Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 111 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 3, 4, 5, 6, 7, 8  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Przeczytajmy..... podumajmy. Co dalej?
PostNapisane: 15 kwi 2012, 09:42 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Pojawia się kilka ciekawych kwestii

Kwestia pierwsza.
Przedterminowe wybory.
Rzecz, której jak sądzę Tusk i PO się boją. Natomiast system panujący czyli służby + media mogą dążyć do tego aby Tusk odszedł. Bo Tusk stał się balastem. Jest wprawdzie zwornikiem, który utrzymuje spójność PO, ale stał się równocześnie balastem.
Dla systemu panującego każdy następny dzień Tuska na stanowisku premiera, każde TAKIE wystąpienie w sejmie stwarza potencjalne niebezpieczeństwo przebudzania się kolejnych ludzi. Bo rzeczywistości nie da się zakrzyczeć.
Sytuacja przypomina klincz.
Bo z jednaj strony najchętniej spławiono by chętnie Tuska, z mściwą satysfakcją Schetyny, a z drugie nie bardzo można to zrobić.
Istnieje realne zagrożenie, że Tusk może dostać taką kawę jak poseł Gruszka, a być może nawet lepszą (bardziej skuteczną).

Kwestia druga.
Potencjalny następca Tuska.
Tu zmiana jest możliwa na Schetynę, czyli zmiana premiera bez nowych wyborów. Co jest bardzo pociągające zarówno dla samego Schetyny jak i dla systemu panującego, ale stwarza pewien problem. Otóż Schetyna nie jest aż tak medialny jak Tusk. Ma kłopoty z artykulacją. może Gowin, ale Gowin jak się zdaje jest zbyt słabo zmoczony ażeby był sterowalny. W przypadku rozwiązania siłowego czyli po prostu śmierci Tuska - co wydaje się w chwili obecnej najsensowniejszym rozwiązaniem, kwestia schedy będzie bardzo prosta. Można domniemywać, że w chwili obecnej trwają intensywne prace nad nowym przyszłym premierem.

Kwestia trzecia.
Liczebność elektoratu PO.
Podobno w Polsce jest 500 tysięcy etatów w szeroko rozumianej administracji. Okazuje się jednak, że ludzi uzależnionych od strumyczka pieniędzy kierowanego przez rząd może być nawet dwa razy więcej. Bo poza tymi, którzy są na etatach (te 500 tysięcy), drugie tyle jest zatrudnionych na "umowach śmieciowych", które już takie śmieciowe nie są, gdy uposażenie przekracza pewne wartości. Tych ludzi razem z rodzinami jest od trzech do pięciu milionów.
I trzeba sobie jasno powiedzieć, że ci ludzie nie zagłosują nigdy na PiS, ani na żadną inną partię, która będzie miała na sztandarach kwestię rozliczeń. Bo po pierwsze i ostatnie ci ludzie doskonale sobie zdają sprawę z tego, że najzwyczajniej w świecie okradają swoich współobywateli. Boją się więc potencjalnej odpowiedzialności, a ponadto nigdy by sobie nie poradzili w warunkach wolnej konkurencji - to jest właśnie klientelizm i etatyzm (o który to etatyzm tak chętnie oskarża się Kaczyńskiego). Ci ludzie mogą co najwyżej nie pójść na wybory, ale jeśli media po raz kolejny podniosą wrzask, że grozi nam powrót Kaczyzmu - Macierewizmu, to oni na wybory pójdą. Pójdą i zagłosują na ta partię, która aktualnie będzie wskazana przez system panujący.

Kwestia czwarta.
Liczebność niedowiarków.
Wartość ta wzrasta, kto ciekaw ten niech sięgnie do publikowanych danych statystycznych z zeszłego roku, gdzie liczba osób wierzących w brednie raportu MAK i komisji Millera była blisko dwukrotnie większa niż obecnie. To dlatego zmieniono lekko przekaz medialny. Już nie chamskie zakrzykiwanie w mediach, ale delikatne zwrócenie się w kierunku tej grupy z wyraźną intencją żeby tych ludzi jakoś zagospodarować. Tu słowem kluczem jest RACJONALNOŚĆ.

Obecnie raport MAK w praktyce nie istnieje w przekazie medialnym, czyli ci, którzy tym przekazem zawiadują zdają sobie doskonale sprawę z tego, że tam są powypisywane brednie.
To dlatego też wyciągnięto na zwierzenia Aleksandra Smolara, który mówił o "tłumie", "groźnym tłumie". Fraza o "antysemickim tłumie" jeszcze nie pada, ale wszystko przed nami. Tak ten tłum dla Smolara oraz jego krewnych i znajomych jest groźny, bo najchętniej by ich pogonił od żłoba, na co jak wiadomo nikt nie ma ochoty.

P.S.
Ten wpis jest w pewnym zakresie kontynuacją tego tekstu: poprzedni tekst na ten temat:
http://pulldragontail.blogspot.com/2012 ... zowac.html

http://www.niepoprawni.pl/blog/64/pojaw ... ch-kwestii


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przeczytajmy..... podumajmy. Co dalej?
PostNapisane: 21 kwi 2012, 17:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Poskolonializm na naszym podwórku

Rafał A. Ziemkiewicz zadał w ostatnim „Uważam Rze” pytanie, czy Polska będzie w stanie pokonać postkolonialne pęta i rozpocząć samodzielny byt. Należy zgodzić się z RAZ-em, że od tego zależy nasza przyszłość. A jednak jakoś nie widać analityków i myślicieli, którzy w fachowy i nowatorski sposób pochylają się nad tym zagadnieniem.


Bo jak tu się pochylać? Czy król Bambo III, który sprowadzał białych specjalistów, aby dokonać elektryfikacji swoich pięćdziesięciu wsi myślał kiedykolwiek, że jest małą cząsteczką tego, co nazywa się postkolonializmem? Nawet jeśli kształcił się na Harvardzie, to wątpię czy przyszło mu to do głowy. Nasi myśliciele wolą więc skupiać się na takich zagadnieniach jak postkomunizm, bądź też zaprzeczaniu, że w ogóle coś takiego istnieje. Polskie analizy naszego powszedniego postkolonializmu są tak mało znane (choć jest ich dość dużo[1]), że dowiaduję się o ich istnieniu z tekstów Ewy Thompson, którą pozostaje mi (w typowo postkolonialnym stylu) uznać za autorytet w tej dziedzinie. W tym wypadku trzeba to bez wątpienia zaliczyć in plus, gdyż Thompson patrzy na nas, Polaków, z pewnej perspektywy, a więc unikając uwikłania w nasze postkolonialne realia.

Żeby o naszym rodzimym postkolonializmie rozmawiać (a tym bardziej o perspektywie pokonania go) trzeba być najpierw świadomym własnych ograniczeń. Wypada tu zacytować badaczkę z Rice Univeristy:

„Tym, którzy wątpią, że kolonizacja rzeczywiście miała miejsce w Polsce, proponuję przechadzkę po Alejach Ujazdowskich w Warszawie i obejrzenie wielohektarowego gospodarstwa rolnego, które utrzymuje tam była potęga kolonialna i które różni się porażająco od sąsiadujących z nim ambasad innych krajów. W czerwcu 2006 roku podczas takiej przechadzki zauważyłam, że owo gospodarstwo rolne "wypina się" jak gdyby na ludność kraju, którego jest gościem, i na sąsiadujące z nim ambasady, ustawiając swoje pojemniki na śmieci wzdłuż parkanu Alei Ujazdowskich. Można oczywiście przymykać oczy i udawać, że się tego nie zauważa, ale czy to ma sens? Lepiej spojrzeć prawdzie w oczy i zaakceptować fakt, że było się kolonizowanym, ze wszystkimi tego procesu skutkami. Dopiero wtedy można zabierać się do naprawiania Trzeciej Rzeczypospolitej czy budowania Czwartej. Polska jest krajem postkolonialnym i naprawiając Rzeczpospolitą, musimy porównywać się z Algierią, Indiami czy Irlandią, nie zaś z krajami, które tego typu podporządkowania nigdy nie doświadczyły.”[2]

A u nas jest to raczej niemożliwe. Właściwie przypominam sobie, że w przestrzeni publicznej wspomina o naszym podwórkowym postkolonializmie jedynie sam RAZ. No, może jeszcze jeden głos wołającego na puszczy gdzieś by się tam znalazł, ale oprócz znanego publicysty nikt mi jakoś nie przychodzi do głowy. Nie wyleczymy tej choroby nie będąc jej świadomi. My zamykamy szczelnie oczy postępując wbrew rozsądkowi, za to w wyuczony wcześniej sposób. Sami spychamy się na pozycje zaścianka nie próbując z tym nic zrobić. Bardzo ciekawą diagnozę wystawia nam w tym wypadku E. Thompson:

„Moim zdaniem istnieje jeszcze jedna, i to najbardziej żałosna, przyczyna oporu wobec terminologii postkolonialnej: skolonizowanie polskich umysłów. Tu można przywołać mickiewiczowską metaforę psa, który kąsa rękę, targającą jego łańcuch. W Polsce wyraża się to w odwoływaniu się do „hegemona zastępczego”, czyli do krajów tzw. Zachodu, w dyskusjach o polskich problemach, i w traktowaniu osądów i opinii zachodniego zastępczego hegemona jako najwyższej instancji i decydenta w tych sporach. Innymi słowy, pewna część polskich intelektualistów zaprzecza faktowi skolonizowania Polski, jednocześnie odwołując się do hegemona zastępczego w sprawach dla Polski kluczowych.” [3]

Pomyślmy, kto tu może być przedstawicielem takiej narracji… Nie ma chyba lepszej ilustracji niż niedawna wypowiedź Adama Michnika, który tak płacze, że zły Kaczyński niszczy nasz wizerunek na Zachodzie. W myśl koncepcji Thompson tak na dobrą sprawę najbardziej postkolonialne jest środowisko „reformatorów”, a więc tych, którzy z pozoru chcą nas wyrwać z uwikłań przeszłości w imię nowoczesności. Jak widać nie posuwają się bynajmniej ani o krok naprzód. Przeciwnie środowiska lewicowo-liberalne potrafią jedynie w nieskończoność epatować hasłami „doganiania Zachodu” (tylko po co?) i budować w nas kompleksy. Bo skoro Zachód jest lepszy, to polskość jest gorsza, czyż nie? A skoro tak, to gorszy jestem również ja. A zatem muszę brzydzić się sobą i spełniać standardy narzucane mi przez innych. Niezależnie od tego jak głupie. Ot, myślenie dziecka z traumą dysfunkcyjnej rodziny. Z traumą postkolonializmu.

Odpowiadając na pytanie RAZ-a trzeba chyba jednak zacząć od tego, że kolonializm ma u nas długą genezę. Dotknął nas bowiem w XVIII w., w epoce rozbiorów.[4] Wypadało by więc najpierw stwierdzić, czy jesteśmy w stanie pokonać dorobek tych ponad dwóch wieków? Sądzę, że tak. II RP się to bez wątpienia udało, co powinno skłaniać nas do nadrobienia braków w jej znajomości. W moim przekonaniu bardzo pocieszający jest fakt, że „dorastające” właśnie pokolenie historyków wyraźnie ma na to ochotę.

Nie pokładałbym jednak w moim, młodym pokoleniu wielkich nadziei. Wielokrotnie widziałem jak „starsi” srodze się na nas zawiedli roztaczając wizję Pokolenia ’89, które miało wszystko odmienić. Moja generacja jest generacja sukcesorów postkolonializmu. Wyssaliśmy go z mlekiem matki. Wyczytaliśmy w „Gazecie Wyborczej”. Dostatecznie nas uwiera, abyśmy byli z niego niezadowoleni i w typowo postkolonialny sposób nie czujemy się na siłach, żeby raz na zawsze z nim zerwać. My dajemy się porwać postkolonialnej ideologii pełnej michy. Jak przychodzi chwila próby wszyscy ochoczo korzystamy ze znajomości powielając zastane struktury. I zapewne wpoimy je także własnym dzieciom zakładając im te same kajdany, które sami nosimy.

Kto? Kto zatem? Któż wreszcie odważy się wyrwać Fortunie złoty róg i wprowadzić nas w epokę mlekiem i miodem płynącą? Odwołując się do wizji RAZ-a byłaby to prawica, która mężnie przeciwstawia się postkomunistycznym pasożytom żerującym na zdrowej tkance naszego państwa. Fakt faktem czasem ten czy ów prawicowiec użyje magicznego słowa „postkolonializm”[5] (idę o zakład, że powodem jest, że rozpropagował je RAZ), więc widać świadomość rewolucyjna w narodzie nie ginie. Co jednak potrafi nasza prawica chyba każdy wie. Z resztą nasze środowiska prawicowe nie są bynajmniej wolne od postkolonialnych zaszłości. E. Thompson słusznie zauważa, że resentyment jest typowy dla traumy postkolonializmu. A czasem wydaje mi się, że nasza prawica składa się niemal wyłącznie z resentymentów, z konstruowania obrazu Polski jako Mesjasza Narodów, wypominania win i skupiania się wyłącznie na cierpieniu. Jasne jest, że Polacy niezwykle dużo wycierpieli w czasie minionego stulecia. Dwie wojny, Katyń, ludobójstwo na Kresach, totalitarna inżynieria społeczna, prześladowania polityczne z tej czy z innej strony… Bez wątpienia naszym obowiązkiem jest o tym pamiętać i zachowywać wiedzę o tych, którzy potrafili się temu wszystkiemu przeciwstawić. Politycy, ideolodzy i aktywiści II RP potrafili jednak budować wysiłek społeczny na korzyść państwa w oparciu o pamięć o niepodległościowcach. Mesjanizm jutra w oparciu o mesjanizm wczoraj. My tego jednak nie potrafimy, bo brakuje nam świadomości państwowej. Najlepszym przykładem były hasła, które pojawiały się przy okazji (słusznych!) protestów wokół kolejnej już reformy oświaty. Niby komu przyszło do głowy, żeby w polskim państwie powoływać tajne komplety? Nasza prawica jest dysfunkcyjna. Walczy z demonami, których już nie ma. I przez to daje się powalić prawdziwym potworom.

Właściwie nie dostrzegam niemal żadnej szansy, z jednym tylko wyjątkiem. Jedyną furtką jest ruch posmoleński. Po katastrofie smoleńskiej wiele osób zaczęło się realnie troszczyć o stan państwa dając tym samym podstawy pod państwotwórcze myślenie. Stowarzyszenia, które wówczas powstały mogą być zalążkiem realnej zmiany. Do tego potrzeba jednak wysiłku, a nie medialno-politycznego krzyku. Pozytywistycznej pracy u podstaw prowadzonej przez ludzi o romantycznych ideałach, której jakoś nie dostrzegam. Wikłamy się w tą samą postkolonialną wojnę – „my” contra „oni”, powielając stare mentalne konstrukcje i cofając się z powrotem do XVIII w. Tego, w którym wszystko się zaczęło.

___________________________

[1] http://www.staff.amu.edu.pl/~ewa/Studia ... grafia.pdf
[2] http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzeni ... alizm.html
[3] http://www.owlnet.rice.edu/~ethomp/Poro ... alizmu.pdf
[4] http://www.rpo.gov.pl/pliki/12577798430.pdf
[5] http://dzieje.pl/aktualnosci/kaczynski- ... kolonialna

http://horatius.salon24.pl/410763,posko ... m-podworku




Bardzo sensowne spojrzenie na sprawę. Dodałbym jeszcze - do pakietu krajów postkolonialnych - Rwandę. Bowiem, w naszym kochanym Kraju, mamy do czynienia z tworzeniem polaryzacji opinii - zupełnie jak w Rwandzie.
Tam skończyło się na masowych rzeziach między "plemionami", utworzonymi sztucznie przez Belgów.
U nas Belgów zastępują "media" i "autorytety", które wyznaczają przynależność do takiego, czy innego "plemienia", oraz podsycają wzajemne konflikty.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przeczytajmy..... podumajmy. Co dalej?
PostNapisane: 27 kwi 2012, 10:28 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Eurogeddon szansą dla Polski?

Polska może odnieść sukces niezależnie od tego, ile walut będzie funkcjonowało w Europie. To zależy tylko od nas i od mądrości naszych demokratycznie wybranych rządzących - twierdzi prof. Krzysztof Rybiński w dzisiejszej "Rzeczpospolitej".

Ekonomista rozważa na łamach "Rz" kolejne etapy kryzysu, nazywanego przez siebie Eurogeddonem, przewidując rozpad strefy euro. Jakie miałyby być jego następstwa?

- Według przeprowadzonych symulacji PKB krajów strefy euro obniży się od 15 proc. (Grecja) do 10 proc. (Niemcy). Kraje naszego regionu też ucierpią i łączny spadek PKB może być znaczący, w przypadku niektórych krajów regionu dwucyfrowy. To oczywiście oznacza silny wzrost bezrobocia i ubóstwa również w Polsce - pisze prof. Rybiński.

Jak przewiduje, z uwagi na rozpad strefy euro, dramatycznie wzrosną kursy walut, a handel i inwestycje transgraniczne zostaną znacznie ograniczone. Przewiduje też cały łańcuch następstw: radykalne obniżenie zaufania konsumentów, co ograniczy inwestycje i konsumpcję. Wzrost kosztów obsługi długu w wielu krajach, co wpłynie na ograniczenie wydatków przez sektor publiczny. Doprowadzi do spadku popytu sektora publicznego.


- Im słabsze perspektywy wzrostu danego kraju, tym większe problemy budżetowe i tym większego ograniczenia wydatków będą się domagały rynki finansowe. Słabe kraje strefy euro zaczną tonąć.
Niemcy doświadczą masowego umocnienia nowej marki, co wywoła silny spadek cen towarów importowanych i deflację, ale także poważne kłopoty z konkurencyjnością na skutek wzrostu cen niemieckiego eksportu. Sprawna niemiecka machina eksportowa zacznie zawodzić, co nie będzie zbyt dobre dla Polski, która dostarcza podzespoły. Kraje południa Europy po przyjęciu walut narodowych doświadczą głębokiej dewaluacji, inflacja w krajach PIGS przekroczy 10 proc., a w Grecji być może nawet 20 proc. Oprocentowanie obligacji Niemiec spadnie poniżej 1 proc., bo inwestorzy będą szukali bezpiecznych lokat, za to oprocentowanie obligacji krajów PIGS radykalnie wzrośnie (cena znacznie spadnie), a ponieważ banki w tych krajach mają bardzo dużo obligacji własnych rządów, spadek cen spowoduje olbrzymie straty i rządy będą musiały ratować swoje banki przed bankructwem. W czarnym scenariuszu dojdzie do kontrolowanego bankructwa Portugalii, Hiszpanii i Włoch. To pogrąży cały sektor finansowy w Europie - przewiduje ekonomista.

Uważa jednak, że z czasem kraje, których waluty zostały zdewaluowane, zaczną się szybciej rozwijać.
- Ceny wakacji w Grecji liczone w markach niemieckich spadną o 2/3, najazd Niemców na greckie kurorty będzie przypominał atak imperialistycznej stonki ziemniaczanej na socjalistyczne pola ziemniaków w mrocznych czasach komuny. Po trzech, czterech latach, jak opadnie kurz kryzysu, na południe Europy powróci ożywienie gospodarcze - przepowiada prof. Rybiński.

Zdaniem profesora nastąpi poważny zastój na rynku nieruchomości. Upadną też inwestycje. - Ponieważ bezrobocie wzrośnie, politycy będą starali się chronić miejsca pracy swoich wyborców, układ z Schengen zostanie zawieszony, na granicach ponownie pojawią się kontrole celne. Wybuchną nacjonalistyczne fobie, polski hydraulik znowu stanie się obiektem nienawiści - wieści ekonomista.

Prof. Rybiński upatruje wbrew pozorom w kolejnej odsłonie kryzysu szansę dla Polski. Będzie ona jednak możliwa pod pewnymi warunkami. - Jeżeli do czasu rozpadu strefy euro przeprowadzimy w Polsce szereg wiarygodnych i głębokich reform, to może się zdarzyć, że część kapitału w panice uciekającego z południa Europy zostanie ulokowana w Polsce jako dużym, bezpiecznym i stabilnym kraju w Unii. Osłabienie złotego będzie więc umiarkowane, inwestycje się nie załamią, płynny sektor bankowy w sposób umiarkowany ograniczy kredytowanie i recesja, która będzie wszędzie, w Polsce będzie płytka i krótka. Dlatego jest ważne, aby przeprowadzić w Polsce jak najwięcej reform, zmniejszyć deficyt budżetowy znacznie poniżej 3 proc. PKB i doprowadzić w ten sposób do podniesienia ratingu Polski - podkreśla.

PiKa, Rzeczpospolita

http://www.stefczyk.info/publicystyka/o ... dla-polski


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przeczytajmy..... podumajmy. Co dalej?
PostNapisane: 02 maja 2012, 18:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Czy ktoś jeszcze myśli???

Tak się zastanawiam, co miały w głowie te mundurowe ćwoki aresztując banner z Janem Pawłem II .....

To już jest kompletna paranoja – powieszony grzecznie na trawniku, nikomu nie przeszkadzał, co trzeba mieć w mózgu, żeby nie uszanować Dnia i Osoby. Niedługo trzeba się będzie pytać, czy wolno płaszcz założyć, bo jak ogłoszą, że jest lato, to choćby śnieg spadł - dozwolone będą tylko krótkie spodnie, na specjalne pozwolenie z uzasadnieniem.

Ta władza całkiem zeszła z rozumu, jak mówią Rosjanie. Tumiwisizm urzędowy plus gaz-realizm, oto jaki mamy ustrój.

Przypominam poprzednią notkę, bo spadła do piwnicy bieguskiem >

Obiecałam w poprzedniej notce, że coś wymyślę – no to jest. Tekst jest kompilacją, trochę ściągnięte z węgierskiej, trochę z amerykańskiej – grunt to ściągać z dobrych wzorów !



--------------------------------------------------------------------------------

Deklaracja Obywatelska

Na początku nowego tysiąclecia, z odpowiedzialnością za każdego Polaka, wyznajemy co następuje:

Jesteśmy dumni, że nasi pierwsi królowie, Mieszko I i Bolesław Chrobry, przed ponad tysiącem lat osadzili polskie państwo na trwałych fundamentach, a naszą ojczyznę uczynili częścią chrześcijańskiej Europy.

Jesteśmy dumni z naszych przodków, którzy walczyli o przetrwanie naszego kraju, jego wolność i niepodległość.

Jesteśmy dumni z powodu wielkich dzieł duchowych Polaków.

Jesteśmy dumni, że nasz naród przez stulecia bronił w walkach Europę, a swoimi talentami i pracowitością pomnażał jej wspólne wartości.

Jesteśmy dumni , że naszym dziedzictwem jest I i II Rzeczpospolita, uczynione mądrością i roztropnością i bronione krwią przodków naszych.

Dlatego dla utrwalenia i pomnażania naszego dziedzictwa przywołujemy oświadczenie praojców, którego ducha pragniemy zachować i dotrzymać:


Na wieczną rzeczy pamiątkę.

Wiadomo wszystkim, że nie dostąpi łaski zbawienia kto nie będzie wspierany tajemnicą miłości, która nie działa opacznie, która promienieje własną dobrotą, zwaśnionych godzi, pokłóconych łączy, odmienia nienawiście, uśmierza gniewy i dodaje wszystkim pokarm pokoju, rozproszone zbiera, znękane krzepi, nierówne gładzi, krzywe prostuje, wszystkie cnoty wspomaga, a żadnej nie szkodzi, miłuje wszystko i, jeśli kto pod jej skrzydła się schroni znajdzie bezpieczeństwo i nie będzie się obawiał znikąd napadu; przez nią prawa się tworzą, królestwa rządzą, miasta porządkują i stan Rzeczypospolitej do najlepszego końca dochodzi; ona się we wszystkich cnotach wybornie mieści, a kto nią pogardzi, ten wszystko utraci.


Unia Horodelska 1413




--------------------------------------------------------------------------------

Preambuła


My, Naród Polski, w celu tworzenia dobrego państwa, ugruntowania sprawiedliwości, zapewnienia spokoju wewnętrznego, umożliwienia skutecznej obrony kraju, popierania ogólnego dobra i zagwarantowania wolności dla nas samych i dla naszych potomków, uchwalamy i ustanawiamy niniejszą Konstytucję Rzeczpospolitej Polskiej.

Tak nam dopomóż Bóg!

--------------------------------------------------------------------------------

http://eska.salon24.pl/413755,czy-ktos-jeszcze-mysli


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przeczytajmy..... podumajmy. Co dalej?
PostNapisane: 08 maja 2012, 08:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Hunowie atakują

Czuję, że Hunowie nas zaatakowali obserwując kolejne poczynania parlamentarzystów wybranych przez część narodu. I zwracam się do tej części, popatrzcie na ich czyny!

Ktoś pisze z Niemcami wspólny podręcznik szkolny, ktoś określa zakres materiału w podręcznikach szkolnych, ktoś je pisze, jest ekspertem w komisji, która to zatwierdza, ktoś drukuje te podręczniki i zarabia na nich, ktoś dokonuje analizy (mam nadzieję) i decyduje o restrukturyzacji, czyli z jakiegoś klucza ktoś wybiera szkoły, przedszkola, instytucje pożytku publicznego, przedsiębiorstwa, które należy zamknąć, zburzyć, sprzedać, (ale na pewno nie oddać okradzionym kiedyś właścicielom lub choćby dać im prawo pierwokupu), zamienić na hotel, bank, parking czy „Holistyczne Centrum Urody & Zdrowia” (zainteresowanych tym ostatnim niezwykle istotnym dla współczesnego Polaka obiektem kieruję do pasażu imielińskiego). Skąd się wziął ten "ktoś", czy ma odpowiednie kwalifikacje?

Nie mam co liczyć na referendum jak w Szwajcarii, gdzie w taki sposób podejmuje się mniej ważne decyzje, gdzie zanim coś się zburzy czy zbuduje robi się makietę aby mieszkańcy mogli zobaczyć co się planuje i w referendum podjąć słuszną decyzję. Szanuje się każdy bal i kamień, którego przodkowie używali. I każdego obywatela traktuje się poważnie.

Ale przecież mamy europejską ustawę o zamówieniach publicznych, dlaczego nie jest stosowana, w końcu Sejm, Senat i samorządy to urzędy publiczne!

Domagam się jawnych przetargów na pomysłodawców, autorów podręczników, ekspertów i przedstawienia społeczeństwu ofert. W instytucji publicznej każda pusta kartka papieru nabywana jest w ramach zamówienia publicznego przy czym sprawdzane są kwalifikacje oferentów, bo inaczej jest oskarżenie o nieuczciwą konkurencję ! A mnie zależy na tym, aby te puste kartki nie były zapisywane przez barbarzyńców!


Bożena Ratter

https://solidarni2010.pl/n,3135,8,bozen ... akuja.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przeczytajmy..... podumajmy. Co dalej?
PostNapisane: 03 cze 2012, 10:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Legutko: sztandar IV Rzeczypospolitej podniesie młode pokolenie

Rozmawiamy z redaktorem naczelnym „Dziennika Polskiego”, Piotrem Legutko, na temat jego książki pt. „Dlaczego zawiedliśmy”, która lada dzień ukaże się w księgarniach, nakładem Wydawnictwa ARCANA. Na publikację składają się wywiady z dwudziestoma ważnymi postaciami naszego życia publicznego. Dzielą się oni swoimi refleksjami na temat państwa polskiego i przemian, jakim ono podlegało.

Portal ARCANA: Panie redaktorze, proszę nam powiedzieć... Kto właściwie zawiódł?

Piotr Legutko: To jest dobre pytanie. Gdybyśmy spojrzeli sobie głęboko w oczy, mając na uwadze dwadzieścia lat niepodległej Polski, wydaje się, że większość z nas ma poczucie osobistego – podkreślam: osobistego – sukcesu. Zupełnie inaczej jest z naszym wspólnym dobrem: państwem polskim. Tutaj ewidentnie spotkała nas katastrofa. Po 10 kwietnia nikt nie może mieć co do tego wątpliwości. Tytułowe pytanie „dlaczego zawiedliśmy” wszyscy powinniśmy skierować niejako do siebie.

Portal ARCANA: Jakie nastroje przedstawiali pańscy rozmówcy: zawód, defetyzm, nadzieję, a może determinację, by naprawić istniejący stan rzeczy?

P. L.: To jest specyficzna grupa intelektualistów. Klucz dobierania rozmówców polegał na wyborze ludzi, którzy rzeczywiście mają poczucie zawodu Bo przecież nie wszyscy je mają. Są tacy, którzy uważąją, że wszystko w naszym kraju wspaniale się udało. Ludzie z którymi rozmawiałem, a jest to szerokie spektrum polskiej inteligencji, to ci, którzy mają świadomość, że zawiedli. Nawet tytuł całej ksiażki jest zaczerpnięty z jednej z rozmów - z wywiadu z profesorem Łukaszem Turskim. Mówi on wprost: będziemy się za to smażyć w piekle.

Jest bardzo wiele rozmów, gdzie podobne sformułowanie pada w bardzo czytelny sposób. W niektórych wywiadach powraca motyw IV Rzeczypospolitej. Przywołuje się właściwy sens tego projektu, czyli potrzebę odbudowania polskiego państwa. Nie chodzi tu o program polityczny jednej partii, ale o odbudowę niepodległego państwa. Polecam rozmowę z Pawłem Szałamachą, prezesem Instytutu Sobieskiego, który na kanwie swojej znakomitej ksiażki rozlicza nas z grzechu zaniechania, jakim było zarzucenie projektu IV Rzeczypospolitej.

Portal ARCANA: Jakich reakcji spodziewa się pan redaktor po tej stronie intelektualistów, gdzie nie ma poczucia wstydu czy zawodu?

P. L.: Czegóż można się spodziewać? Faktycznie, nie jest dobrze, że zaczynamy funkcjonować jak dwa odrębne narody. Być może właśnie zagadnienie polskiego państwa, w którym wszyscy żyjemy, zmusi nas do wspólnej refleksji na ten temat. Tak, jak niedawno stwierdziła Jadwiga Staniszkis, w głośnym wywiadzie dla tygodnika „Uważam Rze”, jesteśmy w przededniu katastrofy państwa i to katastrofy cywilizacyjnej, infrastrukturalnej. Tu już nie wchodzą w grę emocje polityczne, ale konkretna diagnoza. Te rozmowy pokazują, że świadomość katastrofy państwa była w pewnych kręgach obecna od dawna. Nie traktowano jednak tego z należytą powagą. Należy też dodać, że te wywiady zostały przeprowadzone na przestrzeni kilku lat, nie są więc oceną z ostatniej chwili.

Portal ARCANA: Czy teraz jest szansa na potraktowanie tej diagnozy z należytą powagą? Przecież po 10 kwietnia, „państwo polskie zdało egzamin”.

P. L.: I tu jest fundamentalny spór, jaki się w Polsce toczy. Jest to spór o przyszłość państwa. Albo zdecydujemy się na postrzeganie otaczającej nas rzeczywistości jako cudownej, albo weźmiemy się do jej naprawy. Będzie to zapewne kluczowa kwestia w najbliższej kampanii wyborczej. Polacy muszą dokonać wyboru: nie tyle kulturowego, estetycznego czy politycznego, ale wyboru polskiej racji stanu. Czy chcemy naprawiać nasze państwo czy wciąż udawać, że wszystko jest w porządku?

Portal ARCANA: Wywiad z Lechem Kaczyńskim, także zamieszczony w tej książce, był przeprowadzany dużo wcześniej. Kiedy powstał pomysł wydania takiej ksiażki?

P. L.: Rozmowa z Lechem Kaczyńskim podsumowywała dwudziestolecie III RP. Ten wywiad otwiera ksiażkę. Kiedy go publikowałem ponownie w specjalnym wydaniu „Dziennika Polskiego”, po katastrofie smoleńskiej, zacząłem przeglądać różne rozmowy toczone w tamtym czasie. Stwierdziłem, że rzeczywiście to, co stało się 10 kwietnia, powinno nas skłonić do bardzo głębokiej analizy stanu państwa polskiego. Nie chodzi tylko o katastrofę, chociaż ona - niczym soczewka - ogniskuje całą gamę wydarzeń z ostatnich dwudziestu lat. Wartością tych wywiadów jest pokazanie kolejnych „słojów” polskiego drzewa. Są tam rozmowy o kondycji polskiej edukacji, kultury, o języku polskim, systemie wyborczym, gospodarce... Te wszystkie sfery składają się na funkcjonowanie państwa i być może dlatego jest to ważna pozycja w debacie o Polsce. Nie traktuje ona wyłącznie o katastrofie smoleńskiej, ale pokazuje jak bardzo dzień 10 kwietnia obnażył słabości Rzeczypospolitej. Sama tragedia smoleńska także powraca w rozmowach, np. z Pawłem Śpiewakiem.

Portal ARCANA: Dwudziestolecie III RP to taki czas, w którym dojrzało zupełnie nowe pokolenie, niemające żadnych doświadczeń z wcześniejszym systemem. Czy pan redaktor sądzi, że ta książka trafi do generacji wychowanej na wartościach konsumpcyjnych?

P. L.: Jak najbardziej! Nie używałbym jednak takich kwantyfikatorów, bowiem to pokolenie jest bardzo zróżnicowane. Przywołam tu rozmowę z Profesorem Ryszardem Legutko, który, jako nauczyciel akademicki, porównując różne pokolenia, wystawia dość wysoką ocenę obecnym młodym ludziom. Jest wśród nich wiele osób, które przejawiają troskę o nasze państwo. Pozbawieni są równocześnie pewnych obciążeń, które mają ludzie starsi, stosujący różne bufory, konteksty historyczne i emocje z przeszłości. Młodzież natomiast, dorastająca już w III RP, chce mieć po prostu dobre państwo. Sądzę więc, że pomysł IV Rzeczypospolitej będzie tym projektem, którego sztandar podniesie właśnie nowe pokolenie. Zrobi to, nie traktując swej decyzji jako wyboru jednej z dwóch walczących ze sobą wizji, ale jako wsparcie jedynego projektu, który jest wart podjęcia.

Rozmawiał Jakub Maciejewski

http://www.portal.arcana.pl/Sztandar-iv ... e,953.html

http://portal.arcana.salon24.pl/287693, ... -pokolenie


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przeczytajmy..... podumajmy. Co dalej?
PostNapisane: 10 sie 2012, 14:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Jesteśmy sami w ciemności

Minęły 2 lata prezydentury Bronisława Komorowskiego. W linkach pod tym wpisem znajdziecie podsumowanie dokonań ( a raczej braku aktywności..) w dziedzinach w których prerogatywy Konstytucyjne określają pole działania Głowy Państwa.

Dla mnie przez te dwa lata Komorowski udowodnił słynne twierdzenie Donalda Tuska o Pałacu i Żyrandolach. Mamy bowiem polowania, kuligi w Pałacyku w Wiśle i wyjazdy do Budy Ruskiej. Czyli typowe zajęcia rezydentów różnych pałacyków..

Z aktywności na domowym poletku, które budziły oburzenie polskiej prawicy można przypomnieć radosne oczekiwanie pana Komorowskiego na trumny z ciałami kilku ofiar katastrofy Smoleńskiej, decyzję w sprawie usunięcia Krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego co rozpoczęło słynną walkę o Krzyż i skutecznie podzieliło i tak już podzielone społeczeństwo polskie oraz aktywność legislacyjną, ograniczającą obywatelskie prawa do swobodnego zrzeszania.

Na usprawiedliwienie powyżej wytkniętych niechlubnych działań polskiego prezydenta należy wspomnieć przestrogi samego Komorowski, który lojalnie ostrzegał:„- Pracuję nad przekonaniem rodziny do mojego kandydowania.” Ja mam wrażliwość nosorożca(..) „a także snuł wizję sposobu uprawiania polityki opartej na tradycjach historycznych polskiego parlamentaryzmu: „- O, to były czasy zupełnie inne... Te na pewno wywołują we mnie jakieś ciągoty. Sejm okresu I Rzeczpospolitej czy Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Sejm szlachecki procedował wedle dwóch reguł. Pierwszą była zasada ucierania poglądów. (…)Ale warto pamiętać, że w warunkach polskich tej pięknej idei ucierania towarzyszyła druga część procedury sejmowej, nazywana bigosowaniem. Jak się już nie udało utrzeć, to tych, co się sprzeciwiali, brano na szable.”

Kiedy jednak pytano Komorowskiego o rolę prezydenta w Polsce nieco łagodniej kreślił jej wizję”(..) marzy mi się, aby w Polsce prezydentem został ktoś, kto serio potraktuje ustrojowe zadanie prezydenta, jakim jest łączenie narodu i ojcowanie temu narodowi. Taka jest konstytucyjna rola prezydenta.”. Tego wymagał od innych, sam realizuje ciągoty do bigosowania. Co trafnie zauważył także śp. marszałek Płażyński, współzałożyciel PO mówiąc w wywiadzie o Komorowskim „Jego minusem jest arogancja wobec wrogów politycznych.”

Dlaczego zatem Komorowski ma tak dobre notowania w sondażach? Bo obecnie udaje, że jest kim innym niż jest. Jego gafy. niepopularne decyzje oraz wyraźnie pro moskiewskie sympatie zgrabnie tłumaczy prof. Nałęcz. Zdolności tego byłego PZPR-owskiego polityka docenił także red. Tomaszewski w znakomitym wywiadzie w ostatnim „Uważam rze” uznając, że jedynie Nałęcz zdolny byłby do pięknego wyjaśnienia rzekomej rozdzielności zbrodniczych dokonań nazistowskich od tendencji i woli do dyktowania Europie warunków od ówczesnych przekonań narodu niemieckiego. Media budują wizerunek uśmiechniętego ojczulka narodu, pełnego dobrej woli pojednania zwaśnionych stron.Czasem jednak ta gładka papka dezinformacyjna zazgrzyta nieco między zębami jak usłyszymy, że Komorowski nie wpuszcza do Pałacu szefa Solidarności Dudy, albo manipuluje spotkaniem z Jarosławem Kaczyńskim tak, aby do niego na pewno nie doszło….

Co zawdzięczamy tej dwuletniej kadencji na pewno- reset w stosunkach z Rosją. Reset polegający nie na pozyskaniu jakichś konkretnych korzyści gospodarczych czy politycznych(te kuleją i zależą od humoru i interesów Moskwy i Berlina jak zależały wcześniej).Reset polega na tym, że Moskwa ma pewność, że nikt z Panów Polaczków już im nie podskoczy.*

28 sierpnia 2010 roku rosyjska Izwiestia z zadowoleniem ogłosiła „"Prezydent Polski postawił Gruzję na swoje miejsce" - twierdzi Maksim Jusin, komentator międzynarodowy rosyjskiego dziennika "Izwiestia". (…)Jusin cieszy się, że „wybór pragmatyka Komorowskiego” postawił wszystko na swoje miejsca, a Gruzja stała się dla Polski „dalekim krajem znajdującym się na peryferiach jej interesów strategicznych”, zaś Rosja „kluczowym partnerem i sąsiadem, z którym po długich latach konfliktów zaczął się wreszcie pełnowartościowy dialog”. W ramce obok tekstu Jusin przypomina, że w tym samym wywiadzie Komorowski poparł integralność terytorialną Gruzji (Rosja uznała niepodległość jej zbuntowanych prowincji - Osetii Południowej oraz Abchazji), ale zarazem opowiedział się za prawem narodów do samostanowienia. „Polski prezydent zajął zrównoważone stanowisko, oceniając »bolesne punkty « stosunków rosyjsko-gruzińskich” - podsumowuje publicysta „Izwiestii”.(Więcej o dokonaniach i polityce Wschodniej Komorowskiego znajdziecie w linkach pod tekstem).

Ja powrócę do Gruzji i wagi tego, co uczynił śp. Lech Kaczyński. Dla dobra wspólnego.W imię motto Lelewa „za wolność naszą i waszą”. Bo stosunek wobec Gruzji pokazuje najjaśniej różnicę między Prezydentem od żyrandoli (przy okazji wyjaśniając ksywkę nadaną obecnemu prezydentowi Komoruski) a prezydentem 40 milionowego kraju, który potrafi ocenić właściwie jakie zagrożenia dla roli Polski w świecie niesie za sobą przyjazna Rosji bezczynność na niwie międzynarodowej.

26.05.2008

„Prezydent RP świętował wczoraj w Tbilisi 90. rocznicę uzyskania przez Gruzję niepodległości. - W Gruzji dziś rozgrywa się walka o to, w którym miejscu kończyć się będzie wolny świat „–powiedział Lech Kaczyński.** Lech Kaczyński wiedział, że zapewnienie od NATO z 8 kwietnia 2008 roku może rozbudzić niezadowolenie Rosji i przyspieszyć próby wywołania niepokoju w regionie celem podporządkowania całej Gruzji.

Podczas gdy świat zajęty był Igrzyskami Olimpijskimi w Pekinie, 8 sierpnia 2008 roku dochodzi do zamieszek, które przeradzają się formalnie w wojnę pomiędzy Osetią płd. a Gruzją, de facto jest to wojna gruzińsko-rosyjska. Rosja winą obarcza Gruzję, Gruzini wskazują na prowokacje rosyjskie na granicy z Osetią.

Rosjanie ogłaszają „Wydarzenia w Osetii Południowej prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew określił jako akt agresji przeciwko ludności Osetii Południowej i rosyjskim siłom pokojowym. Oświadczył, że jego kraj nie dopuści do bezkarnego zabijania swoich obywateli i że winni poniosą zasłużoną karę. Przedstawiciele gruzińskiego resortu obrony podali, że rosyjskie samoloty zbombardowały bazę sił lotniczych Waziani koło Tbilisi.”Rosjanie zajęli terytoria Gruzji i Osetii Płd. „Gruzja wystosowała apel do społeczności międzynarodowej o pomoc w powstrzymaniu "bezpośredniej agresji militarnej" Rosji - powiedziała BBC gruzińska minister spraw zagranicznych Eka Tkeszelaszwili.”.

11.08.2008 r.

„Prezydent Lech Kaczyński we wtorek uda się do Gruzji; o swojej misji prezydent rozmawiał w poniedziałek wieczorem z prezydentem USA Georgem Bushem - poinformował Polską Agencję Prasową dyrektor Biura Spraw Zagranicznych Kancelarii Prezydenta Mariusz Galeria. Prezydent Bush wyraził absolutne poparcie dla misji pana prezydenta, która odbędzie się jutro w Tbilisi - powiedział Handzlik.”

Wg Kancelarii Prezydenta śp. Lech Kaczyński dwukrotnie proponował wspólny wyjazd do Tbilisi Donaldowi Tuskowi, który odmówił. Nie odmawiają prezydenci Litwy, Ukrainy i premierzy Łotwy i Estonii. Uaktywnia się przewodnicząca w UE Francja i do Tbilisi udaje się Sarkozy. Na ile inicjatywa śp. Lecha Kaczyńskiego spowodowała tą wizytę wiedzą zapewne francuskie służby dyplomatyczne… Wydaje się jednak, że nastąpiłaby znacznie później, kiedy Gruzja byłaby już zajęta w całości przez Rosjan. Gruzini są także o takim przebiegu zdarzeń przekonani.

Bieżąca narracja Rosjan dla świata była jasna: całą winę za konflikt w Gruzji ponosił Saakaszwili i Gruzini. Po 4 latach Putin tamtą narrację porzuca: ostatnio ujawnił wprost: „ Plan był.(inwazji na okoliczność „agresji gruzińskiej”przyp.mój) Był przygotowany przez Sztab Generalny pod koniec roku 2006 - na początku 2007 i zatwierdzony przeze mnie - oświadczył Putin, który i wówczas był prezydentem Rosji”. Wystarczyło tylko na agresję poczekać lub …ją wywołać. Dla sprawnego taktyka takiego jak Putin, który jak wszystko na to wskazuje – dla uzasadnienia wojny czeczeńskiej nie wzdragał się przed prowokacją polegającą na wysadzeniu budynków mieszkalnych we własnym kraju-zorganizowanie dowolnej prowokacji nie stanowi żadnego problemu. Bez względu na koszty ludzkie. Dlatego plan był. Kompleksowy: jak zrobić prowokację i jak ją tłumić.

Nic dziwnego, że inicjator wizyty zaburzającej plan czyli prezydent Polski śp. Lech Kaczyński nie należał do ulubieńców Putina. Po śmierci polskiego prezydenta „publicysta (Izwiestii-przyp.mój) przypomina o udziale Lecha Kaczyńskiego w mityngu w Tbilisi po rozpoczęciu wojny rosyjsko-gruzińskiej dwa lata temu. (…)Po katastrofie w Smoleńsku Polacy zmienili stosunek do Rosji. Zdecydowany reset między Warszawą a Moskwą nie zostawia prezydentowi Gruzji praktycznie żadnego pola manewru.”.

Komorowski w tamtym regionie zdaje się znajdować upodobanie w wizytach Azerbejdżanie (link do A.Ściosa).Warto przytoczyć wprost kilka słów na temat tego kraju „Elmar Chakhtakhtinski - przewodniczący Azerbaijani-Americans for Democracy (AZAD), amerykańskiej organizacji, która jest rzecznikiem wsparcia USA dla demokracji w Azerbejdżanie, tak napisał przed rokiem o swoim kraju: „Jest to państwo, w którym prorządowe bojówki są wysyłane wraz z policją do rozpędzania wieców opozycyjnych, blogerzy są ofiarami brutalnych ataków ubranych po cywilnemu "sportowców" a potem wrzucani do więzienia, dziennikarze są zabijani lub trzymani za kratkami wbrew decyzji Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, a zachodnim stacjom radiowym odmawia się lokalnych częstotliwości. [...]Reżim ten uważa stosunki ze Stanami Zjednoczonymi i innymi potężnymi demokracjami jako jedynie taktykę dla ochrony swoich własnych, bardzo partykularnych interesów. Nie ma ani woli ani chęci do reform, gdyż uważa wprowadzenie nawet podstawowych swobód politycznych za zagrożenie dla swojej władzy. Dlatego też chętnie zbacza ku Rosji kiedy ma nieporozumienia ze swoimi zachodnimi partnerami. [...]Wszystkie duże gałęzie przemysłu są monopolami ściśle kontrolowanymi przez krąg rządzących oligarchów, nie pozostawiając żadnego realnego miejsca dla innych przedsiębiorstw.”.

Wg prezesa Instytutu Analiz Strategicznych Aleksandr Konowałowa (..)Miedwiediew jawi się jako facet, "który bawi się Twitterem i iPhonem", a Putin jako człowiek "bardzo mściwy i pamiętliwy". Powód do zemsty opisałam. Ale ze śmiercią Lecha Kaczyńskiego, -jak widać z przytoczonych wypowiedzi Bronisława Komorowskiego- znikł także ostatni mocniejszy hamulec w Europie, który miał wolę obrony przed zakusami poszerzania strefy zależności bezpośredniej małych państw w Europie i poza nią od Moskwy.

Zdają sobie z tego sprawę Gruzini. I mówią wprost: jesteśmy sami w ciemności.



To za kadencji Komorowskiego gośćmi Pałacu stali się wierny rosyjskiej dominacji Jaruzelski czy Ławrow na odprawie polskich dyplomatów .To jego doradca jednoznacznie uwalniał od winy za katastrofe smoleńską jego główny doradca od polityki międzynarodowej prof. Nałęcz ”O przyczynach Tragedii „- Państwo i konstytucja zdały egzamin po katastrofie Smoleńskiej, państwo normalnie funkcjonowało, pogrzeby się odbyły. Egzaminu nie zdała instytucja przygotowująca wizytę, czyli kancelaria prezydenta Kaczyńskiego - mówi w "Kontrwywiadzie" RMF FM doradca prezydenta Komorowskiego Tomasz Nałęcz. - To Kancelaria Prezydenta od początku do końca zajmuje się organizacją wizyt takich jak w Katyniu 10 kwietnia. Ludzie, którzy to wtedy organizowali, w większości zginęli. To Kancelaria Prezydenta wybiera lotnisko. To nie Arabski podjął 10 kwietnia decyzję, o której Lech Kaczyński ma wstać i gdzie ma lądować "

*W 2008 roku Gruzja wraz z Ukrainą rozpoczęła stanowcze działania mające na celu dołączenie do NATO. Zwolennikami rozszerzenia paktu o te państwa są między innymi USA i Polska. (za WIKI) Przeciwna jest zaś Rosja (argumentuje to zwiększeniem zagrożenia dla swoich granic), sceptyczne pozostają państwa "Starej Europy", takie jak Francja i Niemcy. Na szczycie NATO w Bukareszcie 3 kwietnia 2008 roku, Gruzja otrzymała zapewnienie, że na pewno w przyszłości przystąpi do paktu po spełnieniu wymaganych warunków.(tamże)

http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/bronis ... 28955.html

http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/jestem ... 77089.html

http://wiadomosci.onet.pl/swiat/wojna-n ... omosc.html

http://www.se.pl/wydarzenia/opinie/nie- ... 14346.html

http://wyborcza.pl/1,76842,8286756,_Izw ... wskim.html

http://pl.wikipedia.org/wiki/Za_wolność_naszą_i_waszą

http://politykawschodnia.pl/index.php/2 ... alaby-24h/

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/ ... 47351.html

http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/nie-tr ... 80225.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/ ... wem__.html

http://portal.arcana.salon24.pl/327507, ... erbejdzanu

http://bezdekretu.blogspot.com/2012/03/ ... isawa.html

http://archiwum.piechula.com.pl/2010/04 ... 2008-roku/

http://1maud.salon24.pl/439527,jestesmy ... -ciemnosci


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przeczytajmy..... podumajmy. Co dalej?
PostNapisane: 11 sie 2012, 07:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Bunt lemingów

Platforma spotyka się z rekordową krytyką ze strony własnego zaplecza

Platforma ma najgorszą prasę u swego elektoratu od czasu słynnego listu redaktora naczelnego „Playboya" Marcina Mellera z 2011 roku, w którym oświadczał, że już na nią nie zagłosuje.

Ujawnianie kolesiostwa w spółkach i samorządach oburza wielu nastawionych wolnorynkowo sympatyków PO. Z kolei odrzucenie wraz z PiS i ziobrystami ustawy o związkach partnerskich wywołało furię wśród lewicowo-liberalnych zwolenników Donalda Tuska.

Strzelili sobie w stopę

W Internecie zaroiło się od wpisów typu: „do widzenia, Platformo", „nigdy już nie dostaniecie mojego głosu", „ACTA, związki partnerskie, ile jeszcze? Koniec poparcia".

Znany satyryk i sympatyk Platformy Krzysztof Materna powiedział w TVN24, że ze związkami partnerskimi PO „zrobiła go w bambuko". Z kolei nieukrywająca liberalnych poglądów dziennikarka Agnieszka Gozdyra komentowała na Twitterze po sejmowym głosowaniu: „Platforma strzeliła sobie wczoraj w stopę, kolano i parę innych miejsc. Gigantyczne rozczarowanie". W innym wpisie: „Niestety, Platforma absolutnie na serio nie skumała, o co chodzi ztą obywatelskością".

Najdalej posunął się sympatyzujący z PO portal Natemat.pl, który tekst o głosowaniu w sprawie związków partnerskich zatytułował „Requiem dla Polskiej Demokracji" i opublikował listę wszystkich parlamentarzystów, którzy głosowali przeciw. Podobną listę opublikował portal Gazeta.pl.

W Internecie już pojawiło się określenie na to zjawisko nawiązujące do tekstu Roberta Mazurka w„Uważam Rze": „bunt lemingów".

Holland się zraziła

Ustawa o związkach partnerskich to jednak tylko kropla, która przelała czarę goryczy - podkreślają medialni zwolennicy Platformy. I wyliczają sprawy, którymi zraziła ich w ostatnim czasie partia Tuska: pozorowane prace nad ustawą o in vitro, zmiany w ustawie o dostępie do informacji publicznej, propozycja zmian w prawie prasowym i wreszcie zupełne zaniedbanie problemów kultury.

Właśnie nawiązując do tej ostatniej sprawy, znana reżyser Agnieszka Holland publicznie wypowiedziała miłość do PO.

- Nie wiem, z czego to się bierze. Może to jest tendencja w Platformie, żeby odciąć przymiotnik Obywatelska i zamienić to na platformę kolesiów albo na platformę biurokratów, albo na platformę arogantów - mówiła niedawno reżyserka, która wcześniej mocno wspierała partię Tuska.

Równie wiele emocji wywołuje kwestia nepotyzmu i ujawniane przez media listy działaczy PO zatrudnionych w rządowych spółkach i agencjach. „Dlaczego trwa proceder żerowania polityków na majątku państwowym mimo ujawniania takich faktów przez media, a czasami przez NIK i prokuraturę? Dlaczego wyborcy nie karzą polityków za takie praktyki?" - pytał ostatnio publicysta „Gazety Wyborczej" Witold Gadomski i apelował, by w jakiś sposób to zmienić - kartką wyborczą, zaangażowaniem się w sprawy publiczne, naciskiem na polityków.

Rozczarowania PO nie kryje nawet szef związanego z nią Instytutu Obywatelskiego Jarosław Makowski. W czasie dyskusji na temat prezydenckiego projektu zmian w ustawie o zgromadzeniach, który zdaniem organizacji pozarządowych poważnie ogranicza wolności obywatelskie, opublikował apel zatytułowany: „Platformo, słuchaj obywateli!".

Przekonywał w nim, że nie zmienia się prawa, gdy okazuje się, że organy zobowiązane do jego przestrzegania i egzekwowania źle realizują swoje zadania. „Mądrej władzy nie poznaje się po tym, że za wszelką cenę forsuje swoje pomysły, bo dysponuje większością. Ale po tym, że potrafi - szczególnie po wysłuchaniu głosów krytycznych - skorygować swoje plany" - pisał Makowski.

Senatorowie PO go jednak nie posłuchali i ustawę, choć z pewnymi poprawkami, uchwalili.

Wywołało to oburzenie organizacji broniących praw obywatelskich. „To fatalna wiadomość dla polskiej demokracji. Mimo protestów oraz mocnej krytyki ze strony OBWE Senat - głosami PO - uchwalił prawo, które w sposób nieproporcjonalny ogranicza jedną z fundamentalnych wolności obywatelskich" - komentowała na gorąco Katarzyna Szymielewicz z fundacji Panoptykon.

A chcą być fajni

Taki wysyp negatywnych emocji we własnym elektoracie poważnie zaniepokoił polityków Platformy. - Mamy problem. Trzeba jakoś ostudzić te buntownicze nastroje, inaczej może na tym mocno skorzystać Palikot - podkreśla jeden z ważnych polityków PO.

Dlatego nie bez powodu Platforma niemal natychmiast po głosowaniu w sprawie związków partnerskich ogłosiła, że pracę nad jej własnym projektem w tej materii - autorstwa posła Artura Dunina - ruszą w Sejmie zaraz po wakacjach. Z kolei pełnomocnik rządu ds. równego traktowania Agnieszka Kozłowska-Rajewicz (PO) zapowiedziała, że po wakacjach rząd ratyfikuje wywołującą kontrowersje, ale popieraną przez środowiska lewicowo-liberalne Konwencję Rady Europy ws. zapobiegania przemocy wobec kobiet.

Eksperci zwracają jednak uwagę, że do podobnych „buntów" wśród wyborców i zaplecza Platformy już dochodziło i prędzej czy później do partii Tuska wracali. - Nie ma prawdziwego buntu lemingów. I w najbliższym czasie na dużą skalę nie będzie. Z podobnymi deklaracjami jest trochę tak jak z zachowaniem dziecka, które krzyczy do rodziców, że już ich nie kocha, by następnego dnia z radością się z nimi bawić - mówi „Rz" politolog Rafał Chwedoruk. Przypomina, że i po aferze hazardowej, i po ACTA strach lemingów przed Jarosławem Kaczyńskim i PiS w końcu zawsze okazywał się silniejszy niż chwilowa niechęć do PO.

Jego zdaniem, nawet jeśli część wyborców pod wpływem ostatnich wydarzeń rozczaruje się trwale do Platformy, to prędzej nie pójdą na wybory, niż poprą inne ugrupowanie.

Znawca marketingu politycznego Norbert Maliszewski zwraca też uwagę, że nie zawsze oburzenie lewicowo-liberalnej części elektoratu PO przekłada się na to, co myśli jego zdecydowana większość. - Takie tematy jak związki partnerskie czy in vitro emocjonują internautów czy różnych celebrytów, ale niekoniecznie centrowych i prawicowych wyborców PO. A oni stanowią zdecydowaną większość - podkreśla.

Według niego Platforma nie może jednak całkiem tych głosów lekceważyć. Chodzi bowiem o liderów opinii, osoby, które „decydują o tym, czy dana partia jest fajna, czy też obciachowa". - A liderom PO bardzo zależy, by ich partia wciąż była postrzegana jako fajniejsza od innych tłumaczy.

Dlatego nie wyklucza, że Donald Tusk znów, jak po liście Mellera, prowadzącego w TVN24 „Śniadanie mistrzów", spotka się z celebrytami, by ich obłaskawić

Jarosław Stróżyk

http://www.rp.pl/artykul/17,920026-Bunt ... w.html?p=1


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przeczytajmy..... podumajmy. Co dalej?
PostNapisane: 14 sie 2012, 12:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Polska obrała kurs na górę lodową!

- Przed nami nie stoi wybór pomiędzy złotą polską dekadą a dryfem rozwojowym. Możliwy jest jeszcze gorszy scenariusz: Polsce grozi stracona dekada, czyli nie dryf, a cofnięcie w rozwoju gospodarczym. I wydaje mi się, że niebezpiecznie zbliżamy się do krytycznego punktu, od którego przez najbliższe 10 lat zaczniemy się cofać w rozwoju - mówi Krzysztof Rybiński w rozmowie z Romanem Mańką w "Gościu specjalnym Gazety Finansowej".

Roman Mańka, Gazeta Finansowa: Panie profesorze, mamy sierpień, Polacy wyjeżdżają na urlopy, są więc nieco rozkojarzeni. Jaką rzeczywistość zastaną we wrześniu, kiedy przestaną żyć letnim wypoczynkiem, a skoncentrują się na realnych problemach?

Krzysztof Rybiński: - Jesień i zima będą porami roku, które doprowadzą do otrzeźwienia polskiego społeczeństwa. Do tej pory Polacy żyli w oparach "zielonej wyspy", uważając, że zawsze będzie dobrze. Niestety, "trzęsienie ziemi" w światowej gospodarce, a w europejskiej w szczególności, czyli także w naszej, polskiej, spowoduje, że setki tysięcy, o ile nie miliony ludzi w naszym kraju obudzi się w nowej rzeczywistości, w której nie można będzie już zakupić kolejnej większej plazmy na kredyt czy liczyć na podwyżki wynagrodzeń. Wielu z Polaków straci pracę. Jednak to będzie tylko zapowiedź sytuacji czekającej nas w roku 2013, kiedy, moim zdaniem, do Polski przyjdzie pierwsza poważna recesja od 20 lat. To pozbawi ludzi marzeń i doprowadzi do znaczącego spadku poziomu życia olbrzymiej liczby rodzin w naszym kraju.

Mówi pan o tym od kilku lat i ten scenariusz jakby się potwierdza, ale czy zauważył pan u rządzących intelektualną gotowość do zrozumienia formułowanych ostrzeżeń? Czy słuchają przedstawianych argumentów, analizują sytuację, zastanawiają się nad konsekwencjami ewentualnej recesji, czy też są całkowicie głusi na opinie ekspertów?

- W 41. Rozdziale Starego Testamentu Faraon miał sen o siedmiu tłustych krowach i siedmiu chudych. Wówczas zapytał nadwornych proroków, co to oznacza. Ponieważ sami nie potrafili odpowiedzieć, zapytali Józefa. Ten zaś zinterpretował sen jako zapowiedź siedmiu lat tłustych i siedmiu chudych. Wtedy Faraon uczynił Józefa zarządcą Egiptu. Józef postanowił oszczędzać żywność w czasach tłustych, aby ludzie nie poumierali z głodu, gdy nadejdą lata chude. Niestety, w XXI w. nie słucha się mądrych ludzi tylko nadwornych wróżbitów, którzy jedynie przyklaskują i twierdzą, że siedem lat tłustych zapowiada siedem jeszcze tłustszych lat.

- Politycy otaczają się osobami głoszącymi świetlane wizje przyszłości i przez to sami tracą zdolność do rozpoznania realnej sytuacji. Pomimo wielu sygnałów płynących z gospodarki o nadciągających kłopotach, nie podjęto żadnych działań, które przygotowałyby Polskę czy Europę na siedem chudych lat. Przypomnę, że w czasach biblijnych Józef nie pozwolił zjeść wszystkiego zboża w latach tłustych, gromadząc duże oszczędności po to, aby w latach chudych ludzie mieli co jeść. Niestety, my nie dość, że w latach tłustych zżarliśmy wszystkie zbiory zboża, to jeszcze ogromnie się zadłużyliśmy. I teraz, kiedy nadciągnie recesja - przyjdzie głód... taki biblijny. To będzie wielki kłopot dla bardzo dużej liczby polskich rodzin.

Mówi pan o symbolicznym głodzie czy konkretnym, realnym?

- Standard życia w Europie jest na tyle wysoki, że fizyczny głód nie dotknie bardzo wielu osób. Jednak w Polsce, gdzie mamy ciągle do czynienia z biednym społeczeństwem - nie mówię o Warszawie, tylko o tzw. Polsce B - może się zdarzyć, że sfera ubóstwa radykalnie się poszerzy i dzieci chodzące głodne do szkół będą częstym przypadkiem. To nie będzie chwilowe tąpnięcie koniunktury gospodarczej, tylko nadciągnie kilka naprawdę chudych lat.

Jak długo ta sytuacja będzie trwać?

- Jest już za późno, aby tego scenariusza całkowicie uniknąć. Ale jeżeli w porę obudzimy się z letargu i wyjdziemy z oparów "zielonej wyspy", powinniśmy być w stanie na czas przygotować środki obronne - aby uderzenie recesji w polskie rodziny nie było zbyt silne, a skala głodu dzieci z ubogich rodzin nie przybrała zbyt dużych rozmiarów. Jednak jeśli tego nie zrobimy, może naprawdę zdarzyć się nieszczęście. Wówczas recesja będzie trwać nawet dekadę.

Jakie ta sytuacja może mieć przełożenie na bezrobocie? Do jakiego poziomu wzrośnie nam liczba osób pozostających bez pracy?

- Gdyby Polska, tak jak w 2001 i 2002 r., nie była w Unii Europejskiej, co powodowało, że za pracą podróżowało się dużo trudniej, wówczas bezrobocie, podobnie jak wtedy, skoczyłoby do poziomu 20 proc. Ale ponieważ dzisiaj Polacy mają możliwość łatwiejszego wyjeżdżania z kraju do innych państw, myślę, że bezrobocie aż tak mocno nie wzrośnie. Wbrew tegorocznym prognozom, ono przekroczy 14 proc. na koniec obecnego roku, potem na przestrzeni 2013 i 2014 r. dojdzie do 16, co najwyżej 17. Jednak granicy 20 proc. nie przekroczy dlatego, że mnóstwo ludzi wyjedzie z Polski, szukając zatrudnienia gdzie indziej. Ale z tego nie ma co się cieszyć, bo ci ludzie opuszczą Polskę bezpowrotnie jako miejsce, w którym nie ma dla nich dobrych perspektyw i będą zakładali rodziny i płacili podatki w innych państwach.

Już dzisiaj, kiedy spotyka się ludzi z mniejszych miejscowości, z tzw. prowincji i mówi im się o "zielonej wyspie", oni się oburzają i pytają: "jaka zielona wyspa?!", "tu nie ma żadnej zielonej wyspy!". Ci ludzie często nie mają pracy, a czasami też żadnych dochodów. Czy w Polsce doszło do skrajnego rozwarstwienia pomiędzy przestrzenią metropolitalną, czyli dużymi miastami, takimi jak Warszawa, Kraków, Wrocław, Gdańsk, Poznań, a z drugiej strony - Polską powiatową?

- Powiedziałbym, że te dysproporcje się utrzymują.

A nie pogłębiają?

- Nie posiadam wiedzy z okresu ostatniego roku, żeby powiedzieć, że rozwarstwienie społeczno-ekonomiczne w Polsce się pogłębia, natomiast wydaje się, że po wejściu Polski do Unii Europejskiej środki pomocowe skierowane na wieś pozwoliły na jakiś czas, w sposób, moim zdaniem, całkowicie patologiczny, podnieść dochody najuboższym - oczywiście nie posiadaczom morgi ziemi, ale tym rolnikom, którzy pracując na roli, mogli z tytułu przynależności Polski do Unii Europejskiej otrzymać dodatkowy dochód. Ale to była sytuacja jednorazowa, a po drugie potęgująca patologie, bo jeżeli się daje pieniądze za nicnierobienie, to oznacza skrajnie degenerującą politykę.

- Gdy spojrzymy na ostatnie 20 lat, to pomimo wpompowania miliardów euro w obszary tzw. Polski B, widać, że nic się nie zmienia - te rejony naszego kraju, które 20 lat temu były najbogatsze nadal są najbogatsze, zaś te, które były najbiedniejsze, nadal najbiedniejsze pozostały. W tym sensie struktura polskiej geografii ekonomicznej jest niezmienna. Podobnie jest w innych krajach świata - bogaci bogacą się w szybszym tempie niż biedniejsi. Różnica pomiędzy najbogatszymi a najbiedniejszymi wszędzie się powiększa.

- Gdybyśmy na przestrzeni ostatnich 20. lat wyciągnęli ze struktury społecznej Stanów Zjednoczonych jeden promil najbogatszych ludzi, który stanowią celebryci z Hollywood, prezesi wielkich firm i bankierzy (których osobiście nazywam "banksterami") i policzyli średnią dochodów społecznych bez ich udziału, to okaże się, że przeciętne amerykańskie gospodarstwo domowe nie zyskało niczego. Cała korzyść wzrostu gospodarczego trafiła do jednego promila najbogatszych Amerykanów.

- Niestety, w Polsce jest podobnie. Mamy system podatkowy, w ramach którego partner dużej kancelarii prawnej, biorąc pod uwagę procent jego dochodów, płaci mniejsze podatki niż kasjerka w Biedronce. Elity stworzyły system prawny umożliwiający im szybkie bogacenie się, natomiast jak trzeba kogoś "skubnąć" z pieniędzy, to chwyta się za portfele ludzi biednych. Do tej pory nie udało się zmniejszyć drastycznych różnic w poziomie życia pomiędzy najbogatszymi a najbiedniejszymi, zaś w najbliższych latach uderzenie recesji odczują przede wszystkim rodziny najuboższe.

Czyli na kryzysie bogaci jeszcze bardziej się wzbogacą, a biedni zbiednieją?

- Myślę, że najzamożniejsi też dużo stracą. Wyobraźmy sobie sytuację, w której ceny akcji spadną o połowę, wówczas majątek ludzi lokujących kapitał na giełdzie stopnieje w takich samych rozmiarach. Podobnie kiedy ceny domów spadną o 20 czy 30 proc. (a prawdopodobnie tak będzie), bogaci odczują, że wartość nieruchomości poszła w dół.

- Jednak ludzie zamożni gromadzą tak duże sumy pieniędzy, że oni mogą sobie pozwolić na utratę połowy majątku na giełdzie czy poprzez zmniejszenie wartości nieruchomości. Oni posiadają rezerwy w postaci ogromnych oszczędności i ich standard życia nie ulegnie radykalnej zmianie.

- Z kolei biedni, którym już dziś ledwie starcza do końca miesiąca, gdy poszybują w górę koszty zużycia energii, rachunków za wodę, opłat za czynsz czy odprowadzania śmieci, a do tego dojdą jeszcze rozmaite podatki, nie będą mieli co do garnka włożyć. To będzie dramat dla wielu ludzi!

Powiedział pan ponad pół roku temu, że kryzys zostanie ogłoszony w momencie, kiedy możni tego świata wytransferują pieniądze...

- Nie jestem pewien, czy tak to dokładnie powiedziałem, ale to się niewątpliwie dzieje.

Pana wypowiedź cytował prof. Andrzej Zybertowicz, dokładnie w Nowy Rok, 1 stycznia 2012 r., w programie "Fakty po faktach" w telewizji TVN, podczas rozmowy z Katarzyną Kolendą-Zaleską.

- Nie pamiętam, czy takich słów użyłem, natomiast faktycznie pokazywałem, że cały mechanizm tzw. ratowania strefy euro polega właśnie na tym, żeby możnym tego świata pozwolić wytransferować pieniądze w bezpieczne miejsce, w taki sposób, żeby całość kosztów upadku systemu ponieśli podatnicy. A jak podpowiadają doświadczenia ekonomiczne, w tego rodzaju sytuacjach ciężar obciążeń podatkowych spada przede wszystkim na barki ludzi biednych, gdyż oni płacą dużo podatków; bogaci są w stanie tego uniknąć albo też odprowadzają kwoty relatywnie małe, poza pewnymi wyjątkami, jak na przykład w Szwecji. Niestety, w większości krajów system podatkowy został ustawiony w taki sposób, że bogaci mogą płacenia podatków unikać.

- Ponadto środki antykryzysowe dla Grecji, Portugalii, banków w Hiszpanii czy Włoch trafiają tam jedynie po to, aby banki czy finansiści z całego świata mogli je z powrotem zabrać. Czyli długi pozostaną w Grecji czy Hiszpanii, ale pieniądze globalne korporacje z innych państw albo z innych części świata zdążyły już wytransferować. Ten system załamie się wówczas, kiedy już nie będzie można dłużej się w to bawić, gdy wybuch społecznego gniewu będzie tak silny, że banksterzy się przestraszą. Ten moment nastąpi już niedługo. Nie wiem, czy dzieli nas od niego parę miesięcy czy kilka dni, ale początek końca już widać.

- Nie ma chyba ludzi, którzy udawaliby, że tej sytuacji nie dostrzegają, po tym co się stało w Hiszpanii, we Włoszech czy w Grecji. W Hiszpanii bankrutują poszczególne regiony; we Włoszech, Sycylia ogłosiła, że bez pomocy rządu sobie nie poradzi; kawałek Włoch już zbankrutował i bez wsparcia władz centralnych nie będzie mógł dłużej podołać sytuacji; Grecja za chwilę wyleci ze strefy euro - to już dzisiaj każdy widzi, że nie zrealizowano prawie żadnych zobowiązań i lada dzień Europejski Bank Centralny cofnie pomoc, a Grecja stanie się nie tylko formalnym, ale również faktycznym bankrutem. Tak więc ten moment nadchodzi. Siedem lat chudych niebawem się rozpocznie.

Z tego, co pan mówi wynika, że to nie są do końca żywiołowe, spontaniczne procesy, tylko jest w tym też element swego rodzaju spisku - światowej finansjery, "banksterów", jak pan ich nazywa. Czy istnieją potężne grupy interesów, które chcą po prostu na kryzysie i trudnej sytuacji zarobić?

- W gospodarce z pewnością działają rozmaite grupy interesów, jednak nie wiem, w jaki sposób to obecnie zostało zaplanowane; nie posiadam takiej wiedzy, nie jestem częścią tego spisku. Jest książka, która pokazuje, że podczas paniki bankowej w 1907 r. John Pierpont Morgan, bankier i założyciel nieistniejącego już banku J.P. Morgan & Company, aby uratować amerykański system finansowy, zebrał 13 bankierów w jednej sali i powiedział: "Zatrzymajmy kryzys. Oczywiście w taki sposób, żeby na nim zarobić". I Morgan zarobił na tej operacji straszne pieniądze. Podobnie stało się w roku 2008, kiedy w biurach Rezerwy Federalnej zgromadziło się również 13 bankierów i zdecydowano, że otrzymają 700 mld dolarów darmowej pożyczki od rządu amerykańskiego. Tak więc tych 13 bankierów ciągle gdzieś tam się symbolicznie w historii pojawia.

- Natomiast patrząc na obecny kryzys, nie wiem czy jest on rezultatem spisku 13 bankierów, czy też po prostu "banksterzy" na przestrzeni 30 lat zawłaszczali coraz więcej światowej gospodarki dla siebie, tworząc mechanizmy i opłacając uchwalanie przepisów prawnych, które dawały im coraz więcej władzy kosztem realnej gospodarki. To nie jest proces trwający tylko w ostatnich kilku dwóch, trzech czy pięciu latach; on rozpoczął się już w dekadzie lat 80.

- Z całą pewnością grupa osób, którą można nazwać "banksterami", realizowała swoją politykę w sposób przemyślany i wcale nie trzeba doszukiwać się spisku, aby opisać tę sytuację. Wystarczy rozpatrywać ich w kategoriach rosnącej siły - do tego stopnia, że byli w stanie dać politykom pieniądze na kampanie wyborcze; kupić sobie, mówiąc w cudzysłowie, odpowiednie prawo w krajach, które tworzą ogólnoświatowe regulacje. I w ten sposób doprowadzili do obecnego stanu, w ramach którego próbują jeszcze uratować się, obarczając podatnika kosztami utrzymania stworzonego przez siebie patologicznego systemu. Nie uda się! To na naszych oczach pada.

- Natomiast aktualne jest pytanie, na ile koszty tej sytuacji poniosą ci, którzy jej zawinili - czyli politycy i "banksterzy", bo to jest w gruncie rzeczy kompleks polityczno-bankowy, a na ile negatywne konsekwencje spadną na barki podatników. Osobiście od dwóch lat przestrzegam, że to w coraz większym stopniu może przycisnąć podatników. Jeżeli miałoby się tak stać, to my się z tego krachu i kryzysu prędko nie podniesiemy, bo podatnik uderzony takim obciążeniem przez długi czas nie będzie mógł się pozbierać.

Jednak Unia Europejska podejmuje wiele wysiłków, aby uratować strefę euro: uchwalono pakt fiskalny, na ostatnim szczycie podjęto uzgodnienia dotyczące unii bankowej. Czy pana zdaniem strefa euro wytrzyma, czy też skazana jest na nieuchronny rozpad?

- W obecnym kształcie strefa euro nie ma żadnych szans na przetrwanie. Otwartym tekstem mówiłem o tym już dwa lata temu, przy okazji problemów w Grecji; powtórzyłem to samo rok temu, kiedy pojawiły się kłopoty w innych państwach europejskich. Tyle błędów popełniono przez ten czas, że poczynając od południa Europy, strefę euro trzeba będzie okroić w przedziale od jednego do czterech krajów. To, co pozostanie, być może będzie miało szanse na przetrwanie, ale nie wiem, czy jest to scenariusz najbardziej prawdopodobny.

Dlaczego sytuacja stała się tak bardzo dramatyczna, że obszar wspólnej waluty, który uznawano za wielkie osiągnięcie zjednoczonej Europy, chyli się na naszych oczach ku upadkowi?

- "Euromatoły", jak od dłuższego czasu nazywam liderów strefy euro, popełniły ogromne błędy i niestety dalej brną w ślepą uliczkę. Jest już za późno, aby przejść przez kryzys bez dekonstrukcji strefy euro. Nie wiem, czy przed kłopotami zdoła się obronić Francja, gdy "grecka grypa" zaatakuje Hiszpanię, a zaraz potem Włochy. Zobaczymy...

A czy rozpad strefy euro będzie oznaczał również koniec Unii Europejskiej?

- Może tak się stać. Ale byłaby to wielka szkoda dlatego, że o ile koszty i korzyści z tytułu funkcjonowania strefy euro są z punktu widzenia przeciętnego Europejczyka dużo mniej czytelne, o tyle istnienie Unii Europejskiej niesie z sobą określone dobra. Możemy się poruszać po obszarze całej wspólnoty posiadając jedynie dowód osobisty, również obrót towarami odbywa się bez ceł. To wszystko wspiera wymianę handlową i dobrze służy ludziom.

- Byłoby szkoda, gdybyśmy stracili te korzyści, nie mówiąc już o konsekwencjach politycznych - historia uczy, że kiedy Europa nie była zjednoczona, to poszczególne kraje najczęściej wojowały ze sobą. Jednak osobiście na wojnach się nie znam, w tych sprawach lepszym "ekspertem" jest minister finansów Jacek Rostowski i on może się w tym kontekście wypowiadać.

Wielu ekspertów uważa, że Unia Europejska jest państwem przeregulowanym, socjalistycznym i nie sprawdza się w czasach szybkiej gospodarki?

- Oczywiście istnieją koszty funkcjonowania Unii Europejskiej. Biurokracja europejska w zbyt wielkim stopniu narzuca państwom członkowskim sposób postępowania, przy okazji generując tony regulacji prawnych, które często niszczą przedsiębiorczość, a już na pewno nie stanowią mocnej strony wzrostu gospodarczego. A zatem są koszty i korzyści utworzenia Unii Europejskiej, ale bilans funkcjonowania tej organizacji jest dodatni. Na pewno Polskę można uznać za jednego z beneficjantów wejścia do Wspólnoty. W przypadku strefy euro istnieje o wiele więcej wątpliwości.

A czy rząd Polski dobrze uczynił popierając Pakt Fiskalny i niejako godząc się na jakaś formę partycypowania w tym traktacie?

- Popieranie rozwiązań przesuwających nas w stronę zaistniałego bałaganu jest błędem. Dlatego osobiście uważam, iż należy się trzymać jak najdalej od mechanizmów implementowanych w strefie euro. Nie wiadomo przecież, czym to wszystko się zakończy. Werbalnie Pakt Fiskalny dotyczy jedynie strefy euro, ale w praktyce zawiera pewne procedury decyzyjne, które mogą nas objąć. Stąd trzeba się od tego bałaganu trzymać, jak najdalej.

- To samo wiąże się z unią bankową - należy się trzymać od niej na dystans. Żadnej unii bankowej! Polska nie powinna w to wchodzić ani w tym uczestniczyć. Między innymi po to, aby "euromatoły", które doprowadziły do kryzysu, nie nadzorowały polskiego sektora bankowego. My mieliśmy dużo lepszy nadzór i dużo więcej światłych nadzorców w obszarze bankowym niż Unia Europejska. W Polsce kryzysu nie było, bo nadzór nie pozwolił robić bankom głupstw upowszechnianych w Europie. A więc nie powinniśmy zgadzać się na sytuację, w ramach której nasze banki będę się łączyć z europejskimi.

- Tymczasem gdyby wprowadzono unię bankową, funkcjonowałoby jedno, wspólne dla wszystkich rozwiązanie, nadzorowane przez nadzorcę, który wcześniej doprowadził do kryzysu. Na to Polska nie może się zgodzić! Trzeba się trzymać jak najdalej od tego bałaganu! Pilnować przede wszystkim naszego interesu. Nie dawać 6 mld euro Funduszowi Walutowemu, żeby on mógł później pożyczyć te pieniądze Włochom czy Hiszpanom, bo one przepadną. Poczekajmy aż sytuacja się uspokoi.

A kiedy się uspokoi?

- Nie jutro, nie pojutrze. Kryzys może potrwać nawet dekadę.

Grozi nam czarna dekada?

- Dla Europy to może być czarna dekada. Zobaczymy, co się wykluje z obecnej sytuacji. Jeżeli strefa euro zostanie zmniejszona, a dysfunkcje usunięte, wówczas w interesie Polski będzie głębsza integracja z nowym, naprawionym obszarem gospodarczym. Jednak jeśli pełzający kryzys i recesja utrzymają się, to im dalej od tego zamieszania będziemy się trzymać, tym mniej ono nas będzie kosztować.

Jak pan ocenia politykę Narodowego Banku Polskiego w obliczu europejskiego kryzysu?

- Niezręcznie oceniać mi NBP, gdyż kiedyś pełniłem funkcję wiceprezesa tej instytucji. Jednak minęło już chyba wystarczająco dużo czasu, abym mógł się teraz wypowiedzieć. Powiem wprost: popełniono szereg błędów.

Na czym one polegały?

- Np. osobiście nie zgodziłbym się, aby przekazywać Funduszowi Walutowemu 6 mld euro z polskich rezerw dewizowych na pożyczki dla państw dotkniętych problemami gospodarczymi. To był błąd!

- Negatywnie oceniam również podwyżkę stóp procentowych. Mówiłem wielokrotnie, że takie posunięcie pogorszy kondycję rodzimych przedsiębiorców. Raz nawet stwierdziłem dosadnie, że jest to kop, który uderzy w "krocze" polskiej gospodarki. Od ponad roku otrzymujemy czytelne sygnały, że polska gospodarka może spowolnić, a przy wystąpieniu ekstremalnego scenariusza, nawet się załamać. Podwyższanie stóp procentowych w kontekście takiej sytuacji jest nieporozumieniem. Ten krok nie ma uzasadnienia nawet przy wzięciu pod uwagę okoliczności, w których inflacja wzrosła do 4,5 proc., bo wiadomo, że gdy nadciągnie recesja, poziom inflacji spadnie. Nie jest obecnie możliwy wariant, aby w warunkach recesji, wskaźnik inflacyjny był wysoki. Osobiście obniżyłbym stopy procentowe o mniej więcej 2 pkt, czyli z poziomu 4,7 do 2,5. Potrzebne jest działanie wyprzedzające, przygotowujące polską gospodarkę na potężne tąpnięcie koniunktury, które nadejdzie w przyszłym roku.

Czy kryzys, o którym mówimy, który zawita do Polski, będzie wynikiem jedynie zewnętrznego impulsu płynącego ze strony strefy euro, czy też wewnętrznych mankamentów istniejących w strukturze naszej gospodarki?

- Problemy gospodarcze będą funkcją obydwu tych czynników - zarówno międzynarodowych, jak i krajowych. O ile w 2009 r. za spowolnienie w gospodarce był odpowiedzialny czynnik zewnętrzny, a więc kryzys, który przyszedł ze Stanów Zjednoczonych do strefy euro, a stamtąd do Polski, tymczasem czynnik krajowy podtrzymywał koniunkturę, bo rząd dramatycznie zwiększył wydatki kosztem wzrostu długu publicznego; o tyle teraz uwarunkowania wewnętrzne będą ciągnęły gospodarkę w dół. Dzisiaj nie ma już ani jednego czynnika, który mógłby wspierać polską gospodarkę. Nawet w sferze polityki pieniężnej popełniono błędy poprzez podniesienie stóp procentowych.

- Nadciągający kryzys potrwa o wiele dłużej i będzie bardziej bolesny niż wydarzenia z 2009 r., po upadku Lehman Brothers. Obecnie impuls kryzysowy przyjdzie również z Zachodu, ale polski rząd, ponieważ w międzyczasie narobił długów, zmuszony zostanie do cięcia wydatków i podwyższania podatków. Będziemy mieli do czynienia z twardą polityką fiskalną wywołującą w krótkim czasie dekoniunkturę, która nałoży się na dekoniunkturę atakująca z zewnątrz. Dodatkowo dojdzie jeszcze czynnik wygasających środków unijnych.

W jaki sposób można ocenić skuteczność gospodarowania przez Polskę środkami z Unii Europejskiej?

- W przeciwieństwie do większości krajów korzystających z funduszy pomocowych, rząd polski skumulował wydatki przed EURO 2012. To w dużo większym stopniu niż gdziekolwiek indziej podbiło koniunkturę gospodarczą, ale teraz, kiedy przyjdzie kryzys, tąpnięcie będzie dużo głębsze. Powołując się na rządowe dane można stwierdzić, że wydatki ze wspólnego budżetu Unii Europejskiej wyniosły w ubiegłym roku 80 mld zł, w bieżącym będzie podobnie - prawie 80 mld, zaś w następnych dwóch latach nastąpi gwałtowny spadek do 40 mld, a niewykluczone, że jeszcze głębszy.

- Później nastąpi nowa perspektywa finansowania i stawiam tezę, chociaż nie śledzę unijnych negocjacji, nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, nie uczestniczę w tym procesie, jak choćby komisarz Lewandowski czy minister Bieńkowska, jednak jako makroekonomista twierdzę, że kryzys będzie tak ciężki, tak głęboki i tak długi, a w ślad za tym recesja również niesłychanie dokuczliwa, że środki, które Polska otrzyma w ramach nowej perspektywy finansowej, będą dużo niższe, niż dzisiaj się sądzi.

- Szacuję, że rozmiary finansowania ukształtują się na poziomie o połowę mniejszym, czyli wyniosą nie 300 mld zł, tylko dużo mniej. Oczywiście jakieś środki do nas wpłyną, bo Unia Europejska całkowicie nie porzuci polityki solidarnościowej, ale skala pomocy będzie znacznie skromniejsza. A już na pewno pieniądze nie zostaną przeznaczone na infrastrukturę - asfalt czy beton (o tym zapomnijmy), tylko na wspieranie innowacyjności. Niestety, w tej dziedzinie jesteśmy bardzo słabi.

Dlaczego tak się dzieje? Co powoduje, że polskie przedsiębiorstwa nie wprowadzają innowacji?

- Na przestrzeni dwóch ostatnich lat przeprowadziliśmy w ramach zespołów badawczych Uczelni Vistula kilka badań. Przeanalizowaliśmy kluczowe obszary polskiej gospodarki pod kątem innowacyjności. Okazało się, że pomimo wydania 10 mld euro środków unijnych, poziom innowacyjności w polskich przedsiębiorstwach zmalał. Instytucje obsługujące fundusze wspólnotowe dają łatwe pieniądze, z kolei firmy wyspecjalizowały się w ich pozyskiwaniu. Niestety, nie zawsze idzie to w parze z racjonalnym inwestowaniem. Np. w szkolnictwie wyższym wydano potężne środki, ale w efekcie tego transferu powstały jedynie piękne, wyposażone w klimatyzację aule, lecz nie uzyskano setek milionów czy nawet miliardów złotych wpływów z tytułu skomercjalizowanych innowacji.

- Dzieje się tak dlatego, gdyż miarą sukcesu polityki gospodarowania funduszami unijnymi nie były realne, namacalne efekty, lecz rozmiary wydanych pieniędzy. Rząd ogłosił wielki sukces, bo rozdysponowano wszystkie środki, w tym miliardy na asfalt, beton i klimatyzowane sale. Nabudowano mnóstwo różnego rodzaju obiektów, tymczasem liczba studentów, wg prognoz OECD, spadnie w 2025 r. nawet o 40 proc. Kto będzie studiował w tych wszystkich budynkach?! Niewykluczone, że niektóre uczelnie zaczną mieć problem z utrzymaniem nadmiernie rozbudowanej infrastruktury. Nie znajdą pieniędzy, aby eksploatować klimatyzacyję. I to jest właśnie patologia!

- Podobnie dzieje się z firmami. W jednym z moich raportów zamieściliśmy wywiad z prezesem "Intel Capital", wielkiego funduszu zarabiającego na inwestowaniu w innowacje, który mówi wprost, że większość polskich spółek pozyskujących pieniądze z funduszy unijnych, po prostu zbankrutuje. Stwierdził dosadnie, że w żaden z tych projektów swoich pieniędzy by nie włożył. To nie jest moja ocena, tylko fachowca w autoryzowanej publikacji, który zjadł przysłowiowe "zęby" na inwestowaniu w podmioty technologiczne i zarobił na tym olbrzymie pieniądze.

Była jakaś reakcja na ten raport?

- Owszem, decydenci obrazili się. Zamiast zrozumieć istotę problemu, woleli zademonstrować swoje niezadowolenie.

Ciąg dalszy wywiadu z prof. Krzysztofem Rybińskim znajdziesz tutaj

Gazeta Finansowa

http://m.interia.pl/biznes/news,1831057,5434


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przeczytajmy..... podumajmy. Co dalej?
PostNapisane: 29 sie 2012, 05:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Tylko skrajnie antypolski i antyludzki rząd jest w stanie dopuścić aż do takich nieprawidłowości i nadużyć. Tylko agenci wrogich Polsce państw mogą bez skrupułów realizować tak okrutne i bezwzględne wyniszczanie polskiej oddolnej inicjatywy.

Już dawno powinniśmy to przerwać i zacząć od nowa budować po naszemu, pomyślność naszej Ojczyzny.


Plajty na rządowe zamówienia

Do drzwi oszukanych podwykonawców zatrudnionych przy budowie autostrad pukają komornicy. Ustawa, która miała im pomóc, jest martwym prawem.

Choć ustawa mająca pomóc podwykonawcom, którym główni wykonawcy autostrad nie zapłacili za prace, obowiązuje od dwóch miesięcy, to przedsiębiorcy wciąż czekają na pieniądze. Miała je wypłacić, ale nie wypłaca, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Czekać natomiast nie chcą urzędy skarbowe.

Przedsiębiorcy muszą zapłacić podatki od faktur, za które zapłaty nie otrzymali, skarbówka zajmuje im firmowe rachunki bankowe, a do drzwi właścicieli oszukanych firm pukają komornicy.

Gdy pod koniec czerwca Sejm uchwalił ustawę, na mocy której podwykonawcy budowy autostrad mieli otrzymać od Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad należne im środki za wykonane na budowach prace - a GDDKiA w późniejszym czasie miała dochodzić należności od nierzetelnych wykonawców - minister transportu Sławomir Nowak wystąpił w Sejmie z widowiskową mową dziękczynną do posłów za uchwalenie ustawy.

Wręcz jednogłośnie przeszła ona przez parlament, mimo że legislatorzy sejmowi zwracali uwagę na rażące błędy w projekcie, a opozycja wytykała, iż obiecywana przez rząd pomoc zostaje ustawowo ograniczona do dość wąskiej grupy poszkodowanych budowniczych autostrad.

Sytuacja przedsiębiorców była jednak na tyle poważna, że posłowie zgodnie zdecydowali się poprzeć inicjatywę, która może pomóc chociaż części poszkodowanych. Podczas kolejnej kampanii wyborczej minister Nowak będzie zapewne chwalił się, jak bardzo pomógł będącym w potrzebie podwykonawcom autostrad, a premier Donald Tusk pewnie nie będzie posiadał się z zachwytu nad ekipą Platformy, która tak wielką troską otoczyła "zwykłych przedsiębiorców".

Rządowa propaganda jednak sobie, a rzeczywistość sobie. Poszkodowani przedsiębiorcy wciąż czekają na obiecane pieniądze. Czekać natomiast nie chcą inne, szeroko rozumiane organa państwa. Urzędy skarbowe żądają od przedsiębiorców zapłaty podatku VAT i podatku dochodowego na podstawie faktur, za które tym przedsiębiorcom nie zapłacono, a więc od pieniędzy, których ci nie otrzymali.

Od niezapłaconych podatków naliczonych od nieotrzymanych przez przedsiębiorców pieniędzy naliczane są odsetki karne, a aby dochodzić należności przed sądem przedsiębiorcy muszą zapłacić - na poczet opłat sądowych - kilka procent dochodzonej kwoty.

Zdaje się jednak, iż rządzący sprawę pomocy podwykonawcom uznali za załatwioną z chwilą podpisania stosownej ustawy przez prezydenta. Dziś partia rządząca ma chyba "pilniejsze" zajęcia i przekraczając coraz to dalsze granice żenady, organizuje kolejne konferencje pod tytułem "Polskość według prezesa PiS" oraz zajmuje się analizą wypowiedzi posła partii opozycyjnej, czym dostarcza zaprzyjaźnionym telewizjom materiału do głównych wydań programów informacyjnych, by wspólnie tworzyć obraz wirtualnej rzeczywistości.


Głos poszkodowanym przedsiębiorcom - zapraszając ich do Sejmu - oddała opozycja. Firma Marcina Wołka była podwykonawcą na budowie autostrad A2 i A4. Przedsiębiorca tłumaczy, iż współpracował zarówno z chińską firmą COVEC, DSS, Hydrobudową i Poldimem. Chińczycy z Polski uciekli, pozostałe trzy firmy upadły.

- Firmę, którą budowaliśmy latami wspólnie z kolegą, polski rząd przez nieudolność w doborze wykonawców doprowadził do ruiny - stwierdził Wołek.

- Jest to również niezrozumiałe dla mnie, dlatego że wszyscy wiemy, iż autostrady w naszym kraju w 70 procentach są finansowane ze środków pochodzących z Unii Europejskiej. Ja za wykonane usługi muszę odprowadzić podatek VAT w wysokości 23 proc. oraz podatek dochodowy w postaci 19 procent. Jeżeli 70 proc. kwoty, którą przeznaczamy na budowę autostrad, pozyskujemy ze środków zewnętrznych, a przedsiębiorcy tacy jak ja, którzy uczestniczą w tym procesie budowlanym, w postaci podatków odprowadzą z powrotem kwotę około 40 proc., więc rząd, na który oddawałem głosy, ma za zadanie tylko gospodarnie dysponować tymi środkami, których de facto nie wykłada bądź wykłada na okres nie tak długi - mówił Wołek.

Przedsiębiorca zaznaczył, że gwoździem do trumny jego firmy stały się błyskawiczne działania urzędu skarbowego, który domaga się zapłaty podatków od kwot, których przedsiębiorca nie otrzymał.

- W ciągu sześciu dni dostałem wezwanie do zapłaty podatków od kwot, których nie otrzymałem. To jest kompletna paranoja i nie potrafię zrozumieć tego, jak państwo w sposób bezwzględny wymusza na nas zapłacenie podatków od kwot, których nie otrzymaliśmy. Są to sumy, które urząd skarbowy zajmuje bez postanowienia jakiegokolwiek sądu. Po prostu zajmuje nam rachunek bankowy, uniemożliwiając prowadzenie dalszej działalności. (...) Od sum, które my mamy do zapłacenia urzędowi skarbowego, niestety musimy zapłacić też odsetki karne - stwierdził Wołek.

Zaznaczył, iż "kompletnie niezrozumiałą sytuacją jest konieczność zapłaty w sądzie 5 proc. od żądanych od dłużnika sum".

- Jeżeli od 10 milionów złotych, których nie otrzymaliśmy, musimy zapłacić podatek VAT i jeszcze wyciągnąć pół miliona złotych na opłacenie wniosku w sądzie, to ja zadaję pytanie: w jaki sposób mamy egzystować. Podjąłem wspólnie z kolegą decyzję o sprzedaży firmy - 40 maszyn budowlanych do końca miesiąca będzie na licytacji za granicą - mówił rozżalony Wołek. Pracę ma stracić 60 osób.

Poszkodowanym przy budowie autostrad stał się też Jerzy Kasprzyk.

- Mam firmę od 30 lat i jeszcze w takich warunkach nie działałem - ocenił.

Zaznaczył, że złożył już dokumenty w krakowskim oddziale GDDKiA, by otrzymać obiecaną ustawą pomoc. W oczekiwaniu na należności przedsiębiorcy pikietują siedzibę Generalnej Dyrekcji.

- Nic się nie robi, żeby nas ratować. Ja mam pensjonat i zamierzam go sprzedać, żeby się ratować. 30 lat na to pracowałem. To jest nienormalne - mówił Kasprzyk.

Zaznaczył, że koledzy z branży pracujący na budowie autostrad A2 i A4 mówią o analogicznych sytuacjach.

- Po prostu wyprzedają swój majątek za bezcen z uwagi na to, że muszą ratować rodzinę, firmę, żeby nie weszli komornicy. Trzeba się spieszyć, bo jak komornik wejdzie, to jakby Pana Boga za nogi chwycił, bo sprzeda koledze czy komuś innemu sprzęt za niską cenę. Pytam: w jakim kraju ja żyję i kto w tym kraju rządzi? Bo premier nasz mówi, że on nic nie może, że "nie umiecie umów czytać, nie umiecie negocjować". Ale mamy zlecenie państwowe za społeczne pieniądze i premier nic nie może zrobić? Premier wszystko może zrobić - mówił Kasprzyk.


Sprawa załatwiona?

Pospieszyć rząd w wykonaniu rządowej ustawy o pomocy podwykonawcom chce Prawo i Sprawiedliwość, które przygotowało projekt rezolucji Sejmu w tej sprawie.

"Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wzywa Radę Ministrów do podjęcia zdecydowanych i natychmiastowych działań zmierzających do wykonania ustawy o spłacie niektórych niezaspokojonych należności przedsiębiorców wynikających z realizacji udzielonych zamówień publicznych" - czytamy w projekcie rezolucji.

Wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Infrastruktury Andrzej Adamczyk poinformował, że zaniepokojony sytuacją klub PiS 2 sierpnia wystosował pismo do premiera z pytaniem, kiedy przedsiębiorcy otrzymają obiecane pieniądze.

- W imieniu pana premiera odpowiedzi udzielił pan wiceminister transportu Tadeusz Jarmuziewicz. Okazuje się, że rząd nie widzi żadnego problemu. Najważniejsze to dobrze obiecać, niekoniecznie trzeba to dać - ocenił Adamczyk.

W piśmie podpisanym przez wiceministra Jarmuziewicza datowanym na 17 sierpnia br. czytamy m.in., iż wiceminister nie zgadza się z opinią, że działania rządu w obszarze podwykonawców mają charakter "skandalicznego zaniedbania".

- Zarówno resort transportu, jak i cała Rada Ministrów podjęła działania w trybie pilnym, zarówno legislacyjne, jak i praktyczne, mające na celu rozwiązanie problemu nieuregulowania lub nieterminowego regulowania należności podwykonawcom przez wykonawców - stwierdził wiceminister Jarmuziewicz.

Artur Kowalski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... ienia.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przeczytajmy..... podumajmy. Co dalej?
PostNapisane: 13 wrz 2012, 19:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Czy takiej Polski chcieliśmy? Czy o takiej Polsce marzyliśmy?

Daleko od raju: Zatrzymać hiperwyzysk

Jeśli wielkim zagranicznym sieciom handlowym uda się zablokować działalność związków zawodowych, to hipermarkety staną się dobrze zorganizowanymi obozami pracy.

Administrowany przez NSZZ Solidarność portal www.hiperwyzysk.pl istnieje już od blisko roku. Przedsięwzięcie jest pożyteczne z dwóch powodów. Pracownikom obecnych w Polsce transnarodowych sieci handlowych umożliwia bezpieczne zgłaszanie wszelkiego rodzaju problemów czy trudności, jakie z powodu pracy w tym sektorze stają się ich udziałem.

Wśród pracodawców, którzy najczęściej trafiali na listę portalu, znajdują się Tesco Polska (176 zgłoszeń), Carrefour Polska (123 przypadki), Real Polska (84) i Jeronimo Martins Polska (63 zgłoszenia). To właśnie te firmy przodują w niechlubnej rywalizacji, następne za nimi sieci Kaufland i Auchan mają już o połowę mniej zgłoszeń niż czwarty na liście koncern portugalski (po 34 każda). Oznacza to, że na czołową szóstkę przypada ponad pięćset (514), z około sześciuset zgłoszeń, a to skłania do wniosku, że mamy do czynienia z prawidłowością, a nie czysto losowym rozkładem zdarzeń.

Polscy pracownicy sieciówek częściej skarżyli się na pracę wykraczającą poza ustalony zakres obowiązków, przemęczenie, złe odnoszenie się kadry zarządzającej, z mobbingiem włącznie, także na związany z tym stres – niż na zbyt niskie zarobki. A nagminne zastępowanie stałych pracowników osobami z firm zewnętrznych, nadmierne manipulowanie czasem pracy oraz dyskryminacja za przynależność do związków sprawiają, że pracę w sieciach handlowych często postrzega się w Polsce jako nowoczesną formę niewolnictwa.

Carrefour Polska: swoich zwalniamy

Kadra długoletnich pracowników, którzy zaczęli pracę w sieciach marketów i dyskontów zaraz po ich wejściu na polski rynek, stale się wykrusza. I to wcale nie z powodów naturalnych, pokoleniowych, bo wielkie zagraniczne firmy handlowe trafiły do nas dopiero kilkanaście lat temu.

– Dziś chyba nie ceni się doświadczenia pracownika, ani jego wiedzy, bo zbyt często zastępuje się go osobą z agencji pracy tymczasowej – mówi Alicja Forysiak, przewodnicząca MOZ „S” w Carrefour Polska. – Trudno przecież oczekiwać, żeby wymagającego klienta obsłużył fachowo ktoś, kto nie zna specyfiki pracy w handlu ani nawet nie stara się jej poznać. Zresztą dlaczego miałby to robić? Pracuje tu tylko chwilowo, za niewielkie pieniądze, więc nie czuje szczególnego związku z firmą.

Polityka tzw. cięcia kosztów sprawia, że w sklepach sieci handlowych coraz częściej pracują starsze panie: emerytki i rencistki, bo pracodawcom ich zatrudnianie się opłaca. Chętnie też zatrudnia się niepełnosprawnych, niekiedy do zajęć, które zamiast dać im poczucie samorealizacji i społecznej przydatności, mogą stać się raczej źródłem emocjonalnego dyskomfortu. Dotyczy to zwłaszcza pracy na stanowiskach kasowych.

Elastyczność: panaceum czy patologia

Z perspektywy „S” w polskiej sieci Carrefour, praca ponad siły i stres wywołany niepewnością zatrudnienia (pracowników na umowach zastępuje się ludźmi z firm zewnętrznych), to najbardziej palący problem. Ważniejszy nawet od zarobków, które przecież w tej firmie pozostawiają wiele do życzenia.

– Redukcja kasjerów, która trwała od jesieni do marca, miała na celu zastąpienie osób na umowach, pracownikami z agencji, bo takim, gdy w sklepie nie ma ruchu, można powiedzieć, teraz idź do domu i przyjdź rano – wyjaśnia Paweł Skowron, wiceprzewodniczący Solidarności w Carrefourze.

Niższe koszty zatrudnienia, dyspozycyjność, pełna elastyczność harmonogramu godzin pracy, wreszcie brak jakichkolwiek uprawnień pracowniczych czy socjalnych pracowników z firm zewnętrznych czynią ich bardzo atrakcyjną siłą roboczą.

– Ale to, co jest atutem dla pracodawcy widzącego w cięciu kosztów panaceum na wszelkie zło, dla zatrudnionych, także tych z agencji, staje się udręczeniem, a w wymiarze społecznym każe mówić o daleko posuniętej patologizacji rynku pracy – ocenia Skowron.

Milczenie wilków

Mimo pewnych trudności, jakie przeżywał ostatnio francuski gigant handlowy (druga co do wielkości obrotów po amerykańskim Wal-Marcie firma w świecie), polski segment Carrefoura zwiększył sprzedaż i zysk. Jednocześnie w ciągu kilku ostatnich lat zbił zatrudnienie z 25 do niespełna 15 tysięcy własnych pracowników.

Trzeba jednak pamiętać, że zyski dla Carrefoura wypracowuje także kilka tysięcy zatrudnionych przez agencje pracy tymczasowej. Związkowcy oceniają, że co czwarty, a może nawet co trzeci zatrudniony w sklepach ich sieci nie jest pracownikiem firmy, co oznacza, że ogólne zatrudnienie sięga w firmie około 20 tys. osób.

To wielkości szacunkowe, ale trudno o inne, skoro biuro prasowe Carrefour Polska, mimo zapewnień, że właśnie przygotowują odpowiedź na pytania „TS”, żadnych danych do czasu zamknięcia numeru nam nie udostępniło.

Siódme poty, krociowe zyski

– Osoby z agencji trzeba przyuczyć i ten obowiązek spada na nas. A ponieważ rotacja wśród nich jest dość duża, to i nam przybywa sporo dodatkowych zajęć – tłumaczy powody swego chronicznego przemęczenia stały pracownik Carrefoura. – Nieraz, gdy człowiekowi już naprawdę brak sił, kierownik działu czy sklepu mobilizuje nas do pracy krzykiem.

Ale nadmierne przeciążenie obowiązkami, niskie zarobki czy praca pod presją, to w zasadzie bolączka pracowników wszystkich sieci. Szczególne rozżalenie osób zatrudnionych w handlu sieciowym wywołuje fakt, że wykonawcami rygorystycznej strategii cięcia kosztów i wypracowywania zysków dla zagranicznego pracodawcy, jest polski menedżment średniego i wyższego szczebla.

– Wiemy przecież, że zalecenia przychodzą z zagranicznej centrali, ale wyciskaniem siódmych potów i krociowych zysków dla sieciówek zajmują nasi rodacy, którzy dla swoich osobistych korzyści, bo owszem, płacą im za to naprawdę dużo, są gotowi zapomnieć nie tylko o zwykłej przyzwoitości, ale również o obowiązującym w Polsce prawie – mówi „TS” pracownik jednej z największych sieci.

Jeronimo Martins Polska: Zeznania uczciwego menedżera

Na szczęście, nie zawsze tak się dzieje. Rafał Kieca, 30-letni politolog z Sosnowca, który był zatrudniony w Jeronimo Martins Polska (sklepy Biedronka oraz sieć aptek Bliska i drogerii Hebe) na stanowisku menedżera do spraw relacji pracowniczych i tworzenia polityki związkowej, nie potrafił zaakceptować jawnie antyzwiązkowych, choć oczywiście kamuflowanych przez firmę poczynań. Kieca zapisał się do Solidarności i zeznawał w sądzie na korzyść Roberta Tobolskiego, któremu nie przedłużono umowy o pracę w JMP za przynależność do organizacji związkowej.

– Powód, jak i inne 53 osoby, będące członkami NSZZ Solidarność, nie otrzymały propozycji przedłużenia umowy o pracę jako element systemowego działania pracodawcy. Była to zaplanowana, świadoma akcja wymierzona przeciwko NSZZ „S”, w celu zmniejszenia liczebności związku oraz dla stworzenia wśród członków i sympatyków związku przekonania, że członkostwo w związku zawodowym może oznaczać problemy, łącznie z możliwością utraty zatrudnienia – mówił Rafał Kieca podczas rozprawy przed sądem pracy w Ciechanowie, 17 kwietnia 2012 roku.

Świadek Kieca zeznał, że według wiedzy, którą dysponuje, decyzja o antyzwiązkowej akcji została „podjęta na najwyższym poziomie zarządzania w firmie”. Powiedział też, że istniejące w JMP procedury antydyskryminacyjne i antymobbingowe nigdy dotąd nie zadziałały na rzecz poszkodowanych pracowników. W ocenie świadka, te procedury, choć formalnie istnieją, praktycznie są martwe.

W stronę Trzeciego Świata

Organizacja związkowa „S” w Jeronimo Martins ma nadzieję, że ujawnienie przed sądem antyzwiązkowej strategii w polskiej części handlowego potentata z Portugalii pozwoli zatrzymać i wyeliminować skrywaną, lecz w świetle naszego prawa krajowego nielegalną próbę rugowania związków zawodowych z firmy.

– Jeśli wielkim zagranicznym sieciom handlowym uda się blokada działalności związków zawodowych, to w praktyce staną się one dobrze zorganizowanymi obozami pracy – powiedział Alfred Bujara, przewodniczący krajowej sekcji handlu „S”, komentując ujawnienie antyzwiązkowych poczynań w portugalskim koncernie. – Sytuacja jest krytyczna. Bez pomocy polityków, bez poprawienia prawa, które dziś zapewnia pracodawcom przewagę i poczucie bezkarności, rynek pracy w Polsce będzie szybko zmierzał w stronę Trzeciego Świata.

Według portugalskiego miesięcznika „Exame”, najbogatszym człowiekiem Portugalii jest Alexandre Soares dos Santos, prezes grupy Jeronimo Martins. Jego majątek, oceniany dziś na 2,07 miliarda euro, w roku 2004 szacowano tylko na 330 mln euro. Szybki wzrost fortuny eksperci wiążą głównie z dobrymi wynikami finansowymi koncernu w Polsce, przypominając, że sieć dyskontów Biedronka zapewnia przeszło 61 proc. obrotów całej grupy JM. Tylko w ciągu ostatniego roku majątek Soaresa dos Santosa wzrósł o 8 proc.

„Tygodnik Solidarność” nr 33, z 10 sierpnia 2012

czytaj także

http://waldemar-zyszkiewicz.pl/index.ph ... &Itemid=56

http://piszesie.salon24.pl/444462,dalek ... iperwyzysk


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przeczytajmy..... podumajmy. Co dalej?
PostNapisane: 24 wrz 2012, 07:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Debata nad alternatywą

Udziału ponad 30 ekonomistów spodziewa się Prawo i Sprawiedliwość w dzisiejszej debacie w Polskiej Akademii Nauk nad zaproponowanym przez tę partię na początku września programem społeczno-gospodarczym. Dyskusja koncentrować ma się przede wszystkim na propozycjach zmian w finansach publicznych, podatkach, polityce prorodzinnej i reformie rynku pracy.

Większość zaproszonych przez prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego potwierdziła swój udział w dzisiejszej debacie nad propozycjami największej partii opozycyjnej w dziedzinie przede wszystkim gospodarki. W ocenie PiS, mają one stanowić alternatywę dla programu realizowanego przez obecnie rządzących.

Wiceprezes PiS Beata Szydło informowała, iż swoją obecność potwierdziło ponad 30 z zaproszonych gości. Na liście osób, które w ocenie prezesa PiS mogłyby wnieść cenne uwagi do zaproponowanych przez jego partię inicjatyw, znaleźli się: Grażyna Ancyparowicz, Mariusz Andrzejewski, Andrzej Bratkowski, Elżbieta Chojna-Duch, Adam Glapiński, Zyta Gilowska, Jerzy Hausner, Leszek Balcerowicz, Marek Belka, Ryszard Bugaj, Witold Dąbrowski, Mirosław Gronicki, Robert Gwiazdowski, Ireneusz Jabłoński, Andrzej Kaźmierczak, Stanisław Kluza, Grzegorz Kołodko, Stanisław Gomułka, Jerzy Osiatyński, Ryszard Petru, Krzysztof Rybiński, Cezary Kosikowski, Jerzy Kropiwnicki, Elżbieta Mączyńska, Cezary Mech, Witold Modzelewski, Józef Olesiński, Leokadia Oręziak, Stanisław Owsiak, Andrzej Rzońca, Andrzej Sadowski, Janusz Szewczak, Teresa Lubińska, Andrzej Wernik, Jan Wojtyła, Andrzej Wojtyna, Anna Zielińska-Głębocka, Marek Zuber i Jerzy Żyżyński.

Odczytując listę zaproszonych, Kaczyński zaznaczył, iż znajdują się na niej osoby zarówno życzliwie nastawione do propozycji PiS, jak też takie, które krytycznie odnosiły się do samego Prawa i Sprawiedliwości, oraz do pomysłów ekonomicznych PiS. Jarosław Kaczyński, zapowiadając organizację debaty, podkreślał, iż "chodzi o poważną dyskusję, a nie rozmowę w ramach przedsięwzięć propagandowych". Beata Szydło poinformowała, że zaproszenia nie przyjęli m.in. Leszek Balcerowicz i Grzegorz Kołodko.

- Prezes Narodowego Banku Polskiego Marek Belka zadeklarował, iż jest gotów spotkać się z klubem PiS, natomiast w poniedziałkowej debacie nie będzie mógł wziąć udziału - poinformowała Szydło. Były wiceminister finansów Stanisław Gomułka deklarował publicznie, że w debacie weźmie udział i będzie się starał przekonać Jarosława Kaczyńskiego do zmiany propozycji Prawa i Sprawiedliwości. Do zaproszonych przez PiS gości z listem zwrócił się minister finansów Jacek Rostowski, który zaproszenia od Jarosława Kaczyńskiego nie otrzymał. Ministrowi finansów wystarczyło kilka dni, aby "obliczyć" - o czym przekonywał podczas konferencji prasowej - że propozycje Prawa i Sprawiedliwości to "piramida finansowa", a ich realizacja oznaczałaby "katastrofę". Swoje obliczenia przesłał zaproszonym przez prezesa PiS gościom.

Co postuluje PiS?
Wśród propozycji przedstawionych na początku września przez Prawo i Sprawiedliwość znalazły się m.in.: wprowadzenie nowych ustaw podatkowych, jednakże bez zamiaru zmiany stawek podatkowych. PiS zaproponowało ulgi proinwestycyjne dla przedsiębiorstw - dochody przeznaczane na inwestycje nie byłyby opodatkowane; wprowadzenie - być może tylko czasowe - podatku obrotowego, który płaciłyby sieci hipermarketów i banki; uproszczenie deklaracji podatkowych i określenie kosztów, które każdy mógłby odliczać od dochodów.

W ramach reformy rynku pracy PiS proponuje wprowadzenie 10-letniego programu zatrudnienia, który funkcjonowałby w mniejszych ośrodkach, na terenach ekonomicznie degradowanych, gdzie o pracę jest najtrudniej. Prawo i Sprawiedliwość obiecuje w wyniku jego realizacji 1,2 miliona nowych miejsc pracy. W ramach redukcji kosztów pracy zaproponowało m.in. czasowe obniżenie składek na ubezpieczenie społeczne dla wchodzących na rynek młodych ludzi i obniżenie - o 2 punkty procentowe - podniesionej przez ekipę Donalda Tuska składki rentowej płaconej za pracowników przez pracodawców.

PiS zapowiedziało także modyfikację ulgi na dzieci tak, aby rodziny mogły z niej realnie korzystać. Obecnie część rodzin o stosunkowo niskich dochodach ulgi na dzieci nie jest bowiem w stanie w pełni wykorzystać. Osiąga bowiem zbyt małe dochody, aby móc ją w całości odliczyć. Jarosław Kaczyński zapowiadał, iż ulga obowiązywałaby od dnia poczęcia dziecka. PiS zapowiedziało także ułatwienia w dostępie do żłobków i przedszkoli, likwidację gimnazjum i powrót do systemu z ośmioklasową szkołą podstawową i czteroklasową szkołą średnią.

Prawo i Sprawiedliwość proponuje również: wsparcie ze strony państwa nabywania własnego mieszkania, likwidację Narodowego Funduszu Zdrowia i przejęcie finansowania służby zdrowia przez budżet państwa, powrót do wieku emerytalnego 65 lat dla mężczyzn, 60 dla kobiet, przy jednoczesnym utrzymaniu dobrowolności pracy do 67. roku życia, oraz umożliwienie Polakom powrotu z systemu otwartych funduszy emerytalnych do ZUS. Postuluje także zwrot podatku zapłaconego przez emerytów pobierających najniższe świadczenia - do 1 tys. złotych. Jarosław Kaczyński zapowiadał, że zaprezentowane propozycje jeszcze nie są pełne i będą uzupełniane.

Artur Kowalski

http://www.naszdziennik.pl/ekonomia-fin ... atywa.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przeczytajmy..... podumajmy. Co dalej?
PostNapisane: 25 wrz 2012, 06:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Praca - dzieci - podatki

Prawo regulujące wyliczanie i zbieranie podatków w naszym kraju jest przestarzałe i należy je zmienić - zwracali uwagę ekonomiści przybyli na debatę zorganizowaną przez Prawo i Sprawiedliwość.

Do największych wyzwań naukowcy i przedsiębiorcy zaliczyli poradzenie sobie z sytuacją demograficzną w naszym kraju i rosnącym bezrobociem. Na zaproszenie Prawa i Sprawiedliwości ekonomiści dyskutowali wczoraj o propozycjach tej partii dotyczących przede wszystkim podatków, polityki prorodzinnej i rynku pracy.

Takiej debaty dawno w Polsce nie było. Spotkanie ekspertów znanych z pierwszych stron gazet to efekt zaproszenia wystosowanego przez Jarosława Kaczyńskiego do oceny pomysłów PiS dotyczących głównych sfer życia społecznego i gospodarczego i mających być alternatywą dla programu realizowanego przez obecnie rządzącą koalicję. Najwięcej miejsca w zaprezentowanych przez PiS propozycjach zajmują regulacje dotyczące systemu podatkowego. Przedstawiając na początku września inicjatywy swojej partii, prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński podkreślał, że "żeby w ogóle cokolwiek w Polsce zrobić, trzeba na nowo zorganizować finanse publiczne".

PiS proponuje m.in. nową ustawę o podatku dochodowym - w jednym akcie prawnym miałyby się znaleźć funkcjonujące obecnie w odrębnych ustawach przepisy dotyczące podatku dochodowego od osób fizycznych oraz od osób prawnych (przedsiębiorstw). Na nowo Prawo i Sprawiedliwość chce też uregulować podatek VAT. Nie proponuje jednak żadnych zmian stawek podatkowych. Ideą zmian miałoby być m.in. zwiększenie pewności podatników, że stosując się do przepisów, prawa nie łamią. Obecnie, ze względu na różne interpretacje podatkowe, wcale nie jest to takie pewne.

PiS obiecało m.in. jasne zdefiniowanie tego, "co i jak będzie opodatkowane". Wśród konkretnych propozycji tej partii w dziedzinie podatków znalazła się inicjatywa prowadzenia polityki proinwestycyjnej. PiS postuluje m.in., aby dochody przedsiębiorstw, które będą inwestowane, nie były opodatkowane. Dodatkowe dochody do budżetu zapewnić miałoby np. wprowadzenie podatku obrotowego płaconego przez duże sieci marketów i banki. Miałoby to na celu np. uniemożliwienie tym firmom unikania płacenia podatków w Polsce wskutek niewykazywania w naszym kraju zysków.

Prawo i Sprawiedliwość chce również m.in. urealnienia ulgi prorodzinnej, tak aby rodziny mogły z niej korzystać w większym zakresie. Obecnie bowiem rodziny z niższymi dochodami nie są w stanie odliczyć - ze względu na zbyt niski dochód - całości przysługującej im ulgi. Wśród propozycji padła także inicjatywa zwrotu zapłaconego podatku dochodowego emerytom pobierającym najniższe świadczenia - do 1 tys. złotych. Zwracając się do zaproszonych gości, Jarosław Kaczyński stwierdził, że "zgłoszone przez nich uwagi zostaną wysłuchane z pełną pokorą", a w ramach możliwości uwzględnione w propozycjach PiS.

Dyskusja wyraźnie jednak wykroczyła poza ocenę inicjatyw zgłoszonych przez największą partię opozycyjną. Mieliśmy zarówno próbę zdiagnozowania stanu polskiej gospodarki, jej największych problemów, przewidywań na przyszłość, jak i próbę wykładu różnych sposobów podejścia do systemu podatkowego. Poruszono też problem szczegółowych przepisów - co i jak opodatkować.

Stanisław Gomułka z Business Centre Club, który uprzedzając swój udział w debacie, w liście otwartym zapowiedział, że będzie chciał odwieść Jarosława Kaczyńskiego od realizacji części "niebezpiecznych i szkodliwych" propozycji zgłoszonych przez PiS. Oceniał, iż mamy problem z wysokim zadłużeniem czy zbyt małym tempem wzrostu gospodarczego, jednak uczyniliśmy postęp w zmniejszaniu dystansu, jaki dzieli nas od państw Europy Zachodniej. Gomułka pozytywnie ocenił zmniejszanie przez obecny rząd deficytu. Stwierdził, że na pogorszenie sytuacji w ciągu ostatnich lat wpłynęły decyzje rządu PiS - zmniejszenie składki rentowej, wprowadzenie podwójnego becikowego oraz likwidacja jednego progu podatkowego, przyczyniając się do zmniejszenia dochodów budżetowych.

Z kolei prof. Grażyna Ancyparowicz oceniała m.in., że mamy zbyt niski wzrost gospodarczy, aby zapewnić dostateczną liczbę miejsc pracy. Jako błędne oceniła uznanie, by z naszej gospodarki eliminować państwo - w rezultacie zamiast społecznej gospodarki rynkowej mamy gospodarkę "wyłącznie neoliberalną".

Łatwiej debatującym ekonomistom było się zgodzić w kwestii podatków, jednak najwyżej co do tego, że system podatkowy jest nieefektywny i należy go zmienić. Za uchwaleniem ustaw podatkowych "całkiem od nowa" opowiedział się prof. Witold Modzelewski. Tylko wtedy - oceniał - jest możliwość zwiększenia efektywności zbierania podatków i ochrony dochodów podatkowych budżetu państwa. Profesor Andrzej Kaźmierczak z Rady Polityki Pieniężnej pozytywnie odniósł się do propozycji PiS o wprowadzeniu podatku dochodowego, który miałyby płacić banki i sieci hipermarketów. Krytycznie ocenił tę inicjatywę Marek Zuber, mówiąc o wysokim ryzyku przerzucenia kosztów nowych podatków na klientów. Kaźmierczak zaznaczył jednak, że to ryzyko jest ograniczane m.in. przez konkurencję na rynku czy spowolnienie gospodarcze i jeśli jest możliwość zapewnienia dodatkowych dochodów do budżetu, to należy sięgać - jak zakłada ta propozycja - do opodatkowania ponadprzeciętnych dochodów.

Odkupmy banki
Profesor Ryszard Bugaj bardziej filozoficznie rozważał, gdzie należy położyć punkt ciężkości - czy bronić wzrostu gospodarczego, czy też przede wszystkim koncentrować się na walce z długiem i deficytem. Skrytykował Prawo i Sprawiedliwość za wprowadzone przez tę partię zmiany w podatkach. Ocenił, że w ich wyniku mamy "bezprecedensowo nisko obciążone wysokie dochody". Doktor Jerzy Kropiwnicki apelował, by wprowadzając jakiekolwiek zmiany w podatkach, brać jednocześnie pod uwagę partycypację samorządów w dochodach podatkowych, bo te na prowadzonych zmianach mogą stracić.

Kropiwnicki odniósł się również m.in. do systemu bankowego w Polsce. Sformułował mianowicie pomysł, że można rozważyć odkupienie części banków znajdujących się dziś w rękach kapitału zagranicznego. Jak zaznaczył, kryzys gospodarczy pokazał wielki patriotyzm central banków, które wolą lokować w kryzysowym czasie środki na swoich rodzimych rynkach, na czym cierpi nasza gospodarka. Doktor Cezary Mech, finansista, zwracał uwagę, że olbrzymim problemem, przed którym stoimy, jest demografia. W jego ocenie, jest tylko złudzeniem, że starzejące się społeczeństwo będzie w stanie wypracować nam zadowalający wzrost gospodarczy.

Nieefektywny system podatkowy, który dyskryminuje Polaków, krytykował również Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha. Ekonomista zaznaczył, że inne państwa Unii Europejskiej dają już możliwość naszym obywatelom płacenia podatków u siebie, i to na korzystniejszych zasadach - z czego korzystają przede wszystkim najbogatsi. Mówca ocenił jednak, że w największym stopniu system podatkowy dyskryminuje rodzinę - przede wszystkim ze względu na skalę podatku VAT.

Artur Kowalski

http://www.naszdziennik.pl/ekonomia-fin ... datki.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przeczytajmy..... podumajmy. Co dalej?
PostNapisane: 26 wrz 2012, 07:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Puste szuflady Tuska

Debata gospodarcza zorganizowana w poniedziałek przez Prawo i Sprawiedliwość okazała się bardzo pożyteczna. Przede wszystkim dlatego, że pierwszy raz od wielu lat została przeprowadzona tak szeroka publiczna dyskusja o najważniejszych wyzwaniach gospodarczych i społecznych stojących przed Polską.

Oczywiście to, o czym mówili ekonomiści, przewija się od dawna w różnych opracowaniach i publikacjach, w komentarzach, ale po raz pierwszy zostało to zebrane w całość i do tego w świetle kamer. Ekonomiści, prawnicy, przedsiębiorcy - bez względu na poglądy polityczne, a te przecież mają różnorodne - z troską mówili o konieczności gruntownej reformy podatków, o stworzeniu warunków do rozwoju gospodarki i tworzenia nowych miejsc pracy. Z niepokojem pochylali się nad katastrofą demograficzną, jaka zagraża Polsce, nawoływali do przygotowania szerokiego programu wspierania rodzin.

I właśnie ta debata, a nie dziesiątki dyskusji w Sejmie, najbardziej obnażyła porażkę rządu Donalda Tuska, który od pięciu lat ma władzę w Polsce i do tej pory nie przedstawił sensownej propozycji, jak z tymi problemami sobie poradzić, jak je pokonać. Skończyło się na setkach pustych obietnic wyborczych i tych składanych podczas obu exposé w 2007 i 2011 roku. Może gdyby premier Tusk spotykał się od czasu do czasu z takim różnorodnym gronem ekonomistów, jakie zgromadziło PiS, zamiast prowadzić narady ze specami od PR (czytaj propagandy), usłyszałby wiele ciekawych propozycji, z których część mógłby wcielić z powodzeniem w życie dla naszego wspólnego dobra. Premier wolał jednak nic nie robić. Do czasu śmierci Lecha Kaczyńskiego miał bardzo wygodne wytłumaczenie dla swojej bezczynności - zasłaniał się tym, że nie warto wprowadzać reform, bo i tak te ustawy zawetuje prezydent. Po katastrofie smoleńskiej ta wygodna wymówka zniknęła, a reform jak nie było, tak nie ma. Zamiast tego rząd nas nieustannie zadłuża i mami pięknymi słówkami, jak o tej mitycznej "zielonej wyspie wzrostu gospodarczego".

Ponieważ poniedziałkowa debata zburzyła spokój ekipy rządzącej, nie dziwią tendencyjne i często złośliwe komentarze polityków Platformy Obywatelskiej i sprzyjających im mediów. Skoro trudno jest zarzucić ekspertom, że mówili nieprawdę, próbuje się albo bagatelizować znaczenie tego spotkania: że to polityczny spektakl Prawa i Sprawiedliwości, albo wskazywać, że dyskusja była prowadzona w złym kierunku: bo powinno się więcej rozmawiać o propozycjach gospodarczych PiS. A te - jak wyliczył przecież nieomylny minister finansów Jacek Rostowski - rozwaliłyby finanse publiczne. Ku ich rozczarowaniu ekonomiści rozmawiali jednak o prawdziwych problemach, a nie urojonych.

Ale Donald Tusk może jeszcze wynieść z tej debaty korzyści. Jarosław Kaczyński podał premierowi rękę, wyłożył mu na tacy problemy, jakie szef rządu powinien poruszyć w swoim kolejnym "exposé" planowanym na październik. I pokazać, w jaki sposób będzie chciał je z całym rządem rozwiązać. Obawiam się jednak, że Tusk po raz kolejny problem po prostu przemilczy, co najwyżej złośliwie skomentuje działania opozycji. Bo żeby odpowiedzieć na wyzwania wskazane przez ekonomistów, trzeba mieć szuflady pełne dobrych pomysłów. A tych przecież PO nie ma i przez dwa tygodnie ich nie stworzy. Skoro przez pięć lat się nie udało...

Losz Krzysztof

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... tuska.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przeczytajmy..... podumajmy. Co dalej?
PostNapisane: 03 paź 2012, 13:23 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Pytanie o dalsze scenariusze

Marcin Austyn

Z dr. Bogdanem Więckiewiczem, socjologiem z Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Marcin Austyn


Tak liczne marsze jak ten w obronie Telewizji Trwam należy traktować jako sygnał, że źle się dzieje na linii władza - Naród?
- Z pewnością istnieje problem w relacjach pomiędzy sprawującymi władzę a społeczeństwem. Wydaje się, że władza nie rozumie społeczeństwa. A imponująca liczba osób, jaka zgromadziła się na sobotnim marszu, wskazuje, że społeczeństwo oczekuje od rządzących innych działań, innej niż dotąd postawy. To jasny sygnał mówiący, że coś jest nie tak, że społeczeństwo dostrzega pewne problemy, dostrzega działania, które niekoniecznie dobrze mu służą, i chce to zmienić.

Pół miliona uczestników - ta liczba musi dodawać pewności na przyszłość.
- Oczywiście. W Warszawie mieliśmy do czynienia z manifestacją poglądów, ale i siły pewnej opcji społecznej. Ci ludzie postanowili pokazać, że myślą inaczej, że niekoniecznie podzielają drogę obraną przez rządzących. Na taki głos nie można pozostać obojętnym. Nie można marginalizować tych, którzy mają inne poglądy. Wydaje się, że w obecnej sytuacji władzy trudno będzie nie zareagować na tak mocny głos.

Na razie rząd działa wedle własnego uznania, a to powoduje, że problemy się mnożą.
- I ta manifestacja była sygnałem, że społeczeństwo ma poczucie krzywdy, że władza nie rozwiązuje bieżących problemów, tych najpilniejszych. Mamy coraz więcej osób biednych, które sobie nie radzą, a przecież po to jest wybierana władza, by stwarzać mechanizmy pozwalające pomagać tym słabym, będącym w trudnej sytuacji.

Wyjście na ulice to ostateczna forma protestu?
- Sobotnia demonstracja miała charakter bardzo pokojowy i nie sądzę, aby była to ostateczna forma. Było to pokazanie pewnej siły, różnic poglądów w sferze rozwiązywania różnych kwestii dotykających życia społecznego. A może raczej należałoby powiedzieć - protest przeciw nierozwiązywaniu istotnych problemów. Na pewno była to forma ostrzeżenia dla rządzących. Pytanie, jaki będzie scenariusz, jeśli zgłaszane postulaty i problemy ludzi pozostaną bez rozwiązania.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/wp/11441,pyt ... iusze.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 111 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 3, 4, 5, 6, 7, 8  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 6 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /