Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 358 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 19, 20, 21, 22, 23, 24  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 20 kwi 2012, 08:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Eksperci niech mówią o faktach

Z gen. bryg. rez. Janem Baranieckim, zastępcą dowódcy Wojsk Lotniczych Obrony Powietrznej w latach 1997-2000, mającym doświadczenie w badaniu przyczyn katastrof lotniczych, rozmawia Marcin Austyn

W rozmowie z "Gazetą Wyborczą" Maciej Lasek, zastępca przewodniczącego podkomisji lotniczej w komisji Jerzego Millera twierdzi, że przyczyną katastrofy Tu-154M było "zejście poniżej minimalnej wysokości zniżania, przy nadmiernej prędkości opadania, w warunkach uniemożliwiających wzrokowy kontakt z ziemią i spóźnione rozpoczęcie procedury odejścia na drugi krąg". To ustalenie jest pełne i wyjaśnia wszystko na temat katastrofy?
- A czy wyjaśnione zostały przyczyny zmiany kursu samolotu i trajektorii lotu? Przecież samolot nie leciał po kursie i ścieżce, jak zapewniała wieża. Z czego to wynikało? To był efekt braku umiejętności pilotów? A może zawinił sprzęt nawigacyjny? A może jeszcze jakieś inne czynniki? Tego komisja ministra Jerzego Millera nie wyjaśniła. Opisywany jest efekt, ale nie znamy jego przyczyn i w tym tkwi problem. Tak naprawdę nie wiemy też, z czego wynikała nadmierna prędkość opadania. Niby tłumaczone było to spóźnionym wejściem na ścieżkę schodzenia. Tyle że dziś wiemy także, że załoga była świadoma tego, co się dzieje, współpracowała, a rosyjscy kontrolerzy mieli nakazać zejście nie do 100, ale do 50 metrów. O tym mówili piloci samolotu Jak-40, który wcześniej wylądował na Siewiernym. Tych liczb wypowiedzianych w języku rosyjskim nie można pomylić, podobnie jak w języku polskim. Można źle rozróżnić liczby 70, 60, 50, ale nie 50 i 100. Dlaczego komisja milczy na ten temat? Przecież jej eksperci mieli do dyspozycji odpowiedni materiał i mogli go dokładnie odsłuchać.

Zgodzi się Pan z oceną, że porównanie wszystkich ekspertyz fonoskopijnych wskazuje, iż są one komplementarne, a nie sprzeczne?
- Jeśliby spojrzeć na tę sprawę w taki sposób, że opracowania wychodzą z tego samego źródła, to takie stwierdzenie można by uznać za słuszne. Faktem jest, że różnice w odczytach są, ale nie czuję się odpowiednią osobą do ferowania ocen w tym zakresie. Owszem, mam całą dokumentację, także tę sporządzoną przez MAK w języku rosyjskim, ale nie udało mi się przez nią przebrnąć, bo dla mnie było to mataczenie. Dlatego też czekam na wyniki prac zespołu biegłych powołanych przez wojskową prokuraturę, kierowanego przez najbardziej doświadczonego w Polsce badacza katastrof lotniczych dr. inż. Antoniego Milkiewicza. Jestem przekonany, że będzie to pierwszy niezależny raport, który ze spokojem przeczytam od deski do deski.

Lasek podtrzymuje, że przed katastrofą do kabiny załogi wchodzą osoby postronne w randze generałów. Twierdzi też, że krakowscy eksperci nie stwierdzili, iż zarejestrowany głos nie należy do dowódcy Sił Powietrznych, a jedynie go nie rozpoznali. Mówimy więc o ustaleniach czy domysłach?
- To wszystko, co mówi się o obecności generałów w kokpicie, to tylko domysły. I to koreluje z ogólną tendencją co do sposobu informowania o katastrofie. Wiemy chociażby o SMS-ach do polityków PO, pouczających ich, jak należy wypowiadać się w sprawie katastrofy: że to wina naciskanych pilotów, a pozostaje tylko ustalić, kto ich do tego lądowania zmusił. Ta opinia rozprzestrzeniana przez większość mediów, podtrzymana przez MAK niestety nadal funkcjonuje. Wiele osób nie śledzi dokładnie tego, co się dzieje wokół badania katastrofy, a zwolennicy PO bezkrytycznie przyjmują pewne tezy. Dlatego szczególnie eksperci powinni mówić wyłącznie o bezsprzecznych ustaleniach.

Szef PKBWL zauważa, że ekspertyzy fonoskopijne wskazują, iż po meldunku o przygotowaniu pokładu do lądowania zostały zarejestrowane głosy osób postronnych w kokpicie lub jego bezpośredniej bliskości, że ktoś, kto był blisko kabiny, rozmawiał lub usiłował rozmawiać np. przez telefon...
- Tym bardziej wysnuwanie z tych informacji wniosków o obecności generałów w kokpicie jest nieuprawnione. Należy pamiętać, że w badaniu katastrof lotniczych w pierwszej kolejności nie bierze się pod uwagę głosów dobiegających gdzieś z pobliża kabiny pilotów, ale analizuje się korespondencję z wieżą, kierownikiem lotów, z osobami, które mają wpływ na lot. To te kwestie są decydujące i one są badane w pierwszej kolejności. Głosy z kabiny rozpatruje się w końcowej fazie badań. A tu - i przyznaje to Edmund Klich - były naciski ze strony rządu, by opublikować stenogramy z rozmów w kabinie. Już wtedy miałem przeczucie, że dojdzie tu do manipulacji. I co się okazało? A to nie rozpoznano części głosów, a to nie odczytano dokładnie treści... Pamiętamy, ile nieprawdziwych słów przytaczano. Oczywiście nie wykluczam, że w czasie lotu ktoś z generalicji był w kokpicie, ale zasada jest taka, że pod koniec lotu w kabinie ma być spokój. I wiem, że ci, którzy zginęli, zawsze tej zasady przestrzegali.

Lasek twierdzi, że nikt nie wywierał presji bezpośredniej na pilotów, ale istniała presja pośrednia. Mówi też, że nie można jej łączyć z obecnością w kabinie konkretnej osoby postronnej. Skoro nikt nie naciskał, a obecność osób postronnych nie miała znaczenia, to po co cała ta awantura o generałów w kokpicie?
- Załoga leciała zgodnie z planem: miała podejść do 100 m, zobaczyć, jak przedstawia się sytuacja nad lotniskiem, i w razie braku możliwości lądowania odejść. Tymczasem komisja zamiast pokazać konkretne ustalenia na temat tego, co stało się w końcowej fazie lotu, jakie były przyczyny takiego, a nie innego zachowania maszyny, mydli nam oczy informacjami o naciskach, które - jak się okazuje - nie miały większego znaczenia. Tak tworzy się medialną dyskusję na temat obecności generałów w kokpicie. Równocześnie nie wyjaśnia się np. roli rosyjskiego samolotu Ił-76, który w tym samym czasie latał nad Smoleńskiem. I to nie tylko kwestia tego, że takie loty powinny być wtedy zabronione, ale też tego, co Rosjanie tam robili. Albo bagatelizuje się fakt, że nie odnaleziono jednego z rejestratorów i przechodzi się z tym do porządku dziennego. Tego rejestratora należało szukać do skutku. Wydaje się to szczególnie ważne dziś, w sytuacji gdy pojawiają się poważne głosy o zarejestrowaniu wstrząsów na pokładzie Tu-154M. Z tej perspektywy patrząc, zbadanie tej skrzynki jest istotne. Bo jaką mamy pewność, że w jej miejscu nie umieszczono zupełnie innego "urządzenia"? Oczywiście wygodniej jest całkowicie pomijać tezę o możliwości przeprowadzenia zamachu z uwagi na brak przesłanek i sprowadzać problem do poziomu oszołomstwa. Tyle że bez dokładnych badań, bez skompletowania wszystkich części samolotu, bez odpowiednich analiz niczego poza błędem załogi ustalić nie można.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po15.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 16 maja 2012, 08:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Pytanie o sens "Smoleńska"?

Niemal wszyscy rodacy zatroskani o los ojczyzny okupowanej przez współczesną Targowicę, otrząsnąwszy się nieco po szoku wywołanym tragedią z 10 kwietnie 2010 roku, oczekiwali niecierpliwie na objawienie nam przez Stwórcę, sensu tej poniesionej ofiary.

Nikt nie dopuszczał do siebie myśli, że ta ofiara może być nadaremną, zwłaszcza, że niecałe dwa miesiące od tego pamiętnego kwietniowego sobotniego poranka doszło do kolejnego znaczącego wydarzenia, jakim była 6 czerwca 2010 roku, beatyfikacja księdza Jerzego Popiełuszki.

Ta nasza ludzka niecierpliwość podpowiadała nam również bardzo ludzkie wyobrażenia tego sensu. Wielu upatrywało go w zwycięstwie Jarosława Kaczyńskiego w prezydenckim wyścigu z Komorowskim czy później w wygranej PiS-u w wyborach parlamentarnych. Wyglądało to tak jakbyśmy podpowiadali Panu Bogu najlepsze rozwiązania.

Kiedy i jedno i drugie nie wyszło, wśród sporej części Polaków dało zauważyć się apatię i utratę nadziei.

Wyobraźmy sobie dzisiaj, co stałoby się gdyby rzeczywiście Jarosław Kaczyński został prezydentem albo PiS rzutem na taśmę wygrał minimalnie wybory?

Zjednoczona Targowica wspierana przez Czerską i Wiertniczą i wspomagana propagandowo przez oś Berlin Moskwa nie wyłączając Jamajki i Gabonu, waliliby w „kaczora” i jego partię jak w bęben, a nadzieja na uwolnienie ojczyzny od szkodników reprezentowanych przez establishment III RP oddalałaby się z każdym mijającym dniem.

Nasza ludzka natura podpowiada nam najprostsze ludzkie rozwiązania, które okazują się nie mieć wielkiego sensu.

W styczniu tego roku w klasztorze w Kontich zmarł flamandzki zakonnik, kapłan i pisarz, ojciec Phil Bosmans, który zwykł mawiać:

Niektórzy po zapadnięciu zmroku już nie potrafią uwierzyć w słońce. Brakuje im tej odrobiny cierpliwości, aby doczekać nadchodzącego poranka. Kiedy przebywasz w ciemnościach, spójrz w górę. Tam czeka na ciebie słońce.”

I właśnie dzisiaj to słońce powoli zaczyna się wyłaniać, a te dwa lata, jakie minęły, potrzebne nam były, aby zło mogło objawić się w całej swej grozie i brzydocie.

Musiał zostać sprofanowany krzyż, wyszydzone ofiary Smoleńska, podeptana ich godność. Musiało dojść da czasów, w których za transparent z przekreślonym sierpem i młotem czy wizerunkiem Papieża Jana Pawła II trafia się na policyjny komisariat bądź dostaje się prosto w oczy porcją łzawiącego żelu miłości.

Oczywiście towarzyszyć temu musiało bezkarne paradowanie zdrajców i wykolejeńców z komunistycznymi sztandarami, sierpami i młotami oraz portretem zbrodniarza, wykolejeńca i łysego zboczeńca z bródką z podpisem „Cała Władza w Ręce RAD”.

A dlaczego musiało do tego dojść?

Ano, dlatego, że wielkimi krokami nadchodzi dzień, kiedy Polska i świat będą musiały przyjąć do wiadomości, że 10 kwietnia 2010 roku doszło do bezprecedensowej w historii zbrodni popełnionej przez zdrajców narodu i ich mocodawców.

Ten festiwal zła, z jakim mieliśmy i mamy do czynienia pozwolił nam na zarejestrowanie, skatalogowanie i dokładne zapamiętanie wszystkich zdrajców, od tych na samej górze do tych średnich i całkiem małych kolaborantów.

Mamy ich wszystkich jak na widelcu i kiedy tylko prawdę pozna cała Polska i świat, znajdziemy się w takim historycznym momencie naszej historii, kiedy to będziemy mogli za jednym zamachem wymieść ten cały establishment III RP i nikt na świcie nie ośmieli się stanąć w jego obronie.

Nikt nie śmie również głośno protestować, kiedy będziemy robili porządek z mediami zaangażowanymi od samego początku w smoleńskie kłamstwo i prawnie uniemożliwić, jak czynią to państwa poważne, taką sytuację, że rynek prasy lokalnej jest niemal w 90% w obcych, w naszym przypadku, niemieckich rękach.

Choć taka sytuacja wielu państwom nie będzie na rękę to jednak nikt nie ośmieli się publicznie bronić zdrajców polskiego narodu.

W krótkim czasie możemy uwolnić Polskę od okrągłostołowego reżimu, co wydawało się niemożliwe, a jeżeli już to tylko w wieloletnim i długotrwałym procesie.

I to może okazać się sensem tej ofiary poniesionej 10 kwietnia 2010 roku. Nagłe oswobodzenie Polski i rozpoczęcie jej budowy na zdrowych fundamentach, a nie kolaboracyjnym bagnie z 1989 roku.

Kiedy gdzieś w oddali słychać już było odgłosy nadciągającego frontu, wśród komendantury, esesmanów i strażników z wieżyczek w obozach koncentracyjnych, zaczynał panować strach i panika. Więźniowie zaś zaczynali się radować i wierzyć w ocalenie oraz odzyskanie wolności. Ale czy wszyscy?

Była i taka grupka więźniów, która bała się nawet bardziej niż umundurowani oprawcy i sadyści.

Należeli do niej wysługujący się niemieckim zbrodniarzom różni funkcyjni kapo, blokowi i sztubowi.

Oni zdawali sobie sprawę, że gwarantujący im dotąd bezkarność obozowe władze będą próbować ratować własne tyłki ich zaś skazując na zemstę ze strony zdradzonych współwięźniów.

Coś mi się wydaję, że już wkrótce z wielu twarzy medialnych sługusów władzy, „autorytetów mniejszych”, ekspertów i celebrytów do wynajęcia, zaczną znikać głupkowate uśmieszki i pewność siebie, a wtykanie polskich flag w psie odchody, drwiny z wiary i krzyża czy szarganie pamięci poległych, będą ostatnimi rzeczami, jakie przyjdą im do głowy.

Artykuł ukazał się w Warszawskiej Gazecie

28-05-2012 r. ukaże się moja książka

www.polskaksiegarnianarodowa.pl

Tel. (22) 339 05 41

http://kokos.salon24.pl/417655,pytanie-o-sens-smolenska


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 25 maja 2012, 07:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Gdzie się podziali krytycy Biniendy?

Z możliwości bezpośredniej konfrontacji z tezami prof. Wiesława Biniendy nie skorzystał żaden z wielokrotnie i uporczywie podważających je publicznie parlamentarzystów koalicji rządowej czy "ekspertów" epatujących swoimi mądrościami widzów TVN24

Symulację dotyczącą przebiegu ostatniej fazy lotu rządowego Tu-154M zaprezentował wczoraj na posiedzeniu parlamentarnego zespołu smoleńskiego prof. Wiesław Binienda z Uniwersytetu w Akron.
Sejmowa sala pękała w szwach, przyszli posłowie opozycji: PiS i Solidarnej Polski, były rodziny ofiar (Ewa Kochanowska, Małgorzata Wassermann, Dariusz Fedorowicz, Andrzej Melak). Zabrakło parlamentarzystów koalicji rządowej i lewicy. - Nie należę do zespołu, poza tym mam posiedzenia komisji - tłumaczy się Eugeniusz Kłopotek (PSL). - Ale nawet gdyby Sejmu nie było, to też bym nie był, bo pracuję zawodowo - dodaje, tłumacząc przy tym, że nic o posiedzeniu zespołu nie wiedział. Szkoda, bo informacja o tym znajdowała się na stronie internetowej Sejmu. Dostępnej dla wszystkich, więc i dla parlamentarzystów. - Myśli pani, że ja przeglądam strony internetowe? - odburkuje Kłopotek, który jeszcze niedawno zapewniał, że będzie popierał każdą propozycję zmierzającą do wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej. - Nie jestem członkiem tego zespołu - mówi z kolei Marek Wójcik (PO), wiceszef sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych, dopytywany o powód absencji. Zdziwiony takimi tłumaczeniami jest Stanisław Piotrowicz, członek prezydium zespołu smoleńskiego. - Informacja o posiedzeniu zespołu była dostępna. Posiedzenie nie jest zamknięte, każdy może wziąć w nim udział, wystarczy chcieć - zaznacza. - Zawsze jesteśmy dumni z Polaków, którzy za granicą potrafią być ambasadorami Polski, którzy są ekspertami i od których możemy czerpać pewną wiedzę - mówiła Dorota Arciszewska-Mielewczyk (PiS), która na posiedzenie zespołu przyszła.

Milczenie ekspertów Millera
Profesor Binienda po raz kolejny wskazał, dlaczego teoria o utracie jednej trzeciej panelu skrzydła po zderzeniu z brzozą jest niespójna, nieprawdopodobna czy wręcz nierealna. Z analizy raportu MAK i komisji Jerzego Millera wynika, że po tym zdarzeniu maszyna gwałtownie wznosi się do góry. Żeby nabrać wysokości, musiałaby w tym momencie osiągnąć duże przyspieszenie pionowe: 10 g lub 8 g. - Takiego manewru nie jest w stanie wykonać żaden samolot tego typu - tłumaczył prof. Binienda, który kilka dni wcześniej swoją symulację numeryczną prezentował wykładowcom z Politechniki Warszawskiej. Jej wyniki w kwietniu przedstawiał też na specjalistycznej sesji w Pasadenie (USA). - Na tej konferencji było ponad 200 ekspertów. Zaprosiłem na nią również ekspertów komisji Millera oraz ekspertów MAK, by przedstawili swoje wyniki badań. I byśmy mogli się podzielić swoimi konkluzjami. Niestety, nikt ani nie przyjechał, ani nic nie przysłał. Po tej prezentacji nie było ani jednego komentarza, który wskazywałby na jakieś błędy tego modelu - wskazywał wczoraj prof. Binienda. Zaznaczył, że jego wyliczeniom przeciwstawia się jedynie opinie i przypuszczenia. - Nikt nie wystąpił z krytyką merytoryczną moich analiz - zauważył profesor.
Ani szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych Maciej Lasek, ani dwóch innych członków komisji Millera: Wiesław Jedynak i Stanisław Żurkowski, nie odbierali wczoraj telefonów. Trzeci potencjalny rozmówca Bogdan Fydrych odmówił z kolei komentarza. - Nie udzielam żadnych odpowiedzi. Dla mnie jest to sprawa zamknięta - powiedział proszony o ustosunkowanie się do tez Biniendy. - Dziwię się takiej postawie. Gdyby ktoś podważał publicznie dorobek mojej pracy, to na pewno zająłbym stanowisko. Nie zrobiłbym tego, gdybym nie miał kontrtezy. Jeżeli liczą na to, że ich milczenie zdeprecjonuje wysiłek pana profesora, to się mylą - ocenia mec. Piotr Pszczółkowski. Sam Binienda przyznał wczoraj, że niedawno próbowała się z nim skontaktować pewna grupa Rosjan, chodziło rzekomo o pomoc w skonstruowaniu silnika odrzutowego. - Kiedy zacząłem sprawdzać tę firmę, okazało się, że nie ma nic wspólnego z silnikami odrzutowymi - mówił. Odnosząc się do pytań posłów dotyczących wyboru drogi prawnej, czyli aneksu 13 do konwencji chicagowskiej, Binienda odpowiedział, że nie może brać poważnie pod uwagę postępowania, w którym złamano praktycznie wszystkie punkty załącznika. Chodzi m.in. o archiwizację dokumentacji wraku, konwencja wymaga sfotografowania każdego elementu wraku i ciał ofiar. Poza tym nakazuje zebranie wszystkich elementów maszyny w zadaszonym hangarze. Powinna też zostać dokonana fizyczna rekonstrukcja wraku samolotu. - Tego, co zostało zrobione, nie można nazywać śledztwem. Dlatego wzywamy do powstania prawdziwej komisji międzynarodowej, która takie śledztwo przeprowadzi - zastrzegł profesor. Czy badanie wraku tupolewa może jeszcze coś wnieść do śledztwa? Na to pytanie prof. Binienda odpowiedział twierdząco. Tak, można dokonać analiz pod kątem środków chemicznych. Można też badać historię odkształceń i zniszczeń. Dokonanie tych analiz byłoby możliwe nawet w sytuacji, gdyby strona rosyjska nie zwróciła nam wszystkich szczątków Tu-154M. Binienda zasugerował, że przetrzymywanie wraku na płycie lotniska Siewiernyj jest działaniem celowym. - MAK jest akredytowaną instytucją w ICAO, która wie, jak przeprowadzać śledztwa prawidłowo. Jednak w tym wypadku MAK naruszał punkty jeden po drugim - wskazał. W ocenie Biniendy, gdyby polski rząd wykazał taką wolę i zainteresowanie, obiektywne badanie mogłyby podjąć amerykańska NTSB lub gremia europejskie, w tym m.in. Europejska Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Anna Ambroziak

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po05.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 28 maja 2012, 08:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Telefon z sektora nr 5

Telefon komórkowy Lecha Kaczyńskiego, który był uruchamiany po katastrofie na Siewiernym, został znaleziony w piątym sektorze. Tak wynika z materiałów przekazanych przez stronę rosyjską w ramach realizacji wniosku o pomoc prawną. Ciało prezydenta znaleziono w sektorze nr 1.

Rosyjskie materiały nie zawierają informacji na temat czasu znalezienia tego telefonu - informuje płk Zbigniew Rzepa, rzecznik Naczelnego Prokuratora Wojskowego. Z wcześniejszych informacji, jakich udzieliła prokuratura, wynika, że ciało prezydenta Lecha Kaczyńskiego znaleziono w sektorze nr 1 wraku tupolewa, w którym miały być też szczątki kokpitu. W tym samym sektorze znaleziono także ciało gen. Andrzeja Błasika i 11 innych ciał. Jeden z lekarzy, który brał udział w akcji wydobywania ciał z miejsca katastrofy, mówił wcześniej "Naszemu Dziennikowi", że ciało prezydenta Kaczyńskiego znajdowało się obok środkowej części kadłuba. W sektorze nr 1 znaleziono również ciało nawigatora Artura Ziętka. Ale już zwłoki dowódcy Tu-154M mjr. Arkadiusza Protasiuka, drugiego pilota ppłk. Roberta Grzywny oraz mechanika ppor. Andrzeja Michalaka znajdowały się w sektorach nr 2 i 3.


Problem miejsca

Kwestia lokalizacji telefonu, którego właścicielem była Kancelaria Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, interesuje prawników rodzin. - To bardzo zastanawiające, należałoby tę kwestię wyjaśnić. Czy do przemieszczenia telefonu doszło na skutek pewnej dynamiki, a była ona duża, na co wskazuje rozrzut szczątków samolotu i ciał ofiar, czy też było to celowe działanie osób trzecich, tj. Rosjan, którzy najpierw w tym aparacie manipulowali, a potem go porzucili - mówi mec. Rafał Rogalski, pełnomocnik Jarosława Kaczyńskiego. Jak już informował "Nasz Dziennik", Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego ustaliła, że po katastrofie smoleńskiej ktoś na terenie Federacji Rosyjskiej trzy razy uruchamiał prezydencki telefon.
Dochodzenie w tej sprawie prowadzi Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Śledztwo jest prowadzone w kierunku ewentualnego popełnienia przestępstwa z art. 267 par. 1 kodeksu karnego, tj. nielegalnego uzyskania informacji. Czyli w celu wyjaśnienia, kto i w jaki sposób mógł uzyskać dostęp do informacji zapisanych w telefonie i w karcie SIM. Jednak zdaniem pełnomocników rodzin to za mało.

Informacje wrażliwe

- Powstaje pytanie, czy nie zachodzi zasadność ścigania w kierunku art. 265 kk, czyli uzyskania dostępu do tajemnicy państwowej, ponieważ nie wiadomo, jakiego rodzaju informacje w telefonie pana prezydenta się znajdowały - podkreślał niedawno w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" mec. Piotr Pszczółkowski. - Pojawiły się kąśliwe informacje medialne, że to był stary telefon, który dawał niewielkie możliwości, ale np. spis abonentów też stanowi pewien rodzaj informacji i niekoniecznie ta informacja musi być jawna - wskazywał adwokat. Podobnej argumentacji używa także Bogdan Święczkowski, były szef ABW. Tyle że wskazuje, iż kluczowy byłby tu również wątek utrudniania śledztwa. - Niszczenie wraku, mycie go, a teraz sprawa z telefonem. Najwidoczniej komuś zależy, by nie można było odtworzyć rzeczywistego przebiegu zdarzenia. Dlatego w mojej opinii śledztwo powinno być rozszerzone właśnie o ten aspekt - utrudniania postępowania ze strony rosyjskiej - uzasadnia Święczkowski.

Prokuratura deklaruje, że nie ma formalnego potwierdzenia, iż telefon należał do prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Z materiałów przekazanych wcześniej przez śledczych wojskowych prokuraturze cywilnej wynikało jedynie, że był on zarejestrowany na kancelarię prezydencką. - Zwrócono się do wojskowej prokuratury okręgowej o podanie danych użytkownika tego telefonu, który był zarejestrowany na Kancelarię Prezydenta - deklaruje prok. Dariusz Ślepokura z warszawskiej prokuratury okręgowej. Formalne ustalenia w tej sprawie przez organ prowadzący dochodzenie są bardzo istotne. Z przepisów prawa wynika bowiem, że przestępstwo nielegalnego uzyskania informacji jest ścigane na wniosek osób, które zostały w ten sposób pokrzywdzone, a nie z urzędu przez prokuraturę. Dlatego dopiero po formalnym potwierdzeniu użytkownika prokuratura może zapytać rodziny, czy chcą ścigania tego czynu. - W przypadku gdy WPO potwierdzi, że użytkownikiem tego telefonu był Lech Kaczyński, tutejsza prokuratura wystąpi do ww. członków rodziny w celu uzyskania stanowiska w przedmiocie złożenia wniosku o ściganie przestępstwa z art. 267 par. 1 kk, które ścigane jest na wniosek pokrzywdzonego - wyjaśnia prok. Ślepokura. Dodaje, że z analogicznym zapytaniem wystąpiono już do Kancelarii Prezydenta. Ale ma to związek z tym, że był to telefon zarejestrowany na ten urząd. Prokuratura cywilna wystąpiła także do prokuratury wojskowej o przekazanie "dowodów rzeczowych w postaci przedmiotowego telefonu i karty SIM, a także o przekazanie dokumentów w postaci protokołu oględzin ww. aparatu telefonicznego, protokołu oględzin i odtworzenia karty SIM i protokołu oględzin miejsca katastrofy części dotyczącej ujawnienia i zabezpieczenia przedmiotowego telefonu".

Anna Ambroziak

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po07.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 16 cze 2012, 19:01 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
"Boże chroń nas przed naszymi sojusznikami" I.C.

I.C. napisał:

"Boże chroń nas przed naszymi sojusznikami, z wrogami poradzimy sobie sami".

W przypadku katastrofy smoleńskiej istnieje już prawie że nieskończona liczba wersji przebiegu wydarzeń. Nie każda z nich trzyma się ściśle faktów.

Aby tę katastrofę wyjaśnić trzeba je jednak wszystkie uwzględnić. Niektóre z tych faktów nie pasują do wersji przypadkowego wypadku np:

Pilot podchodził do lądowania na automacie korzystając z komputera oraz z danych z GPS.


Dane wysokościowe GPS były zawyżone o około 60 m w stosunku do rzeczywistej wysokości co spowodowało ze samolot znalazł się w niebezpiecznie niskiej pozycji.

Ścieżka schodzenia samolotu była systematycznie przesunięta względem osi pasa do lądowania lub przynajmniej tak to zostało zapisane w czarnej skrzynce co wskazuje ze również pilot otrzymał te fałszywą informacje na monitorze.


Trzy odbiorniki GPS znajdujące się na pokładzie samolotu pokazywały rożne geograficzne położenie samolotu ale identyczna jego wysokość.

Brak danych (a właściwie wymazanie ich przez wirus) w czarnych skrzynkach o wychyleniu horyzontalnym jak i innych parametrach w ostatnich sekundach lotu, znajomość ktorych jest decydująca dla wyjaśnienia katastrofy


Jak już powszechnie wiadomo istnieją poważne trudności w wytłumaczeniu katastrofy przyjmując normalny przebieg zdarzeń.

Ta niemoznosc normalnego wytłumaczenia przebiegu katastrofy zmusza nas do przyjęcia dodatkowych jej elementów. Nie jest to podejście najszczęśliwsze ale niestety jedyne aby te fakty pasowały do siebie.

Tym dodatkowym elementem jest moim zdaniem opcja zamachu. Uzasadnienie tej opcji podałem w cyklu notek na ten temat.

Przy tym podejściu zamach ten trzeba rozumieć w szerokim kontekście dążeń USA do całkowitego podporządkowania sobie rządów wszystkich państw w świecie.

Polska jest również elementem w tej grze i jeśli chodzi o Europę Wschodnią dla USA decydującym.

Z jednej strony chodzi o uzależnienie finansowe Polski poprzez udzielanie kredytów które nie są naszymi krajowi potrzebne, ale służą jedynie ratowaniu amerykańskiego systemu finansowego. Kredyty te to nic innego jak bezpośrednie narzucenie haraczu każdemu Polakowi w formie odsetek do spłacenia. Dodatkowo umożliwiają one wywieranie szantażu politycznego na polski rząd.

Z drugiej o geopolityczna rolę Polski w tej części Europy. Polska ma spełnić w intencjach Amerykanów role destabilizującą tą cześć Europy aby nie dopuścić do utworzenia się lokalnych sojuszy mogących być przeciwwagą dla amerykańskiej polityki wyzysku.

Z tego punktu widzenia działania administracji amerykańskiej jak i ich „wyspiarskich pudli“ nabierają dla nas innego znaczenia.

Amerykańska administracja już od lat próbuje skłócić Polskę z jej sąsiadami.

Zarówno katastrofa smoleńska jak i ostatnia wypowiedz Obamy o obozach koncentracyjnych były motywowane właśnie taką intencją.

Jeśli chodzi o katastrofę to jest to oczywiste, że celem tego było pogorszenie stosunków z Rosja. W przypadku wypowiedzi o obozach adresatem były tak naprawdę Niemcy. Ta szkalująca Polaków wypowiedz maila zepsuć stosunki polsko – niemieckie podgrzewając w Polsce antyniemieckie resentymenty.

Podobne działania obserwujemy jeśli chodzi o Ukrainę czy tez Litwę. Gdziekolwiek nie spojrzymy widzimy że amerykanie dążą do odcięcia nas od naszych sąsiadów.

I to była właśnie główna przyczyna zamordowania prezydenta Kaczyńskiego.

Kiedy się okazało ze kampania oszczerstw w zachodniej prasie skierowana przeciwko niemu nie przyniosła rezultatów a on dalej nieugięcie zmierzał do poprawienia naszych stosunków z sąsiadami, wtym i z Rosją, w celu utworzenia regionalnego związku państw, zapadła decyzja o jego likwidacji a z nim również ludzi popierających jego wizje roli Polski w Europie.

Amerykanie dysponują wszystkimi możliwościami przeprowadzenia takiego zamachu bez pozostawienia wyraźnych śladów. Kontroluj oni zarowno system GPS od którego zależna była nawigacja pilotów polskich samolotów rządowych, jak i komputery zainstalowane w tych samolotach.

Dowodem na to są ostatnie informacje na temat wirusów opracowanych przez CIA umożliwiające jej kontrole urządzeń technicznych stosujących amerykańską technologie.

Wirusy typu "Flame" lub tez "Stuxnet" są w stanie manipulować urządzeniami technicznymi prowadząc do działań tych urządzeń sprzecznych i intencjami obsługi.

W przypadku samolotu może to prowadzić do katastrofalnych skutków i to właśnie było celem Amerykanów.

Pierwotnie opracowanie tego typu wirusów miało umożliwić strącenie na ziemie samolotów opanowanych przez terrorystów zanim osiągną swój cel bez konieczności użycia metod które opinia publiczna w Ameryce nigdy by nie zaakceptowała.

Jednak szybko sie okazało że technologia ta otwiera Amerykanom nieograniczone wprost możliwości sabotażu, a tym samym w likwidacji osób czy urządzeń zagrażających interesom amerykańskiego rządu.

Działanie tej morderczej maszynerii zostało na poczatek wypróbowane w Iranie, gdzie doszło do serii wypadków w ktorych zginęli czołowi przedstawiciele reżimu.

Również w Polsce doszło do takich prób czego przykładem była katastrofa w Mirosławcu.

Odpowiednie służby wywiadu w Polsce niestety zawiodły i nie wyjaśniły przyczyn tej katastrofy również dlatego ze strategiczne funkcje w państwie są już od dawna obsadzone przez amerykańskich agentów bojkotujących takie poczynania. Tak wiec Amerykanie byli pewni ze również w Smoleńsku zamach uda się perfekcyjnie.

Co innego w Iranie, tam jednak ktoś musiał wpaść na to ze coś nie gra z tymi wypadkami i irański kontrwywiad powziął podejrzenia co do przyczyn tych wypadków.

Wydaje się ze Irańczycy nawiązali w tym celu współpracę z Rosjanami którzy też byli celem wirusów CIA. Tym bardziej jest to prawdopodobne że po Smoleńsku oraz po serii niewytłumaczalnych awarii w programie rakietowym, Rosjanie również sami byli zainteresowani w wykryciu przyczyn i podejrzewali o to USA.

Współpraca ta zaowocowała rozszyfrowaniem wirusa „Flame“ czego dowodem było przejęcie kontroli i doprowadzenie do lądowania na terenie Iranu najnowocześniejszego amerykańskiego samolotu szpiegowskiego, dzięki czemu udalo się Rosjanom rozpracować najnowsze amerykańskie osiagniecia technologiczne, i pokazać Ameryceże ich przewaga technologiczna to tylko iluzja.

Jednak ostateczny dowód autorstwa amerykanów nie był wykazany. Aby to udowodnić posłużono się starą sztuczką na którą Amerykanie dali się złapać.

W tym celu firma Kasperski poinformowała w tajemnicy firmy amerykańskie o rozszyfrowaniu wirusa Flame z nadzieja że jeśli amerykanie byli twórcami wirusa to będą musieli na to natychmiast zareagować.

I rzeczywiście natychmiast po tym Flame otrzymał instrukcje do samozniszczenia.

Ponieważ amerykanie wiedzieli już o rozszyfrowaniu wirusa, nie użyli do tego celu istniejącej już w wirusie instrukcji „SUICIDE“ ale nowej instrukcji nie znanej jeszcze Rosjanom, ci jednak byli już na to przygotowaniu i amerykanie wpadli w pułapkę zastawioną przez Rosjan.

Tym samy jednak potwierdzili to o co ich podejrzewano, że to właśnie oni ukrywają się za zamachami w Iranie, Rosji i w Polsce.

Jeśli przyjmiemy wersje amerykańskiego zamachu na prezydenta Kaczyńskiego to przebieg katastrofy był następujący.

Komputer pokładowy był zarażony wirusem typu „Flame“ lub „Stuxnet“ dający pełną kontrole nad sterowaniem samolotu. Jednocześnie odbiorniki GPS przetwarzały dane z satelitów w ten sposób że pokazywana była zawyżona jego wysokość. Co do możliwości Amerykanów w tym względzie nie ma co dyskutować byli by głupcami gdyby nie zostawili sobie takiej furtki w systemie.

Celem fałszowania GPS było sprowadzenie samolotu na niebezpieczną wysokość. Wprawdzie wysokość baryczna była pokazywana prawidłowo ale pilot zdał się całkowicie (miał taka dyrektywę bo wmówiono polskim pilotom że Rosjanie będą im podawać fałszywe dane ciśnienia atmosferycznego na lotnisku) na niezawodny system naszych „najlepszych sojuszników“.

Drugim elementem było sugerowanie przez komputer pokładowy pilotowi że samolot nie znajduje nie znajduje się na linii lotniska. Zmuszało to pilota do ciągłych prób korygowania kursu a wiec samolot nie miał pozycji horyzontalnej a tuz przed decydująca sekunda miał silny przechyl boczny.

W momencie wyłączenia automatycznego pilota rozkaz ten był przez wirus obsadzony inna komendą a mianowicie maksymalne wychyleniem bocznym samolotu. Jednocześnie był to tez rozkaz do wykonania instrukcji „SUICIDE“a tym samym zatarcia śladów wirusa w systemie. Dla tego też ostatni pomiar wysokości GPS zgadza się z wysokością baryczną. Przerwane zostało tez dostarczanie danych do czarnych skrzynek przez co zniknęły najważniejsze dowody zbrodni.

Pilot próbował jeszcze kontrować to wychylenie ale nie miał szans bo wskazania monitora wprowadziły go w błąd.

Jednocześnie duże wychylenie uniemożliwiło mu wznoszenie i samolot uderzył lewym skrzydłem w ziemię tak że zostało ono w połowie złamane.

Wysłanie TAWS i komputera pokładowego do Ameryki po katastrofie nie było najlepszym pomysłem. Już bardziej nie można było CIA ułatwić roboty. Dało to Amerykanom szansę zatarcia po sobie wszystkich śladów.

Istnieje jednak możliwość że zarówno wirusy jak i układy elektroniczne którymi można sterować z zewnątrz są dalej zainstalowane na innych samolotach rządowych. Należałoby poddać je drobiazgowej kontroli, szczególnie ze informacje o wirusach oraz spreparowanych przez CIA procesorach są od niedawna powszechnie znane. Znalezienie tych manipulacji rozwiałoby ostatecznie wszystkie watpliwosci co do udziału w tej zbrodni Amerykanów.

http://pogadanki.salon24.pl/426822,boze ... jusznikami


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 09 lip 2012, 13:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Tajemnicze zaginięcia rejestratorów Tu-154

Zamontowany w Tu-154 rejestrator K3-63, zapisujący ważne parametry, takie jak gwałtowne przeciążenia, w tym tzw. twarde lądowania, zaginął. W Smoleńsku z polskiego tupolewa zaginęło też urządzenie TCAS II, przechowujące dane o samolotach znajdujących się w pobliżu, o wysokości samolotu w czasie podejścia do lądowania, prędkości opadania, a także czasy alarmów TAWS.

Teren katastrofy nie był dnem oceanu, bagnem ani wulkanem. Zupełnie niezrozumiały jest więc jest fakt zniknięcia tych dwóch niezwykle ważnych urządzeń.

Polska prokuratura wojskowa nic nie wie na temat ich losu. Ich zaginięcie jest bardzo zagadkowe. Trudno wyobrazić sobie, by „wyparowały” z miejsca katastrofy. Bardziej prawdopodobne wydaje się, że zostały odnalezione, lecz fakt ten nie został upubliczniony, bo ich zapisy mogłyby dać informacje na temat przyczyn katastrofy. Rejestrator K3-63 był opancerzony i miał kilkadziesiąt centymetrów długości, a TCAS to blok taki jak TAWS. Powinien przetrwać katastrofę, podobnie jak TAWS.

Co się stało z rejestratorem?

Na pytanie „Gazety Polskiej”, czy polska prokuratura wojskowa zwracała się do Rosji z zapytaniami dotyczącymi rejestratora K3-63, a jeśli tak, to kiedy i czego dotyczyły ewentualne zapytania, a także czy i jakie otrzymała odpowiedzi, kpt. Marcin Maksjan z Naczelnej Prokuratury Wojskowej odpisał: „W pierwszym wniosku o pomoc prawną z dnia 10 kwietnia 2010 r. Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie zwróciła się do Strony Rosyjskiej o zabezpieczenie tzw. czarnych skrzynek znajdujących się na wyposażeniu samolotu Tu-154M nr 101 oraz innych części samolotu, które mogą mieć znaczenie dowodowe, a następnie przekazanie tych dowodów rzeczowych Stronie Polskiej”. Więcej prokuratorzy nie interesowali się losem tego ważnego w ustaleniu przyczyn katastrofy urządzenia. W swoim wniosku nawet nie wyszczególnili, choć powinni, o jakie urządzenia im chodzi.

K3-63 rejestrował tylko kilka parametrów lotu Tu-154M. Co istotne, miał on możliwość zapisania aż 25 godzin lotu i to na taśmie celuloidowej. Na stronie 62 raportu Millera napisano: „K3-63 jest rejestratorem eksploatacyjnym przeznaczonym do rejestracji parametrów: czasu, wysokości barometrycznej, prędkości przyrządowej, przeciążenia normalnego (pionowego). Zapisane dane wykorzystywane są do wykonania szybkiej analizy parametrów lotu, kiedy nie ma dostępu do urządzeń umożliwiających analizę parametrów z systemu MSRP lub rejestratora ATM-QAR. Rejestrator K3-63 nie został odnaleziony”.

Urządzenie rejestrowało duże wstrząsy

Z dokumentacji K3-63 wynika, że rejestrator ten automatycznie przełącza prędkość zapisu na tzw. szybką rejestrację po zmianie przeciążenia o 0,2–0,3 g.

– Duży wstrząs zapisany na rejestratorze parametrycznym ATM to zmiana przeciążenia pionowego o ok. 0,7 g, więc K3-63 na pewno powinien przełączyć się w tryb szybkiej rejestracji i go zarejestrować. Skutkiem tego wstrząsu mógł być ostatni alarm zapisany przez system TAWS. Rejestrator mógłby także zapisać wcześniejszy skok wartości przeciążenia interpretowany w raporcie Millera jako jeden z dowodów na rzekome zderzenie z brzozą. Brak zapisu wstrząsu w czasie rzekomego zderzenia z brzozą miałby więc duże znaczenie dowodowe. Zapisane na osi czasu momenty przełączenia się rejestratora w szybki tryb to ważna informacja o przekroczeniu przeciążeń progowych, czyli wstrząsach. Dzięki K3-63 mielibyśmy uwiarygodnienie zapisów innych rejestratorów oraz przybliżoną, ale ważną informację o wysokości barometrycznej maszyny – zauważa E2RDO, bloger Salonu24 zajmujący się badaniem przyczyn katastrofy, zawodowo specjalista z branży informatycznej.

Całość artykułu w tygodniku „Gazeta Polska”

Autor: Leszek Misiak, Grzegorz Wierzchołowski, | Źródło: Gazeta Polska,

http://www.bibula.com/?p=58534


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 27 lip 2012, 06:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Asekuracja bez wyczucia

Dopiero dwa dni po katastrofie samolotu Tu-154M z resortu spraw zagranicznych do Kancelarii Prezydenta przesłano informację, że oficjalnie wciąż nie wiadomo, czy lotnisko Siewiernyj zostanie na wizytę Lecha Kaczyńskiego uruchomione. Dokument był datowany na 23 marca.

Czym motywowani byli urzędnicy MSZ, opóźniając przekazanie notatki? Może był to jedynie efekt przeoczenia, które oficjele - bez wyczucia sytuacji - próbowali naprawić po katastrofie Tu-154M. Trudno ocenić, zwłaszcza że problem z otwarciem lotniska Siewiernyj był powszechnie znany i poruszany chociażby przy okazji spotkań organizacyjnych przygotowywanych przez Andrzeja Przewoźnika, sekretarza generalnego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa (zginął w katastrofie).

W Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i w Ministerstwie Spraw Zagranicznych sprawa była znana co najmniej od lutego 2010 roku, a w Kancelarii Prezydenta RP - od początku marca. Urzędnicy Kancelarii Prezydenta podejmowali próby ustalenia, jak toczą się losy statusu Siewiernego, ale pomyślnych informacji nie było. W KPRM i MSZ panowało jedynie przekonanie bazujące na zapewnieniach Rosjan, że lotnisko zostanie otwarte na wizyty 7 i 10 kwietnia.

Jak wynika z korespondencji e-mailowej w KPRM z 23 marca 2010 r., szef kancelarii premiera Tomasz Arabski miał zapewniać swoich urzędników, że problemów z lądowaniem na Siewiernym nie będzie. Przy czym opierał się tu na zapewnieniach Jurija Uszakowa, zastępcy szefa kancelarii premiera Władimira Putina.

Podobne zapewnienie w tym samym czasie padło podczas spotkania Andrzeja Kremera, wiceministra w MSZ (zginął w katastrofie), z Władimirem Grininem, ambasadorem Federacji Rosyjskiej w Polsce. Nazajutrz (24 marca) Kremer w notatce napisał jednak, że "mimo zapewnień strony rosyjskiej brak jest oficjalnego potwierdzenia, czy w dniach 7 i 10 kwietnia zostanie uruchomione na potrzeby uroczystości (obecnie zamknięte) lotnisko w Smoleńsku".

Kremer wskazał też, że informacja ta winna zostać przekazana ministrowi Mariuszowi Handzlikowi z Kancelarii Prezydenta oraz wysłana clarisem do Ambasady RP w Moskwie.

Co ciekawe, notatka ta finalnie wpłynęła do Kancelarii Prezydenta, ale dopiero 12 kwietnia 2010 r., czyli dwa dni po katastrofie. Trafiła, zgodnie z zaleceniem, do sekretariatu Mariusza Handzlika, który 10 kwietnia był na pokładzie rozbitego samolotu.

Marcin Austyn

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... zucia.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 20 sie 2012, 17:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Zamach - "Niekończąca się historia"

Na wstępie wytłumaczę tytuł, który może się spotkać z protestami chyba niezbyt naiwnych osób, ale zatrudnionych do tego, ażeby wszem i wobec wieścić, iż 10 kwietnia 2010 roku na podsmoleńskim lotnisku Siewiernyj, doszło do nieszczęśliwego wypadku.
Ani raport MAK autorstwa pani Anodiny, jak również raport Millera w najmniejszym nawet stopniu, nie wykluczają zamachu, a jedynie w nieudolny sposób w obu przypadkach, ktoś stara się zdezawuować opinię, że na Siewiernym do zamachu jednak doszło.
Oba raporty w swoich założeniach skupiają się na “katastrofie", czyli na samolocie TU154M-101, na podsmoleńskim lotnisku i na zapisach czarnych skrzynek, jak również na załodze Tupolewa i jego pasażerach z uwagi na przypisany im charakter.
Nie dotyczą one natomiast innych zapisów, tych na kamerach na przykład, dokonanych przez reporterów.
Dla mnie niezbitym dowodem na to, że mamy do czynienia z zamachem, jest wypowiedź Wiktora Batera, który wyraźnie, nie pozostawiając żadnych wątpliwości, informuje opinię publiczną o tym, że po katastrofie rozmawiał on z członkami oficjalnej delegacji, udającej się na uroczystości w Katyniu, czyli z pasażerami TU 154M : http://www.youtube.com/watch?v=_96X6s2e ... A006210913

Przekaz jest jasny i nie wymaga on żadnych errat.
Narracja pana Batera w późniejszym czasie oczywiście ulega diametralnej zmianie i tak rok po zamachu na łamach “Dziennika” możemy zapoznać się z historyjką o herbatce serwowanej przez harcerzy i aliansach z dziennikarkami z Reutersa, no i oczywiście ani słowem nie wspomina on postaci Krzysztofa Knyża, który jak wiemy już nie żyje.
Prymitywny i naiwny zabieg manipulacyjny polega na tym, że w wywiadzie z Wiktorem Baterem publikowanym na łamach “Dziennika”, Bater członkiem oficjalnej delegacji państwowej, czyni swojego “serdecznego przyjaciela – polskiego dyplomatę, pracującego niegdyś w Moskwie, a wówczas włączonego w delegację MSZ, która oczekiwała prezydenta na lotnisku Siewiernyj"; prawda, że naiwne?
Że nie znamy pesronaliów “serdecznego przyjaciela” pana Batera, to tylko mały szczegół.
W tym momencie należy się usprawiedliwienie panu Baterowi, bowiem każdy normalny człowiek w obliczu zagrożenia podzieleniem losu swojego wspópracownika (vide Krzysztof Knyż - autor filmu z awaryjnym lądowaniem TU154M - 101), niechybnie również wykazałby się troską o własne życie –
http://wiadomosci.dziennik.pl/smolensk- ... rofie.html


Jako że ja do naiwnych osób nie należę, tak więc zaliczam się do grona apologetów teorii, że tamtego feralnego dnia doszło do zamachu terrorystycznego, którego celem była eksterminacja głowy państwa polskiego, Dowództwa Sił Zbronych RP, ale także, a może przede wszystkim, likwidacja jedynej, istniejącej w Polsce opozycji politycznej w postaci PiS i tej ostatniej kwestii poświęcę kilka wersów w dalszej części notki.

Zapewne wielu osobom znana jest postać blogera wystepującego w sieci jako Free Your Mind - autora książki “Czerwona strona księżyca”, któremu przypisuję się powstanie teorii o tzw. “maskirowce”, czyli o tym, że “katastrofa” rządowego Tupolewa została zainscenizowana.
Jeszcze więcej osób zapewne zna postać pana Antoniego Macierewicza, który stojąc na czele parlamentarnego zespołu, mającego wyjaśnić okoliczności “katastrofy”, przy pomocy uznanych autorytetów w dziedzinie katastrof lotniczych ustalił, że na pokładzie samolotu doszło do dwóch wybuchów.
Dla mnie bardzo dziwnym zjawiskiem jest to, że ktoś uznał, iż teorie FYMa i zespołu pana Macierewicza wzajemnie sie wykluczają.
Trudno jest mi zrozumieć zaistniałą sytuację.
Wiemy, że w sieci doszło do prowokacji mającej na celu skompromitowanie postaci FYMa i jego dorobku w zakresie uwiarygodnienia opinii, że “maskirowka” była faktem.
Ja osobiście wysuwam tezę, że tak FYM, jak również pan Macierewicz mają rację.
Scenariusz, który opracowali zapewne najlepsi w dziedzinie przeprowadzania akcji podobnej, tej z 10 kwietnia, zwierał punkt “maskirowki”, jako jego podstawowy element.
Szczątki samolotu, które filmował Sławomir Wiśniewski nie są szczątkami TU154M-101 i nie ma znaczenia tutaj to, czy Wiśniewski był świadomym tego, co mu przyszło filmować.
Tupolew z polską delegacją na pokładzie, zmuszony do awaryjnego lądowania, za pomocą dwóch ładunków wybuchowych, został “posadzony” w ściśle określonym miejscu, nieopodal lotniska zresztą, a po filmie Koli, można stwierdzić, że dokładnie w tym samym miejscu, gdzie wcześniej skupiono szczątki Tupolewa, będącego teatralnym rekwizytem całego dramatu.
Upadek samolotu z niewwielkiej wysokości sprawia, ze kadłub Tupolewa pozostaje nietknięty.
Kilka osób opuszcza wrak samolotu o własnych siłach i te osoby właśnie podczas podwieszania kadłuba do ciężkiego śmigłowca transportowego, zostają zastrzelone przez rosyjskie służby, co zostało uwiecznione na ścieżce dźwiękowej filmu Mendiereja.
Kadłub z resztą pasażerów zostaje odtransportowany w “bezpieczne” miejsce.
Osoby zastrzelone, nie są zapewne ani wojskowymi, gdyż tych plan zakładał, wziąć żywcem, ani zapewne wśród nich nie było Prezydenta RP - Lecha Kaczyńskiego, bo i on ze swoją wiedzą, był cennym czynnikiem dla “spowiedników”, którzy mieli potem przesłuchiwać osoby uprowadzone.
Jakimś cudem trzem osobom udało się umknąć likwidatorom i ujawniły się one po opuszczeniu przez komando Specnazu terenu, gdzie pozostał już tylko wrak samolotu z filmu Wiśniewskiego pt. “Ja pierdolę, to przecież nasz”.
Oczywiście na miejscu są odpowiednie siły, które skutecznie zadbały o to, ażeby trzy osoby, o których wspominały media, że przeżyły “katastofę”, po prostu wyparowały, a wieść o trójce ocalonych uczestników lotu, przekształcono w nic nieznaczącą plotkę.

Wszystkie osoby, które dla rosyjskich służb miały jakiekolwiek znaczenie, przesłuchano w sposób charakterystyczny dla takich sytuacji, czyli przy użyciu odpowiednich metod i środków, mających na celu wydobycie całej wiedzy z osób poddanych takiemu procesowi przesłuchania.
Idąc dalej tym tropem, można w logiczny sposób wytłumaczyć fakt, że ciała polskich dowódców wojskowych wróciły do kraju jako ostatnie.
Słynny “wyścig” pana premiera z J.Kaczyńskim, skutkujący tym, iż opóźniono przyjazd Kaczyńskiego na miejsce, czyli na Siewiernyj, wcale nie miał na celu spowodowanie, ażeby pan premier pojawił się tam jako pierwszy, ale zapewne ma to ścisły związek z ciałem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, które wówczas, czyli podczas trwania “wyścigu”, nie było jeszcze gotowe do identyfikacji.
Tu wysunę brawurową tezę, że podczas gdy J.Kaczyński identyfikował ciało brata, to ów brat jeszcze żył, bowiem nie uważam, ażeby od momentu “katastrofy”, do momentu identyfikacji zwłok prezydenta, czas na wyciągnięcie całej wiedzy od Lecha Kaczyńskiego, był czasem wystarczającym.
Nie będę tu przedstawiać szczegółowo swojego paradygmatu w kwestii, dlaczego J. Kaczyński zidentyfikował ciało, jako ciało swojego brata, bądź w jaki sposób wprowadzono go w błąd i przypomnę tylko, że w dużej mierze przy identyfikacji zaważyła blizna na jednej z kończyn Lecha Kaczyńskiego.
Pozostaje pytanie, czy owa kończyna w momencie identyfikacji była integralną częścią ciała, czy też może oddzielnym elementem zwłok przedstawionych do rozpoznania, bo jak wiemy z doniesień medialnych, ciało prezydenta było rozczłonkowane - pozbawione ręki i nogi.
Jeżeli blizna była na jednej z kończyn będących osobnym elementem zwłok, to wnioski nasuwają się same i to wnioski bardzo drastyczne.
Stąd też pominę ich przedstawianie tutaj.
Na koniec tej części rozważań dodam, że moja teza jast o tyle mocna, gdyż nie istnieją żadne dowody, które mogłyby ją obalić. Żadne!!!

Niedawno w sieci pojawiła sie znakomita, żeby nie rzec genialna analiza faktów dokonana przez blogera Rolex, którą autor zatytułował “Kasyno” i uważam, że każdy Polak, któremu los jego kraju nie jest obojętny, powinien koniecznie zapoznać się z tym materiałem w celu wyciągnięcia zeń odpowiednich wniosków, bądź potwierdzenia swoich własnych, a w tym drugim przypadku, uzyskania również przekonania, że nie jest się jakimś odosobnionym przypadkiem w mniemaniu, że pod Smoleńskiem doszło do zamachu.
Jeżeli ktoś jeszcze nie poznał treści opracowania Rolexa, to polecam ten materiał bardzo gorąco i znajdziemy ów: http://naszeblogi.pl/31113-kasyno


Jako że Rolex dokonał analizy w sposób znakomity, nie będę tu powielać jego ustaleń, a jedynie ograniczę się do zwrócenia uwagi na pewien brakujący element w “Kasynie” Rolexa.
Z analizy wynika, że autor doskonale rozumie, czym jest dezinformacja i czym są służby biorące udział w smoleńskim zamachu, niezależnie od tego z jakiego kraju pochodzą.
Te rosyjskie należy śmiało uznać za jedne z najbardziej skutecznych i perfekcyjnych w swoim działaniu na świecie, jeżeli nie za najlepsze.
Tamtejsi stratedzy i analitycy opracowujący schemat przeprowadzenia akcji podobnej do tej z Siewiernego, to detaliści, którym nie może umknąć najmniejszy nawet szczegół, mogący być przyczyną niepowodzenia całego przedsięwzięcia, bądź ujawnienia jego autorów.
Przy całej perfekcji z jaką dokonano eksterminacji odradzających się polskich elit pod Smoleńskiem, to jeden czynnik jednak nie został wkalkulowany przy planowaniu zamachu.
Mam tu na mysli nieprzewidywalną nieobecność Jarosława Kaczyńskiego na pokładzie Tupolewa w dniu tragedii.

Pamiętamy wszyscy z jaką skrupulatnością dokonano przejęcia urzędu prezydenta przez pana Komorowskiego, podczas, gdy nie było podstaw prawnych do takiego aktu, bowiem potwierdzenie śmierci Prezydenta Kaczyńskiego, przypisywane jest na moment, wcześniej wspomnianej identyfikacji zwłok prezydenta przez J. Kaczyńskiego.
Pamiętamy także przeszukania mieszkań i pokoi w sejmowym hotelu osób, które już nigdy miały do nich nie powrócić.
Takie zachowanie, świadczy tylko o stuprocentowej pewności ze strony podejmujących decyzje o takim postępowaniu służb, że osoby, których mieszkania, czy hotelowe pokoje zostały przeszukane, na zawsze zniknęły.
Cały proces medialnej dezinformacji trwający do dzisiaj, skutecznie ogłupiającej polskie społeczeństwo, to autorski majstersztyk ludzi odpowiedzialnych za zamach.
Więc jeżeli pomyślano o wszystkim z dopracowaniem najmniejszych szczegółów, to zapewne w misternym planie istniał też punkt zapisany grubą czcionką pt. “PiS”.
I to jest własnie element, który w swoich rozważaniach pominął Rolex.

Jak wcześniej wspomniałem, to zamach był wyliczony nie tylko na anihilację prezydenta RP, który jak wiemy także był w opozycji do rządu i wojskowych elit wykształconych pod auspicjami NATO, które w przyszłości mogłyby być skutecznym narzędziem w rękach prezydenta, Lecha Kaczyńskiego w obronie suwerenności Polski, bo była przewidziana także likwidacja PiS - jedynej formacji w Polsce, na bazie której może dojść do utworzenia realnej siły, mogącej skutecznie przeciwstawić się likwidacji państwa polskiego.
Eksterminacja obu braci Kaczyńskich, równałaby się z likwidacją PiS i to nie ulega żadnym wątpliwościom.
Tak więc na kogo - używając terminologii Rolexa - postawił “planista”, bądź “gracz” szykując scenariusz dotyczący tej kwesti całego planu?
Proszę mi powiedzieć, kto byłby naturalnym kandydatem na szefa PiS po 10 kwietnia 2010 roku, gdyby wówczas Jarosław Kaczyński także wsiadł na pokład TU154M - 101?
I ostanie już pytanie - kto jest, lub był spiritus movens rozłamu w PiS, rozłamu, który inicjowano już dużo wcześniej, ale ostatecznie, którego próbę podjęto stosunkowo niedawno, bo dość dziwnie mogłoby to wyglądać tuż po smoleńskim zamachu, gdy się okazało, że Jarosław Kaczyński jednak żyje.
Nasuwa się wniosek, że punktem zbornym wszelkiej swołoczy jest Bruksela o stołki w której tak mocno prosili niektórzy Jarosława Kaczyńskiego.
To tyle.

PS Uważam, że gruntowne wyjaśnienie sprawy zamachu będzie niemożliwe, nawet po objęciu władzy przez obóz J.Kaczyńskiego z uwagi na udział w nim strony rosyjskiej, jednak uda się ustalić winnych śmierci polskiej delegacji w Polsce i pociągnąć ich do odpowiedzialności.

http://moherowyparadygmat.salon24.pl/43 ... e-historia


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 06 wrz 2012, 16:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Co działo się w gabinetach podczas kluczowej godziny lotu...

Katarzyna Gójska-Hejke
Goście: Macierewicz Antoni
Zainteresowanym radze śledzenie tego wątku.

http://vod.gazetapolska.pl/2142-co-dzia ... dziny-lotu


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 28 wrz 2012, 09:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Czy prokurator generalny może kłamać?

takie rodzi się pytanie, w obliczu deklaracji pana Walentowicza, że prokurator Seremet kłamie twierdząc, że - cytuję - "dwie rodziny źle rozpoznały ciała ofiar".

Niedawno syn pani Anny Walentynowicz zwierzył się dziennikarzom, że w Moskwie bez najmniejszej wątpliwości rozpoznał ciało matki, które było niemal w idealnym stanie - jak się wyraził "w jednym kawałku, a na ciele nie było widać żadnych siniaków".

Komu w tej sytuacji wierzyć?

Wypadałoby wierzyć niezależnemu prokuratorowi, bo przecież niezależny prokurator nigdy nie kłamie, ani nikomu nie stara się dogodzić, na co pozwala mu jego niezależność. No właśnie.
Tylko jak już niektórzy komentatorzy zdążyli przypomnieć, to jeszcze prezydent Lech Kaczyński mianował prokuratora Seremeta na stanowisko prokuratora generalnego, czyli ani chybi ten Seremet to musi być pisior, co zresztą sugerował również premier Tusk wraz z otoczeniem. Nie dalej jak po wybuchu afery Amber G.

A ponieważ jak wiadomo, zwłaszcza niektórym, pisiory kłamią, to stąd wniosek płynie oczywisty, że prawdę mówi pan Walentynowicz, syn Anny Solidarność.

http://giz3.salon24.pl/450848,czy-proku ... oze-klamac


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 08 paź 2012, 09:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Rosjanie: do katastrofy doszło 20 kwietnia

„Gazeta Polska Codziennie” dotarła do dokumentu Głównego Urzędu Śledczego przy Prokuraturze Federacji Rosyjskiej. Wynika z niego, że do katastrofy doszło… 20 kwietnia. Na ten materiał powoływał się Andrzej Seremet podczas swojego wystąpienia w Sejmie, obwiniając rodziny o pomylenie ciał.

Na kilkudziesięciostronicowym dokumencie, do którego dotarła „Codzienna”, widnieje pieczątka: „Zgodnie z oryginałem. Komitet śledczy przy Prokuraturze Federacji Rosyjskiej. Główny Urząd Śledczy”.

To ekspertyza z 29 kwietnia 2010 r. zawierająca wyniki badań genetycznych szczątków ofiar katastrofy smoleńskiej. To właśnie na ten dokument powoływał się
28 września 2012 r. prokurator generalny Andrzej Seremet, kwestionując wiarygodność rodzin, które rzekomo źle zidentyfikowały ciała, w wyniku czego doszło do ich zamiany.

Z dokumentu wynika, że katastrofa „na odcinku przylegającym do lotniska Siewiernyj” miała miejsce 20 kwietnia 2010 r., czyli dziesięć dni później. Rosjanie pomylili także godzinę. Według ich prokuratury do tragedii doszło o 11:00.

W sobotę przeciwko „barbarzyństwu Rosjan” i „fatalnemu sposobowi prowadzenia w Polsce śledztwa” wystąpiło w Sejmie podczas posiedzenia zespołu smoleńskiego ponad 20 rodzin ofiar katastrofy. Po raz pierwszy wydały one wspólne oświadczenie. Żądają kolejnych ekshumacji i ukarania winnych zaniedbań, rzetelnego śledztwa i międzynarodowych ekspertów. Nie wykluczają, że złamią prawo, ujawniając akta sprawy, by obnażyć „poziom barbarzyństwa”.

Więcej w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"

http://niezalezna.pl/33594-rosjanie-do- ... 0-kwietnia


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 29 paź 2012, 20:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
PLF 031

Czy nagła, tragiczna śmierć jednego z członków załogi „dziennikarskiego jaka” przerwie panującą od paru lat zmowę milczenia (http://wiadomosci.onet.pl/katastrofa-sm ... temat.html)? Czy jeszcze bardziej złowrogie milczenie zapanuje wokół 10 Kwietnia i to nie tylko wokół tego, co się działo na smoleńskim XUBS, ale i na warszawskim EPWA? Zobaczymy. Czasami bowiem śmierć kogoś znajomego (może nawet przyjaciela – dla pozostałych członków załogi A. Wosztyla?) powoduje, iż czyjeś sumienie kruszeje – a czasami wcale nie.

Przypomnę, że historia z „jaczkiem” jest pełna osobliwości. I to od samego świtu dnia zamachu. W ostatnią sobotę zresztą miałem okazję rano przejeżdżać koło wojskowej części Okęcia i rzucić okiem na tonące w zamieci lotnisko. Nie sądziłem, iż jeszcze tego samego dnia, wieczorem, jeden z głównych świadków związanych z wydarzeniami 10-04, do którego relacji zresztą odwoływałem się w moich publikacjach, zginie.

10-04 na EPWA dla wybierających się na katyńskie uroczystości przygotowane są, wedle oficjalnych relacji, 4 samoloty. Dwa jaki stojące już na płycie lotniska, tupolew (wyprowadzony z hangaru dość wcześnie, biorąc pod uwagę przesunięty w czasie wylot) i jeszcze jeden samolot pozostający w hangarze podczas dziwnych „roszad” dokonywanych na EPWA w związku z wylotami. Trzymając się oficjalnych relacji (takich np. jak P. Świądra z RMF-u, ale też takich jak dokumentacja „komisji Millera”), dziennikarze, z których część dopiero po przybyciu na lotnisko dowiaduje się, że nie leci tupolewem z Prezydentem (a wylot miał być ponoć o 5 rano (http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/pawel ... Id,272706; por. też http://www.rp.pl/artykul/466762.html)), trafiają najpierw do jaka-40 (o nr. bocznym 045), na którego (wg ustaleń „millerowców”) nie ma dyplomatycznej zgody, jeśli chodzi o przelot, więc nie powinien być w ogóle uruchamiany (http://freeyourmind.salon24.pl/346023,s ... cze-i-inne). Tenże „jaczek” okazuje się jednak, że ma „awarię” i dziennikarze zostają poproszeni o przejście do kolejnego, czekającego na odlot, a oznaczonego nr. 044. Ten odpala bez problemu i dziennikarze ruszają w podróż, gdy po piątej rano (jak wspomina 10 Kwietnia jeden z uczestników lotu, W. Cegielski) „tutka” grzeje już silniki (http://freeyourmind.salon24.pl/296019,ukladanka).

Jak mogliśmy przeczytać w dokumentacji „komisji Millera”, ów 044 to miał być... zastępczy samolot dla tupolewa. Zacytuję (już kiedyś przeze mnie cytowany) fragment ustaleń tejże komisji, pomijając kuriozalność tego całego wyjaśnienia zaistniałej sytuacji (mało kto bowiem mógłby zasadnie przyjąć, iż delegacji prezydenckiej, gdyby się okazało coś nie tak – zaproponowano by "jaczka" do wykorzystania w zastępstwie):

Na wyznaczony w rozkazie dowódcy JW 2139 na 10.04.2010 r. do przewiezienia delegacji dziennikarzy samolot Jak-40 nr 045, 36 splt nie wystąpiło zgodę na przelot i lądowanie w SMOLEŃSKU. Zgodnie z dokumentami samolotem zapasowym dla Tu-154M na dzień10.04. byłsamolot Jak-40 nr 044. Nie istniał żaden plan użycia w razie konieczności samolotu zapasowego uwzględniający znaczną różnicę pojemności pomiędzy samolotem Tu-154M a Jak-40. Z powodu usterki samolotu Jak-40 nr 045, decyzją jego dowódcy, nieskonsultowanąz przełożonymi, do wykonania zaplanowanego rejsu zostałwykorzystany samolot o nr 044 (samolot zapasowy dla operacji HEAD).W rozkazie dziennym na 10.04.2010 r.nie została wyznaczona załoga dla samolotu zapasowego. Należy również podkreślić, że gdyby nie awaria samolotu Jak-40 nr 045, to przelot delegacji dziennikarzy do SMOLEŃSKA zostałby wykonany samolotem, dla którego nie została wydana zgoda dyplomatyczna”)(http://freeyourmind.salon24.pl/346023,s ... cze-i-inne).

O ile jednak 044 z oczywistych względów nie mógł być powietrznym statkiem zastępczym dla wszystkich pasażerów Tu 154M, to na pewno mógł być przewidziany i przygotowany jako zapasowy dla samego Prezydenta i kilku/kilkunastu towarzyszących mu osób, prawda? Gdyby więc coś niepokojącego wyszło podczas porannego sprawdzania tupolewa (a było parę powodów do niepokoju: wyciek pod silnikiem, niedziałająca sprawnie klimatyzacja, uszkodzenie owiewki nosa po „zderzeniu z ptakiem”, niewyważenie samolotu po „rekonstrukcji 3 salonki” (http://freeyourmind.salon24.pl/345616,uwagi-do-uwag), brak oblotu komisyjnego itd.; por. też http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... nik-4.html), to – przyjmując ten scenariusz oficjalny, tj. iż 044 miałby być „zastępczy” dla delegacji prezydenckiej – rozdzielono by pasażerów tupolewa na Prezydenta i osoby, które on zabiera – oraz na resztę, która np. uda się na uroczystości wyczarterowanym cywilnym embraerem do Witebska (cywilny samolot nie mógłby lądować na XUBS i nie poleciałby tam).

Problem w tym, że to właśnie załoga Wosztyla wsiadła do tego „zastępczego” samolotu (044) i to na długo przed wylotem „prezydenckiego tupolewa”, a tym samym uniemożliwiła dokonanie takiego manewru, jaki opisałem wyżej. Czyżby więc w sytuacji niedopuszczenia tupolewa do wylotu (z powodu jakiejś wykrytej usterki) prezydencka delegacja miała zostać pozbawiona samolotów 36 splt? Nie do końca – jak pamiętamy bowiem – w hangarze czekał jeszcze czwarty statek powietrzny. Być może trzeci "jaczek", a być może nie "jaczek" (vide Aneks-3 do Czerwonej strony Księżyca http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... neks-3.pdf). Tym niemniej kwestia ewentualnej zgody na ten tajemniczy, ukryty samolot pozostaje także tajemnicą i to bardzo głęboko ukrytą w całej „smoleńskiej historii” (być może znaną śp. R. Musiowi). Oficjalnie bowiem (jak się nam mówi) z ramienia prezydenckiej kancelarii „zamówiono dwa” - tj. właśnie "jaczka" dla dziennikarzy i tupolewa dla pozostałych osób.

Zamówiono „dwa”, powtarzam, przy czym, mimo że oficjalnie (po „jaczku”) z EPWA na uroczystości wyleciał 10 Kwietnia tylko jeden jedyny statek powietrzny, a więc drugi z tych „zamówionych”, to zrazu pojawiło się wiele trudności z ustaleniem, co to był za samolot, który „uległ katastrofie”. Dziennikarze wprawdzie polecieli „jaczkiem”, a mimo to wiele osób w Polsce sądziło, iż zginęli w „katastrofie prezydenckiego tupolewa”. No ale mniejsza z tym – trzymamy się historii „jaczka” właśnie – przy czym nie drążymy kwestii „prezydenckiego jaka”, który przemknął przez media, zamieniając się z czasem w „prezydenckiego tupolewa”.

Fakt z 11-04-2010 (jak sygnalizowałem w 3. Aneksie na s. 16, por. też http://www.fakt.pl/wydanie-specjalne/) pisał o tym, że jacyś dziennikarze widzieli „katastrofę”. Potem jednak, tj. z biegiem czasu, tak się nieszczęśliwie lub dziwnie złożyło, iż nikt żadnych dziennikarzy na XUBS nie widział.

W każdym razie poznikali ci, co mieli obserwować ze smoleńskiego lotniska unoszący się zza mgły szary dym. Jedni bowiem, jak J. Mróz z TVN, mieli przybyć na XUBS dopiero „kilka minut po katastrofie”, a więc, „gdy tupolew znikł z radarów” (http://freeyourmind.salon24.pl/323106,s ... wisniewski), drudzy akurat wracali ze śródmieścia, jak P. Kraśko z TVP i dopiero w hotelu się dowiedzieli (telefonicznie) (http://freeyourmind.salon24.pl/285796,oko-zaby-4), że „coś się stało z samolotem, awaria”, inni dopiero mieli w te pędy jechać z Katynia na XUBS przez korki i inne zapory złożone przez „przecząco kręcących głowami milicjantów” (http://freeyourmind.salon24.pl/311503,m ... ca-glowami), a jeszcze inni wprawdzie siedzieli przytomnie w hotelu, jak moonwalker S. Wiśniewski i nawet widzieli jakąś katastrofę, lecz zrazu sądzili, że rozwalił się jakiś mały, wojskowy samolot. Potem zaś się miało okazać, że nie taki mały, i że owszem wojskowy, i że nawet polski, a w dodatku „prezydencki”. Tego się Wiśniewski dowiedział dzięki SMS-owi od koleżanki z TVP, gdyż na pobojowisku, brodząc wśród szczątków, jakoś nie miał takiej pewności.

Wracamy do „jaczka”. Jego załoga ma wprawdzie (10 Kwietnia) nawiązywać łączność z załogą tupolewa, lecz kiedy dokładnie, to trudno powiedzieć, bo Wosztyl „nie spogląda na zegarek” (http://wyborcza.pl/1,76842,7913721,Tupo ... dowal.html). Rozmowy załóg, dodajmy, znane są jednak „komisji MAK” z pewnym wyprzedzeniem, gdyż odwołuje się do nich ona w tzw. wstępnym raporcie z 19 maja 2010 (a więc zanim zostaną opublikowane „stenogramy”); w całości ten „raport” opublikowany jest w książce doc. S. Amielina. Wosztylowcy (jak wiemy z kolei ze „stenogramów” (http://www.tvp.info/informacje/polska/z ... 4/1875462; http://s.v3.tvp.pl/repository/attachmen ... 951398.pdf)) wprawdzie informują załogę PLF 101 o fatalnej pogodzie, lecz bynajmniej nie zalecają natychmiastowego przerwania podejścia do lądowania. Wosztyl wprost zachęca do próbnego podejścia. Czy tego rodzaju komunikaty przekazuje 10 Kwietnia on dobrowolnie i spontanicznie, czy też nie? Oto jest pytanie. Jak bowiem informowały media, Ruscy załogę Wosztyla przetrzymali trochę w jaczku „po katastrofie”.

Czy nie trzymano jej już wcześniej? Wosztyl w wywiadzie z maja 2010 (jeszcze nie były opublikowane „stenogramy”, lecz już był opublikowany „wstępny raport MAK” z 19 maja) twierdzi, iż siedzieli w jaku (Na lądowanie tupolewa czekaliśmy w jaku, bo musieliśmy dotankować samolot oraz Siedziałem w jaku jakieś 700-800 m od miejsca katastrofy. Samolot podchodził do lądowania na ustalonym zakresie pracy silnika. I nagle usłyszałem, że dodał obrotów, potem dźwięk jednego milknącego silnika, potem jakieś trzaski, huki. Pomyślałem: "no, chyba chłopaki się rozbili"). Potem jednak Wosztyl będzie twierdził (jak to już opisywałem w październiku 2010 (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... ensku.html)) wraz z innymi członkami załogi 044, że wszyscy czekali na XUBS na zewnątrz „jaczka”: Tak, byłem na płycie lotniska i nasłuchiwałem jak tupolew podchodzi do lądowania (...) Cała załoga była razem ze mną.

Zresztą to R. Muś będzie (początek lipca 2010, a więc już po opublikowaniu „stenogramów”) podawał szczegóły tego oczekiwania (http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju, ... 38702.html): -Porucznika Artura Wosztyla (pierwszego pilota, który rozmawiał wcześniej z dowódcą Tu-154 – red,) nie było już wtedy w samolocie?
- Nie. Ja też wyszedłem na około dwie minuty, na tę ostatnią fazę lądowania, żeby nasłuchiwać jak lądują. Porucznik Wosztyl rozejrzał się i powiedział: „Nie, teraz to już w ogóle nic nie widać. W tych warunkach to się chyba nie da wylądować. Może lepiej żeby nie lądowali?”. Mgła wchodziła na lotnisko takimi pasami. Wtedy to był moment, że nie było widać już drzew, które stały obok nas. Ja na to: „Dobra, to wrócę”. Wróciłem i powiedziałem o tych 200 metrach. Odpowiedzieli: „Dzięki”.

Chwilę później Muś, na pytania: Wcześniej siedział pan w kabinie pilotów? Z kim?- doda: Od pewnego momentu już tylko sam. Artur i Rafał Kowaleczko (drugi pilot – red.) byli na początku, później siedzieli w saloniku. Ja w kabinie nasłuchiwałem przez radio, co się dzieje. Czy więc faktycznie byli w „jaczku”, czy też poza nim? Czy byli poza nim i widząc, że są fatalne warunki atmosferyczne (teraz to już w ogóle nic nie widać), nie odradzali załodze PLF 101 lądowania ani nawet przeczekiwania niepogody (na wysokości kręgu)? Czy - patrząc już zupełnie z dystansu - nie wyglądają te opowieści dość dziwnie?

Muś mówił w lipcu 2010, że: przy pierwszym nieudanym podejściu Iła tylko ja byłem na zewnątrz. Chłopaki obserwowali to przez okienka w samolocie. Powiedziałem: „Chodźcie, może jeszcze raz podejdzie. I podszedł”. Tymczasem red. P. Wudarczyk (który też miał przylecieć tymże „jaczkiem”) wspominał 10 Kwietnia: Jak my lądowaliśmy, to STARTOWAŁ jakiś samolot (podkr. F.Y.M.) i nasz pilot z tego specjalnego pułku powiedział: „hu, duży zuch, jak on to zrobił, w ogóle bokiem, nie wiadomo” – znaczy on był zadziwiony, że on startował, ten samolot (…)(http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... ot_31.html). Natomiast red. W. Cegielski tamtego dnia będzie relacjonował: widzieliśmy, kiedy odjechaliśmy, z pasa do lądowania przejechaliśmy na pas do kołowania, widzieliśmy przez szybę transportowego iła, o którym już też mówiliśmy wiele razy, który próbował wylądować, przechylił się lekko, w związku z czym pilot podjął decyzję o tym, żeby podnieść się i spróbować wylądować jeszcze raz. To wszystko jest o tyle dziwne, bo my nie mieliśmy żadnego problemu z lądowaniem. Ten ił miał problemy z lądowaniem i tak na logikę to wszystko, to wszystko nie jest spójne, jeśli chodzi o przyczynę tej katastrofy (tu rozmawiająca z Cegielskim prezenterka TVP Info się wtrąca ze swoimi mądrościami o tragicznych warunkach do lądowania i konieczności zamknięcia lotniska) Jeśli są trudne warunki, bo tutaj my nie mieliśmy ani mgły tak naprawdę, bo to nie była mgła a chmury, nie mieliśmy też żadnego poważnego wiatru, nie padał deszcz, przez te chmury prześwitywało słońce. Każdy inny normalny dzień wyglądałby tak samo (http://freeyourmind.salon24.pl/296019,ukladanka).

Tak to się komplikuje zdawałoby się prosta historia z przelotem i wylądowaniem „jaczka” dziennikarskiego, jak też ówczesnymi okolicznościami - choć jej bohaterami są dziennikarze (ludzie nawykli do w miarę rzeczowego opisywania zdarzeń) i wojskowi (także przysposobieni do używania precyzyjnego języka). Co więcej, w tym przywoływanym wcześniej majowym wywiadzie Wosztyl uchylał się będzie od dokładnej odpowiedzi na pytanie, jak wyglądała rozmowa między nim a śp. R. Grzywną: Przekazałem swoje sugestie. Nie powiem, jakie to były sugestie – jak też od odpowiedzi na pytanie, czy wieża odradzała lądowanie załodze PLF 101. Warto też wspomnieć w tym kontekście o złożonych w prokuraturze (już 10 Kwietnia) zeznaniach stewardessy jaka-40, która – wg ustaleń K. Galimskiego i P. Nisztora (opublikowanych w ich książce) – miała stwierdzić, że do katastrofy prezydenckiego tupolewa miało dojść 15 minut po drugim nieudanym przyziemianiu iła-76.

Na tym nie koniec osobliwości. Mimo że już w lutym 2012 Niezależna zapowiadała przełom w śledztwie po ujawnieniu nagrań właśnie z „jaczka” (http://niezalezna.pl/22682-tajemnica-cz ... ki-jaka-40), mamy za pasem listopad br., a tu ani widu, ani słychu po tychże nagraniach. Ani nawet „stenogramów” żadnych nie opublikowano w jakiejś choćby wstępnej wersji. Czyżby znowu przeszkadzał w odczycie jakiś „ruski prąd”?Czy też odczytano tak wiele, że aż za wiele, jak na smoleńską historię? Tymczasem sam przylot „jaczka” do Smoleńska to też cały splot zagadek, o czym pisałem w Aneksie-3– załoga PLF 031 zgłasza się po angielsku moskiewskiej kontroli obszaru, a tu na komunikat ... odpowiada po angielsko-rusku „Korsaż”: Papa Lima Fox zero three onе. «Корсаж» вызывали?(http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... wiezy.html). I co? I jest OK, załoga wojskowego natowskiego samolotu bez pośrednictwa ruskiej kontroli, bez uzyskania niczyjej zgody, bez jakiejkolwiek korespondencji z instytucją nadzorującą ruchem, leci sobie dalej do neo-ZSSR na wojskowe lotnisko. Warunki atmosferyczne mają być potem takie, że kontrolerzy nie widzą podchodzącego do lądowania „jaczka” nawet w odległości poniżej 1 km od pasa, więc „wieża” nakazuje odejście na drugi krąg (Уход на 2-й круг) – PLF 031 mimo to ląduje i też jest OK (Plusnin wszak ma powiedzieć: Посадка. Papa Lima Foxtrot zero three onе, после остановки на 180, молодец).

Wypadałoby zatem, by ktoś nareszcie opowiedział ze szczegółami historię „jaczka” („jaczków”?) z 10-04. Wiemy wszak, iż śp. R. Muś jej już nie opowie.

http://freeyourmind.salon24.pl/458703,plf-031


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 30 paź 2012, 07:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Co mógł jeszcze powiedzieć Muś?

Prokuratura nie chce ujawnić, czy planowała nowe czynności procesowe z udziałem Remigiusza Musia, który zmarł w sobotę w niewyjaśnionych okolicznościach. Chorąży mógł zostać skonfrontowany z rosyjskimi świadkami odpowiedzialnymi za nawigację Tu-154M.

Zeznania Remigiusza Musia, który 10 kwietnia 2010 r. lądował w Smoleńsku, oceni prokurator prowadzący śledztwo. Prokuratura nie chce ujawnić, czy planowała jakiekolwiek czynności procesowe z udziałem technika pokładowego z Jaka-40. Postępowanie w sprawie jego śmierci objęła specjalnym monitoringiem Prokuratura Generalna.

Dochodzenie prowadzi Prokuratura Rejonowa w Piasecznie.

- Departament Postępowania Przygotowawczego Prokuratury Generalnej jest na bieżąco informowany o wszystkich ustaleniach i kierunkach tego postępowania - powiedział wczoraj "Naszemu Dziennikowi" Mateusz Martyniuk, rzecznik PG.

Wczoraj w Zakładzie Medycyny Sądowej przeprowadzono sekcję zwłok byłego żołnierza specpułku; pobrano wycinki do badań toksykologicznych i histopatologicznych. Opinia sekcyjna zostanie przygotowana w ciągu kilku tygodni. Wczorajsze czynności trwały blisko trzy godziny, przeprowadzało je dwóch biegłych. Po zakończeniu sekcji ciało zostało oddane do dyspozycji rodziny.

Prokuratura wojskowa, która prowadzi śledztwo smoleńskie, przyznaje, że Muś był bardzo ważnym świadkiem w sprawie.

- W śledztwie smoleńskim, które prowadzi Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie, nie ma nieistotnych świadków, nie ma nieistotnych czynności. Wszystkie czynności, które wykonują prokuratorzy, zmierzają do wyjaśnienia tego, co wydarzyło się w Smoleńsku. Tak więc zeznania świadka, bardzo ważne z punktu widzenia tego śledztwa, będą następnie oceniane przez prokuratora prowadzącego śledztwo - powiedział wczoraj płk Zbigniew Rzepa, rzecznik naczelnego prokuratora wojskowego.

Prokuratura nie chce ujawnić, czy śledczy planowali w najbliższym czasie nowe czynności procesowe z udziałem chorążego Musia. Prokuratura zasłania się - jak zwykle - tłumaczeniem, że nie wypowiada się o swoich zamierzeniach.

- Pan chorąży był przesłuchiwany kilkakrotnie przez prokuraturę. Wszystkie te zeznania stanowią dowód w śledztwie w sprawie katastrofy smoleńskiej i będą brane pod uwagę przez prokuratora prowadzącego przy ocenie materiału dowodowego - tłumaczy lakonicznie kpt. Marcin Maksjan z NPW.

Czy zeznania Musia będą konfrontowane z zeznaniami zebranymi przez polskich prokuratorów od rosyjskich świadków w Moskwie?

- Te zeznania są od jakiegoś czasu w śledztwie, są włączone w poczet materiału dowodowego. Prokurator weźmie je pod uwagę przy ocenie materiału dowodowego - informuje Maksjan.

Prokuratura może dokonać oceny wstępnej materiału dowodowego, jakim są zeznania świadka w toczącym się postępowaniu. Organ procesowy dokonuje takiej oceny z reguły w sytuacji, gdy wypowiedzi procesowe różnych świadków są sprzeczne.

W takim przypadku prokurator, planując konfrontację, powinien ją rozpocząć od wstępnej oceny zeznań, które wydają się najbardziej wiarygodne. Przy czym do zakończenia postępowania ocena prokuratury jest jedynie oceną wstępną. Nawet jeżeli prokurator uzna dane zeznania za niewiarygodne, nie wydaje w związku z tym żadnego postanowienia.

Koledzy Remigiusza Musia są wstrząśnięci jego śmiercią. W ich wspomnieniach pozostał jako miły, sympatyczny człowiek, stojący twardo na ziemi realista, bez skłonności do depresji i robienia wokół siebie medialnego szumu.

- Powiedział tyle, ile powiedział, i powiedział wszystko, na pewno niczego nie krył - mówią.

- Jeszcze niedawno był pozytywnie nastawiony do życia. Zawsze uśmiechnięty - dodają.

Jeszcze dzień przed śmiercią Muś sprawiał wrażenie osoby zadowolonej, rozpoczął własną działalność, nic nie wskazywało na to, że może targnąć się na swoje życie. Poza tym jako żołnierz zawodowy, członek załóg latających wielokrotnie był poddawany wnikliwym badaniom psychiatrycznym i psychologicznym. Stany depresyjne, jakiekolwiek zaburzenia zostałyby więc wykryte.

Piloci są zbulwersowani narracją, jaką przyjęły niektóre media. Chodzi m.in. o sugestie "Gazety Wyborczej", która insynuowała, że Muś nie znał dostatecznie języka rosyjskiego, dlatego mógł nie zrozumieć komendy wieży o zgodzie na zejście do 50 metrów.

- To jest kompletna bzdura. Remek bardzo dobrze znał język rosyjski. Latał do Rosji bardzo często - zapewniają piloci, z którymi rozmawiał "Nasz Dziennik". Muś przyszedł do specpułku z lotniska na warszawskim Bemowie, gdzie pracował w charakterze inżyniera radia - zajmował się przeglądem radiostacji.

Krytyczne 50 metrów

Chorąży Remigiusz Muś, który 10 kwietnia 2010 r. lądował w Smoleńsku, nagrywał korespondencję z "Korsarzem" na pokładowym magnetofonie. Był ostatnim rozmówcą mjr. Arkadiusza Protasiuka, dowódcy tupolewa, który rozbił się na Siewiernym. To Muś ujawnił, że kontroler z wieży wydał załodze tupolewa komendę zejścia na wysokość 50 metrów.

Zeznał, że po lądowaniu na Siewiernym nasłuchiwał korespondencji innych statków powietrznych z wieżą. Takie same komendy usłyszała wcześniej załoga Jaka-40 i Iła-76. Muś nasłuchiwał komunikacji między Tu-154 a kontrolerem, siedząc w kabinie jaka, już na lotnisku. W jego ocenie, polskie załogi wiedziały, że na lotnisku w Smoleńsku obowiązuje 100 m jako minimalna wysokość do podjęcia decyzji o lądowaniu (tzw. wysokość decyzji).

Piloci nie mieli prawa zejść niżej i na takiej wysokości decyzję o lądowaniu podjęła właśnie załoga jaka. Muś kilkakrotnie zeznawał w prokuraturze w charakterze świadka. Był przekonany o jednej komendzie zejścia na 50 metrów, która padła z wieży. Twierdził, iż fakt ten został zarejestrowany na taśmie magnetofonowej z jaka. Deszyfryzacją nagrań zajmuje się od ponad dwóch lat Instytut im. Sehna w Krakowie.

- Jednym z czynników, które powodują, że nadal czekamy na tę opinię, jest fakt, że prokuratura zwróciła się z wnioskiem o pomoc prawną do strony rosyjskiej o wykonanie pewnych czynności, uzyskanie informacji, które z punktu widzenia biegłych są bardzo ważne. Do tej pory ten wniosek jeszcze nie został zrealizowany - tłumaczył wczoraj płk Rzepa. Nie chciał jednak ujawnić, o jakie informacje chodzi.

Anna Ambroziak

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... c-mus.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 02 lis 2012, 15:38 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Odlot delegacji z Okęcia i Andrzej Klarkowski

Z wywiadem, z panem Andrzejem Klarkowskim doradcą śp. Prezydenta opublikowanym w środę ( 23 marca 2011) w „Naszym dzienniku”, zapoznałem się dopiero wczoraj, mimo że zakupiłem ND w środę, ale czas na jego przeczytanie, a zwłaszcza wywiadu znalazłem dopiero teraz. Nie wiem czy ktoś na blogach analizował ten wywiad, dziwne byłoby nawet gdyby nie, w każdym razie ja się nie mogę powstrzymać od odniesienia się do niego bo jest zbyt ważny.

Po przeczytaniu tego wywiadu jestem... nielicho wkurzony. A nawet więcej, tak wkurzony w sprawie Smoleńska nie byłem od dawna.

Naszkicowałem przed przeczytaniem go właśnie notkę w której pytam dlaczego urzędnicy z kancelarii prezydenta dopiero jesienią, w filmie „Mgła” mówią o słowach ruskich czekistów, skierowanych do nich, iż ci którzy pierwsi przyjeżdżąją na miejsce wypadku w Rosji nie wracają żywi, a potem o tym dlaczego pan Mackiewicz krewny Marii Kaczyńskiej nie zdementował zaraz narracji opisującej prezydentową jako rozpoznawalną jedynie po charakterystycznej obrączce, jeśli miał zidentyfikować ciało bez problemu o czym wiemy dopiero dzięki niedawnemu przesłuchaniu Komisji Maciarewicza ? Itd.

I teraz dochodzi do tego ten „kwiatek”. Znów kolejne informacje na które się czeka, a które mogły być przedstawione kilka dni po 10 kwietnia. Wszyscy , którzy śledzą mord smoleński wiedzą że były hipotezy takie iż w ogóle samolot nie wyleciał z Polski. (Nie byłem bynajmniej w minimalnym nawet stopniu sympatykiem tej tezy, ale w świetle wiążących się z nią zdarzeń nikt kto szukał prawdy nie mógł jej odrzucić na sto procent.) Bardzo silnym asumptem do takiego twierdzenia był fakt że nie doczekaliśmy się żadnych materiałów telewizyjnych z pożegnania delegacji na Okęciu. W ramach powszechnego żałowania w pierwszych dniach po 10 kwietnia i wyciągania nawet jakich niepublikowanych wywiadów telewizyjnych pożegnanie delegacji i odlot winien być pokazywany na okrągło, a zwłaszcza sam moment przejścia trapem i znikania we wnętrzu samolotu prezydenta i prezydentowej. (Były tylko prezentowane zdjęcia z innego lotu i chyba jeszcze minimalny fragmencik z jakiegoś innego wylotu tylko z prezydentem na trapie, prezydentową, nie jestem pewien, ale może i były tylko zdjęcia). Nawet jeśli mainstreimowe media nie miały zamiaru pokazywać wsiadającej delegacji to po „katastrofie” przecież musiało być inaczej i na pewno tym filmem by się podzieliły. Potem wyszła kwestia rejestrowania przez urządzenie z wieży lotów na Okęciu startu samolotu i też miało się okazać niedostępne bo się skasowało, nie nagrało czy coś w tym rodzaju, mimo że pono nagrywanie to jest dublowane. Wreszcie kamera przemysłowa na Okęciu. Co rejestrowała i kogo, to też jest bardzo istotne po pierwsze w wypadku mniemanego braku w ogóle dojścia do startu samolotu, i czas rejestracji i dokładnie miejsce, miejsca. Czy tylko jedna kamera? Oczywiście nie interesuje mnie tu w najmniejszym stopniu jedyna interesująca dla mainstreamowych mediów narracja: Pilot i gen Błasik, tylko by zobaczyć tych ludzi, całą a przynajmniej jak najwięcej osób z delegacji , dowiedzieć się też w ten sposób o czasie startu samolotu.

Wobec znalezionego kiedyś wpisu (chyba na smoleńsk-2010.pl) w którym autor twierdzi że ostatni raz prezydent był widziany był 8 kwietnia, to będąc ostrożnym od początku, wobec możliwej dezinformacji i sianiu zamętu, ale nie wykluczając żadnej hipotezy, uczulony byłem na informacje o tym. I cóż w jesieni jeszcze, natrafiam w „Gazecie Polskiej” na wywiad z Marta Kaczyńską w którym wspomina że ostatni raz widziała ojca dwa dni przed wylotem do Katynia. I natrafiam niedługo potem na inną publiczną osobę, która też widziała się z nim dwa dni wcześniej. W głowie w tym momencie w naturalny sposób włącza się czerwone światło. „Zobaczymy co będzie dalej” – myślę. No i natrafiam na jeden z wywiadów z Bielanem (chyba w ND) w którym opowiada że w czwartek późnym wieczorem z Lechem Kaczyńskim ustalili że w wyborczej prezydenckiej kampanii motywem przewodnim będzie pieśń o małym rycerzu. W czwartek wieczorem, a więc pozostaje nam tylko piątek i sobotni poranek ,a zatem już nie dwa dni. Czy ta informacja nie mogła być publicznie dostępna wcześniej? W ogóle kuriozalne jest że nie wiedzieliśmy kto, kiedy, w jaki sposób był koło prezydenta, przy prezydencie, zwłaszcza w ostatnich godzinach, widział go do momentu odlotu (oprócz przywołanego Andrzeja Klarkowskiego) ale o tym poniżej. A może coś w kwestii której dotyczy powyższe zdanie coś przeoczyłem?

Przejdźmy do pana Andrzeja Klarkowskiego socjologa,, psychologa społecznego i jak przytoczyłem na początku doradcę prezydenta Lecha Kaczyńskiego (w kwestiach społeczno- gospodarczych). Relacja to jest niezwykle ważna bo nigdzie do tej pory nie było relacji osoby, która widziała ich wszystkich, (czy przynajmniej twierdzi że widziała) ogólnie cała delegację na lotnisku, zarówno na płycie, jak i na dworcu lotniska. Jest to dość niesłychane, zwłaszcza że minął prawie rok.
Pan Klarkowski, jak mówi wiedział że jest bardzo dużo chętnych osób z ważnych instytucji, które chcą lecieć na uroczystość, choć nie znał dokładnej listy, ale Dopiero gdy pojechałem na lotnisko zobaczyłem kto na pewno poleci. Jak się okazuje pan Andrzej Klarkowski jest kolejną osobą która miała, lub chciała lecieć, a nie poleciała. Kilka tygodni przed wizytą sam chciałem lecieć do Katynia z prezydentem, ale gdy zauważyłem ilu jest chętnych(...) zrezygnowałem ze starań. Nie mógł jechać pociągiem? Był też pewny że nie będzie miejsca w tym rzekomo wypełnionym do ostatniego miejsca Tupolewie? A z innej strony czy ekspert nie powinien być ze swoim prezydentem w przypadku tak ważnej i równocześnie drażliwej wizyty. Służyć pomocą, ale i sam nauczyć się czegoś, obserwować, zwłaszcza jeśli jest psychologiem społecznym.

Co mamy dalej? Wstałem bardzo wcześnie, na lotnisku byłem już około 6.10. Wylot był z tego, co pamiętam, o godzinie 7.23. (podkreśl. moje) A więc Klarkowski wymienia godzinę zgodną z powszechnie przyjętą narracją. Stenogram zapisów z wieży z otwartego mikrofonu (za Markowskim, S24, O 6:50:52 wieża wiedziała o starcie TU - dowód z wieży) 06:50:09 Dyspozytor/Kontroler Obszaru – Pawle Waleriewiczu, za 55 minut na ASKIL pierwszy Polak 0-31 PLF.
Wynika z tego że Tu - wyleciał zgodnie z planem o 6.50.
Mamy jednak naocznego świadka – co zrobimy? Ciekawe jest że godzinę przybycia na lotnisko podaje w taki sposób w jaki podaje się gdy opiera się tylko na swojej pamięci, potwierdzonej w swoim czasie dokładnym spojrzeniem na zegarek. Na lotnisku byłem już około 6.10. I tak się pamięta. Natomiast Wylot był z tego, co pamiętam, o godzinie 7.23 brzmi trochę dziwnie. Może się czepiam, ale czy nie powinien bardziej pamiętać odlotu niż przylotu tym bardziej że przybył przed czasem.

Jednak kolejne zdanie jest jeszcze dziwniejsze. Od wczesnych godzin porannych byłem na lotnisku i czekałem na delegację. Klarkowski opisuje w innych miejscach że gdy przyjechał wszyscy już byli poza poza posłem Gosiewskim i prezydentem. Delegacja to jak rozumiem wszyscy jej uczestnicy a przynajmniej ogół. Tymczasem prawie wszyscy mieli być na dworcu lotniczym. Czy może delegacja to był tylko pan prezydent? Ale nie, Klarkowski mówi o przyjeździe prezydenta.. jako o przyjeździe prezydenta a nie delegacji. Równocześnie więc był na lotnisku około 6.10, gdzie była już prawie cała delegacja, a równocześnie od wczesnych godzin porannych był na lotnisku i na delegację czekał. A więc jeszcze przed wszystkimi.

Poza tym Tu – 154 miał odlecieć z półgodzinnym opóźnieniem wedle oficjalnej narracji. Jednak Klarkowski nic o opóźnieniu się wylotu i spóźnieniu prezydenta nie mówi.- Rozmawiał Pan tego dnia z prezydentem? - Pan prezydent z ochroną przyjechał w ostatniej chwili i zamieniliśmy właściwie jakieś zdawkowe zdania. W ostatniej, to nie znaczy spóźnił się. Także z innych części wywiadu nie wynika że samolot miał opóźniony wylot. Cokolwiek zaskakuje mnie też następujący fragment - O której godzinie przyjechał gen. Błasik? – dokładnie nie pamiętam, ale wydaje mi się, że kiedy przyjechałem na dworzec lotniczy, to już na miejscu była cała generalicja. Mogli przyjechać już dużo wcześniej. (podkreśl. moje). Dlaczego tak wcześnie, no ale wydawało mu się, więc nie wiemy na pewno czy była nawet wedle jego relacji. Czy nie jest trochę dziwne że cała generalicja miała być już o 6.05 najpóźniej, ale i ta godzina jest zbyt późna bo ich nie widział, a więc już pozajeżdżali, ulokowali się, trudno żeby zjechali równocześnie. Więc ile wcześniej? Pierwsi pół godziny przynajmniej, bo jeśli to nie był określony czas przybycia trudno aby przybyli wszyscy naraz. Jednak uzupełniające zdanie jest jeszcze dziwniejsze. Dużo wcześniej, to znaczy ile? Dużo to znaczy.. dużo.. już dużo wcześniej, więc to brzmi jakby to była godzina co najmniej. Albo półtorej. Dlaczego tak wcześnie? Nie dziwi to zupełnie pana Andrzeja Klarkowskiego - Nic z tego co pan widział, jakoś nie zwróciło Pana uwagi, nie wywołało niepokoju? – Niepokoju raczej nie. Natomiast to zróżnicowanie udających się do Katynia osób..(...).. wzbudziło we mnie skojarzenie z „Weselem” Stanisława Wyspianskiego ( Z „Wesela” to raczej chocholi taniec, ale on zaczął się trzy godziny później i trwa do dziś - dop. mój).

Najpierw dziwiliśmy się iż dziennikarze przybyli blisko trzy godziny przed wylotem Tu, a teraz mamy całą generalicję, która mogła przyjechać już dużo wcześniej przed Klarkowskim, który było około godziny 6.10. ??? Głównodowodzący Sił Zbrojnych RP jest na miejscu przynajmniej na godzinę przed planowym wylotem, a półtorej godziny przed mniemanym faktycznym, przynajmniej bo mógł przyjechać już dużo wcześniej. Po co? Aby posiedzieć dwie godziny na ten przykład w sali odlotów. Tyle głównodowodzący sił zbrojnych ma wolnego czasu. Bo już prezydent jak wiemy przyjechał w ostatniej chwili. Tradycyjnie zapracowany by też Przemysław Gosiewski. Dobrze pamiętam też, jak wpadł na dworzec Przemek Gosiewski, który wyglądał na bardzo zapracowanego.

Dziwi mnie też inna uwaga . Chciałem porozmawiać chwilę z Krzysztofem Putrą i zorientowałem się , że wszyscy marszałkowie byli w saloniku na górze. Więc nie porozmawiał? Skoro się zorientował to dlaczego nie? Przecież nie sądził że porozmawia z marszałkiem Putrą dopiero wtedy gdy wpadną na siebie w drzwiach. Będzie go musiał odszukać. Zresztą wszyscy marszałkowie to dwóch marszałków, pozostali to wicemarszałkowie i tak wydaje mi się powinien rozdzielić. Ci wszyscy marszałkowie siedzący osobno w jednym miejscu, jak jakaś kasta do mnie nie przemawiają. Ale cóż może tak było. Bardziej konsternuje mnie następne zdanie . Generalicja natomiast była w innym miejscu. Pamiętacie państwo Bahra i kogo tam jeszcze? Ciała natomiast były w innym miejscu. Może jestem przeczulony, ale chyba nie tylko ja gdy ktoś pisze w sprawie Smoleńska że coś, ktoś był w innym miejscu. Jak przeczytałem to zdanie odruchowy dreszcz przebiegł mi po plecach. Dziwię się ze pan Klarkowski nie ma urazu w przypadku takiego sformułowania używając go skoro 10 kwietnia jest dla mnie również osobistym przeżyciem. Dlatego niezwykle trudno mi o tym mówi i czynię to bardzo rzadko.

Klarkowski odnotował także że rozmawiał w sumie z trzydziestoma dziewięcioma osobami. Tu jak widzimy jest bardzo dokładny. ( chociaż z nazwiska wymienia sześć osób).

Zaskakuje też inny opis. Gdy wchodziłem do dworca lotniczego, był tam taki niesamowity tłok, że ludzi odpowiedzialni za kontrolę pasażerów błyskawicznie ich odprawiali. Niespełna stuosobowa delegacja robiła taki wielki tłok że aż obsługa szybko ich odprawiała. Co najmniej jakby przedstawiciele całej Polski się zjechali. Wszystkie stany, burmistrzowie i rajcowie, itd. Przepraszam za ironię w tym miejscu, ale ten opis.... no właśnie co o nim sądzić. Samoloty często odlatują pełne, także z Okęcia, zwykle pasażerów z załoga jest więcej niż 96 , a tu niesamowity tłok. Dalej Pamiętam jak hala odlotów zapełniała się tłumem ludzi. Pamiętam studenta który rozpoczynając studia udał się pierwszy raz do filharmonii i potem na lewo i prawo opowiadał z podnieceniem jak to tam jest i jakie to wszystko duże i piękne. No ,ale pan Klarkowski nie był pierwszy raz na lotnisku.

Symptomatyczna jest i istotna jest szczególnie ta informacja. Byłem jedyna osobą, która nie leciała, nie licząc osób odpowiedzialnych za organizację. To znaczy? Dlaczego on, zwykły doradca był taką jedyną osobą? I czyż nie powinniśmy wcześniej, powtórzę to jeszcze raz, poznać relacji osoby , która jako jedyna etc.
Dlaczego inne osoby nie odpowiedzialne za organizacje tam się nie pojawiły. Dlaczego Klarkowski był tam taki rara avis? Istny biały kruk. Nie było delegacji z kancelarii prezydenta, innych delegacji, które żegnały ważne osobistości?

Tyle słowa Andrzej Klarkowskiego, choć w wywiadzie można znaleźć i inne interesujące rzeczy, choć bardziej w niuansach, taki obraz proponowany przez niego przemawiający do niektórych serc i umysłów, rysy postaci jakby wedle zapotrzebowania części społeczeństwa: skupiony mąż stanu Kaczyński, powiewna i promienna Kaczyńska. Może to przypadek, ale...
Mamy jeszcze też narrację dotyczącą jego wątpliwości co do tej maszyny (ogólnie, nie na ten moment. ) która kieruje bezkrytycznego czytającego w kierunku jasnym i prostym.

Każdy kto będzie pisał o czasie wylotu Tu będzie musiał odnieść się do relacji pana Klarkowskiego. Pytanie brzmi czy pan Klarkowski mówiąc o czasie odlotu mówi prawdę, kłamie świadomie, czy też myli się po prostu i rzeczywiście zapamiętał błędny czas. Zapamiętał błędny czas bo mu go wdrukowała posmoleńska narracja?
Jeśliby samolot się spóźnił czy nie napisałby o tym skoro przytacza tyle różnych opisów? Jeśli podaje że prezydent przyjechał w ostatniej chwili to znaczy że o czasie, ostatnia chwila w przypadku prezydenta znaczy że przybył jeszcze o zaplanowanym czasie tuż na jego końcu, nikt bowiem nie powie że samolot „prezydencki” miałby odlecieć bez swojego głównego pasażera, a to by znaczyło ową „ostatnią chwilę” w innym znaczeniu niż przybycie jeszcze o czasie.



A może kłamie nie ze złej woli, ale dlatego iż wie że jeśli powiedziałby iż samolot odleciał o 6.50 to zacząłby się niezły młyn, a on może byłby następny w kolejce do podzielenia losu ofiar wypadków, samobójcy, i ofiary ojcobójstwa. Tego nie wiem, ale to co czytam w wywiadzie nie wzbudza mojego zaufania, więc akurat strachu tylko nie muszę mu przepisywać.

Oprócz rozwiania mało prawdopodobnej (ale jednak trzeba ją rozwiać) kwestii wylotu Tu w ogóle relacja takiego świadka jak Klarkowski jest niezwykle istotna w gdy idzie o czas odlotu, sprawę jedną z kluczowych (jak się wydaje) w przypadku tego śledztwa. No i trzecia niezmiernie istotna sprawa to ta czy cała delegacja wsiada do jednego samolotu Tu-154 i nim odleciała, inaczej mówiąc czy mamy na to iż wszyscy wraz z prezydentem wsiedli do jednego samolotu i ten samolot wzbił się w powietrze (to co było dalej na razie zostawmy).

Mamy tu świadka, który podaje iż:
- Samolot odleciał o czasie zgodnym z przyjętą narracją.
- Widział że cała delegacja wsiadła do jednego samolotu (choć oczywiście nie mówi tego wprost , bo też nie ma o tym mowy w wywiadzie, dziennikarz nie drąży takich kwestii)
- Widział iż samolot wystartował i odleciał (nie było więc możliwości zmiany przesadzenia części pasażerów do Jaka

Relacja jednego świadka, nawet gdyby wydawałby się najwiarygodniejszy (a tego w przypadku pana Klarkowskiego moim zdaniem nie ma) nie wystarczy aby przyjąć wersję oficjalną o jednym samolocie i czasie wylotu. I tutaj jestem znów bardzo wkurzony. Głowimy się od roku. Czy nie można dotrzeć do ludzi z Okęcia, różnych, nawet sprzątaczki, czy to tak trudno?! Czy ich wciągnęła czarna dziura? Chyba można by upewni się na podstawie rozmów, ale i rożnych śladów, które muszą być na lotnisku co do prawdziwego czasu odlotu, lub dotrzeć tutaj do manipulacji czy fałszerstw.

Gdzie są dziennikarze śledczy? Nie mówię o mainstreamowych, ale czy niezależni nie mogą dotrzeć do tak banalnych rzeczy jak rozmowa z panią Kasią sprzątaczką, która wtedy sprzątała na dworcu? Sprawdzić czy nie było żadnych telewizji, które filmowały jednak odlot (zawsze mógł się przydać, choćby po to żeby śmiesznie pokazać prezydenta, prawda?).

Czy ludzie z kancelarii prezydenta nie powinni nakręcić odlotu, z wsiadaniem itd., z panorama na różne osobistości? Tak samo wojskowi – odlatywało całe dowództwo, czy nie powinno być pamiątki?

Gdybym mieszkał w Warszawie to sam bym udał się już jutro na Okęcie i próbował się czego dowiedzieć.

Wkurzające jest też to na dłuższą metę że redakcje ND, GP nie badają nadal tych wątków, które dla wielu blogerów są bardzo istotne. Pytanie, uważają że są nieistotne, wolą tego nie ruszać? Chwała ND za ten wywiad, ale równocześnie bardzo jestem ciekaw czy dziennikarzowi ND wszystko tu gra, czy w ogóle zastanawiał się prywatnie nad dezinformacją dotyczącą czasu wylotu, więcej niż jednego samolotu, brakiem materiału z odlotu, brakiem świadków?

Tak dalej być nie powinno. Jeśli nawet nie chciały drążące Smoleńską tragedię gazety tyka wprost spiskowej teorii dziejów to powinny do tej pory przynajmniej uzbierać materiał w ramach „wspominania” i dotrzeć nawet do wspomnianej sprzątaczki pani Marysi, aby potwierdziła że na dworcu byli ci wszyscy ludzie, powiedziała co pamięta o czasie odlotu, może przypatrywała się jemu, czy było spóźnienie. Nawet zwykły pracownik na pewno był pod wrażeniem takiej wyjątkowej delegacji i spóźnienie czy jego brak musiał mu utkwić w pamięci. Mamy kasjerów, kelnerki, itd.

No i przede wszystkim byli, jak napisał Klarkowski osoby odpowiedzialne za organizację, gdzie są rozmowy z nim , nagrane przez nich materiały choćby telefonami komórkowymi.

No i jeszcze jedno rodziny ofiar. Nie było ani jednej na lotnisku? Jesteśmy duchowo z nimi , wspieramy ich i nie wiemy tego?

Przecież tuż przed odlotem gdy wiadomo było że wszyscy są na pokładzie na pewno niejeden z nich dzwoni lub wysyłał sms do rodziny. Więc mamy te esemesy, mamy bilingi osób odbierających, nie mówiąc o tym że niejedna osoba na tej podstawie musi pamiętać ( z rodzin) o której by faktyczny wylot. Wyważamy otwarte drzwi? Co jest grane? A może i nawet niektórzy bardzo wzięci blogerzy prowadzą śledztwo w przez nich wiadomym kierunku? Mam nadzieję że tak nie jest. Niemniej mamy tam fakty – przywoływane komunikaty z wieży, przytaczana dezinformacja podobna pozostałej dezinformacji – również fakty. A sam wywiad z panem
Andrzejem Klarkowskim dezawuujący odlot o 6.50. dwa samoloty, czy wreszcie w ogóle brak wylotu Tu , jak go analizowałem, jego słowa, nie wzbudzają, mojego przynajmniej, zaufania.

http://cyprianpolak.salon24.pl/291829,o ... klarkowski


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńska odyseja niejasności
PostNapisane: 09 lis 2012, 15:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
"Frołow"

Jednym z najbardziej tajemniczych i wciąż niewyjaśnionych wątków „historii smoleńskiej” jest ten z iłem-76 (nr boczny 78817) dowodzonym przez niejakiego Olega Frołowa, znającego XUBS jak własną kieszeń, a o którym niewiele dowiedzieliśmy się z „raportu MAK”, z „uwag do raportu”, jak i z obszernej, tak niezwykle drobiazgowej momentami, dokumentacji „komisji Millera”. W oficjalnej opowieści „Frołow” wylatuje z Moskwy o 6.33 pol. czasu i wiezie „samochody prezydenckie” i zapewnianą przez „gospodarza” ochronę. Czemu aż z Moskwy trzeba było cały ten regiment wieźć, nie wiadomo. Zważywszy na fakt, iż zaraz „po katastrofie” wokół całego jej rejonu wyrosło spod ziemi wieluset ruskich mundurowych i bezpieczniaków, tworząc szczelny kordon, a trzy dni wcześniej organizowano kolumny dla D. Tuska i W. Putina (więc można było część sprzętu zostawić w Smoleńsku); ponadto sam gubernator obwodu mógł jakieś ekstra auta załatwić (polski BOR i tak się tym wszystkim specjalnie nie przejmował) – to cała ta fatyga „Frołowa” była zupełnie zbędna.

I rzeczywiście, jak wiemy choćby z poruszających wspomnień dziennikarzy przybyłych jakiem-40 (jakami?), „Frołow” tylko pomachał skrzydłami nisko nad pasem lotniska (czy tylko XUBS, czy też nad Jużnym?) i odleciał (http://logiconly.salon24.pl/178136,il-7 ... a-swiadkow). Miał się udać do Tweru, lecz ponoć, co wiemy już ze „stenogramów” z wieży szympansów, skierowano go z powrotem do Moskwy, mimo że olbrzymi zapas paliwa (24 tony, wedle „stenogramów” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... wiezy.html)) pozwalał mu spokojnie pozostawać na kręgu nadlotniskowym i oczekiwać na zmianę pogody. Ta ostatnia wszak, jak znów pamiętamy z relacji świadków, błyskawicznie się poprawiła „po katastrofie”, gdy złowieszcza mgła, która przeraziła tylu smoleńskich kierowców, się wreszcie rozproszyła.

Zadziwiające w wątku „Frołowa” jest przede wszystkim to, że brawurowych manewrów ruskiego transportowca nie widzą polscy dyplomaci – nie widzą oni też, by ów ił-76 stał na płycie lotniska – a mimo to z całkowitym spokojem czekają na przybycie prezydenckiej delegacji (http://freeyourmind.salon24.pl/320751,wyczekiwanie) (http://freeyourmind.salon24.pl/325546,po-odlocie-ila-76). Zdawać by się mogło, że co jak co, ale brak zapowiedzianej ochrony oraz kolumny na XUBS powinien nieco zaniepokoić przedstawicieli i ambasady, i prezydenckiej kancelarii (i powinni oni sprawę przedyskutować z „gospodarzami”, a już na pewno zawiadomić przylatujących oraz osoby oczekujące w Katyniu). Tymczasem nic z tych rzeczy. Stoją, czekają. Stoją oni wszyscy i cierpliwie czekają, mimo że z „wieży” dochodzą ich takie nawet wieści, iż delegacja ze względu na niepogodę skierowana będzie na zapasowe lotnisko. Stoją nadal, wyczekują, rządowy samolot się spóźnia (jak wspomina potem amb. J. Bahr w rozmowie z T. Torańską), a potem ni stąd ni zowąd okazuje się, że doszło do lotniczego wypadku i to opodal tego właśnie lotniska, na którym tylu świadków stoi i czeka.

(Przypomnę, że w relacjach polskiego montażysty S. Wiśniewskiego, liczba oczekujących na XUBS mogła sięgać nawet 200-300 osób:To było szczęście w nieszczęściu, bo jakby skręcił jeszcze kilka metrów w lewo, to skutki katastrofy byłyby o wiele większe, ponieważ tam jest stacja benzynowa. To, mówiąc kolokwialnie, rzut beretem od hotelu. Gdyby Tu-154M w nią uderzył, myślę, że nie rozmawialibyśmy teraz. A gdyby udało mu się wznieść i spadłby trochę dalej, byłaby masakra, ponieważ obok płyty lotniska stały samoloty, a przy nich autokary z gośćmi i ekipy telewizyjne, które przyjechały nagrywać przylot polskiej delegacji. Było tam 200, a może 300 osób, cyt. za: Misiak & Wierzchołowski, Musieli zginąć, s. 86; por. też http://freeyourmind.salon24.pl/416196,p ... nwalkera-1, gdzie Wiśniewski opowiada:tam stały delegacje wszystkie, które czekały na przylot Pary Pre-, yyy, całej delegacji polskiej.Jeśli on by tam spadł, no to wtedy przepraszam, byłaby, no, mówiąc krótko: rzeź. Bo tam było ze-, nie wiem, z dwieście, może z...Co najmniej 5 autokarów, a w autokarze mniej więcej mieści się 50-60 osób, czyli byłaby po prostu więk-, po prostu wręcz masakra).

No ale tym razem interesuje nas „Frołow”, a nie niezwykła „katastrofa” na łączce przy Siewiernym – katastrofa, której nie zdołano złapać w obiektyw ani w momencie jej zachodzenia, ani też chwilę potem, gdy np. słup dymu unosić się miał nad pobojowiskiem (krótko oczywiście, bo „pożar szybko ugaszono”; swoją drogą, zastanawiam się, czy telewizja Polsat wie coś na te tematy, bo ostatnio się ożywił jej przedstawiciel, oburzony red. J. Gugała: http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,102433,1278 ... arze.html; tenże sam Gugała, co z red. W. Baterem rozmawiał na słynnym już materiale z YT (http://freeyourmind.salon24.pl/380030,m ... ina-batera)).

Otóż „Frołow”, jak wspomniałem, wylatuje (ponoć z Moskwy) o godz. 6.33 pol. czasu, a więc wtedy, gdy, wg wstępnego planu, ma wylatywać z Okęcia PLF 101 (opowieści o „przesunięciach startu” i „spóźnieniach Prezydenta” nas nie interesują teraz). Z lektury początku stenogramów z „wieży” XUBS jednoznacznie wynika, iż oczekiwano na potwierdzenie wylotu PLF 101 o 6.30, aczkolwiek nie uzyskano go. Zresztą nie tylko informacji o wylocie „prezydenckiego tupolewa” nie przekazano szympansom, ale wieści o wylocie jaka-40 również. Innymi słowy: nie informowano bezpośrednio XUBS (a przynajmniej tej wschodniej wieży P. Plusnina, bo o zachodniej i jej funkcjonowaniu 10 Kwietnia nic prawie nie wiemy (http://freeyourmind.salon24.pl/352625,o ... mnej-wiezy)) o tym, które specjalne statki powietrzne z EPWA się na wojskowe smoleńskie lotnisko wybierają.

O godz. 6.43 pol. czasu Plusnin natomiast dowiaduje się, że wyleciał „Frołow” i już trzy minuty później nawiązany zostaje między nimi pierwszy kontakt. O zbliżaniu się PLF 031 A. Wosztyla „wieża” XUBS dowiaduje się na chwilę (dwie minuty) przed zgłaszaniem się polskiej załogi w punkcie ASKIL, a więc na granicy białorusko-ruskiej. PLF 031 kieruje swój komunikat do moskiewskiej kontroli obszaru, lecz odpowiada mu właśnie „Korsaż”. PLF (jak wynika z oficjalnej narracji, zaznaczam) nie czekając zaś na niczyją zgodę, wlatuje sobie w ruską przestrzeń powietrzną i nie niepokojony przez nikogo zniża się do Smoleńska (http://freeyourmind.salon24.pl/458703,plf-031); co więcej Plusnin, też specjalnie nie zdziwiony tą sytuacją, od razu nakazuje Wosztylowcom dalsze zniżanie do 1500 m (Papa Lima Fox zero three onе, занимайте эшелон 1500 с курсом 30 градусов)(http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... wiezy.html). Jak pisała „komisja Millera” (http://mswia.datacenter-poland.pl/proto ... lotami.pdf, s. 5): przejęcie kierowania samolotem Jak-40 przez KL lotniska nastąpiło poza granicą jego strefy odpowiedzialności (tu przypis 7: Granica strefy bliższej lotniska SMOLEŃSK PÓŁNOCNY wynosiła 60 km od środka lotniska. Punkt ASKIL znajduje się w odległości 70 km od lotniska - przyp. F.Y.M.) bez koordynacji z organem kontroli (...) ruchu lotniczego MOSKWA KONTROLA.

I „Frołow” przybywa nad XUBS akurat w tym samym czasie co PLF 031 Wosztyla (oba samoloty, wedle tego, co mówi wtedy Plusnin w „wieży”, mają być o godz. 7.20 pol. czasu „na kręgu”), przy czym najpierw ma podchodzić do lądowania polski jak-40, niedługo po nim zaś ruski transportowiec. Interesujące są szczegóły tego, co się dzieje dalej, choć musimy brać poprawkę na to, iż różnią się one w wersji oficjalnej od tego, co opisywał w swym piśmie do premiera (z 15 kwietnia 2010) E. Klich. Przypomnę fragment relacji Klicha (z książki Moja czarna skrzynka, Dokumenty 11):

O godz. 9.26 (rus. czasu – przyp. F.Y.M.) [warunki atmosf.] są następujące: zachmurzenie pełne 10/10 – stratus, podstawa 100m, widzialność 1km. W tym czasie 9.26. ląduje Jak-40. W trakcie lądowania KL (kierownik lotów – przyp. F.Y.M.) stwierdził, że samolot nad progiem, według jego oceny, samolot był 10-15m za wysoko. W związku z tym wydał komendę przejścia na drugie zajście. Załoga decyzji nie wykonała i wylądowała. O godz. 9.10. KL nawiązał łączność z samolotem Ił-76, któremu podał następujące warunki do lądowania: widzialność 1200m (nie zgadza się to ze stenogramami z wieży – przyp. F.Y.M.) (w dokumentacji stacji meteorologicznej od godz. 9.00. do godz. 9.26. nie ma żadnych zapisów o takim widzialności). Przy pierwszym podejściu widzialność była 1200m i samolot przeszedł na 2 zajście. Przy drugim podejściu widzialność pogorszyła się do 800m (mgła) i po nieudanej próbie lądowania samolot został skierowany na lotnisko w Twerze. Próby lądowania samolotu Ił-76 były po lądowaniu samolotu Jak-40 (czas ten dokładnie nie jest w tej chwili znany. Po odlocie samolotu Ił-76 z KL nawiązała łączność załoga jakiegoś samolotu, który chciał lądować na lotnisku w Smoleńsku i KL nie wydał zgody na lądowanie (podkr. F.Y.M.).

Jak widać z tego cytatu z pisma „akredytowanego”, zrazu wcale nie jest tak precyzyjnie określone, o której co i jak 10 Kwietnia podchodzi na XUBS (podobnie zresztą, co przypominałem wczoraj w jednym z komentarzy, nie jest zrazu pewna – nawet na poziomie prokuratorów i badaczy – godzina „katastrofy smoleńskiej” (http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzeni ... polew.html)). Zwracam uwagę na tę przesuniętą godzinę lądowania PLF 031 – 7.26 pol. czasu, a więc jakieś 10 minut później w stosunku do oficjalnej godz. podawanej w oficjalnej narracji (tj. 7.15). Oczywiście nie należy się w historii smoleńskiej przywiązywać do tych (ani jakichkolwiek innych) czasowych wyliczeń dotyczących poszczególnych zdarzeń, skoro parametry te były „ruchome” i zdarzenia sytuowano na smoleńskiej osi czasu w zależności od tego, jak tam badaczom pasowało; poza tym wojskowa dokumentacja okazywała się czasami mocno wybrakowana (http://freeyourmind.salon24.pl/346023,s ... cze-i-inne). Jednakże późniejsza godzina lądowania pasowałaby z czasem zawiadomienia Okęcia o pogarszających się warunkach na XUBS – Wosztyl miał wszak dzwonić dopiero gdzieś koło 7.45 (http://mswia.datacenter-poland.pl/Rapor ... u-154M.pdf, s. 87):

Według uzyskanych przez Komisję informacji, kontroler WPL OKĘCIE około godz. 5:45 otrzymał informację telefoniczną od jednego z członków załogi samolotu Jak-40 o lądowaniu na lotnisku SMOLEŃSK PÓŁNOCNY przy WA: podstawy chmur 60 m, widzialność około 2 km. Informacja ta została przekazana o godz. 6:32 DML i do COP. O godz. 6:22 do COP dotarła również informacja z CH SZ RP o pogorszeniu WA na lotnisku SMOLEŃSK PÓŁNOCNY (na podstawie SYNOP z lotniska SMOLEŃSK POŁUDNIOWY). Ze stenogramu rozmów telefonicznych COP wynika, że osoby funkcyjne COP rozpoczęły działania, których celem było powiadomienie załogi (tu przypis 63: Proszono kontrolera OKĘCIA o przekazanie tej informacji załodze – przyp. F.Y.M.) samolotu Tu-154M nr 101 o pogorszeniu WA na lotnisku SMOLEŃSK PÓŁNOCNY oraz możliwych do wykorzystania najbliższych innych lotniskach. Według stenogramu rozmów w kabinie samolotu Tu-154M nr 101 informacja z COP nie dotarła do załogi.

To zaś telefonowanie Wosztyla na EPWA o 7.45, biorąc pod uwagę długie minuty kołowania na XUBS (i nieporozumienia z „wieżami”), a następnie wysadzania pasażerów i być może obserwacji pierwszego podejścia iła-76, byłoby czasem całkiem prawdopodobnym (bardziej prawdopodobnym aniżeli 7.15), jeśli lądowanie zaszłoby właśnie w okolicach wpół do ósmej pol. czasu. Pasowałoby to także do 25-minutowego opóźnienia z wylotem jaka-40 z EPWA (związanego z przesiadkami na Okęciu; por. „raport Millera”, s. 86).

Trzymamy się jednak „Frołowa”, zaznaczam, który przybyć ma na XUBS po „Wosztylu” i to z północnego wschodu, bo z moskiewskiego lotniska. O 6.47 pol. czasu, jeśliby wierzyć stenogramom z „wieży”, Plusnin podaje „Frołowowi”, wschodni kierunek, czyli kurs 259° (tak samo zresztą jak jakowi-40) i komunikuje o godz. 6.54, że podejście będzie „po polskim samolocie”. PLF dwie minuty później otrzymuje polecenie skierowania się na 60°, co „komisja płk. Latkowskiego” komentuje tak: Kurs podany przez Plusnina jest dziwny. Kontroler nietypowo wprowadza samolot w krąg, co nie oznacza, że popełnił błąd (por. Ostatni lot. Raport o przyczynach katastrofy, s. 232). Dziwność tego kursu z ASKIL polegać może na tym, że wygląda to na kurs zachodniego podejścia na... południowe lotnisko w Smoleńsku (http://www.otofotki.pl/img17/obrazki/jt ... y%2060.JPG) – co już kiedyś w komentarzach sygnalizował bloger biskup analizujący dane z dokumentacji MAK oraz „stenogramy” (http://freeyourmind.salon24.pl/277216,b ... nt_3959082):

Sbornik aeronawigacjonnoj informacii.. str. 545 Posadka na JUŻNYM z zachodu. Od ASKIL 60 stopni prawa runda NA NDB i DOPIERO wejście na krótką prostą kurs 80 przed TRZECIM SKRĘTEM. (...)

(por. też jego komentarze dot. trasy PLF 101 http://freeyourmind.salon24.pl/277216,b ... nt_3959182, http://freeyourmind.salon24.pl/277216,b ... nt_3957096, http://freeyourmind.salon24.pl/277216,b ... nt_3958929, http://freeyourmind.salon24.pl/277216,b ... nt_3956714 oraz długi komentarz libry http://freeyourmind.salon24.pl/277216,b ... nt_3964306).

PLF 031 po kursie 60° otrzymuje polecenie obrania kursu 10° (Kurs magnetyczny 10 stopni oznacza, że samolot ma lecieć niemal dokładnie na północ (prostopadle do osi pasa) – Ostatni lot. Raport..., s. 239), potem zaś w „stenogramach” pojawia się istotna luka w rozmowach szympansów, dostrzeżona nawet przez „komisję płk. Latkowskiego” (s. 239-240; wypowiedzi z godz. 7.03 pol. czasu): Plusnin: Dawaj szybko, szybciej, łącz, łącz (Trudno powiedzieć z kim chcą rozmawiać kontrolerzy. Zapewne dzwonili za pomocą telefonu komórkowego, ponieważ w stenogrami nie ma śladu rozmowy z telefonistką (...)). Ryżenko: Ja wydzwaniam, ale oni słuchawki nie podnoszą. Powiedzieli, że wszystko będzie (Odpowiedź Ryżenki jest jeszcze bardziej tajemnicza niż prośba Plusnina. W stenogramie nie ma śladu jakiejkolwiek wcześniejszej rozmowy telefonicznej Ryżenki. Jeśli więc wcześniej rozmawiał przez komórką, oznacza to, że musiał wychodzić z wieży). Plusnin: Na Jużnym już mgła.

Ta ostatnia wypowiedź nie zostaje skomentowana przez „komisję płk. Latkowskiego”, a przecież do godz. 7.03 nie ma też w „stenogramach” śladu po łączności z wieżą na Jużnym. Skąd więc Plusnin wie, co się dzieje na południowym smoleńskim lotnisku? Co ciekawsze, nie tylko PLF 031, czyli „Wosztyl”, lecz także „Frołow” zdaje się lecieć na XUBS od południa, nie zaś, jak można by sądzić, biorąc pod uwagę kierunek, z którego ił-76 miał przybyć, od północy. Chwilę wcześniej (6.57 pol. czasu) wprawdzie Plusnin mówio „Frołowie”: Moim zdaniem ze wschodu idzie, z punktu BIEŁYJ. Nie widzę (co w Ostatnim locie... na s. 234 skomentowane jest: Plusnin informuje Krasnokutskiego o kierunku, z jakiego nadlatuje Ił-76 (BIEŁYJ to punkt nawigacyjny, taki jak ASKIL), a także o tym, że jeszcze go nie widzi na radarze)) – ale o godz. 7.06 „Frołow” komunikuje: Przeszedłem OGALI, 6000, gotów do schodzenia w rejonie czwartego (Załoga Iła-76 melduje, że samolot na wysokości 6000 metrów przeleciał nad punktem nawigacyjnym OGALI i jest gotów do zniżania, a także o tym, że pilot będzie wchodził w krąg nadlotniskowy w rejonie czwartego zakrętu (bo leci od południowego zachodu) kręgu nadlotniskowego.

OGALI (podobnie jak punkt RALOT, wpisany ponoć do planu lotu PLF 101) to punkt nawigacyjny na południe w stosunku do Jużnego, nie tylko do XUBS (por. też http://freeyourmind.salon24.pl/312081,trasa, http://4.bp.blogspot.com/-pq7mYvxcFwc/T ... ensk01.png). Wychodziłoby zatem, że „Frołow”, lecąc z Moskwy, nie kieruje się zrazu wprost na XUBS (http://dlapilota.pl/files/smolensk_nawigacja.jpg). Czy w planie ma jakiś brawurowy manewr także na UUBS, czyli południowym smoleńskim lotnisku? Czy też po prostu nie leci na XUBS z Moskwy, lecz z jakiegoś innego lotniska na południe od Smoleńska?

„Komisja płk. Latkowskiego” wyjaśnia w swej dokumentacji: O godzinie 7:06:26 Ił-76 przeleciał nad punktem nawigacyjnym OGALI. Nadlatując z tego kierunku, wchodzi się w krąg nadlotniskowy w rejonie czwartego zakrętu. Jeśli maszyna znajduje się wtedy na wysokości kręgu (500 m – przyp. F.Y.M.), może niemal natychmiast wejść na ścieżkę zniżania i wylądować. Jeśli jest wyżej, to musi zatoczyć pełny krąg nad lotniskiem, żeby zejść na odpowiednią wysokość. Ponieważ w tym czasie lądował Jak-40, Ił-76 został przez kontrolerów ustawiony na znacznie większej wysokości (żeby nie przeszkadzał) i skierowany właśnie na to dodatkowe okrążenie (Ostatni lot. Raport..., s. 93).

Na fragmentach mgielnego zapisu Wiśniewskiego, zaprezentowanego w sejmie zimą 2011 na posiedzeniu ZP, wcale nie słychać krążącego nad lotniskiem „Frołowa” (wyczekującego na wylądowanie „Wosztyla”), tylko wyłaniający się z dłuższej ciszy odgłos zbliżania się do XUBS i podejścia (o ile to oczywiście filmowany jest ten ił i tego dnia; http://mswia.datacenter-poland.pl/proto ... lotami.pdf, s. 14). Tak czy tak nigdy do tej pory nie zaprezentowano publicznie całości (wraz ze ścieżką dźwiękową) materiału z parapetu hotelu Nowyj, nakręconego ponoć 10 Kwietnia przez moonwalkera Wiśniewskiego. Czy zarejestrowały się oba podejścia iła-76, czy mniej? A może więcej? W jakich dokładnie porach? Czy utrwaliło się lądowanie jakiegoś samolotu, co do którego Wiśniewski sądził, iż to wylądowała prezydencka delegacja (http://www.rp.pl/artykul/460798.html)? Czy może znalazł się na materiale też proszący o zgodę na lądowanie jakiś samolot (po odlocie iła-76), a którego „wieża” XUBS miała odesłać na zapasowe lotnisko (vide cytowane wyżej pismo E. Klicha)? Czy ten „ponadgodzinny” materiał wideo znajdujący się w prokuraturze od kwietnia 2010 też jest utajniony (http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzeni ... li-to.html)?

Por. też http://arturb.salon24.pl/263822,dlaczeg ... siewiernym
http://arturb.salon24.pl/247061,askil-z ... -sie-gubia

http://freeyourmind.salon24.pl/460465,frolow


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 358 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 19, 20, 21, 22, 23, 24  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 12 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /