Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 379 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 22, 23, 24, 25, 26
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 17 lis 2018, 19:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31303
Jakie warunki wyjścia?

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Brytyjski rząd poparł wstępny projekt porozumienia z Brukselą w sprawie wystąpienia z Unii Europejskiej, ale euforii z tego powodu wśród wielu członków gabinetu premier May i wśród Brytyjczyków nie ma. Fala dymisji ministrów, którzy nie chcą się pogodzić z – ich zdaniem –niekorzystnymi warunkami, które podyktowała Bruksela…
– To pokazuje, że decyzja o brexicie była ryzykowna, z kolei Unia Europejska starała się doprowadzić do sytuacji, żeby ukarać Brytyjczyków za ich decyzję o opuszczeniu szeregów Wspólnoty po to, aby ten ich krok nie był tzw. negatywnym przykładem dla innych. Wszystko, co dzieje się teraz, jest konsekwencją decyzji obywateli Wielkiej Brytanii. Premier Theresa May ogłosiła wybory, chcąc się wzmocnić, tyle że te wybory zamiast ją wzmocnić, to jeszcze bardziej ją osłabiły. W tej sytuacji nie można wykluczyć, że w ogóle dojdzie do dekonstrukcji rządu i kolejnych przyspieszonych wyborów, czego też wykluczyć się nie da. Z kolei Bruksela obierając taki ostry kurs, niekoniecznie musi nastawiać Brytyjczyków przychylnie wobec siebie, bo decyzja o brexicie była jednak pokazaniem pewnej buty, bo kto, jak kto, ale obywatele Wielkiej Brytanii nie lubią takiego traktowania, w związku z tym wszystko może zmierzać do brexitu bez porozumienia, czyli w sposób zupełnie niecywilizowany. Wtedy powstałe wstrząsy mogą dotknąć nie tylko Brytyjczyków, ale również Unię Europejską. Nie należy bowiem zapominać, że gospodarka Wielkiej Brytanii ma tak potężne oddziaływanie, iż to musi wywoływać wstrząsy.

Na 25 listopada zaplanowano nadzwyczajny szczyt unijny w Brukseli, gdzie umowa ma zostać zatwierdzona. Zakładając kolejne dymisje ministrów, czy ten szczyt odbędzie się jeszcze z premier Theresą May?
– Pewnie tak, bo nawet gdyby kryzys na Wyspach pogłębiał się jeszcze bardziej, to trudno się spodziewać, żeby w tak krótkim czasie udało się powołać nowy rząd. Według mnie, wcale nie jest tak, że te wstrząsy, jakie obserwujemy w Wielkiej Brytanii, są korzystne dla Unii Europejskiej. Jeśli się zachwieje scena brytyjska, to rykoszetem może się to odbić na całej gospodarce unijnej. Sytuacja, póki co, jest ciekawa, widać, jak scena brytyjska trzeszczy, ale przecież nie inaczej sytuacja wygląda w innych państwach tzw. starej Unii.

Nie wiadomo jeszcze, czy porozumienie między obiema stronami zatwierdzi brytyjska Izba Gmin oraz Parlament Europejski…
– Trzeba przyjrzeć się szczegółowym warunkom tego wstępnego porozumienia – słyszymy, że dokument jest bardzo obszerny i liczy ponad pięćset stron. Widać, że emocje są bardzo daleko posunięte, jeśli kolejni ministrowie rządu premier May opuszczają szeregi rządu, w tym minister ds. wyjścia z Unii Europejskiej Dominic Raab, który mówi wprost, że jest to gest sprzeciwu wobec proponowanego porozumienia. Politycy nie chcą brać odpowiedzialności za kształt tego porozumienia. Z drugiej strony sprawa trwa już zbyt długo i premier Theresa May chciałaby się pochwalić jakimś sukcesem, a co to za sukces, skoro skutkuje on dekonstrukcją własnego rządu. Jak słyszymy, premier May zapowiada, że nie zmieni kursu, co wskazuje, że nadal będzie podtrzymywać, iż warunki opuszczenia Unii przez Wielką Brytanię są korzystne. To, jak się wydaje, nie wróży jej dobrze, ale zobaczymy.

Donald Tusk zwrócił się do – jak to określił – brytyjskich przyjaciół, mówiąc, że jest mu bardzo smutno z powodu odejścia z Unii.
– To zagrywka PR-owska, bo w istocie widać, że ból jest zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie. Natomiast pytanie brzmi: kto ponosi odpowiedzialność za to, że Wielka Brytania opuszcza szeregi Unii. Czy nie elity brukselskie, łącznie z przewodniczącym Rady Europejskiej Donaldem Tuskiem, które parły z polityką migracyjną? Czy też eurokraci, którzy parli do utworzenia superpaństwa europejskiego, doprowadzając do tego, że Brytyjczycy w końcu nie wytrzymali. Polityka uprawiana przez elity brukselskie jest nie do zaakceptowania, brakuje refleksji, bo trzeba się najpierw uderzyć w piersi, a nie zaklinać rzeczywistości i przeć do przodu, nie zważając na to, co sądzą inni.

Brexitu można było uniknąć?
– Oczywiście, że wystąpienia Wielkiej Brytanii można było uniknąć, tylko trzeba było bardziej szanować podmiotowość państw narodowych, a nie realizować swoje utopijne wizje. Ostrzeżenia, te momenty krytyczne pojawiały się już dużo wcześniej i trzeba było się zatrzymać i cofnąć ze złej drogi, a nie realizować swoje interesy po trupach. Już sama polityka otwartych drzwi ogłoszona przez kanclerz Angelę Merkel, w którą – w samej Wielkiej Brytanii – wpisany jest strach przed imigrantami z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu, to tylko dolało oliwy do ognia.

Jest szansa na pozostanie Wielkiej Brytanii w Unii? Czy Brytyjczycy, gdyby jeszcze raz mogli zdecydować, opuściliby szeregi Wspólnoty, czy może zadecydowaliby dzisiaj inaczej?
– Według dzisiejszych sondaży, sytuacja jest analogiczna jak w czasie referendum brexitowego, czyli głosy rozkładają się mniej więcej pół na pół. Jeszcze raz chcę podkreślić, że buta przejawiająca się wśród eurokratów mogłaby doprowadzić nie tylko do powtórzenia poprzedniego wyniku, ale jeszcze bardziej wzmocnienia głosów eurosceptycznych. Pamiętajmy też, że Unia Europejska zmierza w kierunku pewnej konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi, tymczasem dla Brytyjczyków trzymających linię anglosaską, sojusz z Ameryką takie podejście Niemiec czy Francji jest rzeczywistością bardzo niewygodną, bardzo trudną do zaakceptowania. Weźmy chociażby ostatni, alternatywny do Sojuszu Północnoatlantyckiego, pomysł utworzenia armii europejskiej czy pomysł utworzenia wspólnej straży granicznej – to wszystko nie będzie scalać jedności państw Unii Europejskiej, ale przeciwnie będzie powodować tylko problemy.

Próba skonfrontowania się Unii Europejskiej ze Stanami Zjednoczonymi bez Wielkiej Brytanii, czy to pod względem gospodarczym, czy militarnym, już z góry stawia Unię na straconej pozycji…
– To już się realnie dzieje. Widzimy przecież, jakie są deklaracje, jakie są zamierzenia w tym zakresie, w związku z czym ta konfrontacja już ma miejsce. Polska próbuje się podwiesić pod Stany Zjednoczone, a tamci idą w drugą stronę, i takie są dzisiaj fakty.

Co, by nie powiedzieć brexit jest zły dla Wielkiej Brytanii, zły dla Unii Europejskiej, a dla Polski? Przecież wielu Polaków mieszka i pracuje na Wyspach…
– Wszystko zależy od tego, jakie będą warunki wyjścia Brytyjczyków z Unii Europejskiej. Co by nie powiedzieć, jako Polska nie mamy z Wielką Brytanią aż tak potężnych relacji handlowych, choć bez wątpienia są one istotne i ważne. Wszystko – w dużym stopniu – zależeć będzie od tego, jak te relacje handlowe będą wyglądać między Wielką Brytanią a całą Wspólnotą Europejską, której jesteśmy częścią. Mamy jednak do czynienia z wróżeniem z fusów dopóki się nie dowiemy, do czego to wszystko prowadzi. Teoretycznie może to prowadzić do wojny handlowej między Brytyjczykami a Unią, co zasadniczo się odbije na całej gospodarce, ale może się też to – mimo wszystko – uporządkować i brexit nie będzie miał wpływu na naszą gospodarkę. Tak czy inaczej, wyjście Wielkiej Brytanii osłabia nurt narodowy, nurt konfederacyjny w Unii Europejskiej, a wzmacnia się nurt federacyjny. Przy czym utopijna próba realizacji superpaństwa europejskiego wywołało kontrreakcję nawet w głównych lokomotywach unijnych, zaczynając od Francji, a na Niemcach kończąc. Widać, że wszystko jest bardzo skomplikowane, dlatego trzeba obserwować na bieżąco, co będzie się działo i analizować sytuację.

A jeśli chodzi o Polaków zamieszkałych w Wielkiej Brytanii?
– Może się okazać, że przed wieloma Polakami stanie widmo powrotu do Polski, a może niekoniecznie. To są sprawy, które w szczegółach będą zapewne rozstrzygane na gruncie tego porozumienia, a zarazem na gruncie tego jak – w nowej sytuacji – Brytyjczycy zdefiniują swoje interesy w tym zakresie.

Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

https://naszdziennik.pl/swiat/203209,ja ... jscia.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 08 gru 2018, 16:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31303
Braki w dyplomacji

Z Andrzejem Maciejewskim, posłem Ruchu Kukiz’15, przewodniczącym sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Z czego może wynikać arogancja, bo tak chyba należy to określić, ambasador Georgette Mosbacher wyrażona w liście do premiera Mateusza Morawieckiego?
– Pani ambasador przede wszystkim pokazała swoje braki – mianowicie, jak mało umie w dyplomacji. Pokazała, że to nie jest jej świat, że tak naprawdę nie posiada żadnego doświadczenia i że po prostu jest amatorem w dyplomacji. Wobec tego to, co zrobiła Georgette Mosbacher, to typowa szkolna wpadka. Ambasador nie jest od tego, żeby prowadzić politykę zagraniczną, ale jest łącznikiem między państwem przyjmującym a państwem, które reprezentuje. Rolą ambasadora nie jest pouczanie, wygłaszanie nakazów czy zakazów, nie są też groźby. To jest kanon szkoły, którą najpierw trzeba skończyć – widać, że ambasador Mosbacher takiej szkoły niestety nie ukończyła.

Może jest to efekt naszych wcześniejszych ustępstw, np. w sprawie nowelizacji ustawy o IPN oprotestowanej przez część środowisk amerykańskich i żydowskich?
– Nie chciałbym iść aż tak szerokim łukiem, dlatego określam to wpadką, co pokazuje, że Georgette Mosbacher jest osobą niekompetentną. Dyplomacja to pewna gra, stąd nie zawsze mówi się pełnym zdaniem, może w sposób dla wielu mało czytelny, jednak w świecie dyplomacji język małych niedomówień jest bardzo jednoznaczny i dla wtajemniczonych konkretny. Tym samym to, co się stało teraz, nie zapominając o wcześniejszych wpadkach ze strony ambasador Mosbacher, to wszystko pokazuje, że nie jest to debiut udany, że obsada tego stanowiska nie jest trafiona.

Chce Pan powiedzieć, że administracja amerykańska nie wiedziała, co robi?
– Można się zastanowić, czy prezydent Trump, komisja senacka, kongresmeni podjęli najwłaściwszą decyzję. Ale na te wątpliwości warto, żeby sobie odpowiedzieli sami Amerykanie. Rolą ambasadora nie jest składanie obietnic dotyczących załatwienia zniesienia wiz dla Polaków. Tak może mówić prezydent, tak mogą mówić kongresmeni, oświadczając, że rozpoczną taki proces, ale nie ambasador, która w dodatku wypowiada się w pierwszej osobie, że to ja zrobię. Widać ewidentnie, że ramy dyplomacji nie są uszyte na miarę Georgette Mosbacher, że rola ambasadora najwyraźniej nie jest tą, w której czuje się najlepiej.

Są jednak tacy politycy, jak marszałek Senatu Stanisław Karczewski, którzy uważają, że amerykańska ambasador rozumie sprawy Polonii i wie, jakie znaczenie ma Polonia w Stanach Zjednoczonych, a także czuje Polskę i czuje atmosferę naszego kraju…
– To jest wypowiedź typowa dla dyplomaty, odnosząca się do listu ambasador Mosbacher. Na ten moment pani ambasador jest w Polsce i ma do czynienia z Polakami tu, na miejscu, a nie z Polonią na terenie Stanów Zjednoczonych. To zaś oznacza nieco inną sytuację. Skoro jednak ambasador zna Polonię, jak twierdzi marszałek Karczewski, to ja się zastanawiam, czy w tym samym tonie jak do premiera Morawieckiego zwraca się czy rozmawia z polską Polonią. Kto wie, może taka jest druga natura Georgette Mosbacher, której nie znaliśmy. Tak czy inaczej nie jest moją rolą pastwić się nad panią ambasador, ale stwierdzam fakt. I tu przypominam sobie jej poprzednika na stanowisku ambasadora Stanów Zjednoczonych Stephena Mulla, jednego z najbardziej lubianych przez Polaków dyplomatów zagranicznych, który był – można powiedzieć – wzorem ambasadora. To był ktoś, kto potrafi reprezentować interesy własnego państwa, ale w tak delikatny, subtelny sposób przekazując nieraz nie do końca miłe informacje z Waszyngtonu, ale on potrafił to zrobić. Był profesjonalistą, a przy tym miał urok osobisty. Na dzisiaj ambasador Mosbacher jest niestety antywzorem i mam wrażenie, że Stephen Mull może się tylko czerwienić, a my możemy żałować, że ta kadencja się skończyła.

Nie bez powodu wspomniałem o ustępstwach w sprawie nowelizacji ustawy o IPN, bo tu pojawia się temat naszej podmiotowości. Czy po drodze wychodzenia z PRL i wchodzenia w świat demokracji, ustępując, nie zagubiliśmy się, oddając innym część naszej podmiotowości?
– Podmiotowość polega na tym, że jesteśmy bardzo konsekwentni, nie pozwalamy na to, żeby ktoś – tym bardziej w naszym domu, w Polsce – traktował nas w sposób niegodny, nieodpowiedzialny. W dyplomacji tak bywa, że sygnały, co o danej sprawie myśli Pałac Prezydencki itd., przekazują środowiska opiniotwórcze, konkretni dziennikarze, publicyści, zdając sobie sprawę z tego, że ich opinia jest ważna, że jest sygnałem nieoficjalnym, to są także wypowiedzi i opinie parlamentarzystów, co pokazuje, że nie zawsze we wszystkim musi się wypowiedzieć prezydent czy premier. I na tym polega cała sztuka. Po bataliach, po czasach dominacji Związku Sowieckiego i czapkowania Moskwie mimo wszystko sądzę, że mamy samoistny hamulec do padania szybko na kolana. Jednocześnie tkwi w nas świadomość, że już kiedyś to przerabialiśmy i że coś podobnego nie może się powtórzyć. Być partnerem, robić interesy, być sojusznikiem nie musi oznaczać, że jesteśmy przedmiotem, że jesteśmy ulegli, bez własnych interesów. Polityka polega na obronie własnych interesów i zapewne są tematy, które w przypadku nawet Amerykanów są rozbieżne, gdzie nasze poglądy się różnią. Podobnie jest, jeśli chodzi o Niemcy, Francję, ale jednak większość spraw z tymi państwami nas zbliża, jednoczy – spraw, które są wspólne. Musimy mieć świadomość tego, że w relacjach politycznych nie ma spraw zerojedynkowych, że tak to nie funkcjonuje. We wszystkich naszych działaniach nie można zapomnieć o elementarnej zasadzie, że pierwszym aktem działania każdego polityka – prezydenta, premiera, posła czy senatora – jest obrona interesów Polski, państwa polskiego i pilnowanie, żeby nikt nas nie znieważał. Jednocześnie pokazanie w sposób zdecydowany i skuteczny to, co myślimy o próbach lekceważenia Polski. W języku dyplomacji jest wiele sposobów stanowczego przekazania takiej myśli.

Jaką rolę w tym procesie powinny odgrywać media?
– Media są bardzo ważne, dlatego są dzisiaj nie bez przyczyny nazywane czwartą władzą i tego nikt nie kwestionuje. Swoim działaniem mogą wspierać ataki zewnętrzne, sprawiając, że są one bardziej skuteczne, bądź pokazując rzetelnie fakty, dzięki czemu mogą wspierać naszą podmiotowość. Oczywiście w wolnym, demokratycznym państwie każdy ma prawo popełnić błąd i złamać prawo – także dziennikarz. Jeżeli dziennikarz jest podejrzany o złamanie prawa, to nie wolno tego traktować tak, że prokuratura zajmująca się daną sprawą łamie, dajmy na to, wolność, sumienie, że jest to element dyktatury. Takie podejście jest niczym innym jak daleko posuniętą histerią. Przy okazji powstaje pytanie, czy wyrzucenie, wycofanie przez prezydenta Trumpa stałej przepustki do Białego Domu dla dziennikarza CNN to jest koniec wolności słowa w Stanach Zjednoczonych. Oczywiście nie. Nie ma więc powodu, żeby ktoś z tego powodu rozrywał szaty. Natomiast ambasador Mosbacher, zabierając głos, stając się stroną czy rzecznikiem, w sposób nieuprawniony pokazała, że jest kiepskim dyplomatą. Ale ktoś jeszcze bardziej beznadziejny przygotował jej pismo do premiera Morawieckiego. Zazwyczaj politycy nie piszą osobiście takich pism, ale mają od tego zespół ludzi pracowników i to też mnie smuci, że jakość osób, które przygotowały ten list dla pani ambasador, pozostawia wiele do życzenia. No chyba że Georgette Mosbacher czuje się tak mocna, czuje się tak pewnie, że jest tak arogancka, że sama sporządziła to pismo.

Może rzeczywiście wyraziła w tej korespondencji trend, jaki faktycznie obowiązuje w relacjach amerykańsko-polskich?
– Nie chce mi się wierzyć w taki scenariusz. Jestem daleki od tak jednoznacznych, stanowczych wniosków. Mówimy tu o wyjątkowo silnej, zdecydowanej, twardej osobowości, która nie potrafi sobie odpowiedzieć na pytanie – i to widać – czy jest dyplomatą i ambasadorem, czy jest politykiem, a to są dwie różne sprawy. Ambasador nie jest politykiem, nie zajmuje się czynną polityką, a jedynie ma być przekaźnikiem, ma być oczami i uszami w tym wypadku prezydenta Donalda Trumpa. W żadnym wypadku Georgette Mosbacher nie jest od tego, żeby recenzować, żeby oceniać polskie władze, nie jest od tego, żeby pokazywać swoje zbulwersowanie. Jej rolą jest przekazywanie informacji, jakie zleci jej i prześle Biały Dom. Widać jednak, że te ramy wyraźnie uwierają panią ambasador, z czym najwyraźniej nie umie się pogodzić.

Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

https://naszdziennik.pl/polska-kraj/203 ... macji.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 09 sty 2019, 16:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31303
Manifestacja dezaprobaty

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Panie Profesorze jaki jest cel wizyty wicepremiera Włoch Matteo Salviniego, który w środę ma przybyć do Polski?
– Nie ulega wątpliwości, że zarówno Polska, jak i Włochy przez obecne kierownictwo Komisji Europejskiej są stawiane pod pręgierzem. W związku z tym – w jednym i w drugim kraju – jest poczucie niesprawiedliwości w tym zakresie. Wiemy przecież o podwójnych standardach, które dotyczą Polski i Niemiec chociażby w zakresie sądownictwa, gdzie u naszego zachodniego sąsiada aktywny polityk Stephan Harbarth, poseł CDU, zostaje wybrany na sędziego Trybunału Konstytucyjnego, a niedługo będzie przewodził tej instytucji, i nikt w unijnych kręgach nawet się nie zająknie, że jest to wbrew zasadom, natomiast w Polsce reforma sądownictwa została zaskarżona do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Spójrzmy też na Francję, gdzie po tym, jak prezydent Macron ugiął się pod żądaniami ruchu „żółtych kamizelek”, deficyt budżetowy przekracza standardy koszyka walutowego, ale Komisji Europejskiej do głowy nawet nie przyjdzie żeby reagować, natomiast o wiele mniejszy deficyt budżetowy we Włoszech został poddany w Brukseli nie tylko krytyce, ale wręcz blokadzie. To są tylko przykłady tego, że coraz więcej państw dostrzega, że Bruksela ma nie tylko zbyt dużą władzę, ale stosuje też podwójne standardy, czyli stwarza realne poczucie niesprawiedliwości. A to musi rodzić sprzeciw i reakcję tych, którzy są traktowani w niesprawiedliwy sposób tylko dlatego, że komuś w Brukseli nie podoba się taka czy inna konstelacja polityczna, która rządzi w danym kraju. Innego wytłumaczenia nie ma. Jeśli tak się działa, to ci, którzy są „krzywdzeni”, jednoczą siły i to jest – w kontekście zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego – jak sądzę – główny cel wizyty wicepremiera Matteo Salviniego w Warszawie.

Jakie są szanse na powołanie nowego konserwatywnego bloku, który miałby większość w Parlamencie Europejskim?
– Przed nami eurowybory i to przyszły Parlament Europejski będzie musiał zatwierdzić skład nowej Komisji Europejskiej. Warto też pamiętać, że w nowej Komisji Europejskiej znajdzie się też przedstawiciel Polski, a więc inny niż obecnie Elżbieta Bieńkowska, a także przedstawiciele innych państw, w tym także Włoch. Dlatego też wspólna polityka w tym zakresie, ażeby zarówno w europarlamencie, czy w Komisji Europejskiej tworzyć pewną wspólnotę celów, która oczywiście wynika z definiowania wspólnych interesów. Włochy wprawdzie należą do krajów, które zakładały Unię Europejską, ale przez elity brukselskie są źle postrzegane z uwagi na wynik wyborów, gdzie wygrał Ruch Pięciu Gwiazd, i to widać bardzo wyraźnie. Stąd poszukiwania nowego włoskiego rządu sprzymierzeńców i próba tworzenia nowych relacji, które mogą być bardzo potrzebne po zakończeniu obecnej kadencji europarlamentu i Komisji Europejskiej, której twarzą póki co jest postać nieprzychylnie postrzegana w Polsce, jak Frans Timmermans.

Czy po opuszczeniu Unii przez Wielką Brytanię, pod kierunkiem czy też patronatem Polski, Włoch, a także Węgier jest możliwy powrót do korzeni, z których wyrósł projekt Unii Europejskiej?
– Myślę, że to za dużo powiedziane, bo pamiętajmy, że owszem mamy w Europie ożywienie ruchów eurosceptycznych – to prawda i to nie tylko dotyczy Włoch, jednakże trudno w tym jeszcze dostrzec powrót do korzeni chrześcijańskich. Przypomnę tylko, że narodziny wspólnoty europejskiej miały właśnie takie odniesienie. I to widać dokładnie np. w Austrii, gdzie kanclerzem został Sebastian Kurz – polityk o konserwatywnych poglądach, a mimo to są tam zalegalizowane tzw. małżeństwa homoseksualne. To pokazuje, że powrót do korzeni Unii Europejskiej – w szerszym aspekcie – jest jeszcze przed nami. Póki co mamy powrót do korzeni tylko w jednym aspekcie, mianowicie większego poszanowania suwerenności państw narodowych. I w tym zakresie jawi się pewna linia wspólnych interesów. Trzeba się w tym odnaleźć i szukać sprzymierzeńców. Byłoby dobrze, żeby w Europie – po wyborach do Europarlamentu – pojawiły się nowe siły polityczne, które kierują się zdrowym rozsądkiem, a nie tylko wypaczoną ideologią. Europa potrzebuje nowych liderów. Proces integracji europejskiej powinien postępować, ale przy zachowaniu szacunku dla wszystkich państw narodowych. Uważam, że zaproszenie i przyjazd do Polski wicepremiera Włoch Matteo Salviniego to jest dobry ruch.

Swoją drogą ostatnio Salvini nie pozostawił suchej nitki na Emmanuelu Macronie stwierdzając, że z uwagi na protesty we Francji nie widzi w Macronie przeciwnika...
– Prezydent Macron często wypowiadał się o innych państwach w sposób wręcz bezczelny i my – Polska – doświadczyliśmy tego w szczególny sposób. Macron chciał być Napoleonem Europy, chciał tworzyć w sposób przyspieszony superpaństwo europejskie, tymczasem minęło kilka miesięcy i pod presją społeczną we własnym kraju zmuszony jest wycofać się z szeregu działań antyspołecznych. Jednak wciąż wykorzystuje wpływy w Unii po to, aby łamać zapisy traktatowe i nie ponosić za to żadnych konsekwencji. Na drugim biegunie są Włochy źle traktowane przez Brukselę, za co odpowiedzialność po części ponosi także Francja. Matteo Salvini tą swoją wypowiedzią, gdzie mówi: „Nie sądzę, by Macron stanowił problem dla mnie lub dla Europy, biorąc pod uwagę to, co dzieje się we Francji” – wydaje swoją ocenę dla samego Macrona i w ogóle polityków francuskich, którzy razem z Niemcami kierują Unię na tory – jego zdaniem – fałszywe.

Czy tę wypowiedź wicepremiera Salviniego i jego wizytę w Polsce można odczytywać, że Włochy będą zmierzały wzorem Polski czy Węgier w kierunku tworzenia obozu reform Unii Europejskiej?
– Bezwzględnie tak. Kwestie budżetowe są fundamentalne, kiedy mówimy o suwerennych decyzjach gospodarczych poszczególnych państw członkowskich. I jeśli mamy sytuację, gdzie wykorzystuje się Brukselę do tego, aby drugą Grecję zrobić z Włoch, które mają problemy finansowe, a jednym z powodów tych kłopotów jest przecież przynależność do strefy euro, to możemy wykorzystać ten fakt, żeby nie dopuścić do aktywnej polityki finansowej. Włochy są zbyt mocnym krajem, zbyt wielką gospodarką a politycy, którzy doszli ostatnio do władzy są zbyt dumni, żeby ulegać presji zewnętrznej, stąd Francja czy Niemcy mogą spodziewać się retorsji. Ponieważ z Polski uczyniono sobie poligon doświadczalny – jak długo można tolerować uzurpowanie władzy, czy to przez Komisję Europejską, czy Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu – to przyjazd wicepremiera Włoch do Warszawy jest w pewnym sensie manifestacją dezaprobaty wobec takiej polityki w Europie. I z pewnością w Berlinie czy Paryżu zostanie to odebrane w sposób jednoznaczny.

Tymczasem wygrana Zjednoczonej Prawicy w majowych wyborach do Europarlamentu wcale nie jest taka oczywista.
– Prawo i Sprawiedliwość musi zintensyfikować wysiłki, żeby nie przegrać w maju wyborów do Parlamentu Europejskiego i kilka spraw się na to składa. Myślę, że w kręgach rządowych opracowuje się strategię przekazu nie tylko do grup najuboższych Polaków, ale też do klasy średniej – mam tu na myśli m.in. drobnych przedsiębiorców, którym też trzeba pomóc, bo są to kwestie kluczowe, jeśli mamy na myśli późniejsze decyzje wyborcze.

Skąd się bierze to rosnące poparcie w sondażach dla Platformy, jeśli chodzi o wybory do europarlamentu, skoro gołym okiem widać, że nie jest to partia, która na arenie międzynarodowej reprezentuje interesy zdecydowanej większości Polaków?
– Problem jest w tym, że mamy w Polsce społeczeństwo niekoniecznie zdefiniowane na sposób patriotyczny. I to trzeba widzieć, że wychowane pod długoletnim i dominującym wpływem mediów liberalnych pewne standardy przyjmuje czy akceptuje. Wielu ludzi – niestety – uwierzyło w Stany Zjednoczone Europy, uwierzyło w cały ten mit. Część będąca w układach rządowych miała też swoje określone przywileje. Spora część to są ludzie, którzy sami bądź ich ojcowie byli członkami PZPR, i oni chcą utrzymania dawnych przywilejów. Zatem, po pierwsze, za tym poparciem Platformy stoi pewien bagaż społeczny, a po drugie, nie da się ukryć, że rządząca partia – PiS – nie popełniła błędów i z tego też należy wyciągnąć wnioski. Oprócz kwestii społecznych, a więc bardzo pozytywnych działań na rzecz najniżej uposażonych Polaków, pojawiały się też błędy, z których trzeba jak najszybciej wychodzić, żeby nie stracić poparcia społecznego i nie przegrać nadchodzących wyborów.

A zatem walka o Polskę wciąż trwa…?
– Nieustannie. Proszę pamiętać, że czynnik kosmopolityczny ma gigantyczne wsparcie zewnętrzne, zarówno brukselskie, jak i niemieckie czy francuskie. I cała presja, jaka jest wywierana na nasz kraj, dotycząca sądów itd. jest związana z tym i dąży do tego, żeby zmienić władzę w Polsce. Gdybyśmy bowiem mieli do czynienia tylko i wyłączne z wewnętrzną rozgrywką na naszym rodzimym gruncie, bez wpływu zagranicy, to moglibyśmy być o wiele bardziej spokojni. Tymczasem presja jest z różnych kierunków, bo jeśli ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce interweniuje u premiera rządu RP w sprawie prywatnej liberalnej stacji telewizyjnej, która notabene spokojnie mieści się ideowo w paradygmacie przeciwników prezydenta Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych, bo jest to mniej więcej ta sama linia ideowa, i ambasador Mosbacher reaguje tak brutalnie, to widzimy z jakimi siłami się zmagamy. Jak widać jest to sytuacja piętrowo bardzo skomplikowana i bardzo groźna.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

https://naszdziennik.pl/polska-kraj/204 ... obaty.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dla myślących
PostNapisane: 16 lut 2019, 18:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31303
Zdolni do odparcia uderzenia

Węgry powinny być zdolne od samodzielnego odparcia uderzenia – oświadczył w wywiadzie dla tygodnika „Figyeloe” premier Węgier Viktor Orbán, oceniając, że nie należy opierać bezpieczeństwa wojskowego kraju na NATO.

„Należę do osób, które uważają NATO za istotne, ale nie sądzę, by bezpieczeństwo wojskowe Węgier można było oprzeć na NATO. Musimy być zdolni także do odpierania ataków własnymi siłami” – oświadczył Orbán, zdając relację ze swych rozmów z sekretarzem stanu USA Mikiem Pompeo.

Orbán oznajmił, że jego poniedziałkowe rozmowy z Pompeo koncentrowały się na kwestiach politycznych, m.in. była mowa o ewentualności zakupu amerykańskiej broni.

„Każdy kraj musi być w stanie obronić strategiczne punkty na swoim terytorium i odeprzeć zagrożenia militarne z powietrza. Na Węgrzech ten potencjał jest przestarzały” – powiedział Orbán.

Sprecyzował, że Węgry nie są jeszcze na etapie rozmów o zakupie konkretnego sprzętu, „była tylko mowa, że potrzebujemy systemu obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu”.

Jak podkreślił, wzbogacenie się Węgier o taką broń wpisuje się w wieloletni proces rozwoju sił zbrojnych, w wyniku którego „Węgry będą miały znaczny wojskowy potencjał uderzeniowy i będą w stanie o własnych siłach obronić się przed atakiem z dowolnego kierunku”.

Pytany, jak długo jego zdaniem potrwa zainteresowanie Stanów Zjednoczonych Europą Środkową, odparł: „Jeśli szukamy możliwości współpracy wykraczającej poza ramy NATO, zawsze musimy pamiętać, że w amerykańskiej polityce zagranicznej nie ma trwałego elementu politycznego, jeśli patrzeć na Europę Środkową”.

Orbán dodał, że z Pompeo rozmawiał też o nowym dwustronnym porozumieniu obronnym, które ma zastąpić tekst z 1997 roku, i że do jego ratyfikacji nie będzie potrzebne wprowadzanie poprawek do konstytucji. „Od dawna rozmawiamy o tym porozumieniu i wreszcie porozumieliśmy się co do wszystkich ważnych punktów. Istotne kwestie techniczne rozwiązaliśmy tak, że węgierska suwerenność pozostanie nietknięta” – powiedział.

Węgierski premier wyraził przy tym pogląd, że dobra polityka wobec Rosji powinna się opierać na dwóch filarach.

„Pierwszym jest to, by Europejczycy także bez siły wojskowej Stanów Zjednoczonych byli w stanie zapewnić bezpieczeństwo militarne kontynentu wobec Rosji” – ocenił, dodając, że dlatego Węgry są zwolennikiem europejskich sił zbrojnych.

Drugi filar powinny zaś jego zdaniem stanowić „jak najżywsze kontakty gospodarcze z Rosją”. Podkreślił, że Rosja jest liczącym prawie 150 mln mieszkańców krajem o ogromnych źródłach energii i wielkich potrzebach technologicznych. „Nie ma sensownego wyjaśnienia tego, że […] zamiast czerpać wzajemne korzyści ze współpracy gospodarczej, odcinamy się od Rosji sankcjami” – ocenił.

Odnosząc się do ewentualności eksploatacji rumuńskich złóż gazu na Morzu Czarnym przez amerykański koncern Exxon, Orbán powiedział, że zdaniem strony amerykańskiej, „trudno będzie z zyskiem eksploatować to złoże na takich warunkach, jakie stworzyła Rumunia ostatnimi nowelizacjami ustaw”.

„To zła wiadomość także dla Węgier, bo w naszym interesie leży, by Rumunia mogła jak najpomyślniej wydobywać jak najwięcej gazu i by w ten sposób otworzyła się dla Węgier szansa dostępu do jedynego gazu niepochodzącego ze źródeł rosyjskich” – zauważył.

Odnosząc się do ostrzeżeń Pompeo, by nie ulegać chińskim wpływom, Orbán zaznaczył, że na Węgry przypada zaledwie 1,2 proc. wymiany handlowej UE z Chinami, czego nie można nazwać pozycją dominującą.

Dodał, że na Węgrzech działa 16 dużych chińskich inwestycji, z czego 11 powstało w taki sposób, że Chińczycy kupili od poprzednich właścicieli m.in. amerykańskie i niemieckie firmy.

„Celem Węgier jest to, by istotne potęgi gospodarcze świata były zainteresowane gospodarczym sukcesem naszej ojczyzny, a my w tym celu oczekujemy inwestorów między innymi z Chin” – zaznaczył.

RP, PAP

https://naszdziennik.pl/swiat/205859,zd ... zenia.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 379 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 22, 23, 24, 25, 26

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /