Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 365 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 21, 22, 23, 24, 25  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 09 wrz 2017, 13:42 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Gra na rozbicie Grupy Wyszehradzkiej

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, członkiem Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Obrazek

Komisja Europejska postawiła Polsce, Czechom i Węgrom ultimatum dotyczące obowiązkowego przyjmowania imigrantów, grożąc karami. Presja migracyjna się wzmaga…
– Polski rząd, nie godząc się na dyktat Komisji Europejskiej, postępuje roztropnie. Co więcej, dba o bezpieczeństwo swoich obywateli. Polityka migracyjna Unii Europejskiej poniosła klęskę, tyle że żaden z polityków unijnych i przywódców państw zachodnich, zwłaszcza kanclerz Angela Merkel, nie ma odwagi się przyznać do błędów. Natomiast presja, z którą mamy do czynienia, dotyczy Polski, ale też innych krajów europejskich. Widać, że na dużą skalę jest prowadzona polityka, która ma ostatecznie doprowadzić do złamania tych krajów, jeśli nie wszystkich, to przynajmniej części z nich. Tym bardziej że wiele wskazuje na to, iż w tle tych wydarzeń jest już decyzja o tym, że Europa dwóch prędkości – forsowana głównie przez Niemcy i Francję – będzie realizowana. I te państwa, które się temu projektowi podporządkują, zostaną niejako dopuszczone do tych „wielkich”, a te, które będą się opierać, pozostaną na zewnątrz tego kręgu. Tyle tylko, że tym, którzy dołączą do Niemiec i Francji, wcale nie będzie lepiej. Są potrzebni, żeby zrealizować pewien plan i wystarczy, że wypełnią to, co się od nich żąda w sprawie imigrantów, a Europa będzie miała poważny problem, również społeczny. Natomiast cała gra ma na celu rozbicie Grupy Wyszehradzkiej i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, które zaczynają się mobilizować samodzielnie czy też we współpracy z Polską.

To pokazuje, że jedność europejska, o której takie wiele się mówi, to fikcja…
– Zawsze było tak, że w Unii byli równi i równiejsi. Były też władze poszczególnych krajów, takie jak chociażby w Polsce poprzedni koalicyjny rząd PO – PSL, który w poddańczy sposób starał się układać z Berlinem. Przypomnę tylko, że ówczesny minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski ilekroć pojawiał się w Berlinie, to wręcz domagał się, żeby Niemcy wzięły odpowiedzialność za Unię Europejską, za Europę itd. Nic więc dziwnego, że traktowano nas tak, a nie inaczej. I tylko w przekazie rządowym oraz w przyjaznych ówczesnej władzy mediach przeważała narracja, że oto jesteśmy wielkim podmiotem i partnerem najmocniejszych państw europejskich. Dowodem na to miało być m.in. poklepywanie Donalda Tuska po ramieniu przez przywódców państw zachodniej Europy, a nawet awansowanie go na wysokie stanowisko urzędnicze w strukturach unijnych – mianowicie na przewodniczącego Rady Europejskiej. Tyle tylko, że korzyść z tego awansu miał i ma sam Tusk, ale nie Polska.

Co sprawia, że krajom zachodnim Unii tak trudno zaakceptować pomysł polski, aby granice Europy uszczelniać, a imigrantom pomagać w miejscach ich zamieszkania?
– Dotykamy tu dwóch kwestii. Pierwsza, jaka się wybija, to siła takich ludzi jak George Soros, którzy wspierają irracjonalny projekt przyjmowania imigrantów. Druga sprawa to ślepa wiara w ideologię multikulturalizmu i zbudowanie Europy bez narodów, wymieszanej etnicznie, religijnie i kulturowo. I w tym projekcie imigranci muzułmańscy są pewnym narzędziem do tego, żeby tę strukturę państw narodowych osłabić czy wręcz ją zniszczyć. W związku z tym są oni instrumentem tworzenia utopijnej wizji współczesnego świata. Oczywiście wielu się ocknęło i zdaje sobie sprawę, że otwarcie granic Europy na napływ fali imigrantów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu było fatalnym posunięciem i błędem, stąd społeczeństwa się budzą i burzą – lepiej późno niż wcale. Mimo to cały czas jest presja, aby ten szkodliwy, narzucony z góry projekt migracyjny kontynuować i dokończyć, i to wbrew negatywnej opinii europejskich państw i narodów.

Jakie kryteria powinna spełniać mądra polityka migracyjna?
– Przede wszystkim – jak to ostatnio zauważyła premier Beata Szydło – taka polityka musi opierać się na dwóch filarach: musi być bezpieczna i skuteczna. Ale tak naprawdę imigranci to nie jest temat wiodący, sedno problemu, jaki się pojawia. To jest tylko pretekst, żeby móc wprowadzać scenariusze dotyczące przebudowy całej Europy. Gdyby bowiem chodziło o realną pomoc ofiarom wojen, chociażby w Syrii, to zostałby opracowany mądry program pomocowy adresowany do mieszkańców państw pogrążonych w wojnie bądź tych, gdzie działania zbrojne się już zakończyły, krajów zagrożonych wojną lub biedą, aby się mogły rozwijać i stworzyć od nowa swoim obywatelom warunki do życia już w nowej rzeczywistości. Natomiast polityka związana z przyjmowanie imigrantów jest chybiona. Tych ludzi można przecież przyjmować w nieskończoność, bo obszarów biedy i ubóstwa na świecie nie ubywa, a wprost przeciwnie – jest coraz więcej. I jeśli ktoś uważa, że problem ten się rozwiąże poprzez otwarcie granic Europy, to jest w błędzie.

Czego zatem brakuje?
– Potrzebny jest program realnej pomocy polegający na tym, aby tych ludzi podnieść z biedy, ale nie poprzez sprowadzanie ich do Europy, lecz w miejscach ich zamieszkania. Natomiast symptomatyczne jest to, że KE upiera się przy tym, aby przyjmować imigrantów. Celowo używam określenia „imigrantów”, bo przecież nie chodzi tu o uchodźców, ale o imigrantów z krajów muzułmańskich. Tymczasem zupełnie pomijany, spychany na margines jest temat imigrantów np. z Kazachstanu, z Ukrainy czy różnych innych miejsc i ludzi zbliżonych do nas, Europejczyków, kulturowo i religijnie. Ten temat dla Komisji w ogóle nie istnieje. Za to jest coraz silniejsza presja, aby przyjmować imigrantów muzułmańskich. To świadczy o jednym: o podłożu ideologicznym, które towarzyszy sprowadzaniu i przyjmowaniu obcych przybyszów w granice państw europejskich.

KE z jednej strony oczekuje od Polski podporządkowania przymusowi relokacji i wyjaśnień, a z drugiej, kiedy odpowiedź przygotowana przez MSZ w oparciu o pogłębione analizy trafia do Brukseli, z góry jest odrzucana...
– Wiceprzewodniczącemu KE i elitom brukselskim chodzi przede wszystkim o zmianę rządu w Polsce. Rząd Prawa i Sprawiedliwości, który dba o interesy Polski, który nie chce się dać zdominować, jest nie na rękę państwom wiodącym tzw. starej Unii. Ale dajmy na to, że polski rząd uległby naciskom Fransa Timmermansa, to jego notowania radykalnie obniżyłyby się i o to unijnym decydentom chodzi. Gdyby wiceprzewodniczący KE był rzetelny i obiektywny w ocenach działań KE wobec Polski, to musiałby zweryfikować swoje stanowisko np. w kwestii obniżenia wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn w Polsce. Przypomnijmy, że KE stoi na stanowisku, że obniżenie wieku emerytalnego może uderzyć w jeden z filarów Unii Europejskiej, jakim jest równe traktowanie kobiet i mężczyzn. Tak czy inaczej KE w swoich orzeczeniach brnie w ślepą uliczkę, dlatego konieczna jest zmiana podejścia, zmiana myślenia brukselskich elit m.in. w kwestii migracyjnej. Zachowania i decyzje unijnych polityków wskazują wyraźnie, że zapadła decyzja, że UE trzeba podzielić. W istocie solidarności europejskiej bronią takie państwa jak Polska i bardzo dobrze, że rząd PiS tę retorykę przyjął i jest za Unią niepodzieloną, za równością państw w Europie, którą rozbija KE. Najlepszym tego przykładem jest Brexit i decyzja Brytyjczyków o opuszczeniu Wspólnoty.

Wygląda na to, że nowe, młode stażem w Unii państwa takie jak Polska są bardziej rozsądne od tych, które tę Unię tworzyły…
– Mamy do czynienia z atakami na Polskę, ale de facto z atakami na fundamenty UE, które tworzyli ojcowie założyciele zjednoczonej Europy jak Robert Schuman, którzy potrafili łączyć głęboką wiarę w Boga z zaangażowaniem politycznym. Niestety, obecnie rządzący, decydujący o przyszłym kształcie Unii niszczą dorobek swoich wielkich poprzedników. Polska jest krajem, który nie podlega procesom ideologizacji, jakie przechodziły i przechodzą kraje zachodnie, stąd jest bogatsza, mocniejsza. Dostrzegamy znaczenie służby dobru wspólnemu, a więc to, czego nie widzą zaślepione swoją wielkością i mocno zideologizowane państwa zachodnie. Mamy też świadomość i głośno o tym mówimy, że burzenie modelu zjednoczonej Europy będzie oznaczało powrót niezdrowej rywalizacji między narodami, co może skutkować nowymi konfliktami.

Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... zkiej.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 10 wrz 2017, 18:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Relokacje ludności w Europie, wczoraj i dziś

6 września 2017 roku Trybunał Sprawiedliwości UE w Luksemburgu oddalił skargi Słowacji i Węgier na decyzję o obowiązkowej relokacji uchodźców przebywających w Grecji i we Włoszech.

Postanowienie o relokacji 120 tys. uchodźców zostało przyjęte we wrześniu 2015 roku przez Radę UE, w której uczestniczyli unijni ministrowie spraw wewnętrznych. W przypadku tej decyzji zastosowano głosowanie większością głosów. Przeciwko kwotowemu rozmieszczeniu uchodźców były Czechy, Słowacja, Rumunia oraz Węgry. Bezpośrednio po tym posiedzeniu Rady UE, rząd Słowacji oświadczył, że jego kraj nie podporządkuje się decyzji o relokacji i zaskarży ją przed unijnym trybunałem. Później na podobny krok zdecydowały się Węgry. Polska, która poparła decyzje o relokacji (w czasie rządów PO) nie wniosła skargi, ale obecny rząd zdecydował się poprzeć Bratysławę i Budapeszt przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. Przeciwko Słowacji i Węgrom popieranym przez Polskę wystąpiły przed Trybunałem Niemcy, Francja, Szwecja, Luksemburg, Belgia, Włochy, Grecja, a także Komisja Europejska.
Trybunał uznał, że Rada UE nie popełniła oczywistego błędu w ocenie, uznając, że cel realizowany przez zaskarżoną decyzję nie mógł zostać osiągnięty przy zastosowaniu mniej restrykcyjnych środków. Wcześniejsza decyzja przewidująca relokacje na zasadzie dobrowolności 40 tys. osób była niewystarczającym środkiem w świetle bezprecedensowego napływu migrantów, który miał miejsce w lipcu i sierpniu 2015 roku - napisano w orzeczeniu.

Odnosząc się do orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie obowiązkowej relokacji uchodźców przebywających w Grecji i we Włoszech, premier Węgier Viktor Orban zarzucił Unii stosowanie przemocy wobec jego kraju, by zmusić go do przyjmowania migrantów i zapowiedział prowadzenie przez jego kraj walki politycznej o zmianę unijnej decyzji dotyczącej obowiązkowej relokacji uchodźców.

Dotąd prowadziliśmy walkę prawną. Teraz zamiast prawnej musimy prowadzić walkę polityczną i zmienić tę decyzję unijną oraz zmusić różne instytucje unijne do powiedzenia, że podjęta przez nie decyzja była zła, niemożliwa do zrealizowania, a państwa członkowskie nie mogą i nie chcą jej zrealizować - oświadczył Orban w porannej audycji w Radiu Kossuth.

Premier Orban zapowiedział, że Węgry nie zmienią swej polityki w sprawie imigracji.

Nigdy nie przyłożę ręki do tego, by Węgry stały się państwem imigracyjnym - podkreślił Viktor Orban.

Odrzucenie przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej skargi Węgier i Słowacji ws. obowiązkowej relokacji uchodźców wywołało entuzjazm w niemieckich mediach. Niemieccy żurnaliści wskazują na brak zrozumienia istoty UE w państwach Europy Wschodniej i nieustannie powtarzają mantrę o potrzebie otwierania Europy Wschodniej na imigrantów. Szczególnie emocjonalny stosunek do tej kwestii wykazał monachijski dziennik „Sūddeutsche Zeitung”, który poinformował swoich czytelników, że:

„Są grzechy śmiertelne, wykroczenia i przestępstwa. Odpowiedź Viktora Orbána na orzeczenie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS) ws. relokacji uchodźców jest grzechem śmiertelnym, a wręcz zbrodnią na europejskim prawie”.

Autor tych pełnych patosu słów, publicysta „SZ”, Heribert Prantl konkluduje:

„W Europie nie ma miejsca dla państw, które chcą zachować jednorodność narodu”

I domaga się „ofensywnej obrony wartości UE”, przed Węgrami oraz Polską, gdzie „demokracja i praworządność są kopane nogami”.

Jeszcze zanim żurnalista Prantl dostał ataku histerii, unijny komisarz ds. migracji Dimitris Awramopulos zagroził, że jeśli Polska, Czechy i Węgry nie zaczną wykonywać decyzji o relokacji uchodźców w najbliższych tygodniach, Komisja Europejska rozważy skierowanie sprawy do Trybunału Sprawiedliwości UE.

Obecnie zgodnie z tzw. systemem dublińskim za rozpatrzenie wniosku o azyl odpowiada kraj UE, w którym uchodźca przekroczy unijną granicę. Tymczasem projekt reformy polityki azylowej UE, krytykowany m.in. przez Polskę, wśród proponowanych rozwiązań zakłada stały system dystrybucji uchodźców, który byłby uruchamiany automatycznie w sytuacji kryzysowej, a także możliwość wykupienia się z obowiązku relokacji; kraj, który nie chce przyjąć uchodźców, miałby zapłacić 250 tys. euro za każdą nieprzyjętą osobę.

Wierzymy, że pod koniec tego roku ministrowie będą gotowi, aby przedłożyć propozycję w sprawie nowego systemu dublińskiego - powiada unijny komisarz Awramopolus.

Polska, która w przeszłości miała już wielokrotnie do czynienia z „relokacją” osób na jej terytorium, konsekwentnie podtrzymuje sprzeciw wobec mechanizmu relokacji narzucanego przez KE.

23 grudnia 1791 roku w Rosji cesarzowa Katarzyna II wydała ukaz wprowadzający tzw. Черта оседлости, czyli strefy osiedlenia. Termin ten oznaczał terytoria cesarstwa rosyjskiego, na których wolno było mieszkać Żydom. Strefę osiedlenia tworzyły zachodnie gubernie cesarstwa rosyjskiego, utworzone po rozbiorach Polski. W ten oto sposób wschodnia granica Rzeczpospolitej pozostawała obecna na mapach w XVIII i XIX wieku. Celem tego ukazu było powstrzymanie migracji Żydów na terytoria rdzennie rosyjskie. Oznaczało to wypędzenie Żydów z Rosji, czyli mówiąc językiem biurokratów z Komisji Europejskiej - „relokację”.

Dalsze ograniczenia wolności zamieszkiwania nastąpiły w 1882, kiedy w Rosji wprowadzono tzw. „prawa majowe”. 15 maja 1882 roku Aleksander III zatwierdził ustawy wniesione przez ministra spraw wewnętrznych Nikołaja Ignatiewa, na mocy których usuwano ludność żydowską z miast rdzennej Rosji oraz ze wsi w strefach osiedlenia. Relokacja spowodowana „prawami majowymi” objęła w sumie około miliona osób. „Relokowani” Żydzi masowo przenosili się z zachodnich guberni cesarstwa do Królestwa Polskiego , co spowodowało wzrost antagonizmów narodowościowych i wyznaniowych w przeludnionych miasteczkach dawnej Rzeczpospolitej. Część „relokowanych” Żydów znalazła się w Łodzi - zdanych statystycznych wynika, ze przed 1914 rokiem do Łodzi przybyło ponad 40 tysięcy Żydów z rosji, tzw. litwaków. Kiedy w 1862 roku Żydzi stanowili zaledwie 16.6% ogólnej liczby mieszkańców Łodzi, to w roku 1897 odsetek ten wzrósł do 29.4%, a w 1913 r. wynosił już 34 %.

Strefa osiedlenia przetrwała do końca istnienia carskiej Rosji i została zlikwidowana przez Tymczasowy Rząd Rosji, który 2 kwietnia 1917 wydał dekret Об отмене вероисповедных и национальных ограничений (o zniesieniu restrykcji wyznaniowych i etnicznych).

W XX wieku „relokacje” ludności żydowskiej do Polski stosowało również państwo niemieckie. Wg spisu ludności w Niemczech w 1933 r. mieszkało około 500 000 tysięcy Żydów, w tym 88 400 tzw. Ostjuden czyli przybyszów ze Wschodu lub ich potomków. Obywatelstwo polskie miało 56 500 Żydów mieszkających w III Rzeszy. Od 1933 r. Ostjuden byli represjonowani i pozbawiani środków do życia. Polskie konsulaty i polskie poselstwo usiłowały ich bronić, ale z miernymi skutkami; w konsekwencji zaczęli więc coraz częściej przybywać do Polski. Z Niemiec mogli zabrać jedynie 10 marek na osobę (około 20 złotych), co oznaczało, ze nawet zamożny człowiek stawał się biedakiem.

15 marca 1933 r. szef niemieckiego MSZ, minister Konstantin von Neurath rozesłał do gauleiterów prowincji okólnik, w którym m.in. wzywał ich do pozbycia się tzw. Ostjuden. Wtedy po raz pierwszy notowano wypędzanie Żydów przez "zieloną granicę" do Polski. Najczęściej pojawiali się na stacji w Zbąszyniu. Zbąszyń, niewielkie miasto w Wielkopolsce, przed 1939 liczyło 5400 mieszkańców, w tym 360 Niemców i 52 Żydów. W pobliżu była granica z Niemcami; na stacji zatrzymywały się pociągi międzynarodowe. „Relokowani” Żydzi przybywali do Zbąszynia zwykle bez pieniędzy, często złapani na ulicy w Berlinie. Większość pochodziła z Berlina, ale byli też z Hamburga, Duisburga, Lipska. Nie było ich wielu, ale stanowili spory problem dla nielicznej gminy żydowskiej w Zbąszyniu. Zachowała się korespondencja między tą gminą a historykiem prof. Schorrrem, wiceprezesem polskiego dystryktu B’nai B’rith. Gmina zwraca się o udzielenie pomocy tym przybyszom żydowskim. Listy znajdują się w archiwum B’nai B’rith, przechowywanym w Archiwum Państwowym w Krakowie.

W końcu października 1938 roku rozpoczęła się Polenaktion czyli „relokowanie” z Rzeszy Niemieckiej Ostjuden posiadających polskie paszporty. Brutalnie, wygnano kilkanaście tysięcy ludzi, pozwalając na zabranie ze sobą tylko niezbędnych rzeczy oraz 10 marek. Szczyt aresztowań i deportacji przypadł na piątek 28 października. 29 października, jeszcze o zmroku, żołnierze pełniący służbę na pograniczu koło Zbąszynia zostali zaskoczeni przez gromady ludzi, którzy usiłowali przedostać się przez granicę w niedozwolonych miejscach. Popędzały ich oddziały wojska, policja,nieraz także SS. Nieliczni polscy strażnicy nie mogli ich zatrzymać, nie pomogły strzały oddawane w powietrze.

Ogółem w okolicach Zbąszynia „relokowano”około 9 tysięcy Żydów, wielu bez jakichkolwiek dokumentów. Kilka tysięcy osób wydalono z Niemiec przez granicę na Śląsku – dowożono ich koleją do Bytomia, a następnie poganiani przez SS i psy musieli brnąć przez leśne bezdroża w kierunku Polski. Niewielkie grupy wygnano także w innych okolicach. O takiej drodze opowiadała jedna z kobiet przywiezionych z Hamburga:

Wśród nocy kazano nam wysiadać z pociągu iść naprzód przez las. Potykając się, upadając, kalecząc o gałęzie, gubiąc krewnych szliśmy nie wiedząc dokąd. Byliśmy u kresu sił. Wreszcie znaleziono dobry punkt. Oddział wojska rozstąpił się, żołnierze nałożyli bagnety. Esesmani wzięli się za ręce i utworzyli kordon pchający nas ku granicy. Po bokach szli żołnierze. Napór z tylu wzrastał. Jeszcze krok i przekroczyliśmy granicę.

Ogółem w Polenaktion „relokowano” do Polski blisko 17 tysięcy osób. W pierwszych godzinach „relokowani” otrzymali pomoc od miejscowych gmin żydowskich, część wyjeżdżała w głąb Polski, jeżeli starczyło im pieniędzy na bilety kolejowe. Na Śląsku udało się problemy przybyszów rozwiązać szybciej; w gorszej sytuacji byli ci którzy dotarli do Zbąszynia, gdzie zatrzymywało się niewiele pociągów, a bilety do odległych większych miast były drogie. Miejskie władze Zbąszynia zorganizowały przybyszom schronienie w starych koszarach oraz w nieczynnym młynie. Wkrótce pomocy udzieliły organizacje żydowskie z Poznania, Warszawy, i innych miast. Pomoc nadeszła również od Żydów z USA, za pośrednictwem Jointu. Akcją pomocy kierował Emanuel Ringelblum, późniejszy twórca Podziemnego Archiwum Getta Warszawskiego.
Polskie MSZ podejmowały próby nacisku na władze Niemiec w celu odzyskania bodaj części majątku „relokowanych” osób, niestety bezskutecznie.

Przed WW II, przepędzanie ludzi jak stado baranów przez granicę zdawało się opinii publicznej szczytem barbarzyństwa. Po upływie 80 lat komisarze Unii Europejskiej uważają takie rozwiązanie za humanitarne, „zgodne z wartościami UE”. Zaś odmowa podporządkowania się zarządzeniom unijnych komisarzy traktowana jest jako "atak na samą substancję Europy i jej prawne podstawy".

***

Przy pisaniu notki autorka korzystała z publikacji:

https://wpolityce.pl/polityka/356881-sk ... smiertelny

https://wpolityce.pl/swiat/356849-orban ... igracyjnym

Anna Novikov „Zbąszyń 1933”, Scripta Judaica Cracoviensis, vol.7, 2009, s.103-109,

Zbigniew Mitzner, Inferno w Zbąszyniu, [w] 7599 dni Drugiej Rzeczpospolitej, antologia reportażu międzywojennego, Wyd. Iskry, Warszawa, 1983, s. 350-355,

Jerzy Tomaszewski, Wypędzeni w Zbąszyniu, Karta, nr 64, 2010 r., s. 20-35

https://www.salon24.pl/u/nanofiber/8077 ... raj-i-dzis


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 12 wrz 2017, 07:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Wartości europejskie ponad praworządność.
Wartości europejskie mimo wszystko.


Wyrok zapadł przed rozprawą?

Obrazek

KE zarzuciła polskim władzom, że nie respektują postanowienia o zakazie wycinki w Puszczy Białowieskiej, i pod wpływem wiceprezesa Trybunału Sprawiedliwości UE wystąpiła do Trybunału o nałożenie kar. Minister środowiska odrzucał oskarżenia i złożył wniosek o uchylenie zakazu.

Wysłuchanie, jakie odbyło się w poniedziałek przed Trybunałem Sprawiedliwości w Luksemburgu, dotyczyło wyłącznie nakazu zaprzestania wycinki – a nie całego postępowania wobec Polski w sprawie puszczy. Teraz, prawdopodobnie jeszcze we wrześniu, Trybunał rozstrzygnie, czy nakaz zostanie utrzymany.

Trwające ponad dwie godziny posiedzenie było okazją do przedstawienia argumentów przez obie strony sporu. Pełnomocnik Komisji Europejskiej Katarzyna Hermann pokazywała obrazy satelitarne i zdjęcia z puszczy, które KE otrzymała od przedstawicieli lewicowych organizacji. Jak mówiła, są to dowody, że polskie władze naruszyły postanowienie o nakazie zaprzestania wycinki. Wskazywała, że jest ona prowadzona z dala od dróg, w związku z czym nie można mówić o argumencie zapewniania bezpieczeństwa publicznego.

Dodała, że po raz pierwszy w historii prawa wspólnotowego zdarza się, że państwo członkowskie nie respektuje postanowienia Trybunału.

Później w trakcie posiedzenia wystąpiła o nałożenie w związku z tym kar okresowych na Polskę. Nie była to jednak początkowo jej inicjatywa. Prawnik złożyła ten wniosek ad hoc, po pytaniach wiceprezesa Trybunału, w jaki sposób KE chciałaby spowodować wykonanie postanowienia o wstrzymaniu wycinki.

Przedstawicielka Komisji początkowo domagała się tylko doprecyzowania przesłanki „bezpieczeństwa publicznego”, na które powołuje się Polska. Później, po sugestiach wiceprezesa Trybunału i krótkiej przerwie na konsultacje, Hermann wystąpiła o nałożenie na Polskę kar okresowych.

– Artykuł 279 daje uprawienia Trybunałowi w tej sprawie, wystarczy, żeby KE się o to zwróciła – zachęcał pełnomocnik KE, zapominając o swojej „bezstronności”, wiceprezes Trybunału Antonio Tizzano.

Pełnomocnik rządu uznał wniosek za bezprzedmiotowy, bo – jak argumentował – Polska nie narusza zarządzenia tymczasowego i działa zgodnie z nim, a prowadząc wycinkę, kieruje się względami bezpieczeństwa publicznego.

Minister środowiska prof. Jan Szyszko przekonywał, że Polska podporządkowała się całkowicie nakazowi wstrzymania wycinki w Puszczy Białowieskiej i prowadzi działania tylko tam, gdzie służą zapewnieniu bezpieczeństwa publicznego.

Minister podkreślał, że takie cięcia nie odnoszą się tylko do obszarów w bezpośrednim sąsiedztwie infrastruktury, takich jak drogi czy budynki, ale również do obszarów leśnych, gdzie mogą pojawić się np. grzybiarze.

– Wszystko jest robione zgodnie z prawem, prawem UE, Naturą 2000 i polskim prawem – zaznaczył.

Profesor Szyszko przedstawiał z kolei mapy i dokumenty wskazujące na to, że ingerencja człowieka w puszczy ma miejsce od bardzo dawna. Przypomniał, że występujący w puszczy gatunek kornika atakuje nie tylko świerki. Wskazując na będących z nim na sali rozpraw mieszkańców puszczy, podkreślał, że to potomkowie osób, które sadziły drzewa, jakie w niej rosną.

Wiceprezes Trybunału dał Komisji Europejskiej cztery dni na formalne zgłoszenie wniosku o kary i zapowiedział łaskawie, że umożliwi polskim władzom udzielenie odpowiedzi.

Po zakończeniu posiedzenia w rozmowie z dziennikarzami minister oceniał, że sugestie wiceprezesa Trybunału, by Komisja wystąpiła o kary dla Polski, to coś bardzo dziwnego. – Tu doszło do pewnego – powiedziałbym – nieporozumienia, ja bym powiedział dziwnego bardzo mocno – podkreślił Szyszko. – Jeszcze nie widziałem takiej sytuacji, by sam sugerował temu, który pozywa Polskę, by nie tylko doprecyzował, ale też i zaostrzył swoje żądania – powiedział minister. Zaznaczył też, że Polska jest krajem, który wie, na czym polega Natura 2000 i w jaki sposób nią zarządzać, również na terenie Puszczy Białowieskiej.

RP

http://www.naszdziennik.pl/swiat/189039 ... prawa.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 16 wrz 2017, 06:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Dziś Europa patrzy w swoje rojenia, a nie w rzeczywistość.

Europo! Patrz na Wiedeń

Kazanie o. Andrzeja Potockiego OP wygłoszone w warszawskim kościele Ojców Kapucynów 12 września 2017 roku podczas Mszy św. w 334. rocznicę odsieczy wiedeńskiej. Uroczystość zorganizował Komitet Obchodów Rocznic Wiktorii Wiedeńskiej.

Moi Zacni, moi Drodzy!

Nasza rocznica – taki jest już przywilej tych bardziej szacownych rocznic – zachęca do pamięci historycznej. Jednak bylibyśmy krótkowzroczni, zatrzymując się jedynie przy zestawieniu dat: 1683 i 2017. Nieodzowna jest radykalnie szersza perspektywa. To w imię pamięci historycznej trzeba widzieć wielowiekową rozciągłość kontaktów Europy ze światem arabskim i islamem. Dlatego że ów interesujący nas dziś fenomen odsieczy wiedeńskiej nie był faktem samym w sobie, izolowanym od tego, co było wcześniej, i tego, co miało nastąpić później – już na naszych oczach.

Dobrze znamy rzeczywistość kwitnących w starożytności Kościołów chrześcijańskich w północnej Afryce; Kościołów zmiecionych przez Arabów. Potem trzeba widzieć Hiszpanię opanowaną przez nich w VIII w. – aż do utworzenia kalifatu Kordoby, czyli w istocie państwa islamskiego. Z czasem następuje parcie islamu na Europę z drugiej strony. Zdobycie przez Turków Konstantynopola w 1453 roku oznacza kres cesarstwa wschodniorzymskiego. Otwiera drogę na Bałkany. Może nas dziwić, dlaczego Kara Mustafa wyruszał na Wiedeń spod Belgradu. No bo po prostu Turcy już tam byli.

Jednak po drodze – drodze dziejów – jest Lepanto. Największa w dziejach bitwa morska w 1571 roku; starcie Państwa Osmańskiego z Ligą Świętą, zatem z już jednoczącą się we wspólnej obronie Europą. Rozumiemy, że w tym zjednoczeniu najistotniejsza rola miała przypaść ówczesnym morskim potęgom: Hiszpanii i Wenecji. Bitwa zdecydowanie wygrana.

Kolejna inwazja islamu po stu latach. To już na Europę Centralną. Kara Mustafa jest pewny zwycięstwa. Zapowiada utworzenie kalifatu europejskiego. Cesarz Leopold opuszcza Wiedeń. Papież Innocenty XI, czując osobistą odpowiedzialność za obronę chrześcijaństwa, przejmuje inicjatywę. Woła do znakomitego stratega, sprawdzonego już w bojach, Jana Sobieskiego: „Królu, ratuj Europę!”. Tak pochód islamu w XVII wieku zatrzymuje pod wodzą polskiego króla zjednoczona we wspólnej obronie Europa.

Moi Drodzy!

W takim klimacie historycznym staje Maryja. Jak rozumieć, że po Lepanto ustanowiono święto Matki Bożej Zwycięskiej, z czasem nazwane świętem Matki Bożej Różańcowej, a po Wiedniu święto Imienia Maryi? Oba święta w dniach wiekopomnych rocznic. Widać czyjej pomocy przypisywano zwycięstwo.

Jan III Sobieski ruszał pod Wiedeń z dewizą „Cor Mariae – spes mea” – „Serce Maryi moją nadzieją”. Armia Sobieskiego była wojskiem na wskroś maryjnym. Wszyscy żołnierze należeli do bractw różańcowych albo Sodalicji Rycerskiej. Podczas drogi modlili się na różańcu. Ksiądz biskup Józef Zawitkowski, głosząc rocznicowe kazanie na wiedeńskim Kahlenbergu 12 września 2010 roku, mówił: „Wielki królu Janie III Sobieski, szedłeś pod Wiedeń po spowiedzi, po Komunii Świętej, z wołaniem Godzinek »Przybądź nam, Miłościwa Pani, ku pomocy«. I wierzyłeś, że Bóg zwycięży!”. A potem to słynne Sobieskiego: „Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył”. Powtórzę: widać czyjej pomocy przypisywano zwycięstwo. Jeszcze sięgnijmy do kazania ks. bp. Zawitkowskiego: „Czy tu, na Kahlenbergu, nie rodzi się w naszym myśleniu pytanie: kto był w tych wydarzeniach zwycięzcą? Dla człowieka wiary odpowiedź jest prosta: Bogurodzica! Ta, co Jasnej broni Częstochowy! I tak będzie zawsze, dokąd Naród będzie wierny i zachowa wiarę. Bóg nas ocali”.

To „zawsze” miało się sprawdzać. Po Bitwie Warszawskiej 1920 roku naczelny wódz Józef Piłsudski informował kard. Aleksandra Kakowskiego, że sam nie wie, „jak myśmy tę wojnę wygrali”. Ale wiedział to pewien rozbitek Armii Czerwonej, uciekinier, który chłopom spod Zambrowa opowiadał o swojej wielkiej armii, ale i o widoku Matki, która osłaniała Polaków.

Tak staje przed nami historia. Sprzeniewierzylibyśmy się przeszłości, ale także przyszłości, ale także samym sobie, gdybyśmy nie przywoływali tamtych wydarzeń, a zwłaszcza sensu dziejów, którego z tamtych wydarzeń nie wolno nam nie wyprowadzać. Myślmy historycznie. Konfrontujmy obrazy dziejów z naszym europejskim i polskim dziś. I wreszcie: myślmy z troską, choć i z nadzieją, o przyszłości.

Widzimy, że usiłowania wejścia islamu do Europy nie są czymś nowym. To w istocie długofalowy proces dziejowy. Stąd to, co dziś, nie musi nas zaskakiwać. Zmieniają się kostiumy historyczne, ale zjawisko jest trwałe. Kiedyś stawały na horyzoncie zbrojne najazdy, dziś jesteśmy brani na litość. W naszych odruchach miłosierdzia musimy wszak stale odróżniać uchodźców oraz imigrantów. Tych pierwszych pcha do ucieczki – a zwykle uciekają całymi rodzinami – okrutna wojna. To zwłaszcza uciekinierzy z Syrii. Trudno nie myśleć z troską o ich losie. Jeśli to możliwe, pomagać. Zwłaszcza i przede wszystkim tam – na miejscu. By nie musieli ruszać w nieznane i szukać łaskawego chleba. Tych drugich widzimy zwłaszcza w łodziach przez Morze Śródziemne zmierzających z północnej Afryki do brzegów Europy. To głównie młodzi mężczyźni. Zwykle bez bagażu. Do wędrówki pchają ich potrzeby ekonomiczne. Statystyczny imigrant może nie myśli o podboju Europy. O tym debatują ideologowie, inspiratorzy będący gdzieś daleko. Z czasem spośród tych imigrantów będą organizować bojówki dla swych dalekosiężnych celów. Przecież nie tylko my znamy historię. Także oni.

W Europie Zachodniej już powstają, zrazu z niewielkich grupek przybyszów, muzułmańskie partie polityczne i te wchodzą w życie publiczne. Rzecz dla partii oczywista. Dla kandydatów na członków partii mniej ważne są programy tych ostatnich. Istotna pozostaje identyfikacja kulturowa i religijna ze światem pochodzenia. Natomiast – nie możemy tego nie widzieć – stare partie w krajach europejskich zaczynają się liczyć i muszą się liczyć z nowym, islamskim elektoratem. Wręcz szukać jego poparcia. W tym tkwi rachunek polityczny. Imigrantom nie można się narażać. Zwłaszcza tym, którzy uzyskają czynne prawo wyborcze. I tak oto na naszych oczach postępuje islamizacja Europy.

Brigitte Bardot w 1999 roku napisała w pewnej książce: „Mój kraj, Francja, moja ojczyzna, moja ziemia znów najechana została przez masę obcokrajowców, przede wszystkim muzułmanów”. Za tę publiczną skargę sąd skazał aktorkę na grzywnę 50 tys. franków. Zresztą skazywana była parokrotnie. Wydarzenia naszego czasu znamy. Doprawdy, trudno o nich mówić bez bólu. To ataki terrorystyczne, grasujące bandy i ataki seksualne w Kolonii pamiętnego sylwestra przed niewielu laty, ostatnio tragiczne wydarzenie w Rimini. Znamy to i rozumiemy, skąd się to bierze. A jeśli nie rozumiemy, to w takim dniu jak dzisiejszy otwórzmy nasze oczy i nasze umysły.

Parcie islamu na Europę liczy już setki lat. Pytamy z zatroskaniem: kto zatrzyma inwazję w naszych dniach? Gdzie mamy szukać nowego Sobieskiego? Trzysta trzydzieści cztery lata temu z inspiracji Ojca Świętego Europa solidarnie skrzyknęła się do obrony. W imię czego? To źle postawione pytanie. Trzeba pytać: w imię kogo? I odpowiedź: w imię Chrystusa. Bo Europejczycy chcieli bronić wiary, chcieli bronić Boga. Dziś Europa Zachodnia nie ma siły duchowego oporu, by przeciwstawić się agresji. Co więcej, uparcie głosi hasła tolerancji, wielokulturowości, co jest równoznaczne z zaproszeniem tych, którzy nie mają ani interesu, ani zamiaru integrować się ze starymi społeczeństwami Europy. Ani identyfikować się z tym, co tradycyjnie europejskie. Gdy słyszą o europejskich hasłach tolerancji i wielokulturowości, powiadają: my tu będziemy dobrze się czuli. Te hasła zapewniają przybyszom kulturowy, a i prawny komfort. Oto tak zwane wartości europejskie lansowane przez polityczne gremia Zachodu pokazują już całkiem nową twarz Europy. Europa straciła mechanizmy obronne. W tym ten główny mechanizm, któremu na imię chrześcijaństwo. Wiemy, że w Europie Zachodniej jest ono w odwrocie. To dlatego współczesny islam uderza dziś w Europę w jej najsłabszym miejscu: od zachodu.

To na takim tle refleksji historycznej i zadumy nad naszym dziś, nie próbując dawać recept dla politycznych rozwiązań – bo ambona nie jest od tego, ale jest miejscem, z którego mamy pobudzać sumienia – chciałoby się wołać: obudź się, Europo! Patrz na stary Wiedeń i wiekopomne zwycięstwo króla Jana. Potem, Europo, spójrz na siebie – na co się zgadzasz i co proponujesz.

Europo!

Niech obudzi Cię ta jutrzenka, której na imię Maryja. Zwycięska Maryja. Tak byśmy chcieli, by to Ona obudziła Europę.

Niech tego wieczoru przy sercu Sobieskiego biją nasze serca: dla Boga, dla Maryi, dla coraz bardziej zagubionej Europy, wreszcie niech biją te serca dla naszej Umiłowanej Ojczyzny.

Amen.

o. Andrzej Potocki OP

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... ieden.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 29 wrz 2017, 19:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Demograficzne samobójstwo Europy

„Cywilizacje nie giną, cywilizacje popełniają samobójstwa” – Arnold Toynbee

Od kilku dekad trwa stopniowy upadek Europy. Odbywa się on jednocześnie na wielu obszarach, przy czym najważniejszy z nich dotyczy demografii. Podczas gdy populacja globu rośnie w szybkim tempie, wskaźniki dzietności w krajach europejskich nie sięgają nawet poziomu 2.1, koniecznego do utrzymania dotychczasowego poziomu ludności.

To fakt znacznie ważniejszy od tego jaki wzrost PKB mają Niemcy czy też jaka jest inflacja we Francji. Perspektywy co do liczby ludności buduje się przez dekady. Nie da się ich zmienić w rok lub dwa kilkoma dobrymi reformami. Dlatego też powolne wymieranie Europy (przynajmniej jej zachodniej części) jest przesądzone. Warto przyjrzeć się co sprawiło, że Stary Kontynent jest obecnie w takim a nie innym miejscu oraz jakich zmian możemy spodziewać się w kolejnych latach.

Sytuacja w Europie Zachodniej
Jedynym krajem Europy Zachodniej, który balansuje na granicy wymaganego wskaźnika dzietności jest Francja. Za przyrost naturalny odpowiadają tam jednak głównie rodziny imigrantów, w przypadku których 5 czy 6 dzieci to standard.

Pozostałe kraje prezentują się gorzej. By wymienić tylko największe z nich: Wielka Brytania – 1.9 (wynik również zawyżany przez imigrantów), Niemcy, Hiszpania, Włochy – po 1.4.

Wydarzenia z ostatnich lat pokazują, że lekiem na demograficzne problemy Europy Zachodniej ma być napływ imigrantów, przez media kłamliwie nazywanych „uchodźcami”. Na temat tego kto przybywa obecnie na Stary Kontynent i dlaczego tak się dzieje, napisaliśmy osobny artykuł zatytułowany „Jak zdestabilizować kontynent?”

W tym tekście chcielibyśmy jednak zwrócić uwagę na to jak szybko wspomniany proces postępuje. Świetnie widać to na przykładzie Włoch, gdzie jeszcze 15 lat temu żyło ok. 550 tys. imigrantów, co stanowiło 1% całej populacji. Obecny napływ obcokrajowców jest jednak tak silny, że, zgodnie z szacunkami, w 2065 roku pierwsze i drugie pokolenie imigrantów liczyć będzie 22 mln ludzi, czyli 40% populacji!

Pojawia się pytanie czy przyzwyczajonym do bezpieczeństwa i względnego dobrobytu Włochom będzie chciało się walczyć o zachowanie dotychczasowej kultury, prawa itd.? A może tak dla świętego spokoju zgodzą się na prawo szariatu (jakkolwiek abstrakcyjnie to nie brzmi)?

We włoskim przykładzie bardzo ważny jest również fakt, że większość imigrantów pochodzi jedynie z 10 różnych krajów. To napędza tworzenie wspólnot odseparowanych od reszty społeczeństwa. Wewnątrz nich panuje zazwyczaj islamski radykalizm. Na początku jedyna zmiana dla Europejczyków polega na tym, że wejście na obszar zamieszkiwany przez imigrantów grozi utratą zdrowia (zwłaszcza kobietom). Z czasem jednak liczba napływowych osób na danym terenie rośnie (wyższy przyrost naturalny) i starają się oni narzucać własne zasady. Podobnie dzieje się np. w Szwecji.

Spadający poziom bezpieczeństwa w Europie Zachodniej to jedno. Równie ważny jest jednak fakt, że ludzie szybko przechodzą nad kolejnymi tragicznymi wydarzeniami do porządku dziennego. Wydaje się, że momentem granicznym powinna być wypowiedź muzułmańskiego burmistrza Londynu, który stwierdził, iż „zamachy są czymś normalnym w wielkim mieście” (w takim razie ile było zamachów w Londynie 15 lat temu?). Po jego wypowiedzi nic się jednak nie wydarzyło. Żadnej złości społeczeństwa, żadnych protestów. Przekroczono kolejną barierę obojętności.


Przyczyny
Europa Zachodnia pada dziś ofiarą dwóch bakterii: socjalizmu i poprawności politycznej. Można spierać się która z nich jest bardziej zabójcza, jednak nie ulega wątpliwości, że obie są przyczynami ogromnych problemów Europy, również tych związanych z demografią.

Socjalizm nieodmiennie związany jest z dużą ingerencją państwa w życie obywateli. To władza wie lepiej na co wydać pieniądze zarobione przez zwykłych ludzi, to władza wie lepiej jaki lek powinien być na receptę a jaki nie, to władza wie lepiej ile obywatel ma odkładać na emeryturę i kiedy powinien na nią przejść. Człowiek w tym systemie jest traktowany jak dziecko. Socjalizm odzwyczaja ludzi od odpowiedzialności i myślenia. A przecież założenie rodziny i posiadanie dzieci z taką odpowiedzialnością się wiąże!

Przy okazji socjalizmu pojawia się również biurokracja. Wraz z jej wzrostem Europejczycy przestali poświęcać czas na kreatywne zajęcia, rozwój i rywalizację. Te aspekty zostały zastąpione papierologią, setkami przepisów i zasadami bezpieczeństwa. W ten sposób zahamowano rozwój gospodarczy, co z kolei przełożyło się na silny wzrost bezrobocia wśród młodych osób w niektórych krajach UE. Nie ma się co dziwić, że w takich warunkach pary rzadziej decydują się na dziecko.

Z kolei poprawność polityczna sprawiła, że obywatele państw z Europy Zachodniej przestali nazywać rzeczy po imieniu. Zamiast tego posłusznie przyjmują narrację mainstreamowych mediów, które zamachy nazywają „incydentami”, natomiast zamiast obarczyć winą zamachowca, informują, że „furgonetka wjechała w tłum”. W efekcie prawda jest zamiatana pod dywan. Trwa ciche przyzwolenie na to, co robią imigranci, a to z kolei sprawia, że narody z Europy Zachodniej zostaną jeszcze szybciej zdominowane przez muzułmanów. Jednocześnie pracujący Europejczycy będą zmuszeni płacić coraz wyższe podatki na miliony korzystających z socjalu imigrantów. Dochodzi do absurdalnej sytuacji w której obywatele Niemiec czy Francji wypruwają sobie żyły, żeby imigranci mogli żyć za darmo i decydować się na większe potomstwo. Na tym właśnie polega samobójstwo Europy.


Sytuacja w Europie Środkowo-Wschodniej
W przypadku niektórych państw Europy Środkowo-Wschodniej spadek liczby ludności rozpoczął się w latach 90., w przypadku innych negatywny trend miał początek dopiero w XXI wieku. Generalnie jednak sytuacja wygląda dramatycznie. Wskaźnik dzietności dla wielu krajów z naszego regionu wynosi 1.3. Niestety, Polska również znajduje się w tej grupie.

Prognozy brzmią drastycznie. Do 2050 roku liczba obywateli Rumunii ma spaść o 22%, Mołdawii – o 20%, Łotwy – o 19%, Litwy – o 17%, a Chorwacji o 16%. W przypadku naszego kraju szacuje się spadek liczby ludności z 38 mln do 32-33 mln osób. W ujęciu procentowym oznacza to utratę 14-15% populacji.

Bardzo duży wpływ na demografię państw Europy Środkowo-Wschodniej może mieć obecna polityka wobec imigrantów. W przeciwieństwie do Zachodu, państwa takie jak Polska, Węgry czy Słowacja nie zgadzają się na przyjmowanie imigrantów. Jest to oczywiście słuszna polityka, która czyni te kraje bezpieczniejszymi (i chociaż mało kto o tym pamięta – czyni je również atrakcyjniejszymi pod względem inwestycyjnym).

Wśród państw z centralnej części Europy widoczne jest silniejsze przywiązanie do kultury europejskiej. Zdaje się, że najsilniej jest to odczuwalne w przemówieniach węgierskiego premiera Viktora Orbana, który często mówi o ratowaniu cywilizacji europejskiej, a w zeszłym roku wypowiedział znamienne słowa:

„Europa nie jest dziś wolna. Wolność zaczyna się od prawdy. Dziś w Europie nie można mówić prawdy.”

Kolejna różnica pomiędzy Europą Zachodnią, a Europą Środkowo-Wschodnią polega na tym, że do krajów postkomunistycznych nie dotarła jeszcze na większą skalę poprawność polityczna. Dowód? W 2015 roku Jarosław Kaczyński wspomniał w swoim przemówieniu o kilkudziesięciu tzw. „no go zone” w Szwecji, czyli strefach będących pod całkowitą kontrolą muzułmanów. Zrobił to, by podkreślić skutki przyjmowania dużych grup imigrantów. W wielu krajach Europy Zachodniej z miejsca stałby się wrogiem publicznym nr 1 (i to za mówienie prawdy). Tymczasem w Polsce przyjęto to bardziej jako istotny głos w dyskusji nt. kryzysu imigranckiego (pomijamy opinie ludzi chorych z nienawiści do Kaczyńskiego).

Niezależnie jednak od różnic w zachowaniu polityków z Europy Zachodniej oraz Środkowo-Wschodniej, również nasza część kontynentu ma znaczące problemy z przyrostem naturalnym.


Przyczyny
Na przełomie lat 80-tych i 90-tych kraje Europy Środkowo-Wschodniej doświadczyły transformacji ustrojowej, przechodząc od socjalizmu w stronę kapitalizmu. Miliony osób znalazły się w nieznanej dotąd sytuacji, nie mając tak naprawdę pewności, że ta zmiana przyniesie im znaczące korzyści. Niepewność wzmogła się kiedy swój żywot zakończyło wiele państwowych zakładów, a bezrobocie na jakiś czas znacząco wzrosło. W takiej sytuacji w wielu rodzinach odkładano decyzję bądź też rezygnowano z kolejnych dzieci.

Wraz z wejściem do Unii Europejskiej poszerzyły się możliwości, jeśli chodzi o podjęcie pracy na Zachodzie. Mnóstwo osób wyjechało (np. dwie fale emigracji w Polsce), ale co ważniejsze – wyjeżdżali głównie ludzie młodzi w wieku produkcyjnym. Było to potężne uderzenie w strukturę demograficzną państw Europy Środkowo-Wschodniej. W odróżnieniu od tego co dzieje się teraz, Europa Zachodnia zyskała wówczas w większości pracowitych i spokojnych imigrantów.

Problemy demograficzne w centralnej części Europy są zatem inne od tych z którymi zmaga się Zachód. Nie chodzi o zmianę mentalności, ale o sytuację materialną. Dowód? Zobaczcie wskaźniki dzietności wśród polskich rodzin, które przeniosły się do Wielkiej Brytanii. Według danych brytyjskiego odpowiednika GUS z 2015 roku, na jedną Polkę mieszkającą w UK przypadało 3,3 dzieci. Nawet jeśli te dane są w jakiś sposób przesadzone, to dodajmy, że na jedną Polkę mieszkającą w Niemczech przypada 2,1 dzieci.

Kolejnym potwierdzeniem, że sytuacja materialne ma znaczenie jest fakt, że wprowadzony w Polsce program 500+ przyczynił się do widocznego wzrostu liczby urodzeń. Swoją drogą, odnosząc się do wielu komentarzy na ten temat, dalej uważamy, że tego typu programy powinny być wprowadzane w formie ulgi podatkowej.


Perspektywy dla Europy
Naszym zdaniem sytuacja w Europie Zachodniej jest trudniejsza niż w jej centralnej części. Zmiany, które zaszły w mentalności ludzi są niemożliwe do odwrócenia. Obywatele zachodnich państw sami z siebie wybierają polityków, którzy oddalili się od podstaw cywilizacji europejskiej, nie mają żadnej tożsamości i nie są w stanie mówić prawdy chociażby o imigrantach.

Politycy o których mowa są odbiciem społeczeństw. Ostatecznie tysięcy Niemców czy Hiszpanów nie zagania się na marsze poparcia dla imigrantów – oni chodzą tam sami z siebie. Polityczna poprawność nie pozwala im już nawet stwierdzić, że dwa plus dwa to cztery. Widzą postawnych mężczyzn, a i tak potrafią wmówić sobie, że to rodziny uciekające przed wojną. Nic dziwnego, że tak zaślepieni ludzie wybierają nieodpowiednich polityków.

Co najlepiej świadczy o tym, że Zachód jest stracony? Przykład Angeli Merkel. Ostatecznie to jej polityka doprowadziła do przyjęcia setek tysięcy imigrantów bez poddania ich jakiejkolwiek kontroli. Doszło do zamachów, zginęło wiele osób, a Merkel nadal ma szansę na reelekcję! Na wszelki wypadek jednak kanclerz Niemiec myśli również o emigracji do Urugwaju, gdzie kilka miesięcy temu kupiła gigantyczną posiadłość.

Europa Zachodnia jest stracona. W ciągu najbliższych dekad wiele krajów znajdzie się pod silnymi wpływami muzułmanów, dojdzie również do rozpadów na mniejsze państewka.

Co innego z Europą Środkowo-Wschodnią. Tutaj widoczna jest europejska tożsamość i wola odbudowy struktury demograficznej. Problemem pozostaje sytuacja materialna. Niewykluczone, że w przypadku jej poprawy, nasz region będzie musiał zmierzyć się z problemami, które pokonują Europę Zachodnią (rozległa rola państwa oraz polityczna poprawność).

Dalszy rozwój sytuacji demograficznej w krajach postkomunistycznych jest trudny do przewidzenia. Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że mieszkańcy np. Szwecji czy Norwegii, uciekając przed muzułmanami, przeniosą się do Europy Środkowo-Wschodniej. Wówczas kraje postkomunistyczne zyskają pracowitych, wykształconych i spokojnych imigrantów (w przeciwieństwie do tego, co przybywa do zachodniej Europy). Ten trend został już zresztą zapoczątkowany – ludzie, którzy 25 lat temu szukali lepszego życia w Szwecji czy Niemczech, dziś wracają do Polski podkreślając, że tutaj jest „czysto” i bezpiecznie.

Nie zapominajmy również , że do krajów Europy Środkowo-Wschodniej wracać będą osoby, które wyjechały na Zachód kilka-kilkanaście lat temu. Większość z nich przywiezie ze sobą spory kapitał – mamy na myśli zarówno walutę, jak i życiowe doświadczenia.


Co dalej ze wzrostem gospodarczym w Europie?
Starzenie się europejskich narodów wywrze oczywiście wpływ na dynamikę wzrostu gospodarczego. Pamiętajmy, że wiele krajów ze Starego Kontynentu boryka się dziś z potężnym zadłużeniem. Zmniejszający się odsetek osób pracujących sprawi, że do budżetów tych państw będzie wpływać coraz mniej pieniędzy z podatków. Zatem problemy z długiem wzrosną. Z kolei władze bojąc się przeprowadzenia cięć wydatków (możliwy bunt społeczeństwa) pójdą w kierunku podwyższania podatków przedsiębiorcom, bo tej grupie najtrudniej jest się zbuntować. To z kolei przełoży się na zahamowanie wzrostu gospodarczego.

Dodatkowym obciążeniem dla budżetów państw będzie fakt, że korzystający z socjalu imigranci staną się dużą grupą wyborczą (podobnie jak osoby starsze). Szukający poparcia politycy nie zdecydują się zatem na ograniczenie zasiłków socjalnych oraz emerytur.

Wzrost gospodarczy uzależniony jest od inwestycji, a te kierowane są tam, gdzie jest potencjał ludnościowy. Skoro prognozy na ten temat są pesymistyczne dla Europy, to inwestorzy coraz częściej spoglądają w inne regiony świata. M.in. dlatego w ostatnim czasie na przeniesienie sporej części aktywów do Azji zdecydował się Jacob Rothschild. Również Marc Faber coraz częściej w swoich komentarzach wspomina o inwestowaniu w Azji.

Różnicę między perspektywami dobrze pokazują dwa poniższe wykresy. Pierwszy z nich przedstawia jak w nadchodzących dekadach zmieniać się będzie populacja kilku krajów europejskich…

Obrazek

…a drugi dotyczy tej samej kwestii, z tymże z nakierowaniem na Azję.

Obrazek

Jak widać, oba kontynenty pod względem demograficznym podążają w przeciwnych kierunkach. W przypadku Europy będzie to miało bardzo negatywny wpływ na rynek nieruchomości (mniejszy popyt), który w wielu europejskich krajach jest dziś w fazie bańki. Zawdzięczamy to oczywiście polityce zerowych stóp procentowych.

Jeśli chodzi o perspektywy dla rozwoju gospodarczego Europy to nie możemy pominąć tematu Unii Europejskiej. Ostatecznie kolejne napięcia między krajami nowej i starej UE mogą przyspieszyć upadek wspólnoty. Pojawia się pytanie czy przy życiu pozostanie wówczas strefa Schengen, która ma bardzo pozytywny wpływ na rozwój gospodarczy.

Dodatkowo, upadkowi UE może towarzyszyć rozpad kilku państw. Jest on bardzo prawdopodobny w przypadku Hiszpanii (Katalonia). Następna może być Szkocja, prawdopodobne jest również odłączenie Kraju Basków. Mogą to być wydarzenia oczyszczające – wymuszające reset długów oraz napisanie prawa od nowa. Podkreślić wypada, że to właśnie skomplikowane i głupie prawo jest tym co blokuje chociażby gospodarkę Włoch.

Jak oczyszczająca może być taka sytuacja pokazuje przykład Estonii. Po upadku ZSRR ten kraj został z niczym. Skoro socjalizm zawiódł, to Estończycy postanowili pójść w stronę wolnego rynku. I wychodzą na tym znakomicie.


Podsumowanie
Jak wzniośle by to nie zabrzmiało, śmierć Europy Zachodniej jest przesądzona.

Potwierdza się, że idea jest silniejsza niż broń. Tym razem jednak w tym złym sensie. Obywatelom zachodnich państw Europy wbito do głowy ideę równości i multikulturalizmu, a oni zaczęli wyznawać ją bezkrytycznie, nie widząc zmian, które zachodziły wokół nich.

Na chwilę obecną jedynie Europa Środkowo-Wschodnia ma szansę na przetrwanie w formie zbliżonej do dzisiejszej.

Niewykluczone, że za jakiś czas depopulacja podobna do tej z Europy Zachodniej może zacząć dotykać inne regiony świata. Ostatecznie możnym tego świata zależy na mniejszej liczbie ludności, ponieważ wówczas łatwiej jest kontrolować masy. Ostatnim przykładem ruchów w tym kierunku są słowa typowego przedstawiciela establishmentu Emmanuela Macrona, który powiedział, że prawdziwym wyzwaniem w Afryce jest fakt, iż każda kobieta ma po 7-8 dzieci.

Zespół Independent Trader

https://independenttrader.pl/demografic ... uropy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 30 wrz 2017, 07:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Moim zdaniem Europa nie popełnia samobójstwa, ale jest mordowana, i to z pełnym nienawiści sadyzmem. Żydomasoneria i Niemcy są mordercami i zachowują się wobec Europy jak Azja Tuhajbejowicz wobec Nowowiejskiego.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 06 paź 2017, 06:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Polska nie pasuje do utopijnej wizji UE

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II i w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Obrazek

Podczas gdy Hiszpania pogrąża się w chaosie, Komisja Europejska spokojnie wychodzi z założenia, że są to sprawy wewnętrzne tego państwa, natomiast atakuje Polskę. Jak rozumieć te unijne standardy?
– Można to zrozumieć tylko przez pryzmat pozycji, jaką w zbiurokratyzowanej Unii Europejskiej ma Hiszpania, a jaką zajmuje Polska. Teza wmawiana Polakom – przez jeszcze do niedawną rządzącą w kraju koalicję PO – PSL – że Polska ma doskonałą pozycję, ponieważ Donald Tusk został przewodniczącym Rady Europejskiej, bankrutuje na naszych oczach. Tusk został szefem RE nie dlatego, że Polska miała tak wysoką pozycję czy poważanie w Europie, ale nade wszystko ze względu na to, że jako premier polskiego rządu był bezwzględnie posłuszny i powolny woli kanclerz Angeli Merkel i decyzjom Brukseli. Natomiast dzisiaj, kiedy zmieniły się rządy w Polsce, kiedy mamy sytuację, że Polska, Węgry czy inne państwa środkowoeuropejskie próbują się wybić na podmiotowość w UE, to są atakowane. Jeśli zaś chodzi o Hiszpanię, to ma ona korzystniejszą od nas – wypracowaną wcześniej – uprzywilejowaną pozycję, w związku z czym nie wolno jej atakować. Jak wiemy, są takie kraje jak Francja czy Niemcy, które decydują o kierunkach Unii, narzucają je pozostałym członkom Wspólnoty, którzy mają realizować wolę silniejszych. To pokazuje pewną obowiązującą hierarchię. Oczywiście dużo się mówi na temat demokracji, równości, solidarności państw itd., ale niewiele ma to wspólnego z rzeczywistością.

„Obowiązkiem każdego rządu jest podtrzymanie praworządności i czasem wymaga to proporcjonalnego użycia siły” – to słowa wiceszefa Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa wypowiedziane w trakcie debaty w Parlamencie Europejskim na temat zajść podczas niedzielnego referendum w Katalonii…
– Dotykamy tu kwestii, o której analitycy w pogłębionych ocenach mówili – na dobrą sprawę – od zawsze. Za poprzedniej władzy mieliśmy mocno przypudrowany wizerunek Unii przy jednoczesnej zgodzie polskiego rządu na wszystko, co Bruksela zadecyduje. W związku z tym – w dużej mierze także za pomocą mediów przychylnych ówczesnej władzy – nie było widać istniejących dysproporcji i uległości. Spolegliwość rządu Platformy i PSL sprawiała, że ten czy ów polityk z tego obozu w nagrodę otrzymywał takie czy inne intratne stanowisko w unijnych agendach, ale Polska jako państwo nic albo bardzo niewiele na tym zyskiwała. I teraz, kiedy mamy nowy rząd, który zaczyna realizować narodową, suwerenną politykę, to pojawia się mocny sprzeciw.

Czy sytuacja w Katalonii nie jest przejawem kryzysu, który trawi UE, kryzysu, który elity brukselskie same wygenerowały?
– Kryzys, i to coraz bardziej widoczny, jest efektem błędnej, fałszywej koncepcji. Osłabiano państwa narodowe, jednocześnie wspierając różne regionalizmy, a to spowodowało, że tu i ówdzie pojawiły się separatyzmy. Po drugie, mamy do czynienia z ideą Europy i zarazem ideą poszczególnych państw, która mieści się w lewicowym schemacie, a to z kolei ma się nijak do klasycznej tradycji chrześcijańskiej, która stała u podstaw Europy i powstałej w umysłach ojców założycieli wizji UE. Dla przykładu Hiszpania i ukształtowany tam – obowiązujący przez wielki – model jedności był oparty na tzw. modelu monarchii katolickiej, a więc pewnej misji cywilizacyjnej obowiązującej w cywilizowanym świecie. Niestety dzisiejsza Hiszpania to kraj potężnie zrewolucjonizowany i elementy, które łączyły go przez wieki i scalały, dzisiaj już łączą. Natomiast tym, co dodatkowo dzieli, jest czynnik ekonomiczny istotny w zmaterializowanym społeczeństwie. I jeśli się bliżej przyjrzeć, to bogata Katalonia jest o wiele bardziej zamożna od innych regionów Hiszpanii i stąd pytanie: czy i dlaczego ma płacić i utrzymywać inne części kraju? W związku z tym ten motyw powoduje, że mamy do czynienia z powolnym rozkładem państwa. I jeśli Bruksela uważała, że uda się jej stworzyć bez konsekwencji coś w rodzaju ponadnarodowego superpaństwa, to widać, że się wyraźnie przeliczyła. Życie pokazuje, że jest to chora wizja i błąd brukselskich elit, czego owoce dzisiaj zbieramy.

Unia sama sobie nie stworzyła problemu, forsując politykę w gruncie rzeczy podziałów wewnątrz Wspólnoty, nad której efektami nie panuje?
– Bruksela nie panuje nad wieloma rzeczami. Ale u źródeł tych wszystkich problemów są Niemcy i Francja, a więc cały ten układ państw dominujących. Elity brukselskie, widząc, że ta nieprzystająca do rzeczywistości wizja się sypie, próbują pewną retoryką przesłaniać coraz bardziej pogłębiający się kryzys. Separatyzm zresztą, nie tylko kataloński, jest zatem do pewnego stopnia pochodną regionalistycznej polityki UE, polityki, gdzie państwa narodowe nie są wzmacniane, ale spychane na margines. Mamy więc osłabianie państw narodowych, a w zamian za to forsowane są regionalizmy, a to wszystko w imię tworzenia scentralizowanej Europy ze „stolicą” Brukselą. W tej sytuacji nie ma się co dziwić, że takie, a nie inne są skutki tych działań. Dzisiaj, kiedy mamy Brexit, kiedy pojawiają się inne problemy, jak kryzys migracyjny i związane z tym zagrożenie bezpieczeństwa – Unia, zamiast starać się rozwiązywać te kwestie, ucieka od rzeczywistych problemów, wprowadzając do dyskusji inne, zastępcze tematy. Wypowiedzi wiceprzewodniczącego Timmermansa, który ogranicza się tylko do wezwania do spokoju w Hiszpanii, pokazują, że na unijnych szczytach mamy do czynienia z czystą grą interesów, a kwestia wartości, zasad dla tego typu polityków nie ma żadnego znaczenia.

Czy taka wypowiedź Fransa Timmermansa, który, jak widzimy, stosuje różne standardy, może i powinna być wykorzystana przez polskie władze w dyskusji z KE?
– Bez wątpienia należy to wykorzystać precyzyjnie i bezwzględnie. Nie wykluczałbym także scenariusza, że KE, śledząc wydarzenia z Hiszpanii i widząc problemy, jakie tam się pojawiają, przystopuje, a przynajmniej – także z powodu formowania się władzy w Niemczech – odroczy w czasie ataki na Polskę. Polski rząd powinien wykorzystać całą tę sytuację, pokazując podwójne standardy i hipokryzję unijnych polityków.

Politycy tzw. totalnej opozycji wciąż jeżdżą do Brukseli. Efekt widać chociażby po tym, że frakcja europejskich liberałów w Parlamencie Europejskim złożyła kolejny wniosek o debatę na temat praworządności w Polsce?
– Moim zdaniem, należy wykpić tego typu działania i inicjatywę jak by nie było lewicowych unijnych polityków. Jeśli bowiem w Polsce nie ma praworządności, to jak określić to, co się dzieje w Hiszpanii? Natomiast nie przeceniałbym mocy sprawczych liberalnych „pielgrzymów” do Brukseli. Bardziej widziałbym ich jako narzędzie używane przez brukselskich cwanych graczy, którzy chcą spacyfikować Polskę, a w związku z tym, że potrzebują do tego alibi, to wykorzystują w cyniczny sposób tzw. opozycję totalną, aby usprawiedliwić swoje działania – często bezprawne, a czasem też bezczelne. Politycy Platformy i Nowoczesnej, udając się do Brukseli i żebrząc o ingerencję w sprawie rzekomo łamanej demokracji w Polsce, tylko dostarczają paliwa do ataków na nasz kraj. Owszem, są głosy, że politycy tzw. totalnej opozycji mają pewną moc, aby aranżować tego typu działania przeciwko Polsce, ale ja osobiście uważam, że są oni tylko kwiatkiem do kożucha. Inaczej mówiąc, są cynicznie wykorzystywani przez brukselskie elity, żeby usprawiedliwić bezprawne ataki na Polskę.

Eurodeputowany Jacek Saryusz-Wolski, przedstawiając kulisy ataków na Polskę, powiedział wprost, że gdyby nie pielgrzymki polityków tzw. totalnej opozycji do Brukseli, to tematu i agresji wobec Polski nie byłoby…
– Nie podzielam do końca tego zdania, bo faktycznym motywem ataków na Polskę nie jest to, że Platforma czy Nowoczesna pielgrzymuje do Brukseli ze skargami na rząd. Prawdziwy motyw jest taki, że Polska wybija się na niezależność, podmiotowość, a to z kolei nie mieści się w paradygmacie rewolucji lewicowych, które są wszczynane na dużą skalę przez centrum europejskiej lewicy, które obecnie znajduje się w Brukseli. I to jest zasadniczy powód ataków na Polskę, a pielgrzymki do Brukseli są tylko pretekstem i uzasadnieniem tego typu działań. Zgadzam się, że gdyby nie było pretekstów, to unijnym graczom byłoby trudno zaatakować, ale to nie pielgrzymki polskiej opozycji są powodem nękania, a jedynie pretekstem. Unijnym politykom trudno jest zaakceptować Polskę wybijającą się na podmiotowość, Polskę z powodzeniem rywalizującą w kwestiach gospodarczych np. z Francją, trudno jest im zaakceptować Polskę, która nie godzi się na dyktat w postaci chociażby zakupu śmigłowców Caracal, co tak usilnie forsował rząd Platformy i PSL. Tym bardziej trudno tym gremiom zaakceptować Polskę stającą w poprzek różnym narzucanym trendom ideologicznym czy rewolucyjnym; Polskę, która de facto nie pasuje do tej utopijnej wizji. Jeśli do tego dodamy, że Polska nie godzi się na unijny dyktat i narzucanie kwot imigrantów, to widać wyraźnie, że nie pasujemy do francusko-niemieckiej wizji centralistycznej, w związku z tym działania idą w kierunku, aby nas upokorzyć. Natomiast pojawiający się na brukselskich salonach liberałowie spod znaku tzw. totalnej opozycji są – jak wspomniałem – doskonałym pretekstem, żeby zasłonić główny motyw ataków na Polskę.

Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... ji-ue.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 08 paź 2017, 10:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Dwie prędkości z damskim turbodoładowaniem

Komentarz • tygodnik „Goniec” (Toronto) • 8 października 2017

Jak zauważył w jednym ze swoich wierszy Czesław Miłosz, koniec świata rozpocznie się w sposób dla nikogo nie zauważalny, no a potem będzie już za późno. Coś może być na rzeczy, zwłaszcza po ostatnim niepodległościowym referendum w Katalonii. Rząd hiszpański od samego początku uważał je za „nielegalne” - ale najwyraźniej nie miał odwagi aresztować jego inicjatorów i wykonawców, tylko się z nimi przekomarzał, co utwierdzało nie tylko ich, ale przede wszystkim – młodych zwolenników „niepodległości Katalonii” w przekonaniu o safandulstwie i tchórzostwie rządu. I kiedy wreszcie nadszedł termin referendum, wysłał do Barcelony policję, która nie bardzo wiedziała, co właściwie ma robić, więc zaczęła pałować entuzjastów niepodległości, co ich tylko rozjątrzyło, a europejskich eunuchów skłoniło do potępienia „brutalności policji”. Nawiasem mówiąc, to referendum było wyjątkowo podejrzane, nawet nie dlatego, że wzięło w nim udział zaledwie 42 proc. uprawnionych do głosowania, ale przede wszystkim dlatego, że nikt nie kontrolował ani tożsamości głosujących, ani nawet tego, ile kart wrzucają do urny tym bardziej, że część tych kart wcześniej skonfiskowała policja, więc tak naprawdę trudno było utrzymać nad tym bałaganem kontrolę. Tedy w świat poszła wiadomość, że za niepodległością opowiedziało się aż 90 procent katalońskich „suwerenów”, a wobec tak poważnej zastawki zgina się każde kolano; piekielne, ziemskie, a nawet – niebieskie. Komisja Europejska, w myśl zasady: Bogu świeczkę, ale i diabłu ogarek, wprawdzie też uznała katalońskie referendum za „nielegalne”, ale niemiecki owczarek w osobie Fransa Timmermansa jednocześnie przestrzegł hiszpański rząd przed „stosowaniem siły”. Najwyraźniej katalońscy separatyści tylko na to czekali i zapowiedzieli ogłoszenie niepodległości Katalonii w najbliższy poniedziałek. Co rząd w Madrycie im zrobi, skoro „stosowanie siły” ma zakazane?

Oto na naszych oczach zaczyna się realizować koncepcja Europy dwóch prędkości, zgodnie z którą decyzje będą podejmowane w szczupłym gronie załogi „twierdzy Europa” a potem przekazywane do wykonania peryferiom. Najwyraźniej Niemcy po Brexicie dały sobie spokój z podtrzymywaniem pozorów, że „wszyscy ludzie będą braćmi” i przystąpiły do bałkanizowania peryferii, żeby tym łatwiej zmusić je do posłuszeństwa. Na wieść o katalońskim referendum podniosły się głosy nawołujące do zorganizowania podobnej imprezy na Korsyce, w Bretanii, no i oczywiście – w Alzacji. Po kosowskim eksperymencie, kiedy to wymyślono nawet specjalny naród „Kosowerów” (skoro w Polsce były Mazowery, to dlaczego w Kosowie nie ma być „Kosowerów”, nu?), który - powołując się na świętą zasadę „samostanowienia narodów” doprowadził do oderwania Kosowa od Serbii, w ramach prowadzonej przez Niemcy polityki rozbioru już nie „wielkiej Serbii”, czyli Jugosławii, ale Serbii jako takiej, inni pewnie też zechcą spróbować. Toteż bez zdziwienia przeczytałem, że już następnego dnia po katalońskim referendum, z wnioskiem o rejestrację wystąpiła do niezawisłego sądu „Śląska Partia Regionalna”. Nie chce ona żadnej niepodległości, Boże uchowaj, tylko trochę się pobisurmanić regionalnie – ale pamiętając, że wymowni Francuzi zauważyli, iż „l’appetit vient en mangeant” - co się wykłada, iż apetyt wzrasta w miarę jedzenia, to któż zabroni autonomistom pójść krok dalej? Dyć w Katalonii też zaczęło się od „autonomii”! Wprawdzie niezawisły Sąd Najwyższy nie tak dawno pryncypialnie zadekretował, że „nie ma” w Polsce żadnego „narodu śląskiego”, ale kiedy Nasza Złota Pani „zadzwoni sakiewką pomału”, a w dodatku oficerowie prowadzący dopowiedzą swoje, to któż nam zaręczy, że niezawisły Sąd Najwyższy nie zmieni w tej sprawie zdania? Przecież całkiem niedawno tak właśnie zrobił, w zamian za pozostawienie na stanowiskach czyniąc ofiarę z własnych przekonań w sprawie ułaskawienia pana Mariusza Kamińskiego, a wiadomo, że „najtrudniejszy pierwszy krok”. Potem już „wycharknięcie cnotki” przychodzi z coraz większą łatwością tym bardziej, ze i Nasza Złota Pani też nie bez powodu tak się troszczy o stan praworządności w naszym bantustanie. Jeśli tedy zatwierdzony w tym trybie dzielny „naród śląski” powołując się na świętą zasadę samostanowienia... - i tak dalej – to cóż będzie można zrobić zwłaszcza, kiedy nie wolno stosować siły?

W tej sytuacji ze zrobieniem porządku w naszym tubylczym bantustanie Nasza Złota Pani może jeszcze trochę poczekać, zwłaszcza, że zarówno pan Schetyna, jak i pan Budka, porzucili minimum konspiracyjne i otwartym tekstem podczas konferencji prasowej zapowiedzieli koordynowanie spontanicznych protestów. Toteż zwolennicy praworządności właśnie przetrenowali (trening czyn i mistrza!) demonstrację ze świeczkami, a „wściekłe kobiety” z kolei demonstrowały przeciwko „nacjonalizacji macic”, jednocześnie domagając się, by „państwo” na własny koszt zapładniało je w szklance. Logiki nie ma w tym żadnej, ale co tu po logice, skoro „wściekłym kobietom” basuje żydowska gazeta dla Polaków, której współwłaściciel w dodatku podobno daje na te demonstracje pieniądze? Ciekawe, dlaczego staremu żydowskiemu grandziarzowi tak zależy, żeby kobiety należące do mniej wartościowych narodów tubylczych miały maksymalną swobodę w ćwiartowaniu swoich nienarodzonych jeszcze dzieci? Przecież im więcej tych dzieci by się urodziło, tym więcej pieniędzy można by potem było pożyczać im na wysoki procent! Widocznie jednak grandziarz, podobnie jak inni grandziarze, mają jakąś inną, bardziej oryginalną kalkulację, więc żydowska gazeta dla Polaków nie tylko basuje „wściekłym kobietom”, ale nawet puszcza pilotażowe – bo na razie w postaci „listów od czytelniczek” - publikacje przeciwko … menstruacji. Czyżby Janusza Szpotańskiego podczas pisania nieśmiertelnego poematu „Bania w Paryżu” miały wspierać proroctwa? Jedną z postaci tam występujących jest szalenie postępowa księżna Guise: „największe zasię jej marzenie: płci obu zrównać przyrodzenie do tego stopnia, żeby książę także zachodzić musiał w ciążę.” Tutaj święta zasada samostanowienia nakłada się na inną świętą zasadę – mianowicie zasadę równouprawnienia, a z kolei one – na równie świętą zasadę samorealizacji. Najwyraźniej tak to sobie żydokomuna wykombinowała, więc jak może, tak duraczy „wściekłe kobiety”, wypychane dzisiaj do awangardy proletariatu zastępczego. Jak już wszyscy w tej dialektyce się wyćwiczą, to nadejdzie upragniony czas, że wszystkie stare europejskie narody zostaną przerobione na tak zwany „nawóz Historii”, na którym - „jak grzyb trujący i pokrzywa” - będą rozkwitać cudne kwiatki w rodzaju pana redaktora Adama Michnika.

Stanisław Michalkiewicz

http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=4044


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 14 paź 2017, 22:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
W tym szaleństwie – dwie metody

Felieton • serwis „Prawy.pl” (prawy.pl) • 14 października 2017

Od pewnego czasu koresponduję z pewnym Polakiem z Niemiec, który uważa, że postępowanie Naszej Złotej Pani Adolfiny w sprawie bisurmanów, nie było wynikiem jej głupoty, tylko łajdactwa, związanego z wykonywaniem zadania. Nasza Złota Pani rzeczywiście; puszek niewinności obtarła sobie jeszcze w komunistycznej FDJ, co niemiecki kanclerz Helmut Kohl (za jego czasów CDU wymyśliła slogan „nasz Helmut jest lepszy” - w odróżnieniu od Helmuta Schmidta, co to jako niemiecki kanclerz pochwalił generała Jaruzelskiego za wprowadzenie stanu wojennego, że „zaprowadził w Polsce porządek”) uznał za dobry zadatek na przyszłego kanclerza Zjednoczonych Niemiec. Ponieważ literatura wyprzedza tak zwane „życie”, to przypomnę spostrzeżenie Adama Mickiewicza z „Dziadów” części bodajże II, kiedy to przypadek pastereczki Zosi („przede mną bieży baranek, nade mną leci motylek...”) pointuje następująco: „Bo słuchajcie i zważcie u siebie, że według Bożego rozkazu, kto nie dotknął ziemi ni razu, ten nigdy nie znajdzie się w niebie.” Nie wiem, czy kanclerz Kohl czytał „Dziady”, ale jeśli nawet nie czytał, to o takich sprawach musiał wiedzieć skądinąd. A gdzież prędzej można by dotknąć ziemi i to w dodatku – miejsc szczególnie utytłanych – jak nie w NRD i w FDJ? Przypominam sobie mego przyjaciela – Niemca, architekta mieszkającego w Berlinie Wschodnim, który urodził się w 1943 roku w Mielcu. Kiedy już przyszliśmy ze sobą do jakiej-takiej konfidencji, powiedziałem mu: słuchaj, jeśli mamy się ze sobą przyjaźnić, to ja muszę wiedzieć, co twoi rodzice robili w 1943 roku w Mielcu. Nie obraził się i wyjaśnił, że jego ojciec – inżynier lotnictwa, został skierowany do pracy do zakładów lotniczych do Mielca, sprowadził tam żonę, no i on się tam urodził. Ja jego matkę jeszcze poznałem; bardzo miła starsza pani mieszkająca w Dreźnie; po polsku – jak mi powiedziała - pamiętała dwa słowa: cebula i buraki. Mój niemiecki przyjaciel do FDJ chyba nie należał, a w każdym razie tym się nie afiszował; zresztą rozmawialiśmy na wszystkie możliwe tematy bardzo szczerze. Powiedział mi m.in., że ma serdecznego, ale to takiego, naprawdę najlepszego przyjaciela. Ale kiedy rozmawialiśmy u niego w domu – jakże by inaczej? - o Hitlerze - i ten serdeczny przyjaciel zadzwonił do drzwi, to mój architekt natychmiast zmienił temat rozmowy na jakiś obojętny. Zrozumiałem, że przyjaciel – przyjacielem, ale minimum konspiracyjne obowiązuje. Wracając tedy do Naszej Złotej Pani Adolfiny, uprzejmie zakładałem, że te wszystkie głupstwa, jakie popełniła w związku z bisurmanami, te wszystkie powitania i tak dalej – bo oczywiście „kontyngentów” już tak uprzejmie nie traktowałem – że to wynika z głupoty, polegającej na uwierzeniu we własną propagandę, te wszystkie brednie, że „wszyscy ludzie będą braćmi”, te „multi-kulti” i tak dalej – a przecież w propagandę to maja wierzyć inni – ale nie jej producenci, na tej samej zasadzie, że kucharz sobie nie gotuje, a żołnierz sobie nie wojuje. Teraz jedna zastanawiam się, czy nie zmienić zdania i nie zgodzić się z moim niemieckim korespondentem, który od początku utrzymywał, że postępowanie Naszej Złotej Pani nie jest następstwem głupoty, a właśnie łajdactwa.

Skłaniają mnie do tego wniosku dwie przesłanki. Po pierwsze, inwazja bisurmanów MUSIAŁA doprowadzić – po pierwsze – do wzrostu przestępczości, a po drugie – do coraz częstszego występowania aktów terroru – bo niektórzy bisurmanowie, jeśli nawet nie są agentami wysłanymi przez Państwo Islamskie na podbój Europy – sami mogą odkryć w sobie wokację do świętej wojny w „niewiernymi”, no i zaczynają eliminować ich na własną rękę na zasadzie sformułowanej przez Stanisława Jachowicza: „Czyń każdy w swoim kółku, co każe Duch Boży, a całość sama się złoży”. Na to właśnie liczyli łajdacy-totalniacy z Unii Europejskiej, którzy wprzęgnęli jej instytucje w służbę komunistycznej rewolucji, prowadzonej według strategii zaproponowanej jeszcze w latach 20-tych XX wieku przez włoskiego komunistę Antoniego Gramsciego – i wymuszają na parlamentach państw członkowskich uchwalania ustaw „antyterrorystycznych”, które zmierzają do drastycznego ograniczania i tak już ograniczonego zakresu wolności osobistych. W naszym nieszczęśliwym kraju taka ustawa została uchwalona 10 czerwca 2016 roku, a więc już za „dobrej zmiany”, która jednak dlaczegoś tym osiągnięciem się nie przechwala. Przewiduje ona rozmaite dolegliwości, ale nie dla żadnych „terrorystów” - bo przecież na widok prawdziwego terrorysty nasi policjanci, z panem Dziewulskim na czele uciekaliby gdzie pieprz rośnie, podobnie jak angielscy gliniarze przed bisurmaninem uzbrojonym w nóż i – jak pamiętamy – dopiero jakiś niezbyt zresztą trzeźwy Angielczyk poskromił go przy pomocy zagranego z baru krzesła – tylko wobec zwykłych obywateli. Np. art. 9 ustawy – co prawda mający zastosowanie do osób nie będących obywatelami polskimi – nakłada na operatorów telefonii komórkowej obowiązek podsłuchiwania i utrwalania treści rozmów na polecenie szefa Abewiaków - ale przecież wiadomo, że taki obowiązek istnieje również w stosunku do obywateli polskich i nie trzeba do tego żadnego rozkazu szefa Abewiaków. Sam, na prośbę takich osiedlowych operatorów, już przed kilkoma laty, pisałem petycję do ministra infrastruktury, żeby rząd refundował im koszty takich operacji, bo w tym celu muszą utrzymywać „kancelarię tajną” i zatrudniać w niej ubeka z „certyfikatem dostępu do informacji niejawnych”. W ten sposób rząd przerzuca część kosztów utrzymywania ubeków na sektor prywatny. Jeśli już Abewiaki mają możliwość inwigilowania cudzoziemców na postawie art. 10 i 11 ustawy, to któż im się sprzeciwi, jeśli zachce im się wykorzystać te uprawnienia w stosunku do obywateli polskich? Niezawisły sąd? Wolne żarty – zwłaszcza, że nawet nie wiemy, ilu sędziów jest konfidentami ABW, która konsekwentnie odmawia ujawnienia materiałów operacji „Temida”, polegającej właśnie na werbunku agentury wśród sędziów już w tzw. „wolnej Polsce”.

Bardzo ciekawe są „stopnie alarmowe”: Alfa, Bravo, Charlie i Delta – co wskazuje na cudzoziemską inspirację tych legislacji. Oczywiście niezawisłe sądy też są włączone w te wszystkie przedsięwzięcia, więc na podstawie art. 26 ust. 2 niezawisły sąd na rozkaz prokuratora może każdego podejrzanego (a któż z nas nie jest podejrzany?) aresztować w areszcie wydobywczym na 14 dni, tylko na podstawie „samoistnej przesłanki uprawdopodobnienia” przestępstwa o charakterze antyterrorystycznym. Widać jak na dłoni, że Umiłowani Przywódcy, oczywiście dla naszego dobra, no bo jakże by inaczej – po cichutku, we wszystkich państwach członkowskich, wprowadzają regulacje, którymi nie pogardziłby ani Józef Stalin, ani Adolf Hitler. Jeśli dodamy to tego ustawę nr 1066, przewidującą udział zbrojnych formacji obcych państw w tłumieniu rozruchów w naszym bantustanie, to widać, że przy pozorach straszliwych kontrowersji, na naszych oczach rodzi się biurokratyczny internacjonał, który tworzy sobie właśnie narzędzia utrzymywania w ryzach swoich „suwerenów”.

Ale międzynarodówka biurokratyczna to tylko jeden i to nawet nie strategiczny cel – nawet gdyby Umiłowanym Przywódcom wydawało się, że jest inaczej. Bo oni są tylko „ślepym narzędziem przyrody”, wykorzystywanym przez światowy Judenrat do zlikwidowania historycznych europejskich narodów, które w latach 40-tych XX wieku przyglądały się holokaustowi. Toteż przez misje pokojowe i stabilizacyjne, wojny o pokój i tak dalej – sprowokowana została inwazja bisurmanów na Europę. Już sama przez się wywołuje chaos, prowokując Umiłowanych Przywódców żeby się „mniemaną potęgą nasrożyli” - ale to dopiero gra wstępna, po której nastąpi penetracja zasadnicza. Otóż kiedy bisurmanowie się już w Europie usadowią, któż zabroni im kreować się „narodem”, który – powołując się na świętą zasadę samostanowienia narodów” - proklamuje niepodległość bisurmańskiego kalifatu – jednego na obszarze północno-zachodniej części Hiszpanii i południowej Francji, drugiego – na obszarze pogranicza francusko-niemieckiego, a trzeciego – na obszarze Meklemburgii i Pomorza? Oduraczeni przez michnikowszczynę i zaprzątnięci sprawami swoich „macic” i „odbytnic” tubylcy mogą tego nawet nie zauważyć i w ten oto prosty, pokojowy i humanitarny sposób dokona się zemsta na Europie za holokaust. Kto wie, czy referendum w Katalonii nie jest wstępem do tej operacji, która w początkach może nawet wydawać się wstępem do realizacji ulubionej przez Naszą Złotą Panią Adolfinę koncepcji Europy dwóch prędkości? W takiej sytuacji nie mogą nie przyznać racji memu korespondentowi z Niemiec, że wykonuje ona zadanie – ale być może nie do końca zdaje sobie sprawę z jego prawdziwego celu – więc jednak i głupia też jest.

Stanisław Michalkiewicz

http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=4049


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 22 gru 2017, 09:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Dlaczego mamy boom na świecie i w Polsce?

Aktywa na rynku kapitałowym mogą być przeszacowane, podobnie na rynku nieruchomości

Rzadko tak się zdarza, aby wszyscy eksperci „Wall Street Journal” mylili się co do prognoz rocznych, a tak się stało, jeśli chodzi o prognozy gospodarcze na 2017 r. Generalnie tłumaczenie pomyłki łączy się z implementowanym obniżeniem opodatkowania zysków korporacji w USA z poziomu 35 proc. do 20 proc. Plany podatkowe mają kosztować amerykańskiego podatnika 1,4 bln dolarów i muszą wpływać na wycenę giełdową przedsiębiorstw, w sytuacji gdy jest to suma olbrzymia w porównaniu z całością rynku obligacji świata wynoszącą 25 bln dolarów.

Bez wojny handlowej
Początek kadencji wskazywał, że Donald Trump wykaże się skutecznością w zredukowaniu nierównowagi handlowej na skalę 0,5 bln USD z Chinami, Niemcami, Japonią i Meksykiem. W efekcie: Japonia obiecywała poprawę, Meksyk został otoczony płotem i niemalże wyrzucony z NAFTA, Chinom wyznaczono 100 dni na przygotowanie planu poprawy „zachowania”, a podczas spotkania z kanclerz Merkel Donald Trump nie silił się na grzeczności. Po tym początkowym impecie prezydent utracił inicjatywę działania. Wystąpiły trudności w oddziaływaniu na prace Kongresu. Stałe podważanie reputacji przez kolejne przesłuchania i dymisje współpracowników sprawiły, że zamiast nowej polityki administracja kontynuowała działania przygotowane pod prezydenturę pani Clinton. Kolejne przecieki sprawiały, że rynek kapitałowy już wiedział: żadnej wojny handlowej na skalę światową nie będzie, a establishment amerykański woli wzrost wartości bogactwa swoich elit. Nawet jeśli oznacza to generowanie olbrzymich zysków ze współpracy z kolosem chińskim i technologiczną potęgą Niemiec, które jest działaniem krótkowzrocznym, pozwalającym na dogonienie USA przez jego potencjalnych przyszłych przeciwników. To właśnie zamiana oczekiwań co do redukcji napięć politycznych doprowadziła do niebywałej hossy na rynku kapitałowym i do wzrostu handlu międzynarodowego, co przełożyło się na koniunkturę gospodarczą.

Rynek kapitałowy jako najlepiej poinformowany o przewidywanych działaniach politycznych oraz konsekwencjach gospodarczych obniżenia napięcia światowego eksplodował. I tak w 2017 r. w połowie 35 głównych giełd światowych odnotowano historyczne maksima. Wystąpiły one nawet w takich krajach jak Wielka Brytania, gdzie mimo Brexitu indeks FTSE100 wzrósł o 8,5 proc. w ciągu roku, czy w Korei Południowej, gdzie indeks giełdowy Kospi odnotowuje rekordy – nie wierząc w konfrontację z Koreą Płn. i w napięcie z Chinami, od których eksport Korei jest w 26 procentach uzależniony. Amerykański Nasdaq wzrósł od początku roku aż o 27 proc., notując po drodze 69 historycznych rekordów. Niewiele ustępuje mu indeks przemysłowy Dow Jones rosnący o 22 proc. i mający już 60 rekordów, a więc przyspieszający najszybciej od 1995 r. Nawet hinduski Sensex wzrósł o 25 proc., przy czym – co charakterystyczne – notowany w Londynie koncern stalowy Tata Steel niemalże podwoił swoją wycenę (wzrost o 95 proc.). Wśród 18 indeksów, które nie zanotowały historycznych rekordów, 12 osiągnęło najwyższe notowania od wielu lat. W tym Japoński Nikkei, który wzrósł w ciągu roku o 24 proc., osiągając poziom najwyższy od 21 lat, hongkoński Hang Seng mający najwyższy poziom od dekady, a Tajwański Taiex – od 1990 r. Nawet warszawskiemu WIG, który wzrósł o 19 proc. w tym roku, do poziomu najwyższego od 10 lat, brakuje zaledwie dziesięciu procent do osiągnięcia historycznego maksimum. Niestety, ale jeśli chodzi o indeks największych podmiotów na warszawskiej giełdzie, to WIG20 ukazuje organizacyjną słabość implementacji Planu Morawieckiego, gdyż jego wysokość wskazuje na to, że inwestorzy, którzy w niego zainwestowali na początku lat dwutysięcznych, nie zrealizowali dotąd żadnych zysków.

Pod znakiem wzrostu
Olbrzymi wzrost wartości aktywów na rynku światowym zaowocował potanieniem kapitałów i możliwością ich produktywnego zużycia. Polska była tego beneficjentem, gdyż kredyty mieszkaniowe w październiku zanotowały wzrost 16,3 proc. w porównaniu z tymi przed rokiem, a konsumpcyjne 11,2 proc. Niestety, ukrainizacja rynku pracy w Polsce nie tylko schłodziła wzrosty polskich zarobków do kilku procent – z kilkunastu, których można było się spodziewać – przy analogicznym do 2007 r. obniżeniu podaży pracy. Sprawiła również, że nakierowanie pracodawców na obniżenie kosztów pracy w dobie boomu skutkowało wzrostem zapotrzebowania kredytowego przedsiębiorstw na poziomie zaledwie 6 proc. Co jest bardzo złym prognostykiem co do rozwoju gospodarczego Polski w przyszłości, w kontrze do oczekiwań światowych. Gdy przewidywane przyspieszenie wzrostu handlu światowego z poziomu 1,3 proc. w 2016 r. do poziomu 3,6 proc. w 2017 r., przy ostatnich danych za wrzesień ukazujących ekspansję na poziomie 11 proc. oznacza ekspansję gospodarczą. Wzrost obrotów handlowych prowadzi do znaczącego wzrostu PKB na świecie z poziomu 3,1 proc. w 2016 r. do 3,6 proc. w 2017 r. i 3,7 proc. w roku przyszłym. Tak znaczące przyspieszenie sprawiło, że w tym roku zaledwie 13 krajów na świecie przeżywa recesję, a więc najmniej od 10 lat. Jednocześnie przewidywana przez „Wall Street Journal” kontynuacja koniunktury ma prowadzić do sytuacji, w której w 2021 r. w zaledwie trzech krajach świata zanotuje się recesję, a będzie to najmniej w historii gospodarczej świata.

Powyższe perspektywy gospodarcze w połączeniu z politycznym odprężeniem na Półwyspie Koreańskim oraz perspektywą pokoju w Syrii sprawiają, że zmienność na rynku kapitałowym osiąga kolejne minima. Liczący ją VIX kształtuje się na poziomie 8,56, podczas gdy od 1990 r., kiedy odnotowano 43 kryzysy na rynku kapitałowym (spadek o 10 proc.) VIX miał zawsze poziom powyżej 15. Brak zmienności motywuje do stałego inwestowania w akcje w oczekiwaniu na kolejne rekordy. Dzieje się to mimo informacji, że w ostatnim sondażu przeprowadzonym przez Bank of America wśród zarządzających aktywami aż 48 proc. uznało, że aktywa na rynku kapitałowym są przeszacowane i że podobne ostrzeżenia napływają z rynku nieruchomości. W sytuacji, kiedy powyższa ocena cieszy się wśród ekspertów najwyższym poparciem od początku badań rozpoczętych w 1999 r., oznacza to, że wystarczy jedynie jedna zawierucha polityczna – o którą nie tak trudno, np. na Bliskim Wschodzie – aby miraż prosperity rozleciał się jak domek z kart, a w Polsce wszystkie słabości Planu Morawieckiego zostały boleśnie obnażone.

Dr Cezary Mech

http://www.naszdziennik.pl/mysl/192813, ... olsce.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 08 sty 2018, 13:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Globalne szachy

Antyamerykański sojusz w Unii Europejskiej grozi Polsce poważnymi reperkusjami.

W 2017 r. dwie trzecie krajów przyspieszyło swój wzrost, handel światowy się rozpędził, a giełdy zanotowały rekordy. Wskaźnik Sharpe’a dla S&P500, który to indeks osiągnął comiesięczne zyski po raz pierwszy od 1970 r., jest najlepszy od 1926 r. Indeks VIX mierzący zmienność wyniósł minimum 8,56, a S&P500 odnotowuje już trzeci najdłuższy w historii okres wzrostu bez spadku poniżej 5 proc. Jednak, według przewidywań analityków, wzrosty w 2018 r. mają już nie być tak imponujące, gdyż przyrost wartości akcji ma być trzykrotnie niższy.

Wśród przyczyn hossy należy uznać obniżkę opodatkowania zysków w USA z 35 proc. do 21 proc., należy jednak pamiętać, że również prawdopodobieństwo recesji w USA jest na niskim poziomie 14 proc. Deutsche Bank uważa, że wśród 30 czynników ryzyka dla giełdy dominujące będą zagrożenia ekonomiczne. Przy czym najwyżej sytuowany konflikt polityczny z Koreą Północną jest dopiero na 14. miejscu, załamanie bitcoina, uznawane za groźniejsze, na 13. pozycji, a wybory w Rosji na 25. Konflikt na Bliskim Wschodzie nie został w ogóle ujęty na liście zagrożeń.

Era Trumpa
W tym miejscu należałoby wyjaśnić powód niebywałej hossy gospodarczej w ubiegłym roku, choć nastroje noworoczne były wyjątkowo minorowe. Wszyscy analitycy przewidywali, że wraz z nadejściem ery Donalda Trumpa nastąpi zmiana polityki amerykańskiej na bardziej ofensywną, nakierowaną na odbudowanie pozycji geopolitycznej USA. Miało się to wiązać zarówno ze zdyscyplinowaniem sojuszników, jak i zrównoważeniem deficytu bilansu handlowego USA wynoszącego 0,5 bln USD. Za tę nierównowagę odpowiadają przede wszystkim Chiny, Japonia, Meksyk i Niemcy, które na 10 kluczowych segmentów technologicznych skutecznie konkurują z USA w dziewięciu.

Początek nowej administracji USA wyglądał przekonująco. Nastąpiło podważenie umowy NAFTA, zapowiedziano budowę muru na granicy z Meksykiem, kolejne koncerny ogłosiły decyzję o przeniesieniu miejsc pracy do USA kosztem zagranicy. Premier Japonii Shinzō Abe pospiesznie przyleciał do USA i wygłosił spolegliwe deklaracje. Po pełnym napięcia spotkaniu Donalda Trumpa z kanclerz Angelą Merkel zabrakło zwyczajowych konwenansów. Wyjątkowy pokaz siły widzieliśmy podczas spotkania z przywódcą Chin Xi Jinpingiem, kiedy to podczas kolacji na Florydzie amerykański prezydent poinformował swego gościa, że właśnie rakiety lecą w kierunku… Syrii. Nic dziwnego, że po takim wstępie Chińczycy obiecali przyjęcie planu naprawy relacji handlowych w ciągu 100 dni.

W chińskim klinczu
I to była realna kumulacja działań, które w obliczu braku wsparcia wśród elit republikańskich w Senacie i Kongresie, osaczania współpracowników Trumpa i przygotowań do ewentualnego impeachmentu spowodowały wycofanie się administracji amerykańskiej z aktywnych działań. Przykryte to zostało agresywną retoryką wobec Korei Północnej i iście królewską oprawą wizyty prezydenta USA w Pekinie, która jedynie przysłoniła to, co rynek kapitałowy już wiedział – żadnej awantury nie będzie.

Elity władzy w USA wybrały krótkoterminowe zyski ze współpracy Chinami, a nie konflikt spowalniający ustanowienie przyszłego hegemona światowego. Wycofanie z ostrej konfrontacji zastąpiono dalszym budowaniem przewagi militarnej u wybrzeży Chin, pod płaszczykiem zagrożenia koreańskiego, które pozwala dyscyplinować władze Japonii, Korei Południowej i Tajwanu oraz instalować systemy rakietowe śledzące ruch powietrzny na terenie całych Chin.

O tym, że w okresie krótkoterminowym zagrożenie militarne zmalało, świadczy fakt, że giełda w Seulu odnotowała rekordowe wskazania, w Tokio najwyższy poziom od 1996 r., a na Tajwanie od 1990 r.

Również rodzina Donalda Trumpa stara się skorzystać na koniunkturze. Zięć prezydenta, Jared Kushner, który w gabinecie jest odpowiedzialny za kontakty gospodarcze z Chinami, przejął się tym tak bardzo, że jego dzieci mają chińską guwernantkę, która uczy ich mandaryńskiego.

Wrzenie na Bliskim Wschodzie
Zagrożenie pozycji Trumpa w establish-mencie amerykańskim sprawiło, że w swoich działaniach musi się on opierać na lobby proizraelskim. Ułatwia to fakt, że ojciec Kushnera jest znajomym izraelskiego premiera Beniamina Netanjahu. Starając się przelicytować konkurentów, coraz bardziej przeorientowuje aktywność amerykańską w kierunku Bliskiego Wschodu. Zapowiedź przeniesienia ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy, przy pogwałceniu 10 rezolucji ONZ w tej materii, jest tylko czubkiem góry lodowej amerykańskich zabiegów.

Wysiłek amerykański przynosi wprawdzie spektakularne sukcesy, niemniej grozi konfliktem. Z jednej strony udało się utworzyć kurdyjski bufor w Iraku i Syrii na granicy z Turcją, lecz skutkowało to tym, że Turcja już tylko nominalnie jest członkiem NATO, a realnie sojusznikiem Rosji i Iranu.

Blokada Kataru przez Arabię Saudyjską osłabiła Hamas w Strefie Gazy, lecz jednocześnie sprawiła, że ten sunnicki kraj został wepchnięty w ręce Iranu i Turcji. Nieoczekiwane aresztowanie premiera Libanu Sad al-Haririego podczas jego oficjalnej wizyty w Rijadzie osłabiło wprawdzie Hezbollah w Libanie, niemniej doprowadziło do pogodzenia szyitów z sunnitami, na przekór zabiegom amerykańskim. Przewrót pałacowy w Arabii Saudyjskiej wzmocnił następcę tronu Muhammada ibn Salmana, który jest zwolennikiem nietypowego sojuszu z Izraelem, niemniej jego działania są zarzewiem konfliktu wewnętrznego. Uzależnienie polityczne Egiptu wprawdzie krótkoterminowo prowadzi do blokady Gazy, lecz obawa co do przyszłości Jerozolimy sprawia, że opieranie się na chrześcijańskich Koptach może okazać się zbyt wąskie w społeczeństwie muzułmańskim.

Upadek sunnickiego tzw. Państwa Islamskiego to tylko pozorny sukces, gdy głównym beneficjentem stał się Iran, który poprzez szyicki Irak i alawicką Syrię ma już terytorialny dostęp do granic Izraela i w świecie islamu jawi się jako jedyny skuteczny obrońca muzułmańskich miejsc świętych na terenie Palestyny.

Bat na Polskę
Niestety, ale osłabienie Trumpa w sytuacji utworzenia antyamerykańskiego sojuszu francusko-niemieckiego w Unii Europejskiej, gdzie Polska jest traktowana jako część niemieckiej Mitteleuropy, ma niebezpieczne reperkusje. Na pewno sojusz Polski z USA jest nie do przecenienia, gdy chodzi o ochronę przed Niemcami, ale już kwestia wysokich kosztów zakupu uzbrojenia amerykańskiego powinna być przedmiotem starannych analiz.

Niepokojące mogą być również konsekwencje przyjętej przez Senat USA ustawy znanej jako Act S.447 „Justice for the Uncompensated Survivors Today”, która przyznaje Departamentowi Stanu prawo wspierania organizacji międzynarodowych zrzeszających ofiary holokaustu i do pomocy w odzyskiwaniu mienia pożydowskiego w przypadku osób, które nie zostawiły spadkobierców. Tak zwane nieruchomości bezspadkowe należą w tej chwili w Polsce do Skarbu Państwa lub są własnością samorządów.

Osłabiona pozycja Trumpa może sprawić, że rozpoczęta 27 lutego 2017 r., a przegłosowana 12 grudnia procedura, po uchwaleniu jej przez Izbę Reprezentantów skończy się prezydenckim podpisem. To może zaś oznaczać wysuwanie wielomiliardowych roszczeń o odszkodowania przez środowiska żydowskie wobec państwa polskiego.

Dr Cezary Mech

http://www.naszdziennik.pl/mysl/193315, ... zachy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 14 sty 2018, 17:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
A tak wygląda unijna praworządność, unijna demokracja, europejskie wartości, walka o prawa człowieka i ta cała reszta czczego bełkotu unijnych cudaków. Jesteśmy dla nich tylko głupkami, których można wykorzystać, oszukać i dobrze na nas zarobić, ... i śmiać się z nas.... Żeby tylko śmiać.
A to wszystko to przecież nie tylko lekceważenie, ale wręcz szyderstwo, unijnych cwaniaczków przeładowanych pychą.
Ta pycha, ta wielka pycha, kiedyś ich przygniecie.


Niemieckie firmy przodują w sprzedawaniu nam drożej gorszych jakościowo produktów

Napisane przez Jan Piński

Chociaż Niemcy przodują w sprzedaży chłamu do Polski, to nie są wyjątkami. Matt Simister, dyrektor zaopatrzenia w żywność brytyjskiej sieci supermarketów Tesco, otwarcie przyznał, że do Europy Wschodniej wysyłane są „produkty drugiej kategorii”, bo te „pierwszej kategorii” zostawiane są w Zjednoczonym Królestwie. Podobnie jest we francuskiej sieci handlowej Carrefour. We Francji keczup tej marki zawiera 66 proc. przecieru pomidorowego, w Polsce już tylko niecałe 18 proc.

Aż 10 proc. średnio drożej liczy sobie sieć handlowa Lidl za swoje produkty sprzedawane w Polsce niż w Niemczech – wynika z raportu firmy TakeTask. Ponieważ nie istnieje możliwość porównania cen w internecie, pracownicy sieci osobiście zbierali materiały do raportu. Biorąc pod uwagę, że Niemcy, średnio, zarabiają trzy razy więcej niż Polacy, to różnice są szokujące. Stanowią jednak tylko element niemieckiej polityki gospodarczej wobec Polski. Zasada jest prosta. W Polsce niemieckie firmy sprzedają drożej i na dodatek często towar gorszej jakości (chociaż pakowany i oznaczony identycznie). Mamy do czynienia z ewidentną dyskryminacją, która jest niedopuszczalna w unijnym prawie. Brukselscy urzędnicy udają jednak, że nie dostrzegają problemów. Słowacja, Czechy i Chorwacja przeprowadziły już badania produktów i oficjalnie domagają się zaprzestania „produktowego apartheidu”. Czas, aby przyłączyła się do tego protestu Polska, która z racji wielkości rynku jest największym poszkodowanym.

Dojenie Polaków

„Na cenę wielu z wymienionych w zestawieniu produktów wpływają koszty transportu i magazynowania” – broniła się w oficjalnym oświadczeniu sieć Lidla. Nie jest to jednak prawda. Ceny w Polsce po prostu są takie, aby maksymalizować zysk. Na przykład marka kosmetyku Acentino Ocet Balsamiczny Balsamico 500 ml Lidl kosztowała w Polsce aż o 85 proc. drożej niż w Niemczech: 6,99 zł, wobec 3,77 zł. Sieć broniła się, że porównany asortyment to tylko 4 proc. jej oferty. Chodzi o to, że właśnie to były tzw. marki własne. Tam, gdzie można, po prostu ściąga się z Polaków tyle, ile są w stanie zapłacić. Taka polityka jest możliwa, bo duże sieci handlowe w Polsce nie walczą praktycznie ze sobą cenami.

Kilka miesięcy temu na podobnych różnicach przyłapano inną niemiecką sieć handlową – Rossmann. W tym wypadku na problem zwrócili uwagę internauci, a nie profesjonalne firmy. Polacy nie tylko dostawali droższy produkt, ale był on także gorszej jakości. W kremach i balsamach marek własnych sieci Rossmann było mniej składników niż w analogicznych produktach sprzedawanych w Niemczech. Dla przykładu mydło w Polsce kosztowało 3,49 zł, a w Niemczech równowartość 2,35. Oczywiście polskie mydło zawierało mniej wartościowych składników niż to dla Niemców.

Niemieckie firmy czyszczą kieszenie Polaków nie tylko wyższymi cenami. Każdy, kto chodzi na bazary, widzi reklamy „niemiecka chemia”. Co roku sprowadzamy ich za 1,5 mld zł (w sumie wydajemy na ten cel 9 mld zł). Kupuje je jeden Polak na pięciu. Dlaczego chcemy kupować niemieckie produkty, które są z Niemiec? To proste – bo są lepsze. Niemiecki markowy proszek (opakowanie 6 kg) sprzedawany w Polsce wystarcza na 60 prań, a ten sam proszek dla Niemców o wadze 5,5 kilograma już starcza aż na 83 prania. Tej samej marki 2 litry płynu do płukania w Polsce wystarczają na 36 prań, a w niemieckim „odpowiedniku” na 57. Czyli w najlepszym wypadku mamy do czynienia ze sprzedawaniem do Polski produktów słabszych, rozcieńczonych, aby więcej policzyć sobie za opakowanie.

Podobnie jest z produktami spożywczymi. W Polsce są tylko nieoficjalne, prywatne badania, co i rusz powtarzane. Ponieważ nie jesteśmy jedynym krajem z Europy Środkowej i Wschodniej, to możemy się posiłkować wynikami od sąsiadów. Słowacy ostatnio zrobili wyrywkową kontrolę produktów spożywczych. Porównali to, co jest na półce w ich sklepach, z tym, co można kupić w sąsiedniej Austrii. I tak okazało się, że połowa produktów to zupełnie co innego, chociaż sprzedawane jest jako to samo. Na przykład napój pomarańczowy firmy Rewe kupiony w Austrii miał w składzie sok pomarańczowy, natomiast ten sam napój na Słowacji już nie miał w sobie ani grama soku. „W zamian” miał polepszacze i stabilizatory smaku. Nawet coca-cola dla Słowaków słodzona była syropem glukozowo-fruktozowym zamiast cukrem. A w ciastkach maślanych nie było masła, tylko olej palmowy. – Mamy wspólny rynek i nieetyczne jest tworzenie dwóch klas klientów – komentowała Gabriela Matecna, słowacka minister rolnictwa. Wśród przebadanych produktów oprócz wyrobów Coca-Coli zbadano m.in. kawy Tchibo, Jacobs Kronung, Nescafe, Nutella itp. Jednakową jakość trzymał dla wszystkich klientów tylko szwajcarski producent słodyczy z czekolady – Milka.

Bez regulacji się nie obejdzie

Chociaż Niemcy przodują w sprzedaży chłamu do Polski, to nie są wyjątkami. Matt Simister, dyrektor zaopatrzenia w żywność brytyjskiej sieci supermarketów Tesco, w trakcie posiedzenia jednej z komisji w Londynie otwarcie przyznał, że do Europy Wschodniej wysyłane są „produkty drugiej kategorii”, bo te „pierwszej kategorii” zostawiane są w Zjednoczonym Królestwie. Podobnie jest we francuskiej sieci handlowej Carrefour. We Francji keczup tej marki zawiera 66 proc. przecieru pomidorowego, w Polsce już tylko niecałe 18 proc. „Sprzedawanie produktów gorszej jakości w Europie Środkowo-Wschodniej to niesprawiedliwa praktyka, a w wielu wypadkach, także i niezgodna z prawem. To oszustwo” – komentowała taką taktykę koncernów w rozmowie z brytyjskim magazynem „Guardian” czeska unijna komisarz Vera Jourova. Czeski rząd bowiem także w tym roku przeprowadził wyrywkowe badanie 15 produktów dużych koncernów spożywczych. Podobnie jak na Słowacji wszystkie zawierały gorsze proporcje składników niż te same produkty sprzedawane w Austrii i Niemczech. Taką samą analizę przygotowali urzędnicy w Chorwacji. Także tutaj wyszło, że są klientami drugiej kategorii. Jaka to różnica? W produktach dla najmłodszych firmy HiPP (bioryż z marchewką i indykiem) słoiczek dania sprzedawany w Niemczech zawiera 38 proc. warzyw i 15 proc. ryżu, na Chorwacji (ale także i Polsce) jedynie 24 proc. warzyw i aż 21 proc. ryżu, który jak wiadomo, jest tańszy.

Bez karnej interwencji urzędników na silnie regulowanym rynku handlu żywnością się nie obejdzie. Unia Europejska, której urzędnicy dużo krzyczą o rzekomym łamaniu praw i wolności obywatelskich w krajach wschodnich UE, ignorują twarde dane o traktowaniu obywateli tych państw jako klientów gorszego sortu. Wbrew pozorom owa milcząca zgoda na „produktowy apartheid” klientów z biedniejszych krajów UE dużo mówi o faktycznych intencjach brukselskich urzędników.

https://polskaniepodlegla.pl/opinie/ite ... -produktow


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 17 sty 2018, 18:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Wydrukowali 2,54 biliona euro, aby pomóc zadłużonym po uszy Francuzom, Włochom i Niemcom. Niedozwolona pomoc publiczna? Ależ skąd!

Cieszy mię ten rym: „Polak mądr po szkodzie";
Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed integracją, i po integracji głupi.



Obrazek
Foto: Janos Balazs (Flickr.com / CC 2.0 / DesignRecipe (Flickr.com / CC 2.0)


Wyobraźmy sobie, że NBP co miesiąc drukuje po 10 mld zł, aby skupować za nie polskie obligacje skarbowe i anulować rządowi PiS naliczane od nich odsetki. Zakładam, że międzynarodowego jęczenie (że tak nie można, że to niedozwolona pomoc publiczna itp.) nie byłoby końca. A teraz miejcie świadomość, że Europejski Bank Centralny (EBC) robi w realu dokładnie to samo, tylko że na znacznie większą skalę. Od marca 2015 r. wydrukował już w tym celu 2,54 biliona (1 bilion = 1000 mld) euro! Wygranymi są przede wszystkim RFN, Francja i Włochy.

Polityka tzw. luzowania ilościowego (z ang. quantitative easing – QE) to szwindel z zakresu inżynierii finansowej, jakich mało było w historii Europy. Przypomnijmy – Europejski Bank Centralny (EBC) wymyślił, że będzie pomagał najbardziej zadłużonym krajom strefy euro (z wyłączeniem Grecji) poprzez drukowanie nowych euro, za które następnie będzie skupował obligacje (długi) tych państw. Wszystko po to, aby obniżyć tzw. koszty obsługi takiego długu (EBC anuluje państwu, któremu skupiło dług, spłatę odsetek od tego długu).

Począwszy od marca 2015 roku EBC zaczął w tym celu drukować po 80 mld euro miesięcznie. Rozpoczął się wówczas największy w historii skup obligacji skarbowych. Od kwietnia 2017 r. dodruk nowych euro zmniejszono do 60 mld euro miesięcznie, a od stycznia tego roku – do 30 mld euro miesięcznie (po prostu kończą się obligacje skarbowe, które EBC mógłby skupić).

W efekcie powyższego państwa uczestniczące w programie “luzowania ilościowego” osiągają wielomiliardowe oszczędności. Przy sali dodruku sięgającej 2,54 biliona euro (przypomnijmy tylko, że 1 bilion = 1000 miliardów) zaryzykuje stwierdzenie o co najmniej kilkunastu miliardach euro oszczędności na odsetkach. Największymi wygranymi tej polityki są nominalni najwięksi dłużnicy strefy euro, tj. RFN, Francja oraz Włochy. Tam zyski z tytułu “luzowania ilościowego” są największe.
Czy takie wsparcie EBC dla wybranych państw strefy euro nie jest przypadkiem niedozwoloną pomocą publiczną? Wątpliwości w tej sprawie pojawiły się nawet u niemieckich konstytucjonalistów. W sierpniu ub.r. na stronie internetowej niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego opublikowano następujący komunikat: “Ważne powody przemawiają za (uznaniem), że decyzje, na których opiera się program skupu obligacji, naruszają zakaz monetarnego finansowania budżetu i wykraczają poza mandat EBC do prowadzenia polityki walutowej, a tym samym ingerują w kompetencje krajów członkowskich”.

Mając na uwadze powyższe niemiecki TK skierował do Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu (TS UE) wniosek o przeprowadzenie przyspieszonego postępowania zgodnie z art. 105 regulaminu TS UE i rozstrzygniecie czy prowadzona przez Europejski Bank Centralny akcja skupowania papierów dłużnych z rynku jest zgodna z unijnym prawem. Wniosek ten do dziś nie został jednak rozpatrzony.

Źródło: ECB policymakers talk life after QE as economy expands(Reuters.com)
Źródło: Niemiecki TK zgłasza zastrzeżenia do skupu obligacji przez EBC(ObserwatorFinansowy.pl)

Za: http://niewygodne.info.pl/artykul8/0421 ... ach-QE.htm

Za: http://www.wicipolskie.org/?p=29454

http://wsercupolska.org/wsp1/index.php/ ... /8657-8657


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 21 sty 2018, 14:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Francuska choroba poraża głównie mózg

Myśląc o dzisiejszej Francji rzadko zdajemy sobie sprawę, że historia tego kraju liczy niewiele ponad dwieście lat. Tak jest! Choć stwierdzenie to początkowo może szokować (przede wszystkim wzburza samych Francuzów) po chwilowym zastanowieniu trudno nie przyznać, iż obecna Francja – pod trójkolorową rewolucyjną flagą, jako narodowy hymn śpiewająca piosenkę rewolucyjnych batalionów śmierci, w ramach narodowego święta celebrująca datę wybuchu ludobójczej rewolucji, na co dzień zaś posługująca się ustawodawstwem opartym na jej „zdobyczach”, Francja winna zrodzenia rewolucyjnego ducha, który w XIX stuleciu co kilkanaście lat wybuchać będzie żywszym płomieniem, by w roku 1917 objąć pożogą Europę a potem cały świat, zbierając krwawe żniwo bez mała stu milionów ofiar – ta Francja nie ma nic wspólnego z państwem Merowingów, Karolingów, Kapetyngów, Walezjuszy i Burbonów, zgilotynowanym w styczniowy poranek Roku Pańskiego 1793.

21 stycznia przypada 220. rocznica królobójstwa dokonanego przez rewolucję na królu Francji Ludwiku XVI. Rankiem owego dnia obalony monarcha, którego wola ulicznego motłochu wydała na poniżenie i haniebną śmierć po raz ostatni wysłuchał w więzieniu Mszy Świętej i przyjął Komunię Świętą. Był spokojny i opanowany – takim też pozostał, gdy wieziono go na miejsce kaźni, jak również podczas samej egzekucji. Na deskach szafotu po raz ostatni zwrócił się do swego do ludu:

Pragnę, aby krew moja scementowała szczęście Francuzów i uśmierzyła gniew Boga. Umieram niewinny. Wybaczam sprawcom mej śmierci i proszę Boga, by krew, którą rozlejecie nie spadła nigdy na Francję.

Po chwili opadł ciężki nóż gilotyny i królewska głowa potoczyła się po stopniach szafotu. Kat podniósł ją, by pokazać ludowi…

I tak oto wola ulicznego motłochu położyła kres trwającej nieprzerwanie bez mała tysiąc trzysta lat monarchii chrześcijańskiej we Francji. Rewolucja, tak na pozór niewinnie rozpoczęta w lipcu 1789 roku, odsłoniła swoje prawdziwe oblicze. Królobójstwo okazało się jedynie preludium do ludobójstwa – wszak w roku następnym rozpocznie się Wielki Terror…

Po pierwsze, nienawiść wiary

Francuzi targnęli się na majestat i obalili tron, gdyż nade wszystko pragnęli wywrócić ołtarz – jak rzecz trafnie ujął w roku 1791 szwajcarski pisarz polityczny Christoph Girtanner, pisząc, iż filozofowie francuscy postanowili zniszczyć całkowicie chrześcijaństwo, choćby nawet przy tym miało upaść i państwo. Rewolucja to przede wszystkim cios wymierzony w religię katolicką – jej furię najmocniej odczują ci, którzy nie zaprą się wiary. I chociaż Francja zaczęła od wiary odchodzić jeszcze przed rokiem 1760, zwolna pogrążając się w mrokach „oświecenia”, dopiero lata dziewięćdziesiąte pokażą to, co doskonale ujął w Opowieści o dwóch miastach Karol Dickens: Gilotyna zyskała godność symbolu odrodzenia ludzkości. Znalazła się w miejscu krzyża.

Pierwsza córa Kościoła wyszła na ulicę. Dosłownie i w przenośni. Zamieniła się w wyuzdaną rewolucyjną ladacznicę, kraj prześladowań, zadekretowanego ateizmu i komunizmu. Spełniło się proroctwo świętego Remigiusza wypowiedziane podczas chrztu Chlodwiga w roku 496: Królestwo to będzie wielkie wśród wszystkich na ziemi. Zwycięskie i bogate, dopóki pozostanie wierne swej wierze; będzie jednak surowo ukarane, kiedy się od niej oddali.

Jakie to smutne, iż ten, na którego Bóg złożył odpowiedzialność za losy narodu nie potrafił go uchronić przed hekatombą. Rewolucja nazwała go tyranem – trudno o większe kłamstwo! Czyż może być coś bardziej niedorzecznego niż słaby, nieudolny, naiwny tyran?! Taki właśnie był Ludwik – brakowało mu stanowczości i zdecydowania. Grzeszył też nadmierną dobrocią i łagodnością. Czy tak zachowuje się tyran?

Czy tyran może być orędownikiem swobód, czy tyran może tolerować rozprzestrzenianie się rewolucyjnej propagandy, czy tyran zawaha się przed użyciem siły?

Rewolucję można było stłumić w zarodku, król jednak – z natury przeciwny rozwiązaniom siłowym – nade wszystko pragnął zapobiec rozlewowi krwi swego ludu. Szedł na wszelkie ustępstwa w nadziei pomyślnego zakończenia konfliktu, naiwnie wierząc w dobrą wolę rewolucjonistów. Nie był przy tym tchórzem; nie raz stawał oko w oko z rozjuszoną tłuszczą wykazując spokój i siłę charakteru, które zdumiewały nawet najzagorzalszych jego wrogów. Cóż, kiedy litując się nad kilkoma setkami mętów, zezwolił na straszną śmierć ponad dwóch milionów dobrych Francuzów.

Po drugie, zaczadzenie odmóżdżeniem

Król, a wraz z nim cały Paryż, dał się oczarować pseudofilozoficznemu blichtrowi encyklopedystów. Osoby ich zdobiły salony arystokracji, ich słowa wprawiały w ekstazę damy, ich książki rozchodziły się w ogromnych nakładach, a dyrektor królewskiego urzędu cenzury nie tylko zezwalał na rozpowszechnianie wywrotowych treści, ale wręcz zakazywał publikowania wszelkiej ich krytyki!

Rewolucja uczyniła z salonowych mędrków tytanów intelektu, jednak uważniejsze wczytanie się w ich spuściznę pozwala dojrzeć wyłącznie bezbrzeżną pustkę skrytą pod maską błyskotliwej frazeologii – do tej pory notabene wywierającej wrażenie na półinteligentach, niejednokrotnie piastujących uniwersyteckie profesury). Widzi się w nich również apostołów demokracji, ale i tu kłamstwo idzie o lepszą z nieuctwem. Trudno bowiem o większych wielbicieli tyranii – wszak to Rousseau z pogardą ostrzegał przed niebezpieczeństwem poruszenia się tych mas olbrzymich, które tworzą naród francuski, o sobie samym zresztą pisząc bez ogródek: Nigdy nie byłem zwolennikiem rządów demokratycznych. Wolę kajdany jakiegokolwiek wielkiego księcia niż nieznośne i nienawistne brzemię równych. Nie inaczej sądził Wolter, wyznając, iż lepiej być sługą lwa z dobrego domu niż dwustu szczurów z mojego gatunku. Wyrażał się zresztą dosadniej, jak choćby stwierdzając, że lud zawsze będzie głupi i barbarzyński, są to woły, którym trzeba jarzma, ostrego kija i siana. Dodajmy jeszcze i to, że dla wymienianego zwykle jednym tchem przy powyższych „myślicielach” Diderota wzorem oświeconego władcy była caryca Katarzyna II.

Nikt z obserwujących scenę królewskiej egzekucji – czy to rewolucjonista czy rojalista – nie zdawał sobie w pełni sprawy z przełomu, jaki niesie ten jeden ruch noża gilotyny. Prawdziwe zło rewolucji objawia się bowiem dopiero po latach. Najgorszą jej stroną nie jest doraźny terror i prześladowania, lecz skutki długofalowe, przede wszystkim zaś: jej nieodwracalność. Łatwiej bowiem – jak nader obrazowo zauważył Józef de Maistre – przelać do butelek Jezioro Genewskie niż przywrócić stan sprzed rewolucji. Historia na każdym kroku potwierdza te słowa. Spójrzmy tylko na obecną Francję, spójrzmy na Rosję, ba, rozejrzyjmy się wokół po własnym podwórku…

Jerzy Wolak

DATA: 2013-01-25 11:39AUTOR: JERZY WOLAK

http://www.pch24.pl/francuska-choroba-p ... z54nuld7wj


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 25 sty 2018, 14:23 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Przeciwwaga dla dyktatu francusko-niemieckiego

Z dr. hab. Norbertem Maliszewskim, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, specjalistą ds. marketingu politycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Komisja Europejska zmienia ton w relacjach z Polską?
– Komisja Europejska prowadzi grę. I skoro Polska zmieniła ton, to wówczas brak reakcji ze strony unijnych elit mógłby zostać odczytany jako przejaw braku otwartości. Również zmiany na stanowisku premiera Polski oraz szefa naszej dyplomacji niejako wymusiły na Komisji Europejskiej nowe podejście do polskich spraw. Natomiast nie zmienia to faktu, że procedura związana z art. 7 traktatu o Unii Europejskiej wobec Polski została uruchomiona. Dlatego polski rząd musi negocjować i budować koalicję państw, które na forum Rady Europejskiej zagłosowałyby przeciwko twierdzeniu, że Polska narusza – w sposób ciągły – unijne zasady.

Skoro Pan Profesor wspomniał o budowaniu koalicji na rzecz Polski, to może warto się zastanowić, z jakiego dotąd źródła czerpały kraje unijne wiedzę o zmianach w Polsce?
– Z doniesień prasowych bądź publicystycznych tez w rodzaju, że Polska zmierza w stronę autorytaryzmu, ale nie była to wiedza – na ogół – oparta na rzetelnej wiedzy prawniczej. Natomiast posiłkowano się opiniami Komisji Weneckiej. Warto też zauważyć, że wysnuwano wnioski bardziej polityczne niż merytoryczne, bo przecież żaden sąd nie orzekł, że zmiany, jakie się dokonują w Polsce, mają charakter niekonstytucyjny. Proszę zwrócić uwagę, że sama Komisja Europejska skierowała do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej zaledwie kilka spraw z 13 ustaw, które – w jej ocenie – budzą wątpliwości. Zatem wydaje się, że dzisiaj jest spore pole do zmiany interpretacji reform sądownictwa w Polsce – przynajmniej przez te państwa, które będą bardziej otwarcie spoglądać na Polskę i argumenty, jakie przedstawia rząd, a nie tzw. totalna opozycja.

Wizyta sekretarza stanu Reksa Tillersona, który ma w tym tygodniu gościć w Warszawie, i zacieśnienie relacji z Waszyngtonem może wzmocnić naszą pozycję w negocjacjach z Komisją Europejską?
– Amerykański Departament Stanu wyraził opinię, że demokracja w Polsce ma się dobrze. To ważne stwierdzenie. Również ta wizyta Reksa Tillersona może być pokazaniem pewnej alternatywy – mianowicie, że Polska nie jest pozostawiona sama sobie. Jednak – jak sądzę – gros działań powinno być skierowane do państw Unii Europejskiej, a szczególnie do państw Europy Środkowej i Wschodniej. Tych linii czy układów politycznych, które można by stworzyć, jest sporo, zwłaszcza kiedy Niemcy i Francja będą zacieśniać swoją współpracę. Być może powstanie nowy traktat. Wiemy też, że przygotowywane są reformy związane z głębszą integracją tych dwóch państw, ale też krajów strefy euro. W tej sytuacji państwa Europy Środkowej i Wschodniej mogą się obawiać dyktatu Paryża i Berlina, dlatego jedną z linii politycznych stanowiących niejako przeciwwagę dla tego niemiecko-francuskiego tandemu mogłaby być próba przekonania, że jeżeli osłabiona zostanie siła któregoś państwa z regionu Europy Środkowej i Wschodniej – w tym wypadku Polski – to jako region nie będziemy stanowić przeciwwagi dla dyktatu Niemiec i Francji. Co więcej, można też kierować komunikaty np. do Viktora Orbána, że po Polsce to Węgry mogą być kolejnym obiektem ataków. Zresztą taki komunikat może być wysłany także do Czech czy innych państw, które nie zgadzają się na dominującą politykę migracyjną narzucaną przez Komisję Europejską. Jest zatem – jak widać – szereg punktów zaczepienia, którymi można by przekonywać poszczególne państwa do głosowania przeciwko stwierdzeniu, że w Polsce mają miejsce naruszenia zasad praworządności. Z drugiej strony trzeba by tym państwom dać przesłankę, dlaczego miałyby poprzeć Polskę.

Co mogłoby być taką przesłanką czy argumentem?
– Przede wszystkim narracja Polski nie może pójść w kierunku, że państwa te, stając po stronie Polski, zagłosują przeciwko dyktatowi Francji czy Niemiec. Natomiast należy się posiłkować przede wszystkim narracją, że Polska prowadzi dialog z Komisją Europejską, a ponadto, że wyjaśniła Komisji podstawy i cały kontekst związany z reformami szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości.

Czy sygnały wysyłane z Warszawy i Brukseli świadczą, że jest miejsce na kompromis, i co może być polem do uzyskania trwałego porozumienia?
– Moim zdaniem, takim polem do porozumienia mogłoby być odwołanie się chociażby do tego, co Europejski Trybunał Sprawiedliwości stwierdzi za naruszenie zasad praworządności, co sprawi, że spornych kwestii pozostanie mniej. Polem do dyskusji może być np. kwestia wieku przechodzenia na emeryturę, a także kwestia, że to prezydent czy minister sprawiedliwości decydują o tym, czy sędzia, osiągając wiek emerytalny, może dalej sprawować swoją funkcję bądź nie. Tak czy inaczej jakieś małe ustępstwo może być sposobem, wyraźnym sygnałem, iż Polska robi krok wstecz.

Komisji Europejskiej potrzebny jest taki sygnał?
– Oczywiście, Komisja Europejska potrzebuje takiego sygnału, bo zdaje sobie sprawę, że sytuacja jest patowa. I nawet jeśli ten pat będzie przedłużany, to taka zmiana relacji i narracji stworzy Polsce większe pole do działania w zakresie dyplomacji w innych kwestiach. Na przykład w sprawach nowego wieloletniego budżetu Unii Europejskiej na lata 2021-2027 czy w kwestii pracowników delegowanych.

Czy w atakach na Polskę chodzi tylko o praworządność?
– To jest kolejna ważna kwestia, bo słyszymy cały czas o rzekomym łamaniu praworządności w Polsce, ale de facto chodzi w dużej mierze o osłabienie pozycji negocjacyjnej Polski w bardzo wymiernych kwestiach, o których mówiłem wcześniej. I teraz prowadzenie dialogu niejako wytrąca z rąk naszym oponentom argument, że Polskę należy karać albo uzależniać naszą pozycję czy przyznawanie funduszy strukturalnych od rzekomego nieprzestrzegania zasad praworządności.

Zmiana tonu nie zmienia faktu, że Polska trwa przy swoim stanowisku, że proces reformowania sądownictwa odbywa się zgodnie ze standardami unijnymi. Czy na dłuższą metę nie zaostrzy to relacji z Komisją Europejską?
– Jedna z zasad negocjacji polega na tym, że nie rozpoczyna się rozmów z wysokiego pułapu. Potrzebne jest tutaj wyczucie pola kompromisu i elastyczność. Nie można stronie przeciwnej stawiać zbyt wygórowanych żądań. Z drugiej strony gdybyśmy rozpoczęli negocjacje od wycofania się z części reform, to moglibyśmy usłyszeć, że to za mało, że powinniśmy się wycofać z kolejnych, co z naszego punktu widzenia jest nie do przyjęcia. Wydaje się jednak, że negocjacje są „miękkie”, co może wskazywać, że jeżeli ustępstwa, jeśli mają się w ogóle pojawić, to dopiero jako jeden z końcowych elementów negocjacji. A zatem rozwiązań jest sporo. Tak jak powiedziałem – począwszy od stworzenia koalicji bodajże sześciu państw, co jest realne, które zagłosują przeciwko ewentualnemu nałożeniu kar na Polskę za rzekome naruszenie zasad praworządności, poprzez prowadzenie polityki, w której prowadzony jest dialog, ale jednocześnie pokazanie, że jest się asertywnym w realizacji własnych celów. Ważna jest też polityka wewnętrzna, bo zwłaszcza szybkie wycofanie się z wprowadzanych zmian mogłoby zostać źle odebrane w Polsce, jako uleganie przez rząd Prawa i Sprawiedliwości dyktatowi Komisji Europejskiej.

Komisja Europejska chce ocieplenia relacji czy może wśród elit brukselskich dojrzewa świadomość, że to starcie z Polską może się okazać porażką?
– Myślę, że cały ten spór jest poniekąd instrumentalny. Komisja niejako testuje słynny art. 7, sprawdza pole i zakres swojej władzy oraz możliwość podporządkowania sobie różnych państw członkowskich. Tym samym art. 7 i kwestia praworządności staje się niejako sposobem na to, aby osłabić pozycję negocjacyjną, w tym wypadku Warszawy, w wielu sprawach. Wiadomo, że partia rządząca PiS nie należy do Europejskiej Partii Ludowej, a więc największej frakcji w Parlamencie Europejskim, więc chociażby w tym względzie jest to próba osłabienia naszej pozycji, co przy ustalaniu kolejnego unijnego budżetu też może mieć niebagatelne znaczenie. Wydaje się, że dla Komisji Europejskiej dobry jest każdy pretekst, który ma na celu osłabienie pozycji Polski, ale też przedłużanie się sytuacji patowej. Tak naprawdę brak możliwości zrealizowania art. 7, bo mamy deklarację chociażby Budapesztu, który zagłosuje przeciwko nałożeniu sankcji na Polskę, sprawia, że sytuacja Komisji nie jest komfortowa. Reasumując, art. 7 jest to wygodny straszak, z którego Komisja Europejska korzysta, ale też może się wycofać, jeśli tylko znajdzie ku temu wygodny pretekst. Takim pretekstem mogą być np. ustępstwa Polski. I polski rząd ma tego świadomość.

Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... kiego.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 365 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 21, 22, 23, 24, 25  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /