Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 707 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 44, 45, 46, 47, 48
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Rozważania o Polsce
PostNapisane: 22 sty 2019, 19:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31675
Stanisław Michalkiewicz: August III Sas i „dobra zmiana”

„Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa” – zgadzam się z tym przysłowiem, natomiast to, że państwo polskie mimo dobrobytu chyliło się ku upadkowi pokazuje doskonale znaną zasadę, że obywatele mogą żyć w dobrobycie a kondycja polityczna państwa może być katastrofalna. Tamte czasy doskonale to ilustrują – mówi w rozmowie z PCh24.pl Stanisław Michalkiewicz.

17 stycznia 1734 roku na polskim tronie zasiadł August III Sas. Został on zapamiętany jako „ludzki pan”, a okres jego rządów jako czas dobrobytu, co zauważono w przysłowiu „Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”. Czy faktycznie za jego panowania było aż tak dobrze?
Przywołane przez Pana przysłowie faktycznie ilustrowało dobrobyt, jaki panował w czasach Augusta III. Polska w tamtym okresie skorzystała przede wszystkim na tym, że nie brała udziału w toczących się wówczas wojnach, tylko na nich zarabiała. Zresztą inne przysłowia z tego okresu, jak na przykład „Co Polak w dzień przepije Niemca majątek stanowi” mówią dokładnie to samo.

Warto zwrócić uwagę, że za panowania Augusta III takie czynniki jak np. węgiel czy ropa naftowa nie odgrywały żadnej roli gospodarczej, w przeciwieństwie do drewna czy koni. Ówczesna Polska była wielkim eksporterem tych dóbr. Przecież niemal wszystkie angielskie statki były budowane przede wszystkim z polskiego drewna.

Wysoki eksport i uzyskane z niego pieniądze bardzo znacząco wzbogaciły Polaków, zwłaszcza sfer uprzywilejowanych, czyli szlachty, i podniosły poziom życia. Stąd te przysłowia o dobrobycie.

Czy jednak naprawdę było tak dobrze, skoro ledwie 9 lat po śmierci Augusta III nastąpił I Rozbiór Polski?
Przepraszam, ale pytał Pan o znaczenie przysłowia „Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”. Powtórzę – zgadzam się z tym przysłowiem, natomiast to, że państwo polskie mimo dobrobytu, o którym mówiłem chyliło się ku upadkowi też jest prawdą i pokazuje to doskonale znaną zasadę, że obywatele mogą żyć w dobrobycie a kondycja polityczna państwa może być katastrofalna. Tamte czasy doskonale to ilustrują.

Czy właśnie w tym stanie rzeczy powinniśmy szukać przyczyn upadku I RP?
Moim zdaniem upadek państwa polskiego rozpoczął się już w czasach panowania ostatniego przedstawiciela dynastii Jagiellonów, czyli Zygmunta Augusta, mimo że jeszcze przez około 150 lat po jego śmierci Polska była mocarstwowa. Był to jednak „kolos na glinianych nogach”, a wszystko przez załamanie się ruchu egzekucyjnego w rezultacie czego Polska poszła drogą mocno odmienną od tych, którymi poszły inne państwa europejskie. Rezultatem tego był polityczny upadek I RP przy jednoczesnym politycznym wzmocnieniu państw ościennych między innymi kosztem naszej ojczyzny.

Drugim katalizatorem politycznego upadku Polski był trwający 5 lat potop szwedzki. Powiem szczerze, że ze zdumieniem przeczytałem, iż dewastacja naszego kraju podczas potopu szwedzkiego jest porównywalna ze zniszczeniami w czasie II Wojny Światowej, a pamiętajmy, że w XVII wieku Polska była mniej zaludniona.

Spustoszenie dokonane przez potop szwedzki spowodowało, że w Polsce pojawiła się warstwa społeczna, której wcześniej nie znano, czyli szlachta zwana gołotą, która na skutek zniszczeń została pozbawiona wszelkich środków do życia. Miała jednak prawa polityczne i bardzo szybko nauczyła się te prawa polityczne komercjalizować. Tak się narodził jurgielt, czyli po prostu agentura.

W rezultacie za panowania Augusta III oraz w początkach rządów Stanisława Augusta Poniatowskiego w Polsce nie było nikogo, kto działałby publicznie i nie brał pieniędzy od obcych dworów. W rezultacie państwa sąsiadujące robiły w Polsce, co tylko chciały i dlatego tamten czas jest nazywany „rządami ambasadorów”.

Kiedy narodziła się koncepcja, że Polska musi być słabym państwem?
Za panowania Augusta III, a najlepiej wyrażało ją niezwykle popularne wówczas stwierdzenie, że „Polska nierządem stoi”. Ówcześnie „myśliciele” uważali, że jeśli Polska będzie słaba, to nie będzie żadnego powodu, żeby państwa ościenne dążyły do jej zniszczenia, ponieważ nie będzie ona stwarzała dla nich żadnego niebezpieczeństwa.

Szkoda, że przeciwna opinia pojawiła się dopiero sto lat później. Mam na myśli „złotą myśl” pruskiego teoretyka wojny, czyli Karola von Clausewitza, który powiedział, że „sprawcą wojny nie jest napastnik, tylko napadnięty, ponieważ swoją słabością zachęcił napastnika”. Tak właśnie stało się z Polską. Być może sprawy potoczyłyby się inaczej, gdy ktoś wcześniej wygłosił tę mądrość dziejową.

Skoro Polska była i miała być słaba, to dlaczego Prusy zalewały ją fałszywą monetą?
Odpowiedź jest prosta - bo mogli i mieli z tego ogromne korzyści, a nikt z najważniejszych polskich przedstawicieli nie potrafił nic z tym zrobić.

Była to konsekwencja pewnej koncepcji ustrojowej polskiej. Mam tu na myśli „złotą wolność”. Główną troską klasy politycznej w Polsce od czasów Jana Zamoyskiego było to, żeby nie wzmocniła się władza królewska. Uważano bowiem, że wzmocnienie jej doprowadzi do zmniejszenia zakresu wolności w państwie. W związku z tym całą władzę oddano w ręce Sejmu, który dzięki instytucji Liberum Veto funkcjonował na zasadzie jednomyślności.

Gdyby jeszcze władza w rękach Sejmu jakoś funkcjonowała… Wówczas może nie byłoby aż tak źle. Tragedią jednak było to, że Sejm przestał funkcjonować. Zgromadzenia były coraz częściej zrywane na skutek jurgieltu, z czego korzystały państwa ościenne. W końcu za panowania Augusta III doszło do sytuacji, że bodajże żaden sejm nie doszedł do skutku.

Przepraszam, ale jeden doszedł. Chodzi o tzw. sejm pacyfikacyjny w 1736 roku.
Czy był to jednak polski Sejm? Przypomnę, że doszedł on do skutku, ponieważ został zwołany z inicjatywy państw trzecich. Taki stan rzeczy doprowadził do całkowitego zanarchizowania państwa, korupcji i wszechobecnej agentury państw ościennych.

Nie tylko państw ościennych. Swoje interesy mieli również do ugrania Francuzi, którzy wysunęli kandydaturę Augusta III na cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego.
Francja była wtedy mocno zainteresowana osłabieniem Habsburgów, czyli Austrii. Powiem szczerze, że to wcale nie musiało być dla Polski niekorzystne, ponieważ nasza ojczyzna jak potem historyczne wypadki pokazały padła łupem Austrii.

Gdyby w Polsce było z kim gadać i z kim uprawiać politykę, to wcale nie musiałoby być dla nas niekorzystne. Takich ludzi jednak nie było, co niedługo potem się na nas zemściło.

Przepraszam, ale przecież było z kim gadać… I gadać, i wypić, i pojeść, i zapolować, i dobrze się bawić...
W tym rozumieniu tak, ale nie w rozumieniu dyskusji o ustanowieniu jakiejś polityki i wdrożeniu jakiejś linii politycznej. W Polsce było to niemożliwe, ponieważ zapanował stan całkowitej anarchii. Powszechnie sprzedawano i kupowano wszystko i wszystkich: publiczne godności, urzędy, wyroki sądowe, szlachtę, duchownych, stopnie oficerskie, a czego nie spieniężono, o to grano w karty.

Wszyscy kupowali co tylko się dało. Gdyby chociaż jeden kupował wówczas można by podjąć próby ustanowienia jakiejś wizji politycznej. Kupowali jednak wszyscy, więc nie można było postanowić absolutnie niczego.

Jak porównałby Pan czasy Augusta III Sasa do obecnej sytuacji w Polsce? Moim zdaniem podobieństw jest co najmniej kilka. Oto pierwszy przykład – tak jak za Augusta III Sasa tak i teraz obce wojska swobodnie przemieszczają się i stacjonują na naszym terytorium...
Powiem więcej – zdecydowana większość Polaków uważa, że obecna sytuacja jest dla naszej ojczyzny znakomita. W rezultacie tego sposobu myślenia ambasador USA w Polsce, pani Georgetta Mosbacher przeszła na „ręczne sterowanie” polskich władz w związku z czym mamy „rządy ambasadorów” tak jak w czasach carycy Katarzyny, kiedy „prawdziwym” władcą Polski był ambasador Otto Magnus von Stackelberg.

Ponadto współczesna Polska nie potrafi wykorzystać obecności w NATO do zwiększenia własnej siły, tylko próbuje prężyć cudze muskuły i tym słodzą się nasi umiłowani przywódcy. Musimy jednak pamiętać, jak prężenie cudzych muskułów skończyło się w 1939 roku. Moim zdaniem takie podejście to bardzo duży błąd i prędzej czy później zemści się to na nas, mimo że obecna sytuacja jest dużo, ale to dużo lepsza niż w czasach saskich czy Stanisława Augusta Poniatowskiego.

Druga sprawa - w czasach Augusta III Sasa panowało powszechne przekonanie o dobrobycie. To samo obserwujemy dzisiaj. Prorządowe media kilkadziesiąt razy dziennie przypominają nam, że dzięki programom 500+, 300+, Mieszkanie+ polskie rodziny wyszły z nędzy.
Nie zgadzam się z Panem, ponieważ to dwie zupełnie inne sytuacje. Przypomnę, że mamy deficyt budżetowy i to co rząd mówi, że jest nadwyżka budżetowa to absolutna nieprawda, ponieważ mamy do czynienia co najwyżej ze zmniejszaniem tegoż deficytu i to nie stałego zmniejszenia, tylko od czasu do czasu.

W związku z tym program 500+, który kosztuje około 24 mld zł rocznie finansowany jest z pożyczek. W czasach Augusta III Sasa, kiedy król pytał swojego ministra Bruhla: „Bruhl czy mam pieniądze?”, to zadawał to pytanie nie dlatego, że spodziewał się, że Bruhl pożyczy je od kogoś, tylko że będzie miał dochody z działalności państwa. I te dochody były! Zmniejszyło się liczbę wojska a za uzyskane pieniądze kupiło nowe zapasy wina bądź innych „dobrodziejstw”.

Sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero za panowania Stanisława Augusta, który może i czasami chciał dobrze, ale ze względu na „rządy ambasadorów” nie mógł nic zrobić. Polska była całkowicie obezwładniona.

Kolejne podobieństwo do czasów Augusta III i czasów nam współczesnych polega na tym, że tak jak monarcha, tak „dobra zmiana” również inwestuje w kulturę i sztukę.
Moglibyśmy się tutaj ograniczyć do wielu złośliwości, ale nie o to chodzi. To prawda – w czasach Augusta III nastąpiło ożywienie życia kulturalnego, ale tylko w architekturze, a nie np. w literaturze, co widać wyraźnie – rządy Sasów to absolutny upadek literatury w Polsce właśnie dzięki ówczesnemu dobrobytowi. Nikt nie miał czasu na czytanie, ponieważ każdy myślał o budowaniu pałaców i rezydencji. Trudno jednak uznać Augusta III za jakiegoś mecenasa kultury.

To samo możemy powiedzieć o Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Proszę prześledzić na czym koncentrują się jego urzędnicy? Pan minister Gliński dał najpierw 100 mln zł na jeden z cmentarzy żydowskich, wcześniej Polska wyłożyła 250 mln złotych na budowę Muzeum Historii Żydów Polskich, które jest placówką propagandową i w dodatku antypolską. Teraz słyszymy, że nie mamy większego zmartwienia dla polskiej kultury jak budowa za pieniądze polskiego podatnika Muzeum Powstania w Getcie Warszawskim.

Tak wygląda mecenat „dobrej zmiany”!

Daleko z tym nie zajedziemy. Powiem szczerze – za Augusta III Sasa wyglądało to lepiej, bo po tamtych czasach zostały przynajmniej jakieś pałace. A co zostanie po obecnej władzy?

Pozwoli Pan, że zwrócę uwagę na największą różnicę między „państwem Augusta III” a „państwem PiS” – w tamtych czasach władza nie ingerowała w gospodarkę i każdy mógł robić, co chciał.
Oczywiście. Pamiętać jednak należy, że państwo nie miało wówczas odpowiednich instrumentów ku gospodarczej ingerencji i nawet jakby chciało, to albo nie mogło, albo po prostu nie potrafiło tego zrobić. Sejm, w którego rękach była władza był całkowicie sparaliżowany przez co nikt nie wtrącał się w życie i działalność obywateli.

Książę Czartoryski miał takie porzekadło „Lepiej jest nie robić nic niż robić głupstwa”. Polska wtedy w gospodarce rzeczywiście nie robiła nic, a prywatni ludzie, czyli magnaci i szlachta zachowywali się racjonalnie, w związku z czym za Augusta III Sasa „wszystko było bogate, nażarte i pijane”, jak pisał Stanisław Cat-Mackiewicz.

Dzisiaj z kolei wielu prywatnych przedsiębiorców co rusz zadaje sobie pytanie, czy klienci, którzy ich odwiedzają nie są kontrolerami z urzędu skarbowego.
Teraz mamy do czynienia z zupełnie inną, odmienną tendencją w gospodarce, ponieważ obecna ekipa przeprowadza historyczną rekonstrukcję przedwojennej sanacji, która była ruchem etatystycznym, a w porywach nawet socjalistycznym. W związku z tym mamy do czynienia z postępującą renacjonalizacją gospodarki, czego wyrazem jest m.in. fundusz pod nazwą Fundusz Inwestycji Kapitałowych, czyli de facto miliard złotych do dyspozycji pana premiera Morawieckiego na to, aby wykupywał udziały w spółkach prawa handlowego na rzecz skarbu państwa! Tak samo było za sanacji!

Kiedyś sprawdzałem statystyki dla potrzeb wygłaszanego przeze mnie referatu. Dowiedziałem się, że w 1929 roku nie było ani jednej spółki prawa handlowego, w której udział państwa miał charakter dominujący. W 1938 roku już prawie wszystkie spółki były zdominowane przez udziały skarbu państwa.

Czy nie boi się Pan, że sytuacja się powtórzy i Polskę czeka los, jaki ją spotkał po rządach Augusta III Sasa?
Tego nie wiem, ponieważ nie potrafię przewidywać przyszłości. Pozwolę sobie jednak przypomnieć, że nadal wisi nad nami miecz Damoklesa, czyli roszczenia żydowskie wsparte amerykańską ustawą 447. Skutki tego mogą się okazać gorsze od rozbiorów.

Co ma Pan na myśli? Cóż może być gorszego niż usunięcie Polski z map świata?
Trwałe zdegradowanie narodu polskiego do narodu III kategorii – bo pierwszą będą stanowili okupanci, drugą – ich kolaboranci, a naród – dopiero trzecią.

Dziękuję za rozmowę.
Tomasz D. Kolanek

https://www.pch24.pl/stanislaw-michalki ... 578,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o Polsce
PostNapisane: 08 lut 2019, 02:12 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3317
Niewykorzystane szanse Polski. Czy mogliśmy być nadal imperium?
autor: Marcin Kozera (2019-02-07 11:05)

Tekst ten traktuje o wszystkich szansach dla Polski i Polaków, których nie udało i nie udaje Nam się wykorzystać. Powstał z kilku powodów. Z jednej strony paradoksalnie ku pokrzepieniu serc, bo opisane tu sytuacje pokazują w magicznym anturażu logiki „co by było gdyby…?”, że mieliśmy i ciągle mamy możliwość obalenia marazmu przeciętności, którą narzucamy sobie sami godząc się na wybór polityków, którzy nie chcą pomóc Polsce, lecz swojemu portfelowi.

Tę przeciętność potęgujemy także podświadomą potrzebą wzburzania małostkowych konfliktów społecznych, które kumulując się, odbierają narodowi poczucie ducha wspólnoty interesów. Tekst ten został napisany jako przestroga przed kolejnymi próbami zignorowania faktu, iż bez świadomości pewnych zjawisk nie da się być aktywnym współtwórcą pozytywnych zmian. Nie da się budować lepszej dla wszystkich przyszłości godząc się na istnienie hierarchii w ludzkich strukturach organizacyjnych, na których szczycie są osoby, które nie chcą prawdziwego świata bez barier, lecz świata, który mogą modelować zgodnie z własnymi, egoistycznymi potrzebami. Artykuł jest ponadto próbą bilansu naszej dotychczasowej historii i perspektyw rozwojowych, jakie były i nadal są w naszym zasięgu.

Bilans ten należy rozpocząć od największych niewykorzystanych szans militarnych i geopolitycznych w polskich dziejach.

Celem najbardziej spektakularnej i najbardziej śmiałej geopolitycznej rozgrywki, jaką Rzeczpospolita podjęła w swojej historii, jak również największą szansą, przed jaką kiedykolwiek stanęliśmy, był wielki plan, zmierzający do połączenia Polski z Rosją i Litwą w jeden polityczny organizm - Rzeczpospolitą Trojga Narodów. Byłoby to imperium, jakie w ówczesnym świecie nie miałoby sobie równych. Nasze terytorium rozciągałoby się od Morza Bałtyckiego do Oceanu Spokojnego. Mogliśmy przeobrazić się w mocarstwo o niebywałych rozmiarach, być może największych w historii świata.

Nasza porażka w tej materii wynikała z wielkich osobistych ambicji, zawiści oraz wewnętrznych kłótni. Było to starcie dwóch przeciwstawnych sobie koncepcji.

Reprezentantem pierwszej idei był król Zygmunt III Waza, który postulował, że Rosję trzeba zmusić do uklęknięcia przed Polską i dopiero wtedy podyktować jej wygodne dla nas warunki. Zygmunt chciał ogłosić się carem i poprzez unię personalną połączyć oba kraje będąc ich władcą absolutnym oraz zachowując wszystkie możliwości carów, dzięki czemu miałby pełną kontrolę nad obywatelami. Monarcha chciał nawrócić Rosję na katolicyzm, zachęcony specjalnym odpustem wieczystym, który w 1609 roku ówczesny papież Paweł V obiecał tym, którzy podejmą się walki ze schizmatykami. Będąc wysoce przekonanym o zwycięstwie Zygmunta III Wazy wyrażał przy tym nadzieję, że po nawróceniu Rosji uda się to samo zrobić z Persją, czyli dzisiejszym Iranem.

Inaczej postrzegał sprawę hetman Stanisław Żółkiewski. W jego odczuciu nie było możliwe, aby w dłuższej skali czasowej rządzić tak ogromnym państwem jak Rosja za pomocą terroru i ucisku. Chciał, aby po ewentualnym podbiciu Kremla zachować prawosławie i pozostawić prawa rosyjskim bojarom. Carem w jego koncepcji miał zostać syn Zygmunta – królewicz Władysław, który razem z koroną miał przyjąć wiarę prawosławną.

Hetman Żółkiewski po pokonaniu armii cara Wasyla Szujskiego pod Kłuszynem i wyruszeniu na Moskwę, chciał by Polacy nie byli tam traktowani jako okupanci. Dążył do tego, by postrzegano nas jako tych, którzy zakończą wojny, niepokoje i zaprowadzą porządek i prawo. Po ciężkich negocjacjach 17 sierpnia 1610 r. Żółkiewski podpisał z Rosjanami traktat na mocy którego Władysław uznany został za cara. Uchwalono przy okazji trwałość przyjaźni między Polską i Moskwą „na wieki”. Od tej pory wrogowie Rzeczypospolitej mieli być wrogami Rosji. I odwrotnie.

Bojarowie całując krzyż, przysięgali na wierność nowemu carowi. To samo zrobiło 10 tys. moskiewskich mieszczan. W ślad za nimi deklaracje złożyło ponadto kilkadziesiąt innych miast rosyjskich. Traktat poparła nawet cerkiew prawosławna, która do liturgii wprowadziła modlitwę za zdrowie i powodzenie nowego władcy. W Moskwie zaczęto bić złote monety z wizerunkiem nowego cara. W ten oto sposób Polak został formalnym władcą Rosji!

Problemem stało się to, że król Zygmunt III Waza skrytykował Żółkiewskiego za wynegocjowanie traktatu zbyt mało upokarzającego dla Rosji. Bez jego podpisu, cała umowa była nieważna. Nie miał też zamiaru wysłać swojego syna – ustalonego już nowego cara – do Moskwy ani zgodzić się na przyjęcie przez niego religii prawosławnej. Zygmunt de facto sam chciał być carem, do tego zazdrościł Żółkiewskiemu sukcesu. Społeczeństwo Rosji było zdezorientowane i rozdrażnione. Moskwę dotknęła klęska głodu, wybuchły również antypolskie rozruchy, w których oskarżono Nas o złamanie obietnic. Potem rozpoczęła się rebelia, a Zygmunt III Waza nie wyruszył otoczonym polskim wojskom na ratunek. Polski garnizon poddał się po dwóch latach panowania na Kremlu 27 października 1612 r. Wojna trwała jeszcze sześć lat, ale z wielkich planów Rzeczpospolitej nic nie zostało.

Niektórzy historycy są zdania, iż koncepcja Żółkiewskiego oparta była na mrzonkach. Sugerują, że nawet gdyby Władysław Zygmuntowicz został carem, to w niedługim czasie dokonano by na niego zamachu, a reszta Polaków zostałaby przepędzona. Dla innych badaczy istniała jednak wielka szansa powodzenia tego planu. Głównym powodem było to, że bojarzy mieli dosyć rosyjskiej tyranii i wykazywali szerokie poparcie dla możliwości uzyskania statusu, jaki posiadała polska i litewska szlachta. Problemem nie byłyby także różnice kulturowe. Polska była w tamtym czasie niejednolita etnicznie i religijnie. Połowa mieszkańców (w tym wielu wojewodów, senatorów, wodzów, magnatów, takich jak ród Wiśniowieckich) była prawosławna i mówiła po rosyjsku. Z upływem lat polska kultura zyskałaby tak duży wpływ, iż doszłoby do polonizacji moskiewskich elit. Na początku XVII wieku język polski w rosyjskich dworach pełnił identyczną funkcję, co w wieku XIX język rosyjski. Polskość była wręcz synonimem atrakcyjnego Zachodu.

W 1611 r. Wasyl Szujski złożył w Warszawie hołd Zygmuntowi III. Skłonił się on nisko całując go w rękę. Widząc to, poseł Turcji pochwalił Zygmunta za zniewolenie „wszechpotężnego cara Rosji”. Wtedy Wasyl miał spojrzeć na tego posła i rzec: „Nie dziw się, że ja, były władca, siedzę tutaj. To sprawa zmienności szczęścia. Jeśli polski król opanuje moją Rosję, zostanie on tak potężnym monarchą na świecie, że będzie mógł posadzić twojego władcę na tym miejscu, na którym ja siedzę”. Wasyl Szujski miał rację.

Szkoda, że tak się to wszystko ułożyło, bowiem gdyby sprawy potoczyły się w najlepszym z punktu widzenia budowy imperium kierunku i wygrałaby opcja Zygmunta III Wazy, to Polska nie tylko podbiłaby całą Rosję, ale także Persję (Iran), Turcję i nie wiadomo, kogo jeszcze. Nie trzeba chyba dodawać jak radykalnie inna byłaby wtedy historia świata.

Kolejną wielką, dziejową szansę mieliśmy podczas wojny polsko-bolszewickiej. I to dwukrotnie. Zdaniem niektórych historyków mogliśmy zdobyć Moskwę, gdyby Piłsudski zawarł przymierze z carskimi rosyjskimi generałami: Antonem Denikinem i Piotrem Wranglem, zamiast prowadzić tajne rozmowy z Włodzimierzem Leninem. Piłsudski uważał, że Rosja Lenina będzie mniej groźna dla Polski niż Rosja bez Lenina. We wrześniu 1919 roku armia bolszewicka była tak bardzo otoczona, że jej przywódca w stanie ciężkiej depresji był pewien, że przegrał swoją rewolucję.

Obalenie reżimu Lenina i wyrwanie bolszewikom całej Europy Wschodniej w 1920 roku, otworzyłoby przed Polską zawrotną perspektywę stworzenia potężnej federacji lub unii, obejmującej Estonię, Łotwę, Litwę, Białoruś i Ukrainę. Nasz kraj byłby liderem tego bloku. W 1920 roku mogliśmy stać się potęgą. Piłsudski zamiast wykorzystać fakt całkowitego oblężenia Armii Czerwonej i dobić ją ze swoimi wojskami, a potem dogadać się z byłą carską generalicją, zatrzymał napór. Przystał na prośbę Lenina, którą przekazał wysłannikom Piłsudskiego Julian Marchlewski. Dzięki temu wojska Lenina nie musiały angażować się w odpieranie polskich ataków i przerzucając siły na inne fronty pobiły wojska cara, uratowały Moskwę i swój reżim.



Piłsudski w ogóle nie dopuszczał myśli, że mógłby się sprzymierzyć z byłymi carskimi generałami, którzy dowodzili armiami „białych”. Tak bardzo nienawidził Rosji, iż nie chciał by kiedykolwiek odbudowała swoje wpływy. Uważał, że bolszewicy są mu bliżsi, bo sami kiedyś walczyli tak jak on z caratem. Sądził, iż Rosja rządzona przez bolszewików prędzej czy później pogrąży się w chaosie, dzięki czemu nie będzie w stanie zaatakować. Carat był zagrożeniem dla polskiej niepodległości, ale bolszewicy stanowili zagrożenie dla duszy narodu polskiego. Dysponowali bowiem aparatem totalnego, ludobójczego terroru, posiadali łagry, doprowadzali do masowych deportacji i egzekucji. Piłsudski nie zrozumiał natury bolszewizmu, który poprzez swoją ekspansywność był wrogiem całej ludzkości. Dlatego trzeba było zapomnieć o dawnych konfliktach i zjednoczyć się we wspólnej walce przeciwko rewolucjonistom.

W 1920 roku, po sukcesie w Bitwie Warszawskiej i niemeńskiej, znów mieliśmy szansę na ostateczne pokonanie bolszewickiej Rosji. Nieoczekiwanie zawarto w Rydze polsko-sowieckie zawieszenie broni. Zrobiono to zupełnie niepotrzebnie, bo bolszewicy znów leżeli na deskach i ponownie można ich było dobić. Wspomniany już Piotr Wrangel wyciągał rękę do Polski, proponował sojusz przeciwko Armii Czerwonej. Piłsudski tę propozycję odrzucił, tak jak odrzucił prośby o pomoc Denikina.

Armia Czerwona wybiła rosyjską szlachtę, burżuazję i oficerów, rozbudziła wśród chłopów głód ziemi, a ci rozjuszeni, zdemolowali całe państwo. Konsekwencją ocalenia bolszewizmu w 1920 roku była agresja 17 września 1939 roku, zbrodnia katyńska, obława augustowska, deportacje setek tysięcy Polaków na Wschód, utrata Wilna i Lwowa, a także PRL, ubecja, Bierut i Jaruzelski. Tego wszystkiego mogłoby nie być, gdyby Józef Piłsudski podjął w 1920 roku inną decyzję. Tymczasem nic gorszego niż rozbiór Polski między Hitlera i Stalina nie mogło nas spotkać. Zaprzepaściliśmy szansę na stworzenie imperium, które mogło rozciągać się od Zatoki Fińskiej do Morza Kaspijskiego.

Poniższy plakat przedstawiający 15-letni plan rozbudowy Polski Eugeniusza Kwiatkowskiego, pokazuje, jak wiele straciliśmy przez II wojnę światową, której mogłoby nie być, gdyby Piłsudski zatrzymał Lenina.

Obrazek

Polska nie uczestniczyła w planie Marshalla, bo Stalin nam zabronił. Ale Niemcy, którzy wojnę wywołali bardzo mocno skorzystali z pomocy finansowej w ramach tego planu.

Z powodu niekonsekwencji Polaków, słabej pozycji króla polskiego wobec szlachty, która ze względu na przywileje stopniowo skłaniała się ku anarchii oraz słabości polskiej dyplomacji, nie zostały wykorzystane politycznie bitwy: pod Grunwaldem w 1410 roku i pod Wiedniem w 1683 roku. Przeszkodą był także ogólny charakter Polaków, którzy choć są w stanie jednoczyć się w trudnych chwilach, to są niechętni do systematycznej pracy u podstaw i do rządzącej nimi władzy.

Implikacją II wojny światowej było zniszczenie naszego kraju, wymordowanie ludności i regres cywilizacyjny. Problemem, który w tym miejscu trzeba rozważyć jest więc kwestia odszkodowań za tę wojnę. Oczywiste jest to, że ich wywalczenie w jakiejkolwiek postaci będzie niezwykle trudne, ale w związku z tym, iż jest to tekst o niewykorzystanych szansach, warto zwrócić uwagę na to, jak wielkie mogłyby być reparacje, gdyby jakimś cudem udało się je wywalczyć.

Trzeba zacząć od tego, iż wbrew temu co twierdzą władze Niemiec w bazach ONZ nie ma kopii zrzeczenia się odszkodowań przez Polskę. Zatem mamy prawo dochodzić roszczeń drogą dyplomatyczną lub przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. Takie roszczenia nie przedawniają się.

Günter Grass, niemiecki pisarz, laureat Nagrody Nobla, ostrzegał: „Gdyby Polacy wystawili nam rachunek za zniszczone miasta, zrujnowane fabryki, zrabowane dzieła sztuki czy zapóźnienie cywilizacyjne będące konsekwencją wojny, bylibyśmy dłużnikami w nieskończoność”.

Po naszej akcesji do UE spotykamy roszczenia niemieckie do naszych ziem zachodnich (Niemcy obliczają swoje roszczenia na kwotę 233 mld euro!), napotykamy również podobne roszczenia gmin żydowskich na kwotę 300 mld dolarów, co daje około 2 bilionów złotych. Wyegzekwowanie tych roszczeń może umożliwić zapis w Traktacie Akcesyjnym o nadrzędności prawa UE nad prawem polskim, a potwierdzić jakaś konstytucja UE, którą popiera część zdradzieckich elit rządzących Polską od 1944 r. (w większości żydowskiego pochodzenia i od 1944 r. bez mandatu Narodu).

Jakie kwoty padają w kontekście reparacji wojennych dla Polski?

Stowarzyszenie Ofiar Wojny i Związek Weteranów Wojennych wyceniły materialne i niematerialne straty Polaków z powodu II wojny światowej na 15 bilionów 358 miliardów dolarów, czyli około 58 bilionów złotych.

Grzegorz Kostrzewa-Zorbas twierdzi, że jest to ponad 6 bilionów dolarów, czyli ponad 25 bilionów złotych. Przyjął on założenie że za każdego z zabitych Polaków należałoby się odszkodowanie o wartości 1 miliona dolarów. Zginęło 5,6 mln obywateli, wychodzi więc 5,6 biliona dolarów. I to bez uwzględnienia odsetek.

Co można zrobić mając do dyspozycji 25 bilionów złotych?

Za taką sumę można na przykład wybudować 833 centralne porty lotnicze (skoro według szacunków jeden ma kosztować 30 mld zł). Taki port mógłby więc stać w każdym powiecie i mieście na prawach powiatu. Można by też wybudować 12,5 tys. Stadionów Narodowych. Oznaczałoby to, iż w każdej gminie można by wybudować nawet pięć takich boisk. Za takie pieniądze można by także zbudować 600 tys. kilometrów autostrad. Dla porównania siatka dróg publicznych liczy 420 tys. kilometrów. Droga o jakości autostrady mogłaby być więc doprowadzona do każdego domu. Gdyby 25 bilionów złotych przekazano do polskiego budżetu, to wystarczyłoby ich na 80 lat. Można by na 80 lat w całości zrezygnować z podatków.

Sugerując się wyliczeniami Stowarzyszenia Ofiar Wojny i Związku Weteranów Wojennych, mielibyśmy do rozdysponowania 58 bilionów złotych. Starczyłoby to na prawie 1933 centralne porty lotnicze, 29 000 Stadionów Narodowych, 1 392 000 kilometrów autostrad. Gdyby z kolei 58 bilionów złotych przekazano do polskiego budżetu, to wystarczyłoby ich na ponad 185 lat. Na tyle lat można by więc w całości zrezygnować z podatków.

Powyższe sytuacje byłyby możliwe, gdyby Niemcy zapłacili od razu całą sumę, co oczywiście jest niewykonalne. Gdyby zgodzili się na to, by co roku wypłacać Polsce 1 proc. swojego budżetu w ramach reparacji, to do 25 bilionów złotych dobilibyśmy dopiero za dwa tysiące lat.

Przeliczanie wartości ludzkiego życia na pieniądze i zysk gospodarki też nie jest oczywiste i jednowymiarowe. Kostrzewa-Zorbas przyjął założenie, iż jedna zabita w czasie wojny osoba to milion dolarów strat dla gospodarki. Jeśli jednak weźmie się pod uwagę inne wyliczenia, na przykład Environmental Protection Agency lub magazynu „Wired”, to okaże się, że wartość jednego ludzkiego życia w pierwszym przypadku wynosi 10 milionów dolarów, a w drugim ponad 45,6 miliona dolarów. Zatem za 5,6 miliona zabitych należy się Polsce kolejno 56 bilionów dolarów lub ponad 255 bilionów dolarów. I to bez uwzględniania odsetek.

A gdyby tak przynajmniej część kwoty przysługującej Polsce z tytułu reparacji przeznaczyć na stworzenie funduszu inwestującego w nowe technologie lub dbającego o przyszłe emerytury obywateli? Dzięki takiemu funduszowi Polska mogłaby czerpać zyski oraz stworzyć zaplecze technologiczne dla polskich firm, które mogłyby łatwiej i szybciej nawiązywać współpracę z międzynarodowymi korporacjami, w które zainwestowalibyśmy pieniądze. Jeśli obecny książę koronny Arabii Saudyjskiej Muhammad ibn Salman, planujący stworzyć fundusz państwowy o wartości blisko 2 bilionów dolarów twierdzi, że stanie się on „napędem dla całego świata” oraz, że nie będzie inwestycji w żadnym regionie planety bez udziału tegoż funduszu, to co moglibyśmy powiedzieć my – Polacy, gdybyśmy dysponowali funduszem wielkości równoważnej kwocie reparacji wojennych lub jej pokaźnej części?

Pamiętajmy, że domagając się reparacji od Niemiec, o to samo powinniśmy wystąpić do Rosji. Co więcej, rachunek wobec Rosji byłby dużo wyższy niż w stosunku do Niemiec.

Niezwykle interesującą i ważną kwestią są też niespłacone długi Żydów wobec Polski.

Sprawę tych długów opisał słynny historyk i historiozof - profesor Feliks Koneczny - w książce „Cywilizacja żydowska”. Według Konecznego dla żydowskich kahałów było „złotym interesem, żeby zapożyczać jak najwięcej u zamożniejszych Polaków; zadłużano się tak, aż strunka nareszcie pękła [...]”. W roku 1764 długi organizacji żydowskich wyniosły bajeczną na owe czasy sumę 2,5 miliona ówczesnych złotych, z czego około półtora miliona przypadło na pretensje duchowieństwa (przeważnie Jezuitów, Dominikanów i Franciszkanów), a około 900 tys. złotych polskich na pretensje magnaterii. Takiej sumy doliczono się w 1764 roku. Trzeba jednak pamiętać o ogromnej ilości niezarejestrowanych pożyczek, których udzielała Żydom szlachta wiejska. Według Konecznego suma tych pożyczek, to około miliona ówczesnych złotych. Te pieniądze ostatecznie nigdy nie zostały spłacone.

Obiegowe złote polskie były równoważne polskim złotym czerwonym w proporcji w zależności od okresu od 4 do 6 złotych obiegowych za jeden polski czerwony. Każdy polski złoty czerwony zawierał 3,5 grama złota. Jeśli przyjmiemy średnią wartość jednego złotego czerwonego jako pięć złotych obiegowych, to:

2 500 000 złotych obiegowych jest równoważne 500 000 polskich złotych czerwonych

Zawartość złota w 500 000 polskich złotych czerwonych wynosi:

500 000 zł pc x 3,5g/(złpc) = 1 750 000 [g]

Jedna uncja zawiera 31,1 [g]

Liczba uncji: 1 750 000 [g] /(31,1g/unc)= 56 270 uncji

Przy założeniu, że cena złota wynosi 1320 dolarów za uncję, odpowiada to sumie 74 276 527 dolarów. Pieniądze te pracowały dla Żydów przez 254 lata (2018-1764). Roku 2019 na razie nie wliczamy.

Wykorzystując te pieniądze Żydzi udzielali biednej szlachcie kredytów na wysokie odsetki. Przyniosło im to fortuny. Żydzi świetnie rozumieją, że pieniędzy nie pożycza się za darmo. Bez skrupułów obarczali odsetkami w wysokości 30-40%, czasem nawet 80%.

Jeśli obciążmy wielkość żydowskiego długu odsetkami wynoszącymi tylko 5%, to otrzymamy:

74 276 527 x (1,05)exp254 = 1,79x10exp13= 17,9x10exp12 = 17,9 biliona dolarów.

Przy odjęciu od tej sumy roszczeń żydowskich w sprawie mienia bezspadkowego, które szacowane są na 300 miliardów dolarów, to Żydzi mają do spłacenia Polsce i Polakom 17,6 biliona dolarów. Oczywiście przy odsetkach wyższych niż 5% będzie to kwota znacznie większa. Do tego trzeba by także wliczyć pożyczki niezarejestrowane udzielane przez szlachtę wiejską. Ich suma to około miliona ówczesnych złotych. Zatem ten rachunek opiewałby na co najmniej 20 bilionów dolarów.

Poniżej pismo skierowane do ambasady Izraela w sprawie spłaty długów żydowskich wobec Polski:

Obrazek

Kolejnym aspektem w kwestii niewykorzystanych szans naszego kraju są jego zasoby naturalne.

Profesor Ryszard Kozłowski twierdzi, że zasoby przyrodnicze Polski są tak olbrzymie, że prawdopodobnie jesteśmy najbogatszym krajem na świecie. Jego ekspertyzy jak stwierdził w czasie jednej z konferencji naukowo-technicznych, są ignorowane przez ministerstwa. Inaczej rzecz ujmując, ludzie z obawy o swoje posady (i o zachwianie układów polityczno-ekonomicznych) nie dopuszczają do upowszechnienia tych informacji.

Nasze zasoby znajdujące się na głębokości 7 kilometrów i 5 kilometrów, o których dokładnie wiadomo gdzie są, to… 4000 miliardów (4 biliony) baryłek ropy naftowej! Biorąc pod uwagę średnią cenę baryłki ropy na poziomie 60 dolarów, to wartość tych złóż wynosi 240 bilionów dolarów. Dla porównania Arabia Saudyjska ma ponad 200 miliardów baryłek. Mamy więc 20 razy więcej ropy niż Arabia Saudyjska.

Dlaczego tak epokowa informacja nie istnieje w polskich mediach, w debacie publicznej, w polemice polityków? Komu zależy na tym, byśmy nigdy o tym nic się nie dowiedzieli?

Państwa OPEC, Rosja i USA chcą kontrolować podaż ropy i jej cenę. Rząd nie rozpocznie wydobycia na które potrzebne jest finansowanie z zewnątrz, a to dlatego, że sam sobie odebrał prawo do emisji własnego pieniądza, bez oglądania się na kredyty zagranicznych banków. Ustalanie deficytów budżetowych to gwarant władzy finansjery nad zasobami naszego kraju. Gdybyśmy wypuścili na rynek swoje zasoby ropy, to zniszczylibyśmy mit „petrodolara” i wszystkie jego wpływy. Tylko dlaczego miałby nas obchodzić „petrodolar”? Dlaczego to nie my mielibyśmy być największym mocarstwem energetycznym? W imię czego mamy z tego rezygnować? Trzeba się liczyć z tym, że Polska może stać się obszarem wojny z powodu swoich bogactw. Co gorsza, to wcale nie musi być inwazja amerykańska czy rosyjska. USA czy Rosja dysponują nie tylko bronią konwencjonalną, chemiczną, biologiczną i atomową, ale także, a może przede wszystkim bronią geofizyczną czy psychotroniczną, taką jak HAARP. Mogą więc wywołać w Polsce różne kataklizmy pogodowe, mogą kontrolować umysły, poziom agresji, ogłupienia i zobojętnienia.

Żeby móc wykorzystać te zasoby potrzeba:

- polityków, którzy są idealistami i patriotami
- upadku międzynarodowej finansjery

- konieczności wdrożenia nowej ekonomii, za pomocą której moglibyśmy inwestować
w rozwój branż z emisji suwerennego polskiego pieniądza i z prywatnych funduszy.

Zwróćmy uwagę z jaką podłością „elit” mamy do czynienia. Pojmijmy wreszcie ich antypolski charakter, świadomą eksterminację narodu zmuszanego do emigracji za chlebem lub biedy i braku perspektyw. Ile spraw przed Nami zatajono?! Zaprzedanie i głupota tych „elit” zablokowała rozwój Polski i dobrobyt całego społeczeństwa!

Jednak to wcale nie wszystko.

Polska wskutek uchodzącego za unikalny zbiegu czterech płyt tektonicznych, leży na terenach idealnych do produkcji najtańszej i najczystszej energii elektrycznej. Może ona powstawać z wyprowadzenia na powierzchnię gorących wód termalnych oraz z rozgrzania wody o gorące skały do pary wodnej (geotermia), która wystarczałaby do napędzania turbin elektrycznych. Szacunkowa wartość w możliwości produkcji taniej energii elektrycznej i praktycznie darmowej energii cieplnej, w przeliczeniu na tony paliwa umownego, to co najmniej 70 razy więcej niż wartość energii z zasobów ropy i gazu pod dnem Morza Północnego. Prof. Feliks Sokołowski, który badał ten potencjał, miał zakaz jakichkolwiek publikacji na ten temat! Uważa się, że Polska poprzez wykorzystanie geotermii mogłaby szybko zwiększyć produkcję energii elektrycznej minimum 15 razy. Pełne możliwości energetyczne naszego kraju to zwiększenie produkcji energii aż 150 razy! Dzięki temu możemy być naturalną potęgą energetyczną fundującą niezależność energetyczną sobie oraz wszystkim ościennym krajom!

Nie do przecenienia jest też wartość polimetali w Przesmyku Suwalskim, których wykorzystanie wiązałoby się z ogromnym przyrostem dochodów budżetu państwa. Dochody mogłyby być tak duże, że Polsce po prostu zabrakłoby pomysłów na co wydać te pieniądze. Dzięki temu udałoby się wykreować bardzo silny blok polityczny, skupiony wokół naszego kraju. Taki sam, a może i silniejszy niż ten, który miał szansę stworzyć Piłsudski. Gdyby Polska uruchomiła swoje zasoby polimetaliczne mogłaby zlikwidować tytanowy szantaż Rosji (która oprócz Polski dysponuje wielkimi złożami tego metalu) wobec Zachodu i stać się dla niej bardzo poważną konkurencją.

Polska dysponuje ponadto złożami helu-4 i niezwykle rzadkiego helu-3. Znajdują się one w Przesmyku Suwalskim oraz w Sudeckim Uskoku Brzeżnym. O tej pierwszej lokalizacji wspomina ekspert górniczy Jerzy Zubkiewicz, od wielu lat walczący o reaktywację zarzuconego gierkowskiego projektu eksploatacji suwalskich surowców polimetalicznych. Drugą lokalizację wskazał geolog z Polskiej Akademii Nauk - Michał Banaś. Dlaczego hel-3 jest tak istotny? Tworzy się niego czujniki neutronów, stosowane na bramkach lotnisk, portów, przejść granicznych i innych miejsc wymagających wyższego stopnia bezpieczeństwa. Hel-3 jest wykorzystywany w przemyśle naftowym i gazowym. Za jego pomocą można ocenić wielkości złóż ropy czy gazu. Ponadto wykorzystuje się go przy osiąganiu bardzo niskich temperatur. Jest to surowiec cenny dla bezpieczeństwa, badań naukowych oraz medycyny.

Dwukrotnie podejmowano w Polsce konkretne próby eksploatacji tytanu. W 1977 roku Edward Gierek uruchomił jedyną w Europie wytwórnię helu, do dziś będącą unikatem w skali świata. Następnie próbowano uruchomić suwalskie złoża tytanu i wanadu. I tu znów pojawia się brak zdolności do emisji suwerennego pieniądza. Wydobycie surowców miały umożliwić kredyty od banków RFN. Wanad miał być sprzedawany do Niemiec. Rząd Gierka został jednak obalony, a inspiracje do tego szły z Rosji. Do dziś agenci rosyjscy dokonują różnych operacji dezinformacyjnych zawiązując współpracę z organizacjami ekologicznymi, które w rzekomej trosce o przyrodę sabotują Polsce dostęp do jej własnych bogactw. Drugą próbę eksploatacji tytanu podjął w lutym 2011 roku Jan Łuczak. Przeciwko jego projektom nie dało się uruchomić „zielonych ludzików”, gdyż należące do niego złoża pilawskie ani mongolskie nie były objęte żadnymi parkami, których można by bronić „w trosce” o Naturę. Kilka miesięcy później Łuczak zmarł w niejasnych okolicznościach, a jego firmy zostały zlikwidowane w cieniu licznych skandali, chodzi m.in. o bankructwo Kieleckich Kopalń Surowców Mineralnych.

Trzeba to raz jeszcze jasno powiedzieć: ponad naszymi głowami rozgrywa się spór różnych potęg. Polska posiada nieeksploatowane bogactwa naturalne, które mogłyby uczynić z niej drugą Norwegię. Nasze szanse są blokowane głównie z przyczyn politycznych, nie ekonomicznych! Musimy zdać sobie sprawę, iż przemyślane odblokowanie polskich bogactw to nie tylko kwestia rozwoju gospodarczego, ale wyjątkowego skoku cywilizacyjnego! Należy zrobić wszystko, aby tego potencjału nie zaprzepaścić. Nie można dopuścić do korupcyjnej wyprzedaży tych dóbr zagranicznym koncernom. Nie powtarzajmy błędów polskiej prywatyzacji po 1989 roku! Zyski ze sprzedaży surowców mają pozostać w kraju i służyć mu! Według prof. Ryszarda Kozłowskiego mamy odpowiednią technologię, która zmaksymalizuje wydobycie i zminimalizuje szkody ekologiczne. Dlaczego na przykład KGHM miałoby nie wejść w polski tytan, dzięki któremu moglibyśmy budować samoloty nowej generacji, rozwijać przemył lotniczy, morski, kosmiczny i zbrojeniowy?

Podziemne bogactwa są po to, by służyć cywilizacji ludzkiej i powinny zostać wydobyte i zakumulowane w wytworach kulturowych! Nieingerencja w przyrodę to bardziej zabobon niż fakt. Wielkie wyrobiska pokopalniane można zamienić w jeziora, stawy i lasy i tym samym zwiększyć polski potencjał retencyjny. Z tych wyrobisk można uczynić także atrakcję turystyczno-rekreacyjną.

Wydobywanie metali na newralgicznych terenach przyrodniczych, może się odbywać za pomocą biotechnologii, a konkretniej za pomocą instalacji działających na zasadzie biologicznej oczyszczalni ścieków. Bakterie „pożerałyby” metale, a następnie pod wpływem elektrolizy, to z bakterii odzyskiwalibyśmy czysty metal. Można to robić przy wykorzystaniu plazmotronu. W tym wypadku zamiast potężnej wiertni można by instalować palnik plazmowy wielkości długopisu, który wytwarzając temperaturę 8000 stopni kruszyłby i ciął skały. Powinno się także wykorzystać roboty, które mogłyby transportować urobek i dokonywać wstępnej przeróbki na złożu.

Stała baza wojsk amerykańskich o jaką zabiega obecny rząd PiS, tzw. „Fort Trump”, może dać zabezpieczenie przed zakusami Rosji dotyczącymi Przesmyku Suwalskiego z jego złożami tytanu, ale stwarza także problem w postaci ceny za ochronę tych złóż przez USA. Wątpliwe czy Amerykanie zadowolą się jedynie świadomością zabezpieczenia strategicznych zasobów w kraju należącym do NATO. Polskie zasoby muszą za wszelką cenę pozostać w naszej dyspozycji!

Zamiast opierać prawie wszystkie dochody państwa na podatkach, zadbajmy o wzbogacenie narodowego budżetu o zyski ze sprzedaży surowców naturalnych!

Proszę sobie wyobrazić frekwencję wyborczą, gdyby wreszcie jakiś odważny człowiek powiedział głośno o co toczy się gra! Być może nawet najbardziej zaciekli zwolennicy absencji wyborczej znaleźliby motywację do zawalczenia o swoją przyszłość. Niech tylko zjawi się jeden kandydat, który po prostu powie prawdę o tym, jak jesteśmy oszukiwani i eksterminowani! I jak wielu jest chętnych na nasze olbrzymie bogactwa.

Stracone szanse to także nieodpowiednio wykorzystany potencjał wybitnych Polaków. Wśród strategicznych gałęzi gospodarki można wyróżnić kilka przykładów projektów których nie zdołano właściwie rozwinąć. Gdyby się to udało, pozycja Polski byłaby dziś zdecydowanie lepsza.

Sylwester Kaliski, generał i profesor, był jednym z najwybitniejszych polskich naukowców. Potrzebował zaledwie 6 lat, aby dołączyć Polskę do grupy państw prowadzących badania nad kontrolowaną fuzją termojądrową. Pod koniec lat 70. program jądrowy PRL był na takim etapie zaawansowania, że skonstruowanie przez Polskę własnej bomby wodorowej wydawało się być jedynie kwestią czasu. Prace nad nią zostały przerwane po śmierci Kaliskiego, który zmarł w wyniku obrażeń po niewyjaśnionym do dziś wypadku samochodowym. Kaliski oprócz tego, że był wybitnym teoretykiem w wielu dziedzinach, był również charyzmatycznym praktykiem. Dążył do odkrycia tańszego sposobu na przeprowadzenie syntezy termojądrowej. Proponował oryginalną metodę, w której gaz miał być podgrzewany do bardzo wysokiej temperatury przy wykorzystaniu silnych wyładowań elektrycznych. Potem zgodnie z zamysłem byłby „ostrzeliwany” promieniami lasera, co umożliwiało zmniejszenie jego mocy. Powstała koncepcja, aby zamiast wyładowań elektrycznych wykorzystywać do podgrzania i skoncentrowania plazmy materiały wybuchowe. Początkowo sądzono, iż obniży to moc lasera potrzebnego do zapoczątkowania syntezy termojądrowej nawet o 50 proc. Kaliski uważał, że być może w ogóle nie będzie potrzeby wykorzystywania lasera. Doszedł nawet do wniosku, że może wywołać syntezę termojądrową wyłącznie za pomocą klasycznej eksplozji. To oznaczało, że cały proces będzie kosztował 1000 razy mniej niż z użyciem lasera. (Amerykanie twierdzili, iż próbowali tej metody, ale była zbyt skomplikowana technicznie). I tak w 1977 r. Polska stała się pierwszym krajem, który przeprowadził fuzję termojądrową za pomocą nieatomowego wybuchu. Dzięki temu przynajmniej teoretycznie można było zbudować bombę wodorową, nie mając wcześniej bomby atomowej, która do tej pory pełniła rolę zapalnika. Taka bomba byłaby również o wiele tańsza i mniej szkodliwa dla środowiska. W wyniku eksplozji nie powstawałby radioaktywny uranowy lub plutonowy opad. Ponadto, dzięki metodzie Kaliskiego nie było potrzebne posiadanie tych pierwiastków, jak też technologii ich wzbogacania. Niezbędne do fuzji termojądrowej deuter i tryt są stosunkowo łatwe do uzyskania (deuter to m.in. składnik wody morskiej). Taka bomba przypominałaby złączone podstawami stożki wypełnione silnym materiałem wybuchowym. W ich środku znajdowałby się niewielki pojemnik z deuterem lub trytem.

Gdyby Polska miała prawo do emisji własnego pieniądza i nie znajdowała się w sieci wpływów innych mocarstw, mogłaby uruchomić własny program jądrowy. Byłoby nas na to stać. O tym, że śmierć Sylwestra Kaliskiego nie była wyłącznie przypadkiem był przekonany premier Piotr Jaroszewicz (notabene sam zginął w tajemniczych okolicznościach). Być może służby PRL zaoferowały służbom innych państw wykradzenie i sprzedaż technologii, które opracowywał Kaliski? Służby wywiadowcze któregoś z mocarstw mogły przecież wystraszyć się faktu, iż polskie badania zaszły za daleko i zagrażają supremacji USA i ZSRR?

Co tak naprawdę próbował konstruować Kaliski i czego z powodu jego śmierci nie udało się Polsce wykorzystać jako strategicznej przewagi nad resztą państw?

Raz jeszcze należy to zaakcentować: być może dysponowalibyśmy tanią bronią masowego rażenia. Taka bomba wodorowa byłaby uruchamiana za pomocą zwykłego materiału wybuchowego. Mogliśmy mieć też bomby neutronowe, które przy stosunkowo niewielkiej sile eksplozji emitują śmiercionośne promieniowanie, którego skutki byłyby odczuwalne w promieniu kilku kilometrów. Być może chodziło o broń konwencjonalną, ale o wyjątkowo dużej sile rażenia, dzięki użyciu nowych technik kumulacji fali uderzeniowej w układach cylindrycznych. One doskonale nadawały się do zastosowania w pociskach, służących do przebijania grubych stalowych pancerzy czołgów czy stalowo-betonowych umocnień. Mogliśmy dysponować własnym systemem obrony przeciwrakietowej, który wykorzystywałby zarówno lasery, jak i antyrakiety wyposażone w ładunki kumulacyjne.


I wreszcie opracowywana przez Kaliskiego synteza termojądrowa, oznaczałaby energię za darmo.

Jacek Karpiński był w gronie sześciu laureatów ogólnoświatowego konkursu młodych talentów techniki UNESCO. W nagrodę wyjechał do USA, gdzie studiował m. in. na Harvardzie i w Massachusetts Institute of Technology. Na początku lat 70. stworzył najlepszy minikomputer na świecie. Ustrój, w którym znajdowała się wówczas Polska uniemożliwił mu zbudowanie rodzimej „Doliny Krzemowej” i wyprzedzić sukcesów takich firma jak IBM, Apple czy Microsoft. Pracę proponowali Karpińskiemu wszyscy: od wspomnianego już IBM, po uniwersytet w Berkeley. Zaproponowano mu również możliwość stworzenia własnego instytutu w San Francisco. Nie przyjął tych propozycji, gdyż jak sam twierdził chciał pracować dla Polski. Uważał, że ucieczka z kraju byłaby nieuczciwa. Został w nim także z powodów rodzinnych.

Jego największym osiągnięciem był minikomputer K-202. Wraz ze współpracownikami zaprojektował pierwszą w kraju tego typu maszynę na układach scalonych małej i średniej skali integracji. Kosztowała ona około 5 tys. dolarów, była więc bardzo tania jak na swoje możliwości. Jej jednostka centralna o 16-bitowym procesorze miała wielkość walizki i mogła wykonywać milion operacji na sekundę - więcej niż komputery osobiste wytwarzane dekadę później! Komputer ważył zaledwie 35 kilogramów, a pobór mocy sięgał 700 watów. Jego pamięć można było teoretycznie rozszerzyć do 8 megabajtów, choć byłoby to bardzo kosztowne (to były czasy, gdy najlepsze komputery obsługiwały zaledwie 64 kilobajty). Jeśli nabywca potrzebował większej mocy, mógłby dołożyć kolejny moduł procesora. Konfiguracja z więcej niż czterema procesorami nie byłaby jednak według Karpińskiego efektywna.

Radzieccy decydenci nie wierzyli w to, że Polak mógł skonstruować tak rewolucyjną maszynę. Jeden z nich miał nawet powiedzieć: „gdyby dało się stworzyć komputer wielkości walizki… już dawno zrobiliby to Amerykanie”. Dodatkowo, K-202 nie był kompatybilny z rozwijanym przez ZSRR systemem RIAD. Spory, konflikty interesów, zazdrość, egoizm oraz kłopoty z przejściem od montażu prototypów do produkcji seryjnej i płatnościami dewizowymi, spowodowały, iż produkcję komputera trzeba było przerwać. Administracyjna i technologiczna niewydolność gospodarki zaprzepaściła realną możliwość skutecznego konkurowania z amerykańskimi gigantami informatycznymi. Jacek Karpiński, który mógł stać się bogaty co najmniej tak samo, jak Bill Gates, osiadł na wsi pod Olsztynem, gdzie zaczął hodować drób i świnie. Dorabiał projektowaniem witryn internetowych. Był co prawda doradcą w dziedzinie komputeryzacji Leszka Balcerowicza i Andrzeja Olechowskiego, ale nie ulega wątpliwości, że Polska mogła osiągnąć w tej materii znacznie, znacznie więcej.

Wartym wnikliwszej refleksji przykładem jest też Roman Kluska – człowiek, któremu zaproszenia na spotkania wysyłali Bill Gates i Bill Clinton. Jak sam wspominał, prezydent Intela Andy Grove w czasie swojej pożegnalnej kolacji powiedział o nim, że był jedynym człowiekiem, który miał wizję świata podobną do jego własnej. Firma Kluski – Optimus – miała szansę być globalnym mocarzem na rynku komputerów oraz Internetu. Mogła przynosić krociowe zyski właścicielom i zasilać budżet państwa wysokimi wpływami z podatków. Skala wielkości Optimusa być może odpowiadałaby skali takich korporacji jak ASUS, Acer czy ATI. Marzenia o potędze zniszczyli jednak urzędnicy skarbowi. W sprawie Optimusa i Kluski żaden urzędnik ani prokurator nie został pociągnięty do odpowiedzialności, choć skutki ich błędnych decyzji zaważyły na rozwoju całej polskiej gospodarki.

W tym miejscu trzeba również wspomnieć o niewykorzystanym potencjale niebieskiego lasera, dzięki któremu możliwe stało się magazynowanie ogromnych ilości danych na zwykłych płytach. Dzięki niemu produkuje się dziś laserowe czujniki chemiczne, laserowe systemy dla telekomunikacji, a także czytniki Blu-Ray. Wśród innych straconych szans są zderzak Łągiewki, który miał zrewolucjonizować przemysł motoryzacyjny i zredukować skutki zderzeń nawet o 90 proc; technologia sztucznej fotosyntezy dająca możliwość przerabiania CO2 na metanol, z którego potem wytwarzano paliwo. Komercjalizacja przemysłowej metody wytwarzania grafenu, którego można by używać do budowy superszybkich procesorów, odsalania wody, tworzenia wyświetlaczy nowej generacji i o wiele wytrzymalszych akumulatorów. Grafen to najlepszy materiał z jakiego można zbudować windę na orbitę okołoziemską, gdyż posiada najlepszy stosunek wytrzymałości do masy ze znanych nam materiałów. Może zwiększyć efektywność technologii ogniw słonecznych 50 do 100 razy. Samolotom mógłby odjąć aż 70 proc. ich masy. Grafen pozwala litowo-jonowym bateriom magazynować dziesięciokrotnie więcej energii niż zwykłe ogniwa i ładować się również dziesięć razy szybciej. W ogniwach wodorowych grafen może posłużyć do znacznie efektywniejszego niż dotąd przechowywania ulotnego wodoru. Z tego materiału można by ponadto tworzyć karty kredytowe przechowujące tyle informacji, ile przechowują komputery osobiste. Grafen można by także wykorzystać to powlekania nim pocisków rakietowych, dzięki czemu stałyby się niewidzialne dla systemów antyrakietowych. Ciągle jeszcze nie został wykorzystany potencjał perowskitów. Dzięki ich unikalnym właściwościom: elastyczności, przezroczystości i bardzo niskiej wadze, każdy z nas mógłby mieć przy sobie kilka zintegrowanych z nimi urządzeń i rzeczy. Ekran telefonu pokryty perowskitem mógłby doładowywać baterię. W czasie turystycznych wypraw cały namiot dzięki perowskitom mógłby funkcjonować jako panel fotowoltaiczny produkujący prąd. Takie panele można by zwijać w rulon i chować do plecaka. Moglibyśmy nosić koszulę z wstawkami z perowskitu. Możliwość integracji ogniw perowskitowych z elewacją sprawiłaby, że budynki stałyby się pasywne energetycznie. W przypadku odpowiednio wydajnych systemów magazynowania energii możliwe byłoby to, że w ogóle nie istniałaby konieczność podłączania ich do sieci energetycznej. To oznaczałoby zerowe rachunki za prąd, a nawet poprzez podłączenie do „smart grid”, czyli inteligentnej sieci energetycznej, możliwość sprzedaży nadwyżek wyprodukowanej energii.

To wszystko polskie wynalazki!

Szanse na Polski sukces zostały także zaprzepaszczone przez wydarzenia sprzed transformacji ustrojowej, jak i sam źle przeprowadzony proces budowania gospodarki wolnorynkowej po „Okrągłym Stole”.

Do dziś nie wiadomo, jakie były ustalenia spotkania Wojciecha Jaruzelskiego z Davidem Rockefellerem seniorem, 25 września 1985 roku. Przybywając do niego, Jaruzelski musiał mieć świadomość, że otwiera Polskę na siły, nad którymi nigdy nie będzie w stanie zapanować. Być może właśnie wtedy rozpoczęła się systematyczna aneksja polskiej gospodarki przez kapitał powiązany z aktywami rodziny Rockefellerów i innych banksterów. Ceną, jaką nasz kraj musiał zapłacić była utrata suwerenności w wielu (jeżeli nie we wszystkich) obszarach.

Zamachu stanu na polskie społeczeństwo dokonał także George Soros, który do zrujnowania polskiej gospodarki zatrudnił Jeffreya Sachsa i Davida Liptona.

Udało im się do swojego projektu przekonać PZPR, a następnie Wałęsę, Michnika, Kuronia, Mazowieckiego i Geremka. Wielu ich przestrzegało. Plan Sorosa dla Polski polegał na wywołaniu potężnej hiperinflacji i zrzuceniu odpowiedzialności za nią na poprzedni system. Potem za najlepszą formę ratunku uznano zahamowanie wzrostu wynagrodzeń, zablokowanie zysków firm i ostateczne przejęcie całej polskiej gospodarki. To przez te działania nie mamy zachodnich wynagrodzeń. Można się spodziewać, iż kolejnym celem będzie przejęcie zasobów polskiego węgla i lasów, które już nie tak dawno próbowano sprzedać za 100 mld dolarów.

1 stycznia 1990 roku rozpoczęło się wdrażanie „planu Balcerowicza”. Ceny prawie wszystkich produktów zostały uwolnione spod decyzyjności rządu, który kontrolował tylko ceny gazu, węgla, energii elektrycznej oraz paliwa. Poszybowały one w górę o kilkaset procent. W styczniu 1990 r. produkcja przemysłowa zmalała o ponad 30%. W rezultacie fundusz płac realnych spadł w stosunku do roku 1989 aż o 33,5%, a w 1992 łączny spadek płac realnych w stosunku do 1989 roku wyniósł 47,2%.

Rząd „dusił” popyt nakładając karny podatek na te przedsiębiorstwa państwowe, które podnosiły pracownikom wynagrodzenia powyżej wskaźników, które odgórnie zostały założone przez władzę. Ponadto przedsiębiorstwa niezależnie od wyników finansowych musiały płacić tzw. dywidendę państwową, której wysokość sięgała 30% i była naliczana od wartości brutto majątku trwałego firmy. Ów trwały majątek został wcześniej przeszacowany o 200%. Spadły dochody gospodarstw rolnych, ponieważ rząd Mazowieckiego zrezygnował z gwarantowanych minimalnych cen skupu płodów rolnych. W porównaniu do roku 1989 dochody rolników spadły o blisko 50%. O ponad 14% spadła także wartość świadczeń społecznych, rent i emerytur.

Duszono w Polsce popyt wewnętrzny pod pretekstem walki z hiperinflacją, utrudniano zbyt rodzimej produkcji, uderzono w siłę nabywczą ludności, a należy zdawać sobie sprawę, że nasz rynek wewnętrzny „wchłaniał” 85% wszystkich polskich towarów i usług. Ograniczanie podaży poprzez burzenie równowagi rynkowej, nieustannie wywoływało fale inflacji popytowej. W marcu 1990 roku zawieszono pobieranie cła na około 80% pozycji taryfy celnej. Importerzy kupowali niektóre produkty za granicą po bardzo niskich cenach, aby potem sprzedawać je na naszym rynku z marżą często przekraczającą 1000%. 1 stycznia 1990 roku wprowadzono także zmienną stopę oprocentowania kredytów uzależnioną od wysokości inflacji. Banki samodzielnie w skali miesięcznej ustalały stopę oprocentowania. Obejmowało to również wszystkie wcześniej zaciągnięte kredyty. Przedsiębiorstwa w krótkim czasie zostały zmuszone do zapłaty miesięcznych odsetek od kredytów sprzed lat w wysokości kilkudziesięciu procent. Odsetki od niezapłaconych odsetek poszybowały jeszcze wyżej. W okresie od połowy lipca 1989 roku do grudnia 1990 roku oprocentowanie kredytów wzrosło o 2200%. Uruchomiło to lawinę zadłużeń polskich przedsiębiorstw. Rozpoczęto ich celowe bankrutowanie. Narastało bezrobocie strukturalne

Wprowadzono stały kurs dolara w stosunku do złotego, w relacji 1 dolar, to 9 500 starych złotych. Utrzymywano go prawie 1,5 roku. Wprowadzono też wewnętrzną wymienialność złotówki, co z kolei umożliwiło kradzież finansów Polski. Każdy, kto posiadał konto w obcych walutach mógł je wymienić na złotówki, a następnie ulokować na koncie oprocentowanym dodatnio. Przy hiperinflacji sięgającej w 1990 roku 586%, umożliwiało to niewyobrażalne możliwości spekulacyjnego zarobku.

Przykładowo, wystarczyło ulokować na koncie dewizowym 1 mln dolarów oprocentowanych na 5 do 8% w skali roku, a potem zamienić je na złotówki i ulokować na koncie złotówkowym o zmiennej miesięcznej stopie oprocentowania. W skali roku dawało to kilkaset procent. Po upływie roku czy kilku miesięcy, można było znacznie pomnożone złotówki ponownie zamienić na dolary. W taki sposób z jednego miliona dolarów robiło się, w zależności od sposobu spekulowania, co najmniej trzy do pięciu milionów.

Uchwalono ustawę prywatyzacyjną z 13 lipca 1990 roku. Samorządom pracowniczym w prywatyzowanych i likwidowanych przedsiębiorstwach państwowych oraz polskiemu parlamentowi została odebrana jakakolwiek kontrola i wpływ na losy przekształceń własnościowych. O losach narodowego przemysłu państwowego od tej pory miała decydować wyłącznie administracja rządowa; od ministra przekształceń własnościowych i premiera rządu, po poszczególne ministerstwa i wojewodów (organy założycielskie przedsiębiorstw). Przedsiębiorstwa państwowe miały być prywatyzowane poprzez ich przekształcenie w jednoosobowe spółki Skarbu Państwa lub w drodze ich likwidacji. Tak stworzono kryminogenne i korupcjogenne instytucje, o których losie decydowali bez jakiejkolwiek realnej kontroli, czasem w pojedynkę, urzędnicy Ministerstwa Przekształceń Własnościowych. Przez te posunięcia przez następne 30 lat mamy do czynienia z gigantyczną korupcją we wszystkich procesach prywatyzacyjnych.

Premier Jan Olszewski chciał zatrzymać „dziką” prywatyzację do czasu aż zostaną przygotowane odpowiednie ustawy, pozwalające przeprowadzić ten proces uczciwie i w sposób ekonomicznie racjonalny. Chciał dokonać powszechnego uwłaszczenia obywateli Polski w formie akcjonariatu narodowego, ale Wałęsa, który w pierwszej kolejności chciał dobrych relacji z Rosją, odwołał pod jej naciskiem Olszewskiego i doprowadził do upadku jego rządu. Podczas jednej z jego wizyt w Moskwie opracowano protokół, w którym warunkiem wycofania rosyjskich wojsk z Polski było utworzenie w naszym kraju spółek rosyjskich. Mimo sprzeciwu rządu Olszewskiego parafowano go. Była to oczywista zdrada stanu, a cała sprawa nigdy nie została wyjaśniona. Do dziś nie wiadomo, kto wydał dyspozycję podpisania tego dokumentu.

Wypadkową patologii w budowaniu polskiego „wolnego rynku” są też przywileje pewnych grup zawodowych i wykorzystywanie luk w systemie podatkowym do okradania budżetu państwa. Koszt przywilejów zawodowych do kwietnia 2012 roku wynosił 700 miliardów złotych. Dziś jest to ponad 800 miliardów złotych. Zobowiązania Polski z tytuły rent i emerytur na koniec 2015, to 5 bilionów złotych, czyli 276% polskiego PKB (w skrajnych przypadkach innych państw zobowiązania z tego tytułu przekraczają 1000 proc. PKB). 5 bilionów złotych to część długu ukrytego, który kiedyś będziemy musieli spłacić. To suma wszystkich obietnic państwa z tytułu emerytur i rent, które mają być wypłacone w przyszłości. Na każdego Polaka wypada więc tylko z tego tytułu 129 tysięcy złotych długu. Choć ta kwota i tak jest mniejsza niż przed reformą z 1999 roku, kiedy to nie było związku między tym, ile się wpłaca do systemu i ile czasu będzie się pobierać emeryturę, a tym, jak będzie ona wysoka. Wcześniej system był niemożliwy do utrzymania, bo obiecywał coś, co ze względu na demografię Polski było nierealne. Nie zmienia to faktu, że obecny system nie jest sprawiedliwy faworyzując pewne grupy zawodowe kosztem innych. Planując reformę emerytalną w 1999 roku założono, że wszyscy będziemy w jednym systemie. Mundurowi, prokuratorzy, sędziowie, rolnicy i górnicy też. To rodzi poczucie krzywdy i konflikt wewnątrzspołeczny. I stanowi wyzwanie dla polityków. Jeżeli dadzą milionom ludzi po złotówce, a tysiącom odbiorą po tysiąc złotych, to stracą elektorat wśród tych nielicznych, a większość może ich nie poprzeć, bo nie zauważy korzyści.

Z powodu wadliwej legislacji, tworzenia prawa umożliwiającego unikanie opodatkowania i świadomego tworzenia przepisów utrudniających wykrywanie procederu wyłudzeń straty państwa na VAT, CIT i akcyzie, mogły wynieść do 2008 roku nawet 500 mld zł. Jesteśmy biedniejsi jako zbiorowość, jako nasza ojczyzna o pół biliona złotych. Zostało zlikwidowane dodatkowe zobowiązanie podatkowe, które powodowało, że podatnik VAT, który w deklaracji zaniżył zobowiązanie lub zawyżył zwrot miał zgodnie z tym instrumentem oprócz wyrównania, zapłacić również 30 proc. zaniżonego podatku lub zawyżonego zwrotu. Likwidacja tego instrumentu spowodowała zwiększenie opłacalności unikania opodatkowania. Ryzyko prawne i fiskalne stało się dużo niższe.

Największą słabością polskiego procesu legislacyjnego w podatkach jest to, że nie wiadomo, kto tworzy ten pierwszy projekt, który następnie przechodzi przez ręce ministrów, wiceministrów, potem rządu i Sejmu. Opinia publiczna nie zna pierwszego autora, nie wie, kto napisał ten projekt. A w jego ręku jest gigantyczna władza. Jeżeli chcemy poznać prawo podatkowe, to musimy badać proces legislacyjny nie na etapie parlamentarnym, lecz na etapie projektu. Tu jest najważniejsza rzecz. Ten, kto pisze projekt, ten rządzi prawem, zwłaszcza tak skomplikowanym, jak prawo podatkowe. Tymczasem, jeżeli samych interpretacji prawa dotyczącego podatku VAT w Polsce wydaje się kilkanaście tysięcy rocznie - to takiego prawa w praktyce nie ma. Jeśli w takim systemie nie jest ważny przepis, tylko czyjś pogląd, to obywatel ma uzasadnione prawo czuć się zagrożony.

Należy w tym miejscu przyjrzeć się także bilansowi członkostwa Polski w Unii Europejskiej. Nie wszyscy uważają, że nasz kraj na tym faktycznie zyskał. Wspomniany już prof. Ryszard Kozłowski wspomniał w 2015 roku, że jego koledzy niemieccy powiedzieli mu, że Polska wpłaca do kasy UE 70 miliardów złotych rocznie, tymczasem w ramach dotacji unijnych otrzymuje około 40 miliardów złotych. Czyli rocznie na byciu członkiem Unii tracimy około 30 miliardów złotych.

Inne źródło podaje, że od 2004 do 2014 roku Polska zapłaciła za bycie w UE 770 miliardów złotych, a w formie dotacji otrzymała tylko 385 miliardów złotych. Dopłaciliśmy zatem 385 miliardów zł! Na koszty uczestnictwa składają się: składki i inne przepływy do UE (165 mld zł), koszty regulacji unijnych ponoszonych przez przedsiębiorców (200 mld zł), koszty biurokracji związanej z dotacjami po stronie państwa (100 mld zł), koszty przygotowania wniosków o dotacje, także odrzuconych (75 mld zł), koszty obowiązkowych kredytów branych w związku z dotacjami (70 mld zł) oraz współfinansowanie dotacji (160 mld zł).

Na koniec warto przyjrzeć się trzem najbardziej śmiałym obietnicom wyborczym po 1989 roku. Zestawienie otwiera oczywiście Lech Wałęsa, który w 1990 roku kandydując na urząd prezydenta obiecał 100 milionów złotych każdemu, kto go poprze. Fundusze na ten cel miały pochodzić z prywatyzacji. Mówimy o czasach sprzed denominacji. Dziś ta kwota odpowiadałaby 10 tysiącom złotych. Jednak średnia miesięczna pensja w tamtym okresie wynosiła około miliona złotych, więc Wałęsa obiecał wszystkim 100 średnich miesięcznych pensji. Czy dziś Polacy zagłosowaliby na kogoś, kto obiecałby albo 10 tysięcy złotych, albo równowartość 100 miesięcznych pensji, albo 100 milionów nowych złotych?! Odpowiedź wydaje się oczywista. Atrakcyjnie brzmi też obietnica, iż młodzi ludzie przestaną wyjeżdżać z Polski, bo będą mieli w kraju warunki do życia nie gorsze niż na Wyspach Brytyjskich. I w końcu obietnica wybudowania w ciągu 8 lat 3 milionów mieszkań.

Postawmy w tym miejscu pytanie: czy gdybyśmy wykorzystali wszystkie dziejowe szanse Polski te obietnice nie stałyby się faktem? A może każdy z nas miałby takie warunki życia, jakie posiadali Libijczycy dopóki nie obalono Kaddafiego. Spójrzmy na niektóre:

1. Brak rachunków za prąd; elektryczność była darmowa dla wszystkich obywateli.

2. Brak oprocentowania pożyczek; banki były w pełni państwowe, a zero-procentowe pożyczki były prawnie zagwarantowane dla wszystkich.

3. Posiadanie mieszkania było uważane za prawo człowieka.

4. Wszyscy nowożeńcy otrzymywali równowartość 50 000 dolarów amerykańskich rządowego wsparcia na zakup mieszkania.

5. Edukacja i opieka zdrowotna były bezpłatne.

6. Jeśli Libijczycy chcieli zostać rolnikami – otrzymywali ziemię, budynki gospodarcze, sprzęt, nasiona i żywy inwentarz za darmo.

7. Jeśli Libijczyk nie mógł znaleźć wsparcia edukacyjnego i medycznego, którego potrzebuje – rząd fundował mu wyjazd zagraniczny i stypendium w wysokości 2300 dolarów amerykańskich na miesiąc w celu zaakomodowania się i na wynajęcie samochodu.

8. Gdy Libijczyk kupował samochód, to rząd dopłacał mu połowę ceny auta.

9. Cena benzyny w Libii wynosiła 14 centów amerykańskich za jeden litr.

10. Libia nie miała zagranicznych długów.

11. Jeśli absolwent nie mógł znaleźć zatrudnienia po skończeniu edukacji w wyuczonym zawodzie, to w wypadku, gdy znalazł inną pracę, państwo płaciło mu średnią pensję
w wyuczonej profesji do czasu znalezienia pracy w swoim zawodzie.

12. Każda porcja sprzedanej benzyny była bezpośrednio dotowana na konta bankowe Libijczyków.

13. Becikowe wynosiło 5000 dolarów amerykańskich.

14. Czterdzieści bochenków chleba kosztowało w Libii 15 centów amerykańskich.



Podsumujmy ile Polska straciła, ile mogła zyskać:



Gdyby Zygmunt III Waza postawił na swoim i wykorzystał wszelkie sprzyjające okoliczności w najbardziej optymistycznym scenariuszu Polska zajmowałaby tereny Rosji, Iranu, Turcji i wszystkich państw, które ugięłyby się pod naszą hegemonią.
Gdyby Piłsudski dobił armię Lenina i nie wszedł z nim w żadne układy, to nie byłoby II wojny światowej, Hitlera, Stalina, Mao, komunizmu, Katynia, śmierci milionów ludzi, utraty Wilna i Lwowa, a także PRL, Bieruta, Jaruzelskiego i skandalicznych przemian ustrojowych po 1989 roku. Nie byłoby też kwestii reparacji wojennych. Polska mogła stać na czele potężnej federacji, której członkami byłyby także: Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś i Ukraina. Ta federacja mogła rozciągać się od Zatoki Fińskiej do Morza Kaspijskiego.
W ramach 15-letniego planu rozwoju Polski Eugeniusza Kwiatkowskiego (gdyby II wojna światowa nie wybuchła), w latach 1939-1942 mieliśmy osiągnąć najwyższą doskonałość sił obronnych. W latach 1942-1945 mieliśmy rozbudować na wielką skalę komunikację. W latach 1945-1948 mieliśmy podnieść na najwyższy poziom rolnictwo i oświatę. W latach 1948-1951, mieliśmy rozbudować miasta i spotęgować rozwój przemysłu. W latach 1951-1954, mieliśmy wyrównać stan gospodarczy całej Polski.
Wielkość odszkodowań dla Polski za II wojnę światową i wszystkie jej przyszłe następstwa, wynosi od 6 bilionów do ponad 255 bilionów dolarów (w zależności od przelicznika wartościującego ludzkie życie). Kwoty te nie uwzględniają odsetek. Wliczając odsetki byłyby znacznie wyższe.
Wartość niespłaconych długów Żydów wobec Polski, to co najmniej 20 bilionów dolarów.
Wielkość polskich zasobów ropy naftowej to 4000 miliardów (4 biliony) baryłek. Przy średniej cenie baryłki ropy na poziomie 60 dolarów, wartość tych złóż, to 240 bilionów dolarów.
Szansa posiadania darmowej energii dzięki wykorzystaniu syntezy termojądrowej. Szansa posiadania arsenału tanich w produkcji bomb wodorowych, dzięki którym nikt nie odważyłby się położyć „łapy” na polskich bogactwach. Mogliśmy dysponować własnym systemem obrony przeciwrakietowej.
Komputer Jacka Karpińskiego był lepszy niż komputery osobiste wytwarzane dekadę później w USA. Szansa stworzenia „Doliny Krzemowej” w Polsce.
Globalny rozwój Optimusa mógł przynosić krociowe zyski właścicielom i zasilać budżet państwa wysokimi wpływami z podatków.
Na przywilejach zawodowych, wyłudzeniach podatku VAT, CIT i akcyzy oraz ujemnym bilansie członkostwa w UE, Polski budżet stracił prawie 2 biliony złotych (800 mld przywilejów plus 500 mld wyłudzeń podatkowych plus ponad 400 mld z tytułu kosztów członkostwa w Unii Europejskiej).
Gdyby nie wojny, które zmusiły do emigracji wielu Polaków, być może tacy bogacze jak Mark Zuckerberg, Michael Bloomberg czy Sheldon Adelson żyliby w Polsce (mieli polskie korzenie), prowadzili tu swoje interesy i płacili podatki.
Polska mogłaby być bogatsza o co najmniej 515 bilionów dolarów plus wszystkie korzyści płynące z rozwoju technologii opisanych w artykule.

https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/niew ... l-imperium

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 707 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 44, 45, 46, 47, 48

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /