Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 891 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 56, 57, 58, 59, 60
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Felietony .... na bieżąco.
PostNapisane: 24 lis 2018, 21:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31578
Czasy

Szanowni Państwo!

Czasy mamy takie, że wreszcie można mówić o historii najnowszej, jeśli się nie jest w układach wykluczających mówienie prawdy. W 1945 kacapy (dla poprawnych politycznie – dżentelmeni radzieccy)wyzwalali nas ze wszystkiego, co jeszcze nam ocalało po poprzednim okupancie. Szczególnie upodobali sobie zegarki.

Okrzyk: „dawaj czasy!” był najczęstszym ich zawołaniem. Mołodiec „wyzwalający” Berlin dał się sfotografować z całą kolekcją zegarków na przegubie ręki. To czego nie mogli zrabować, niszczyli też ze szczególnym upodobaniem. Potomkowie „wyzwolicieli” przejawiają podobne upodobanie, zwłaszcza do drogich zegarków, najwyraźniej przetrwało im to w genach.

Czasy się zmieniły, ale mentalność potomków czerwonoarmistów pozostała. Co im Stalin podarował, to Polakom od tego wara. Opanowali wszelkie możliwe urzędy, ich klany i oligarchie są nie do ruszenia.

Widać to dobrze na przykładzie kultury. Od dwudziestu paru lat scenarzystką wszystkich prawie seriali telewizyjnych jest ta sama osoba.

Monopole rodzinne przeszły gładko z socjalizmu do kapitalizmu, niosąc stale komunistyczny sztandar. W tej sytuacji trudno się dziwić, że projekty związane z rozbiórką, lub choćby przebudową PKiN im. Stalina, napotykają ostry sprzeciw.

Pozdrawiam i do następnej soboty

Małgorzata Todd

http://dakowski.pl/index.php?option=com ... Itemid=119


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Felietony .... na bieżąco.
PostNapisane: 22 lut 2019, 16:03 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31578
Za kulisami brawury

Rząd „dobrej zmiany” aż się zachłysnął własną odwagą, wzywając do MSZ panią ambasadoressę bezcennego Izraela w Warszawie i odmawiając udziału w rendez-vous, jakie akurat w Izraelu wyznaczyli sobie członkowie Grupy Wyszehradzkiej. To oczywiście bardzo ładnie, że rząd „dobrej zmiany” jest zdolny do takiej brawury, o którą nigdy bym nie posądzał pana premiera Mateusza Morawieckiego. Ale – powiadają – jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści – więc dlaczego pan premier Mateusz Morawiecki nie miałby być mężny? Nu, dlaczego on nie miałby być mężny? Inna rzecz, że zanim premier Beniamin Netanjahu i izraelski minister spraw zagranicznych Izrael Kac, nie zaczęli nam wymyślać i szkalować Polski, to pan premier nie miał nic przeciwko temu, by – po pierwsze – spotkanie Grupy Wyszehradzkiej odbyło się akurat w Izraelu, a po drugie – by tam skwapliwie pogalopować. Co mu się zatem stało, że teraz odegrał przez nami takie przedstawienie?

Myślę, że główną przyczyną było to, co zarówno rząd „dobrej zmiany”, jak i sam Naczelnik Państwa, a także pan prezydent Andrzej Duda, od co najmniej dwóch lat starannie ukrywają przed polską opinią publiczną – że potajemnie zgodzili się na realizację żydowskich roszczeń majątkowych, szacowanych – jak wiadomo – na ponad 300 miliardów dolarów. Powiem więcej; obawiam się, że obietnica takiej zgody była główną przyczyną podmianki, jaką na polskiej scenie politycznej przeprowadzili pierwszorzędni fachowcy przy niejakiej pomocy trzech kelnerów. Poszlaką uprawdopodabniającą te podejrzenia jest apel, a właściwie żądanie, z jakim podczas warszawskiej konferencji 14 lutego br. poświęconej stworzeniu pozorów moralnego uzasadnienia dla wojny z Iranem, wystąpił amerykański sekretarz stanu Michał Pompeo. Jak wiadomo, wezwał on naszych Umiłowanych Przywódców do niezwłocznego przeforsowania „kompleksowego ustawodawstwa” które bezpodstawnym i hucpiarskim roszczeniom żydowskiego przemysłu holokaustu nadałoby pozory legalności. Najwyraźniej pan Pompeo wie już coś, czego opinia publiczna w Polsce jeszcze nie wie – mianowicie to, że tubylczy rząd „dobrej zmiany” w podskokach podpisał stosowne cyrografy, no a skoro słowo się rzekło, to kobyłka u płotu – jak powiada popularne przysłowie. Ale jakże tu całować kobyłkę w podogonie na oczach całej Polski, w której przecież jest tylu wyznawców Jarosława Kaczyńskiego i jego trzódki? Zbytnia ostentacja mogłaby zrobić złe wrażenie i nawet zachwiać wiarą w patriotyzm Naczelnika Państwa, na którym jedzie on nieprzerwanie bodajże od roku 1990, kiedy to wylansował na prezydenta naszego i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju naszego Drogiego Bolesława, co tak się złości, kiedy nazywają go „Bolkiem”. Co prawda, nieprzejednana opozycja, co to miesiącami nie zdejmuje z siebie przepoconych i zarobaczonych koszulek z napisem „Konstytucja”, nie jest bynajmniej lepsza. Uważam, że to są też sprzedawczykowie, tylko, zdaje się, głupsi od Jarosława Kaczyńskiego, bo wiadomo nie od dzisiaj, że charakterystyczną właściwością idiotów jest szczerość. Najwyraźniej nie pamiętają oni o przestrodze, jakie jeszcze za głęboki komuny udzielał Janusz Wilhelmi, by wystrzegać się pierwszych odruchów, „bo mogą być uczciwe”, to znaczy w tym przypadku nie tyle „uczciwe”, bo skąd u nich uczciwość, tylko po prostu prawdziwe i szczere.

Ale mniejsza z tymi dygresjami. Wróćmy a nos moutons, czyli do sposobów uniknięcia zbytniej, a nawet wszelkiej ostentacji w przygotowaniu „kompleksowego ustawodawstwa” otwierającego drogę do rabunku Polski pod pretekstem realizowania hucpiarskich „roszczeń”. Najprostszym sposobem jest odwrócenie uwagi opinii publicznej, nie tylko poprzez skierowanie jej uwagi na zupełnie inna sprawę, a w dodatku takie, które rządowi „dobrej zmiany” i samemu Naczelnikowi Państwa będzie mogło przysporzyć paru listków do wieńca sławy. Przypuszczam tedy, że Nasz Najważniejszy Sojusznik, być może nawet na prośbę naszych Umiłowanych Przywódców zwrócił się do izraelskiego premiera i jego ministra spraw zagranicznych, żeby Polsce splunęli w twarz. A kiedy oni to – jak przypuszczam – nie bez satysfakcji uczynili, zarówno rząd „dobrej zmiany”, jak i nieprzejednana opozycja stanęły na nieubłaganym gruncie godności narodowej, której będą bronić własną piersią aż do ostatniej kropli krwi. Taka postawa zawsze wywołuje życzliwość sporej części opinii publicznej, bo – jak to jeszcze w XVIII wieku zauważył rosyjski ambasador w Warszawie Otto Magnus von Stackelberg w liście do Katarzyny, o przyzwyczajeniu Polaków do kultu działań pozornych. Toteż kiedy nawet poniewczasie wszyscy się dowiedzą, że rząd „dobrej zmiany” przekazał Żydom Polskę w arendę, to wielu ludzi z przekonaniem będzie dowodziło, że to nie jego wina, że po prostu „tak musiał” – podobnie jak to było z panem prezydentem Lechem Kaczyńskim, który „musiał” ratyfikować traktat lizboński, bo inaczej ktoś starszy i mądrzejszy przełożyłby go sobie przez kolano i wsypał mu na sempiternę porcję solidnych klapsów.

Więc kiedy ta ustawka z izraelskimi obelgami w tle spełniła swoje zadanie i rząd „dobrej zmiany” złożył dowody brawury w obronie Polski, nasz Najważniejszy Sojusznik wezwał bezcenny Izrael oraz władze naszego bantustanu, by już się nie przezywały, tylko się pogodziły, jak przystało na sojuszników Naszego Najważniejszego Sojusznika. I na pewno tak będzie i jeszcze zobaczymy pana premiera Morawieckiego, jak galopuje na spotkanie Grupy Wyszehradzkiej do Jerozolimy, a może tylko do Tel Aviwu – ale dopiero wtedy, gdy „kompleksowe ustawodawstwo” będzie już uchwalone przez Sejm i Senat oraz podpisane przez pana prezydenta Andrzeja Dudę, który po to właśnie został postawiony tak wysoko, by każdy mógł zobaczyć jego małość.

Bo oto kiedy tutaj rząd „dobrej zmiany” staje na zadnich nogach, boksując się z bezcenny Izraelem, właśnie w Paryżu odbywa się konferencja o nowej szkole holokaustu, z udziałem utytułowanych propagandystów w służbie przemysłu holokaustu: „światowej sławy historyka” Jana Tomasza Grossa, Jana Grabowskiego, Barbary Engelking-Boni, Jacka Leociaka, Joanny Tokarskiej-Bakir, Agnieszki Haskiej i Anny Bikont. To może nie zasługiwałoby na uwagę, bo nikt nie może zabronić urządzania konferencji nawet w Paryżu i nawet łajdakom – ale na mieście uporczywie krąża fałszywe pogłoski, jakoby ta konferencja odbywała się również za pieniądze Polskiej Akademii Nauk! Być może pogłoski te są fałszywe, ale niby dlaczego miałyby takie być, skoro rząd „dobrej zmiany” frymarczy pieniędzmi polski podatników na rozmaite żydowskie cmentarze, czy centrum antypolskiej propagandy, dla zmylenia przeciwnika nazwane „Muzeumem Historii Żydów Polskich”? Akompaniują tej konferencji tacy osobnikowie, jak zasuspendowany w swoim czasie przewielebny ksiądz Lemański, który dla przypodobania się Sanhedrynowi, do spółki z Judaszem sprzedałby nawet Pana Jezusa, czy doradca pana Roberta Biedronia. Wprawdzie jeden osobnik nie czyni jeszcze „Wiosny”, ale myslę, ze takich osobników jest tam więcej, a być może stare kiejkuty delegowały tam wszystkich swoich konfidentów – oczywiście z wyjątkiem tych, którym wyznaczyły inne zadania – na przykład w Polskiej Akademii Nauk, albo rządzie „dobrej zmiany”.

Stanisław Michalkiewicz

https://www.magnapolonia.org/za-kulisami-brawury/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Felietony .... na bieżąco.
PostNapisane: 12 maja 2019, 20:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31578
Na drugim brzegu tęczy

Komentarz • tygodnik „Goniec” (Toronto) • 12 maja 2019

Cóż mogą robić polityczni ambicjonerzy, kiedy uprawianie prawdziwej polityki mają surowo zakazane? Ano, muszą wynajdować sobie tematy zastępcze, które w dodatku powinny ułatwiać im prezentowanie „różnic”, chociaż wiadomo, że chodzi o to, by wypić i zakąsić. Toteż gdy emocje towarzyszące poprzednio katastrofie smoleńskiej już się wypaliły i – podobnie jak zgasłe lampy naftowe – wydzielają tylko swąd, kiedy sprawa reparacji wojennych od Niemiec nie potrafi wprawić w euforię nawet klientów pana mecenasa Andrzeja Mularczyka, który na „dążeniu” do uzyskania tych reparacji ma nadzieję uzyskać mandat poselski na następne 4 lata, kiedy wreszcie nieprzejednana opozycja skwapliwie korzysta z okazji, by „siedzieć cicho” w sprawie amerykańskiej ustawy 447 i nawet nie komentuje buńczucznych deklaracji Naczelnika Państwa, premiera Morawieckiego i ministra Brudzińskiego, którzy na wiecach wykrzykują, że nie oddadzą „ani guzika” - w tej sytuacji nie ma rady, jak wrócić do starej recepty „gryzienia proboszcza” - jak to robili francuscy lewacy na przełomie XIX i XX wieku. Przezorniej było nie ekscytować w ówczesnych „żółtych kamizelkach” jakichś pragnień finansowych, więc rzucono im na pożarcie właśnie proboszczów – i tak zaczęła się walka z Kościołem, prowadzona pod wodzą niejakiego Combesa, byłego księdza, z którego – podobnie jak w innych byłych duchownych - wstąpiło siedmiu diabłów, co to wcześniej błąkały się po „miejscach bezwodnych”. Wracając na chwilę do reparacji wojennych, to warto odnotować, że kiedy pan poseł Mularczyk dopiero „dąży” do ich uzyskania, dla Polski niedawno wygrał je w wysokości ponad 800 miliardów dolarów pan Jan Zbigniew hrabia Potocki, twierdzący, że jest prezydentem Polski. Te 800 miliardów tytułem reparacji wojennych od Niemiec zasądził na rzecz Polski Europejski Sąd Arbitrażowy, Sąd Polubowny w Ciechanowie, utworzony przez regionalne Stowarzyszenie Biznesu w Opinogórze.

Skoro tedy rozkaz „gryzienia proboszcza” nie jest sprzeczny z celami komunistycznej rewolucji, toteż niejaki pan Jażdżewski, który w cywilu jest redaktorem Magazynu Liberte, sponsorowanego przez korporację Lewiatan na fasadzie z panią Henryką Bochniarz, co to w rządzie tzw. „aferałów” sprawowała stanowisko ministra przemysłu i handlu, przez niemiecką Fundację Naumanna, która oprócz magazynu pana Jażdżyńskiego futruje też partię „Nowoczesna” z pulchną panią Lubnauer na fasadzie. Co niemiecka fundacja z tego ma, to znaczy – co w zamian pani Lubnauer Niemcom świadczy – tego oczywiście nie wiem, bo takie sprawy osłania mgła tajemnicy i to w najlepszym gatunku, podobnie jak i korzyści, jakie z popierania idei „społeczeństwa otwartego” w mniej wartościowych narodach tubylczych, jaką stręczy im Fundacja Batorego, też sponsorująca pana Jażdzewskiego. Warto zwrócić uwagę, że etniczny matecznik Fundacji Batorego, czyli bezcenny Izrael, żadną ideą „społeczeństwa otwartego” się nie przejmuje, a nawet chyba nią ostentacyjnie pogardza, skoro całkiem niedawno oświadczył słodszymi od malin ustami posłów do Knesetu, że Izrael jest „państwem żydowskim”, a nie żadnym „otwartym”. Tymczasem na hasło „Polska dla Polaków” oburzają się wszyscy mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po zapachu, podobnie jak pan Adam Bodnar, piastujący operetkową posadę „rzecznika praw obywatelskich”.

Pan Jażdżyński, przemawiając z okazji inauguracji kampanii prezydenckiej Donalda Tuska, zaprezentował się w charakterze tęgiego specjalisty od Chrystusa. Skrytykował bowiem Kościół w Polsce, że się Chrystusa „wyparł”, podobnie, jak „wyparł się” Ewangelii, którą pan Jażdżyński oczywiście zna na wyrywki. Widać wyraźnie, że transformacja ustrojowa – transformacją, że odwrócenie sojuszy politycznych i wojskowych – swoją drogą – ale UB po staremu walczy z Kościołem, tak samo, jak za Stalina, którego musi dobrze pamiętać „stwór podeszły wiekiem, co kobietą być już przestał, a nigdy nie był człowiekiem”, czyli pani profesorowa Magdalena Środzina. Donald Tusk najwyraźniej takiego nadmiaru szczęścia i takiego poparcia chyba się nie spodziewał, ale skoro ktoś nastręczył mu takiego impresaria i konsyliarza, to trudno - więc po namyśle stanął w obronie pana Jażdżyńskiego, który – kto wie - może już niedługo zastąpi go w charakterze faworyta Naszej Złotej Pani? Grzegorz Schetino, który chyba nie spodziewa się, że zostanie czyimś faworytem, był wobec pana Jażdżyńskiego bardziej krytyczny, ale prawdopodobnie dlatego, że – po pierwsze – nie wszystko mu mówią, a po drugie – taki on już jest.

Jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć ze zdumienia po występie pana Jażdżyńskiego, a tu nowa sensacja. Oto w wielu miejscach w Płocku niewidzialna ręka poprzyklejała plakaty z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, na których złote aureole wokół głowy Madonny i Jezusa, zostały zastąpione aureolami w kolorach tęczy, która zarówno w naszym bantustanie, podobnie jak w innych bantustanach świata, uchodzi za barwę sodomitów i gomorytów, to znaczy osób spółkujących z osobami tej samej płci. Kto te plakaty wydrukował i za czyje pieniądze – tego jeszcze nie wiadomo. Na razie policja zidentyfikowała tylko niewidzialną rękę. Okazało się, że jest ona częścią starzejącego się organizmu pani Elżbiety Podleśnej, „psycholożki, psychoterapeutki i aktywistki”. Pani Podleśna ma lat 51, co w przypadku kobiet stanowi wiek niebezpieczny, bo nie tylko krew, ale i inne rzeczy uderzają im do głowy, wskutek czego w panujących tam ciemnościach odbywa się burzliwa fermentacja, niczym u Kukuńka, który co i rusz puszcza bąbelki w postaci tzw. „koncepcji”. Pani Podleśna była trochę zaskoczona, kiedy policja złożyła jej poranną wizytę, bo – jak twierdzi – nie mogła włożyć biustonosza, czy też może musiała go zdjąć, słowem – tak czy owak były tam jakieś niedyskrecje, chociaż ograniczone, bo o majtkach pani Podleśna nie wspomina – czy miała je na sobie, czy też nie.

Ta policyjna wizyta wywołała wstrząs nie tylko w środowisku „aktywistów”, czyli mówiąc entre nous – konfidentów, ale również wśród tak zwanych katolików postępowych, skupionych wokół dwóch czasopism: „Tygodnika Powszechnego” i „Więzi”. Myślałem, że ta cała „Więź” już dawno przestała wychodzić, ale okazuje się, że „postawa służebna” z której zasłynął Tadeusz Mazowiecki, nadal jest w cenie. Kto na tę „Więź” daje pieniądze i co z tego ma – tajemnica to wielka, chociaż choćby na podstawie skwapliwego poparcia, jakie obydwa środowiska udzieliły pani Podleśnej, też niejedno można wydedukować. W tym towarzystwie nie mogło oczywiście zabraknąć pana Adama Bodnara, który musi sobie przecież zapewnić jakieś miękkie lądowanie, kiedy już skończy mu się okres dobrego fartu na operetkowej posadzie „rzecznika praw obywatelskich”, więc nic dziwnego, że się uwija.

Niestety „na tym świecie pełnym złości nigdy nie dość jest przezorności”. Kiedy już protest podpisany przez mnogich sygnatariuszów został opublikowany, podobno zanim jeszcze trafił do Episkopatu, który był jego adresatem, zdarzyła się szalenie nieprzyjemna siurpryza. Jak pamiętamy, król Stanisław August, kiedy tylko udało mu się uzyskać jakąś pożyczkę u lichwiarzy, z upodobaniem cytował św. Pawła, że „zbawienie przychodzi od Żydów”. Już mniejsza o to, czy od Żydów przychodzi „zbawienie”, czy coś zgoła innego - ale na pewno przychodzą też niespodzianki. Oto bowiem Komitet Żydów Polskich nie tylko nie stanął w obronie pani Podleśnej, ale nawet ją skrytykował i to na gruncie biblijnym. Takiego noża w plecy ani „Tygodnik Powszechny”, ani „Więź” pewnie się nie spodziewały. Co się stało, dlaczego właśnie tak? Tego oczywiście nie wiem, ale nie wykluczam, że nóż wbity w plecy „judeochrześcijan” też stanowił element tresury. „Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie” - powiada przysłowie, o którym sygnatariusze protestu w podnieceniu musieli zapomnieć. Tymczasem stanowisko Komitetu Żydów Polskich oznacza, że nie będzie on tolerował żadnych samowolek, żadnego wyskakiwania przed szereg. Owszem – możecie sobie protestować ile dusza zapragnie – ale dopiero wtedy, kiedy my wam pozwolimy. Oczywiście wprost czegoś takiego nie można było powiedzieć, ale od czego Biblia, w której można znaleźć wszystko i każdą okazję?

Stanisław Michalkiewicz

http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=4472


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Felietony .... na bieżąco.
PostNapisane: 10 sie 2019, 18:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31578
ZNIEWOLENI 32/2019 (423)

Szeherezada tak snuła swoje opowieści, że zawsze kończyła w najciekawszym momencie, aż do następnej nocy. Sułtan nie zabijał jej tylko dlatego, że ciekaw był dalszego ciągu. Trwało to przez tysiąc i jedną noc. Zdawać by się mogło, że ta oczywista zasada powinna obowiązywać we wszystkich serialach telewizyjnych. Dlaczego tak się nie dzieje? Bo Szeherezada walczyła w ten sposób o życie, a producenci seriali mają innych „sułtanów”. Przyciąganie widza jest oczywiście pożądane dla reklamodawców, ale wcale nie chodzi o widza wybrednego, który doceniłby kunszt opowieści.
Te refleksje naszły mnie po obejrzeniu kolejnego odcinka Zniewolonej. Dotąd miałam się za osobę odporną na romanse, które uważałam za szczególnie nudną literaturę. Wątki miłosne są oczywiście niezwykle nudne w polskich serialach. Sprowadzają się bowiem do bardziej lub mniej odważnych scen erotycznych, z nieodzownym dialogiem typu: Kocham cię. Ja ciebie też. Okazuje się jednak, że świetna dramaturgia, odpowiednio rozłożone akcenty i nieszablonowe postacie przyciągają uwagę widza.
Taki perfekcyjny profesjonalizm zaskakuje u naszych wschodnich sąsiadów. Zachód od pewnego czasu podporządkowuje wszelkie działania na niwie kultury poprawności politycznej, czyli zakłamaniu. A kłamstwo ze swej natury jest niespójne i w konsekwencji nudne. Co sprawiło, że Ukraińcy mogą, a my nie możemy mówić prawdy w szeroko pojętej literaturze? Po transformacji u nich władzę w całości przejęli oligarchowie, a u nas nie w całości. Zostały niestety bastiony komunizmu, które trzymają się mocno w sądownictwie, nauce i kulturze. Tu stale czekamy na dobrą zmianę.
Paradoksalnie – mniej zniewoleni przez komunę, okazaliśmy się bardziej zniewoleni przez postkomunę.

http://mtodd.pl/2019/08/zniewoleni-322019-423/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Felietony .... na bieżąco.
PostNapisane: 18 sie 2019, 13:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31578
Polski roczek

Felieton • miesięcznik „Moja Rodzina” • 15 sierpnia 2019

Dawno, dawno temu, Ewa Szelburg-Zarembina napisała książkę da dzieci pod tytułem „Boży roczek”. Zawierała ona opowiadania dla dzieci na cały rok, poświęcając każdy miesiąc jakiemuś świętemu, albo świętom, albo ważnym wydarzeniom. Opowiadania są bardzo poetyczne, zresztą jakże inaczej, skoro ich autorka pisała dla dzieci takie np. kołysanki, jak „Idzie niebo ciemną nocą” („Idzie niebo ciemną nocą, ma w fartuszku pełno gwiazd. Gwiazdy świecą i migocą, aż wyjrzały ptaszki z gniazd...”), które słyszałem jako dziecko i śpiewałem do snu moim dzieciom. Więc na przykład w lutym można było w „Bożym roczku” przeczytać o Matce Boskiej z wilkami – jak to wilki przyświecały Matce Boskiej swoimi oczami, by nie zgubiła drogi – i tak dalej.

Skoro jest „Boży roczek”, to mógłby być również Polski roczek – bo chyba każdy miesiąc w roku można określić przymiotnikiem: polski. Zacznijmy tedy od stycznia. Czy styczeń jest „polski”? W pierwszej kolejności – międzynarodowy, bo 6 stycznia przypada święto Trzech Króli, których pan Ryszard Petru naliczył aż sześciu. Historia o Trzech Królach, których teraz dlaczegoś nazywa się „Mędrcami” też jest bardzo poetyczna, zwłaszcza w dawniejszych tłumaczeniach, kiedy to na przykład Królowie, otrzymawszy we śnie ostrzeżenie, by nie wracali do Heroda, „inszą drogą wrócili się do krainy swojej”. Polski akcent próbowano nadawać styczniowi za komuny, kiedy to 17 stycznia świętowano rocznicę „wyzwolenia Warszawy”, to znaczy – wkroczenia Armii Czerwonej, w której składzie była też Dywizja im. Tadeusza Kościuszki, złożona z dawnych zesłańców syberyjskich („wczoraj łach, mundur dziś”) do opustoszałych ruin Warszawy. Obchodzona jest też rocznica Powstania Styczniowego, które miało chyba najmniejsze szanse na sukces. To już lepiej na tym tle wypada luty, bo 1 lutego 1944 roku Oddział specjalny Kedywu dokonał zamachu na generała SS Franza Kutscherę, a głaz upamiętniający to wydarzenie – że Polska nie tylko cierpiała, ale i karała - leży przy Alejach Ujazdowskich w Warszawie. Z kolei 6 lutego 1989 roku rozpoczęło się telewizyjne widowisko pod tytułem „Obrady okrągłego stołu” - które miało na celu przekonanie społeczeństwa polskiego, że oto odzyskuje wolność, podczas gdy tak naprawdę przeprowadzono wtedy podział władzy NAD narodem polskim, który w ogólnych zarysach obowiązuje do dnia dzisiejszego, bo też jego gwarantem w jednej strony był wywiad wojskowy, co to reprodukuje się w kolejnych przepoczwarzeniach ubeckich dynastii, a z drugiej – Lewica Laicka, czyli dawni stalinowcy w pierwszym, albo drugim, a teraz nawet trzecim pokoleniu.

Ale luty to jeszcze nic w porównaniu z Marcem, który z tej racji pisany jest nawet dużą literą. Jak wiadomo, 8 marca 1968 roku rozpoczęły się tzw. „wydarzenia marcowe”, czyli studenckie protesty – generalnie przeciwko PZPR - której działacze wykorzystali to do dintojry między dwiema frakcjami: „Chamów” i „Żydów”. Tym razem „Chamy” się odegrały, to znaczy – odebrały „Żydom” lukratywne synekury, które tamci najwidoczniej uważali już za swoje „prawa nabyte”. Nie mogąc znieść takiego męczeństwa, „Żydy” powyjeżdżały na Zachód, gdzie podniosły klangor przeciwko „polskiemu antysemityzmowi” - bo przecież nie wypadało się chwalić, że były nierozerwalnym ogniwem stalinowskiego aparatu terroru. Po latach naprawdę uwierzyły w swoje męczeństwo i nawet nazwały marzec 1968 „małym holokaustem”, co potwierdzają polscy wysocy dygnitarze, uprzejmie zakładam, że bezmyślnie.

Marzec sąsiaduje z kwietniem, a w kwietniu – wiadomo: rocznica powstania w getcie warszawskim. Na świecie większość ludzi myśli, że to było właśnie Powstanie Warszawskie – ale co ma myśleć, kiedy z poduszczenia „Lewicy Laickiej” coraz więcej Polaków, którzy nawet nie udają Żydów, chociaż i takich jest coraz więcej - przypina sobie papierowe żonkile nawiązujące do Gwiazdy Dawida? Myślę, że to dopiero skromne początki, że już wkrótce doczekamy się opowieści, wspartych licznymi świadectwami naocznych świadków, jak to Żydów mordowali „polscy naziści”. Toteż nic dziwnego, że „Lewica Laicka” walczy z próbą ustanowienia konkurencyjnej „liturgii smoleńskiej” w rocznicę katastrofy lotniczej w roku 2010, w której zginął prezydent Lech Kaczyński i 95 innych osobistości.

Maj z kolei charakteryzuje się sąsiedztwem dwóch świąt, z których jedno, to znaczy – 1 maja - jest świętem naszych okupantów, zarówno obco, jak i polskojęzycznych, a drugie – to znaczy – rocznica konstytucji 3 maja – nawiązuje do próby ratowania państwa polskiego przed śmiercią w wieku XVIII. To sąsiedztwo jest symbolem schizofrenii, na jaką naród polski został skazany, w której się pogrąża i do której zaczyna się przyzwyczajać, jako do normy.

Pod tym względem lepszy jest czerwiec, chociaż i tutaj w beczce miodu są aż dwie łyżki dziegciu. W czerwcu obchodzimy rocznicę pierwszej od początku świata pielgrzymki papieża Jana Pawła II do Polski oraz „poznańskiego czerwca” to znaczy – krwawo stłumionego w roku 1956 buntu przeciwko PZPR - i to są sprawy czyste. Ale celebruje się też rocznicę „wolnych wyborów” w roku 1989, kiedy to 4 czerwca „upadł komunizm”, a najlepszym tego dowodem był wybór na prezydenta Rzeczypospolitej generała Wojciecha Jaruzelskiego, przywódcy owych „upadłych” komunistów. Majowa schizofrenia przynosi nie tylko takie owoce, ale i jeszcze gorsze w postaci „Dnia Konfidenta”, czyli rocznicy obalenia rządu premiera Olszewskiego 4 czerwca 1992 roku, które – jak pamiętamy – nastąpiło na wniosek Kukuńka.

Z kolei 1 lica 1569 roku ustanowiono w Lublinie Unię Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Unia Lubelska była owocem zwycięstwa nad Zakonem Krzyżackim pod Grunwaldem 15 lipca 1410 roku i potwierdzeniem mocarstwowej pozycji Rzeczypospolitej, na co dzisiaj krzywią się władze Litwy, Białorusi i Ukrainy, ponieważ nacjonalizmy w tych krajach mają zdecydowanie antypolskie oblicze. Toteż ze smutkiem obserwujemy, zwłaszcza na Litwie skutki „rozwodu Jadwigi z Jagiełłą”, przybierające niekiedy formy groteskowe. Na szczęście inne lipcowe święto 22 lipca (dawniej E. Wedel) zostało jednak zlikwidowane. Za komuny było obchodzone jako narodziny PRL, bo dzień wcześniej Stalin z renegatów i agentów NKWD utworzył „Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego”, który firmował terroryzowanie Polski przez Sowiety.

Za to w sierpniu zaznaczają się co najmniej dwie rocznice: wybuchu Powstania Warszawskiego w 1944 roku, w którym żołnierze AK wykazali się ogromnym poświęceniem i bohaterstwem, ale już nie politycy – bo ci wydali tym żołnierzom rozkaz przekraczający ich możliwości, a w dodatku obliczony na wywołanie efektu pozornego w postaci „wstrząśnięcia sumieniem świata”. Nic takiego nie wystąpiło, bo jakże inaczej, kiedy przecież wiadomo, że świat sumienia nie ma? Drugą rocznicą sierpniową jest podpisanie porozumień w Gdańsku, Szczecinie i Jastrzębiu. Z jednej strony sygnatariuszami tego porozumienia byli reprezentanci PZPR i rządu, a z drugiej - konfidenci Służby Bezpieczeństwa. Taki to los wypadł nam.

Z kolei 1 września „roku pamiętnego”, czyli 1939 na Polskę napadły Niemcy, a dni później do Polski „wkroczyła” Armia Czerwona. Jedni „napadli”, podczas gdy drudzy „wkroczyli” - ale tak czy owak i tam gdzie „napadli” i tam gdzie „wkroczyli” rozpoczęła się okupacja ze wszystkimi jej okropnościami.

Miesiącem polskim roku 1956 jest oczywiście „polski Październik”. Oddajmy tedy głos poecie: „A może sławny wspominać Październik, gdy nas skołował chytry stary piernik...” Że „skołował”, to fakt, ale terror został ukrócony, bo oczywiście o całkowitej jego eliminacji nie ma mowy nawet i dzisiaj, więc tamto „ukrócenie” to już było coś, co stwarzało namiastkę życia normalnego.

„Listopad, niebezpieczna dla Polaków pora...” - pisze poeta. Toteż 11 listopada obchodzimy rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, chociaż jej proklamowanie nastąpiło nie 11 listopada, tylko 7 października, kiedy to Rada Regencyjna ogłosiła tę proklamację na podstawie 13 punktu listy amerykańskich celów wojennych, przedstawionych przez prezydenta Wilsona. To przesunięcie jest efektem kultu Józefa Piłsudskiego, którego wyznawcy nie ustawali w budowaniu „legendy”, a „legenda” wiadomo: to elegancka nazwa fałszywej wersji historii. W listopadzie wybuchło też Powstanie Listopadowe, które zakończyło się katastrofą, chociaż chyba nie musiało. Ale jakże inaczej, skoro wywołali je podchorążowie, którzy nie mieli śmiałości przejąć dowodzenia nad armią, która była, tylko błagali o to generałów, którzy z Rosją ani myśleli wojować. Podobnie nieśmiały, zwłaszcza w obecności prezydenta Trumpa jest pan prezydent Andrzej Duda, który nie ośmiela się poruszyć sprawy ustawy nr 447 bez pozwolenia swego rozmówcy. Jak widzimy, takie rzecz dobrze się nie kończą.

Za to w grudniu mamy dwie rocznice; wydarzeń grudniowych z roku 1970, kiedy to PZPR zmasakrowała zbuntowanych robotników w Gdańsku, Szczecinie i innych miastach, a ta masakra posłużyła za pretekst do podmianki na stanowisku I sekretarza. Poprzedni, czyli Władysław Gomułka podpadł Sowietom za samowolne podpisanie 7 grudnia 1970 roku traktatu granicznego z Republiką Federalną Niemiec, no i został obalony przez Edwarda Gierka i Wojciecha Jaruzelskiego, który 11 lat później zgotował podobny los Edwardowi Gierkowi.

Stanisław Michalkiewicz

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=4528


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Felietony .... na bieżąco.
PostNapisane: 26 sie 2019, 21:49 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31578
W przededniu przedwyborczych strajków

Stanisław Michalkiewicz

Wakacje powoli dobiegają końca, więc wszyscy już nie mogą się doczekać, kiedy przystąpią do intensywnej pracy. Wśród tych „wszystkich” są również przywódcy związków zawodowych, którzy muszą pokazać, jak to walczą o przychylenie nieba swoim członkom, to znaczy – członkom swoich związków. Wśród nich jest pan Sławomir Broniarz, który na wiosnę poderwał nauczycieli do strajku. Ale rząd zaczął przekupywać ich na własną rękę, a poza tym pan Broniarz nie pomyślał zawczasu, by stworzyć fundusz strajkowy, no i w rezultacie tego niedbalstwa wielu nauczycieli poniosło straty finansowe. W takiej sytuacji nie wiadomo, czy strajkowe referendum – bo strajk powinien być poprzedzony referendum – przyniesie wynik pozytywny, to znaczy – czy większość opowie się za strajkiem.

Jeśli nie – to ewentualny strajk będzie nielegalny, a prawdopodobnie nie będzie go wcale. To by oznaczało, że taktyka rządu okazała się skuteczna, a przede wszystkim – potwierdzałoby znaną już od czasów starożytnych maksymę, że nie ma takiej bramy, której nie przekroczyłby osioł obładowany złotem.

Nawiasem mówiąc, sam strajk jako taki jest swego rodzaju nieporozumieniem. Żeby bowiem zastrajkować, to najpierw trzeba zostać pracownikiem. Pracownikiem zaś zostaje się w następstwie podpisania umowy o pracę, w której to pracownik zgadza się na warunki oferowane mu przez pracodawcę, przede wszystkim zaś – na proponowane wynagrodzenie. Ale kiedy tylko ktoś zostanie pracownikiem, to zapisuje się do związku zawodowego i wraz z innymi związkowcami zaczyna szantażować pracodawcę, że jak nie podwyższy mu wynagrodzenia, na które przed chwilą sam się zgodził, to powstrzyma się od świadczenia pracy – do czego też przed chwilą się zobowiązał. Zatem wyposażenie pracowników w prawo do strajku sprawia, że w gruncie rzeczy żadna umowa się nie liczy, że prawo, które sam zainteresowany ze swoim pracodawcą ustanowił i uznał za sprawiedliwe – bo w przeciwnym razie nie podpisałby umowy – ustępuje przed siłą – w tym przypadku przed zmową szantażystów. Ale na tym właśnie polega zasada demokratyczna, przed którą dzisiaj zgina się wszelkie kolano: niebieskie, ziemskie i piekielne – że im większa Liczba, tym słuszniejsza Racja. Tak muszą myśleć sygnatariusze listu otwartego do obywateli, by w październikowych wyborach głosowali. Nie piszą wprawdzie na kogo mają głosować, ale nie o to chodzi, tylko o to, że najwyraźniej myślą, iż im więcej będzie sygnatariuszy, tym słuszniejsza będzie ich Racja. Tymczasem Racja nie zależy od liczby jej zwolenników, tylko od tego, czy jest prawdziwa, czy nie. Tak w każdym razie stawia sprawę logika – ale w demokracji próżno doszukiwać się logiki – no i dlatego współczesny świat wygląda, jak wygląda.

Drugim nieporozumieniem jest art.70 ust. 2 konstytucji stanowiący, że nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna. Gdyby tak rzeczywiście było, to nauczyciele nie powinni otrzymywać żadnego wynagrodzenia. Tymczasem otrzymują, chociaż narzekają, że za niskie. To jednak oznacza, że ktoś im jakoś płaci, no a w takim razie – kto i w jaki sposób? Płaci im rząd, który w tym celu, pod pretekstem, że będzie organizował edukację, najpierw ściąga podatki zarówno od tych, którzy z tej edukacji korzystają, jak i z tych, którzy z niej nie korzystają. Potem opłaca oświatowy aparat biurokratyczny, który nikogo niczego nie uczy, a na końcu – nauczycieli, czyli bezpośrednich wykonawców usługi edukacyjnej. Jest to sposób najbardziej kosztowny i najbardziej marnotrawczy, a poza tym pozbawia rodziców edukowanych dzieci możliwości decydowania o tym, przez kogo i w jaki sposób będą podczas edukacji formowane. Widać to szczególnie jaskrawo właśnie teraz, kiedy rodzice muszą pisemnie protestować przeciwko demoralizowaniu ich dzieci pod pozorem tak zwanej „edukacji seksualnej” - podczas gdy to perwertyci, którzy zamierzają demoralizować cudze dzieci powinni pytać każdego rodzica o pozwolenie.

Ale socjalizm zrobił tak potworne spustoszenie w ludzkich głowach, że nikt już się nie dziwi sytuacji, że gdy jeden człowiek chce coś powiedzieć, czy coś pokazać drugiemu człowiekowi, to musi pytać o pozwolenie jakiegoś trzeciego człowieka – bo przecież na tym właśnie polega tak zwana „koncesja” na radio i telewizję. Najbardziej niepokojące jest to, że tych absurdów zdają się nie dostrzegać ludzie mający ambicję nauczania innych – bo w przeciwnym razie, zamiast strajkować o wyższe wynagrodzenie, żądaliby sprywatyzowania edukacji, to znaczy – wyeliminowania z procesu edukacyjnego biurokratycznych pośredników, którzy przecież żywią się ich kosztem. Tymczasem ci pośrednicy, mający w rękach narzędzia propagandy, tak oduraczyli nauczycieli, a ci z kolei, być może nawet w dobrej wierze – oduraczyli swoich uczniów do tego stopnia, że dzisiaj tę zorganizowaną grabież i pasożytnictwo większość ludzi uważa za swoją wielką zdobycz i gotowa jej bronić do ostatniej kropli krwi. Nic więc dziwnego, że są wyzyskiwani, a na domiar złego – nawet nie wiedzą przez kogo, co pozwala wodzić ich za nos rozmaitym Umiłowanym Przywódcom.

O ile jeszcze nie wiadomo, czy dojdzie do jesiennego strajku nauczycieli, to prawdopodobnie dojdzie do strajku w tak zwanej służbie zdrowia, to znaczy – strajku lekarzy i pielęgniarek. Ciekawe, że strajkować będą tylko bezpośredni wykonawczy usług medycznych, podczas gdy armia pośredników pomiędzy lekarzami i pacjentami, czyli funkcjonariuszy Narodowego Funduszu Zdrowia strajkować nie zamierza. Najwyraźniej muszą być ze swojej sytuacji zadowoleni, a poza tym może też na ich postawę wpływać obawa, że gdyby zastrajkowali, to pojawiłoby się pytanie, czy ich praca rzeczywiście jest komukolwiek potrzebna – a do tego przezornie lepiej nie dopuścić.

Sytuacja w sektorze ochrony zdrowia jest krytykowana zwłaszcza przez polityków nieprzejednanej opozycji, wśród których są również członkowie SLD. Wypada tedy przypomnieć, że przewodnim hasłem jednej z czterech wiekopomnych reform charyzmatycznego premiera Buzka, czyli reformy ochrony zdrowia było, że „pieniądze mają iść za pacjentem”. Może i idą – ale w takiej odległości, że nie tylko kontakt wzrokowy, ale i wszelki inny już dawno został zerwany. Charakterystyczne jest to, że ani charyzmatycznemu premierowi Buzkowi, ani jego następcy na tym stanowisku, czyli premierowi Leszkowi Millerowi, nigdy nie przyszło do głowy, by doprowadzić do sytuacji, kiedy pieniądze idą Z PACJENTEM, to znaczy – że rząd nie odbiera obywatelom pieniędzy pod pretekstem, że potem będzie ich leczył, tylko im je zostawia. W takiej sytuacji pacjent przybywałby do szpitala z pieniędzmi, więc biurokratyczni pośrednicy z NFZ nie mieliby tu nic do gadania i w ogóle okazaliby się zbędni. Tymczasem – jak pamiętamy – Narodowy Fundusz Zdrowia powstał TYLKO dlatego, że charyzmatyczny premier Buzek zadbał o takie gwarancje prawne dla swego zaplecza politycznego, że nawet zmiana rządu nie mogła zagrozić stabilności posad w Kasach Chorych. Kiedy więc zarządzanie kryzysem dostało się w szpony SLD, premier Miller, który musiał jakoś wynagrodzić swoich kolaborantów, nie widział innego wyjścia, jak rozwiązać Kasy Chorych, stanowiące filar wiekopomnej reformy charyzmatycznego premiera Buzka i na ich miejsce powołać Narodowy Fundusz Zdrowia – oczywiście już z całkiem inną obsadą personalną. Ale i lekarze – podobnie jak nauczyciele – najwyraźniej nie widzą nic złego w tym, że co najmniej połowę podatkowych pieniędzy przejada biurokracja i tylko dopraszają się łaski, by rząd zwiększył im liczbę okruszków spadających ze stołu pańskiego. Skoro są tak mało spostrzegawczy, to nie jest to dobra wiadomość dla pacjentów, ale być może że jest odwrotnie – że są spostrzegawczy i dlatego właśnie w tym absurdalnym systemie dostrzegli możliwości przyssania się do jakiegoś kurka i dzięki niemu dojenia Rzeczypospolitej, to znaczy – bliźniego swego – bo to przecież on musi za całą tę zabawę zapłacić.

https://prawy.pl/103699-w-przededniu-pr ... -strajkow/


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 891 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 56, 57, 58, 59, 60

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /