Polskie-Forum.pl | Polskie Forum Dyskusyjne | Niezależne Forum Dyskusyjne | Niezależne opionie polityczne | aktywność obywatelska | wolna dyskusja | wybory prezydenckie • Zobacz wątek - Smoleńska odyseja niejasności

Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 358 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 20, 21, 22, 23, 24  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 12 gru 2012, 08:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30842
Sarkazm Waszyngtonu

Z Małgorzatą Wassermann, córką ministra Zbigniewa Wassermanna, który zginął pod Smoleńskiem, rozmawia Anna Ambroziak

Czytała Pani odpowiedź Waszyngtonu na petycję w sprawie powołania międzynarodowej komisji do spraw wyjaśnienia katastrofy?
- Sądzę, że z jednej strony jest to marginalizacja Polski jako partnera, z drugiej - ewidentne nakierowanie polityki Białego Domu pod przewodnictwem Baracka Obamy w kierunku Rosji. Prezydent Obama chce pozostawać w dobrych stosunkach z Federacją Rosyjską. Wielokrotnie udowadniał to podczas swojej poprzedniej kadencji. Takie nastawienie do Federacji Rosyjskiej jest jego priorytetem w polityce wobec Europy. Rosja jest partnerem kluczowym w wielu zasadniczych kwestiach dla Amerykanów. Z polskiej perspektywy widać to wyraźnie w decyzjach podejmowanych przez Biały Dom. W obecnych warunkach Polska przestała być partnerem dla Stanów Zjednoczonych. Rola naszego kraju dla Amerykanów zdecydowanie straciła na znaczeniu w międzynarodowych stosunkach. Sądzę także, że ta negatywna odpowiedź jest też wynikiem polityki, jaką Polska prowadzi od kilku lat.

Ma Pani na myśli politykę zagraniczną?
- Oraz działania polskiego rządu w sprawie tragedii smoleńskiej. Dlaczego Stany Zjednoczone miałyby zająć inne stanowisko, skoro obecny rząd Donalda Tuska nigdy nie zabiegał o pomoc USA w sprawie wyjaśnienia tej katastrofy?

O rzetelne rozpoznanie sprawy smoleńskiej prosił nie rząd, ale obywatele.
- No więc właśnie. Mam jeszcze inne nieodparte wrażenie. Otóż kiedy czytam oświadczenie Waszyngtonu, mam poczucie, że jest ono sarkastyczne wobec polskiego rządu. Biały Dom wyraźnie daje to odczuć, mówiąc o przyjęciu dla wyjaśnienia tej tragedii Konwencji o międzynarodowym lotnictwie cywilnym, co do której wiadomo, iż nie miała zastosowania i została przyjęta bezprawnie. Dokument ten odnosi się do badań wypadków lotniczych statków cywilnych. Przesłanie Waszyngtonu jest dla mnie jasne - jeżeli Polska przyjęła tę drogę, i na tej podstawie opublikowała swoje raporty, to niech radzi sobie z tym sama.

Polska, czyli rząd?
- Tak. W żadnym razie nie odbieram tego oświadczenia jako wymierzonego przeciwko rodzinom ofiar. Niewątpliwie Stany Zjednoczone bacznie obserwowały i nadal obserwują to, co dzieje się w Polsce wokół kwestii smoleńskiej, widziały tę wielką służalczość ze strony rządu polskiego wobec władz Federacji Rosyjskiej, to wielkie zaufanie, które - podejrzewam - nie występowałoby nigdzie indziej na świecie. I zdając sobie z tego sprawę, mówią nam: "Panie premierze, taką drogę pan wybrał, więc musi sobie pan z tymi wszystkimi konsekwencjami radzić sam". Stąd nawiązania Waszyngtonu do raportu MAK i komisji Millera.

Których fałszywe tezy poszły w świat.
- Naukowcy obecni na konferencji smoleńskiej, która odbyła się w październiku, zwrócili uwagę na to, że w oficjalnych publikatorach międzynarodowych figuruje zapis, iż przyczyną katastrofy była czterokrotna próba lądowania i błędy polskiej załogi. Nie ma o tym mowy nawet we wspomnianych raportach. Natomiast teza ta figuruje w oficjalnej literaturze międzynarodowej. Przy całkowitym braku reakcji ze strony polskiego rządu. Dlatego chciałabym zapytać, gdzie w tym wszystkim jest Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które powinno zrobić wszystko, co możliwe, by tę wersję odkłamać. Niebywałą dla mnie rzeczą jest to, że rządowi Donalda Tuska nie zależy na tym, by sprostować ów fałszywy obraz katastrofy, jaki niesie ze sobą raport MAK czy komisji Millera. Pamiętamy wszyscy, jak mówiono o pijanym generale Andrzeju Błasiku, który pod naciskiem prezydenta zmusił niedoświadczonych i niedouczonych pilotów do lądowania wbrew przepisom, w niesprzyjających warunkach pogodowych. Jest ogromna niechęć ze strony rządowej - w katastrofie zginęli przecież polityczni przeciwnicy obecnej ekipy, nie ma ona więc specjalnego powodu, by się o nich upominać. Niemniej taka postawa rządu wpływa na wizerunek naszego państwa na świecie. Świadczy o ogromnej słabości naszych struktur dyplomatycznych.

W katastrofie zginął jednak obywatel amerykański Wojciech Seweryn i generałowie NATO. Skoro złożono tyle tysięcy podpisów, to czy jednak Biały Dom nie powinien głębiej zainteresować się sprawą komisji?
- Tylko proszę mi odpowiedzieć na pytanie, z kim władze USA miałyby rozmawiać. Stroną do ewentualnych rozmów jest rząd - nie obywatele, rodziny ofiar. Dlatego sądzę, że ta odpowiedź Białego Domu jest to odpowiedź chwilowa w obliczu takiej, a nie innej sytuacji na arenie międzynarodowej.

Sądzi Pani, że ze strony USA padną kiedyś inne deklaracje?
- Dopóki oficjalne czynniki w Polsce, czyli polski rząd nie będzie zainteresowany pomocą i wsparciem ze strony Stanów Zjednoczonych, to Amerykanie nie podejmą żadnych kroków. Na pewno ze strony władz amerykańskich byłoby inne podejście do tej inicjatywy, gdyby było to oficjalne stanowisko polskiego rządu, poparte ewentualnie stanowiskiem innych krajów. A zapewniam panią, że od samego początku były sygnały ze strony innych państw, które deklarowały swoją pomoc w wyjaśnianiu przyczyn katastrofy.

A konkretnie?
- Myślę, że przyjdzie taki moment, kiedy pewne informacje w tym zakresie zostaną odtajnione, wtedy opinia publiczna dowie się, kto oferował taką pomoc i jak został potraktowany.

Petycję do Białego Domu poparło 31 tys. osób. Niewiele było o niej w mediach?
- Mówienie dziś o tym, że mamy pluralizm mediów, jest jakimś nieporozumieniem. Jeżeli chodzi o katastrofę smoleńską, media komercyjne i niestety Telewizja Polska formują przekaz, który ma na celu podważenie i skompromitowanie wszystkich, którzy chcą rzeczowo rozmawiać o tragedii z 10 kwietnia 2010 roku. Nikt w tych publikatorach nie pyta, dlaczego doszło do badań biegłych w Smoleńsku. My możemy tylko przypuszczać, dlaczego miały one miejsce, ale opinia publiczna niekoniecznie. Dlaczego po 25 miesiącach od katastrofy prokuratura wystąpiła o te badania? A przecież te pytania powinny być zasadnicze i kluczowe. A co za tym idzie - powinny paść pytania do osób, które definitywnie wykluczyły udział w katastrofie osób trzecich. Na jakiej podstawie formułowały tak jednoznaczne i kategoryczne opinie? Śledztwo przecież jeszcze się nie zakończyło. Poza niektórymi mediami, jak na przykład "Nasz Dziennik", nie ma właściwie szansy, by porozmawiać o tych kwestiach rzeczowo i fachowo.

Sprawa powołania komisji międzynarodowej jest jednak wciąż otwarta. Co w tej kwestii postanowią rodziny ofiar?
- Na niedawnym spotkaniu rodzin i ich pełnomocników w Sejmie utworzono zespół koordynatorów, podzielono się tematyką. Co do komisji - podjęto próbę rozstrzygnięcia tej sprawy na płaszczyźnie prawnej. Sądzę jednak, że jeszcze nie czas na formułowanie określonych tez. Wyraźnie widać, że nie ma ku temu woli po stronie rządu i sprzyjających mu środowisk. Ale zdaję sobie sprawę także z tego, że ta ich niechęć do rozmów jest jakby naturalna - ci ludzie zostaną kiedyś zapytani przez opinię publiczną, co zrobili w sprawie wyjaśnienia katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku.

Dziękuję za rozmowę.
Anna Ambroziak

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... gtonu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 12 sty 2013, 11:28 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30842
Gdzie jest Zofia Kruszyńska - Gust?

"Miała lecieć z prezydentem. W ostatniej chwili zrezygnowała" - tylko to można w kontekście Smoleńska znaleźć o tej pani. Nie przeprowadzono z nią żadnego wywiadu, nie została też wezwana na przesłuchanie przez ZP. A powinna, bo przecież jej zeznania mogłyby pomóc ustalić przynajmniej godzinę, o której miała się stawić na lotnisku, jak wyglądały przygotowania do wylotu - bo to ona jako jedna z ostatnich miała widzieć prezydenta w piątek wieczór, a jako osoba, która "ustala porządek dnia, umawia wizyty, plan wyjazdów, przynosi prezydentowi dokumenty do podpisu" - powinna znać wszystkie dane dotyczące wylotu delegacji do Smoleńska.

W związku z bombowym zamachem, do którego przekonany jest poseł Macierewicz - tym bardziej zeznania jedynej osoby, która nie stawiła się do odprawy powinny być kluczowe - aby wykluczyć chociażby jej ewentualny udział w zamachu.

Dziwnym trafem też "jedynym ocałym z katastrofy" okazał się Jacek Sasin, który miał przecież w ogóle nie lecieć 10.04.2010, a być już na miejscu dzień wcześniej. Moim zdaniem tą "ocalałą" jest właśnie Zofia Kruszyńska - Gust. Tym bardziej, że jej paszport został znaleziony w Smoleńsku... (nie mogę znaleźć źródła do tej informacji, ale taka informacja się kiedyś pojawiła).


Uzupełnienia:

"Pierwsza to Zofia Gust, szefowa sekretariatu prezydenta, która współpracuje z nim od ponad 20 lat. - Pracowała kiedyś dla Wałęsy, potem dla Kaczyńskiego. Bez niej kancelaria chyba przestałaby funkcjonować - opowiada współpracownik prezydenta. - To ona de facto ustala porządek dnia, umawia wizyty, plan wyjazdów, przynosi prezydentowi dokumenty do podpisu. Bez jej zgody nikt do niego nie wejdzie".

Więcej...http://wyborcza.pl/1,76842,5839014,Nie_ ... z2BSlr0SPc

Maciej Łopiński
"Jak wyglądało pana ostatnie spotkanie z prezydentem?

– Dzień przed katastrofą, w piątek pod wieczór, spotkaliśmy się w Belwederze. Prezydent postanowił popracować tu w spokoju nad swoim wystąpieniem w Katyniu. 70-ta rocznica zbrodni katyńskiej była dla niego sprawą niezwykle ważną, dlatego potrzebował skupienia. Gdy był gotów poprosił mnie i dyrektorkę swego sekretariatu Zofię Kruszyńską-Gust. Siedzieliśmy przy okrągłym stole, w małym pokoju na pierwszym piętrze Belwederu. A Leszek chodził i mówił. Z głowy. Niemal nigdy nie czytał wystąpień z kartki. Tak samo miało być w Katyniu. Krążył więc po pokoju, mówił, a my słuchaliśmy".

http://media.wp.pl/kat,1022943,wid,1352 ... &_ticrsn=5

http://clouds.salon24.pl/478375,gdzie-j ... ynska-gust


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 26 sty 2013, 19:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30842
Trudne początki

„Katastrofa smoleńska” miała tak zagadkowy przebieg, że przez długi czas nie sposób było ustalić ani kiedy dokładnie do niej doszło, ani kiedy dokładnie wyleciał z Okęcia samolot, na którego pokładzie mieli być „wszyscy” z późniejszej „listy pasażerów” (http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzeni ... zasie.html). Jak np. głosił jeden z pracowników obsługi lotniska – prezydencka kolumna miała przybyć ca. 7.25 na Okęcie:

W kilku niezależnych źródłach potwierdziliśmy, że przyczyną wstrzymania startu było spóźnienie się prezydenta Kaczyńskiego i jego małżonki. Kolumna podjechała jak zwykle już na płytę lotniska, pod samolot. – Było około 25 minut po godzinie siódmej– powiedział nam pracownik obsługi lotniska. Sama kancelaria nie odpowiedziała wczoraj na nasze pytania.

Artykuł śledczy R. Zielińskiego z DGP, który te rewelacje zawierał, pochodził z 20-04-2010, nic więc dziwnego, że „pracownik obsługi lotniska”, przywoływany w nim, nie wiedział tego, iż gdyby koło godz. 7.25 podjechała prezydencka kolumna, to już nie załapałaby się na tego tupolewa, co wedle relacji świadków odlatywał o godz. 7.23 – tę ostatnią godzinę ustalono bowiem dopiero jakiś czas później, po dłuższych namysłach i badaniach najlepszych nadwiślańskich ekspertów. To ciekawe zresztą, że tej dokładnej godziny nie znała też albo nie chciała podać (20 kwietnia 2010) prezydencka kancelaria. Pamiętamy zresztą, że nawet posłanka J. Szczypińska w specjalnej interpelacji usiłowała się dowiedzieć na forum sejmowym (jakiś czas po tragedii), o której wyleciał „prezydencki tupolew”; jakby nie wystarczyło wtedy spytać kogoś z odprowadzających delegację, np. A. Klarkowskiego czy M. Martynowskiego (jego osobliwej relacji poświęciłem parę akapitów w Aneksie-3: http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... neks-3.pdf), co to mieli widzieć „wszystkich” i to do samego momentu odlotu.

Problem z ustaleniem godziny „katastrofy” tego samolotu, który z takim opóźnieniami z EPWA wyleciał, miało wiele instytucji, nie tylko (zwykle najlepiej poinformowani) dziennikarze. Wprawdzie jeszcze 20-04-2010 cytowany wyżej Zieliński sytuował „katastrofę” o 8:56, a więc klasycznie jak na wczesną smoleńską narrację (Następnym samolotem, który pojawił się nad smoleńskim lotniskiem, był właśnie prezydencki Tu-154. Według ustaleń wspólnej polsko-rosyjskiej komisji już na 50 km przed lotniskiem (czyli ok. 10 minut przed próbą lądowania) kpt. Arkadiusz Protasiuk usłyszał rekomendację z wieży kontrolnej, aby odlecieć na zapasowe lotnisko. Powód: mgła ograniczyła widoczność na mniej niż 400 m. A to oznaczało przekroczenie progu minimalnych warunków, przy których na tym prymitywnie wyposażonym lotnisku można lądować. Protasiuk zdecydował się jednak lądować. Samolot zahaczył o drzewa i o godzinie 8.56 uderzył w ziemię), to już trzy dni później, zaledwie, pojawiły się problemy związane właśnie z precyzyjną godziną „lotniczego wypadku” (http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzeni ... polew.html). Rzućmy okiem poniżej:

Prokuratura do dzisiaj nie wie, o której godzinie tak naprawdę rozbił się pod Smoleńskiem Tu-154 M. Jak ustalił "Dziennik Gazeta Prawna", godzina 8.56 nie jest prawdziwa. O tej porze jedynie włączono syreny alarmowe. Katastrofa zatem musiała wydarzyć się wcześniej.

Godzinę 8.56 polskiego czasu, jako moment zderzenia samolotu z ziemią kwestionują członkowie polsko-rosyjskiej komisji, do których dotarliśmy. Ten fakt potwierdza także symulacja, którą dla „DGP” przeprowadziła firma FDS OPS. Według niej Tu-154M powinien lecieć z Warszawy do Smoleńska 62 minuty, a zatem wylądować około 8.25 polskiego czasu. Są też inne poszlaki wskazujące na wcześniejszą godzinę katastrofy, jak zerwana linia energetyczna, co odnotowała smoleńska elektrownia.

62 minuty na przelot - też dobrze wiedzieć - przyp. F.Y.M. I lądowanie ok. 8.25. Odejmując więc od tej godz. 8.25 te 62 minuty, to start byłby o 7.23, co z kolei nie za bardzo by pasowało do przywoływanej wyżej w moim poście, tajemniczej relacji „pracownika obsługi lotniska”, który dopiero ok. 7.25 zobaczył na Okęciu mocno spóźnioną, prezydencką kolumnę. W dalszej części artykułu z DGP jeszcze ciekawiej:


„DGP” ustalił, że ani wojskowi prokuratorzy, ani Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego (KBWL LP), ani specjaliści z Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych w Warszawie nie wiedzą, o której godzinie 10 kwietnia doszło do katastrofy samolotu m.in. z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie. Jak ustaliliśmy w źródłach zbliżonych do polsko-rosyjskiej komisji badającej przyczyny katastrofy, godzina 8.56 (10.56 czasu rosyjskiego) nie jest prawdziwa. – To moment, w którym zawyły syreny alarmowe na lotnisku Siewiernyj, ale moim zdaniem samolot rozbił się nawet dziesięć minut wcześniej – tłumaczy ekspert pracujący przy badaniu zapisu trzeciej czarnej skrzynki. I dodaje, że Rosjanie nie przekazali oficjalnej godziny katastrofy.

Odczyt danych ze skrzynki, nierejestrującej głosu, a jedynie podwyższone parametry techniczne lotu, odbywa się w Instytucie Technicznym Wojsk Lotniczych w Warszawie z udziałem strony rosyjskiej. Ich analiza pozwoli stwierdzić, w którym momencie doszło do niecodziennych zachowań w funkcjonowaniu podzespołów Tu-154M. Chodzi głównie o podejście do lądowania lub nagłe opuszczenie klap. To może dać odpowiedź na pytanie, kiedy dokładnie doszło do katastrofy.


Jest więc 23 kwietnia 2010 nie ma jeszcze określenia dokładnej godziny "katastrofy" - przypominam. Samolot spadł i nikomu nie przyszło do głowy, by spojrzeć na zegarek. Nie ma też w tekście ani słowa o telefonie A. Wosztyla z XUBS z godz. 8.42 z informacją o rozbiciu się „prezydenckiego tupolewa” (wspominałem o tej kwestii w Aneksie-4: http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... o-CzsK.pdf, s. 41). I za chwilę pojawia się w artykuleDGP red. W. Bater z nieco rozregulowanym zegarkiem oraz... niezawodny w historii smoleńskiej doc. S. Amielin (piszący na smoleńskim forum jako Aml) z precyzyjnym jak brzytwa ruskim zegarem elektrowni:


Informacje eksperta to niejedyny trop wskazujący na to, że Tu-154M rozbił się znacznie wcześniej, niż myśleliśmy. Innym dowodem jest relacja korespondenta Polsatu News Wiktora Batera, który pierwszy poinformował o katastrofie. – Dostałem telefon o wypadku o godzinie 8.49 – mówi „DGP” dziennikarz, który był wówczas w Katyniu. – 8.56? Ja wiem, że o tej godzinie wszyscy z samolotu już co najmniej od 10 minut nie żyli – mówi Bater. Jest jeszcze jedna poszlaka wskazująca na wcześniejszą godzinę tragedii. – Według informacji, jakie dotarły do komisji badającej przyczyny katastrofy, ok. godziny 8.39 samolot zerwał linię energetyczną przed lotniskiem. Najważniejsze jest teraz sprawdzenie, czy i o której godzinie to zdarzenie zostało zarejestrowane przez elektrownię – twierdzi nasz rozmówca. Zadzwoniliśmy do zakładu elektrycznego SmoleńskEnergo. – Nie możemy udzielić takiej informacji – usłyszeliśmy. Skontaktowaliśmy się z Międzypaństwową Komisją Lotniczą (ros. MAK). – Odpowiedź na to pytanie jest przedmiotem prac śledczych, które jeszcze trwają – oznajmił nam Oleg Jarmołow, zastępca przewodniczącego MAK. Informacje o zerwaniu linii energetycznej przez samolot znaleźliśmy na smoleńskim forum internetowym w wątku poświęconym katastrofie. Użytkownik „Aml” napisał: „Przy upadku samolot zaczepił i zerwał kable elektryczne. Moment uszkodzenia został dokładnie ujęty przez energetyków, z dokładnością co do sekundy. Od nich dostałem te informację: czas tego oberwania nastąpił w okolicach 10:40 (a dokładniej o 10:39:50)”.

I teraz finał ówczesnej opowieści - przyp. F.Y.M.:

Czy istnieje inne wytłumaczenie różnic w godzinie katastrofy? – Według moich informacji prezydencki robił nad lotniskiem trzy okręgi. By sprawdzić czy są warunki do lądowania. To mogło trwać do 10 minut – mówi DGP Michał Makowiecki z firmy FDS OPS zajmującej się planowaniem lotów. Zaprzecza temu były szef 36 pułku – Wiem, że Tu 154 nie „wisiał” nad lotniskiem, a od razu lądował – mówi DGP pułkownik Tomasz Pietrzak. Prokurator Generalny Andrzej Seremet odsyła do prokuratorów wojskowych.

Co na to Naczelna Prokuratura Wojskowa (NPW), której przedstawiciele wrócili wczoraj z Rosji? Nie chcieli z nami rozmawiać. – Jestem zmęczony – powiedział „DGP” płk Zbigniew Rzepa. Chwilę wcześniej Rzepa i Seremet wzięli udział w konferencji prasowej. Przyznali na niej, że nie wiadomo, czy Rosjanie przekażą nam stenogram, elektroniczną kopię lub oryginalne taśmy z nagrań z czarnej skrzynki.

Taka garść cytatów dla odświeżenia pamięci. Nic dziwnego zatem, że smoleńscy leśni dziadkowie, widziani w tylu śledczych materiałach z obrosłą już legendami Anatomią upadku włącznie (a która ma być tłumaczona na wiele języków świata), nie potrafili precyzyjnie ustalić, co, kiedy i gdzie widzieli. Nie oni jedni mieli z tym spore problemy. Na szczęście dzisiaj, po latach, „wiemy wszystko”, że posłużę się cytatem z wypowiedzi mistrza katastrofologii. Wszystko to można było ustalić jednak już w kilka dni po 10-tym Kwietnia, wystarczyło tylko znaleźć operatora radzieckiej telewizji NTV, któremu udało się uchwycić na tle wschodzącego nad Smoleńskiem słońca „krzyż na niebie” pozostawiony przez polskiego tupolewa (http://wiadomosci.dziennik.pl/artykuly/ ... krzyz.html):

Relacja telewizji NTV została przygotowana kilka godzin po katastrofie. Jest w niej mowa m.in. o tym, że na miejscu tragedii spotkali się premierzy: Donald Tusk i Władimir Putin. Jednak pokazane są także zdjęcia nieba nad lotniskiem w Smoleńsku. Widać na nim biały krzyż, który ułożył się z chmur i śladu, który zostawił samolot z polską delegacją na pokładzie.

Jak się domyślamy, „biały krzyż” musiał się ułożyć niedługo po „smo
leńskiej katastrofie”, no bo przecież nie przed nią, gdy była taka złowieszcza mgła. Szkoda więc, że do operatora NTV nie dotarli nasi prokuratorzy, badacze i eksperci. No a przede wszystkim polska dziennikarska brać.

http://freeyourmind.salon24.pl/481371,trudne-poczatki


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 11 lut 2013, 09:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30842
„Ponieważ djabli wiedzą co się na prawdę stało”...

PYTANIA DO MACIEJA LASKA

„Ponieważ djabli wiedzą co się na prawdę stało”.. pisze przesyłający ten tekst Wojciech Hempel....

Jest to uwaga z gruntu słuszna. Po prawie trzech latach od Zbrodni, na Ziemi tylko „djabeł” i jego sługi wiedzą na pewno, co się stało, kto to zaplanował i jak wykonano (na pewno innymi, doświadczonymi rączkami). Ci „słudzy” bawią się „polskimi ekspertami” i opinią jak wściekły kot z poranioną myszką. Oby już niedługo.


Publikuję więc artykuł jednej z tych dwóch stron w sporze „o Smoleńsk”, które usiłują uzurpować sobie monopol na prawdę. Do prawdy tą drogą nie dojdziemy - ale do poznania osób, grup i ich powiązań - na pewno.

O unikach i zamykaniu oczu grupy związanej z Autorem pytań – napiszę oddzielnie.
Mirosław Dakowski

========================

PYTANIA DO MACIEJA LASKA
[Antoni Macierewicz]

Eksperci rządowi premiera Donalda Tuska nie stawili się na debatę zorganizowaną przez młodych naukowców warszawskich uczelni w dniu 5 lutego 2013 r. Wyrażamy zdziwienie, że urzędnicy państwowi unikają konfrontacji ze specjalistami, naukowcami z kraju i zagranicy, pragnącymi przedyskutować kluczowe problemy związane z katastrofą smoleńską. Zebrani na UKSW wysłuchali niezależnych ekspertów Zespołu Parlamentarnego i racji raportu Millera, tak jak zostały one zapisane w dokumencie zatwierdzonym przez Premiera Donalda Tuska. Nie usłyszeli jednak odpowiedzi i wyjaśnień ekspertów Donalda Tuska, gdyż ci na debatę się nie stawili. Ujawnione zasadnicze rozbieżności każą nam postawić szereg pytań do ekspertów rządowych. Przedstawiamy je publicznie, tak jak publiczną powinna być debata na temat największej tragedii, w której poległa polska elita państwowa z Prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele.

Pytamy więc ekspertów rządowych, a w szczególności pana Macieja Laska, który dzisiaj jest wysokim urzędnikiem, podwładnym premiera Donalda Tuska:


1. Twierdzi Pan, że samolot na wysokości 5 metrów nad ziemią zderzył się z brzozą i stracił 6 metrowy fragment skrzydła, co spowodowało obrót samolotu na plecy, beczkę autorotacyjną, uderzenie w ziemię w pozycji odwróconej i w konsekwencji śmierć wszystkich pasażerów. Przedstawia Pan także zdjęcie brzozy ułamanej na wysokości 5 metrów z wbitymi metalowymi fragmentami, twierdząc, że o tę brzozę rozbił się samolot z Prezydentem Polski. Takie właśnie zdjęcie pokazywane jest od blisko 3 lat, począwszy od propagandy rosyjskiej, przez raport Tatiany Anodiny po raport Millera.

Na jakiej podstawie twierdzi Pan, że o tę brzozę rozbił się samolot, skoro:

- prokuratorzy rosyjscy twierdzą, że takiej brzozy nie było, a ta, która stała na działce dr. Bodina, była ułamana 1 metr od wierzchołka;

- 4 lutego potwierdziła to prokuratura polska w komunikacie prok. płk. Rzepy, który napisał, że prokuratura posiada zdjęcie brzozy z działki dr. Bodina, którą samolot miał ściąć na wysokości 9 metrów od gruntu.

Łatwo zauważyć, że na tej wysokości brzoza ma średnicę ok. 10-15 cm i w sposób oczywisty nie mogłaby zniszczyć skrzydła!

- tymczasem Komisja, w której Pan był wiceprzewodniczącym zespołu technicznego, nigdy nie badała brzozy ani skrzydła, co publicznie przyznał polski akredytowany płk. Edmund Klich,

- czarna skrzynka nie odnotowała dźwięku uderzenia w brzozę, a w tym miejscu eksperci Instytutu Sehna w Krakowie odczytali dźwięk „przesuwających się w kokpicie przedmiotów”, który trwa do końca tragedii,

- jedynym źródłem wiedzy o brzozie złamanej na wysokości 5 metrów, która miała spowodować katastrofę TU 154, są zdjęcia Siergieja Amielina, smoleńskiego fotoamatora z 13 kwietnia 2010 r., czyli 3 dni po katastrofie oraz zdjęcia zamieszczone MW pańskim Raporcie i w Raporcie MAK. Wszystkie późniejsze od protokołu i szkicu sytuacyjnego prokuratorów rosyjskich z 10 kwietnia 2010 r.

Na takiej podstawie zbudował Pan tezę wyjaśniającą śmierć polskiej elity narodowej i wyśmiewającą wszystkie naukowe niezależne badania. Prosimy o wyjaśnienie, dlaczego podpisał Pan dokument wprowadzający w błąd rząd i opinię publiczną, dlaczego pokazuje Pan zdjęcie nie mające związku z przyczyną tragedii smoleńskiej, jakie posiada Pan dowody na to, że brzoza ułamana na wysokości 5 metrów zniszczyła skrzydło TU 154 i doprowadziła do katastrofy smoleńskiej?


2. W Raporcie, który pan podpisał, stwierdzono, że generał Andrzej Błasik był w kokpicie, odczytywał wysokości z przyrządów nawigacyjnych oraz informował o stanie widoczności. Wszystkie te stwierdzenia są fałszywe. Wynika to niedwuznacznie z ekspertyzy Instytutu Sehna w Krakowie, która wyjaśniła, że niektóre z tych słów w ogóle nie padły (np. że „nic nie widać”), inne wypowiedział drugi pilot, a generał Błasik nie wypowiadał żadnych odnotowanych słów. Analiza położenia ciała generała Andrzeja Błasika przeczy tezie, że znajdował się w kokpicie, gdyż znaleziono go w okolicy salonki generalskiej, a nie w okolicy kokpitu. Jednoznaczny komunikat przeczący obecności Generała w kokpicie wydała także prokuratura. Mimo to nigdy Pan nie przeprosił za szkalowanie generała Błasika i nadal podtrzymuje Pan w wypowiedziach publicznych domniemanie, że mógł być w kokpicie, co miałoby wynikać „z kontekstu sytuacyjnego”. Dlaczego pan to robi mimo oczywistych dowodów przeciwnych?


3. Dlaczego w raporcie Millera, który pan podpisał sfałszowano trajektorię poziomą lotu, pomijając informację z systemu TAWS nr 38 przed samą szosą Kutuzowa. Sygnał TAWS 38 przesądza o tym, że samolot nie mógł zrobić tzw. beczki autorotacyjnej i zmienić kierunku lotu za tzw. „pancerną brzozą”, lecz leciał prosto jeszcze co najmniej 140 metrów i dopiero potem na wysokości około 36 metrów nad ziemią gwałtownie zmienił kierunek lotu. Dlaczego podpisał Pan dokument, w którym te informacje po prostu wymazano z mapy? Podobnej manipulacji dokonano na ekspertyzie firmy Small Gis, która wskazała, że doszło do dwu eksplozji. Na mapie zamieszczonej w raporcie Millera słowa „wybuch” z ekspertyzy zastąpiono słowami „pożar”. Dlaczego dopuszczono się tych fałszerstw?


4. Pisze Pan, iż „na podstawie zarejestrowanych parametrów lotu ustalono, że przed zderzeniem w ziemię samolot przemieszczał się na wysokości kilku metrów nad wznoszącym się terenem”. Czy mógłby pan wskazać konkretne rejestratory, który podają takie dane? Przecież wie Pan znakomicie, że systemy TAWS i FMS, a także wysokościomierze baryczne odnotowują, iż samolot NIGDY nie zszedł poniżej 18 metrów nad ziemią. Co więcej wie Pan także, że Komisja nie posiada żadnych wiarygodnych danych na temat tego, co działo się poniżej 18 metrów nad ziemią, a wasze twierdzenia są oparte na przypuszczeniach wziętych z analiz fotoamatora Amielina oraz opartych na informacji o uderzeniu w brzozę na wysokości 5 metrów nad gruntem. Wiemy już teraz, że fakty te nie miały miejsca. Jakie więc dane przeciwstawi Pan informacjom z zegarów barycznych i danym zapisanym przez system TAWS w plikach fault. lock wskazujących, że w ostatnich sekundach samolot wznosił się do około 36 metrów nad gruntem i wówczas nastąpiła katastrofa?


5. Pisze pan, że „oględziny wraku samolotu przeprowadzono na miejscu zdarzenia”.

Prosimy o wyjaśnienie, kto personalnie dokonywał ze strony polskich ekspertów w Smoleńsku tych oględzin i badań i kiedy tego dokonał. Prosimy też o wyjaśnienie, gdzie znajduje się jakakolwiek dokumentacja tych badań? Gdzie możemy zapoznać się z raportem, ekspertyzą czy choćby opisem badań i oględzin, o których Pan mówi? Nie ma ich bowiem ani w raporcie Millera, ani w załącznikach dołączonych doń w lipcu 2011 r. zaraz po jego opublikowaniu, ani też w załącznikach do protokołu z badania Komisji, które zostały opublikowane we wrześniu 2011 r. Nie jest też znana żadna inna publikacja zawierająca taki raport, opis czy ekspertyzę.

Pytamy o to dlatego, że płk Edmund Klich, polski akredytowany kierujący pracami ekspertów w tym okresie, napisał w swojej książce „Moja czarna skrzynka”, że takich badań nie prowadzono, że w zespole nie było żadnego specjalisty od takich badań, a pan Wierzbicki, który miał to zrobić po prostu przepisał dane rosyjskie!

Pytamy o to także dlatego, że Pan osobiście i pańscy koledzy eksperci przebywający w Smoleńsku, w lutym 2011 roku w liście do ministra Grabarczyka napisaliście, że nie zbadaliście wraku na skutek niedopełnienia obowiązków przez akredytowanego Klicha. Pański podpis znajduje się pod tym dokumentem. Dlaczego więc, skoro wszystkie dane pochodzą nie z własnych badań, a z informacji rosyjskich, stwierdza Pan, że wrak został przez Was zbadany, że przebadano krawędzie przełomu i sposób odkształceń, i że te badania wykluczyły eksplozje i potwierdziły tezę o katastrofie na skutek uderzenia w ziemię?


6. Nie zbadaliście państwo także silników samolotu, poprzestając na ich zewnętrznym oglądzie i stwierdzając, że pracowały one sprawnie aż do uderzenia w ziemię. Do uderzenia w ziemię sprawne miały być także inne, główne mechanizmy samolotu.

Jeśli tak, to czy mógłby pan powiedzieć, dlaczego ekspertyza ATM, zamieszczona w załączniku do protokołu waszej Komisji stwierdza, że około 40 metrów przed miejscem gdzie znajduje się działka dr. Bodina, doszło do awaryjnych drgań silnika nr. 1 samolotu, znacznie przekraczających dopuszczalne normy a sekundę później analogiczne zjawiska nastąpiły w silniku nr. 3, a wreszcie doszło do awarii w silniku nr. 2 i awarii generatorów prądu?

Podobne informacje zawarte są w zapisach twardych dysków systemu TAWS i FMS, gdzie mówi się o 3 głównych awariach i o nieodczytanych 11 zapisach wskazujących na awarie.

I czy mógłby pan wyjaśnić nam, dlaczego dane zamieszczone w raporcie Millera, podobnie zresztą jak dane zamieszczone w raporcie pani Anodiny w sposób bezsporny stwierdzają, że zasilanie elektryczne ustało, gdy samolot znajdował się 17-15 metrów nad ziemią? Czy uważa Pan, że samolot bez pracujących generatorów, bez zasilania elektrycznego i z silnikami objętymi awarią - to samolot sprawny?


7. Skoro nie zbadali Państwo ani wraku ani miejsca zdarzenia, na jakiej podstawie twierdzi pan, że „uszkodzenia samolotu powstały w wyniku uderzenia w ziemię”?

Czy może Pan wskazać opis oględzin miejsca zdarzenia, obrys i badanie bruzdy wyrytej w miękkiej ziemi przez przemieszczający się na przestrzeni ponad 300 metrów 80 tonowy samolot?

Czy mógłby Pan wyjaśnić skąd wzięły się setki jeśli nie tysiące drobnych szczątków samolotu, wręcz odłamków zaściełających obszar rozciągający się na ponad 800 metrach wzdłuż toru rozpadającego się w powietrzu samolotu? I dlaczego rozłożenie szczątków znacznie przekracza rozstaw skrzydeł samolotu?

Czy mógłby pan wyjaśnić dlaczego liczni świadkowie widzieli eksplozję a nawet rozpad samolotu w powietrzu, w szczególności odpadnięcie jego ogona jeszcze przed upadkiem na ziemię?


8. Pisze Pan także, że „samolot zderzył się z ziemią w pozycji odwróconej”. Czy mógłby pan wyjaśnić skąd ta teza? Nie zbadaliście państwo samodzielnie przyrządów nawigacyjnych. Korzystaliście w tej mierze z ekspertyzy rosyjskiej. Tymczasem parametry lotu zapisane w tzw. polskiej skrzynce produkcji ATM nie wskazują jednoznacznie na przewrócenie się samolotu na plecy. Wiemy już, że nie dokonała tego „pancerna brzoza”, bo nigdy nie została uderzona przez samolot na wysokości 5 metrów i nie mogła złamać skrzydła. Skąd więc teza o uderzeniu w ziemię w pozycji odwróconej samolotu? Dodajmy, że szczątki widoczne na ziemi w zakresie części od kokpitu do skrzydeł leżą w pozycji prawidłowej, podłogą do ziemi, a koła podkokpitowe wręcz stoją na ziemi. Odwrócone są jedynie części od skrzydeł do ogona. Taka pozycja szczątków wskazuje raczej na rozpad w powietrzu niż na uderzenie w pozycji odwróconej, co musiałoby dotyczyć przede wszystkim kokpitu.

Dlaczego więc twierdzi Pan, że szczątki samolotu nie wskazują na wybuch, a przeciwnie świadczą, że go nie było, a uszkodzenia powstały na skutek uderzenia w ziemię, skoro tylna część kadłuba leży z wywiniętymi na zewnątrz burtami, co mogło powstać tylko na skutek eksplozji?


9. Stwierdza pan, że nie doszło do wybuchu i powołuje się na badania wojskowego Instytutu Chemii i Radiometrii, który w czerwcu 2011 r. miał dokonać stosownych badań wykluczających obecność śladów materiałów wybuchowych na wraku i szczątkach ofiar. Dlaczego jednak nie informuje pan słuchaczy, o tym, że Instytut ten zbadał jedynie 8 przedmiotów pochodzących z rzeczy należących do ofiar, były to: parasolka, część buta, banknoty, fragment swetra i kartki książki. Nie wiadomo, z jakiej części terenu katastrofy pochodzą te rzeczy, a przede wszystkim nie ma wśród nich ani foteli, ani tapicerki samolotu, ani metalowych części wraku. Krótko mówić badania te nic nie mówią o szczątkach samolotu. Równocześnie nie mówi Pan o tym, że spektrometry używane przez ekspertów prokuratury we wrześniu i w październiku 2012 roku wskazały na wraku samolotu i na 63 jego fotelach kilkaset śladów materiałów wybuchowych, a zwłaszcza trotylu i nitrogliceryny.

10. Czy właśnie dlatego, że nie potrafi Pan odpowiedzieć na te pytania, nie zdecydował się Pan na publiczną, otwartą polemikę z niezależnymi naukowcami? A może przeszkodą była Pana funkcja rządowa?

Z należnym szacunkiem
Zespół Parlamentarny ds. wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej.
Antoni Macierewicz


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 12 lut 2013, 22:26 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3210
Rozmowy niedokończone - O najnowszych wynikach badań w sprawie katastrofy smoleńskiej

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 21 lut 2013, 08:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30842
Gargas jak Gorożanin

Yurko

...Pani Anita Gargas w swych filmach próbuje rekonstruować hipotetyczne zdarzenia w Smoleńsku wyraźnie podporządkowując wizję lokalną i zeznania świadków pod jedną, "wybuchową" tezę. Nie wspomina już świadków do których dotarła wcześniej, a którzy "katastrofy nie widzieli, a inne rzeczy..."). Epatuje kadrami niszczenia - bezczeszczenia wraku (burta w której wybijano okna) i cięcia na kawałki. Utrwala w ten sposób w świadomości widza obraz, jakoby przykładowy fragment samolotu był na polanie smoleńskiej (w domyśle) od początku.

Podobnie jak Gargas, bloger Gorożanin - także epatuje bezczeszczeniem - ale ciał ofiar (a ma materiały ewidentnie od służb rosyjskich). Zarówno jednak reżyserka ani Gorożanin nie podają skąd burta z 10 oknami (wybijanymi) wzięła się na polanie, kiedy ani na mapie satelitarnej z obrazem szczątków, ani na filmie z pierwszych chwil "po" takowej burty nie ma, i nie podają w jaki sposób ciała tam się znalazły skoro nie było ich wcześniej, Nie było kadłuba, nie było ciał. (Błędne jest też myślenie, że ciała jednak były, a kadłub został roztrzaskany). Niestety schemat utrwalony i puszczony w eter.

Twórczyni "Anatomii Upadku" powinna wiedzieć że:

...związek między jakością startu, lotu samolotu i jego lądowaniem musi być oczywisty. Lądowanie jest zawsze skutkiem startu samolotu i badanie przyczyn katastrofy MUSI PRZEBIEGAĆ CHRONOLOGICZNIE – od momentu przygotowania samolotu do lotu oraz startu, to łącznie z kontrolą stanu fizycznego wszystkich osób bez wyjątku, które weszły na pokład samolotu. (...)

...„beczka” skutkiem wybuchów jest dużo bardziej absurdalna niż „beczka” skutkiem kolizji z brzozą. Głównym celem technicznym tego oszustwa w oszustwie, jakim są „wybuchy” są („wybuchy” versus „brzoza”), było pozbycie się problemu ze wznoszeniem samolotu oraz efekt propagandowy odkrywców eksplozji bomb w samolocie.

...Absurdem, wręcz żenadą jest zastosowanie wybuchów i sugerowanie, że tak sfragmentowana masa strzępów samolotu pozbawiona spójności konstrukcyjno-funkcyjnej jednak dalej leci w sposób zsynchronizowany, robi zakręt również w sposób zsynchronizowany oraz przewraca się na plecy, również w sposób skoordynowany z resztą rozpadającego się samolotu. Układ rozrzutu fragmentów kadłuba też w niczym nie przypomina tego, że nastąpił wybuch w trakcie lotu.

Brak ciał ofiar i ich fragmentów porozwieszanych na okolicznych drzewach, co byłoby skutkiem eksplozji w kabinie, rozerwania jej na wysokości 30 metrów wskazuje surowo na to, że na pokładzie tego lotu fikcji i wybuchu fikcji nie było rzeczywistych ludzi.

Nie jest zasadne utożsamianie miejsca odnalezienia ciał osób zaginionych z miejscem, w którym osoby te zakończyły życie – jak to się czyni przy podawaniu oficjalnej wersji zdarzeń.

Miejsce odnalezienia ciał zaginionych nie jest nigdy automatycznie miejscem ich zgonu, co prokuratura musi rozumieć i zaakceptować.

(inż. K. Cierpisz, http://zamach.eu/130213/Untitled_1.html , gazetawarszawska.com - zawiadomienie do prokuratury...)
........................................

Wybuchową teorię miał wesprzeć news o zniszczonych pęcherzykach w płucach Ofiar. Polecam zatem opracowanie: Pęcherzyki płucne a gaz bojowy.

Co mogłoby spowodować w takim razie zniszczenie pęcherzyków płucnych? Poza długoletnim paleniem papierosów lub utonięciem – mieszanka gazu bojowego z fosgenem. Do spowodowania nagłego zgonu człowieka wystarczy 0,1 g fosgenu w 1 ml powietrza. Podczas I wojny światowej był wykorzystywany jako najskuteczniejszy gaz bojowy (...) więcej: Wyjaśnia tę kwestię blogerka IntheClouds http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=100 (Clouds)

Kardynalne błędy komisyjne lub "przeoczenia" (dotyczy komisji i dziennikarzy śledczych)

1. Przyjęto za pewnik podawane przez media i MAK/Anodinę godziny wylotu i rozbicia się samolotu rządowego, którym miał być TU154M nr boczny 101.

2. Przyjęto za pewnik ścieżkę podejścia podaną przez Rosjan, nie mając oryginału czarnej skrzynki.

3. Nie wykonano inwentaryzacji fragmentów wraku zalegających na płycie lotniska na Siewiernym, a jest to możliwe na podstawie ogólnie dostępnych fotografii.

4. Tych fragmentów nie porównano z leżącymi na polanie przy lotnisku "tuż po" tzw "katastrofie" według ich liczby i wyglądu w oparciu o choćby zdjęcia satelitarne z Raportu Anodiny i "pierwszych chwil po", nakręconych przez montażystę S. Wiśniewskiego.

5. Wyciągano wnioski na podstawie "wyglądu" "katastrofy" w dniach kolejnych (11, 12, 13 i 14 kwietnia), a nie zaraz po "katastrofie".

6. Nie skonfrontowano danych czasowych podanych przez MAK z danymi zawartymi w raporcie Millera.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=100


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 23 lut 2013, 19:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30842
Pilot tupolewa przerywa milczenie: w Smoleńsku wydarzyło się coś „ekstremalnego”

W raporcie komisji Jerzego Millera postawiono bardzo krzywdzące tezy – powiedział ppłk Bartosz Stroiński. Dowódca eskadry rozwiązanego 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego na łamach jednego z tygodników po raz pierwszy publicznie zabrał głos na temat katastrofy smoleńskiej.

Akcentował m.in., że nieprawdziwe jest chociażby twierdzenie, iż piloci byli źle wyszkoleni; fałszywa jest także teza, która wynika z raportu, że załoga robiła wszystko żeby się zabić.
Ten wywiad ma fundamentalne znaczenie i uzupełnia tezy parlamentarnego zespołu wyjaśniającego przyczyny katastrofy – mówi kierujący jego pracami poseł Antonii Macierewicz.

- Mamy tutaj potwierdzenie wszystkich hipotez, które w ostatnich latach formułował także zespół parlamentarny i zaprzeczenie wszystkim absurdalnym tezom, jakimi posługiwali się eksperci Donalda Tuska i Władimira Putina dla oskarżenia polskich pilotów. To są oskarżenia niesprawiedliwe, niemające żadnego zakorzenienia w rzeczywistości. Są to w istocie pomówienia - powiedział poseł.
Ppłk Bartosz Stroiński wskazał w wywiadzie, że komenda „odchodzimy”
– która padła też w Smoleńsku – jest dla pilota świętością i musiało się wydarzyć coś ekstremalnego, że po takich słowach samolot leciał dalej.

- Ppłk Stroiński mówił o czymś ekstremalnym; porównuje to do sytuacji porwania, bo tylko takie wydarzenie mogłoby doprowadzić do tego, żeby komenda „odchodzimy” nie została wykonana. Nasi eksperci wskazują na potencjalną możliwość zamachu; możliwość, że doszło do tego na skutek dwóch eksplozji. Ten wywiad dopiero rozpoczyna badanie tego, jak zachowywali się piloci i jakie były przyczyny tych zachowań – powiedział poseł Antoni Macierewicz.

Ppłk Bartosz Stroiński 7 kwietnia 2010 r. lądował w Smoleńsku z premierem Donaldem Tuskiem na pokładzie. Pierwotnie to on miał również pilotować samolot lecący do Smoleńska 10. kwietnia.

http://www.radiomaryja.pl/informacje/pi ... remalnego/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 03 kwi 2013, 20:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30842
3 rocznica z cieniem Sikorskiego i MSZ

Za kilka dni miną 3 lata od Katastrofy Smoleńskiej. Nie będę uczestniczyć w rocznicowych obchodach bo wyjeżdżam. Nie jestem w stanie jednak pominąć tej okazji dla przypomnienia kilku szczegółów, które być może otworzą oczy ( bądź zmuszą do zastanowienia się nad koniecznością rewizji swoich przekonań) wszystkim kpiącym z rzeszy Polaków dążącym do wyjaśnienia przyczyn dramatu. Bo w miarę ujawniania coraz to i nowych szczegółów docierających do opinii publicznej; oficjalna wersja wydarzeń z dnia 10 kwietnia staje się coraz wyraźniej jedynie programem sekty Millera, Anodiny obecnie firmowanej przez Laska. Niestety coraz wyraźniej widać udział w budowie ideologii owej sekty wysokich urzędników państwowych. Co gorsza- z Polski.

Nie będę skupiać się na technicznych niespójnościach związanych z badaniem katastrofy.Skupię się na dziwnych elementach dotyczących składu komitetu powitalnego z Polski na płycie lotniska i sposobie oraz treści informacji o wydarzeniu przekazywanych do Polaków. Rzutujących na to, co przedostało się do światowej opinii publicznej umożliwiając od początku kłamliwą narrację o przyczynach i skutkach.

Kto, kiedy i czego się dowiedział?A co powiedział innym

Na lotnisku oczekiwał na samolot Górczyński, który miał z pierwszej ręki informacje od Pawła Kozłowa, odpowiedzialnego ze strony rosyjskiej za bezpieczeństwo prezydenta Lecha Kaczyńskiego. I to on uruchamia system powiadamiania.

Górczyński„ Ja zadzwoniłem o 10:43 [czasu moskiewskiego] do dyrektora [Jarosława] Bartkiewicza i powiedziałem mu, że samolot się rozbił i że jest rozbity na kawałki.

Kolejne telefony wykonuje do Wiktora Batera oraz Tadeusza Stachelskiego. (niejasne jest dlaczego Bater mówi otrzymaniu informacji już o 8.40…..)

Około godz. 10:45 otrzymałem telefon od Dariusza Górczyńskiego, który był w składzie osób witających prezydenta na lotnisku. Powiedział, że samolot się rozbił i leży kołami do góry” – zeznał Tadeusz Stachelski z Wydziału Wizyt Protokołu Dyplomatycznego MSZ. (ciekawe jak mógł ktoś zobaczyć konfigurację w jakiej leżał wrak skoro mgła była choć oko wykol, a na miejscu nie było jeszcze żadnych służb- wg raportów)

O 8.46 Ktoś odsłuchuje pocztę głosową w telefonie prezydenta Kaczyńskiego **



**Wg doniesień "Naszego Dziennika", którego dziennikarze twierdzą, że tuż po katastrofie ktoś na terenie Rosji manipulował przy telefonie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, między innymi odsłuchując prezydencką pocztę głosową. Według ustaleń gazety, zrobiono to po raz pierwszy już pięć minut po katastrofie, czyli o 10: 46 czasu moskiewskiego.

Bartkiewicz dzwoni do Sikorskiego około 10.50 (Wg zeznań Bahra).

Sikorski jest więc powiadomiony o katastrofie. Wie, Że samolot rozpadł się na kawałki, ale nie ma żadnych informacji od Bahra (w tym czasie ambasador jest już w drodze na miejsce katastrofy) i nie ma prawa mieć wiedzy na temat ani przyczyn ani skutków tego co się wydarzyło.

Kolejnym źródłem informacji dla Sikorskiego jest CO MSZ i ambasador Bahr.

08:52:53 – 08:53:18

Połączenie odebrane przez Centrum Operacyjne

Pracownik CO: Centrum Operacyjne MSZ słucham

Minister Radosław Sikorski: Czołem Sikorski

P.CO: Dzień dobry Panie Ministrze

MRS: Co wiemy o tym wypadku w Smoleńsku?

P.CO: Jeszcze nic nie wiemy Panie Ministrze

W tym czasie BOR odpowiedzialny za bezpieczeństwo Prezydenta nie wie nic: „W drodze do bramy Kąkolewski dwa razy wykręcił numer Jarosława Florczaka, funkcjonariusza, który leciał Tupolewem. Sygnał był normalny, ale „Florek” już nie odbierał. Chwilę później połączył się z warszawskim Centrum Kierowania BOR.

- Rosjanie mówią, że samolot z prezydentem miał problemy z lądowaniem. Wiecie coś o tym? - spytał.

- Nic nie wiem – odpowiedział zaskoczony Waldemar Tuszyński, oficer operacyjny. Zegar w jego biurze wskazywał 8.55.”



O 8:59 Sikorski dzwoni do marszałka Komorowskiego (autoryzowany wywiad T. Torańskiej z Komorowskim).Komorowski mówi” „Sikorski powiedział, że ma wiadomość od Bahra (...) że doszło do wypadku prezydenckiego samolotu. Ale nie wie z jakimi konsekwencjami”.

(Z ujawnionych stenogramów z CO wiemy, że pierwszy kontakt z Bahrem Sikorski miał dopiero o godzinie 9.07 )

09:02:53 – 09:03:51

Połączenie nawiązane przez Centrum Operacyjne

Minister Radosław Sikorski: Halo

Pracownik CO: Dzień dobry Panie Ministrze Centrum Operacyjne. Rozmawiałem przed chwilą z szefem konsulatu i z attache w Smoleńsku. Powiedzieli, że z wieży kontrolnej dostali informację, to było 15 minut temu, zdarzenie, że prawdopodobnie samolot zaczepił o drzewa przy lądowaniu i spadł.

MRS: Jezus Maria! (szept)

P.CO: Nic na razie więcej nie wiedzą, no tam się jakieś szaleństwo rozpoczyna. Powiedzieli..

MRS: Ale, ale, ale jest wypadek, to jest rzecz potwierdzona niestety?

P.CO: Mówią, że taką informację z wieży dostali.

MRS: Jasne. Ja poinformowałem już Ministra Klicha. Proszę, ja muszę rozmawiać z Premierem i z Marszałkiem Sejmu (Jak wynika z wypowiedzi Komorowskiego on już od kilu minut wiedział o tym co wydarzyło się w Smoleńsku. Bez szczegółów.)

Tymczasem dzwoniąc rano 10 kwietnia 2010 r. do Jarosława Kaczyńskiego, szef MSZ stwierdził, że nikt nie przeżył katastrofy oraz że przyczyną tragedii był błąd pilotów.

Podobna nieco tylko bardziej rozbudowana wersja wydarzeń pojawiła się w ujawnionym przez śp. generała Petelickiego smsie skierowanym do posłów PO: „Katastrofę spowodowali piloci, którzy zeszli we mgle poniżej 100 metrów. Do ustalenia pozostaje, kto ich do tego skłonił" - mieli przeczytać wszyscy politycy PO tuż po katastrofie, jako instrukcję do rozmów z mediami. Treść SMS-a Petelicki (zapewnia, że ma go w swoim telefonie) ujawnił w wywiadzie, który ukazał się na stronach internetowych tygodnika, „Wprost”, ale tego samego dnia zniknął”(RP).

Z tego harmonogramu kontaktów wynika, że najszybciej i najlepiej powiadomioną o katastrofie osobą z kręgu władzy w Polsce był minister Sikorski. Wiemy też, że wg oficjalnych informacji nie mógł informować prezesa Kaczyńskiego o śmierci Prezydenta RP oraz o przyczynach katastrofy. Na tym etapie można było jedynie powiedzieć, że katastrofa miała miejsce i nic więcej nie wiadomo w szczegółach. Minister musiał mieć pewność w momencie przekazywania informacji, że będzie ona potwierdzona.(I została. Raportem Anodiny i Millera.)Dziwnym trafem niema korespondencji mailowej z pierwszych godzin po katastrofie. W CO MSZ nie działał..internet.

Niedawno pisałam o dziwnym składzie korpusu dyplomatycznego oczekującego na Tu 154 M w Smoleńsku.**** Wg orzeczenia sądu głównym koordynatorem przebiegu rosyjskiej części wizyty był Departament Wschodni MSZ, czyli Jarosław Bartkiewicz. Dobry znajomy agenta Turowskiego i Jerzego Drozda. W połączeniu z dziwnymi wydarzeniami związanymi z udziałem w zabezpieczaniu miejsca katastrofy przed bezpośrednią inwentaryzacją polskich śledczych -przetrzymanie przez ludzi z Ambasady RP polskich śledczych w hangarze i ludzi próbujących stworzyć dokumentację fotograficzną i filmową (Wiśniewski i dwoje pracowników MSZ) mamy obraz „ochrony polskich interesów w Rosji” inaczej…. Wszelkie koniunkcje łączą te dziwne postawy z Sikorskim i jego podwładnymi.

Od początku kiedy tworzyłam przed trzema laty harmonogram wydarzeń pisałam, że wiele elementów wskazuje na to, iż katastrofa wydarzyła się wcześniej niż podają oficjalne źródła. Mimo pełnej wiedzy o fałszywości podano nam i utrzymywano przez 4 tygodnie godzinę 8.52. Nikt nie zdementował sensacji ND o 8.46 Jako godzinie odsłuchania poczty głosowej z telefony polskiego Prezydenta. Nadal więc możemy sądzić, że obecnie obowiązujące i podobno potwierdzone zapisami w skrzynkach Tupolewa czasy są wątpliwe. W miarę upływu czasu od katastrofy pojawia się też coraz więcej wątpliwości co do wiarygodności wielu dokumentów rosyjskich. A w związku z tym ustaleń okoliczności katastrofy.

Do dzisiaj nikt nam jasno nie odpowiedział na wszystkie zastrzeżenia zawarte w uwagach polskich prokuratorów do raportu MAK. A przecież oni ni pozostawili tzw. suchej nitki na bazie informacji użytych do zawartych w raporcie wniosków. Ba, jak wiemy -z informacji od z Prokuratury Wojskowej-w czasie formułowania raportu przez grupę Millera, której tak stanowczo bronią obecnie zgodnie Maciej Lasek i Donald Tusk – nikt ze strony rosyjskiej tej dodatkowej i niezbędnej wiedzy Polakom nie udostępnił. Wniosek jest jeden: skoro polscy prokuratorzy podważyli rosyjskie ustalenia i jakość dokumentów użytych do wniosków końcowych określających przyczyny katastrofy, a nic się w jakości i zestawie materiałów do wniosków nie zmieniło-= oto oznacza, ze raport Millera jest tak samo niewiarygodny jak całość pracy Anodiny i MAK.

Paradoksalnie to właśnie uwagi polskich prokuratorów winny stać się powodem najskuteczniejszych wniosków do prokuratury o wprowadzanie w błąd w śledztwie smoleńskim …..

O tych polskich uwagach do raportu Anodiny było bardzo cicho Tylko raz premierowi się wymsknęło, ze wobec tych uwag raport MAK jest nie do przyjęcia w tej formie.. Potem zapadła cisza nad uwagami… Nie przetłumaczono ich na język angielski, tak aby specjaliści od badania wypadków na świecie nie dowiedzieli się, że polscy śledczy w ramach odruchu przyzwoitości napisali jasno: raport trzeba napisać od nowa.

Musiała zapaść cisza: wszak Miller oparł się na tak samo wybrakowanych elementach dokumentacji co Rosjanie. Bo własnych badań nie ekipa Millera nie robiła.

Między innymi dlatego ,ze nie miała wsparcia polskiego MSZ . I znowu wracamy do przysłowiowego jaja. Które w tym przypadku nieznośnie śmierdzi na odległość nieświeżością…

Sekta Laska, chwilowo śpiąca w ukryciu – jest budzona wezwaniami Donalda Tuska do większej aktywności. Jako pierwszy dał głos prof. Artymowicz. Tuba Komisji i giermek oficjalnej narracji. Dał głos w najnowszej Polityce.(Panu Artymowiczowi polecam właśnie polskie uwagi do raportu MAK.)

W 3 rocznicę Tragedii Smoleńskiej jestem jeszcze mocniej niż wcześniej zdeterminowana do popierania każdego wniosku o powołanie międzynarodowej grupy ekspertów do wyjaśnienia przyczyn katastrofy.

Bo w oficjalnej narracji od początku nic się nie zgadza… Nie tylko opis technicznych zdarzeń, ale także opisy miejsc i czasu wydarzeń..

Rodzin Ofiar możemy przyrzec jedno: będziemy wspierać Państwa w Waszych słusznych zadaniach do pełnej prawdy o wydarzeniach z dnia 10 kwietnia 2010 roku.



*Była gęsta mgła i z upływem czasu się pogarszała - zeznawał Górczyński. Dodał, że w specjalnym namiocie czekał na przylot prezydenta z przedstawicielami rosyjskiego rządu oraz z Pawłem Kozłowem - oficerem Federalnej Służby Ochrony odpowiedzialnym za bezpieczeństwo Lecha Kaczyńskiego. Rosyjski oficer, powołując się na kontrolerów lotu z lotniska, utrzymywał, że Tu-154M zostanie wysłany na jedno z zapasowych lotnisk." (18)

**Wg doniesień "Naszego Dziennika", którego dziennikarze twierdzą, że tuż po katastrofie ktoś na terenie Rosji manipulował przy telefonie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, między innymi odsłuchując prezydencką pocztę głosową. Według ustaleń gazety, zrobiono to po raz pierwszy już pięć minut po katastrofie, czyli o 10:46 czasu moskiewskiego.

*** MRS: Jasne. Ja poinformowałem już Ministra Klicha. Proszę, ja muszę rozmawiać z Premierem i z Marszałkiem Sejmu P.CO: Dobrze

MRS: Proszę też swoimi kanałami mnie łączyć

P.CO: Dobrze, zaraz do Premiera spróbujemy. Dziękuję bardzo.

09:07:53 – 09:10:35

Połączenie nawiązane przez Centrum Operacyjne

Ambasador Jerzy Bahr: Tak słucham

Pracownik CO: Dzień dobry Panie Ambasadorze, Centrum Operacyjne MSZ z tej strony

AJB: Tak

P.CO: Coś wiemy więcej w tej chwili?

AJB: No w tej chwili ja stoję, samolot jest całkowicie rozbity, stoimy w odległości 150 metrów, nie ma żadnego śladu życia, ugasili pożar, który był w przedniej części i to jest wszystko. Otoczone to jest już przez straż pożarną i..

P.CO: A czy to jest pewne, że to był ten samolot?

AJB: Proszę?

P.CO: Czy to jest pewne, że to był ten nasz samolot?

AJB: Nie no naturalnie, że to jest ten samolot.. (w tle P.CO: wiadomo) ..tak

P.CO: Panie Ambasadorze czy rozmawiał Pan z Ministrem?

AJB: Jeszcze nic nie rozmawiałem

P.CO: Dobrze. Proszę bardzo zaczekać moment przy telefonie, spróbuję przełączyć

próba przełączenia rozmowy do Ministra Radosława Sikorskiego

P.CO: Zajęty jest niestety telefon u Ministra

AJB: Tak

P.CO: Rozmawia najwyraźniej z kimś innym. Czyli tak. Panowie jesteście.. ja podsumuję Panowie jesteście 150 metrów od samolotu, pożar został ugaszony, nie widać śladów życia

AJB: Tak, samolot został całkowicie zniszczony

P.CO: Czy to wiadomo było.. czy widać było katastrofę?

AJB: Myśmy słyszeli tylko jak przelatywał nad lotniskiem nisko, potem wszystkie samochody zaczęły jechać w tamtym kierunku..

P.CO: Przepraszam Panie Ambasadorze, mam Ministra na linii

AJB: Dobrze

P.CO: (w tle – przez drugi telefon) Panie Ministrze, Mam Ambasadora, mogę przełączyć z drugiego telefonu? To już rozłączamy się i za chwilę dzwonię

łączenie rozmowy

Minister Radosław Sikorski: Halo

Pracownik CO: Już, już łączę z Ambasadorem

09:09:57 – 09:10:2

Połączenie odebrane przez Centrum Operacyjne

Pracownik CO: Centrum Operacyjne

Minister Radosław Sikorski: Sikorski

P.CO: Panie Ministrze, tak

MRS: Czy są jakieś nowe informacje?

P.CO: Już daję kolegę, który właśnie ma Ambasadora na linii

P.CO: Panie Ministrze, mam Ambasadora na linii, czy mogę przełączyć z drugiego telefonu?

MRS: Bardzo proszę

P.CO: To już rozłączamy się i za chwilę dzwonię

09:31:13 – 09:32:37

Połączenie nawiązane przez Centrum Operacyjne

Minister Radosław Sikorski: Halo

Pracownik CO: (...) z tej strony, Centrum Operacyjne. Panie Ministrze, mam listę pasażerów (w tle MRS: tak), którzy znajdowali się na pokładzie. W jaki sposób mogę Panu dostarczyć tę listę?

MRS: Proszę mi przesłać mailem. A proszę mi jeszcze powiedzieć kto jeszcze był?

P.CO: Kaczyński, Pani Prezydentowa oczywiście, Kaczorowski Ryszard (w tle MRS: Boże).. lista pasażerów jest bardzo długa, także przeczytanie tych nazwisk.. trudno mi teraz wyłonić istotne osoby, jest 89 nazwisk.

MRS: Jasne. Proszę mi przesłać mailem.

P.CO: Panie Ministrze, tylko że mamy problem. W tej chwili jest naprawa w MSZ, maile nie działają.

MRS: Cholera (szept)

P.CO: Zostaliśmy odcięci w ogóle, centrala od prądu, powikłania po pogodowej awarii

MRS: Faksy?

P.CO: Faks działa, także ewentualnie mogę wysłać na podany numer

MRS: Dobra, to za chwilę dobra? Ja oddzwonię za chwilę, bo muszę uruchomić faks.

P.CO: Proszę.. jeszcze mam pytanie. Czy Pan Minister rozmawiał już z Premierem?

MRS: Premier wie, Marszałek Sejmu wie i osobiście poinformowałem Jarosława Kaczyńskiego

P.CO: Rozumiem, dziękuję za tę informację

MRS: Dziękuję

09:33:22 – 09:34:08

Połączenie nawiązane przez Centrum Operacyjne

Jarosław Kaczyskiń: Halo

Pracownik CO: Dzień dobry Panie Prezesie, Centrum Operacyjne MSZ z tej strony. Minister Sikorski chciałby z Panem rozmawiać

JK: Proszę bardzo

P.CO: Dziękuję

łączenie rozmowy

Minister Radosław Sikorski: Halo

P.CO: Centrum Operacyjne z tej strony, mam na linii Panie Ministrze Pana Jarosława Kaczyńskiego

MRS: Ale ja już rozmawiałem. Okʼay. Proszę łączyć.

****http://1maud.salon24.pl/497020,aktywnosc-sluzb-ze-smiercia-sekty-laska-tle

http://niezalezna.pl/26327-rosyjski-kurs-sikorskiego

http://perlyprzedwieprze.salon24.pl/404 ... ruga-stope

http://normalny.nowyekran.pl/post/78849 ... i-oszustem

http://www.rp.pl/artykul/642925.html

http://1maud.salon24.pl/497876,3-roczni ... iego-i-msz


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 17 kwi 2013, 06:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30842
Kto tu wariat?

Raport rozbieżności

Czym różnią się ustalenia MAK, komisji Millera i polskiej prokuratury?

Czas katastrofy

Przez pierwsze dni po katastrofie uznawano godzinę 8.56 czasu polskiego (10.56 czasu moskiewskiego). Potem – 8.40.23 kwietnia 2010 r. Wojskowa Prokuratura Okręgowa prowadząca śledztwo na podstawie odczytu z czarnych skrzynek uznała za czas katastrofy godz. 8.41:5.

Naciski na załogę

Rosyjski Międzypaństwowy komitet Lotniczy: naciski bezpośrednie na pilotów wywierał dowódca Sił Powietrznych gen. Andrzej Błasik.

Komisja Badania Wypadków lotniczych lotnictwa państwowego: nie było presji bezpośredniej, była presja pośrednia związana z rangą lotu, obecnością najważniejszych osób w państwie na pokładzie i wagą uroczystości.

Prokuratura wojskowa: nie ma żadnych dowodów na to, że do katastrofy doprowadziły naciski na załogę.

Kwestia alkoholu we krwi generała Andrzeja Błasika

MAK: we krwi generała wykryto alkohol etylowy: 0,6 promila.

Polskie uwagi do projektu raportu końcowego MAK: o wynikach badań stężenia alkoholu etylowego we krwi dowódcy Sił Powietrznych nie można się wypowiedzieć ze względu na brak dokumentacji źródłowej (brak autoryzowanych wyników badań toksykologicznych oraz informacji, kiedy i jak zabezpieczono materiał do badania. Nie można wykluczyć, że alkohol wykazany podczas autopsji mógł mieć pochodzenie endogenne).

Prokuratura wojskowa: weryfikacja wyników rosyjskich badań trwa.

Głos gen. Andrzeja Błasika

MAK: generałowi Błasikowi przypisano jedną frazę:

10.39:0,7,5 s (czas moskiewski) Mechanizacja skrzydła przeznaczona jest….

KBWLLP: generałowi Błasikowi przypisano 3 frazy:

6.40:26,5 Dwieście pięćdziesiąt

6.40:44,5 Sto metrów

6.40:51,0 Nic nie widać.

Prokuratura wojskowa:Ekspertyza IES – brak fraz zidentyfikowanych jako głos Andrzeja Błasika.

Dwieście pięćdziesiąt – mówi drugi pilot.

Mechanizacja skrzydła – mówi nawigator.

Sto metrów – mówi nawigator.

Nic nie widać – nie ma takiej frazy.



Obecność materiałów wybuchowych na wraku

MAK: nie wykryto żadnych śladów materiałów wybuchowych.

Polskie uwagi do projektu raportu końcowego MAK: dane na temat ekspertyz batalistycznych i pirotechnicznych są faktycznie nie do zweryfikowania przez stronę polską ze względu na nieudostępnienie przez stronę rosyjską materiałów źródłowych.



KBWLLP: we wraku nie stwierdzono śladów detonacji materiałów wybuchowych ani paliwa lotniczego; polscy eksperci dysponowali jedynie próbkami z kadłuba samolotu, które pobrała strona rosyjska.



Prokuratura wojskowa: biegli prokuratury pobrali ponad 200 próbek ze szczątków wraku, na czytnikach detektorów wyświetlił się napis „TNT” (2,4,6-trinitrotoluen), prokuratura czeka na opinię biegłych.

Wieża kontroli lotów lotniska Smoleńsk Północny

MAK: wieża nie wyraziła zgody na lądowanie ze względu na niesprzyjające warunki atmosferyczne; podawała polskiej załodze dane meteorologiczne, z których wynikało, że lądowanie tam jest niemożliwe.

KBWLLP: wieża nie reaguje na niewłaściwe położenie samolotu względem ścieżki i osi pasa. Kontroler podaje informacje o prawidłowym położeniu samolotu na ścieżce schodzenia i kursu, co mogło utwierdzać załogę w przekonaniu o prawidłowym wykonywaniu podejścia, gdy w rzeczywistości samolot znajdował się poza strefą dopuszczalnych odchyleń; niepoinformowanie załogi przez wieżę o zejściu poniżej ścieżki schodzenia i zbyt późna komenda: „Horyzont”.

Prokuratura wojskowa: pracę wieży analizuje zespół biegłych, na razie brak wiążących rozstrzygnięć.

Brzoza

MAK: samolot uderzył lewym skrzydłem o drzewo, co było bezpośrednim powodem jego upadku. Brzoza została złamana na wysokości około 5 m nad powierzchnią gruntu.

KBWLLP: samolot uderzył lewym skrzydłem o brzozę, co było bezpośrednim powodem jego upadku. Brzoza została złamana na wysokości 5,1 m nad powierzchnią gruntu.

Prokuratura wojskowa: brzoza została przełamana na wysokości ok. 666 centymetrów. Biegli badali zabezpieczone fragmenty drzewa na przełomie lutego i marca br. Przygotowują opinię na temat mechanizmu powstania uszkodzeń brzozy, w którą miał uderzyć samolot.

Kompetencje załogi

MAK: załoga działała nieodpowiedzialnie i nieprofesjonalnie, nie podejmując decyzji o udaniu się na lotnisko zapasowe, mimo że była poinformowana o niekorzystnych warunkach pogodowych panujących na lotnisku Siewiernyj w Smoleńsku; zejście bez kontaktu wizualnego z odnośnikami naziemnymi na wysokość niższą niż minimalna wysokość nalotu (100 m) oraz brak reakcji na kolejne ostrzeżenia systemu TAWS, co spowodowało kontrolowany lot ku ziemi, zniszczenie samolotu i śmierć załogi i pasażerów. Niestosowanie się do Standardowych Procedur Operacyjnych i brak treningu CRM u załogi. Zdecydowana przerwa Głównego Pilota [kpt. Arkadiusz Protasiuk – przyp. red.], jeśli chodzi o loty w trudnych warunkach pogodowych, a także jego niewielkie doświadczenie w podejściach nieprecyzyjnych i słaba znajomość języka rosyjskiego. Odczytanie przez nawigatora danych z wysokościomierza radiowego bez wzięcia pod uwagę nierównej powierzchni. Przeprowadzenie lotu z włączonym autopilotem i automatyczną przepustnicą, na wysokości dużo niższej niż minimalna wysokość ustalona przez zalecenia Podręcznik Załóg Lotniczych, późne rozpoczęcie ostatecznego zejścia, które zaowocowało nadmierną prędkością zejścia. Przedstawione dane o odbyciu przez dowódcę statku powietrznego przygotowania do wykonywania lotów międzynarodowych od 14.01.2005 do 24.04.2005 w liniach lotniczych LOT budzą wątpliwości, ponieważ w tym okresie dowódca statku powietrznego wykonywał intensywnie lot.

Polskie uwagi do projektu raportu końcowego MAK: do wyszkolenia kpt. Protasiuka: Nie ma podstaw do formułowania takich wniosków. „Gdyby Ośrodek Szkolenia uznał, że pilot nie uczestniczył we właściwej liczbie godzin szkolenia, to nie wystawiłby Certyfikatu zaliczającego kurs. Stwierdzenie MAK bezzasadnie podważa wiarygodność szkolenia przeprowadzonego w Certyfikowanym Ośrodku Szkolenia”.

Godziny nalotu ogólnego (na różnych typach samolotów) załogi

MAK: – dowódca załogi – 3,4 tys. godzin

– II pilot – 1,7 tys. godzin

– nawigator – 1060 godzin

– technik pokładowy – 320 godzin Polskie uwagi do projektu raportu końcowego MAK:

– dowódca załogi – 3531,38 minut

– II pilot – 1909 godzin

– nawigator – 1074,18 minut

– technik pokładowy – 330,06 godzin KBWLLP: niewłaściwa współpraca załogi i nadmierne obciążenie dowódcy; niedostateczne przygotowanie załogi; niedostateczna wiedza o funkcjonowaniu systemów samolotu oraz ich ograniczeń; niewłaściwe monitorowanie czynności członków załogi i brak reakcji na błędy; skłonność kpt. Protasiuka do improwizacji. Zejście poniżej minimalnej wysokości przy nadmiernej prędkości opadania i mgle uniemożliwiającej widok pasa oraz spóźnione odejście na drugi krąg. Załoga nieprawidłowo korzystała z wysokościomierzy. Z analizy rejestratora głosowego dokonanej przez komisję Millera wynikało, że „obecny w kabinie załogi w trakcie podejścia końcowego Dowódca Sił Powietrznych trzykrotnie przekazał swoje obserwacje odnoszące się do wskazań wysokościomierza barometrycznego ustawionego na wartość QFE 745 mmHg”. Wysnuto wniosek, że tylko on obserwował właściwy przyrząd, a nawigator błędnie posługiwał się wysokościomierzem radiowym. Komisja uznała, że załoga nie orientowała się, na jakiej wysokości faktycznie się znajduje, a nieużycie odczytu ze wskaźnika barometrycznego podczas wykonywania podejścia nieprecyzyjnego przyczyniło się do katastrofy.

Prokuratura wojskowa: wysokość do końca lotu odczytywał nawigator pokładowy por. Artur Ziętek; ekspertyza w toku.

Odejście

MAK: nie było decyzji dowódcy statku powietrznego o odejściu na drugi krąg, załoga kontynuowała zniżanie, chcąc lądować za wszelką cenę.

KBWLLP: o godzinie 8.40:52, gdy samolot osiągnął wysokość radiową 39 metrów nad poziomem lotniska, dowódca przekazał załodze informację: „Odchodzimy na drugie (zajście?)”; o 8.40:53 drugi pilot kwituje: „Odchodzimy”.

Prokuratura wojskowa: stenogram Instytutu Ekspertyz Sądowych im. Sehna w Krakowie: 8.40:51,9 kpt. Protasiuk wydaje komendę: „odchodzimy na drugie”, niecałe dwie sekundy potem powtarza to drugi pilot, mjr Robert Grzywna.

Status lotu

MAK: lot cywilny międzynarodowy.

KBWLLP: państwowy, wojskowy statek powietrzny.

Lotnisko

MAK: lotnisko było trzykrotnie sprawdzane – po raz pierwszy 13 marca, a ostatni 5 kwietnia. Było ono przygotowane do lądowania samolotów przy różnej pogodzie. Były identyczne zabezpieczenia lotniska, kiedy w Smoleńsku 7 kwietnia lądował premier Donald Tusk, jak i trzy dni później, 10 kwietnia, w czasie katastrofy. Lotnisko Smoleńsk Północny spełniało wymagania dla lotnisk klasy I.

Polskie uwagi do projektu raportu końcowego MAK: dane dotyczące lotniska są faktycznie nie do zweryfikowania przez stronę polską, ze względu na nieudostępnienie przez stronę rosyjską materiałów źródłowych, m.in.: „Instrukcji wykonywania lotów w rejonie lotniska”, „Planu generalnego lotniska” i/lub pochodnych dokumentów. W Raporcie nie zamieszczono szczegółowego schematu lotniska, zobrazowania powierzchni ograniczających oraz przekroju wzdłuż osi DS i powierzchni podejść. Strona rosyjska nie przekazała żadnych materiałów, aktów prawnych określających zasady klasyfikacji lotnisk lotnictwa państwowego i wymagań dla lotnisk wojskowych poszczególnych klas. Uniemożliwia to stronie polskiej pełne zweryfikowanie, czy zachowane zostały wymagane parametry dla lotnisk wojskowych klasy I w odniesieniu do lotniska Smoleńsk Północny.

Prokuratura wojskowa: oczekuje na przesłanie przez stronę rosyjską pełnej dokumentacji lotniska.

Śmierć ofiar, sekcje i ekshumacje

MAK: badania medyczno-traseologiczne wykazały, że w chwili rozpadu konstrukcji samolotu, w locie odwróconym, na znajdujących się na pokładzie ludzi działały przeciążenia o wartości przekraczającej 100 g. Według rezultatów ekspertyz sądowo-medycznych śmierć osób znajdujących się na pokładzie nastąpiła błyskawicznie w chwili zderzenia samolotu z powierzchnią ziemi, na skutek wielokrotnych, licznych mechanicznych uszkodzeń ciała, niemożliwych do przeżycia.

Polskie uwagi do projektu raportu końcowego MAK: strona polska nie może odnieść się do tych uwag strony rosyjskiej z powodu nieudostępnienia przez stronę rosyjską badań sądowo-lekarskich załogi statku powietrznego wraz z wynikami badań toksykologicznych i identyfikacyjnych; protokołu oględzin miejsca zdarzenia (strona polska nie posiada wiedzy, gdzie znajdowały się poszczególne strefy oględzin i jak były oznaczone).

Prokuratura wojskowa:w ramach realizacji pomocy prawnej polska prokuratura otrzymuje – z wielkim opóźnieniem – dokumentację sekcyjną ofiar katastrofy. Nie zgadzają się podstawowe dane, takie jak wzrost, waga czy ogólny stan zdrowia ofiar. Prokuratura podejmuje z urzędu decyzję o ekshumacji 9 ciał, 6 było zamienionych. Trwają prace weryfikujące rosyjską dokumentację medyczną.

Profil psychologiczny załogi

MAK: ocena stanu psychoemocjonalnego dowódcy statku powietrznego kpt. Arkadiusza Protasiuka: przewaga konformizmu wobec poglądów grupy lub osobowości autorytarnej. Usilne dążenie do uniknięcia konfliktu. Niepewność podczas sterowania ręcznego odnośnie do swoich możliwości w warunkach lądowania poniżej minimum, co prowadzi do napięcia psychoemocjonalnego.

Polskie uwagi do projektu raportu końcowego MAK: z dostępnych wyników testów psychologicznych nie można wnioskować, że dowódca załogi był konformistą, człowiekiem uległym. Analizowane wyniki testów psychologicznych pozostawały u niego w całkowitej normie.

KBWLLP: dowódca załogi tak bardzo koncentruje się na pilotowaniu samolotu, że nie docierają do niego bodźce zewnętrzne.

Prokuratura wojskowa: prokuratura czeka na opinię, którą mają wydać eksperci Kliniki Psychiatrii i Stresu Bojowego Wojskowego Instytutu Medycznego.

Procedura odejścia w automacie

MAK: procedura odejścia na drugi krąg w reżimie automatycznym na lotnisku niewyposażonym w system ILS jest nieskuteczna.

KBWLLP: można odejść w reżimie automatycznym na lotnisku niewyposażonym w system ILS, ale pod pewnymi warunkami – odpowiednia konfiguracja samolotu.

Prokuratura wojskowa: ekspertyzy w toku.

oprac. Anna Ambroziak

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... nosci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 26 kwi 2013, 07:41 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30842
Kluczowe słowo: „brak”

Ze Zdzisławem Moniuszką, ojcem Justyny Moniuszko, stewardesy, która zginęła na Siewiernym, rozmawia Adam Białous

Pana zdaniem, Rosja przekaże Polsce wrak Tu-154?
– Jestem zdania, że do tego nie dojdzie. Gdyby Rosja przekazała wrak, a właściwie to, co z niego jeszcze zostało Polsce, to podczas jego rekonstrukcji w naszym kraju szybko okazałoby się, iż brakuje połowy części. W kontekście wcześniejszych zapewnień przedstawicieli rosyjskich władz, że wszystkie części zostały znalezione i zabezpieczone, taka informacja, która poszłaby w świat, byłaby dla Rosji kompromitacją. Dlatego uważam, że do przekazania nam wraku nie dojdzie, będzie natomiast prowadzona dalsza gra na zwłokę.

Jak Pan ocenia wniosek Komitetu Śledczego Federacji Rosyjskiej, żeby polski prokurator w ramach pomocy prawnej odtwarzał rodzinom ofiar fragmenty nagrań głosów z czarnej skrzynki?
– Kolejne słuchanie tych nagrań to sprawienie rodzinom ofiar katastrofy kolejnych cierpień. To, moim zdaniem, nieludzkie. A dla prowadzonego przez Rosjan śledztwa zupełnie nieprzydatne. Przecież wiadomo już, że te nagrania są prawie nieczytelne. Nawet specjaliści, którzy je skrupulatnie przesłuchiwali, w wielu wypadkach nie mogli przypisać odpowiedniego głosu do osoby. Jakim więc sposobem członkowie rodzin, do tego jeszcze pod presją odnowionego cierpienia i bolesnych emocji, będą mogli zrobić to lepiej?



Prokuratura wojskowa zleciła badania próbek pobranych z ciał 21 ofiar katastrofy smoleńskiej na obecność alkoholu. Jest wśród nich Pana córka Justyna?
– Nasza córka jest na tej liście 21 osób. O zamiarze przeprowadzenia badań na zawartość nie tylko alkoholu, ale i narkotyków oraz ustalenie zawartości tlenku węgla we krwi zostaliśmy powiadomieni w specjalnym dokumencie przez prokuraturę wojskową. Jednak zupełnie nie rozumiem, jaki jest cel przeprowadzenia tych badań. A drugie pytanie jest takie: czy przy użyciu próbek pobranych i przesłanych przez Rosjan polskiej prokuraturze możliwe jest uzyskanie rzetelnych wyników tych badań? Mówię o tym, gdyż w dokumentach, które nam przysłano z polskiej prokuratury wojskowej, widnieją personalia 21 osób, których próbki chce się przebadać, a przy każdej osobie znajdują się opisy próbek. Z opisów tych wynika, że niektóre próbki zostały przez Rosjan przypisane do konkretnych osób na tzw. słowo honoru. Dla przykładu, jedna z próbek jest przypisana Justynie w następujący sposób „Kobieta w wieku od 23 do 28 lat”, bez podania żadnych danych personalnych. Wiele próbek w przysłanym nam przez prokuraturę wojskową zawiadomieniu opisanych zostało przez stronę rosyjską szczątkowo. Brakuje tam wielu istotnych informacji, o czym polska prokuratura wojskowa informuje nas, pisząc np. „opis na nakrętce – brak”, „data pobrania próbek –brak”, „brak nalepki”. Gdy przegląda się wykonane przez prokuraturę wojskową opisy próbek innych osób, widać, że najczęstszym słowem, jakie w nich występuje, jest słowo „brak”.

Rosyjski Komitet Śledczy, podobnie jak polska prokuratura, informuje Państwa o prowadzonych czynnościach?
– Tak. Otrzymujemy takie dokumenty od rosyjskiej prokuratury, z polskim tłumaczeniem tekstów. Jednak w tych zawiadomieniach nie ma zawartych żadnych wniosków czy wyników przeprowadzonych badań lub czynności, a jedynie podanie do naszej wiadomości, że takie się odbyły. Gorzej jest z informacjami ze strony rosyjskiej dotyczącymi przysługujących nam w tym śledztwie praw. Nie poinformowano nas, dla przykładu, o fakcie że po trzech latach trwania tego śledztwa powinniśmy złożyć wniosek o utrzymanie naszego statusu osób pokrzywdzonych. Dlatego mało brakowało, a stracilibyśmy ten status i wynikające z niego nasze prawo do brania udziału w tym śledztwie. Dowiedzieliśmy się o konieczności złożenia tego wniosku od osób trzecich i żona zrobiła to dosłownie w ostatniej chwili.

Ze smoleńskiej brzozy wydobyto niedawno około 40 kawałków metalu. Widział Pan tę brzozę ponad rok temu. Czy zauważył Pan, żeby tkwiły w niej jakieś fragmenty metalowych części samolotu?
– Kiedy w kwietniu 2011 r. byłem wraz z grupą innych osób z rodzin ofiar katastrofy na lotnisku w Smoleńsku, mieliśmy przewodnika, który zaprowadził nas m.in. pod tą słynną „pancerną brzozę”. Przewodnik mówił, że w brzozie znajdują się odłamki skrzydła, i wskazywał ręką miejsce na drzewie, gdzie niby miały się one znajdować. Ale ja nie widziałem tam żadnych odłamków. Myślałem, że może inni je widzą. Dlatego pytałem stojące obok mnie osoby, ale one też żadnych odłamków nie widziały. Teraz znów niektóre media podają, że dowodem na to, że Tu-154 uderzył skrzydłem w brzozę, jest pozbawiony kory pień i gałęzie. Iznów wrócę tu do wizyty rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej na lotnisku Siewiernyj w 2011 r., w której uczestniczyłem. Wówczas, co widziałem na własne oczy, brzoza nie miała żadnych ubytków kory. Kora była tak na pniu, jak i na gałęziach. Do tego gałęzie nie były połamane.

Co Pan sądzi o informacjach przekazanych niedawno publicznie przez posła Antoniego Macierewicza na temat istnienia relacji, które mają świadczyć o tym, że katastrofę przeżyły trzy osoby?
– Trudno mi powiedzieć, czy takie relacje istnieją, czy nie, ale faktem jest, iż niebawem po katastrofie były sygnały z Rosji, że jakieś osoby przeżyły. Dotarły one m.in. do naszej rodziny. Przekazał je nam nasz opiekun z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, tłumacząc, dlaczego wiadomość o śmierci Justyny przekazano nam z pewnym opóźnieniem. Mówił, że zaraz po katastrofie do pułku dotarła informacja, iż jedna stewardesa przeżyła. Dlatego o śmierci Justyny rano 10 kwietnia jeszcze nas nie informowali, a przyjechali do nas z tym zawiadomieniem dopiero późnym popołudniem.

Dziękuję za rozmowę.
Adam Białous

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... -brak.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 15 lip 2013, 06:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30842
Co wiedzą o stateczniku?

Biegli badają przenosiny statecznika Tu-154M przez Rosjan.

Prokuratura wojskowa nie ujawnia, czy i jak udokumentowała przenosiny statecznika Tu-154M przez ekspertów Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego.

Prokuratorzy pytani podczas ostatniej konferencji prasowej o sprawę przeniesienia statecznika nie udzielili dziennikarzom odpowiedzi. Obiecali jednak, że w tej kwestii zajmą stanowisko na piśmie. Jednak na pytanie, czy prokuratura posiada dowody na przesuwanie przez Rosjan statecznika, Naczelna Prokuratura Wojskowa odpowiedziała wymijająco, twierdząc, że sprawa jest przedmiotem badań.

– Informuję, że kwestia ta jest przedmiotem badania przez zespół biegłych powołanych przez Wojskową Prokuraturę Okręgową w Warszawie w celu wydania opinii kompleksowej dotyczącej katastrofy samolotu Tu-154M – mówi „Naszemu Dziennikowi” ppłk Janusz Wójcik, p.o. rzecznik Naczelnego Prokuratora Wojskowego. To, jakim materiałem dysponują biegli, pozostaje niewiadomą.

Przenosiny statecznika przez ekspertów MAK potwierdził publicznie Piotr Lipiec, członek zespołu dr. Macieja Laska, odpowiedzialnego za przybliżanie opinii publicznej efektów badań tzw. komisji ministra Jerzego Millera.

Jak uzasadniał, „przesunięcie statecznika w przypadku tak ogromnego materiału dowodowego nie miało na nic wpływu”. Lipiec nie wiedział jednak, czemu miały służyć takie działania MAK. – Prawdopodobnie chodziło o zmniejszenie terenu, na jakim miała pracować komisja – dodał.

Takiej argumentacji nie przyjmuje gen. bryg. rez. Jan Baraniecki, zastępca dowódcy Wojsk Lotniczych Obrony Powietrznej w latach 1997-2000, który wielokrotnie uczestniczył w badaniach przyczyn katastrof lotniczych wojskowych statków powietrznych.

– Każde przeniesienie elementu samolotu jest naruszeniem procesów badawczych przyczyn katastrofy. Tym bardziej, jeśli jest to statecznik – zauważył.

Jak dodał, tego rodzaju informacje niepokoją, bo jak dotąd kwestia udziału osób trzecich czy wybuchu nie została przez prokuraturę zamknięta, zatem tym bardziej rozłożenie szczątków samolotu stanowi tu ważny dowód.

– Dla ekspertów położenie statecznika może mieć duże znaczenie. Jeśli cokolwiek było przenoszone przez Rosjan, powinno być najpierw udokumentowane w miejscu, w którym spoczywało tuż po katastrofie – stwierdził Baraniecki.

Jak dodał nasz rozmówca, pierwszym krokiem badaczy jest zawsze wykonanie dokumentacji fotograficznej miejsca zdarzenia „z góry” oraz sporządzenie opisu, gdzie znajdowały się jakie części samolotu względem kursu.

Również w ocenie mec. Bartosza Kownackiego, pełnomocnika kilku rodzin pokrzywdzonych w katastrofie Tu-154M, wątku przenosin statecznika nie można bagatelizować.

– Jeśli sporządzamy opinię, która ma ocenić, czy samolot mógł się rozpaść np. w wyniku zderzenia z ziemią, brzozą czy wybuchu itd., to jednym z kluczowych elementów jest tu rozmieszczenie części maszyny. Przenoszenie tych elementów może dać inny obraz wydarzeń – zaznaczył.

Jak podkreślił, w przypadku gdy ktoś poprzenosił pewne fragmenty samolotu, trudno ustalić, czy dany element w danym miejscu jest realnym „odbiciem” zderzenia z przeszkodami czy też innego działania.

– Przy każdym zdarzeniu tego rodzaju rozłożenie szczątków samolotu ma kluczowe znaczenie, bo pozwala odtworzyć to, co miało miejsce – dodał pełnomocnik.

W jego ocenie, w tym kontekście dla prokuratury istotne jest nie tylko to, jak dany element został przemieszczony, ale i jaki był powód podjęcia takich czynności. Bo inaczej należy postrzegać tego typu działania, jeśli były podejmowane np. w celu udrożnienia przejazdu ekipom ratunkowym, a inaczej jeśli czyniono to z wygody.

– Nie ma powodów, by przed udokumentowaniem miejsca katastrofy przemieszczać elementy samolotu, poza przypadkami ratowania życia i zdrowia ludzkiego – dodał mecenas Kownacki.

Marcin Austyn

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... zniku.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 16 sie 2013, 20:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30842
Smoleńsk: lista ofiar seryjnego samobójcy (TV)

Opublikowano 12 sie 2013 http://www.youtube.com/watch?v=IeqdKkjWpWk

https://www.facebook.com/pages/Smole%...

1. Mieczysław Cieślar
2. Krzysztof Knyż
3. Marek Dulinicz
4. Sergiej Trietakow
5. Eugeniusz Wróbel
6. Dariusz Szpineta
7. Sławomir Petelicki
8. Remigiusz Muś
9. Krzysztof Zalewski

11. Grzegorz Michniewicz
12. Stefan Zielonka

[Prokuratura uznaje... Czy jakieś pytania?? ]

Lista tych nazwisk powinna nam uzmysłowić jaką wagę ma prawda o smoleńskiej zbrodni.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 28 lis 2013, 08:28 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30842
Tak się dzieje gdy zamiast badać przyczyny tragedii, tworzy się na poczekaniu fikcyjny opis tragedii i jej przyczyn.
Sporo ludzi nad tym pracuje i siłą rzeczy pojawiają się nieścisłości, gdyż jest to dość skomplikowane wyjaśnić przyczyny rzekomej katastrofy.


Nowy błąd w raporcie

„Nasz Dziennik” ujawnia

Rosyjskie protokoły oględzin, które trafiły do polskiej prokuratury, wskazują inny czas odnalezienia rejestratora ATM-QAR Tu-154M niż raport Jerzego Millera. Różnica to aż dwa dni.

Według raportu Millera, cztery rejestratory rządowego Tu-154M znaleziono na wrakowisku 10 kwietnia 2010 roku. W samolocie było łącznie pięć rejestratorów: cztery parametryczne i jeden akustyczny. Załącznik nr 2 (pkt 2.1) do raportu Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego mówi wprost: „Na miejscu wypadku 10.04.2010 r. zostały odnalezione następujące rejestratory samolotu Tu-154M: katastroficzny MŁP-14-5, eksploatacyjny KBN-1-1, kaseta pamięci ATM-MEM15 (odnaleziona w szczątkach rejestratora ATM-QAR). Rejestrator K3-63 nie został odnaleziony na miejscu wypadku”.

Wynikałoby z tego, że wszystkie, oprócz K3-63, rejestratory już w dniu katastrofy były do dyspozycji śledczych i komisji technicznej.

Polska prokuratura wojskowa, która prowadzi śledztwo w sprawie katastrofy, dysponuje jednak rosyjskim protokołem oględzin, który nie pozostawia najmniejszych wątpliwości: rejestrator ATM-QAR Rosjanie znaleźli dopiero w poniedziałek, 12 kwietnia.

Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej, który odnotował fakt odnalezienia ATM-QAR, stwierdza, że dowód ten „ujawniono w ramach prowadzonych oględzin miejsca katastrofy 12 kwietnia 2010 r.”. Dokładna godzina podjęcia skrzynki nie jest znana, bo protokół podaje czas zbiorczo dla wszystkich czynności prowadzonych tego dnia na miejscu wypadku (od godz. 10.30 do godz. 18.00 czasu moskiewskiego). Starszy śledczy Komitetu Śledczego pisze: „Ujawniono rejestrator pokładowy ATM-QAR, który zapakowano do polietylenowego worka, opieczętowano metką z napisem objaśniającym oraz podpisami osób uczestniczących w tej czynności”.

Z dokumentacji czynności śledczych wynika również, że 10 kwietnia, wbrew informacji zawartej w raporcie Millera, nie odnaleziono też innego rejestratora, a mianowicie KBN-1-1.

Stało się to dopiero w ciągu kolejnych kilku dni. W dniu katastrofy – raportują rosyjscy prokuratorzy – zabezpieczono tylko dwa urządzenia: parametryczny MŁP-14-5 i akustyczny MARS-BM. Potwierdza to protokół oględzin i zabezpieczenia ich przez oficerów śledczych.

Los MŁP-14-5 i MARS-BM można odtworzyć jedynie częściowo. Nie wiadomo przede wszystkim, kiedy dokładnie i przez kogo zostały znalezione na miejscu katastrofy. Rosyjski protokół mówi tylko o formalnej czynności oględzin dowodów, które mogły zostać ujawnione wcześniej. W każdym razie śledczy zanotował czas swojej czynności w przedziale między godz. 20.30 a 22.40. Dokument mówi, że „opisano wygląd [rejestratorów] i zabezpieczono poprzez zapakowanie do pudełek kartonowych (każdy rejestrator do oddzielonego pudełka) w sposób uniemożliwiający osobom postronnym dostęp do ich zawartości”.

Dalej mowa jest o tym, że nie otwierano osłon, a „na każdym pudełku umieszczono notkę informacyjną opatrzoną pieczęcią oraz podpisami osób uczestniczących w tej czynności”. Byli to śledczy, prokurator oraz dwóch świadków, w sumie czterech obywateli Federacji Rosyjskiej. Wszyscy podpisali się i na pieczęci, i w protokole.

Uderzający w całej sprawie jest fakt nieobecności żadnego z polskich prokuratorów przy formalno-procesowych czynnościach podejmowanych przez Rosjan, choć we wskazanych w protokołach godzinach byli już na miejscu.

Pierwszy samolot z Warszawy wylądował w Smoleńsku ok. godz. 19.00. Przyleciało nim dwóch prokuratorów: płk Ireneusz Szeląg (szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie) i płk Zbigniew Rzepa (rzecznik NPW). Na pokładzie był także dyrektor Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych płk prof. dr hab. inż. Ryszard Szczepanik i płk dr inż. Antoni Milkiewicz, znany z badania katastrofy Iła-62M w 1987 roku. Obaj są teraz w zespole biegłych prokuratury. Rosjanie za głównego przedstawiciela Polski uznali jednak płk. Edmunda Klicha, wówczas przewodniczącego PKBWL, któremu towarzyszył członek komisji, były pilot specpułku Waldemar Targalski.

To do Klicha podeszli Tatiana Anodina i Aleksiej Morozow z MAK i zaprowadzili do rejestratorów.

Targalski w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” w sierpniu 2011 r. przypomniał, że najpierw zostały sfotografowane. „Wtedy pierwszy raz zobaczyłem panią Anodinę i pana Morozowa. Rosjanie zapytali, czy rejestratory mogą zostać wydobyte. Po konsultacji z Edmundem Klichem zdecydowano, że tak. Zapakowano je do pudeł, zaplombowano” – relacjonował. Zapewne jedna z fotografii, przedstawiająca obudowę od MARS-BM, leżąca na ziemi w błocie, znalazła się na s. 64 raportu Millera.

I tu pojawia się wyraźna sprzeczność. Według Targalskiego, przy tej czynności obecni byli: on sam, Klich, Anodina i Morozow. Tymczasem rosyjski protokół, opisując tę samą czynność, nie wymienia ani Targalskiego, ani Klicha. Klich wspomina, że po wylądowaniu procedury graniczne trwały dwie godziny, więc akurat ok. godz. 21.00 Polacy mogli już uczestniczyć w wydobywaniu rejestratorów. Dlaczego jednak skoro, jak twierdzą, mieli być świadkami tych czynności, ich nazwisk nie ma na pieczęciach?

Spóźniony wniosek

Polscy prokuratorzy ani 10, ani 12 kwietnia nie uczestniczyli w żadnych czynnościach Rosjan przy rejestratorach. Dziś swoją absencję tłumaczą brakiem podstaw formalnych.

– W tym czasie przebywający w Smoleńsku prokuratorzy nie mieli podstaw prawnych do uczestniczenia w czynnościach o charakterze procesowym. Polski wniosek o pomoc prawną datowany na 10 kwietnia 2010 r. dotarł do organów procesowych Federacji Rosyjskiej 11 kwietnia 2010 r. – wyjaśnia ppłk Janusz Wójcik, rzecznik Naczelnego Prokuratora Wojskowego.

Szeląg i Rzepa nie byli jednak zupełnie bezczynni. Rosjanie zgadzali się wybiórczo na ich udział w niektórych innych czynnościach. I tak Szeląg czynnie uczestniczył w pierwszym przesłuchaniu kontrolera lotów Pawła Plusnina, a potem w nocnej naradzie w sprawie planu przedsięwzięć śledczych. Przystali też na to, by jeden z nich, Rzepa, poleciał z rejestratorami do Moskwy. Ze swej strony Klich wyznaczył do wyjazdu Targalskiego. Później dotarł z Witebska konwój z drugiego samolotu, którym leciał premier Donald Tusk. Byli w nim naczelny prokurator wojskowy płk Krzysztof Parulski i ppłk Sławomir Michalak z ITWL.

Parulski został w Smoleńsku, uczestniczył m.in. w sekcji zwłok prezydenta, zaś Michalak miał dołączyć do Rzepy i Targalskiego. Zapamiętał jednak, że rejestratory jakoby „były już zapakowane w kartony, opieczętowane pieczęcią rosyjskiej prokuratury i naszej Naczelnej Prokuratury Wojskowej, i czekały na odlot do Moskwy”. Tak Michalak powiedział „Naszemu Dziennikowi” we wrześniu 2011 roku. Jak na pudłach mogły znaleźć się polskie pieczęcie, skoro polskich prokuratorów nie było przy pakowaniu? Tym bardziej że rosyjski protokół mówi wyłącznie o pieczęciach Komitetu Śledczego i podpisach obecnych osób.

W każdym razie te dwa pudła trafiły do Moskwy, do siedziby Międzypaństwowego Komitetu Śledczego. MAK w swoim raporcie w ogóle nie wspomina o czasie odnalezienia rejestratorów, jedynie o dostarczeniu MŁP i MARS do swojej siedziby 11 kwietnia.

W raporcie MAK w analogiczny sposób podano informację o dostarczeniu drugiego rejestratora parametrycznego KBN-1-1. Ale dopiero 14 kwietnia. Wówczas go otwarto i zbadano. To kolejny dowód, że – wbrew raportowi Millera – znaleziono go po 10 kwietnia. Nie ma śladów analogicznego protokołu oględzin tego dowodu rzeczowego przez śledczych. Nie wiadomo, kto i kiedy go odnalazł, a następnie przywiózł do MAK.

Tymczasem to właśnie zapis tego urządzenia Rosjanie wybrali jako podstawę swojej pracy, gdyż „zarejestrował informację lepszej jakości”. KBN w przeciwieństwie do MŁP i MARS nie jest czarną skrzynką. Tamte przypominają magnetofony szpulowe, KBN – kasetowy. Rejestratory katastroficzne umieszcza się w ogonie samolotu (ulega on najmniejszym zniszczeniom), natomiast KBN z przodu kadłuba, aby ułatwić dostęp. Używa się go jako tzw. rejestrator eksploatacyjny, czyli do bieżącego monitoringu stanu technicznego maszyny, celów szkoleniowych i kontrolnych. KBN na kasecie zapisuje te same dane, co MŁP i w podobnym systemie. Taśma zawiera dane z ok. 25 godz., gdy samolot jest włączony, i rejestruje ponad 100 różnych parametrów.

O rozbieżność w czasie podjęcia rejestratora ATM-QAR „Nasz Dziennik” usiłował zapytać Macieja Laska, szefa PKBWL. Po zasygnalizowaniu problemu dalszy kontakt z członkiem komisji Millera nagle się urwał.

Polacy niepoinformowani

Z rosyjskiego protokołu oględzin wynika, że wyprodukowany w Polsce rejestrator ATM-QAR, jak wspomniano, został znaleziony 12 kwietnia. Polscy prokuratorzy mieli już pełnomocnictwa wynikające z realizacji wniosku o pomoc prawną. Ale i wtedy nie brali udziału w jego oględzinach i zabezpieczeniu.

– Nieobecność polskich prokuratorów przy oględzinach rejestratora pokładowego ATM-QAR wynikała z faktu, że nie byli oni poinformowani o prowadzeniu tej czynności przez stronę rosyjską – przyznaje ppłk Wójcik.

Dopiero 5 dni po odnalezieniu skrzynka wróciła do Polski. Otwarto ją 17 kwietnia. Zapis skopiowany 20 kwietnia był podstawą badań komisji Millera, która musiała jednak dołączyć ostatnie 2 sekundy z MŁP. QAR z powodu sposobu zapisu ich nie zarejestrował.

Rejestratora K3-63 według MAK i komisji Millera nie odnaleziono. Rejestruje tylko wysokość barometryczną, prędkość i przeciążenie pionowe. MAK, komisja Millera i prokuratura nigdy nie przywiązywały do niego większej wagi, gdyż te same parametry zapisują inne urządzenia. Stary rosyjski K3-63 zamontowany był w środku kadłuba i służył celom eksploatacyjnym. W praktyce zastąpił go ATM-QAR, ale urządzenie wciąż było zamontowane i działało.

Komisja Millera twierdzi, że mógł ulec całkowitemu zniszczeniu z powodu delikatnej konstrukcji. Jednak K3-63 wart byłby uwagi, gdyby udało się go odzyskać, bo gromadzi dane w prosty mechaniczny sposób, pobierając je bezpośrednio z urządzeń pomiarowych, a nie wspólnego systemu MSRP (magnetyczny system rejestracji parametrów), jak pozostałe urządzenia rejestrujące.

Piotr Falkowski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... orcie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 22 mar 2014, 07:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30842
Smoleńskiego "śledztwa" chyba już nie można bardziej skompromitować. Samo się skompromitowało przekraczając wszystkie granice zdrowego rozsądku. Wszystko w tym "śledztwie" oparte jest na kłamstwach.

To nie brzoza, tylko płot

Zdjęcia satelitarne z 5 kwietnia 2010 r. nie dowodzą, że brzoza w Smoleńsku była już wtedy złamana.

Są już wyniki pomiarów położenia brzozy w Smoleńsku. Jej pozycję na zdjęciu satelitarnym udało się ustalić z dokładnością do pół metra. Mówiąc w skrócie, to, co Chris Cieszewski uznał za brzozę, jest w rzeczywistości stertą desek, pozostałością płotu.

Dwóch fizyków związanych ze środowiskiem organizatorów konferencji smoleńskiej oraz zawodowy geodeta wykonywali pomiary 8 i 9 marca. Profesor Marek Czachor z Politechniki Gdańskiej i prof. Andrzej Wiśniewski z Instytutu Fizyki PAN pojechali specjalnie po to, żeby zweryfikować rewelacyjną tezę prof. Chrisa Cieszewskiego wygłoszoną na II Konferencji Smoleńskiej 21 października ubiegłego roku. Cieszewski twierdził, że brzoza, o którą miało uderzyć lewe skrzydło samolotu i tam utracić ok. 6 metrów końcówki, była złamana co najmniej pięć dni przed katastrofą.

To oczywiście wywracałoby do góry nogami oficjalną wersję przebiegu ostatniej fazy lotu. Zarówno MAK, jak i komisja Jerzego Millera zakładają, że brak części skrzydła spowodował przechylanie się samolotu w lewo, którego nie dało się powstrzymać przy pomocy sterów. W efekcie maszyna miała wykonać półbeczkę i uderzyć w ziemię grzbietem. Zatem, gdyby nie brzoza, samolot mógłby się być może uratować. Potwierdzenie wyniku Cieszewskiego oznaczałoby, że oderwanie końcówki skrzydła należałoby wytłumaczyć jakoś inaczej. Na przykład smoleński zespół parlamentarny twierdzi, że samolot przeleciał wysoko nad brzozą, a powodem uszkodzenia skrzydła były bliżej nieokreślone eksplozje.

Problem w tym, czy białe plamki na zdjęciu satelitarnym, które Cieszewski uważa za brzozę, to rzeczywiście ona. Gdyby rzeczywiście układały się one w kształt leżącego pnia, nie byłoby wątpliwości – część brzozy leżała już 5 kwietnia 2010 roku. Przeciwko temu przemawia jednak świadectwo wielu osób, które były w Smoleńsku i łatwo mogą zidentyfikować położenie drzewa. Właściciel działki, rosyjski lekarz Nikołaj Bodin także nie ma wątpliwości – widział, jak nisko lecący samolot ściął drzewo, chociaż niejednoznacznie wypowiada się na temat tego, czy wtedy także odpadła końcówka skrzydła.

Na zdjęciach satelitarnych zamieszczonych w raportach MAK i komisji Millera brzozę zaznaczono dużymi plamami, znacznie większymi niż jej prawdziwy rozmiar. Ale i tak zawsze leży wyraźnie na prawo od miejsca pokazanego przez Cieszewskiego. Takie mniej więcej położenie wynika też z analizy licznych dostępnych od dawna zdjęć tego miejsca.

Białe plamki, czyli deski
Doświadczony geodeta inż. Dariusz Szymanowski zaproponował bardzo prostą i całkowicie rozstrzygającą metodę ostatecznej weryfikacji kwestii położenia brzozy. Otóż zmierzył on (zwykłą miarką budowlaną i dalmierzem laserowym) odległość od brzozy do kilku punktów dobrze widocznych na zdjęciu satelitarnym i dających się bez żadnych wątpliwości zidentyfikować w terenie. Są to przy tym obiekty, które nie zmieniły się od 2010 r. – przede wszystkim narożniki garaży (w większości murowanych). Do tego zmierzono kilka innych odległości w pobliskim terenie (wymiary budynków), by ustalić skalę zdjęcia satelitarnego.

W ramach analizy wyznaczono odległości na mapie (zdjęciu). Dla każdego z sześciu obiektów (oznaczonych literami od A do F) rysuje się okrąg, którego środkiem jest obiekt, a promieniem jego odległość od brzozy. Z dużą dokładnością przecinają się one w jednym punkcie. To właśnie położenie brzozy na mapie.

Punkt ten leży przynajmniej 6 m od białej kreski Cieszewskiego. Można uznać, że całkiem precyzyjnie pokazał go MAK i nieco mniej komisja Millera. Natomiast białe plamki to sterta jasnych desek, coś w rodzaju płotu na działce Bodina. Ten wynik potwierdza też położenie drzewa względem altanki (zbitą z desek szopę wśród śmieci właściciel nazywa jednak dumnie „daczą”) bardzo wyraźnie widoczne i na zdjęciu satelitarnym, i w oglądzie bezpośrednim w terenie.

„Przeprowadzona analiza pokazuje, że nawet przy uwzględnieniu możliwych błędów związanych zarówno z samymi pomiarami, jak i procesem nakładania szablonu na zdjęcie satelitarne pień brzozy nie znajduje się w miejscu wskazanym w analizie prof. Cieszewskiego, a fragmenty zdjęcia zinterpretowane jako złamana korona drzewa są innymi obiektami” – piszą naukowcy w swoim raporcie.

Dodatkowo po względnie precyzyjnym wyznaczeniu położenia pnia brzozy można zauważyć, że na zdjęciu widać krótki odcinek, a nie punkt. Otóż robiący zdjęcia satelita nie znajdował się dokładnie nad terenem obok lotniska, ale nieco na wschód, stąd na zdjęciu wszystkie wyższe obiekty są pokazane nieco z boku, z widocznymi wschodnimi ścianami. Dlatego zmierzono w terenie kilka takich ścian, co pozwala wyznaczyć dokładnie kąt, pod jakim znajdował się satelita. Także pień brzozy to nie punkt, ale kreska. Obok niej można zobaczyć plamę, prawdopodobnie złamaną część drzewa z jego koroną.

Pytania o mechanizm zniszczenia samolotu zatem pozostają. Wciąż nie ma dostępu do wielu danych, dotychczasowe próby wykonania symulacji komputerowych prowadzą do sprzecznych wniosków, nie dochodzi do żadnego konstruktywnego dialogu silnie uprzedzonych wobec siebie obozów zwolenników różnych wyjaśnień.

„Prowadzone przez nas w Smoleńsku badania nie dają nam podstaw do wypowiadania się na temat możliwego mechanizmu złamania drzewa. Mamy nadzieję, iż trud, który podjęliśmy, przyczyni się choć trochę do zmniejszenia szumu informacyjnego i ułatwi innym osobom badanie zdjęć satelitarnych rejonu katastrofy. Nasz pobyt w Smoleńsku nie wnosi niczego istotnie nowego do zrozumienia samego mechanizmu i przyczyny katastrofy, choć niewątpliwie możliwość bezpośredniego obejrzenia i dosłownie dotknięcia niektórych śladów, wciąż wyraźnie widocznych, jest nie do przecenienia” – czytamy w raporcie.

Cały raport można przeczytać tutaj: http://naszdziennik.pl/uploads/raport-c ... olensk.pdf

Piotr Falkowski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... -plot.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 10 kwi 2014, 06:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30842
„PLF 101, czy widzisz ziemię?”. Komenda, której zabrakło

Z Olegiem Korszunowem, nawigatorem doświadczalnym z 38-letnim stażem w biurze konstrukcyjnym Antonowa, rozmawia Piotr Falkowski

Jak to się stało, że zainteresował się Pan katastrofą smoleńską?
– Od dawna interesuję się sprawami bezpieczeństwa lotów. Wiele razy brałem udział w badaniu różnych wypadków, chociaż nigdy jako oficjalny członek komisji. Po śmierci zasłużonego pilota i wybitnego specjalisty w zakresie badania zdarzeń lotniczych Władimira Tkaczenki przygotowywałem do druku kolejne wydania jego podręcznika „Ryzyko lotnicze”, napisałem też kilka rozdziałów tej książki. Na bieżąco zbieram informacje o wszelkich incydentach lotniczych, szczególnie bardziej nietypowych. Jeśli chodzi o Smoleńsk, to oczywiście uwagę skupiał sam fakt katastrofy samolotu rządowego z głową państwa na pokładzie. Od strony lotniczej wszystko wydawało się jasne.

Kierownik lotów stwierdził, że nie ma warunków do lądowania i kazał odejść na lotnisko zapasowe, ale dowódca postanowił podjąć próbę lądowania. Zezwolono mu na zniżenie do wysokości 100 metrów, a pilot na podstawie własnego uznania zdecydował się kontynuować zejście, dopóki nie zobaczy ziemi, co się nie udało – samolot się rozbił. Wina załogi więc była oczywista, a grupa kierowania lotami działała ściśle według instrukcji, dawała właściwe polecenia, nie można mieć do niej żadnych pretensji. Tak wynikało z raportu MAK. Obejrzałem sławną konferencję prasową 12 stycznia 2011 r., na której zapadł ów werdykt. Nie miałem wówczas żadnych podstaw, żeby go kwestionować. Byłem bardzo zdziwiony, że strona polska się z czymś nie zgadza i zgłosiła uwagi. Ale później przeczytałem raport MAK i znalazłem rzeczy, od których człowiek się trzęsie.

Dyletant za radiolokatorem
Co ma Pan na myśli?
– Kiedy udostępniono zapis rozmów ze stanowiska kontroli lotów, stało się oczywiste, że grupa kierowania lotami pracowała fatalnie. I to nie tylko podczas podejścia Tu-154, ale również wcześniej, podczas lądowania Jaka-40 i Iła-76. W przypadku Iła-76 również niemal doszło do wypadku. A przecież to była rosyjska załoga, znająca lotnisko, pogoda była lepsza, a jednak nie wylądował. Tego dnia odbyły się cztery podejścia. Jak-40 wylądował bardzo źle, Ił-76 dwa razy próbował i nie wylądował, a pogoda wciąż się pogarszała. Nadleciał Tu-154 i kontrolerzy wydają mu zgodę na lądowanie? To absurd. Jakie lądowanie przy praktycznie zerowej widoczności?

Na czym polegały nieprawidłowości przy lądowaniach Jaka-40 i Iła-76?
– Jak zapewne pan wie, w lotnictwie istnieje pojęcie minimum pogodowego dla określonego systemu lądowania. Określa się minimalną widoczność pionową i poziomą. Jeśli warunki na lotnisku są gorsze niż te minima, nie można lądować. W tym przypadku było to 1000 metrów widoczności poziomej i 100 metrów pionowej. A więc podchodzi do lądowania Jak-40, ale kontrolerzy wiedzą, że tego dnia mają przyjąć trzy samoloty. To bardzo interesujące, jak reagowano na zmieniającą się pogodę. O godz. 4.58 czasu uniwersalnego kierownik lotów mówi przez radio: „Widoczność 4 kilometry”. Po zaledwie 9 minutach już 1500 metrów. Chwilę wcześniej informację tę otrzymał od dyżurnego meteorologa. Dodajmy, że meteorolog jest potrzebny zasadniczo do podania ciśnienia, parametrów wiatru czy wilgotności.

Widoczność określa na podstawie schematu punktów orientacyjnych i zapisuje w dzienniku. Własny schemat jest też na stanowisku kierowania lotami i kierownik lotów może ją w każdej chwili stwierdzić bez pomocy meteorologa. To, co odczyta, ma taką samą oficjalną wartość. Jedyna różnica w tym, że meteorolog ją zapisuje, a kierownik lotów nie. Wracamy do lądowania Jaka-40. Po kolejnej minucie jest już tylko 1000 metrów widoczności, a więc pogoda gwałtownie się pogarsza. Słyszy to także załoga Iła-76. I teraz okazuje się, że w ciągu 10 minut widoczność pozioma pogarsza się cztery razy i cudownie się zatrzymuje. W korespondencji radiowej nie pada już żadna inna wartość tego parametru, aż do lądowania Tu-154.

Tak jakby pogoda celowo dostosowała się do warunków minimalnych lotniska.
– No właśnie. Myślę, że o to chodzi. Tyle że wskaźniki meteo wcale się nie zatrzymały. Kiedy ląduje Jak-40, jego położenie widoczne jest na ekranie radiolokatora, kierownik strefy podejścia podaje załodze odległość o początku pasa i znaną formułę: „Na kursie, na ścieżce”. I tak cztery, trzy, dwa, jeden kilometr… I w tym momencie piloci powinni zobaczyć pas, bo przecież widoczność wynosi rzekomo właśnie jeden kilometr. Tymczasem mija 13 sekund – to jest prawie kilometr lotu maszyny – i kierownik lotów dopiero krzyczy: „Widzisz pas?”. Po 6 sekundach każe mu odejść na drugi krąg, zaś rzeczywiste lądowanie następuje po prawie pół minuty. Tak jakby leciał ten kilometr aż 44 sekundy. Oczywiście naprawdę Jak-40 nie był wcale „na ścieżce”, tylko dużo wyżej i przyziemił praktycznie w połowie pasa, a pogoda już dawno nie odpowiadała minimum.

To błędne „na kursie, na ścieżce” pojawi się potem i przy tupolewie. Dlaczego kierownik strefy podejścia wprowadzał w błąd załogi? Mówi się, że naprawdę nic nie widział na ekranie, bo między radarem a samolotem były drzewa.
– W przypadku Tu-154 pod sam koniec to bardzo możliwe, bo zszedł wtedy bardzo nisko, ale nie pozostałych maszyn. Zachowanie mjr. Wiktora Ryżenki to prawdziwa zagadka. Myślę, że to skutek braku profesjonalizmu, lekceważącego podejścia do służby, nieodpowiedzialności. Ryżenko przyjmował samoloty z ustawieniem kąta nachylenia ścieżki 3 stopnie 10 minut, podczas gdy na tym lotnisku obowiązywały go 2 stopnie 40 minut. Wygląda na to, że w ogóle nie przeczytał instrukcji lotniska. Ryżenko na stale służył w Twerze, w Smoleńsku pojawił się kilka dni wcześniej i tak naprawdę był to jego pierwszy dzień roboczy, bo 7 kwietnia pogoda była dobra, żaden radiolokator nie był potrzebny. A więc pierwszy raz usiadł za tym pulpitem.

W takiej sytuacji powinien zapoznać się wcześniej z dokumentacją lotniska, specjalnie dla niego powinno zostać wykonane próbne lądowanie. Niczego takiego jednak nie zrobiono. Ten oficer w ogóle nie wykonuje swoich obowiązków. W ocenie lądowania Tu-154 MAK twierdzi, że samolot znajdował się wprawdzie nie na ścieżce, ale w strefie dopuszczalnych odchyleń, czyli do pół stopnia powyżej lub poniżej ścieżki, a jeśli statek powietrzny mieści się w strefie dopuszczalnych odchyleń, to znaczy, że nie trzeba podejmować żadnych specjalnych działań. Tylko że to nie oznacza, że można wprowadzać złogi w błąd.

Według MAK, praktyka jest taka, że dopóki samolot mieści się w ramach dopuszczalnego odchylenia, kierownik strefy podejścia mówi mu, że jest na ścieżce. To kłamstwo. Owszem, nie ma powodów do niepokoju, nie trzeba przerywać lądowania, ale operator radiolokatora powinien o tym poinformować i podać wielkość odchylenia w metrach, na przykład: „Jesteś 40 metrów nad ścieżką”. Żeby umożliwić korektę. Jeśli była taka praktyka – jak sugeruje MAK – to niezgodna z instrukcjami służbowymi.

To jest pewien problem, bo rosyjskie instrukcje wojskowe są niedostępne i nie wiadomo, co w nich jest, a polska prokuratura nie może się dobić do tych dokumentów.
– To dla śledczych może być problem formalny, ale nie realny. Wojskowi mają swoje instrukcje typowo wojskowe dotyczące specyficznych operacji związanych z samolotami bojowymi, uzbrojeniem itp., ale technologia pracy dyspozytora lotów czy operatora radiolokatora jest jednolita. Proszę zobaczyć. Tu jest instrukcja służbowa kierownika strefy podejścia, rozdział 5, punkt 5.3 dotyczy zejścia w systemie RSP+OSP (radiolokator i dwie radiolatarnie).

„W przypadku odchylenia statku powietrznego od kursu lub ścieżki dyspozytor daje załodze komendę wyjścia na zadaną trajektorię i podaje jej wielkość odchylenia”. Proszę zwrócić uwagę, że jest mowa o odchyleniu od ścieżki, a nie strefy dopuszczalnych odchyleń. Potem jeszcze szczegółowo jest opisane, jak przekazywać te informacje, że trzeba robić przerwy, żeby zapewnić dwustronną wymianę korespondencji itd. W każdym razie dyspozytor tego nie robił. A MAK go próbuje wybronić.

„Coś się pogarsza”
Mówiliśmy o lądowaniu Jaka-40. A co z Iłem-76?
– Identycznie. Cały czas widoczność rzekomo wynosi kilometr. I powtarza się, że samolot ma się znajdować na kursie, na ścieżce i w odległości kilometra, a nic się nie dzieje. Kierownik lotów ppłk Plusnin pyta po pewnym czasie pilota, czy widzi pas. Mijają kolejne sekundy, w końcu samolot pojawia się, ale nie jest w stanie wylądować, bo okazuje się, że wcale nie był na kursie. Był na lewo i za nisko, i odszedł na drugi krąg. Już pierwsza próba dla Iła-76 kończy się tak, że Plusnin i płk Krasnokutski nie są w stanie wydusić z siebie niczego poza wiązanką przekleństw.

I mimo to kierują go na powtórne podejście? Zwracam uwagę, że cały czas nie pada ani słowo o widoczności, a więc obowiązuje wciąż jeden kilometr. Potem MAK napisał, że działo się to w warunkach pogarszającej się pogody. I to akurat prawda. Jeśli jednak widoczność pogarszała się, to znaczy, że znajdowała się poniżej tysiąca metrów, a więc według prawa lądowanie było niemożliwe. To dlatego grupa kierowania lotami niczego głośno przez radio nie mówi. Tylko Plusnin sugeruje załodze rzeczywistą sytuację, mówiąc: „Coś się pogarsza”. Ale co, nie wyjaśnia. Przy drugim podejściu iła sytuacja się powtarza.

Jaka była wtedy rzeczywista widoczność?
– Znamy ją bardzo dokładnie. Obecny na stanowisku kontroli lotów płk Krasnokutski raportował ją telefonicznie swojemu generałowi. Pytanie, czy miał prawo, nie będąc członkiem grupy kierowania lotami, przebywać w tym miejscu, które tak jak kabina pilotów samolotu, jest strefą ograniczonego dostępu. W każdym razie, znajdując się tam, miał obowiązek zachowywać ciszę i nie wtrącać się do pracy członków grupy kierowania lotami. Jednak z jego obecności mamy jeden pożytek.

Mianowicie nagrał na magnetofonie realną widoczność podczas zniżania samolotów Ił-76 i Tu-154, znacząco różniącą się od zawyżonej wartości podawanej przez – używając jego własnego wyrażenia – niepoczytalnego meteorologa. W raporcie nie ma ani słowa o tym fakcie, a to ważna informacja. On przecież swojego generała nie okłamywał. Kiedy Ił-76 już prawie się rozbił i definitywnie odleciał, pułkownik mówi: „Widoczność jest 500 metrów, nawet 300 metrów”. I obrzuca wyzwiskami meteorologa, który nie wiadomo dlaczego dawał 800 metrów. Po półgodzinie zaczął zbliżać się Tu-154 i trzeba było mu podać warunki pogodowe. Meteorolog wciąż podaje 800 metrów, ale Krasnokutski widzi z punktów orientacyjnych, że jest „maksimum 200” i powtarza to głośno dwa razy wśród steku wulgaryzmów, potem jeszcze mówi, że jest 150 metrów i wciąż się pogarsza.

Ale przy lądowaniu tupolewa kierownik lotów poinformował załogę, że widoczność wynosi 400 metrów.
– Tak, tyle właśnie dali. Wtedy dowódca samolotu stwierdził, że spróbuje zejść, a jeśli nie będzie warunków, odejdzie.

Czy to jest zgodne z procedurą?
– Tak, oczywiście. Czasem w trakcie takiego próbnego zejścia warunki się poprawiają. Rzecz jasna zniżyć się można tylko do wysokości decyzji. Oczywiście 400 metrów to dużo mniej niż minimum wynoszące 1 tys. metrów, ale już lądowanie przy widoczności 150 metrów to zupełny absurd. Nikt by się nie zgodził na próbę lądowania w takich warunkach. Ale jemu powiedziano 400 metrów, Krasnokutski mówi generałowi, że 150 metrów i nie ma żadnej reakcji. MAK też to potem zignoruje.

Paragraf „E”
MAK twierdzi, że postępowali zgodnie z procedurami i nie mogli zakazać lądowania polskiemu samolotowi.
– To nieprawda. MAK powołuje się na rosyjski AIP, czyli zbiór informacji lotniczych (ang. Aeronautical Information Publication). Dotyczy on wszystkich lotów w przestrzeni powietrznej Federacji Rosyjskiej, cywilnych i państwowych, krajowych i zagranicznych. Podlegają mu i załogi, i służby kontroli lotów, to jest informacji lotniczej oraz kierowania ruchem. Komisja techniczna stwierdza, że grupa kierowania lotami uprzedzała załogę o braku warunków do lądowania i zalecała jej odejście na lotnisko zapasowe. Otóż AIP w części AD mówi w par. 1.1-1 c), że „dowódcy zagranicznych statków powietrznych wykonujących loty w Rosji sami podejmują decyzję o możliwości startu i lądowania, biorąc na siebie pełną odpowiedzialność za podjętą decyzję”.

A więc MAK argumentuje, że przecież podali mu warunki, a on podjął decyzję, że jednak spróbuje lądować. W ten sposób MAK usprawiedliwia kierownika lotów, bo ten zgodził się na próbę lądowania, chociaż podał widoczność poniżej minimum. Ale w AIP jest zaraz dalszy paragraf e), którego istnienia komisja techniczna celowo nie zauważa: „Służba kontroli lotów ma prawo w przypadku konieczności zakazać startu lub lądowania, lecz prawa tego nie można traktować jako wzięcia odpowiedzialności za decyzję podjętą przez dowódcę załogi lub kontrolę jego słuszności”. To oznacza, że jeśliby kierownik lotów zakazał lądowania jeszcze przed wejściem samolotu na ścieżkę, do czego miał pełne prawo, biorąc pod uwagę warunki pogodowe, a załoga to zignorowała, wówczas można by uznać, że działania kontroli lotów były prawidłowe i nie można mieć do nich zastrzeżeń. Komisja oczywiście bierze pod uwagę tylko paragraf c), a nie zauważa e).

A przecież przy panujących warunkach i przy idiocie siedzącym za radiolokatorem, który już prawie rozbił dwa samoloty, jak najbardziej występuje konieczność zakazania lądowania. Tak byłoby nawet, gdyby nie kłamano co do widoczności, ale w trakcie manewrów przed podejściem warunki się pogorszyły. Jedynym wyjściem jest zakaz lądowania. AIP nie precyzuje, jaka to „konieczność” może wystąpić, bo nie da się przewidzieć rozmaitych okoliczności. Liczy na rozsądek dyspozytora.

MAK może jednak powiedzieć, że dyspozytor ma prawo, a nie obowiązek. A to różnica.
– Przede wszystkim prawo służy do tego, żeby go używać. Poza tym w AIP jest jeszcze inny zapis. W części ENR paragraf 2.3.10 jest napisane: „Dyspozytor ma obowiązek zakazać lądowania statku powietrznego i dać polecenie odejścia na drugi krąg, gdy na drodze zniżania statku powietrznego lub pasie znajdują się przeszkody zagrażające bezpieczeństwu lotu”. Rzecz dotyczy wszystkich samolotów rosyjskich i zagranicznych, cywilnych, państwowych, jakichkolwiek. Pytanie, jakie to mogą być przeszkody (ros. priepiatstwija, ang. obstacles). To nigdzie nie jest napisane, dlatego że okoliczności mogą być bardzo różne. Nie musi chodzić o przeszkodę fizyczną.

Podręczniki wymieniają np. uskok wiatru, groźne dla samolotu zjawisko – wtedy też zaleca się odejście na drugi krąg. Czy może to być też mgła? Na lotnisku bez precyzyjnego systemu podejścia można i jak najbardziej należy mgłę tak właśnie traktować.

MAK zarzuca załodze, że podchodziła do lądowania, nie wskazując systemu lądowania. Pisze, że nie „zamówiono radiolokatora”.
– To jest nieistotne. Jeśli załoga nie informuje o oczekiwanym systemie zabezpieczenia nawigacyjnego, to kierownik lotów wskazuje obowiązujący system. Powinien powiedzieć: „zejście według radiolokatora, kontrola według radiolatarni prowadzących”.

Co to jest „posadka dopołnitielna”? Polska komisja nie mogła zrozumieć znaczenia tego wyrażenia.
– To taka komenda. Samolot wykonał czwarty zakręt, wchodzi na ścieżkę, jest już w konfiguracji do lądowania, ale kierownik lotów nie może dać zgody na lądowanie, lecz spodziewa się, że ta zgoda będzie. Wtedy mówi: „Posadka dopołnitielna”, to znaczy, że załoga może kontynuować zniżanie, ale zgody na lądowanie nie ma. Ostateczna decyzja powinna zapaść przed wysokością decyzji i nie później niż przy markerze bliższej radiolatarni, czyli około kilometra od progu pasa. Tak się najczęściej dzieje na lotniskach z dużym ruchem, gdy jakiś samolot wylądował, ale jeszcze nie opuścił pasa. Wtedy następny może spokojnie się zniżać i w odpowiednim momencie otrzyma zgodę albo okaże się, że pas jest wciąż zajęty i trzeba odejść na drugi krąg.

Ale takiej sytuacji w Smoleńsku nie było, tylko zła pogoda.
– Taka komenda może paść także z powodu pogody. Kiedy na przykład widoczność jest na granicy minimum i się poprawia. W tym przypadku, jeśli byłoby to 900 metrów i rosło. Wtedy można liczyć, że w ciągu tych kilku minut dojdzie do tysiąca.

Zwodzenie załogi
To też nie nasz przypadek.

– Owszem. Grupa kierowania lotami robiła wszystko, żeby załogę Tu-154 zbić z tropu, tak jak i poprzednie samoloty. Ale o ile Ił-76 zdołał uciec, o tyle Tu-154 niestety nie zdążył. Ale naprawdę i Ił-76 był blisko katastrofy i mało brakowało, a cała ta historia byłaby zupełnie inna. Ale jemu jeszcze się udało. Tupolew także otrzymywał cały czas komunikat „na kursie, na ścieżce”.

W przypadku Tu-154 błąd dotyczy nie tylko kursu i ścieżki, ale także odległości od progu pasa.
– Owszem. Tak było i przy pierwszych dwóch samolotach, co przeanalizowaliśmy na przykładzie Jaka-40, tylko nie wiemy, jaki był to dokładnie błąd. Dla Tu-154 dysponujemy bardzo precyzyjnymi informacjami o trajektorii. Kiedy Ryżenko mówi na przykład: „2 na kursie, na ścieżce”, przekazuje trzy błędne informacje. Samolot nie jest 2 km od progu pasa, ale 5,5 km, jest ponad 20 metrów poniżej ścieżki i około 50 metrów na lewo, czyli nie jest też na kursie. Błąd 500 metrów w odległości od progu jest niewytłumaczalny i niedopuszczalny. Tyle samolot leci 7 sekund. Odległość powinna być dokładna. Błąd wynikający z ruchu samolotu to co najwyżej 100 metrów. Mimo to MAK nie widzi żadnych nieprawidłowości w pracy grupy kierowania lotami i twierdzi, że jej działania nie wpłynęły na wystąpienie zdarzenia lotniczego. Jak tak można napisać?

Życie pokazuje, że wnioski komisji zajmujących się zdarzeniami lotniczymi nie zawsze są obiektywne. W ZSRS była to dość rozpowszechniona praktyka, że na przebieg badania wpływały interesy polityczne lub resortowe. Wątpię, czy od tamtych czasów zaszła jakaś gruntowna zmiana tego stanu rzeczy. Nie mam wątpliwości, że w tym przypadku komisja posiadała wytyczne wyższego kierownictwa Federacji Rosyjskiej, by „swoich nie wydawać, brudu z chaty nie wynosić”. Natomiast MAK i pani Anodina mieli w głowie tylko, żeby bronić, choćby niezgrabnie, kontrolerów, ratując „cześć munduru” rosyjskiego żołnierza.

Czy to dziwne, że do obsługi samolotu specjalnego z głową obcego państwa na pokładzie (a trzy dni wcześniej lądował i rosyjski premier) nie znaleziono lepiej przygotowanych kontrolerów lotu?
– Przestępcze działania członków grupy kierowania lotami to nie przypadek, to konsekwencja błędów systemowych w wojsku. W rozmowach radiowych i telefonicznych z udziałem wojskowych połowa to bezsensowna paplanina, gęsto przeplatana wulgaryzmami. Z pewnością nie sprzyja to rzetelnej pracy przy kierowaniu ruchem powietrznym. Ludzie na „Korsarzu” nie znali języka angielskiego, nawet w zakresie podstawowej frazeologii korespondencji radiowej z samolotem, nie przestrzegali procedur lotniczych. To była ekipa dyletantów, zdolnych jako tako wypełniać swoje obowiązki w warunkach dobrej pogody, gdy załogi mogą podchodzić do lądowania bez niczyjej pomocy. Wystarczy wtedy podać standardowe komendy, ciśnienie, wiatr, i to wszystko – samolot ląduje. Teraz przyjmują nie jakiś swój samolot, ale specjalny rejs z Polski – wielka odpowiedzialność, dzwonią generałowie, którym trzeba na bieżąco raportować. A tu mgła. Ona wprowadziła członków grupy w stan jakiegoś zagubienia, że stracili zdrowy rozsądek w podejmowaniu decyzji i wydawaniu poleceń.

Dlatego stworzono instrukcje służbowe, żeby się nimi kierować. Każdy w tym zawodzie musi mieć na uwadze hasło „Wszystkie przepisy lotnicze pisane są krwią”. Jeśli jest się kierownikiem lotów, to ma się określone instrukcje, zbiór obowiązków, które należy wypełnić. Nikt nie może się w to wtrącać ani niczego nakazywać wbrew przepisom, nawet generał. Takie jest prawo – nikt nie może rozkazywać kierownikowi lotów podczas wykonywania obowiązków służbowych, bo on odpowiada za bezpieczeństwo. Wszystko, co działo się na lotnisku rankiem 10 kwietnia 2010 r., przypomina film grozy, którego głównymi bohaterami są członkowie grupy kierowania lotami i załogi lądujących samolotów. Na stanowisku kontroli lotów panował zamęt przechodzący w panikę, trwały niekończące się konsultacje z kierownictwem, kto, skąd i dokąd leci, co robić w przypadku dalszego pogorszenia się warunków pogodowych itp.

Zabrakło zgodnego współdziałania i właściwego wypełniania zadań związanych z pełnioną funkcją. O ile przestarzałe, „półsprawne” wyposażenie lotniska Smoleńsk Północny można jakoś wytłumaczyć niechlujstwem i wszechobecną biedą w obszarze postsowieckim, o tyle braku profesjonalizmu i nieodpowiedzialności kontrolerów lotów, którzy dosłużyli się wysokich stopni wojskowych, pensji i emerytur, nie da się nijak wyjaśnić.

Karty bez ostrzeżeń
A jak Pan ocenia działania załogi Tu-154M? Nie zostawiono na niej suchej nitki.
– Załoga dostała widoczność poziomą 400 m i wysokość decyzji 100 metrów. Dowódca miał też swoje własne minimum wynoszące 60 metrów widoczności pionowej i 800 metrów poziomej, chociaż dla tego lotniska stosowało się podwyższone wartości odpowiednio 100 m i 1200 metrów. Więc niewykluczone, że postanowił zejść nie do 100, ale do 60 metrów. Wskazuje na to ustawienie sygnalizatora wysokości decyzji na radiowysokościomierzu. To oczywiście naruszenie zasad, ale zapewne myślał, że niewielkie. Jeśli chodzi o widoczność poziomą, mógł się spodziewać, że sytuacja się zmieni. Mgły typu radiacyjnego mają taką właściwość, że pojawiają się nagle i nagle znikają.

W każdym razie na pewno myślał, że w razie czego bez problemu odejdzie na drugi krąg z wysokości 60 metrów. To przecież żaden problem. No więc samolot schodził. Nawigator dyktował wysokość według radiowysokościomierza – słyszałem, że w Polsce jest taka przyjęta technologia pracy, że od pewnej wysokości przechodzi się z wysokościomierza barycznego na radiowysokościomierz, co jest zazwyczaj całkiem sensowne, bo zwiększa precyzję.

Ale Protasiuk wiedział, że w Smoleńsku jest pod ścieżką podejścia obniżenie terenu.
– To było zadanie nawigatora. Załoga oczywiście przygotowywała się do lotu, czytała dokumentację, mapy, schematy. Do lądowania otrzymała kartę podejścia lotniska Smoleńsk Północny w systemie OSP+RSP z kursem 259 stopni. Jak się na nią patrzy, widać wszystkie potencjalne przeszkody nawigacyjne. Zaznaczono wszystkie wzniesienia, wieże, ale leżą one daleko od ścieżki podejścia. Na schemacie przekroju pionowego też mamy prostą linię ścieżki i prostą linię wyobrażającą ziemię. Nie ma żadnych ostrzeżeń przed niebezpieczeństwami. W rzeźbie terenu nie widać żadnych zagrożeń. Ta karta, chociaż dotyczyła lotniska wojskowego, zrobiona jest w układzie takim jak w AIP. Otóż piloci w praktyce rzadko korzystają z nich bezpośrednio, wolą wydawnictwa prezentujące te samo informacje, ale bardziej czytelnie ułożone. W Europie w użyciu są głównie pomoce firmy Jeppesen. Do nich zapewne był przyzwyczajony porucznik Artur Ziętek. Taka rzeźba terenu jak w Smoleńsku nie jest wcale czymś nietypowym, takich lotnisk jest bardzo dużo na świecie i lotnicy rozumieją zagrożenie związane z pomiarem wysokości w takich sytuacjach. Weźmy np. lotnisko w Luksemburgu, które jest pod względem terenowym bardzo podobne do Smoleńska. No i proszę zobaczyć, co jest napisane w przewodniku Jeppesena dla tego lotniska.

„Gwałtowny spadek wysokości radiowej pomiędzy 0,8 a 0,5 mili morskiej od progu pasa z powodu stromego wzniesienia terenu (300 stóp). Spodziewane ostrzeżenia o zbliżeniu do ziemi”.
– No właśnie. To jest wybite w ramce na karcie podejścia, żeby każdy widział, że wskazanie radiowysokościomierza w tym miejscu będzie nieprawidłowe. Jest konkretnie napisane, że jest coś takiego w rzeźbie terenu i nie należy się posługiwać radiowysokościomierzem i że nawet mogą się włączać ostrzeżenia o zbliżaniu się do ziemi, właśnie takie jak podczas tego zejścia w Smoleńsku się pojawiły. Uznano, że to informacja ważna, i słusznie. A w zbiorach rosyjskich takiej informacji nie ma. Uznano, że to nieistotne. Napisaliby w ramce: „W odległości 0,5-2,0 km od progu pasa 26 obniżenie terenu do 80 metrów. Nie używać radiowysokościomierza”. Logiczne. Dlatego ten młody nawigator, który pewnie latał ze zbiorem Jeppesena, wiedział, że jeśli są problemy z rzeźbą terenu, to jest o tym uwaga na schemacie. Kiedy nic nie jest napisane, problemów takich nie ma, teren jest płaski i można posługiwać się bez błędu radiowysokościomierzem. Przypuszczam, że dlatego nie zwracał uwagi na wysokościomierz barometryczny.

Co się stało później?
– Kierownik strefy lądowania cały czas mówi: „Na kursie, na ścieżce”, i podaje odległość. W momencie, gdy pada: „2, na kursie, na ścieżce”, maszyna jest naprawdę w odległości 2,5 km od progu pasa i znacznie poniżej ścieżki podejścia, nawet poza strefą dopuszczalnych odchyleń. Ale załoga tego nie wie. Jest spokojna, może sądzić, że zejście jest normalne, idzie jak po nitce, piloci już zaczęli się rozglądać za ziemią. W poziomie niczego jeszcze nie mogli się spodziewać, ale w pionie już była szansa zobaczyć ziemię. Co więcej, uspokojony komunikatem „na kursie, na ścieżce” dowódca zwiększa prędkość opadania, przypuszczając, że ma jeszcze zapas wysokości. Mógł myśleć, że jak jeszcze nieco się obniży, to wyjdzie poniżej chmur i zobaczy teren. Ale wtedy Ryżenko zamilkł, chociaż miał obowiązek prowadzić samolot do odległości kilometra od progu pasa. Ten człowiek na odległości 2 km okłamał załogę i zamilkł. Milczy też kierownik lotów, chociaż wiedział, że zbliża się wysokość decyzji. Powinien zatem zapytać: „Czy widzisz ziemię?”. Otrzymałby oczywiście odpowiedź: „Nie”. A wtedy musiałby wydać komendę odejścia na drugi krąg.

Wielka cisza na wieży
„Korsarz” milczy przez 14 sekund, czyli kilometr lotu.
– Pod koniec, gdy samolot znajduje się znacznie poniżej ścieżki, Ryżenko już go na ekranie nie widzi z powodu kształtu terenu i drzew. Ale to nie jest żaden powód, żeby milczeć, tylko wydać komendę do odejścia. Wreszcie pada komenda: „Horyzont”. Rzecz w tym, że nie ma takiej komendy. Powinno być: „Wstrzymać zniżanie” (ros. priekratitie sniżenije, ang. stop descent). „Horyzont”, czyli inaczej „poziom”, to komenda wzięta z typowo wojskowej korespondencji radiowej. Chodzi o przejście do lotu poziomego. Ale dla obcokrajowca to nie musi być oczywiste. Nie rozumiem zupełnie zachowania Ryżenki.

W tym czasie samolot cały czas się mocno obniża.
– Nawigator cały czas podaje wysokość, ale ponieważ samolot akurat leci w miejscu, gdzie teren się obniża, wysokość radiowa pozostaje stała i wynosi 100 metrów. Nawigator trzy razy w ciągu 7 sekund powtarza: „100”, bo tak mu pokazuje radiowysokościomierz. Pytanie, jak to zrozumiał dowódca? Wiedział, że samolot cały czas się obniża, bo jest wskaźnik prędkości pionowej. Kiedy słyszał powtarzające się „100”, mógł je odebrać jako swego rodzaju przypomnienie, że to wysokość decyzji. Dowódca ma obowiązek wtedy jasno powiedzieć: „Lądujemy”, czy: „Odchodzimy”. Nawigator mógł wprost powiedzieć: „Dowódco, jaka decyzja?”. Tak przynajmniej myślał według mnie kpt. Protasiuk. Nie reagował, bo postanowił jeszcze zejść do 60, więc przedłużał zniżanie. Z kolei nawigator powinien zauważyć, że to niemożliwe. Samolot obniża się, a wysokość jest stała? Może jednak myślał, że przeszli do lotu poziomego i odchodzą?

Wtedy pada komenda: „Odchodzimy”.
– Trzeba przyznać, że dowódca nie czekał do wysokości 60 metrów, zorientował się, że coś jest nie tak, i podjął próbę odejścia. Wykresy pokazują wyraźnie, że jest silny nacisk na stery. Tyle że to odejście niewytłumaczalnie się dłuży. Aż było za późno, niestety.

Dziękuję za rozmowę.
Piotr Falkowski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... raklo.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 358 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 20, 21, 22, 23, 24  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 11 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /