej strony, chodzi o to, żeby dyscyplinować kraje, które nie chcą się podporządkować polityce brukselskiej, i to nie tylko w kwestii imigrantów. A z drugiej, żeby spacyfikować działania niepodległościowe państw, które chcą się wybić na suwerenność zwłaszcza w obliczu coraz bardziej realnych planów dotyczących centralizacji Unii, tworzenia wspólnej polityki monetarnej, fiskalnej, a więc również scentralizowania władzy. I jeśli w tym wypadku da się złamać opór, to można domniemywać, że w każdym innym również. Tymczasem wiemy, że kraje Europy Środkowo-Wschodniej mają co do tych planów negatywny stosunek. Być może jest to też pewien etap dążeń i realizacji Europy dwóch prędkości, czyli wypchnięcia poza obszar tworzonego superpaństwa tych krajów, które są niewygodne. Natomiast uchodźcy, a raczej imigranci – bo tak należy ich określić – są jedynie pretekstem do realizacji jakiegoś scenariusza politycznego i ten pretekst jest wykorzystywany. Przypuszczam, że gdyby to nie był ten pretekst, to znaleziono by inny, równie mityczny jak sprawa Trybunału Konstytucyjnego.

Czy wizje elit brukselskich, również Niemiec czy Francji, biorą górę nad zdrowym rozsądkiem? Bo przecież każdy myślący człowiek, oglądając w telewizji wydarzenia z imigrantami muzułmańskimi w roli głównej, musi zanegować taką bezrefleksyjną politykę.
– Sądzę, że te europejskie elity znajdujące się przy władzy definiują ten wzrost zagrożenia czy coraz bardziej zauważalny brak poczucia bezpieczeństwa jako stan przejściowy, który w ich mniemaniu da się przetrwać. Co więcej, są przekonane, że w przyszłości – na bazie ideologii liberalnej – można będzie zbudować bliżej nieokreślony, idealny ład multikulturalny z wymieszanymi różnymi narodowościami, kulturami. Wiara brukselskich elit w ten idealny świat jest zatrważająca, ale ma ona swoje podstawy w środowiskach ideologicznych, z których ci „postępowi” politycy sami się wywodzą. Dla nich Europa klasyczna, czyli Europa państw narodowych, Europa o chrześcijańskich korzeniach to nie jest świat marzeń i pragnień. I to stoi u podstaw tej, a nie innej polityki, którą uprawiają. Tak to wygląda, jeśli chcemy zracjonalizować cały ten nakreślony obraz, bo równie dobrze można by powiedzieć, że za tymi wizjami nie stoi żadna myśl, a jedynie chaos. Co by jednak nie powiedzieć, należy chyba domniemywać w tych działaniach czy wizjach używanie rozumu, ale rozumu, który uwierzył we własną utopię.

No dobrze, ale żeby uwierzyć w te wizje, to trzeba się wyprzeć wiary w Boga. Czy nie tak to wygląda?
– Jest to problem bardziej złożony, poważny. Mamy oto sytuację, kiedy współczesna Europa jest nade wszystko Europą ateistyczną bądź agnostyczną. Na pewno współczesna Unia Europejska, będąca pod dominacją tzw. nowej lewicy, nie bierze pod uwagę chrześcijaństwa jako czynnika pozytywnego, czynnika społeczno-twórczego, kulturotwórczego czy takiego, wokół odniesień do którego można by zbudować choćby system prawny, edukacyjny. Dlatego chrześcijaństwo traktują jako historię, czemu zresztą dali wyraz przy tworzeniu Konstytucji UE, gdzie w preambule zabrakło odniesienia do Pana Boga, eliminując też odniesienia do chrześcijańskiej tradycji Europy. Biorąc pod uwagę kontekst filozoficzny, można powiedzieć, że jest to wizja mocno materialistyczna, jakkolwiek by na to nie spojrzeć. Z tego zaś wypływają kolejne konsekwencje, to znaczy nie bierze się pod uwagę stałości natury ludzkiej zakotwiczonej w Bogu Stwórcy, który utrzymuje świat w istnieniu. Za to powstają wizje utopijne zmierzające do stworzenia raju na ziemi, ale przez człowieka. To jest pewien rodzaj socjalizmu na bazie samozbawienia człowieka, polegający na tworzeniu raju tu i teraz poprzez system państwowy – czasem mniej lub bardziej totalitarny, ale jednak utopijny. Mamy zatem próby tworzenia idealnego mechanizmu, który ma dać ludziom szczęście.

Ale takie utopijne wizje tworzenia raju na ziemi były już w przeszłości i za każdym razem upadały…
– Owszem, w Europie nie jest to pierwszy projekt, który się pojawia. Ta tworzona ideologia nie bierze pod uwagę Boga jako czynnika konstytuującego naturę ludzką czy cały świat. I z tego chociażby względu prędzej czy później jej los jest przesądzony.

Wracając do kwestii tzw. uchodźców, czy Europa jest skazana na imigrantów muzułmańskich? Nie ma sposobu, żeby zatrzymać tę falę?
– Przede wszystkim problem nie leży w imigrantach. Nawet nie jest to problem bieżącej polityki, ale jest to problem o wiele bardziej poważny. Polega on na tym, że Europa nie ma swojej tożsamości, którą zatraciła poprzez negację swoich korzeni. Stąd pozbawiła się kryteriów oceny czy rozeznania tego, co jest zagrożeniem, a co jest dla niej szansą. Europa nie ma też siły asymilacyjnej. A ponieważ świat islamski, który przynajmniej w aspekcie społecznym cechuje się jednak pewną silną (islamską) religijnością, ta propozycja ateistyczna, jaka płynie z „postępowej” Europy, jest przez społeczność muzułmańską nie tylko niezrozumiała, ale wręcz budzi u nich pogardę. To wszystko potęguje napięcia. Zatem aby Europa mogła trafnie zdiagnozować, co jest dla niej zagrożeniem, żeby nie była tylko i wyłącznie zmuszona przyjmować kolejne fale imigrantów, musi sama być płodna – tworzyć rodziny, posiadać dzieci itd., ale wcześniej musi wrócić do swoich chrześcijańskich korzeni. Brak tych korzeni, brak tożsamości wprowadza chaos – zarówno chaos intelektualny, chaos w życiu rodzinnym, chaos, który przekłada się również na demografię. Taka Europa jest skazana na porażkę, wszystko jedno czy w zwarciu z islamem, ze zgubną ideologią, czy w zwarciu z samą sobą. Należy pamiętać, że od strony społecznej te tendencje są samobójcze. I to jest – w mojej ocenie – podstawowy problem, z którym musi się zmierzyć Europa. Natomiast wtórnym problemem jest islam, który znamy z historii i wobec którego powinniśmy wyciągnąć racjonalne wnioski. Tego jednak nie ma, bo jeśli się zaneguje podstawy, a na plan pierwszy wysuwa się ideologię, jeśli z jednej strony mamy demolowanie katedry – symbolu chrześcijaństwa, a z drugiej strony mamy negację prawdy i możliwości jej poznania, to w tej sytuacji wobec wyzwań, jakie się pojawiają, stajemy się niestety bezbronni.

Islamska populacja w Europie w ostatnich latach wzrosła trzykrotnie...
– Jeśli populacja rdzennych Europejczyków maleje, i to w postępie geometrycznym, to wzrost populacji islamskiej jest tylko tego konsekwencją.

Muzułmanie mają coraz więcej praw, a najlepszym tego przykładem jest fakt, że urząd burmistrza Londynu sprawuje muzułmanin Sadiq Khan…
– Sadiq Khan nie zalicza się do radykalnych muzułmanów i fakt, że piastuje ten urząd, nie jest powodem wzrostu napięć. Proszę pamiętać, że Brytyjczycy przez kilka ostatnich wieków prowadzili politykę kolonialną, stąd ich doświadczenie związane ze światem islamu jest całkiem spore i nie tu tkwi problem. Problem jest w tym, że pośrodku aglomeracji mamy do czynienia z gettami, wydzielonymi dzielnicami, które są odizolowane od świata europejskiego. Wspólnoty muzułmańskie żyją w tych miejscach według swojego prawa, swoich obyczajów, bez kontaktu wręcz ze światem zachodnim, do którego przybyli i którego regułom powinni się podporządkować. Tak jednak się nie dzieje i m.in. to powoduje wzrost napięć, a w mikroskali nawet wojnę cywilizacyjną. Trudno sobie nawet wyobrazić, do czego może doprowadzić ten stan rzeczy.

Jakie podłoże ma migracja? Czy jest to tylko ucieczka przed wojną? Jak zahamować tę falę, która wydaje się nie mieć końca?
– Nade wszystko jest to ucieczka przed biedą. Warto zauważyć, że dysproporcje w poziomie życia między bogatym Zachodem czy Północą a Południem są coraz większe. Te dysproporcje rodzą napięcia, przyrost naturalny na Zachodzie jest ujemny, z kolei na Południu jest wysoki, i to wszystko powoduje starcie. Zachód zamiast pomagać biednym krajom ułożyć wewnętrzne stosunki społeczne, wprowadził jeszcze większy chaos. Nie da się ukryć, że kraje Afryki Północnej czy Bliskiego Wschodu zostały zdestabilizowane w dużej mierze przez kraje Zachodu. Oczywiście w tych państwach była dyktatura, ale mimo wszystko dawały one tamtym społeczeństwom pewien porządek i ład. Natomiast nowe dyktatury, które powstały, bo nie jest to żadna demokracja, są o wiele bardziej krwawe, mniej przewidywalne, mniej stabilne czy mniej tolerancyjne niż te dawne. Są to pochodne pewnych interesów, zamierzeń, które są budowane na fałszywych podstawach. I tego wszystkiego nie da się z zredukować poprzez migracje. Tu potrzebna jest racjonalna polityka globalna, która likwidowałaby obszary biedy i dawałaby szansę ludziom na normalne życie w miejscach ich zamieszkania, w ich ojczyznach. Natomiast działania, które obserwujemy, są pogrążone w globalizmie, w ślepym pędzie ukierunkowanym tylko na zysk bez metodycznej, racjonalnej polityki społecznej również w skali globalnej.

Ostatnio stacje komercyjne, przygotowując materiały mające na celu tworzenie pozytywnego wizerunku migrantów muzułmańskich, powołują się na słowa i autorytet biskupów.
– To jest traktowanie w sposób wybiórczy przesłania polskich biskupów. Skoro mówimy o nauczaniu Kościoła, to dobrze byłoby, aby te stacje brały to przesłanie w całości – w podejściu do rodziny, w kwestii prawa do obrony życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci czy zakazu aborcji. Tego jednak nie ma. Oczywiście pomoc ludziom ubogim, bezdomnym, a w szczególności uchodźcom jest obowiązkiem każdego chrześcijanina i co do tego nie ma wątpliwości. Natomiast co do sposobu udzielania tej pomocy należy zachować rozwagę, aby nie sprowadzić zagrożenia bezpieczeństwa dla swoich obywateli. I tu potrzebna jest roztropność poszczególnych państw. Owszem, strach czy obawy nie powinny przesłaniać chrześcijańskiego miłosierdzia, natomiast stosując to miłosierdzie w sposób hojny i racjonalny, politycy nie mogą zapominać o bezpieczeństwie własnego państwa i konkretnych ludzi. Do tego są jednak potrzebni odpowiedzialni politycy.

Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... razke.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 12 lip 2017, 07:36 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7532
Lokalizacja: Podlasie
Dla Boga nie ma nic niemożliwego – czyli o upadku i odbudowie Europy

Obrazek

Obchodzone 11 lipca wspomnienie patrona Europy, świętego Benedykta to okazja do podjęcia głębszej refleksji nad Europą. Tą prawdziwą, stanowiącą syntezę antyku i chrystianizmu, rozumu i Objawienia. Tą rodzącą cuda nauki i sztuki, szanującej tradycję, rodzinę i własność, a w centrum stawiającą Boga. A także nad pseudo­–Europą, nad procesem systematycznego i barbarzyńskiego niszczenia prawdy, dobra i piękna.

Wspomnienie świętego Benedykta nasuwa na myśl tragiczne wydarzenie z końca października 2016 roku. Wówczas zniszczona została bazylika w Nursji. Ze starodawnej budowli wzniesionej nad domem św. Benedykta w Nursji, patrona Europy, pozostała tylko fasada. Symboliki wydarzenia nie sposób przecenić. Czyż upadek tej bazyliki nie symbolizuje upadku Europy? Europy rozdartej „reformacją”, zgilotynowanej Rewolucją Francuską, a obecnie zatruwanej jadem obyczajowej rewolucji?

Takie twierdzenie to nie wymysł nawiedzeńca. Wszak podobną opinię wyraził pod koniec listopada 2016 roku ojciec Leon Knabit. – Jako benedyktyn zwróciłem uwagę na jedną rzecz – mówił w katowickiej katedrze. – Otóż, w czasie wszystkich wcześniejszych klęsk, jakie nawiedziły świat, a zwłaszcza Europę, jedna świątynia cały czas trwała. To bazylika św. Benedykta w Nursji, niedaleko Rzymu. Ten święty jest patronem Europy, życia monastycznego i odrodzenia religijności. Od VI wieku aż po czasy współczesne. A w tym roku bazylika się zawaliła. Została tylko fasada, a za nią tylko kupa gruzu. Ocalała figura św. Benedykta, która stoi na placu w centrum miasta. Niektórzy mówią, że to jakiś znak, że nasza kultura chrześcijańska się wali. Że już się zawaliła – dodał duchowny.

Czym jest Europa ?

Uznawanie wyższości cywilizacji europejskiej, zachodniej, łacińskiej, uchodzi dziś za przejaw szowinizmu czy wręcz ksenofobii. To jednak prawda tylko w odniesieniu do poglądów rozmaitych mniej lub bardziej neopogańskich tożsamościowców. Duch tradycyjnej cywilizacji europejskiej stanowi bowiem całkowite przeciwieństwo nienawiści czy pogardy dla innych ludzi. Ta została wszak, jak zauważa Remi Brague w książce „Europa droga rzymska”, zbudowana dzięki przyswojeniu sobie dziedzictwa Aten i Jerozolimy. Z jednej strony zatem przyjęto kulturę klasyczną z jej filozofią, sztuką, architekturą i literaturą; z drugiej zaś zrodzoną w bliskowschodnim środowisku wiarę.

Wywodzący się z barbarzyńskich plemion średniowieczni władcy nie zbudowali Europy własnymi siłami. Przyznajmy otwarcie, Germanie, Słowianie czy inne plemiona byli parweniuszami (choć rozmaici neopoganie, nowoprawicowcy czy rasiści nie chcą o tym pamiętać). Kluczem do sukcesu okazała się pokora i chęć nauki. To właśnie leżało u źródeł przyszłego sukcesu oraz cywilizacyjnego wyprzedzenia wyrafinowanych i oryginalnych, ale zamkniętych w sobie Chin.

Pokorne przyjęcie „obcego” dziedzictwa Aten i Jerozolimy przez barbarzyńskie plemiona pozwoliły na powstanie w średniowiecznych uniwersytetów czy rozwój nauki opartej na badaniach eksperymentalnych. Stało się to, jak zauważa Thomas Woods w książce „Jak Kościół zbudował cywilizację zachodnią” dzięki przyjęciu biblijnej wizji świata. Uznano w nim bowiem dzieło racjonalnego Boga. Jako taki, podlega on rozumnym, stałym prawom, a nie na przykład zmiennym kaprysom Stwórcy (jak to bywa w islamie).

Ponadto, w chrześcijaństwie wszechświat jest oddzielony od jego Stwórcy, posiadającego tylko jednego Syna. Uwolnienie kosmosu od sakralności, umożliwiło jego badanie i mądre podporządkowywanie człowiekowi – koronie stworzenia.

Racjonalne podejście do świata, chęć jego badania i przekształcania, wraz z dowartościowaniem pracy fizycznej i wizją człowieka jako jednostki twórczej przyczyniły się do trwającego od średniowiecza wzrostu gospodarczego i zwiększenia liczby ludności. Europa to jednak nie tylko „mędrca szkiełko i oko”, lecz także tajemnicze gotyckie katedry o przebogatej symbolice, niepowtarzalne malowidła czy perły literatury.

Co więcej, Zachód oznacza także szczególny szacunek dla każdego konkretnego człowieka, jako stworzonego na obraz Boga. Szacunek nieograniczony tylko do konkretnych kast czy grup etnicznych (jak w hinduizmie czy pewnych nurtach judaizmu) ani do konkretnej płci (jak w islamie).

Gdy cywilizacja europejska odchodziła lub zapominała o swej chrześcijańskiej „duszy”, zapominała też o poszanowaniu człowieka. Pojawiało się albo złe traktowanie „ludności kolorowej”, albo kult „klasy robotniczej”, jak u komunistów; „rasy aryjskiej” jak u nazistów czy też mglistej, odkonkretnionej ludzkości, rodem z majaków liberałów. Zawsze jednak pojawiali się ludzie inspirowani ideałami tradycyjnej cywilizacji europejskiej, decydujący się na potępienie zła. Gdy na przykład konkwistadorzy w XVI wieku dopuszczali się nadużyć w Ameryce Łacińskiej, grupa hiszpańskich teologów sprzeciwiła się im. Uczeni ci podkreślili, że także poganie zasługują na „ludzkie” traktowanie. O tego typu refleksji nie było generalnie mowy wśród plemion prekolumbijskich.

Świętość europejskiej cywilizacji

Co więcej, choć mało kto, także w Kościele o tym pamięta, jednak szczególną wartość cywilizacji europejskiej uznało samo Magisterium. Oddajmy głos Leonowi XIII. „Były niegdyś czasy” – pisze ten papież w encyklice Immortale Dei – „kiedy filozofia Ewangelii sterowała państwami, kiedy boża moc chrześcijańskiej mądrości przenikała ustrój prawa, instytucje, obyczaje ludów, wszystkie warstwy i sprawy państwa; kiedy religia przez Chrystusa ustanowiona, należne sobie zajmując w świecie stanowisko, cieszyła się wszędzie przychylnością panujących i władz opieką, kiedy między kapłańską a świecką zwierzchnością kwitła zgoda i przyjazna usług wymiana. W takim stanie rzeczy świecka społeczność błogie nadspodziewanie rodziła plony, których pamięć żyje i żyć będzie, tak licznymi dziejów stwierdzona pomnikami, że ich żadne wymysły przeciwników nie zniszczą, ani przygłuszą”.

O jakich to czasach i miejscach pisał Biskup Rzymu? Wyjaśnia to w kolejnym podrozdziale encykliki zatytułowanym „Świętość europejskiej cywilizacji”. Jak zauważa w nim papież „że Europa chrześcijańska barbarzyńskie opanowała ludy i od dzikości do łagodnych obyczajów, od zabobonów do prawdy przywiodła, że muzułmańskie najazdy zwycięsko odparła, że stanęła na czele cywilizacji i we wszystkich zdobyczach kultury była przewodniczką i mistrzynią dla reszty ludzkości, że prawdziwą a wieloraką wolnością obdarzyła ludy, że dla poratowania nędzy najrozmaitsze wskrzesiła instytucje, - to wszystko bez wątpienia zawdzięcza głównie religii, pod której tchnieniem tak wielkie dzieła podjęła i z której pomocą ich dokonała. Trwałoby to wszystko, gdyby między dwiema władzami zgoda przetrwała; i więcej jeszcze godziło się słusznie oczekiwać, gdyby kierownictwu, nauce i radom Kościoła ulegano z większą wiernością i wytrwałością”.

Upadek Europy

Upadek Starego Kontynentu, osiągnął obecnie swoje apogeum. Jednak należy w nim widzieć pewien proces. Gdzie umiejscowić jego początek? Odpowiedzi na to pytanie udzielało wielu myślicieli. „Tradycjonaliści integralni” wylewając dziecko z kąpielą dostrzegają go już w VII wieku przed naszą erą. Amerykański konserwatysta Richard Weaver, w swoim dziele „Idee mają konsekwencje” dopatrzył się źródeł upadku w filozoficznym nominalizmie. Monarchiści skupiają się na Rewolucji Francuskiej. Anarchokapitalista Hans Hermann Hoppe wskazuje na I Wojnę Światową i rozpoczęty po niej wzrost etatyzmu.

Protestantyzm

Wydaje się jednak, że za kluczowe wydarzenie rozpoczynające proces upadku Europy należy uznać Reformację. Dziś uznaje się nią za wydarzenie pozytywne, nawet w Kościele katolickim. Trudno o większy absurd, choćby z duchowego punktu widzenia. Wszak świadomie i dobrowolnie wyznawana herezja naraża dusze na wieczne potępienie. Czy można świętować utratę sukcesji apostolskiej przez protestanckie wspólnoty? Rezygnację z sakramentalnej spowiedzi? Negację „hiperdulii”, szczególnej czci dla Matki Bożej, wyśpiewującej w Magnificat „odtąd bowiem błogosławić Mnie będą wszystkie pokolenia”?

Reformacja wydała zatrute owoce także z cywilizacyjnego punktu widzenia. Dziś podkreśla się wprawdzie zasługi Marcina Lutra dla rozwoju języków narodowych i umiejętności czytania. Przyczynił się do tego jakoby jego przekład Pisma Świętego na niemiecki, a także nacisk na indywidualną lekturę Pisma. Pamiętajmy jednak, że herezjarcha nazwał rozum „diabelską prostytutką”. Preferował ślepą wiarę. Tu, jak się wydaje, tkwi źródło negacji zdolności poznawczych rozumu.

Dalekim skutkiem luteranizmu jest degradacja rozumu do roli sługi namiętności i uczuć. Zdaniem współczesnego człowieka zachodu, umysł doskonale się sprawdza w kwestiach technologii czy ekonomii. Jest jednak jakoby bezradny w sprawach etycznych i religijnych.

W wielu dyskusjach nad protestantyzmem pojawia się pochwała protestanckiego etosu ciężkiej pracy i oszczędzania. Choć częściowo te argumenty są trafne, to stanowią raczej owoc szczęśliwego zbiegu okoliczności. Kalwini nie dążyli do wzrostu zamożności. W bogactwie i godziwych przyjemnościach widzieli jedynie źródło zepsucia. Nie chcieli wyciągać ludzi z nędzy i głodu, lecz wpędzić ich w kierat pracy. Wobec braku spowiedzi i wierze w predestynację okazało się to bowiem jedynym sposobem na uwolnienie od przerażającego lęku przed piekłem.

Z resztą sam Max Weber przyznał, że w swojej „Etyce protestanckiej i duchu kapitalizmu” skupił się jedynie na wycinkach protestanckiej „teologii”. Z kolei zmarły niedawno katolicki myśliciel Michael Novak zauważył, że przykład przez stulecia ubogiej kalwińskiej Szkocji świadczy o tym, że protestancka zamożność nie była bynajmniej niczym oczywistym. Co więcej, liczni znawcy historii gospodarczej uważają, że kapitalizm rozpoczął się renesansowych miastach włoskich. To zatem nie edukację i dobrobyt, lecz wzrost omnipotencji państwa (nacjonalizacja kościołów) i rozbicie europejskiej jedności i związane z nią krwawe wojny (jak Wojna Trzydziestoletnia) należy uznać za kluczowe owoce Reformacji.

Rewolucja francuska i obyczajowa

Protestantyzm, zwłaszcza w swej początkowej fazie nadmiernie wzmocnił państwo kosztem wolności Kościoła i ludu. W swej istocie jednak stanowi przejaw buntu: przeciwko papieżowi i wyższej hierarchii kościelnej; a niekiedy nawet przeciwko duchowieństwu jako takiemu. Ten sam duch rewolty podczas Rewolucji Francuskiej wyraził się w sferze doczesnej: w buncie przeciwko królowi i arystokracji. Rzeź Wandei, zdławienie tradycyjnych regionalnych wolności, rozplenienie fanatycznego nacjonalizmu i wojny totalne z I i II Wojną Światową włącznie to mniej lub bardziej odległe skutki Rewolucji Francuskiej.

Co najmniej równym złem okazał się wojujący laicyzm. Zwyciężył on w pełni w bolszewickiej Rosji w 1917 roku. Wraz z egalitaryzmem, kolektywizmem i negacją rodziny doprowadził do śmierci milionów ofiar. Na Zachodzie laicyzacja postępowała stopniowo. Zdarzały jej się porażki, takie jak okres Restauracji we Francji.

Stopniowo jednak zwolennicy wyrugowania religii z życia publicznego osiągnęli w wielu krajach Europy swoje cele. Ich sukcesy przyspieszyła rewolucja obyczajowa rozpoczęta pod koniec lat 60-tych. Jej pokłosie to często nieformalne ograniczanie wpływu Kościoła, a także legalizacja aborcji, związków partnerskich czy homo-małżeństw w wielu unijnych krajach. Oraz publiczne epatowanie nudyzmem podczas homo-parad czy innych tego typu wydarzeń.

Zdaniem profesora Plinio Corrêa de Oliveiry, proces ten prowadzi do upodobnienia społeczeństw zachodnich do niektórych prymitywnych plemion z ich kolektywizmem, brakiem form grzecznościowych, nudyzmem i mrocznymi, irracjonalnymi rytuałami religijnymi.

Tak zwane „twarde jądro” Unii Europejskiej jest zżerane przez konsumpcjonizm, kult wygody i obyczajową degrengoladę. Niestety to samo dotyczy w znacznej mierze Kościołów tych krajów. Na przełomie czerwca i lipca na „twitterowym” koncie francuskiego Episkopatu pojawił się hołd dla…Simone Veil, odpowiedzialnej za legalizację aborcji we Francji. Także Episkopat Niemiec uzależniony od państwowych pieniędzy stoi w awangardzie teologicznego „postępu”.

Ratunek dla Europy ?

Czy wobec tego dla Europy istnieje jeszcze jakiś ratunek? Na pierwszy rzut oka odpowiedź wydaje się przecząca. Kryzys demograficzny zaszedł zbyt daleko. Często dołącza do niego kryzys finansów publicznych. Unia Europejska stała się instytucją zbiurokratyzowaną i obecnie bardziej dzieli, niż łączy. Pojawiające się oznaki oporu często mają więcej wspólnego z nacjonalizmem czy wręcz neopogaństwem, niż tradycyjną prawicą.

Mimo to obserwuje się pewne przebudzenie. Młodzi ludzie szukają prawdziwych autorytetów, nawet jeśli często czynią to po omacku. Wielu z nich odkrywa starodawny ryt Mszy świętej, „uwolniony” przez (nomen omen) Benedykta XVI. Przebudzenie to dokonuje się także w Stanach Zjednoczonych, dziedzicu europejskiej cywilizacji.

Prezydent tego kraju, podczas swej wizyty w Warszawie 6 lipca 2017 roku w płomienny sposób mówił o wartościach Zachodu: tradycji, rodzinie, wolności i przedsiębiorczości. A także o wierze w Boga, wciąż żywej w Polsce. To dzięki niej nasz kraj stanowi nie tylko „geograficzne serce Europy”, lecz także jej „duszę”. „Wasz naród jest wielki, ponieważ wielki i silny jest wasz duch” – mówił Donald Trump.

Ta siła, zdolna do zapoczątkowania odbudowy Starego Kontynentu pochodzi od Stwórcy. Na wątpliwości sceptyków dotyczące odrodzenia się tradycyjnej cywilizacji europejskiej odpowiedzmy więc słowami Pisma Świętego: „Dla Boga (…) nie ma nic niemożliwego” (Łk 1,35-37)”.

Marcin Jendrzejczak

https://www.pch24.pl/dla-boga-nie-ma-ni ... 995,i.html

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 21 lip 2017, 06:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Europie brakuje odwagi

Z Piotrem Ślusarczykiem, członkiem zarządu Stowarzyszenia Europa Przyszłości, wydawcy portalu euroislam.pl, rozmawia Rafał Stefaniuk.

Głoszenie dżihadu nie ma nic wspólnego z wolnością słowa i jako takie może podlegać karze. Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu wydał w czwartek decyzję w tej sprawie.
– To bardzo dobra wiadomość. Nawoływanie do dżihadu jest promowaniem zbrodniczej ideologii. Nie jest tajemnicą, że akty ludobójstwa Państwa Islamskiego opierają się na doktrynie dżihadystycznej. Z kolei skutki ich działania są dokładnie takie same, jak znamy z czasów holokaustu i komunistycznych czystek NKWD. Choć odnotowano przypadki, w których brutalnością przewyższają największych zbrodniarzy w historii.

Europa wreszcie się obudzi i powstrzyma islamskich ideologów?
– Decyzja daje podstawę, by rozpocząć działania zmierzające do tego, aby dżihadyści różnej maści i salafici, którzy do zbrodni nawołują, mogli być przez służby skutecznie ścigani, a ich działalność ograniczana. Z tym że jak zawsze diabeł tkwi w szczegółach. To, że istnieje możliwość prawna i formalne podstawy do działania, nie znaczy, że znajdzie się wola polityczna. Sytuacja na Zachodzie jest skomplikowana. Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że jakakolwiek próba ingerencji wewnątrz zamkniętych środowisk salafitów może skończyć się niepokojami społecznymi na szeroką skalę. Politycy wiedzą, że idee dżihadystyczne są niebezpieczne, ale zachowują się biernie wobec nich, bo obawiają się rozruchów na masową skalę. Obawiają się także reakcji poprawnie politycznych mediów, które z dżihadystów są w stanie zrobić ofiary prześladowań.

Przywódcy państw Europy Zachodniej skorzystają z decyzji ETPC?
– Decyzja jest światełkiem w tunelu i podstawą do działań. Natomiast to, czy politycy i służby skorzystają z tej możliwości prawnej i zechcą ją wprowadzać w życie, jeszcze nie jest przesądzone. Próba wprowadzenia tej decyzji w życie wymaga od europejskich polityków niezwykłej odwagi i przygotowania taktycznego, także w sferze bezpieczeństwa. To jest kluczowe. Świetnie że Trybunał postawił się islamistom. Teraz trzeba przejść z etapu decyzji Trybunału na poziom realnego działania. To nie jest wcale takie proste. Życzę społeczeństwom Zachodu – i liczę na to – by znaleźli się odważni politycy, którzy wezmą sobie tę decyzję do serca i będą za nią podążać. Bo tylko tak zatrzymają tę zbrodniczą i ludobójczą ideologię.

Dziękuję za rozmowę.
Rafał Stefaniuk

http://www.naszdziennik.pl/swiat/185845 ... dwagi.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 16 wrz 2017, 08:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Europie potrzebna jest prawdziwa ewangelizacja

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, członkiem Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Mamy – jak się dzisiaj okazuje, niepotwierdzoną informację dotyczącą planów zlikwidowania świątyni katolickiej pw. św. Klemensa i w ogóle polskiej parafii w niemieckim Essen. Jak ją odczytać?
– Jeśli to prawda, to jest to bardzo smutna sprawa. Zwłaszcza że jak mówi mniejszość polska z Essen, jest to świątynia oblegana przez wiernych, przede wszystkim przez Polaków. W związku z tym wydaje się, że na poziomie duszpasterskim świątynia pw. św. Klemensa w Essen ma olbrzymie znaczenie, tym bardziej ujmujący jest protest, który się jawi.

Zamykanie kościołów w Niemczech ma być podyktowane oszczędnościami w związku ze spadkiem liczebności wiernych. Czy to nie jest dziwne?
– Nie wchodząc w szczegóły, może jednak należałoby się zastanowić, co zrobić, żeby poprawić frekwencję w kościołach, jak poprawić akcję duszpasterską, aby być bardziej autentycznym i skutecznym w przekazie ewangelicznym. Tak czy inaczej, ze sprzecznych informacji jakie do nas docierają wynika, że ta parafia i ta świątynia nie borykała się z problemem frekwencyjnym. W związku z tym – oczywiście – można wyjść z założenia, że parafie się łączy, bez względu na to, gdzie wierni uczęszczają i tworzy się nową sieć parafii, ale przy tego typu działaniach zawsze warto sobie uświadomić, że miejsce, na którym stoi Dom Boży, jest miejscem poświęconym Panu Bogu, a więc ma wartość duchową nieporównywalną z żadną wartością finansową. Z tym miejscem ludzie się wiążą, co dotyczy nie tylko więzów emocjonalnych, ale także tradycji czy środowiska, które się tworzy czy zawiązuje wokół świątyni. Nie jest zatem tak, że jeśli się zlikwiduje parafię w jednym miejscu i przeniesie ją w inne, to odbędzie się to bez konsekwencji dla wspólnoty wiernych. Każda parafia ma potężny wspólnototwórczy charakter, również usytuowanie świątyni ma w tym wymiarze ogromne znaczenie. Proszę pamiętać, że wierni przychodzą do kościoła tylko w czasie nabożeństw, ale do swojej świątyni parafialnej uczęszczają również w innych okolicznościach, także kulturalnych. Jeśli zatem tego typu decyzje jak ta, o której rozmawiamy, zapadają, to muszą być one bardzo dobrze przemyślane.

Polacy z Essen mówią, że podobno jest już nawet kupiec, który na tej działce ma wybudować osiedle mieszkalne dla islamskich migrantów. O czym to świadczy?
– Póki co świadczy to tylko o tym, że jest kupiec. Raz jeszcze podkreślę, że dla nas, Polaków, katolików, wychowanych w wierze i tradycji chrześcijańskiej świątynia to miejsce szczególne i u nas w Polsce sprzedaż czy jakakolwiek forma zbycia kościołów, które mają potężną moc kulturotwórczą i oczywiście religijną, nie występuje. Dla nas – ludzi przywiązanych do wiary, tradycji i miejsc, w których żyjemy, także miejsc związanych z praktykami religijnymi, wszystkie transakcje, które dotykają naszej polskiej wrażliwości – zresztą bardzo pięknej – są niezrozumiałe i bardzo bolesne.

Coraz częstsze są przypadki likwidowania czy wręcz zburzenia świątyń katolickich w Niemczech, ale podobne przypadki były już np. we Francji. Mamy do czynienia z dekulturyzacją i desakralizacją?
– Nie ulega wątpliwości, że w Europie Zachodniej, w Kościele zachodnim mamy do czynienia z potężnym kryzysem wiary, co przejawia się chociażby w praktykach religijnych, choć nie tylko w tym. Tak czy inaczej sprawa świątyni w Essen jest to najlepiej widoczny, najbardziej namacalny przejaw tego kryzysu. Oczywiście należałoby się zastanowić nad przyczynami tego zjawiska. Wprawdzie można twierdzić, co zresztą niektórzy to robią, że są to procesy nieuniknione, związane ze wzrostem dobrobytu na zachodzie itd. Nie ulega jednak wątpliwości, że współczesny świat, kraje wysoko rozwinięte nie wszystkie przeżywają takiego typu kryzysy religijności jak Europa Zachodnia. W związku z czym jest to fundamentalny problem, na który nie bardzo można znaleźć adekwatną odpowiedź oprócz tej, że być może będzie się próbować łączyć mniej liczne parafie, tworząc coś w rodzaju oszczędnościowych programów. Tyle że nie tędy droga. To nie jest kwestia pieniędzy czy oszczędności, ale jest to o wiele bardziej poważna sprawa.

Jak odczytują to imigranci muzułmańscy, kiedy widzą, że w Europie, do której przybywają, likwiduje się świątynie katolickie, tym bardziej kiedy się słyszy, że na tych miejscach mają powstać blokowiska? Czy nie jest to przejaw słabości świata zachodniego i zachęta do narzucania nam kultury muzułmańskiej?
– Problem jest bardzo poważny. Jeśli wziąć pod uwagę możliwości asymilacyjne świata zachodniego, to trzeba powiedzieć, że im bardziej ten świat jest ateistyczny, tym mniej ma możliwości asymilacyjnych. Przybyszów muzułmańskich nie zasymiluje się tym, że da się im mieszkania, zasiłki czy nawet pracę, bo ich kultura jest tak przesiąknięta religijnością, że w momencie, kiedy się zderzają ze zateizowanym światem Zachodu, to zwyczajnie są przerażeni i takiego świata nie są w stanie zaakceptować. Stąd raz za razem pojawiają się skrajne postawy objawiające się w krwawych zamachach.

Czy jest to tylko walka o kościół jako świątynię czy może z walką o wiarę katolicką i utrzymanie kultury zachodniej?
– Ta walka nie wyraża się w tej konkretnej sprawie, w tym konkretnym kościele w Essen, gdzie mamy przykład mniej lub bardziej rzeczywistego sporu. Problem jest znacznie szerszy i wyraża się w tym, że ideologie, które zapanowały – zresztą nie od dzisiaj – na Zachodzie są z gruntu rzeczy sprzeczne z tradycją chrześcijańską. Mają one w sobie bardzo mocne elementy destrukcyjne, i to nie tylko w sferze czystej religii, ale również w sferze etycznej. Warto mieć świadomość, że etyka, moralność w dużym stopniu są pochodną wiary i ugruntowują nasze życie. I w tym względzie na Zachodzie mamy do czynienia z wojną kulturową i ateizacją zarazem i to od wielu, wielu lat, w związku z tym tego typu przykłady likwidacji czy zamiaru likwidacji miejsc kultu religijnego – kościołów są tylko ilustracją pewnego problemu, który albo się będzie chciało zauważyć i coś z tym zacząć robić, albo zaniechamy działań, a wówczas od katastrofy dzielić nas będzie zaledwie kilka kroków.

Dlaczego tak łatwo wyzbywamy się zasad, wiary, tradycji, które przed nami budowały pokolenia?
– Moim zdaniem, żyjemy w czasach, gdzie zwykli ludzie nie potrzebują Kościoła w wersji light Kościoła, który nie wypowiada się w zdecydowany sposób w sprawach wiary i moralności, a więc w kwestiach ważnych także społecznych czy politycznych, ale ludzie potrzebują dzisiaj Kościoła autentycznego, potrzebują duszpasterstwa w pełnym tego słowa znaczeniu. Być może forma czy sposób duszpasterstwa tzw. otwartego, z jakim mamy do czynienia na zachodzie Europy, po prostu się nie sprawdziła. I warto podjąć ten temat, przeanalizować ten problem i wyciągnąć wnioski.

Co powoduje, że Kościół w Polsce jest ciągle żywy, w przeciwieństwie do tego, z czym mamy do czynienia na Zachodzie?
– Kościół w Polsce, który przez dziesiątki lat zmagał się z komunizmem ateistycznym w sposób jednoznaczny, zdecydowany nigdy nie zrezygnował z wyznawania swoich zasad, z zasad Ewangelii. Był bezkompromisowy w walce z systemem komunistycznym, stąd przykład kapłanów, którzy stanęli w obronie wiary i wiernych, którzy nie dali się zwieść próbom ateizacji. Ten Kościół prześladowany, zahartowany w boju przetrwał i mimo oczywistych trudności stale wzrasta. Natomiast na Zachodzie w wielu wypadkach Kościół czy może raczej duchowni poszli na kompromis i stąd takie, a nie inne efekty. Pytanie zatem brzmi: – czy i komu jest potrzebny Kościół, który idzie na kompromis? Na te pytania powinni sobie odpowiedzieć duszpasterze posługujący w Europie Zachodniej. Współczesnej Europie potrzebna jest prawdziwa ewangelizacja, a nie cukierkowata, bez radykalizmu wiary. Tylko wiara i radykalne świadectwo może pociągnąć ludzi, natomiast religijność w wersji light nie jest dzisiaj nikomu potrzebna.

Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... zacja.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 08 paź 2017, 09:00 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Europa musi powrócić do korzeni chrześcijańskich

Nasz kontynent musi powrócić do korzeni chrześcijańskich – mówił ks. abp Marek Jędraszewski na zakończenie Mszy św. w kościele św. Krzyża w Zakopanem. W Eucharystii wzięli udział uczestnicy akcji Różaniec do Granic.

Obrazek

Ten szczególny dzień, kiedy staniemy na granicach naszego państwa, jest szczególnym czasem, kiedy modlimy się za naszą Ojczyzną, ale ten Różaniec przenika nasze granice, obejmuje całą Europę. Nasz kontynent musi powrócić do korzeni chrześcijańskich – mówił abp Marek Jędraszewski na Mszy św. w kościele św. Krzyża w Zakopanem na rozpoczęcie akcji Różaniec do Granic.

Metropolita krakowski przewodniczył uroczystej Mszy św. w kościele św. Krzyża w Zakopanem, który jest jednym z kościołów stacyjnych w archidiecezji krakowskiej w ramach akcji Różaniec do Granic. – Ta modlitwa do sięgnięcie do czasów pierwszych chrześcijan. Ona stanowi szczególną wartość, bo to jesteśmy świadkami, że tylko przez i z Maryją idziemy na spotkanie z Bogiem. Maryja pomoże nam pokonać wszelkie trudności – zaznaczył abp Marek Jędraszewski. – Wszyscy razem tworzymy świetlany krąg, wznoszący się do Pana Boga – podkreślił biskup Krakowa.

W uroczystej Liturgii uczestniczy bardzo wielu wiernych, którzy zgłosili się do akcji odmawiania modlitwy Różańca w kilku miejscach na terenie Zakopanego. Wśród nich jest burmistrz Zakopanego Leszek Dorula, samorządowcy, działacze Związku Podhalan. Przybyli także reprezentacje zgromadzeń zakonnych z terenu miasta. Pod Tatry dojechali także członkowie Bractwa św. Jana Pawła II z Krakowa. Liturgię uświetniła kapela góralska.

Wszystkich zgromadzonych pozdrowił na zakończenie Eucharystii ks. Mariusz Dziuba, proboszcz parafii św. Krzyża w Zakopanem. Kapłan podziękował wszystkim za obecność, za modlitwę. Szczególne słowa pozdrowienia skierował do wolontariuszy, którzy zaangażowali się w Różaniec do Granic.

Po zakończeniu Mszy św. rozpoczęła się adoracja Najświętszego Sakramentu, następnie wierni wyruszyli do kilku punktów modlitewnych, rozsianych na terenie miasta, m.in. na Jaszczurówce pod Wielką Krokwią, w Dolnie Białego, pod Nosalem u sióstr urszulanek, w „Księżówce”. Nieformalny punkt modlitewny był też na Kasprowym Wierchu. Grupa niezorganizowana wyszła też na Giewont.

Na terenie archidiecezji krakowskiej zlokalizowanych jest kilkanaście kościołów stacyjnych, z których wierni wyruszyli odmawiać modlitwę różańcową. Punkty modlitewne znalazły się m.in. wzdłuż drogi wojewódzkiej prowadzącej z Czarnego Dunajca do Chochołowa i Jabłonki. Modlitwie na dawnym przejściu granicznym ze Słowacją przewodniczył bp Jan Szkodoń z Krakowa. Różaniec odmówili tam m.in. członkowie Grupy Apostolskiej.

RP, KAI

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... skich.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 20 paź 2017, 20:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Runęły mury

TADEUSZ J. REGIEWICZ

Stojąc na Placu św. Piotra, pośród widocznych i zazwyczaj licznie zgromadzonych pielgrzymów z Polski, którzy przyjechali do serca Europy, aby modlić się z Papieżem, trudno oprzeć się wrażeniu, że Ojciec Święty czuje się jakoś lepiej wśród rodaków; że przewodząc na Stolicy Piotrowej Kościołowi powszechnemu, otaczając jednakową troską i miłością wiernych na wszystkich kontynentach, czuje się jakby mocniejszy, gdy ma swoje "wojsko za murami", rozmodlone, entuzjastyczne i wierne.
Spotkać można na włoskiej ziemi również inne wojsko - mężnie i ufnie poległe na zboczach Monte Cassino podczas zdobywania klasztoru św. Benedykta, budowniczego łacińskiej Europy. Paradoks historii, a może dowód na osobliwą rolę, jaką Polakom wyznaczyła w swych planach Opatrzność.

Polska w swej historii niejednokrotnie broniła najpiękniejszych i najważniejszych wartości w Europie, począwszy od obrony chrześcijaństwa przed zbrojnym zalewem pogan. Broniła ideałów wolności, suwerenności i praw jednostki, zagrożonych azjatyckim typem despotyzmu. I zwykle czyniła to wtedy, gdy Europa (Zachód) o nich zapominała, kiedy je zdradzała. Nie zawsze spotykaliśmy się z wdzięcznością, a bywało i tak, że przez nasze poświęcenie stawaliśmy się kłopotliwym sojusznikiem. Zbyt serio bowiem traktowaliśmy sprawy, a zwłaszcza umowy, których inni zwykle nie zamierzali dotrzymywać.

Jedni upatrują w tym naszej słabości, inni zaś siły, z której czerpią nadzieję na odrodzenie katolicyzmu i wiary w Europie.
U progu trzeciego tysiąclecia Europa - której nienaturalny podział został przezwyciężony i - jak powiedział Ojciec Święty - " możemy wreszcie odetchnąć głęboko obydwoma płucami, w atmosferze odzyskanej wolności..." - aby pozostała wierna sobie, musi umieć zebrać wszystkie żywotne siły kontynentu, uznając jednocześnie niepowtarzalność charakteru każdego regionu i odnajdując w swoich korzeniach wspólnego ducha. Europa to - zdaniem Papieża - nie tylko dziewięć państw jej środkowej części, lecz również wszystkie kraje kultury chrześcijańskiej, i dlatego chrześcijaństwo musi podjąć na nowo swój udział w kształtowaniu duchowej Europy. Same racje ekonomiczne i polityczne jej nie ukształtują. Wobec tego otwiera się ogromne pole działania dla Kościoła w kierunku jedności narodów europejskich. Pilnym działaniem Kościoła staje się ponowne głoszenie mieszkańcom Europy posłania Ewangelii. Nowa ewangelizacja nie jest programem - jak zauważa Specjalne Zgromadzenie Synodu Biskupów poświęcone Europie - tak zwanej restauracji Europy czasów minionych, lecz bodźcem do odkrywania własnych korzeni chrześcijańskich i tworzenia cywilizacji głębszej, a zatem również bardziej ludzkiej.

Cywilizacja łacińska (europejska), która przez wieki formowała Europę, ukształtowana została na dorobku myśli klasycznej, a więc greckiej filozofii i właściwego Grekom stosunku do prawdy, prawie rzymskim i skale chrześcijańskich wartości. W Europie chrześcijańskiej obowiązywał naturalny porządek ważności dziedzin, w którym polityka była podporządkowana prawu, prawo - etyce, a etyka - filozofii i teologii. Wiedziano, że prawo stanowione musi być ograniczane przez porządek wyższy, na który człowiek nie ma wpływu. Dzięki normom etycznym obowiązującym w życiu publicznym nietrudno było rozróżnić dobro od zła, sprawiedliwość od niegodziwości i ucisku. Z czasem, gdy pojawiła się dominacja polityki utożsamianej z "inżynierią społeczną", pomijająca milczeniem bądź wprost negująca Boga i Jego prawo, zniszczona została - łącząca narody cywilizacji łacińskiej - struktura "christianitas", a kultura chrześcijańska stała się jedynie światopoglądem wierzących w Boga chrześcijan, ignorowanym przez państwo laickie.
Rzecz jasna nie brakowało w tamtych czasach problemów, wojen i nieprawości, o których tak chętnie przypominają dzisiaj Kościołowi zwolennicy postępu, ale przecież wszystkie one razem wzięte nie stanowią nawet ułamka tych tragedii, które przyniósł ludzkości cywilizowany wiek XX, w którym z liberalnych koncepcji oświecenia i "ideałów" rewolucji francuskiej wywiodły swój niszczycielski pochód bezbożny komunizm i pogański faszyzm.

Runęły mury dzielące narody, do państw rządzonych niegdyś przemocą i strachem zawitała demokracja. Ludzie powoli odzyskują jakby radość życia i poznają wszystkie barwy nieznanego wcześniej świata. Marzenia o wolności zetknęły się z nową rzeczywistością, która jednak dla wielu jeszcze stanowi zagadkę i trochę obcy, a niekiedy brutalny świat. Pojawiły się również nowe problemy, zagrożenia i pytania. Czy wystarczy dzisiaj dobrej woli, aby wyciągnąć wnioski z historii? Czy odpowiedzialni za kształt jednoczącej się Europy i losy świata zrozumieją przesłanie kierowane ze Stolicy Piotrowej, że zwycięstwo natury moralnej stanowi istotę odnowy narodów i najtrwalszy fundament dla sukcesu podjętego dzieła? Wreszcie pytanie dla nas najważniejsze: Czy naród polski zdoła wpisać się twórczo do wspólnoty państw i narodów, zachowując przy tym własną tożsamość, i potwierdzi - przyczyniając się do duchowej jedności Europy - że stanowi nadal owo "wojsko" i w dalszym ciągu, w jakimś sensie "myśl Bożą w dziejach"?

http://www.niedziela.pl/artykul/63525/nd/Runely-mury


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 23 paź 2017, 09:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Europa potrzebuje głębokiej refleksji, to jest oczywiste, problem tkwi w tym czyja to ma być refleksja. Przecież nie pochylą się nad losem Europy zastępy lewackich urzędasów realizujących zaplanowaną jej wizję. Ta refleksja musi pojawić się w zwykłych Europejczykach, potencjalnych wyborcach, a ci są dokarmiani lewacką papką medialną i mają przetrącony aparat poznawczy, a więc są ubezwłasnowolnieni.
Pozostają jedynie świadomi Europejczycy, tradycyjne elity europejskie, Kościół Katolicki i normalni, pozalewaccy politycy.
Zadanie niemal nie wykonalne, ale z Bożą pomocą wszystko jest możliwe.


Europa potrzebuje głębokiej refleksji

Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Donald Tusk, który jeszcze jakiś czas temu groził Polsce nieuchronnością kar, powiedział w piątek, że nie widzi przyszłości dla projektu przymusowej relokacji imigrantów. Zaznaczył też, że ten „węzeł gordyjski” trzeba będzie przeciąć. Skąd nagle taka ewolucja w poglądach szefa Rady Europejskiej?
– Warto się zastanowić, czy Donald Tusk w ogóle ma poglądy…? Natomiast trudno ocenić, na ile trwała jest ta ewolucja, bo bardziej wygląda na to, że została wymuszona sytuacją. Jeszcze do niedawna Warszawa i Budapeszt były krytykowane za konsekwentne, jednoznaczne stanowisko wobec problemu imigrantów. Jednak dopiero dzisiaj zachód Europy raczył zauważyć, że to nie Bruksela, ale Polska i Węgry miały rację. Oczywiście trudno będzie ten fakt przyznać oficjalnie, bo elity brukselskie nie mają w zwyczaju przyznawać się do błędów czy porażek, ale w pojedynczych wypowiedziach większości polityków zachodnioeuropejskich takie stwierdzenia zaczynają się pojawiać. Krach dotychczasowej polityki oraz świadomość, że przymusowa relokacja imigrantów nie miała podstawy prawnej, i to zarówno w systemach poszczególnych państw członkowskich, jak też w traktatach unijnych, sprawiły, że elity unijne musiały czy muszą się z tego dyktatu wycofać.

Unijny szczyt potwierdził fiasko programu relokacji imigrantów, ale zmiana frontu przez Tuska chyba musi zastanawiać...?
– Donald Tusk, przymuszony sytuacją, wyraził to, co powinien powiedzieć już wtedy, kiedy zrodził się ten chory plan zmuszania suwerennych państw do przyjmowania imigrantów. Dotyczy to także oczywistej oczywistości, że Europa musi być razem, bo w przeciwnym wypadku cały ten projekt pod nazwą Unia Europejska może się rozsypać. Fakt faktem zmianę frontu brukselskich elit i państw zachodniej Europy należy odnotować z satysfakcją. Zwłaszcza że z ust takich polityków jak przewodniczący Tusk jeszcze jakiś czas temu można było usłyszeć, że Polska, nie godząc się na relokację, de facto sama się izoluje, podobnie jak Węgry. Tymczasem życie pokazało mądrość i dalekowzroczność przywódców Polski i Węgier, co zostało – w końcu – zaakceptowane i uznane przez większość państw członkowskich, oraz małość unijnych decydentów mieniących się przywódcami UE. Tusk musiał się cofnąć, nie miał innego wyjścia. Alternatywą było przyznanie się do błędu albo złożenie papierów na stole i pożegnanie się z piastowanym urzędem.

Jednym z tematów zakończonego szczytu był Brexit. Wciąż jednak chyba brakuje kompromisu co do rozstania się UE z Wielką Brytanią…
– Wydaje się, że jest pewien postęp, bo Rada Europejska zauważyła – wreszcie – że w tej materii, w negocjacjach dotyczących Brexitu między UE a Zjednoczonym Królestwem istnieje pat. Unijni decydenci: Komisja Europejska, Parlament Europejski zauważyli, że zalecając tzw. twardy Brexit, popełniono błąd. Postawiony Wielkiej Brytanii warunek: kontrybucja wielkości 50, 70 czy nawet 100 miliardów euro i od tego uzależnianie dalszej dyskusji okazało się niewybaczalnym błędem KE przy jednoczesnej akceptacji RE. Zapomniano przy tym, że Wielka Brytania nie występuje tu w roli petenta. To był błąd, bo widocznie ktoś albo nie zdawał sobie sprawy, albo zapomniał o sytuacji gospodarczej na styku Wielka Brytania – państwa UE. Zjednoczone Królestwo ma ujemny bilans handlowy z 27 krajami Unii. W tej sytuacji straszenie Brytyjczyków zamknięciem rynku jest kpiną.

Co to oznacza?
– Zamknięcie rynku z dnia na dzień uderzy, i to potężnie, w najsilniejsze gospodarki europejskie, przede wszystkim zaś w Niemcy, kraje Beneluksu czy kraje skandynawskie i może w mniejszym zakresie we Francję, czyli w głównych eksporterów do Wielkiej Brytanii. W związku z tym – wydaje się, że RE poszła po rozum do głowy, bo stawianie sprawy na ostrzu noża – o czym wielokrotnie mówiłem – jest niewybaczalnym błędem. Na razie sytuacja wygląda tak, że premier Theresa May mówi – owszem – zapłacimy żądaną składkę w pierwszym kwartale 2019 r., ale na tym koniec. Nikt z unijnych elit chyba nie zdawał sobie sprawy – a powinien, że składka brytyjska do wspólnej kasy stanowi netto ponad 10 proc. rocznego, ale również siedmioletniego budżetu UE. Nadwyżka tego, co wpłaca Wielka Brytania, w zestawieniu z tym, co odzyskuje, to ponad 10 miliardów funtów. Kiedy zabraknie tych pieniędzy, może budżet unijny się nie załamie, ale stworzy poważne problemy.

Unijne elity nie zdawały sobie wcześniej sprawy z tych zagrożeń?
– Każdy, z Tuskiem na czele, powinien był sobie uświadomić, że perspektywa finansowa UE na lata 2014-2020, która kończy się tak naprawdę w 2023 r. przez prawie cztery lata, będzie realizowana bez brytyjskich pieniędzy. To pokazuje, jak wielki błąd popełniono, forsując tzw. twardy Brexit, nie podejmując dyskusji na tematy gospodarcze czy społeczne. Również liczba Europejczyków pracujących na Wyspach w porównaniu z liczbą Brytyjczyków pracujących na kontynencie przemawia na korzyść 27 państw UE. I dopiero na zakończonym w piątek szczycie RE podjęto rzeczową dyskusję na temat rozmów z Wielką Brytanią. I mimo że ten szczyt nie zaowocował konkretnymi ustaleniami, ważne jest, że RE zaleciła dalsze negocjacje ze Zjednoczonym Królestwem, nie mówiąc już o tzw. twardym Brexicie.

Tak czy inaczej to tylko potwierdza nieudolność i brak refleksji unijnych elit…
– Proszę zwrócić uwagę, że w szeroko pojętych strukturach unijnych jest zatrudnionych blisko 50 tysięcy pracowników. Jeśli chodzi o Brexit, to w tej chwili Parlament Europejski zastanawia się, co zrobić, jak podzielić 73 wakujące mandaty, jakie od końca marca 2019 r. powstaną po eurodeputowanych z Wielkiej Brytanii. Na logikę, choćby ze względów ekonomicznych, które powstaną po Brexicie, należałoby ograniczyć skład europarlamentu o 73 mandaty. Tymczasem dyskusja i szarpanie się poszczególnych 27 państw członkowskich o mandaty trwa w najlepsze. Dodam, że w propozycjach, jakie się pojawiły, nie ma mowy choćby o jednym dodatkowym mandacie dla Polski.

Podczas zakończonego szczytu RE dyskutowano też na temat Nord Streeam 2. Jednak – jak zauważył szef KE Jean-Claude Juncker – wciąż brak jednomyślności co do storpedowania tego niemiecko-rosyjskiego projektu, który zagraża bezpieczeństwu energetycznemu większości państw UE. Co dalej z tą sprawą?
– Na rzecz realizacji projektu Nord Streeam, a tym samym na naszą niekorzyść działa potężne lobby polityczno-gospodarcze. Oficjalnie w tym temacie jeszcze nie wypowiedziała się kanclerz Angela Merkel, ale szef niemieckiej dyplomacji wielokrotnie zabierał głos. Próba odcięcia się Niemiec od tego, co jest faktem, a mianowicie, że jest to przedsięwzięcie również w wymiarze politycznym, nikogo rozsądnego nie przekona czy nie zwiedzie. Nie ulega wątpliwości, że jest to przedsięwzięcie polityczno-gospodarcze, a nie gospodarczo-polityczne. Ojcowie założyciele UE opierali ten projekt na solidaryzmie i solidarności państw. Niestety, obecna Unia nie ma nic wspólnego z tą ideą, jaką się kierowali Robert Schuman, Jean Monnet, Konrad Adenauer czy Alcide De Gasperi. Jeśli na czele projektu, który ma zagrozić bezpieczeństwu energetycznemu krajów członkowskich, stoi były kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder, to trudno do tego dodać coś więcej. Myślę, że zyskaliśmy sojusznika, bardzo silnego partnera po stronie Danii, który zapowiedział blokadę tego przedsięwzięcia. Również Zieloni, którzy zawsze byli przeciwni projektowi Nord Streeam i – jak wszystko wskazuje – będą tworzyć koalicję rządową w Niemczech, też zdania nie zmienią. Pozostaje mieć nadzieję, że uda się zdobyć potrzebną większość w RE i ten szkodliwy projekt nigdy nie doczeka się realizacji.

Przed szczytem odbyło się spotkanie szefów państw Grupy Wyszehradzkiej z Jean-Claude'em Junckerem. Czy to zapowiedź nowych, lepszych, partnerskich relacji?
– Junckera przekonać do czegoś czy zatrzymać przed czymś może tylko strach. Podobna sytuacja jest z kanclerz Merkel. Strach przed wynikami wyborów w Austrii, również przed tym, co – jak wszystko na to wskazuje – wydarzy się w Czechach, powoduje, że Jena-Claude Juncker zaczyna się obawiać nowej sytuacji w państwach UE, które przechodzą kolejno przez okres wyborczy. Austriacy, choć ostatecznie nie wyłoniono jeszcze rządu, ustami nowego kanclerza, młodego wiekiem, ale jak się wydaje wytrawnego już polityka Sebastiana Kurza, to można powiedzieć, że wypowiedzieli swoje zainteresowanie Grupą Wyszehradzką, której Polska jako największe państwo, biorąc również siłę gospodarki wydaje się naturalnym liderem. Możliwe jest też zbliżenie Austrii z Węgrami, co niekoniecznie może być dobre dla Polski. Stąd ważne będą relacje także na linii Polska – Rumunia, w których widać pewne zbliżenie. Tak czy inaczej na przestrzeni roku w rejonie Europy Środkowo-Wschodniej możliwe są pewne przetasowania. Mam nadzieję, że w ich efekcie pozycja Polski się umocni. Tak czy inaczej warto się przyglądać tym geopolitycznym wydarzeniom.

Jak to zbliżenie Wiednia z Budapesztem może wpłynąć na sytuację Polski, dla której Węgry są partnerem, którego głos w RE ma nas uchronić przed ewentualnymi restrykcjami ze strony KE?
– Mam nadzieję, że premier Victor Orbán nie zdradzi Polski i że nasze państwa będą nadal mówić jednym głosem. Tak czy inaczej nie należy wykluczać wpływania Austrii na te nasze przyjacielskie relacje czy wręcz prób rozmiękczania stanowiska Węgrów.

UE przeżywa poważne kryzysy także tożsamościowe...
– UE, w ogóle Europie, potrzeba głębokiej refleksji, potrzeba powrotu do chrześcijańskich wartości i zasad, na jakich została zbudowana. To nie kto inny jak nasz wielki rodak św. Jan Paweł II widział Europę jako jedność, który mówił o Europie, która powinna oddychać dwoma płucami. Jednak od tego czasu w Europie wiele się zmieniło – niestety zmieniło się na niekorzyść. Byłem na sali plenarnej europarlamentu, kiedy przemawiał Papież Franciszek, i widziałem obojętność lewackiej Francji wobec tej wizyty i tego Papieża. Widziałem też, kto przybył na spotkanie z Ojcem Świętym – byli to przede wszystkim nasi pracownicy, nasi asystenci. Cóż z tego, że Papież Franciszek podczas tzw. głównej debaty w PE wypowiedział tak mądre słowa, że otrzymał owacje na stojąco, skoro po przerwie i po wyjeździe Papieża na tej samej sali do głosu doszli lewaccy europosłowie, narzucając swoją wizję Europy. To całe lewactwo coraz bardziej narzuca swoją wolę innym, co widać chociażby w pracach poszczególnych komisji PE. W tej sytuacji, kiedy Europa znalazła się w poważnym kryzysie – i to niestety na własne życzenie – byłoby dobrze, żeby św. Jan Paweł II został patronem Europy, tym, który może nam pomóc zmienić oblicze Starego Kontynentu. Jego przekaz, jego słowa, jego nauczanie – choć tak mało z niego korzystamy – są wciąż aktualne, a jego wstawiennictwo przed Panem Bogiem bardzo potrzebne nie tylko nam, Polakom, ale także całej Europie.

Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... eksji.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 11 gru 2017, 07:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Europa dryfuje w niebezpiecznym kierunku

Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Bruksela wraca do starej, sprawdzonej metody?
– Decyzja, jaka zapadła w czwartek o skierowaniu pozwu do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu przeciwko Polsce, Węgrom i Czechom, odnośnie do kwot rozdysponowania imigrantów na poszczególne kraje, to kontynuacja ataków na Polskę. Przyznam, że jest to posunięcie dla mnie zaskakujące, bo Eurostat (Europejski Urząd Statystyczny), który trudno posądzać o sprzyjanie Prawu i Sprawiedliwości, podał, że pod względem liczby imigrantów przyjętych przez państwa Unii Polska plasuje się na drugim miejscu. Fakty są bowiem takie, że imigrantami są nie tylko przybysze z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu, ale także z Ukrainy, którzy uciekają ze swojego kraju w obliczu regularnej wojny na wschodzie tego państwa wywołanej agresją ze strony Rosji. I Eurostat to zauważa. Natomiast nie widzi czy raczej nie chce tego faktu dostrzec KE.

Ale wydawało się, że z chwilą wygaśnięcia programu relokacji z końcem września sprawa będzie zamknięta…
– Jak widać, nie dla wszystkich. Jest to tym bardziej dziwne, że program przymusowej relokacji z 2015 r. narzucający kwoty imigrantów nie znajduje żadnych podstaw prawnych w traktatach europejskich. Tymczasem nie stąd, ni zowąd ocknięto się i zapowiedziano – w tej chwili jest to już decyzja – skierowanie przeciwko Polsce sprawy do Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu.

Jak z pozycji Parlamentu Europejskiego jest odbierany Timmermans z atakami na Polskę?
– Obserwując działania i efekty działań tandemu Frans Timmermans – Jean-Claude Juncker, można się zastanowić, czy z tymi ludźmi wszystko jest w porządku. Nie wiem, czy to, co robią ci politycy, to przejaw choroby, czy uzależnienia od środowisk decyzyjnych, które dyktują, w jakim kierunku ma zmierzać Unia. Timmermans podczas debat na sesji plenarnej europarlamentu, posiedzeń KE czy konferencji nie słyszy zadawanych pytań i ogranicza się do wygłaszania kwestii, którą nie umiem powiedzieć, czy sam sobie przygotowuje, czy przygotowują mu inni. Widać, że jest zagubiony. Można się zastanawiać, czy wynika to ze sromotnej klęski, jaką w jego rodzinnym kraju poniosła partia, która go desygnowała na stanowisko pierwszego wiceprzewodniczącego KE, co oznacza, że z upływającą kadencją PE może być końcem jego przygody z wielką europejską polityką i karierą na unijnych salonach.

We wrześniu skończył się narzucony program przymusowej relokacji migrantów, który się nie sprawdził. Co oznacza kolejna próba podejścia do tego tematu?
– To są działania nie tylko KE, ale też niektórych rządów państw członkowskich. O ile jeszcze byłbym w stanie zrozumieć działania polityków greckich czy włoskich, którzy – mając problem z wciąż przybywającymi nielegalnymi imigrantami z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu – próbują się go pozbyć, o tyle nie mogę zaakceptować samobójczych działań przywódców innych państw, które – widząc tragiczne efekty bezrefleksyjnej polityki imigranckiej – idą w zaparte i chcą się tym nieszczęściem dzielić z innymi. Dlatego jako Polska nie akceptujemy takiej polityki. Przypomnę też, że to nie Polska stworzyła ten problem. Problem z imigrantami mają także Niemcy czy Francja. Stan wyjątkowy we Francji wprawdzie skończył się 1 listopada, ale praktycznie wciąż trwa. Środki bezpieczeństwa, środki represyjne, które mnie również dotykają, kiedy udaję się do Strasburga, praktycznie nie ustały. Niestety, bezpieczeństwo we francuskich miastach zarówno tych dużych, jak i małych wcale się nie poprawiło. Podobnie jest w Niemczech.

Do tych problemów bezpieczeństwa we Francji czy w Niemczech dochodzą też problemy gospodarcze…
– Nie tylko gospodarcze, ale i finansowe. Tak na dobrą sprawę przeciwko Francji już osiem czy dziewięć lat temu powinno się wdrożyć procedurę nadmiernego zadłużenia. Nic od tego czasu się nie zrobiło, dlatego to się w tej chwili mści, bo dług publiczny nad Sekwaną galopuje. Podobna sytuacja jest w Niemczech, przy czym tam ten kryzys ma inne podłoże – nie tyle gospodarcze czy ekonomiczne, bo gospodarka niemiecka stoi dobrze, ile bezpieczeństwa. Na dobrą sprawę nie wiadomo, ilu uchodźców dotarło do Niemiec i ilu faktycznie tam wciąż przebywa. Podawane wielkości różnią się nawet o osiemset tysięcy, co jest potężną ilością. Wszystko to jest efekt problemów politycznych, bo – jak wiemy – po 2,5 miesiąca od wyborów parlamentarnych Niemcy wciąż nie mają rządu. Co więcej, nie wiadomo, jaki ten rząd przybierze kształt i jak się to skończy, czy nie będą potrzebne przedterminowe wybory. Martin Schulz, który po wrześniowych wyborach początkowo usunął się w cień, powoli wraca na scenę i wzorem prezydenta Francji Emmanuela Macrona wzywa do reformy UE. Francja i Niemcy reformę Unii widzą odmiennie niż Polacy czy Brytyjczycy.

Jeśli pozostajemy przy Schulzu, to wzywa on wręcz do stworzenia czegoś w rodzaju Stanów Zjednoczonych Europy…
– Ta nowa struktura, która według Schulza miałaby powstać do 2025 roku, jest nie do przyjęcia. To wszystko sprawia, że ta napięta sytuacja wcale nie jest łagodzona, a te zapowiedzi, co więcej – pogróżki są bardzo niebezpieczne – zwłaszcza że mówi o nich Niemiec, i to Martin Schulz. Jeśli słyszymy o wzięciu odpowiedzialności za proces odnowy Europy, i to przez Niemcy, to nie brzmi to dobrze. Pamiętamy, czym w historii kończyły się próby odnawiania Europy przez Niemcy. Tak czy inaczej trudno przewidzieć, kiedy sytuacja w Niemczech ulegnie normalizacji. Co by jednak nie powiedzieć UE, w ogóle Europa dryfuje w bardzo niebezpiecznym kierunku, a całe to wspomniane przeze mnie podłoże i okoliczności, cała sytuacja gospodarcza, polityczna to wszystko powoduje, że szuka się na siłę innego frontu, który ma odwrócić uwagę społeczeństwa międzynarodowego, a takim celem do ataków – w przekonaniu Niemiec, Francji czy unijnych technokratów – jest Polska.

Tyle że to nie w Polsce dzieje się źle. Zachodni politycy tego nie widzą?
– Chęć upokorzenia Polski, która nie jest spolegliwa wobec narzucanych z góry pseudoreform, jest silniejsza od racjonalnych argumentów. Dam przykład: kiedy w czwartek rano wyjeżdżałem z Brukseli, na lotnisku widziałem tłumy Katalończyków ubranych w barwy narodowe, z flagami katalońskimi, z okrzykami – można rzec – bojowymi i widząc to, zastanawiałem się, co to jest. Szybko dowiedziałem się o planowanym właśnie na czwartek w Brukseli proteście, który zgromadził ponad 50 tysięcy Katalończyków. Na ulicach protestowali oni przeciwko temu, jak UE postępuje wobec Katalonii. Ci ludzie protestowali przeciwko aresztowaniu przywódców rządu katalońskiego, ale ten temat jakoś nie przebija się czy to w debacie europarlamentu – na sesjach plenarnych, czy podczas posiedzeń komisji. Kiedy zaś pada pytanie, to odpowiedź zawsze jest taka sama: to są sprawy wewnętrzne Hiszpanii, więc KE czy w ogóle UE – zgodnie z zapisem traktatowym – nie może w te kwestie ingerować.

Inne są jednak standardy wobec Polski…
– Dokładnie. Sprawy dotyczące Polski – czy to reform szeroko pojętego wymiaru sprawiedliwości, czy też innych obszarów – spotykają się ze sprzeciwem, krytyką i dlatego słyszymy, że jest to naruszenie swobód obywatelskich, zagrożenie dla demokracji, postępowanie niezgodne z Konstytucją. Ale to jest czysta hipokryzja, bo jeśli zapytać liderów tych ataków na Polskę o szczegóły dotyczące Konstytucji, to żaden nie potrafi odpowiedzieć. To paradoks, że ci, którzy nie mieli nawet w rękach Konstytucji RP, nie mówiąc już o zapoznaniu się z jej treścią, usiłują przywoływać czy wręcz wskazywać – zresztą bardzo ogólnie – rzekomo naruszane fragmenty. To niedorzeczne, że unijni politycy usiłują nam, Polakom, zabraniać reformowania naszego krajowego podwórka, argumentując, że jest to niezgodne z Konstytucją i ponoć z traktatem o Unii Europejskiej. Jednak kiedy zapytać o konkrety, to nikt nie potrafi udzielić odpowiedzi, z którym artykułem traktatu lizbońskiego czy jakimkolwiek innym dokumentem jest to sprzeczne. Podobnie jest z opiniami Komisji Weneckiej.

Jeszcze dobrze parlament nie przyjął prezydenckich ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa, a Komisja Wenecka już feruje wyroki. Jak w tej sytuacji powinien zachować się polski rząd?
– Nie oglądając się na innych, powinniśmy robić swoje. To jest skandal, bo opinia Komisji Weneckiej co do prezydenckich projektów ustaw została wydana już na etapie drugiego czytania w Sejmie, kiedy można jeszcze składać poprawki. Owszem, dzisiaj jesteśmy już po trzecim czytaniu i po głosowaniu w Sejmie, ale przed pracami w Senacie, który będzie procedował nad tymi ustawami. Można oczywiście przewidzieć, jaki będzie finał, natomiast niezależnie od tego nie może być tak, że ktoś w Komisji Weneckiej traktuje siebie jako nieomylnego wróża, wyprzedzając niejako fakty. Przede wszystkim jest to urąganie zasadom stanowienia prawa, jeśli przed zakończeniem procedowania wydaje się opinie do dokumentu, którego de facto jeszcze nie ma. Na razie jest projekt dokumentu. Komisja Europejska, Komisja Wenecka czy Rada Europy powinny się zająć przede wszystkim tymi sprawami, do rozstrzygania których są powołane, a nie – jak w tym przypadku – szukać tematów zastępczych. Gra idzie o przyszły kształt Europy, która będzie Europą ojczyzn, suwerennych państw, jak proponuje Warszawa i Budapeszt, ale będzie lewacka, jak proponuje Martin Schulz, który zbiera siły po stronie swojego planu. Schulz – co by o nim nie powiedzieć – nie owija w bawełnę, ale mówi wprost o swoich celach, natomiast KE czy Komisja Wenecka próbują straszyć Polaków sankcjami i wywrzeć nacisk na polski rząd, próbują zahamować reformy naszego kraju.

Platforma i Nowoczesna nie potrafiły zablokować tych reform, dlatego teraz inicjatywę próbują przejąć instytucje międzynarodowe?
– Przecież opozycja totalna powiedziała kiedyś, że rząd PiS obali ulica albo zagranica i w tym dążeniu są konsekwentni. Ulica im nie wychodzi, dlatego próbują robić wszystko, żeby uaktywnić zagranicę, licząc, że jej działania zmuszą polski rząd do zaniechania reform. Tyle tylko, że to PiS otrzymało demokratyczny mandat do kierowania i reformowania Polski i z tej drogi nie zejdziemy.

Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... runku.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 12 gru 2017, 08:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.pch24.pl/europejskie-wartosc ... z50wZOSHND

„Europejskie wartości” to usuwanie krzyży. Abp Jędraszewski dla PCh24.pl


Źródło: Archidiecezja Krakowska / flickr.com


W imię tych niezdefiniowanych wartości należy – w myśl nowoczesnych ideologów – wycinać wszystko, co nawiązuje do chrześcijańskiej przeszłości. W tym wypadku – krzyże. Robi się więc dokładnie to samo, co w polskiej pamięci zostało zapisane jako dokonania hitlerowskich Niemiec czy bolszewików! – mówi w rozmowie ze Sławomirem Skibą i Krystianem Kratiukiem metropolita krakowski, arcybiskup Marek Jędraszewski.

Czcigodny Księże Arcybiskupie. Kilka tygodni temu francuskie władze podjęły decyzję na temat krzyża wieńczącego pomnik Jana Pawła II w jednym z tamtejszych miast. Ma on zostać usunięty. Wydaje się, że decyzja ta to początek nowego etapu procesu agresywnej laicyzacji. Jak go rozumieć?

Mniej więcej dziesięć lat temu ukazała się książka George’a Weigela pod szczególnym tytułem: „Katedra i sześcian”. Autor już tam postawił ten problem - problem rzeczywiście wielkiego procesu laicyzacyjnego, polegającego na odchodzeniu od korzeni chrześcijańskich. Książka dotyczyła właśnie Francji. Odwołuję się do Weigela, gdyż jego spojrzenie jest spojrzeniem „człowieka z zewnątrz”, nie Francuza – to ważne, ponieważ przede wszystkim powinniśmy o takie sprawy pytać Francuzów. Zapewne otrzymalibyśmy cały wachlarz różnych opinii. Ale my, tak jak Weigel, jesteśmy na zewnątrz i wszyscy obserwujemy ów niepokojący proces odchodzenia Francji od chrześcijaństwa i w sposób naturalny stawiamy to samo pytanie, które zadał Francuzom Jan Paweł II na początku swego pontyfikatu: „Francjo, co uczyniłaś ze swoich chrztem”? To bardzo ważne pytanie.

Już od Wielkiej Rewolucji Francuskiej widoczne jest odchodzenie tego narodu od chrześcijaństwa. Były oczywiście próby odzyskania tożsamości katolickiej, potem znów silne procesy przeciwne, negujące ten trend, ale przełomem stał się niewątpliwie rok 1905 i wprowadzenie szczególnie pojmowanego rozdziału państwa i Kościoła. Dzisiejsze decyzje są efektem tamtych czasów. Na naszych oczach dochodzi do swoistego paradoksu – francuskie elity, myśliciele, politycy, nie chcą już dostrzegać swoich korzeni. Tylko dlatego, że są one chrześcijańskie! A przecież Galia była jedną z pierwszych cór Kościoła! Na jej terenie żyli wspaniali świadkowie wiary, kapłani i męczennicy – jak chociażby święty Ireneusz. I dziś wszystko to jest odcinane, bo nawet nie zapomniane – tego ma nie być! Nie istnieje.

Ale przecież musi być coś w zamian.

Tak. W zamian buduje się „nowoczesne katedry”. Tak nazwałbym chociażby francuski Łuk Triumfalny. Zadałem sobie trud by go zobaczyć, udało mi się to rok temu. To jest ten sześcian z tytułu książki Weigela. Sześcian ów rzeczywiście daje obserwującym go wrażenie ogromnej pustki – nie ma w nim bowiem żadnej treści. Widzimy pewien kształt, dostrzegamy ogrom (który może niektórym nawet imponować), ale uderza nas pustka.

A gdy obserwujemy katedrę Notre Dame? Wówczas odbiór jest wprost przeciwny! Ona ciągle jest pełna treści, nawet jeśli przechodzą przez nią tłumy turystów, wciąż pewna część wydzielona jest dla modlących się. Co ciekawe, obok katedry, stoi ogromny pomnik Jana Pawła II. Wykonany przez tego samego artystę, który wykonał monument w Ploermel, a który ma zostać pozbawiony krzyża.

Pomnik w Paryżu na razie nie jest zagrożony.

Dziś nie, ale co będzie jutro? Kto wie, w którą stronę pójdzie interpretacja tamtejszych władz sądowniczych. Przecież wśród wielu przedstawicieli państw Zachodu widać – mówiąc językiem Miłosza – użądlenie heglowskie. Kiedyś Heglowi wykazano, że ilustrując jakąś swoją filozoficzną tezę pewnym przykładem, odwołał się do czegoś, co okazało się nieprawdą. Wówczas bez wahania odpowiedział: „tym gorzej dla faktów”. W myśleniu lewicowym, heglowskim, przyjmującym dziś formy neomarksizmu czy lewactwa, istnieje tendencja do nieprzejmowania się faktami i mówienia rzeczy z nimi sprzecznych. Ważne są tylko przygotowane przez nich narracje.

Wpisuje się w to również popularne w ubiegłym roku pojęcie „post-prawdy”. A jaka jest dziś narracja, jaka obowiązuje dziś post-prawda? Że chrześcijaństwa nie było! Mimo, iż Francja nadal pokryta jest pomnikami obrazującymi dawną chwałę chrześcijaństwa (choć wiele z tych pomników, a więc kościołów, jest zaniedbanych i opuszczonych, gdyż pozostaje w posiadaniu państwa) chce się wmówić ludziom, że tego nigdy nie było! A w „najlepszym” przypadku, że jest to nieważne! Że oto nastał czas nowych narracji, nowych symboli, nowych wartości!

Jakie to wartości?

Nazywają je europejskimi. Ale nikt nigdy nie określił, co to właściwie znaczy. W imię tych niezdefiniowanych wartości należy – w myśl nowoczesnych ideologów – wycinać wszystko, co nawiązuje do chrześcijańskiej przeszłości. W tym wypadku – krzyże. Robi się więc dokładnie to samo, co w polskiej pamięci zostało zapisane jako dokonania hitlerowskich Niemiec czy bolszewików! Przecież oni robili dokładnie to samo: niszczyli krzyże! I to w nas, Polakach tkwi, pamięć o tamtych czasach jest żywa. Więc słysząc, że w dalekiej francuskiej miejscowości, o której istnieniu wcześniej nawet nie wiedzieliśmy, problemem jest krzyż, budzą się w nas wspomnienia prześladowania chrześcijaństwa i walki z naszymi symbolami.

Problem usuwania krzyży z przestrzeni publicznej nie jest jednak problemem wyłącznie Francji. Również w Polsce mieliśmy kilka podejść do wszczęcia kampanii przeciwko krzyżowi w miejscach publicznych – jak choćby w jednej z wrocławskich szkół. Powstał wówczas opór zwykłych katolików, którzy plany zdjęcia krzyża powstrzymali.

Postrzegam to jako próbę sprawdzania nas – na jak wiele im pozwolimy. Jest to równocześnie próba wprowadzenia w Polsce systemu określanego przez Benedykta XVI mianem „dyktatury relatywizmu”. Jakaś grupka narzuca swoje prawa i punkt widzenia większości i utrzymuje, że to jest właśnie demokracja (która jest broniona przez lewaków tylko wtedy, gdy sprawa dotyczy rzekomych praw mniejszości). Ja również byłem świadkiem takiego eksperymentu, jeszcze podczas posługi w Poznaniu. Jest tam żydowska Bożnica, którą w czasie wojny Niemcy przerobili na pływalnię. Po 1989 roku Poznaniacy zechcieli oddać to miejsce Żydom.

Topografia Poznania jest następująca: katedra tworzy z tą Bożnicą pewną linię, którą niejako przecina stojący niedaleko Warty komin. Ktoś wpadł na pomysł, by wznieść na nim symbol muzułmański. Co to miało na celu? Uczynienie z Poznania „miasta otwartego na wszystkie wielkie religie monoteistyczne”. Tylko jest jeden problem – w Poznaniu nie było wtedy żadnych muzułmanów, może prócz kilkunastu studentów. Żadnej wspólnoty! Ale to już była próba narzucenia społeczeństwu pewnego religijnego relatywizmu, a na pewno usunięcia w cień tej prawdy, że początki chrześcijaństwa w Polsce są związane z Poznaniem, w którym już od 968 roku był pierwszy na ziemiach polskich biskup.

To jest subtelniejszy etap zakłamywania rzeczywistości – nie jest to jeszcze walka z symbolami chrześcijaństwa, ale już kłamstwo na temat tego miasta. Ostatecznie w Poznaniu zablokowano realizację tego pomysłu. Ale to też był element akcji polegającej na testowaniu polskiego społeczeństwa – na co ono jeszcze pozwoli na tym etapie uzyskiwania „świadomości europejskiej”.

Nawiązując do tego, jak daleko jeszcze można się w Polsce posunąć – Polacy jeżdżą dziś po Europie i wydają się dumniejsi niż jeszcze dwie dekady temu. I wynika to z poczucia wyjątkowości – również w kwestii chrześcijańskiej tożsamości. Nie dali się jeszcze bowiem temu relatywizmowi całkowicie przerobić. Inne narody Europy środkowej też zerkają na nas z nadzieją. O czym to świadczy?

Kultura europejska powstała na trzech filarach – starożytnej myśli greckiej, prawie rzymskim i chrześcijaństwie. Wszystkie te filary muszą jednocześnie zaistnieć, by można mówić o Europie. Dziś zaś wycinane jest z życia publicznego chrześcijaństwo, ale także prawda, o której uczyli starożytni filozofowie. A prawo? Często staje się karykaturą siebie. Niegdyś prawo służyło promocji pewnych społecznych wartości, a dziś jedynie przyjemności. A w Polsce i w krajach, o których Panowie mówią, jest jeszcze chrześcijaństwo. Co więcej, można powiedzieć: właśnie tu jest Europa!

Ci młodzi ludzie może nie potrafią zdefiniować swoich odczuć, tak jak my czynimy to w tej chwili, ale intuicyjnie to czują. Oni będąc w Polsce, są u siebie. Natomiast będąc na Zachodzie, patrzą nań krytycznie, bo coraz częściej dostrzegają, że trudno Europę oceniać i definiować wyłącznie poprzez poziom życia cywilizacyjnego czy same tylko osiągnięcia ekonomiczne. Ważniejszy jest etos Europy. A na Zachodzie łatwiej dostrzec pustkę niż etos. I to w dodatku pustkę programowaną, którą chcą nam dać w darze jako największe dziedzictwo Europy. A tymczasem u młodych widzimy wyraźny sprzeciw wobec takich prezentów. Młodzi z naszej części Europy świetnie się rozumieją – mają zakodowane, nawzajem zrozumiałe dla siebie DNA Europy, czują się dzięki temu razem dobrze, a z drugiej strony potrafią krytycznie patrzeć na zamożniejszych sąsiadów z Zachodu.

Czy skoro szeroko pojęty Zachód odrzuca dziś wiedzę o swych korzeniach, to nie odrzuca dziś tym samym możliwości poznania, a więc czy de facto nie odrzuca rozumu?

Jak się odrzuca prawdę, to się odrzuca rozum. I odwrotnie, odrzucając rozum, nigdy nie pozna się prawdy. Proszę zwrócić uwagę na współczesny język: nikt nie pyta już w mediach „co Pan o tym sądzi”, „jak Pan to ocenia”, a tylko „jak Pan to przeżywał”, „jakie są Pana emocje”. To jest celowa rezygnacja z rozumu na rzecz czysto emocjonalnego poziomu ludzkiego reagowania na pewne fakty. To rezygnacja z tego, co stanowi o istocie człowieka, co go zdecydowanie różni od świata zwierząt! Proszę zauważyć: za tym idzie określona wizja człowieka, jego stopniowa degradacja. I to jest sprzeczne z chrześcijaństwem.

Mimo miłych słów, które nierzadko kierujemy pod adresem polskiej młodzieży, istnieje jednak pewna płaszczyzna, na której dość dobrze młodzi Polacy rozumieją się z rówieśnikami z Zachodu. Chodzi o podejście do kwestii rodziny, etyki seksualnej, małżeńskiej. Rozpada się coraz więcej małżeństw – wszystko poprzez uleganie coraz bardziej napastliwej promocji grzechu. Owa promocja również stanowi element walki z chrześcijaństwem, choć na nieco innym poziomie, niż niszczenie krzyży, czyż nie?

Tak, ogromna liczba rozwodów to wielki dramat. Wiąże się to z bardzo różnymi sprawami, w tym z odchodzeniem od wiary i od Kościoła, ale również z utożsamianiem się z dominującą dziś i promowaną przez media kulturą. W naszych czasach bardzo młodzi ludzie mają narzędzia pozwalające im na dostęp do treści, o których dziecko nigdy, pod żadnym pozorem, wiedzieć nie powinno. A ich rodzice albo w ogóle o tym nie wiedzą, albo nie umieją temu zapobiec, nie potrafiąc odnaleźć się w świecie dzisiejszych technologii informatycznych. Nie dziwmy się, że młodzi ludzie, już deprawowani za pomocą różnego rodzaju gadżetów (na początku nieświadomie) okazują się bezradni wobec pierwszych zaistniałych problemów życiowych, w tym małżeńskich.

Ponadto, dojrzewanie młodych ludzi – emocjonalne i osobowościowe – bardzo się obecnie opóźnia. Konsekwencją tego jest spadek liczby małżeństw na skutek niechęci do podjęcia zobowiązań na całe życie, lub szybki rozpad małżeństw, gdy pojawiają się pierwsze kłopoty i trudności. Wiąże się z tym wszystkim także pewna fałszywa wizja miłości, którą się dziś promuje. To nie jest miłość polegająca na darze z siebie. Myli się miłość z zakochaniem, czyli z kwestią czysto emocjonalną – a po opadnięciu emocji, gdy wraca codzienność, tak ukształtowany człowiek nie jest w stanie poradzić sobie z problemami, i uważa, że należy zakończyć dalsze istnienie związku małżeńskiego.

Co możemy z tym zrobić?

Sądzę, że powinniśmy wskazywać na potrzebę wielkiego zatroskania ze strony wszystkich, w tym instytucji społecznych, także państwowych. Jakiś czas temu pani premier zdawała sprawozdanie z dwóch lat swoich rządów, podkreślając, że priorytetem dla obecnego państwa jest rodzina. Owszem, na rzecz rodziny zrobiono wiele, ale czy coś znaczącego zrobiono w sferze, o której mówimy? W sferze ochrony dzieci przed złymi treściami? W celu promocji trwałości rodziny?

Społeczeństwo produkuje dziś, mówiąc nieładnie, ludzi, którym na takich sprawach nie zależy. Ludzi reagujących na wszystko bardzo emocjonalnie, nie umiejących ze sobą rozmawiać, w dodatku bardzo roszczeniowych. W masowej kulturze mamy do czynienia z jedną wielką pochwałą egoizmu! Na tym fundamencie naprawdę ciężko budować trwałe rodziny! A egoizm przejawia się u małżonków również w braku troski o dzieci, które przecież zawsze najbardziej cierpią na rozstaniu swoich rodziców. To jest absolutny dramat, tragedia i rana, która nawet jeśli kiedyś się zabliźni, pozostanie widzialną blizną już na zawsze.

Dziękujemy za rozmowę.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 06 sty 2018, 11:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Wspólna wizja Europy

Obrazek

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, członkiem Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Podsumowując wizytę premiera Mateusza Morawieckiego na Węgrzech, czy rzeczywiście można powiedzieć, że Victor Orban jest pewnym sojusznikiem, na którym – zważając na zapędy Komisji Europejskiej – Polska może polegać?
Wydaje się, że tak, że ten sojusz jest nie tylko na poziomie deklaracji, ale na poziomie zdefiniowanych bardzo jasno interesów węgierskich. I nie tylko chodzi o to, że Węgry mogą się znaleźć – jako następne – na celowniku Komisji Europejskiej, ale o to, że premier Orban wydaje się rozumieć, o co tak naprawdę toczy się gra. A gra toczy się o to, żeby ustawiać do pionu Polskę, która stara się i jest główną siłą krajów Grupy Wyszehradzkiej czy w ogóle krajów Europy Środkowej i Wschodniej – krajów, które rosną w siłę i są już dzisiaj potężnym partnerem dla gospodarki niemieckiej.

Chodzi o to, żeby Polskę, która grupę tych państw chce zorganizować według schematu, który by je upodmiotawiał, jest poddawana presji i uderzenie czy złamanie Polski oznaczałoby dekoncentrację grupy tych państw, którym przewodzimy. Te państwa, póki co, się przyglądają, czy Polska zdoła się przeciwstawić tym atakom, czy wytrzyma presję i czy urośnie w siłę, natomiast Węgry rozumieją, że być po stronie Polski jest w ich żywotnym interesie. I w tym gronie państw środkowoeuropejskich jest to dla nas partner wyjątkowy. Tym bardziej to, jak mówi Victor Orban, jak rozumie rzeczy, jak stawia sprawy jest niezwykle cenne z punktu widzenia Warszawy.

Co łączy oba nasze państwa, czy ten sojusz jest głęboki i jak bardzo, skoro wiadomo, że każdy z tych krajów ma swoje priorytety, interesy nie zawsze zbieżne?
Z jednej strony Polskę i Węgry łączy historia oraz spojrzenie kulturowe na Europę. Victor Orban, podobnie jak polscy politycy, nie jest zwolennikiem Europy multikulturalnej i rewolucyjnej, ale jest zwolennikiem Europy zbudowanej na zasadach narodowych i chrześcijańskich. I to jest bardzo ważne. Po drugie, premier Węgier definiuje Europę Środkową jako pewien ważny podmiot, który w całej przestrzeni geopolitycznej ma do odegrania ważną rolę.

Jak w tym kontekście czytać relacje Orbana z Rosją?
Proszę pamiętać, że relacje premiera Orbana z Rosją – zwłaszcza te energetyczne – są powodowane koniecznością geopolityczną, bo jak sam zresztą mówi, Węgry nie mają, póki co, połączenia rurociągiem gazowym ze Świnoujściem, żeby mógł prowadzić alternatywną grę w stosunku do Rosji. Stąd są pewne rozbieżności, ale jest przede wszystkim ogrom wspólnych spraw. Jeśli w Unii Europejskiej nie chcemy być przedmiotem wielkich rozgrywek, ale podmiotem, który jeśli tylko potrafi się zjednoczyć, jest na tyle silny, by prezentować swoją alternatywną wizję kształtu Unii, i jeśli to wszystko zsumujemy, to owszem są między nami różnice, ale więcej jest zbieżnych interesów, które są do zrealizowania. Wizyta premiera Morawieckiego w Budapeszcie to pokazała.

O tych wspólnych interesach mówił Victor Orban, podkreślając, że interes Europy Środkowo-Wschodniej nakazuje Węgrom stanąć po stronie Polski. Ale co będzie, jeśli priorytety Budapesztu się zmienią, czy nadal będziemy mogli liczyć na to wsparcie?
W mojej ocenie, na ten sojusz należy patrzeć w długiej, a nie w krótkiej perspektywie. Krótka perspektywa dotycząca presji wywieranej na Polskę przez Komisję Europejską to jest sprawa na dziś i na krótkim dystansie może się jawić jako istotna. Ale walka toczy się o coś innego. Mianowicie, czy centralna Europa zdoła się zintegrować do tego stopnia, żeby – jako wspólnota – być partnerem w stosunku do tego, co robią Niemcy czy Francuzi. Polska jest poddana atakowi, ponieważ wyszła z tym projektem jako pierwsza.

Owszem, mieliśmy chwilowe zachwianie tej wspólnoty podczas głosowania podczas wyboru Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej, co było dla nas bolesne, natomiast na tę współpracę między naszymi państwami trzeba patrzeć szerzej, dalej i mieć na uwadze to, że mamy przed sobą o wiele poważniejsze sprawy. A to, że czasem we wzajemnych relacjach będą napięcia, że pewne interesy współpracujących państw będą się mijać, to tak to już bywa.

Przypomnę, że mówimy tu o relacjach suwerennych państw i chcąc nie chcąc mogą się pojawiać pewne rozbieżności. Ważne jest, żeby utrzymać linię współpracy. Jest tyle wspólnych interesów, że jeśli udałoby się te wszystkie cele spiąć w logiczną całość, to możemy w Unii i nie tylko na forum europejskim wiele znaczyć i wiele wspólnie osiągać. Mam tu na myśli stworzenie przestrzeni bezpieczeństwa i zrównoważonego rozwoju różnych narodów środkowoeuropejskich.

Czy ambicje Polski i Węgier to trochę nie za mało, żeby stawiać się liczniejszym i mocniejszym państwom „starej” Unii?
Owszem trzeba brać pod uwagę proporcje, które nie są dla nas korzystne. Ale trzeba też brać pod uwagę to, że za Polską przemawiają zarówno duże tradycje historyczne, siła, i to pod względem terytorialnym, ludnościowym i gospodarczym, dlatego mamy prawo zgłaszać swoje aspiracje. Jako państwo jesteśmy silniejsi niż Węgrzy. Natomiast Węgry – historycznie rzecz ujmując – to było duże państwo, które odegrało istotną rolę w środkowoeuropejskiej historii, to państwo, które ze zrozumieniem jest w stanie wesprzeć wizję Polski. Węgry widzą, o co chodzi w tej grze i wspierają Polskę.

Inne kraje, póki co, bardziej się przyglądają i zastanawiają, czy Niemcy są na tyle silne, by sprowadzić Polskę do kąta, czy może Polska w tych zmaganiach nie tylko nie poniesie porażki, ale okaże się zwycięska. Dlatego Węgry są ważne, bo jako mniejszy kraj w Europie Środkowej potrafi patrzeć o wiele dalej. W tej sytuacji relacja polsko-węgierska to pewien zaczyn budowania jedności, do którego mogą dołączać także inne kraje. Musimy wygrać tę próbę sił z Komisją Europejską i konsekwentnie realizować to, co jest zaprojektowane. To jest zadanie na lata, tego nie da się zrobić w przeciągu miesiąca, roku czy dwóch lat.

Czy po tym, co usłyszeliśmy wczoraj w Budapeszcie z ust premierów Morawieckiego i Orbana, Komisja Europejska ma twardy orzech do zgryzienia?
Jak najbardziej. Politycy unijni doskonale zdają sobie sprawę, o co toczy się gra. Dlatego też, kiedy pewna zmiana ideowa nastąpiła na Węgrzech, gdzie mamy do czynienia z nurtem antykomunistycznym, który poprzez premiera Orbana stara się głosić i wcielać w życie tradycyjną wizję życia społecznego, to elity unijne starały się jego spacyfikować i wyeliminować. Dzisiaj w tym duchu wypowiadają się także inne państwa, na czele z Polską. Stąd mamy jedność polsko-węgierską objawiającą się i deklarowaną w pewnych celach, co dla Komisji Europejskiej czy dla Niemiec oraz Francji jest ważnym niepokojącym sygnałem.

W tej chwili dokonuje się próba sił. Jeśli Polska i Węgry wyjdą z tej próby zwycięsko to – jestem przekonany, że mając przy tym wsparcie militarne i energetyczne Stanów Zjednoczonych, będziemy w stanie do tego wspólnego projektu, do wizji Europy ojczyzn przyciągnąć także inne kraje środkowoeuropejskie. Wygrana jest w naszym zasięgu, ale nie możemy ulec naciskom. Jeśli uleglibyśmy presji, która się nasila, to wszyscy inni uznaliby, że po naszej stronie nie ma żadnego czynnika siły, który jest w stanie przetrwać moment przesilenia. W związku z tym wszystko bardzo szybko mogłoby się rozpierzchnąć, a my stalibyśmy się przedmiotem rozgrywki Brukseli, Berlina czy Paryża.

Czy kolejne wybory do Parlamentu Europejskiego i zmiana na szczytach unijnych władz – biorąc pod uwagę obecny trend w Europie – może być sprzymierzeńcem dla Polski i państw Europy Środkowej w osiągnięciu celu, o którym Pan mówi?
W Europie mamy do czynienia ze wstrząsami politycznymi w różnych krajach. Wydaje się, że to, co obecnie prezentuje Komisja Europejska, powoduje, że stary nurt multikulturalny plajtuje, bo nie ma wsparcia w coraz szerszym odbiorze społecznym. Widzimy to chociażby po wyborach w Austrii, w Czechach, w Polsce czy na Węgrzech, ale także w Niemczech, gdzie się pojawiła Alternatywa dla Niemiec (AfD), co dowodzi, że wspomniany nurt multikulturalny jest myśleniem anachronicznym. Mimo to wciąż stara się narzucać swoją wolę innym. Zobaczymy, co przyniesie czas, jak będzie to wyglądało po wyborach do Europarlamentu. Rzeczywiście może być tak, że siły narodowe okażą się mocniejsze. Natomiast Unii Europejskiej potrzebna jest głęboka reforma i jeśli się ona nie dokona w kierunku upodmiotowienia państw narodowych, w kierunku powrotu do tradycyjnej wizji Europy, to – moim zdaniem – Unia w takiej postaci w dłuższej perspektywie nie przetrwa i ulegnie rozpadowi. Sprzeczność interesów spowoduje, że Brexit nie będzie jedynym przypadkiem, kiedy państwo członkowskie decyduje się na rozłąkę z Unią.

Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... uropy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 122 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 5, 6, 7, 8, 9  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 6 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /