Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 50 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: W oparach "pojednania"
PostNapisane: 12 mar 2013, 07:03 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Bastrykin szykuje przewrót

Z Lwem Ponomariowem, rosyjskim politykiem i obrońcą praw człowieka, rozmawia Piotr Falkowski

I. POLITYKA PONIŻANIA
Po katastrofie polskiego samolotu w Smoleńsku ciała ofiar (z wyjątkiem prezydenta) zostały przewiezione do Moskwy. Tu dokonywano oględzin, sekcji zwłok i identyfikacji. Potem zamknięte trumny przesłano do Polski z zakazem ich otwierania. Polscy eksperci nie byli dopuszczani do czynności prowadzonych w Biurze Ekspertyz Medycyny Sądowej.
– A strona polska na to wszystko się zgodziła?

Niestety tak.
– Ja nie słyszałem o tym wszystkim, co pan mówi. To wygląda bardzo dziwnie, strasznie.

To nie wszystko. W ostatnim roku w końcu doszło do ekshumacji niektórych ciał. Okazało się, że sześć z nich zamieniono.
– Jak to zamieniono?!

Po prostu w trumnach były inne ciała niż według ich opisów. Stwierdzono trzy przypadki, gdzie ciało jednej osoby pochowano w grobie przeznaczonym dla drugiej i na odwrót. Z kolei podczas innych ekshumacji w trumnie były też śmieci, a ciało, które rodzina widziała w Moskwie umyte, okazało się ubłocone. U jeszcze innej ofiary katastrofy podczas sekcji nie zaszyto pewnych organów i ktoś je wrzucił luzem.
– Niemożliwe. To zupełnie szokujące. Wie pan, nikt u nas w prasie o tym nie pisze. Ale to wielki skandal. Odnośnie do tej katastrofy ostatnio słyszałem tylko o sprawie wraku.

Do wraku jeszcze dojdziemy. Żeby zakończyć wątek traktowania ciał ofiar, dodam, że protokoły sekcji zwłok wciąż w całości nie dotarły do Polski. A minęły prawie trzy lata.
– Okropne. Przykro mi naprawdę, że nic o tym nie wiedziałem. Może powinienem, ale naprawdę u nas o tym nie ma mowy nawet w mediach opozycyjnych. Ale dlaczego Polska nie protestuje? Były jakieś oficjalne noty polskiego rządu?

Polski rząd wykazuje tendencję do wyciszania takich faktów.
– Ale w Polsce był skandal? Chyba ogromny?

Oczywiście, że był. Ale jakoś rząd nie podnosi tego na zewnątrz.
– A dlaczego?

Sam zadaję sobie to pytanie. Może myśli, że to zaszkodzi stosunkom z Rosją. Większość ofiar katastrofy była bliższa sile politycznej znajdującej się obecnie w opozycji.
– To jeszcze gorzej. Z rosyjskiej strony takie fakty oznaczają, że władza działa w kierunku burzenia sąsiedzkich relacji. Przecież to jasne, że Polska jest państwem demokratycznym z polityczną huśtawką. Co z tego, że obecny rząd w Warszawie jest uległy? Prędzej czy później do władzy dojdą ludzie, którzy sympatyzują z Kaczyńskim. Oni przypomną te wszystkie poniżenia, jakie Rosja czyniła Polsce. I co wtedy? Jest to polityka niesłychanie krótkowzroczna.



Porozmawiajmy więc o wraku. Ponoć wciąż jest potrzebny rosyjskim śledczym i dlatego Rosja nie chce go Polsce zwrócić. W tej kwestii już nawet rząd od niedawna protestuje, wprawdzie głównie w mediach. Jeśli zaś chodzi o dokumentację lotniska, Rosjanie mówią, że to tajemnica wojskowa.
– Takie rzeczy naprawdę można w ramach dobrosąsiedzkich stosunków łatwo rozwiązać. Nawet jeśli lotnisko było wojskowe, to przecież skoro tam lądował obcy samolot, to nie ma w nim jakichś szczególnych tajemnic. Trzeba zrozumieć, że zaszła taka straszna katastrofa. Można nawet zmienić status tego lotniska, jeśli się chce. Widzi pan, zawsze mówiłem, że Komitet Śledczy FR z jego przewodniczącym Aleksandrem Bastrykinem to instytucja niebezpieczna dla Rosji. Okazuje się, że i dla naszych sąsiadów.

Ale sprawy zaszły dalej. Wiceminister spraw zagranicznych Władimir Titow mówi, że ze zwrotem wraku trzeba czekać nie tylko do zakończenia rosyjskiego śledztwa, ale i polskiego. A trudno zakończyć polskie śledztwo w tej sprawie bez ważnego dowodu, jakim jest wrak.
– Trudno mi zrozumieć cele, jakie w tej sprawie stawia sobie Kreml. Jak i cele całej naszej polityki zagranicznej. Z jednej strony chcą, żebyśmy byli państwem wielkim, silnym, poważanym przez wszystkich. Niedawno Putin powiedział, że trzeba opierać się na „miękkiej sile”. Tylko nikt jemu nie wyjaśnił, co to jest miękka siła. On wprawdzie chce osiągać cele nie bronią, ale podstępem i lekceważeniem. Myśli, że jak Gazprom będzie szantażował całą Europę, to jest to miękka siła. To ogromny błąd tej polityki. Miękka siła to jest przejawianie w stosunkach z innymi otwartości, serdeczności, czynienie pozytywnych gestów, których partner nawet nie oczekuje. Miękka siła jest bardzo humanistyczna, wyraża się w wyciągnięciu jako pierwszy ręki do zgody, gdy jest spór. I rzeczywiście naprawdę wielkie i silne państwo w stosunkach z mniejszymi stać na miękką siłę.

Może w sprawach takich jak zwrot wraku Rosja po prostu się targuje? Liczy na jakieś ustępstwa na forum unijnym albo w sprawie tarczy antyrakietowej.
– To może być bardzo bliskie prawdy. Takie podejście do polityki zagranicznej jest u nas częste. Ale wiedzie ku przegranej. Bo prowadząc taką politykę, Rosja naprawdę się poniża.

II. DOKTRYNA „PRAWDY OBIEKTYWNEJ”
Co jest największym zagrożeniem dla praw człowieka w Rosji?
– Wielu opozycjonistów, moich kolegów, odpowiedziałoby po prostu, że Putin. Ale ja sądzę, że nie Putin, a Bastrykin. Oczywiście on wykonuje polecenia Putina i można go w każdej chwili odwołać, a Putina nie. Ale dla mnie ważniejszy jest Bastrykin. On każdym swoim czynem narusza prawa człowieka, każdym swoim wystąpieniem okazuje lekceważenie dla prawa. Ostatnio np. opowiedział się za powrotem w postępowaniu sądowym do tzw. prawdy obiektywnej. Chodzi tu o rozumienie tego pojęcia w sposób wypracowany przez jurysprudencję sowiecką, co oznacza praktyczne przekreślenie zasady domniemania niewinności. Jest już gotowy projekt ustawy. Trzeba się temu ze wszystkich sił sprzeciwiać. Europejski i anglosaski system prawa karnego opierają się na dowodzeniu w sądzie winy oskarżonego przez stronę oskarżającą i jego obronie. Zadaniem sędziego jest ocena dowodów i tylko to. Jeżeli uzna, że prokurator wykazał winę podsądnego, może go skazać. W przeciwnym wypadku jest wolny, nawet jeśli sędzia w duchu jest przekonany, że popełnił zarzucany czyn. Jeżeli sędzia sam ma szukać owej „prawdy obiektywnej”, to traci neutralność. Jest to bardzo niebezpieczna tendencja. Bo rzekomy obiektywizm faktów oznacza subiektywizm sędziego, a w praktyce – coraz szerszą możliwość wywierania na niego wpływu. W Związku Sowieckim do elementów „prawdy obiektywnej” branych pod uwagę podczas postępowania sądowego zaliczano np. ideologiczne założenia marksizmu czy naukę o dyktaturze proletariatu i walce klas.



A teraz to może być interes państwa, który definiuje Putin?
– Dobrym przykładem jest sprawa z 6 maja [2012]. Komitet Śledczy próbuje sfabrykować sprawę o masowe rozruchy. To wielka polityczno-kryminalna afera. Tam nie było „masowych rozruchów”, a już 10 miesięcy kilkanaście osób jest w areszcie. Marsz na plac Bołotny był legalny, tylko że policja w pewnym momencie kazała zmienić trasę. Kordon funkcjonariuszy zastawił ulicę i zmuszał tłum do zawrócenia. Rzeczywiście miały miejsce starcia policji z demonstrantami, ale spowodowane raczej tłokiem i naporem ludzi niż agresją. Takie nieporozumienia zdarzają się przy okazji manifestacji na całym świecie. Gdyby dochodziło do pobicia policjantów, palenia samochodów, tłuczenia witryn sklepów, wtedy rzeczywiście byłyby to masowe rozruchy. Ale nie to. Zrobienie z zamieszania podczas mityngu sprawy masowych rozruchów służy celowi politycznemu. Liderzy marszu zostaną uznani za inicjatorów zamieszek i podżegających do przestępstw przeciwko ładowi i bezpieczeństwu. W ten sposób wszystkie czołowe postacie opozycji demokratycznej mogłyby zostać uwięzione. Wszelkie kierowane przez nich zaproszenia na publiczne wydarzenia zostaną uznane za nawoływanie do masowych rozruchów. To robi teraz Komitet Śledczy. Takie zadanie wypełnia Bastrykin.



Co to za człowiek? Musi cieszyć się wielkim zaufaniem Putina.
– Niezbyt inteligentny, za to wybuchowy. Zachowuje się podczas osobistych spotkań w sposób zupełnie niestosowny dla osoby na takim stanowisku. Po niektórych ekscesach w innych krajach dawno zostałby usunięty z funkcji. Jeżeli taki człowiek kieruje Komitetem Śledczym, to może stać się wszystko, w tym porwania, wszczynanie spraw karnych ze sfabrykowanymi zarzutami, wymuszanie zeznań. Tak się stało z Leonidem Razwozżajewem, jednym z aktywistów opozycji [reprezentującym skrajną lewicę]. Został porwany przez rosyjskie służby specjalne na Ukrainie, gdzie chciał zwrócić się do przedstawiciela ONZ w Kijowie z prośbą o pomoc i uznanie za uchodźcę politycznego. Pod wpływem gróźb, także wobec rodziny, napisał na siebie donos, przyznając się do zarzutów, m.in. łapownictwa. Po kontakcie z adwokatem wszystko odwołał, ale później znowu zmuszono go do napisania samooskarżenia. Przebywa w areszcie śledczym o specjalnym rygorze (tzw. SIZO nr 1) w Irkucku do dzisiaj, chociaż kolejne zarzuty przedawniają się. Nawet nasz rzecznik praw człowieka Władimir Łukin interweniował w jego sprawie – także bezskutecznie. W czasach sowieckich był prokurator Andriej Wyszyński, znany ze słów: „dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”. Usprawiedliwiał on tortury, czystki, był jednym z głównych wykonawców planu masowych represji w 1937 roku. Tym, kim był Wyszyński dla Stalina, jest teraz Bastrykin dla Putina. Dla Kremla to jest wygodne. Czasami wręcz się zastawiam, czy Bastrykin robi wszystko z polecenia Putina, czy już jest tak niezależny, że i Putin nie może go powstrzymać. Wie bardzo dużo. I w najbardziej bezczelny sposób lekceważy prawo. Może więc dokonuje się na naszych oczach przewrót pod kierownictwem Bastrykina?

Czy w najnowszych czasach był taki okres, gdy śledztwa w sprawach przestępstw prowadzone były w Rosji uczciwie?
– Co do okresu komunistycznego, to nie ma o czym mówić. Natomiast lata 90. to bez wątpienia kolosalny przełom demokratyczny. Byłem wtedy deputowanym Rady Najwyższej, a potem pierwszej po rozpadzie ZSRS Dumy Państwowej. Stworzyliśmy wówczas prawną bazę dla państwa demokratycznego. Kopiowaliśmy najlepiej działające rozwiązania z Europy, jedynie nieco je modyfikując. Został zadeklarowany rozdział władz, przeprowadzono reformę sądownictwa, przywrócono sądy przysięgłych i zaczęły się one tworzyć w całym kraju. W konstytucji zapisano cały katalog praw człowieka uważany za europejski standard. Pewnie to prawo nie było idealne, ale – jak powiedziałem – stanowiło dobrą bazę.



Ale jakoś to nie pomogło. Stan przestrzegania praw człowieka w Rosji jest bardzo słaby.
– Tak się stało, że do władzy i pieniędzy doszli nie demokraci, a byli komuniści. Czekiści udali, że są demokratami. Czekiści zawsze są bliżej wszystkiego. A dlaczego? Bo są do tego dobrze przygotowani. W Rosji to oni wcześniej jeździli na Zachód, od dawna organizowali sobie biznesowe przykrycie w nowych warunkach. Jako jedyni znali mechanizmy gospodarki rynkowej. A co my, dawni dysydenci? Ja np. byłem fizykiem. Co ja wiedziałem o spółkach, o giełdzie, walutach… Mieliśmy większość bardzo krótko, kiedy przewodniczącym Rady Najwyższej, premierem, a potem prezydentem Rosji (początkowo jeszcze jako republiki sowieckiej) był Borys Jelcyn. To dwa lata – 1990, 1991 i jeszcze początek roku 1992. Wtedy siły demokratyczne miały przewagę nad głównymi oponentami, którymi byli wówczas komuniści. Potem już nigdy to nie wróciło, a i Jelcyn się zmienił. Zmiana polityczna przypadała na straszny kryzys gospodarczy. Oczywiście postsowiecka gospodarka upadłaby bez względu na to, czy była demokracja, czy nie. Ale to siły demokratyczne obarczono odpowiedzialnością za załamanie ekonomiczne. A tak naprawdę to dzięki nim udało się przejść przez najtrudniejszy okres bez rozlewu krwi. Utratę władzy na rzecz byłych komunistów i czekistów można było zapewne przewidzieć, ale cóż – wówczas tak nie myśleliśmy, byliśmy optymistami. Mieliśmy raptem po wyjściu z totalitaryzmu możliwość reformowania państwa i na tym się skupiliśmy.

A obecnie? Co zostało z tych reformatorskich osiągnięć początku lat 90.?
– Niewątpliwie mamy regresję. Przeżywamy ciężki okres. Tym niemniej trzeba powiedzieć, że procesy zachodzące w Rosji są dość skomplikowane i nie da się ocenić jednoznacznie tego, co dzieje się w życiu społecznym. Są określone powody do nadziei, sukcesy. Nasza sytuacja nie jest beznadziejna.



III. OBCY AGENT – USA
Proszę opowiedzieć o działalności utworzonej przez Pana organizacji Za Prawa Człowieka.
– Nasz ruch ma charakter ogólnonarodowy. Chcemy łączyć i pomagać działać ludziom, którzy próbują coś zrobić na rzecz większej sprawiedliwości w całej Rosji. Rzadko są to większe stowarzyszenia, które miałyby własne biuro i otrzymywały dotacje (krajowe lub z Zachodu). Wydałem ponad 1000 zaświadczeń dla obrońców praw człowieka w całym kraju. To nie są żadni moi znajomi, podwładni, tylko ludzie, którym według naszych ekspertów można zaufać. Najwięcej jest wolontariuszy, którzy mają doświadczenie pracy w sądach, ze śledczymi, policją. Nie wszyscy są zawodowymi prawnikami. Najpierw sami musieli bronić swoich praw, udało im się, a teraz pomagają dobrowolnie innym. W centrali w Moskwie staramy się mieć osoby z pełnym wykształceniem prawniczym i bardzo kompetentne. Na naszych drzwiach ktoś napisał białą farbą „obcy agent – USA”. Z drugiej strony mój przedstawiciel, wybitny adwokat Genri Reznik, należy do Izby Społecznej Federacji Rosyjskiej. Został wybrany już po raz trzeci. A tam jest tak, że jedną trzecią członków mianuje Kreml, potem oni wybierają drugą jedną trzecią z przedstawicieli różnych organizacji społecznych ogólnorosyjskich, wreszcie powstałe dwie trzecie wybiera resztę spośród zaproponowanych członków organizacji regionalnych i międzyregionalnych. Tą metodą mogliby mieć w izbie samych swoich ludzi. A jednak tak się nie dzieje. W Rosji są w zasadzie dwie duże organizacje zajmujące się prawami człowieka o ogólnokrajowym charakterze: Memoriał i my. Memoriał ma nieco węższe pole zainteresowań, zajmuje się więcej historią i pomocą wyspecjalizowaną. Nasz profil jest bardziej ogólny. I nasze znaczenie jest dostrzegane także – choć niechętnie – przez władze.

Ale nowa ustawa o organizacjach finansowanych z zagranicy uderza także w Was.
– Oczywiście. Jesteśmy w świetle prawa obcymi agentami. Czekają nas teraz nasilone kontrole. Z drugiej strony, kiedy narzekano, że bierzemy pieniądze z zagranicy, mówiłem: „To dajcie pieniądze rosyjskie, wtedy nie będziemy potrzebować grantów z innych państw”. I dali. Już drugi rok dostaję przyznany przez Izbę Społeczną grant prezydencki, od Putina. Najpierw to była bardzo mała suma, a teraz przyszły 4 miliony rubli [ok. 400 tys. zł], a to już jest coś – jedna czwarta naszego budżetu. Niedawno zakończyła się u nas kontrola Ministerstwa Sprawiedliwości. Stwierdzili, że nie prowadzimy działalności ekstremistycznej. Więc nas nie rozwiążą. Jakoś daje się żyć.



Są sukcesy w praktycznej obronie praw ludzi przeciwko państwowemu aparatowi?
– Udaje się bardzo wiele załatwić, pomóc, chociaż nie zawsze. W połowie marca ma się odbyć wielka konferencja, którą organizuję razem z Igorem Bakirowem z Ruchu Białej Wstęgi [powstał w grudniu 2011 r. w proteście przeciwko nadużyciom wyborczym]. Chcemy doprowadzić do powstania oddolnego, poziomego ruchu organizacji społecznych w Rosji. Ludzie przyjeżdżają za własne pieniądze, żeby się poznać, wymienić doświadczeniami. Putin stworzył taki swój ruch [chodzi o Wszechrosyjski Front Narodowy] dla popierania Jednej Rosji. Ja chcę stworzyć prawdziwy front narodowy złożony z lokalnych działaczy społecznych. Myślę, że to będzie także nowa platforma walki o prawa człowieka i prawa w ogóle, bo czymkolwiek zajmują się obywatelscy aktywiści w Rosji, można to zaliczyć do walki o jakieś słuszne prawa. Będą np. ludzie z obwodu woroneżskiego. Walczą o utrzymanie czystości rzeki Chopior, gdzie firmy związanego z Kremlem miliardera Olega Deripaski i innych chcą budować kopalnie niklu. Nasza praca polega na pomaganiu im. To wszystko w pewnym sensie walka o prawa człowieka. Wcześniej byłem dość aktywnym politykiem rosyjskiej opozycji, ale zorientowałem się, że praca partyjna nie przynosi efektów dla ludzi. Przez działalność społeczną, obywatelską daje się więcej zrobić. Już mi czasu nie starcza na politykę. A ostatecznie jako „obcemu agentowi” nie wolno mi uczestniczyć w polityce. Wyjątkiem w ostatnim czasie jest obrona zatrzymanych i więzionych bez sądu uczestników demonstracji z 6 maja ubiegłego roku.

Dziękuję za rozmowę.
Piotr Falkowski

http://www.naszdziennik.pl/swiat/26516, ... ewrot.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: W oparach "pojednania"
PostNapisane: 04 kwi 2013, 06:31 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Co wiedzą Rosjanie?

Rosyjskie służby dysponują informacjami dotyczącymi nawet kilkunastu tysięcy polskich opozycjonistów – wynika z raportu ABW.

„Dane Polaków zarejestrowanych przez SB w systemie w latach 1977--1990 mogą obecnie znajdować się jedynie w rękach służb specjalnych Rosji. Dane te mogą zawierać kilka lub nawet kilkanaście tysięcy nazwisk – z pewnością były wprowadzone przez innych abonentów systemu, w tym szczególnie Rosjan” – czytamy w publikacji ABW dotyczącej współpracy SB i KGB.

Chodzi o powstałą w 1977 r. bazę danych pod nazwą „Połączony System Ewidencji Danych o Przeciwniku’’ (PSED). Była to wspólna działalność specsłużb państw komunistycznych, ale oczywiście pod dominującym wpływem KGB, a dane osób wprowadzane do systemu trafiały do centrali w Moskwie. Chodziło o osoby prowadzące wrogą działalność przeciwko krajom bloku komunistycznego.

Zasadniczo instrukcja o PSED zakładała, że rejestracji nie podlegają obywatele polscy, ale SB często korzystała z pozostawionej furtki, że można tego dokonać ”w szczególnych przypadkach uwarunkowanych dobrem pracy operacyjnej„. ”Uprawnione jednostki MSW dokonywały stałej rejestracji polskich obywateli w PSED„ – podkreślają autorzy raportu.

Szczegóły nie są znane, bo jak zwracają uwagę autorzy raportu, ”karty rejestracyjne znajdujące się w Wydziale V prawdopodobnie w 1989 r. zostały zniszczone lub wydane KGB na poleceni ówczesnego kierownictwa Biura C MSW„.

Historyk dr hab. Sławomir Cenckiewicz zwraca uwagę, że PSED był elementem usprawnienia przepływu danych, co było związane z tworzeniem Zintegrowanego Systemu Kartotek Operacyjnych. Wszystkim oczywiście kierowali Sowieci i to oni szeroko korzystali ze zgromadzonych informacji, także po upadku komunizmu.

– Sowieci, a obecnie Rosjanie, posiadają bardzo sprawny aparat służb i jest oczywiste, że z tych danych korzystają – mówi Cenckiewicz. Jako przykład podaje badaną przez niego sprawę byłego prezydenta Lecha Wałęsy. – Z istniejących informacji, które mają charakter poszlakowy, wynika, że Rosjanie mogą posiadać oryginalną teczkę pracy Lecha Wałęsy –ocenia historyk. – W marcu 1992r. pojawia się notatka płk. Konstantego Miodowicza, który szefowi UOP zasugerował, że te materiały mogą zostać wykorzystane w negocjacjach polsko-rosyjskich na temat kształtu traktatu polsko-rosyjskiego – podkreśla. –Mamy tutaj przykład przełożenia wiedzy archiwalnej, historycznej na konkretne działania polityczne w zupełnie nowych warunkach –wskazuje Cenckiewicz. Polski zespół PSED miał za zadanie przejrzenie dokumentacji resortu spraw wewnętrznych i wytypowanie osób do zarejestrowania w bazie systemu. Na przykład w latach 1977-1978 przejrzano 400 tys. kart tematycznych, do dalszego ewentualnego wykorzystania wytypowano 26 tys. dokumentów. W 1981 r. np. dokonano analizy 606 teczek operacyjnych, w oparciu o które zarejestrowano 43 osoby, dwa lata później po analizie 390 teczek wpisano do rejestru 141 osób.

Raport odnotowuje, że na potrzeby tej bazy danych ”Wydział V Biura C MSW PRL na przełomie lat 70. i 80. XX w. dokonał przeglądu całej dokumentacji dotyczącej prowadzonych przez UB (a później SB) procedur operacyjnych i aktywów„.

”W PSED została zebrana i usystematyzowana wiedza o osobach, które w omawianym okresie znalazły się w kręgu zainteresowań komunistycznych służb bezpieczeństwa„.

”Można jednak przypuszczać, że zgromadzone na przestrzeni 13 lat informacje, które były skrupulatnie zbierane i opracowywane przez Aparat Roboczy [KGB w Moskwie – przyp. red.], zachowały się w doskonałym stanie i były wykorzystywane przez KGB, a najprawdopodobniej rosyjskie służby specjalne nadal do nich sięgają„ – podsumowują autorzy publikacji ABW.

Zenon Baranowski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... janie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: W oparach "pojednania"
PostNapisane: 10 kwi 2013, 07:05 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Pytania historii

„Woprosy Istorii” (Pytania historii) – taki tytuł nosił rosyjski miesięcznik, w którym opublikowano w 1993 r. kopię uchwały Biura Politycznego Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego z 5 marca 1940 r. z poleceniem zamordowania 22 tysięcy Polaków zamkniętych w rosyjskich obozach – czyli zbrodni katyńskiej. Na wiele pytań dotyczących tego ludobójstwa do dziś odpowiedź znajduje się w rosyjskich archiwach. Pytaniem historii będzie także, dlaczego polski rząd zdecydował się na ocieplanie stosunków z Rosją po tym, jak rozbił się samolot z polskim prezydentem właśnie w tym kraju. Skąd ten pomysł? I jak polityczni analitycy rządu Donalda Tuska mogli wierzyć, że osiągną ten cel, i nie widzieć zagrożeń? Lista historycznych pytań o rosyjskie zbrodnie na Polsce i Polakach jest tak długa, że takie próby w ogóle nie powinny mieć miejsca w okolicznościach sprzed 3 lat.

Oto lista podstawowych wątpliwości i zagadnień, które każdemu szefowi rządu RP powinny przyświecać, gdy chce polepszać stosunki z Rosją: 1 lutego 1717 r. – Sejm Niemy obradujący pod strażą armii rosyjskiej; rozbiory Polski; całe wieki zesłań na Syberię i mordy polskich patriotów; wojna 1920 r.; tzw. testament Lenina – czyli zbiór, aktualnych przez następne dziesięciolecia, wizji rosyjskiego premiera, wypowiedzianych na II Kongresie Międzynarodówki Komunistycznej, bezpośrednio po przegranej w wojnie z Polską 1920 r.; 17 września 1939 roku; Katyń 1940 r.; brak pomocy w Powstaniu Warszawskim 1944 r.; narzucenie komunizmu jako narzędzia kontroli Polski; zwabienie do Moskwy w 1945 r. i zamordowanie przywódców Polskiego Państwa Podziemnego; zbrodnie na żołnierzach wyklętych po II wojnie światowej dokonane rękami polskich komunistów; cały okres komunizmu w Polsce i próby energetycznego uzależnienia Polski po 1989 roku. A wszystko to od początku utajniane i przykryte płaszczem kłamstwa. Każdy z tych faktów był na początku fałszowany przez Rosję. Można byłoby traktować tę listę jako dawne, historyczne zaszłości, gdyby nie fakt, że założenia rosyjskiej polityki wobec Zachodu zasadniczo nie zmieniły się od czasów cara Piotra I. Skąd więc pomysł na poprawę relacji po śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz pozostałych członków polskiej elity na rosyjskiej ziemi?

Choć część społeczeństwa nie może znieść analogii pomiędzy obecną polityką Rosji a tym, co działo się przez wieki, dodam i to. W Katyniu i innych miejscowościach zamordowani niewinnie zostali: oficerowie i generałowie WP, funkcjonariusze policji, urzędnicy państwowi i samorządowi, nauczyciele, lekarze, profesorowie, adwokaci, inżynierowie, księża katoliccy i innych wyznań. Wszyscy oni zostali w decyzji z 5 marca ogłoszeni jako „zawzięci wrogowie władzy sowieckiej prowadzący agitację antysowiecką”. Niesamowite, jak uderzająco podobny był przekrój społeczny grupy Polaków, która zginęła 10 kwietnia w Rosji, i jak podobnie dezintegrująco ich śmierć wpłynęła na ruch patriotyczny. Podobnie Rosja dzieli Polaków, rządząc ich nastrojami – dziś, po katastrofie smoleńskiej, mówiąc, że była ona wynikiem nieudacznictwa polskich pilotów i urzędników Kancelarii Prezydenta, oraz po II wojnie światowej, wmawiając, że powstaje nowe polskie państwo, a pozostałości Armii Krajowej nie pozwalają rozwijać się innym obywatelom.

Sprawa drugiej nitki gazociągu jamalskiego nie jest niczym innym. Jedno zdanie Władimira Putina prowadzi do wrzenia w koalicji, wzajemnego zrzucania winy na siebie przez członków rządu za to, że nie wiedzą, kto decyduje w Polsce o budowie strategicznych obiektów bezpieczeństwa. Rosjanie znów rozgrywają polski rząd, sprawdzając przywiązanie do uwarunkowań wolnej Polski – niezależności energetycznej. W tle jest zagrożenie przerwania budowy gazoportu w Świnoujściu, rozwoju eksploatacji gazu łupkowego i gazowe ominięcie Ukrainy. Wszystko na korzyść Rosji. Konkludując, warto zaznaczyć, że prezydent Lech Kaczyński wszystkie te zagrożenia i pytania historii znał. A tę wiedzę wykorzystywał w swojej polityce.

Filip Frąckowiak

http://www.naszdziennik.pl/mysl-felieto ... torii.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: W oparach "pojednania"
PostNapisane: 13 kwi 2013, 06:22 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Falstart z aktem zgonu

Z Krzysztofem Protasiukiem, bratem mjr. Arkadiusza Protasiuka, dowódcy lotu PLF 101 do Smoleńska, rozmawia Marta Ziarnik

Pamięta Pan poranek 10 kwietnia 2010 roku?
– O katastrofie dowiedziałem się od znajomego. Tamtego ranka nagle zadzwonił do mnie i kazał mi włączyć telewizor. Nie mogłem uwierzyć w to, co podawały wtedy media, w to, co się wydarzyło.

Poleciał Pan do Moskwy identyfikować brata. Co szczególnie utkwiło Panu w pamięci z tego czasu?
– Chaos, dezorganizacja i zakłamanie. Pamiętam też, że jak tylko przyjechaliśmy na miejsce, w hotelu, w którym nocowaliśmy, już znajdowała się prasa wydawana m.in. w języku angielskim, w której tak szybko po tragedii powielano fałsz o kilkakrotnej próbie podejścia i winie pilotów.

W rozmowie z „Naszym Dziennikiem” rodziny ofiar przyznawały wielokrotnie, że usiłowano je odwieść od wyjazdu do Moskwy. Pana też?
– Nie, mnie nikt bezpośrednio nie namawiał do rezygnacji z wyjazdu. Ale już później – na miejscu w Moskwie – piloci wojskowi odradzali członkom rodzin identyfikację ciał po własnych przykrych doświadczeniach po wypadku CASY.

Zrezygnował Pan?
– Nie. Pojechałem do Moskwy zidentyfikować Arka i nikt i nic nie było w stanie mnie od tego odwieść.

Miał Pan możliwość zidentyfikowania ciała brata?
– Nie. Od początku do końca karmiono nas kłamliwą wersją wydarzeń: że kabina pilotów wbiła się głęboko pod ziemię z uwagi na bagnisty teren i że potrzeba specjalistycznego sprzętu i kilku dni na jej wyciągnięcie. Rosjanie zachęcali nas, żebyśmy wrócili do domu i tam czekali na dalsze informacje. Jednak rzekome dalsze poszukiwania ciał załogi nie przeszkadzały prokuratorowi rosyjskiemu w przedłożeniu do podpisu, jak się później okazało, aktu zgonu mojego brata. Oczywiście odmówiłem.

Zapewniono Panu optymalną pomoc, w tym również prawną, w Moskwie?
– Co do pomocy to moim zdaniem nie była ona pełna. Przynajmniej w moim przypadku. Weźmy chociażby tłumaczy, którzy nie byli w stanie pomóc przy wyjaśnieniu konsekwencji podpisania podkładanych nam pod nos dokumentów w języku rosyjskim. Poza tym brakowało doradztwa prawnego podczas przesłuchań ze strony prokuratury rosyjskiej. Nikt też nie poinformował mnie o możliwości uczestnictwa w sekcji brata.

Jakie dokumenty przedkładane rodzinom ma Pan na myśli?
– Chociażby o statusie osoby pokrzywdzonej czy akt zgonu brata.

Przesłuchiwali Pana rosyjscy prokuratorzy?
– Tylko raz, za to przez wiele godzin, było to w trakcie mojego pobytu w Moskwie. Przesłuchiwał mnie młody rosyjski prokurator, sprawiający wrażenie niedoświadczonego. Pamiętam, że co chwilę wychodził i wszystko konsultował przez telefon. Sprawiał wrażenie marionetki, która tak naprawdę nie wie, co robi.

Zadawano Panu dziwne i nie na temat pytania?
– Raczej nie… Nie przypominam sobie takich.

Rodzina odzyskała telefon komórkowy i rzeczy osobiste?
– Rzeczy osobiste zostały zwrócone żonie Arka. Nie wiem, w jakim były stanie.

Czy brat przed wylotem skarżył się na jakieś braki, niedociągnięcia w związku z przygotowaniem wizyty w Katyniu? Może mówił o kłopotach z uzyskaniem od strony rosyjskiej dokumentów itp.?
– Nie rozmawialiśmy o tym. Nie wiedziałem nawet, że leci do Smoleńska. Niechętnie mówił o pracy i swoich wylotach.

Podłożem tej niechęci mogły być jakieś problemy w 36. SPLT?
– Arek zawsze podkreślał, że kocha latać, ale instytucja wojska od dawna go denerwowała. Załogę często traktowano przedmiotowo i – nikogo nie obrażając – jak „taksówkarzy”. Czas wypoczynku regeneracyjnego pomiędzy wylotami pozostawiał często wiele do życzenia.

Jak Pan ocenia zachowanie, postawę przełożonych brata po katastrofie?
– Do dziś brakuje mi ich stanowiska i opinii. Schowali się pod ziemię, a w telewizji mieliśmy za to cały repertuar samozwańczych tak zwanych ekspertów, którzy epatowali wszystkich własnymi i niepotwierdzonymi tezami. Szkoda też, że nie mieliśmy okazji usłyszeć publicznie fachowych opinii kolegów Arka z pułku, bo to przecież oni na co dzień latali na tupolewie, znali tę maszynę i przez to mogli fachowo ocenić ewentualne możliwości tego, co tam się wydarzyło.

Ma Pan do nich żal?
– Nie mam. I nie mogę mieć do nikogo z tych chłopaków żalu. Każdy z nich miał rodzinę i wiem, że byli po katastrofie stawiani w sytuacji bez wyjścia. Wdzięczny jestem natomiast za pomoc z pułku po tragedii. W szczególności podziękowania należą się kolegom brata, którzy pomagali, jak tylko potrafili, a z pewnością był to dla nich – zarówno prywatnie, jak i zawodowo – bardzo trudny okres.

Jak odebrał Pan decyzję o rozwiązaniu specpułku?
– W moim odczuciu, rozwiązanie pułku to był zły pomysł, który skrzywdził wiele rzetelnie pracujących tam osób, ludzi oddanych swojej pracy i znających się na niej. Pod publiczkę potraktowano jedną miotłą wszystkich, a powinno się rozliczyć zapewne tylko nielicznych. Osoby odpowiedzialne jednak ominęły jakiekolwiek konsekwencje.

Nie czuje Pan niedosytu, jeśli chodzi o informowanie rodzin w sprawie postępów w śledztwie?
– Gdyby nie media i co pewien czas wizyta Żandarmerii Wojskowej wręczającej mi dokumenty o przedłużeniu śledztwa, to nie wiedziałbym, że w ogóle coś się w tej sprawie dzieje.

Ale przyznano Panu status osoby pokrzywdzonej?
– Tak.

Jak dziś, po trzech latach od katastrofy, ocenia Pan pracę prokuratorów?
– Na razie to zwykła farsa i tragikomedia, prawie jak w teatrzyku marionetek. Wystarczy wspomnieć o prokuraturze wojskowej i kwestii trotylu.

Jak Pan reagował, kiedy media wysuwały wobec brata kolejne, wyssane z palca zarzuty, gdy – mówiąc wprost – linczowano go?
– Czułem przede wszystkim ból, żal i bezradność, czasem wręcz wściekłość. Niestety, mainstreamowe media chóralnie powtarzają papkę dezinformacji. Cieszę się jednak, że rodacy nie tak łatwo dają się na to wszystko nabrać. Niezmiennie wszyscy, którzy stanęli na mojej drodze, byli i są zainteresowani prawdą, bo to głównie o nią chodzi, nawet gdyby miała być bolesna.

Ma Pan żal do prokuratorów noszących – tak jak Pański brat – mundur polskiego żołnierza, że nie ucinali od razu i zdecydowanie dziennikarskich spekulacji, które tak raniły Pańską rodzinę?
– Zastanawiam się, jak niektórzy z nich są w stanie spojrzeć sobie w oczy przed lustrem.

Pamięta Pan pracę i postawę – zarówno w Moskwie, jak i później, w kraju – przedstawicieli polskiego rządu? Jak ją Pan ocenia?
– Tam, w Moskwie, pani Ewa Kopacz sprawiała wrażenie osoby najbardziej odpowiedzialnej w tym całym bałaganie. Niemniej jednak gdy zestawić to, co mówiła o rzekomo świetnej współpracy polsko-rosyjskiej, z faktami, których osobiście doświadczyłem jeszcze w Moskwie, to sama wystawiła sobie świadectwo i nie za bardzo jest co komentować. Do dzisiaj bolą mnie jednak słowa, które powiedziała przy stoliku w hotelu z papierosem w ręku, że jeśli ta tragedia miała się gdzieś wydarzyć, to dobrze, że wydarzyła się u Rosjan, a nie u nas, bo w Polsce – jak dodała – byłby jeszcze większy bałagan i chaos. Postawę towarzyszącego jej pana Tomasza Arabskiego najlepiej zobrazuje spuszczona głowa, wzrok wbity w ziemię i wymowne milczenie po moim zapytaniu, czy kiedykolwiek mamy szansę dowiedzieć się prawdy. Odnośnie zaś do postępowania premiera, to wolę się z grzeczności nie wypowiadać, bo byłyby to wyłącznie słowa niecenzuralne. Do dziś nie mogę uwierzyć, że to premier Polski, a nie minister spraw zagranicznych Rosji. I wreszcie najwyższy urzędnik państwa – prezydent. Cieszy się ponoć – jak dowodzą media – dużym zaufaniem publicznym, więc pewnie moje odczucie, że mamy bierną głowę państwa nie tylko w kwestii smoleńskiej, ale i w innych sprawach istotnych dla Polski, może być odosobnione. Szkoda, że nie mamy już silnych i mocnych liderów, jak np. Józef Piłsudski. Puentując, obecny aparat państwa polskiego kompletnie nie zdał egzaminu. Szkoda, że w związku z tym tak wielu musiało i musi nadal się wstydzić za to, co robią osoby reprezentujące nas na arenie międzynarodowej.

Widział Pan film produkcji National Geographic pt. „Śmierć prezydenta”, forsujący tezę o winie załogi?
– Niestety, widziałem. Po pierwszych zapowiedziach miałem nadzieję na rzetelny dokument, tymczasem bardzo się zawiodłem. Nawet zagraniczne media nie były w tym względzie obiektywne. Moim zdaniem, ten film nie powinien powstać w takiej wersji, dopóki nie zakończy się śledztwo. A tak powstała wątpliwej jakości produkcja oparta na fałszywych przesłankach, promująca wersję wydarzeń raportu MAK i nie mniej podważanego raportu Millera. Szkoda. Tym samym wzrosła nie tylko lista gazet, których nie czytam, ale i programów, których nie oglądam.

Czy ktokolwiek z ekipy tworzącej ten materiał usiłował kontaktować się z Pana rodziną, żeby chociaż poznać Państwa zdanie?
– Znowu muszę powiedzieć, że niestety nie. Domyślam się, że przy produkcji tego paradokumentu konsultowano się głównie z bohaterami, których tam mogliśmy zobaczyć.

Dręczy Pana pytanie, co rzeczywiście stało się na Siewiernym? Jak Pan próbuje sobie to wszystko tłumaczyć?
– Nie ma dnia, żebym nie myślał o bracie i o tym, co się stało. Pomimo informacji z wielu bezpośrednich źródeł, innych niż media, wciąż ciężko – z uwagi na metodyczne działania dezinformacyjne i utrudniające prawdziwe śledztwo – stwierdzić, co się stało. Właściwie ciężko wyobrazić sobie, co jeszcze można było zrobić, żeby zatuszować to, co realnie się wydarzyło. Pluje nam się w twarz, a w głównych mediach słychać, że deszcz pada. Na szczęście Polacy nie są tacy, jak nam się wmawia, i wbrew usilnym działaniom manipulacyjnym będą dążyli do poznania prawdy. Wierzę, że dzięki temu ona prędzej czy później wyjdzie na jaw. Niemniej jednak na bazie dostępnych dowodów i informacji z całą stanowczością można stwierdzić, że raporty MAK i Millera rozmijają się znacznie z prawdą.

Dziękuję za rozmowę.
Marta Ziarnik

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... zgonu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: W oparach "pojednania"
PostNapisane: 15 kwi 2013, 05:39 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Jakby w odpowiedzi na wyznania Krzysztofa Protasiuka, brata pilota TU 154 (czyt. artykuł wyżej), reakcja rosyjska jak zwykle na poziomie podwórkowym. Ot (j)elity rzondzom bo majom wadze.

Paragraf na załogę

Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej szykuje się do sformułowania zarzutów wobec dowódcy polskiej załogi Tu-154M. „Nasz Dziennik” dowiedział się, że podstawą oskarżenia może być art. 263 rosyjskiego kodeksu karnego.

Jeżeli Komitet Śledczy pójdzie tropem wywodów MAK, uzna sposób pilotowania samolotu za „naruszenie zasad bezpieczeństwa ruchu lotniczego”, które spowodowało „śmierć dwóch lub więcej osób”. Tak część trzecia art. 263 rosyjskiego kodeksu karnego opisuje przestępstwo zagrożone karą do siedmiu lat więzienia. To byłby więc rdzeń oskarżenia. A dowody? Te są metodycznie zbierane, m.in. w Polsce.

Taki obrót sprawy wyraźnie sugeruje szef grupy prowadzącej rosyjskie śledztwo generał-major Michaił Guriewicz z zarządu ds. szczególnie ważnych śledztw w sprawach przeciwko osobom i bezpieczeństwu. W opublikowanym w sobotę wywiadzie dla PAP stwierdza, że „w razie stwierdzenia winy pilotów polskiego samolotu i niezgadzania się ich rodzin z wynikami śledztwa materiały zostaną skierowane do sądu w Smoleńsku w celu ich merytorycznego rozpatrzenia i wydania ostatecznej decyzji procesowej w tej sprawie”. Akta sprawy mają zostać „udostępnione do zapoznania osobom uznanym za pokrzywdzone, a także stronie oskarżenia”.

– Co mnie obchodzi, co się dzieje w Rosji? Mało to ludzi mówi różne rzeczy? A może on coś innego powiedział? – z wyraźnym niedowierzaniem o słowach Guriewicza mówi mec. Andrzej Werniewicz, pełnomocnik rodzin mjr. Arkadiusza Protasiuka i ppłk. Roberta Grzywny.

Precedens Lockharta

Praktyka rosyjskiego wymiaru sprawiedliwości pokazuje, że prokuratura może sama zmienić decyzję o umorzeniu śledztwa. Nie trzeba do tego żadnego stanowiska bliskich uznanych za winnych. Co więcej, prokuratura może zmienić swoją decyzję, zatwierdzone już umorzenie sprawy cofnąć i skierować ją do sądu. Śmierć podejrzanego nie jest tu żadną przeszkodą; prokurator może zawsze dojść do wniosku, że są wątpliwości w sprawie i obwinionemu może przysługiwać rehabilitacja. To wystarczy, by zorganizować proces. Przykłady?

Znana sprawa Siergieja Magnitskiego to nie jedyny przypadek sądzenia w Rosji zmarłych.

W 2005 r. rosyjska prokuratura generalna wznowiła pośmiertnie sprawę Szkota Bruce’a Lockharta (1887-1970). Jej bohater był od 1912 r. brytyjskim konsulem w Moskwie, a po rewolucji październikowej kierował misją dyplomatyczną swojego kraju przy powstającym rządzie bolszewickim. Jako agent brytyjskiego wywiadu tworzył siatkę szpiegów na terenie ZSRS, potajemnie finansował Cerkiew prawosławną i antybolszewicką opozycję.

We wrześniu 1918 r. został aresztowany. Oskarżono go o udział w tzw. spisku trzech ambasadorów. Miał wraz z przedstawicielami Francji i USA organizować zamach na Lenina i planować obalenie władzy sowieckiej przy pomocy pułku ochraniających Lenina i Trockiego Łotyszy. Sprawa i proces stały się symbolem rozpoczęcia okresu tzw. czerwonego terroru. Lockhart uniknął kary. Wymieniono go na sowieckiego przedstawiciela w Londynie Maksima Litwinowa. W ZSRS Lockharta w procesie in absentia uznano za winnego i ogłoszono „wrogiem ludu pracującego, wyjętym spod prawa”. 87 lat od tego procesu i 35 lat po śmierci oskarżonego sprawę Szkota wszczęto ponownie z inicjatywy Prokuratury Generalnej, tym razem jako proces rehabilitacyjny. W jego wyniku uznano, że był winny zarzucanych mu czynów i nie ma podstaw do zmiany wyroku Trybunału Rewolucyjnego przy Wszechrosyjskim Centralnym Komitecie Wykonawczym z 3 grudnia 1918 roku. Decyzję tę podjęło Kolegium ds. karnych Sądu Najwyższego Federacji Rosyjskiej 7 marca 2006 roku.

Na zakończenie rosyjskiego śledztwa w sprawie katastrofy czekamy w Polsce głównie ze względu na obietnicę, że wtedy wreszcie Rosja odda Polsce wrak samolotu. Do jakich wniosków dojdą oficerowie Komitetu Śledczego, wydawało się drugorzędne. Należy spodziewać się powtórzenia narracji Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego. Skoro śledczy muszą wskazać winnych, to zapewne wskażą. Nie będzie w tym kręgu – co jasno daje do zrozumienia Guriewicz – kontrolerów z lotniska ani tym bardziej ich dowódcy.

Tendencyjne pytania

„Nasz Dziennik” ujawnił w lipcu ubiegłego roku treść pytań, jakie w ramach pomocy prawnej skierował Komitet Śledczy do pilotów byłego specpułku, kolegów poległych w Smoleńsku. Wskazują one wyraźnie na pójście tropem polityczno-lotniczej psychologii znanej z raportu MAK. Stan moralny, stres związany z konfliktami z krewnymi lub kierownictwem, obawy, strach przed lądowaniem w Smoleńsku przy niesprzyjających warunkach pogodowych – to tematy przesłuchań zaplanowanych w Moskwie. Dalej są pytania o wpływ lotu do Gruzji w 2008 r. na stan emocjonalny załogi, o przygotowanie do wykonania manewru odejścia.

A co, gdy „kierownictwo kraju postawi zadanie lądowania na konkretnym lotnisku i w ustalonym czasie?” – brzmiało kolejne tendencyjne pytanie sformułowane przez Rosjan. Śledczy interesowali się obecnością w jednostce psychologa i egzaminami z języka rosyjskiego. Pytali, czy można lądować w warunkach poniżej obowiązującego minimum, a jeśli samolot miałby odlecieć na lotnisko zapasowe, to może tylko „po uzgodnieniu tego z prezydentem RP i dowódcą Sił Powietrznych”. Kapitan statku może odlecieć na lotnisko zapasowe. Padło oczywiście pytanie o zasady obecności pasażerów w kokpicie podczas lotu, a nawet o latanie bez aktualnej karty podejścia. Przypomnijmy, że tych ostatnich Rosjanie po prostu nie dostarczyli.

Wprawdzie w Warszawie przesłuchania żołnierzy specpułku niewiele dały, ale rosyjscy śledczy mają swoje sposoby, by dowieść, czego chcą. Jak jednak sformułowane zarzuty postawić osobie, która nie żyje? Proces w takiej sytuacji wydaje się bezsensowny. Jednak kodeks postępowania karnego Federacji Rosyjskiej ma furtkę na taką sytuację. Punkt 4 części pierwszej art. 24 nakazuje odmowę wszczęcia sprawy karnej w przypadku śmierci podejrzanego oraz jej umorzenie, jeśli umarł w trakcie dochodzenia. Umorzenie sprawy ma się dokonać także na etapie sądowym, gdy oskarżony umiera. Ale – uwaga – od tych zasad jest wyjątek. Sprawę kontynuuje się, jeżeli „jest to konieczne dla rehabilitacji zmarłego”.

Generał Guriewicz żali się w sobotnim wywiadzie na opieszałość polskiej prokuratury. „Z Polski nie wpłynęły materiały z naszych 8 wniosków o pomoc prawną” – mówi. Tymczasem z informacji przekazanych „Naszemu Dziennikowi” przez rzecznika Naczelnego Prokuratora Wojskowego płk. Zbigniewa Rzepę wynika, że takich niesfinalizowanych wniosków jest pięć. Wniosek z 6 września 2010 r. został zrealizowany tylko częściowo, bo polscy śledczy oczekują na wyniki ekspertyzy fonoskopijnej korespondencji radiowej załogi Jaka-40. To samo zastrzeżenie dotyczy wniosku z 6 kwietnia 2012 r. – prokuratorzy czekają na stosowne opinie, wywołane na potrzeby śledztwa – tłumaczy płk Zbigniew Rzepa. Z kolei wniosek z 18 grudnia 2012 r. jest obecnie realizowany – Komitet Śledczy zażyczył sobie próbek głosu do własnych ekspertyz fonoskopijnych. Pułkownik Rzepa nie ujawnia, czyje próbki głosu pojechały do Moskwy.

Piotr Falkowski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... aloge.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: W oparach "pojednania"
PostNapisane: 16 kwi 2013, 06:44 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Rosjanie prują sejf

Z gen. bryg. rez. Janem Baranieckim, zastępcą dowódcy Wojsk Lotniczych Obrony Powietrznej w latach 1997-2000, rozmawia Marcin Austyn

Współpracował Pan wiele razy z Rosjanami przy wyjaśnianiu katastrof lotniczych, jeszcze w czasach Układu Warszawskiego. To trudny partner?
– Rzeczywiście w takich sprawach jak organizowanie wspólnych przedsięwzięć i badań technicznych z przedstawicielami Rosji mam niemałe doświadczenie. Znam psychikę Rosjan ukształtowaną prawie stuletnią indoktrynacją prowadzoną przez komunizm sowiecki, znam ich podejście do wspólnych badań z Polakami i większość „przekrętów” lub „niespodzianek”, na jakie można się przy tej okazji natknąć, szczególnie pracując na ich terenie.

Co Pan ma na myśli?
– Opowiem panu o pierwszej reklamacji, jaką realizowaliśmy. To było w Rydze. Ten pierwszy służbowy wyjazd zagraniczny spowodował moje przeniesienie do Poznania na etat podpułkownika, do Zarządu Inżynieryjno-Lotniczego (ZIL). Byłem członkiem delegacji technicznej do rozpatrzenia reklamacji w zakładach remontujących silniki lotnicze typu Ał-7, stosowanych w samolotach Su-7. Znajomość konstrukcji i dociekliwość w badaniach doprowadziły do wygrania reklamacji i wyremontowania silnika na koszt ZSRS. To były duże pieniądze. Od tej wygranej wszystkie inne reklamacje w zakładach remontowych i produkcyjnych ZSRS były rozpatrywane w trybie specjalnego nadzoru ze strony ZIL. Ta wygrana spowodowała inne spojrzenie na relacje handlowe z ZSRS ze szczebla Dowództwa Wojsk Lotniczych.

W jaki sposób udało się ustalić, co było przyczyną wypadku?
– Uszkodzenie silnika – bo o nim mowa – wykryliśmy w czasie przeglądu łopatek sprężarki za pomocą cystoskopu. W tym czasie w lotnictwie używano kilku przyrządów medycznych do diagnostyki stanu silników i samolotu. Znaleźliśmy uszkodzenia mechaniczne łopatek sprężarki osiowej na trzech ostatnich stopniach. Zgłosiliśmy reklamację, bo nie mogło to być uszkodzenie od ciała obcego zassanego z dróg lotniskowych. Po prostu stan łopatek początkowych stopni wykluczał taką możliwość. Rosjanie na pierwszą naszą interwencję wysłali odpowiedź: „Zakład Remontowy Saljut, nagrodzony Orderem Lenina, produkuje tylko silniki o najwyższej jakości. Uszkodzenie silnika mogło nastąpić wyłącznie w wyniku złej obsługi”.

Dziś brzmi to po trosze jak raport Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego w sprawie katastrofy Tu-154M. Jak na to zareagowano w Polsce?
– Warszawa podtrzymała naszą opinię i reklamacja zgodnie z ustaleniami w Moskwie miała być rozpatrzona w czasie remontu z udziałem polskich przedstawicieli. W ten sposób znalazłem się w Rydze. Wynik reklamacji najczęściej był jasny, sugerowany przez zakład remontujący lub produkujący. W zakładzie pracowano na dwie zmiany. Naszą obecność przy demontażu silnika uważałem za konieczną i tak sugerowałem przewodniczącemu delegacji. Zostało to zaakceptowane, ale przedstawiciel zakładu, major Armii Czerwonej Stiepan R., zaplanował w tym czasie dla Polaków zwiedzanie Rygi. Zostałem w zakładzie. Zdziwiłem się nieco, kiedy zobaczyłem, że zostaje ze mną major R. i zaczyna przeglądać książkę silnika oraz dokumentację obsługi samolotu prowadzoną w mojej jednostce, w języku polskim. Dokumenty dołączone do reklamowanego silnika znajdowały się w drewnianej skrzyni, w specjalnym schowku. Skrzynia była oryginalna, dostarczona przez dostawcę, czyli ZSRS, razem z silnikiem.

Uczestniczył Pan we wszystkich pracach Rosjan?
– Cały czas przyglądałem się procesowi demontażu silnika, chociaż co chwila wołał mnie major i prosił o wyjaśnienia poszczególnych wpisów w dokumentach. Zdziwiłem się, skąd zna język polski, ale on zignorował moje pytanie i dość obcesowo zakwestionował datę wykrycia niesprawności silnika. Jego zdaniem, była ona niezgodna z czasem obsługi, po drugie – była zamazana, co – według niego – świadczyło o jej podrobieniu. Mocno się zdenerwowałem, bo mogła to być podstawa formalna do odrzucenia reklamacji. Jednocześnie w tym czasie przystąpiono do demontażu sprężarki i musiałem tego pilnować. Kategorycznie zabroniłem majorowi przeglądania dokumentacji samodzielnie. Jego insynuacje o utrudnianiu procesu remontu silnika przez delegację polską skwitowałem bezczelnie, że my grafologicznie sprawdzimy poprawkę daty przeglądu i tego zamazania (wpisy w dokumentacji prowadzono ołówkiem atramentowym, co dawało łatwość zamazania wodą lub nawet śliną). Po tej awanturze razem z majorem śledziliśmy demontaż. Przy rozmontowaniu ostatniego stopnia sprężarki z nieuszkodzonymi łopatkami zauważyłem w tarczy brak wkrętu wyważającego balans całego stopnia. Roztrzęsiony major nakazał wstrzymanie dalszych prac i pobiegł w nieznanym kierunku. Po chwili wrócił do mnie w towarzystwie młodego podpułkownika i zaproponował kawę w innym budynku, a pilnowanie rozgrzebanego silnika zlecił koledze. Przeprosiłem go grzecznie i stanowczo odmówiłem odejścia z tego miejsca do czasu przyjazdu polskiej delegacji. Był wściekły. Zostawił ze mną podpułkownika, a sam zjawił się późnym wieczorem razem z całą delegacją polską i dyrektorem zakładu w stopniu pułkownika. Dokończyliśmy rozbiórkę sprężarki i zrobiliśmy zdjęcia. Na uszkodzonych łopatkach były wyraźne ślady gwintu pasującego do gwintu wkrętów wyważających stosowanych w tym silniku. Po dalszych trzech dniach rozmów zakończyliśmy z powodzeniem reklamację, ale dopiero na wyższym szczeblu. Z tego zakładu protokół wyszedł nieuzgodniony przez dyrektora. Nie zgadzano się z polską sugestią, że wkręt wyważający był niewłaściwie zabezpieczony w czasie remontu przed odkręceniem się. To zabezpieczenie polegało na zrobieniu punktakiem wgniecenia na styku gwintowego połączenia z tarczą. W trzecim dniu przyleciał z Moskwy pułkownik z głównego zarządu w ministerstwie obrony i reklamację podpisał, zgodnie z naszym wywodem technicznym. Po dwóch miesiącach, już w Polsce, jeden z naszych oficerów z polskiej ambasady w Moskwie poinformował mnie, że dyrektora zakładu w Rydze zmieniono.

Tego rodzaju próby przekierowania uwagi z meritum sprawy zdarzały się częściej?
– Można powiedzieć, że był to chleb powszedni. Przypomina mi się tu inna reklamacja, prowadzona w różnych instytutach i zakładach w Moskwie, związana z katastrofą Su-20 w lutym 1976 roku. Zginął w niej zastępca dowódcy eskadry w stopniu majora. Rozpatrywanie reklamacji i wspólne badania trwały ponad rok. Główny inżynier powołał mnie i Ryszarda Szczepanika z Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych [Szczepanik jest dziś jednym z biegłych powołanych przez prokuraturę w sprawie katastrofy smoleńskiej – przyp. red.] do badań w ramach wojskowej komisji; obaj byliśmy świeżo po przeszkoleniu w Krasnodarze i znaliśmy dobrze samolot i silnik. Dostaliśmy zadanie: znaleźć przyczynę katastrofy. Polegało ono na dokładnym obejrzeniu każdego kawałka, skrawka lub części, zespołu czy też fragmentu zniszczonego samolotu i silnika (przez nas obydwu). Po obejrzeniu i braku uwag daną część, fragment, agregat itp. wkładaliśmy do wydzielonej skrzyni, według przyjętego przez nas klucza. Inna grupa techników już sprawdzone części układała w hangarze jako samolot w obrysie namalowanym kredą na posadzce. Trwało to kilkanaście godzin w piątek i w sobotę, bez większych sukcesów. W niedzielę z całej grupy technicznej komisji zostaliśmy tylko my dwaj, ponieważ to nasza praca ustawiała tempo badań technicznych. Przed południem znalazłem krótki wałek z wieloklinami na końcach. Oglądając go, zauważyłem zniszczenia ząbków. Ponieważ kapitan Ryszard Szczepanik mimo krótszego stażu pracy w jednostkach lotniczych posiadał więcej doświadczeń badawczych niż ja (pracował w ITWL w zakładzie badań silników), poprosiłem go, by obejrzał znalezioną część. Pamiętam, że Ryszard długo przyglądał się wałkowi i w końcu wydusił: „Janek, mnie się wydaje, że mamy przyczynę!”. Rzeczywiście tak było, a w konsekwencji uznano naszą reklamację. Trzeba tu zaznaczyć, że pilot zginął z własnej niewiedzy. Myślał, że fotel zerowy w locie poziomym to jest to samo, co spadanie samolotu bez silnika. Katapultował się więc tuż nad ziemią i nie przeżył. Pytał pan jednak o wybiegi Rosjan. I w tym przypadku, mimo oczywistego faktu zużycia i wyzębienia się końcówki ściętego wieloklinu wałka napędowego i w konsekwencji wyłączenia z pracy silnika, nasi rosyjscy „przyjaciele” chcieli nam wmówić „chorobę”. Tylko zdecydowana i ostra postawa naszej grupy pozwoliła na – nie odzyskanie, ale wręcz „wyrwanie” im samolotu.

Nawet argumenty poparte dowodami technicznymi nie wystarczały, by Rosjanie przyznali się do błędu?
– Absolutnie. W dyskusji Rosjanie bez zażenowania mówili na czarne białe. Wtedy zgłosiłem potrzebę międzynarodowego arbitrażu. Rosyjski wiceminister, nie pamiętam dziś jego nazwiska, zgodził się, proponując kandydaturę Węgier. Zgłosiłem protest, ponieważ Węgrzy w tym czasie (był to 1976 r.) byli w lotnictwie na szarym końcu, i to nie tylko Układu Warszawskiego. Zaproponowałem Szwecję. Sowiecki towarzysz stanął jak rażony gromem. „Kto jest waszym dowódcą? Zaraz zadzwonię do gen. M., aby was zabrał!” – krzyczał na mnie, choć moim dowódcą w Moskwie był wówczas obecny główny inżynier Wojsk Lotniczych płk mgr inż. Antoni Milkiewicz [dziś szef zespołu biegłych powołanych przez prokuraturę wojskową badających katastrofę smoleńską – przyp. red.]. Widziałem jego zażenowanie i wewnętrzną wściekłość, ale nie powiedział ani słowa. Dopiero po kilku minutach, kiedy podsumowując dyskusję, tenże wiceminister, zwracając się do Milkiewicza, niezwykle uprzejmie zaproponował w formie polecenia konieczność odesłania dowodu do badań w Omsku, do głównego inżyniera zakładu, który produkował ten silnik, Milkiewicz bardzo spokojnie przy całym audytorium stwierdził: „Zgadzam się, i zgodnie z naszymi umowami handlowymi proponuję, aby wałek przewiózł do Omska przedstawiciel naszej strony. I wyznaczam do tego kolegę Jana Baranieckiego”. Wiceminister poczerwieniał, odczekał kilkanaście sekund, zarządził przerwę i wyszedł. Już więcej go nie widzieliśmy. Przerwane rozmowy przesunięto o kilka miesięcy.

Rosjanie odpuścili?
– Nie, a to, co nam zgotowali, przeszło nasze oczekiwania. Następne spotkanie zaplanowano w Moskiewskim Instytucie Urządzeń Precyzyjnych. Spotkaliśmy się tam w dość dużym gronie. Ze strony polskiej było nasz czterech: Milkiewicz, docent G., specjalista badań materiałowych z ITWL oraz dwaj młodzi majorowie, czyli Szczepanik i ja. Ze strony rosyjskiej było czterech profesorów i dwóch pułkowników. Byliśmy pewni wygranej, bo przebadany w Polsce wałek napędowy miał typowe zużycie zmęczeniowe i nadawał się wręcz do szkolnych pokazówek. Wśród profesorów rosyjskich była kobieta, która przyznawała się do polskich korzeni. Ona jako pierwsza poparła nasze wnioski i podpisała protokół wspólnych badań. Trzej rosyjscy profesorowie i dwaj pułkownicy odłożyli podpisanie dokumentu na drugi dzień. Taki częściowo podpisany protokół zdeponowaliśmy w sejfie dyrektora Instytutu i oplombowaliśmy naszą pieczęcią. Jakież było nasze zdumienie dzień później, kiedy oznajmiono nam, że w sejfie – mimo nienaruszonych plomb – protokołu nie ma! Jak się wkrótce okazało, razem z protokołem przepadła też pani profesor, która złożyła podpis razem z nami.

Tak po prostu zwyczajnie wszystkiemu zaprzeczyli?
– Dokładnie. Kłamali w żywe oczy, że protokołu nie było, a takiej pani profesor nigdy nie widzieli. Wyjechaliśmy do Polski, żeby rozpocząć nową przepychankę. W końcu Rosjanie oddali nam cały samolot.

Sądzi Pan, że współpraca polskich biegłych powołanych do badania szczątków wraku w Smoleńsku ze stroną rosyjską wygląda podobnie?
– Przez lata mentalność ludzi za naszą wschodnią granicą się nie zmieniła. Problem jednak leży gdzie indziej. Badałem z Rosjanami kilka katastrof, ale moi przełożeni wojskowi, w większości, nie rezygnowali tak szybko z ochrony interesów Polski, jak zdarzyło się to w Smoleńsku. W tamtym czasie Rosjanie i Polacy oficjalnie byli „braćmi”, ale prawda – nasza, polska – była dopiero wtedy, gdy „bracia Rosjanie” uznali ją za prawdę. Kiedy w grę wchodziły duże pieniądze lub interesy państwa, pozwolenie na szukanie „prawdy polskiej” podejmowały władze Polski i ZSRS na najwyższych szczeblach. Jestem pewien, że dzisiaj ustalenie tej naszej, polskiej prawdy, nie byłoby tak do końca możliwe. Ale próbę należało podjąć. Rezygnacja z tej walki jest dla mnie, jako obywatela Rzeczypospolitej Polskiej, niewytłumaczalna.

Dziękuję za rozmowę.
Marcin Austyn

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... -sejf.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: W oparach "pojednania"
PostNapisane: 11 maja 2013, 12:18 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Towarzysz Schodow

Szanowni Państwo!

W najweselszym baraku obozu socjalistycznego krążyły żarty tego typu: Kto wynalazł schody? Oczywiście wybitny radziecki uczony Schodow. Trzeba było jakoś odreagowywać kłamstwa polegające na zawłaszczaniu przez umiłowany Związek Radziecki wszystkiego co możliwe i niemożliwe.

Ostatnio zastanawiałam się, po co Rosjanie zrobili serial o wspaniałej polskiej piosenkarce. Powód okazał się dokładnie ten sam co dawniej. Znowu chodziło o zawłaszczenie, poddanie w wątpliwość nie tylko jej polskości, ale takie spreparowanie życiorysu, żeby przy okazji, tak mimochodem, wybielić postać bolszewickiego zbrodniarza. Wymordował co prawda wielu niewinnych ludzi, w tym ojca głównej bohaterki, ale zrobił to przecież z miłości do jej matki i do niej samej, która mogła być, a nawet powinna jego córką. Przez całe życie był przecież ich aniołem stróżem. Cóż za tragiczna postać! Nawet Schodow przy nim blednie.

Sama Anna nazwana przez jakiegoś Australijczyka Rosjanką nie prostuje. Z własnym dzieckiem rozmawia po rosyjsku.

Oto jak robiło się i nadal robi propagandę oraz ustala nowe fakty i nowe prawdy.

Do następnej soboty. Pozdrawiam

Małgorzata Todd

www.mtodd.pl lub http://sklep.mtodd.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: W oparach "pojednania"
PostNapisane: 15 maja 2013, 06:27 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Zatrzymani w Smoleńsku

PCz

Uczestników rowerowego rajdu na Syberię zatrzymała w Rosji policja.

Chodzi o 24 rowerzystów wchodzących w skład NINIWA Team. Wyprawie patronuje „Nasz Dziennik”.

Kiedy wyjechali ze Smoleńska, zatrzymała ich policja, nie zezwalając na kontynuowanie podróży bez eskorty. – Pobudka tradycyjnie odbyła się dość wcześnie, bo około godz. 4.00. Tuż przed wyjazdem swoich gości serdecznie pożegnał gospodarz o. Ptolomeusz, proboszcz katolickiej parafii w Smoleńsku. O godz. 5.15 cały peleton był już na trasie. Dość szybko przemierzał kilometry, piękny wschód słońca towarzyszył naszym śmiałkom o poranku i nic nie zapowiadało, że może się to zmienić – relacjonuje Artur Bilewski, jeden z uczestników rajdu.

Dwie i pół godziny później radosny prysł jak bańka mydlana. – O godzinie 7.45, po przejechanych około 45 km, naszą grupę zatrzymuje policja – wszystkim wydawało się, że jest to rutynowa kontrola, jednak po sprawdzeniu formalności okazało się, że grupa nie może jechać dalej, bo nie posiada eskorty. Policjanci zakwalifikowali grupę jako bardzo dużą, a to wiąże się z koniecznością posiadania eskorty – tłumaczy Bilewski.

Zdziwieni rowerzyści zadzwonili do konsula Michała Greczyły, który przyjechał na miejsce zatrzymania peletonu. – Konsul dwoił się i troił, aby „odblokować” grupę i pozwolić jej podążać swoją drogą. Sprawy oparły się o Moskwę i Warszawę, ale feralnego przepisu nie można było w żaden sposób obejść. Dopiero w urzędzie wojewódzkim w Smoleńsku, a konkretnie w jednej z delegatur Ministerstwa Spraw Zagranicznych Federacji Rosyjskiej sprawy ruszyły z kopyta – dodaje nasz rozmówca. W Smoleńsku podjęto decyzję, że tymczasowa, prowizoryczna eskorta policyjna odtransportuje rowerzystów jedynie na spoczynek do wsi Kamionka. Rowerzyści przejechali do tej pory ponad 1,4 tys. kilometrów.

http://www.naszdziennik.pl/wp/32640,zat ... ensku.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: W oparach "pojednania"
PostNapisane: 18 maja 2013, 06:54 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Rosyjski lobbing

Jan Maria Jackowski

Dochodzą sygnały o kolejnych osobach, które miały podejmować lobbing na rzecz obecności Rosjan w Zakładach Azotowych Tarnów. W tym kontekście jest wymieniane nazwisko byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, obecnie lidera projektu politycznego realizowanego wspólnie z Ruchem Palikota – Europa Plus. Ostatnio jest wymieniane nazwisko byłego premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego, przewodniczącego Rady Gospodarczej przy Premierze RP, osoby, której przypisuje się duże zakulisowe wpływy w ramach obecnego obozu władzy, w tym na obsadę personalną strategicznych spółek Skarbu Państwa.

Jeżeli te informacje są prawdziwe, to oznacza, że była głowa państwa oraz najbliższy współpracownik Donalda Tuska i jego doradca są zaangażowani w działania sprzeczne z polskim interesem narodowym oraz bezpieczeństwem państwa. Zagrożenie jest bardzo poważne i Polacy powinni otrzymać rzetelne, jednoznaczne informacje dotyczące tej bulwersującej sprawy. Najlepiej, gdyby te kwestie wyjaśniła w sposób przejrzysty sejmowa komisja śledcza, która miałaby do tego odpowiednie instrumenty prawne. Grupa Azoty jest odbiorcą 20 proc. gazu w Polsce, a ewentualne przejęcie Azotów przez kapitał związany z największym eksporterem gazu w Europie i państwem dążącym do odbudowania swoich wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej mogłoby spowodować katastrofalne skutki.

Lobbowanie na rzecz zagranicznych podmiotów to dwuznaczna gra, która może ocierać się o zjawisko znane od dawna. W Polsce borykamy się z tym problemem od początku XVIII wieku. Wówczas Austria i Prusy, a szczególnie Rosja starały się wpływać na politykę ówczesnej Rzeczypospolitej przy pomocy swoich ludzi, którzy byli Polakami i od środka infiltrowali państwo oraz podejmowali działania korzystne dla swoich uświadomionych i nieuświadomionych mocodawców. W przeszłości, na co zwracają uwagę znawcy tej problematyki, najliczniejszą grupę stanowili ludzie działający z pobudek ideowych, ale korzystający z materialnego wsparcia tajnych służb, głównie dla utrzymania organizacyjnych form reprezentowanego ruchu i jego propagandy. Później zastąpili ich płatni agenci. Z takich właśnie związków rozwinął się w drugiej połowie XX w. wywiad polityczny i agentury wpływów.

Alexandre de Marenches, były długoletni szef SDECE, francuskiego wywiadu i kontrwywiadu, mówił: „Istnieją powiązania interesów tak przemożne, że nikt nie ma ochoty ich tknąć”.

Nie dziwi zatem, że gdy tylko ten problem w Polsce zaistnieje publicznie, to jest świadomie ignorowany lub przewrotnie ośmieszany. A przecież zagraniczne ośrodki i centra wpływów bardzo chętnie współpracują z osobami potrafiącymi wywierać wpływ. Bo przecież znana publicznie osoba, ceniony w mediach profesor, błyskotliwy komentator czy ekspert w stosunkach międzynarodowych nie wygląda na kogoś związanego z zagranicznym ośrodkiem, kto jest inspirowany przez jakieś zakulisowe gremium.

W jednym z ukazujących się w Polsce dzienników o Wiaczesławie Kantorze, większościowym właścicielu Acron Group, która dąży do przejęcia Zakładów Azotowych w Tarnowie, pisano: „Urodzony w 1953 r. w Moskwie i legitymujący się dwoma paszportami – rosyjskim i izraelskim – Kantor jest mistrzem podejrzanych przejęć i dziwnych schematów finansowych. (…) W Polsce Kantor współtworzył Europejską Radę ds. Tolerancji i Pojednania, na której czele obecnie stoi były polski prezydent Aleksander Kwaśniewski”. Trzeba zatem być szczególnie ostrożnym i roztropnym.

http://www.naszdziennik.pl/wp/32950,ros ... bbing.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: W oparach "pojednania"
PostNapisane: 23 maja 2013, 05:28 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Powrót do Układu?

Jest szereg racji po stronie tych, którzy dzielą Polskę na tę przed i po 10 kwietnia 2010 roku. Jeżeli dzień tragedii smoleńskiej umownie uznamy za graniczny, obraz zmian, jakie dokonały się od tego czasu w Polsce, staje się bardziej wyrazisty niż nieznane nam bliżej efekty amerykańsko-rosyjskiego „resetu” wprowadzonego przez te kraje w marcu 2009 roku.

Po prostu polska polityka zaczęła nagle współgrać z polityką Rosji w sferze spraw międzynarodowych, gospodarczych, a ostatnio nawet w dziedzinie tajnych służb. Im więcej pojawia się faktów o zacieśnianiu wzajemnej współpracy, tym ciszej robi się na temat naszej obecności w NATO.

Od prezydenckiego szefa BBN usłyszeliśmy nawet, że w razie konfliktu zbrojnego będziemy musieli liczyć przede wszystkim na siebie. Równocześnie coraz bardziej oddalamy się od bliskich nam dotąd krajów regionu środkowoeuropejskiego.

Ale to oczywiście nie jedyna, choć chyba najważniejsza refleksja-ocena związana z Polską przed Smoleńskiem i po nim.

Inna to powstanie w grudniu 2010 roku nowej centroprawicowej partii Polska Jest Najważniejsza, a w listopadzie 2011 roku kolejnej formacji Solidarna Polska Zbigniewa Ziobro.

W obu znaleźli się politycy Prawa i Sprawiedliwości wykluczeni z tej partii. Zastanawiające jest to, że założyciele obu partii akurat wtedy, tuż po traumie smoleńskiej, wystąpili z zamiarem reformowania własnej partii, co chyba miało też na celu odsunięcie od kierownictwa prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Skończyło się na secesji. Obie partie, PJN i SPZZ, nie odgrywają dziś większej roli na scenie politycznej, ale rozłam na prawicy stał się bolesnym faktem, który zmniejsza szanse wyborcze opozycji patriotycznej.

Bolesnym dlatego, że znaleźli się politycy, którzy – jak widać – nie za bardzo mieli ochotę wziąć na swoje barki dochodzenie do prawdy o Smoleńsku wspólnie z osobą boleśnie doświadczoną tą tragedią, czyli Jarosławem Kaczyńskim.

Smoleńsk przyniósł też niebywałą aktywizację ludzi „opcji rosyjskiej” w Polsce. To głównie osoby związane z dawną komunistyczną partią oraz te, którym okrągłostołowa polityka zapewniła ważne miejsce w państwie. Ale i znaleźli się nagle tacy, którzy w swoim zaciętym uporze obrony oficjalnej wersji katastrofy tupolewa, wersji ustalonej w Moskwie i podtrzymanej przez władze w Polsce, poświęcają się bez reszty, gubiąc przy tym podstawy zdrowego rozsądku.

Nawet najmniejszy przejaw wątpliwości w oficjalną wersję katastrofy budzi w nich głośny sprzeciw, a już przywoływanie argumentów zebranych przez parlamentarny zespół Antoniego Macierewicza, wskazujących na najbardziej prawdopodobną przyczynę katastrofy, jaką mógł być zamach, wywołuje ich oburzenie i gniew.

Nic przecież takiego nie miało się prawa wydarzyć, uważają. „Opcja rosyjska” w Polsce wydaje się oporna także w sprawie kwalifikacji ludobójstwa w Katyniu. Po prostu podtrzymuje rosyjską wersję o „zbrodni wojennej”.

Czy gdyby nie Smoleńsk, byłoby możliwe odstąpienie przez Sejm od przyjęcia uchwały w sprawie uczczenia 150. rocznicy Powstania Styczniowego?

Czy gdyby nie Smoleńsk, polscy komuniści odbudowaliby znowu swoją partię?

Czy gdyby nie Smoleńsk, „Wiadomości” TVP wyeksponowałyby do przesady relację z defilady w Moskwie w dniu 9 maja, w którym to jedynie Rosja świętuje zakończenie II wojny światowej?

Dodajmy do tego – niespotykaną w Polsce przed Smoleńskiem – falę medialnych ataków wymierzonych w polskość, patriotyzm, katolicyzm. Zalew lewackich praw osłabiających polską rodzinę.

A także coraz pojemniejszą listę ustaw i przepisów zabezpieczających interesy władzy w sytuacjach, które mogłyby stanowić dla niej zagrożenie. Ludzie to wszystko widzą. Wracamy do Układu Warszawskiego, mówią. I obyśmy się mylili.

Wojciech Reszczyński

http://www.naszdziennik.pl/mysl-felieto ... kladu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: W oparach "pojednania"
PostNapisane: 25 maja 2013, 06:43 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
„Specjalny kanał współpracy”

Piotr Bączek

Rozporządzenie prezydenta Władimira Putina nakazujące rosyjskiej Federalnej Służbie Bezpieczeństwa zawarcie porozumienia o współpracy z polską Służbą Kontrwywiadu Wojskowego, jest ukoronowaniem kilkuletnich wzajemnych relacji tych instytucji. W przypadku dalszej współpracy można spodziewać się pogłębienia wymiany informacji, współpracy naukowo-technicznej, wspólnych działań specjalnych, a także kursów dla oficerów realizujących takie zadania.

Decyzja Putina zaskoczyła wszystkich – opozycję, media, ale również rząd Donalda Tuska, którego przedstawiciele zaskakująco od kilku dni milczą. Nie udzielili merytorycznej odpowiedzi na liczne pytania w tej bulwersującej sprawie. Enigmatyczny komunikat przedstawił dyrektor gabinetu szefa SKW płk Krzysztof Dusza: „Służba Kontrwywiadu Wojskowego nie komentuje aspektów dotyczących współpracy międzynarodowej”. Media cytowały również odpowiedź szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza na pytania posła PiS Marka Opioły w tej sprawie: „Przekazywanie informacji dotyczących czynności służbowych podejmowanych przez SKW nie jest możliwe”.

Obie wypowiedzi wskazują, że problem współpracy kontrwywiadów Polski i Rosji jest znacznie bardziej poważny, niż do tej pory sądzono. Zwłaszcza że od 2009 r. głośno jest o wspólnych przedsięwzięciach tych instytucji.

Najpierw czystki, potem „kanał służb”
SKW powstała w 2006 r. w miejsce pionu kontrwywiadu WSI. Pierwszym szefem był Antoni Macierewicz, który stworzył fundamenty i określił kierunki działania tej służby. W pierwszych tygodniach po wyborach w 2007 r. zwolniono szefów jednostek, np. kadr, spraw wewnętrznych, ochrony informacji, operacyjnych, analiz, archiwum. Rozpoczęto również postępowania kontrolne, sprawdzające, dyscyplinarne wobec wielu osób. Takie działania miały na celu zastraszyć pozostałą kadrę i umożliwić zmianę działalności SKW. Na efekty takich zmian nie trzeba było długo czekać.

Pod koniec 2008 r. Polska wydaliła dwóch pracowników attachatu wojskowego Rosji w Warszawie. Powodem było zgromadzenie przez SKW dowodów na prowadzenie przez nich działań szpiegowskich. Jednak w każdym normalnym kraju zostaliby uznani za osoby niepożądane i wyrzuceni, ewentualnie byłaby prowadzona gra operacyjna. Jednak rząd Tuska dążył do poprawy stosunków z Rosją, zrezygnowano więc z wyrzucenia agentów. Według prasowych doniesień, rosyjscy szpiedzy dostali tydzień na opuszczenie Polski, wyjechali pod koniec listopada 2008 roku. Media relacjonowały: „Decyzja rządu była taka, że załatwiamy to ’kanałem służb’. Szef SKW porozumiał się ze swoim odpowiednikiem w Federacji Rosyjskiej, mówiąc mu: ’Wiemy, co ci ludzie robili, zabierajcie ich i nie róbcie tego więcej’”.

O ile kilka lat temu doniesienie o porozumieniu szefów służb obu krajów mogło być interpretowane jako celowa dezinformacja, o tyle obecnie należy tylko zastanowić się, kiedy konkretnie rozpoczęła się ta współpraca. Zwłaszcza że w kolejnych latach odnotowano kilka sygnałów świadczących o reorientacji SKW.

Informacje z rosyjskiego satelity
W 2011 r. ujawniono, że polscy żołnierze stacjonujący w Afganistanie przesyłali informacje, również dotyczące działań operacyjnych, przez satelitę Yamal-202, który należał do państwowego, rosyjskiego koncernu Gazprom.

Na aferę z rosyjskim satelitą nakładają się kolejne wpadki SKW – np. wojskowe służby specjalne latają do Afganistanu samolotami rosyjskiego Aerofłotu.

W październiku 2012 r. „Nasz Dziennik” informował, że urządzenie jednego z oficerów SKW pracujących po tragedii smoleńskiej w Rosji zostało zainfekowane wirusem kopiującym dane. Zainstalowane oprogramowanie miało kopiować dane z urządzania i przesyłać je na nieznany serwer.

Opinia publiczna była również alarmowana faktem wizyty w centrali SKW przedstawicieli rosyjskich służb specjalnych. Do siedziby wjechali służbowym samochodem, który wcześniej nie był sprawdzony przez polskie służby. Mieli poruszać się po siedzibie SKW bez przeszkód.

Przetarg bez ochrony
Osobną sprawą jest zachowanie SKW po tragedii smoleńskiej. Natychmiast po 10 kwietnia 2010 r. SKW uspokajała, że Rosjanie nie mogli przejąć żadnych tajnych dokumentów, gdyż na pokładzie samolotu nie było materiałów niejawnych. O tym, jak w rzeczywistości wyglądają zapewnienia kontrwywiadu, świadczy afera z telefonem prezydenckim i nośnikami pamięci elektronicznej, które do dziś znajdują się w rękach Rosjan.

SKW nie zapewniła również odpowiedniej ochrony rządowego samolotu podczas ostatniego remontu w Rosji. W ostatnim „Raporcie smoleńskim” zespołu Antoniego Macierewicza stwierdzono, że o wyniku przetargu faktycznie zdecydowały władze Rosji, gdyż zgodnie z dekretem prezydenta Dmitrija Miedwiediewa to Federalna Służba Współpracy Wojskowo-Technicznej FR wskazała rosyjskiego wykonawcę remontu. Biorąc pod uwagę ilość usterek (wykrytych od zakończenia remontu do 10 kwietnia), należy wziąć pod uwagę, że mogło dojść do niedopełnienia obowiązków przez szefów SKW i ABW oraz „inne osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo prowadzonych przetargów, remontów”.

Tradycyjne metody
Podjęcie współpracy SKW z FSB mieści się w modus operandi Moskwy. Rosja w państwach, w których nie posiadała jednoznacznych wpływów, rozszerzała swoją obecność drobnymi, ale systematycznymi i konsekwentnymi krokami. Doskonałym przykładem takiej strategii były kraje Ameryki Południowej w latach 60. i 70. ubiegłego wieku. Po zdobyciu tam władzy przez rządy przyjazne Kubie i Związkowi Sowieckiemu rozpoczynał się proces nawiązywania współpracy wojskowej, naukowo-technicznej, przemysłowej, zbrojeniowej z blokiem komunistycznym. Moskwa w zamian za swoje wpływy polityczne, gospodarcze i możliwość prowadzenia działań wywiadowczych przeciwko państwom wolnego świata przekazywała sprzęt, technologie, kredyty, szkoliła także elity, kadry wojska i sił bezpieczeństwa. W ten sposób uzależniano te państwa od Kremla. Wszystko w imię walki z „zachodnim imperializmem”. Wprawdzie obecnie Związku Sowieckiego już nie ma, ale metody pozostały te same.

Autor był członkiem komisji weryfikacyjnej ds. WSI. Do grudnia 2007 r. pełnił funkcję szefa Zarządu Studiów i Analiz Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Po objęciu urzędu prezydenta RP przez Bronisława Komorowskiego został wyrzucony z Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

http://www.naszdziennik.pl/wp/33713,spe ... pracy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: W oparach "pojednania"
PostNapisane: 27 maja 2013, 08:58 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Aleksander Ścios

OBCA GRA

Ekipa Donalda Tuska coraz częściej musi doświadczać poczucia zagrożenia, jeśli w wypowiedziach członków rządu pojawiają się bezpośrednie sugestie na temat rosyjskich intryg. Słowa szefa MSW o traktowaniu sprawy zwrotu Tupolewa jako „przełącznika do temperatury wewnętrznej w Polsce” wskazują, że grupa rządząca ma świadomość gry prowadzonej przez kremlowskich „przyjaciół”. Gry tak zaawansowanej, że nie warto już pytać - czy Rosjanie zmienią nam premiera, lecz – kiedy to nastąpi i jak w tej sytuacji powinna zachować się opozycja?

Od wielu miesięcy w działaniach Kremla można dostrzec intencję pozbycia się nazbyt skompromitowanego wspólnika oraz zamysł wykreowania grupy, która potrafi sprostać nowym, strategicznym planom Kremla. Podgrzewanie atmosfery wokół wraku, prowokacyjne wypowiedzi kremlowskich decydentów, publikacja zdjęć ofiar tragedii czy blamaż Tuska w rozgrywce jamalskiej – to tylko niektóre z elementów rosyjskiej strategii. Obrazu dopełniają kąśliwe publikacje rosyjskich mediów i coraz bardziej krytyczne oceny polskojęzycznych rezonatorów, „podszczypujących” premiera i jego ministrów.

Rosja wie, że obecna ekipa nie tylko traci poparcie Polaków, ale staje się coraz słabszym i bezwolnym przedmiotem w europejskich rozgrywkach. Nagromadzenie rozlicznych patologii związanych z funkcjonowaniem tej ekipy sprawia, że coraz trudniej radzi sobie z własnym społeczeństwem i nie potrafi zadowolić Moskwy w roli rosyjskiego konia trojańskiego.
Niemniej ważną przesłanką jest fakt, że ludzie obecnego reżimu współdziałali z Putinem przeciwko polskiemu prezydentowi i stali się zakładnikami kłamstwa smoleńskiego. Współpraca ta, nazwana w zeznaniach ministra Arabskiego „grą równoległą”, miała wyeliminować Lecha Kaczyńskiego z polityki zagranicznej i ośmieszyć go na arenie międzynarodowej. Wiedza o tych działaniach daje Rosjanom potężne narzędzia nacisku i może być wykorzystana w obecnej rozgrywce. Spotkania z wysłannikami Putina czy ustalenia dotyczące współpracy, szczególnie w obszarze służb specjalnych, są jednak mocno niewygodnym depozytem. Oczywiście - nie dlatego, iżby Tusk i spółka odważyli się wykorzystać tę wiedzę lub próbowali uwolnić od kurateli Moskwy. Jest to raczej kłopot, jaki sprawia skompromitowany i wyeksploatowany wspólnik, dla przestępcy, który zaplanował przejście z szarej strefy do legalnego biznesu.
Taki zamysł Kremla można dostrzec w związku z ofensywną polityką „marszu na Europę”, szukaniem dostępu do unijnych pieniędzy i oczekiwaniem na zawarcie umowy o współpracy między Unią Europejską a Rosją. Niedawna deklaracja Putina o „nieodwracalnym wyborze Rosji na korzyść demokracji” oznacza również tyle, że sprawa Smoleńska staje się kłopotliwym bagażem w procesie „europeizacji” kremlowskiego reżimu i w perspektywie kilkunastu miesięcy Rosja może dążyć do zamknięcia śledztwa i wyciszenia tematu.
W takiej konfiguracji - słaby i nieudolny Tusk, rozdarty między moskiewskimi powinnościami, apetytem na unijną posadę i rolą „chłopca do poklepywania” dla Merkel – jest nie tylko uciążliwym, ale mało wydajnym pomocnikiem.

Nie można wykluczyć, że obecna ekipa, świadoma celów rosyjskiej gry, będzie próbowała przyjąć medialny wizerunek „oblężonej twierdzy” i przekonać Polaków, że rząd Tuska stał się przedmiotem rosyjskich knowań. W takim scenariuszu, premier może kreować się na tego „co Moskwie się nie kłania” i odwołując do antyrosyjskich nastrojów podjąć próbę ratowania swojej pozycji. Byłaby to rozgrywka va banque, obliczona na zachowanie władzy, wybielenie wizerunku i obnażenie intencji przeciwników, w tym głównego decydenta na polskiej scenie politycznej – Bronisława Komorowskiego.

Nie ma wątpliwości, że w rozdaniu obowiązującym po 10 kwietnia 2010 roku, to lokator Belwederu i budowany przezeń reżim prezydencki mają być najmocniejszymi gwarantami rosyjskich interesów. Hierarchia została ustalona na początku 2010 roku i ówczesna rezygnacja Tuska z ubiegania o prezydenturę, nadal determinuje ten podstawowy podział.
Dlatego przyjęcie tezy o rosyjskiej grze na zmianę premiera, oznacza przede wszystkim uwzględnienie roli Belwederu - jako środowiska obdarzonego szczególnym zaufaniem Moskwy i realizującego dziś scenariusz „nowego rozdania”. Od wielu miesięcy jest on już dokonywany w obszarze polityki bezpieczeństwa narodowego, funkcjonowania sił zbrojnych i służb specjalnych. Wymiana ekipy rządzącej będzie wieńczyć dzieło, zaś rok 2015, ogłoszony „rokiem Polski w Rosji i Rosji w Polsce” wydaje się datą graniczną i nieprzypadkową.
Przyjęcie takiej tezy musi prowadzić do konkluzji, że „grupa zastępcza”, powołana pod kuratelą Moskwy i Belwederu– niezależnie od jej składu i politycznych konotacji, będzie ekipą kolejnych figurantów, konserwujących patologie III RP i umacniających hegemonię Kremla.
Dlatego wszelkie symulowane zmiany, w tym wymiana Tuska na mniej skompromitowany „model”, nie może leżeć w interesie opozycji, zaś współdziałanie w tym zakresie z lokatorem Belwederu (co sugerują niektórzy medialni doradcy PiS-u), byłoby wręcz szaleństwem. Podobnie trzeba oceniać próby „poszerzania elektoratu” - poprzez różnego rodzaju umizgi do koalicyjnej partii reżimowej czy poszukiwanie „konsensusu” z rywalami Tuska w PO. Takie konfiguracje nie przyniosą żadnego przełomu i zostaną wykorzystane w planach Moskwy.
Rosyjski scenariusz jest bowiem wymierzony w dążenia całego obozu patriotycznego: ma zamknąć sprawę Smoleńska, „oczyścić” atmosferę polityczną, spacyfikować niezadowolenie społeczne, wzmocnić pozycję Komorowskiego i dać Polakom zwodniczy substytut wolności i demokracji.

Powodzenie scenariusza zależy w dużej mierze od tego, jak zachowa się partia Jarosława Kaczyńskiego i w jakim zakresie będzie zdolna przeciwstawić się wspólnej grze Kremla i Belwederu. Zadanie to tym trudniejsze, że dla pokonania przeciwnika nie wystarczy już krytyka pod adresem Tuska, wiara w sondaże i pokładanie nadziei w wynikach wyborów parlamentarnych. Rządzący Polską układ perfekcyjnie opanował medialne inscenizacje „demokracji kontrolowanej”, zaś ostatnie wybory obsługiwane przez serwery rosyjskiej firmy Internet Partners pokazały, że opozycja nie ma żadnego wpływu na „gry wyborcze w technologii IT”. Można się spodziewać, że w przypadku realnego zagrożenia zwycięstwem PiS-u, takie środki zostaną ponownie użyte. W posiadaniu Komorowskiego są także niezwykle skuteczne narzędzia, zawarte w ustawie o stanie wojennym. Pozwalają one zablokować lub zmienić każdy wynik wyborczy i w dowolnym momencie wprowadzić stan wyjątkowy.
Świadomość tej gry, powinna więc skłonić opozycję do podjęcia elementarnych działań prewencyjnych, w tym: pokazania opinii publicznej głównych uczestników spektaklu, ich intencji i rzeczywistych celów, podkreślenia szczególnej roli Belwederu i zagrożeń związanych z budowaniem reżimu prezydenckiego, rezygnacji z nieskutecznych półśrodków, w postaci tworzenia „programów naprawczych”, kierowania wotum nieufności, wniosków personalnych i praktykowania tym podobnych „mechanizmów demokracji”, dzięki którym PiS marnuje czas, energię i społeczny potencjał. Uwiarygodnianie fałszywych mechanizmów nie leży w interesie opozycji i w tym zakresie nie powinna mamić Polaków złudnymi nadziejami. Jeśli bowiem Rosja planuje nam „wymienić premiera”, dokona tego nie w wyniku spektakularnych przewrotów lecz przy pomocy karty wyborczej i wykorzystania fikcyjnych „procesów demokracji”. Stając się uczestnikiem tej mistyfikacji, opozycja skazuje się na bolesną porażkę.

Tekst, który miał się ukazać w Gazecie Polskiej.

http://bezdekretu.blogspot.com/2013/05/obca-gra.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: W oparach "pojednania"
PostNapisane: 23 wrz 2013, 06:23 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Przymiarki do embarga

Rosja znowu ma zastrzeżenia do polskiej żywności. Główny lekarz sanitarny kraju Giennadij Oniszczenko oświadczył, że podległe mu służby uznają produkty z Polski za niespełniające deklarowanych norm.

– Mamy bardzo duże podejrzenia, że przez Polskę w wysokim stopniu płynie produkcja, która – delikatnie mówiąc – nie odpowiada deklarowanym normom. Funkcjonują jakieś półlegalne, a często nawet kryminalne schematy, gdy do Polski zwożona jest produkcja, która później otrzymuje cechy wyprodukowanej w innym kraju, w tym w tejże Polsce, a następnie dostarczana jest przez Białoruś na rosyjski rynek – oznajmił w sobotę Oniszczenko, który kieruje także służbami nadzoru konsumenckiego (oficjalna nazwa: „ochrony praw konsumentów i dobrobytu człowieka”).

Wprawdzie urzędnik deklaruje, że jego uwagi nie mają żadnego podtekstu politycznego i są podyktowane wyłącznie troską o zdrowie Rosjan, to powszechnie wiadomo, że Kreml często wykorzystuje Oniszczenkę w prowadzonych grach dyplomatycznych.

Jego wypowiedzi często poprzedzają wprowadzenie przez Rosję różnych restrykcji wobec kraju, którego dotyczą. W latach 2005-2007 Rosja utrzymywała embargo na polskie mięso, mające wszelkie cechy politycznego szykanowania. Zakazy były rozszerzane na inne produkty, m.in. owoce. Także później kilka razy rosyjskie organy wprowadzały obostrzenia i zakazy dotyczące polskiej żywności, żądano dodatkowych uciążliwych kontroli zakładów przetwórczych.

Miesiąc temu Federalna Służba Nadzoru Weterynaryjnego i Fitosanitarnego wyraziła zastrzeżenia do pochodzących z naszego kraju owoców i warzyw, a także wprowadziła zaostrzoną kontrolę mięsa i nabiału. Rossielchoznadzor nie wykluczył nawet wprowadzenia embarga na import polskiej produkcji mięsnej i mlecznej.

Urząd wykrył nielegalnie przewożoną hiszpańską słoninę ukrytą za szpikiem wieprzowym z Polski, zatrzymał także 12 ton polskich serów z powodu sfałszowanych etykiet. Po trzech tygodniach Rosjanie przyjęli wyjaśnienia polskiego rządu, ale i tak kilka zakładów czekają kontrole.

W ostatnich miesiącach Rosja zabroniła także importu słodyczy z Ukrainy i win z Mołdawii. Zaostrzyła też kontrolę jakości produktów mlecznych z Litwy, a od ponad tygodnia przeprowadza dodatkowe kontrole celne wszystkich litewskich towarów. Te restrykcje łączy się z zaplanowanym na listopad szczytem Partnerstwa Wschodniego w Wilnie. Ukraina ma wtedy podpisać umowę stowarzyszeniową z UE, a Mołdawia – parafować takie porozumienie.

Moskwa robi wszystko, by zniechęcić te kraje do integracji z Zachodem i włączyć do tworzonych przez siebie struktur na terenie byłego ZSRS, przede wszystkim Związku Celnego z Białorusią i Kazachstanem. Litewska prezydent Dalia Grybauskaite tłumaczy działania Rosji wobec jej kraju odwetem za zaangażowanie Litwy w realizację programu Partnerstwa Wschodniego.

Piotr Falkowski

http://www.naszdziennik.pl/ekonomia-gos ... barga.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: W oparach "pojednania"
PostNapisane: 20 lis 2013, 08:23 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Syndrom zatrzaśniętych archiwów

Z prof. Mieczysławem Rybą, kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX w. KUL, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Jak Pan ocenia szanse realizacji przez Rosję ponownego wniosku o pomoc prawną w sprawie obławy augustowskiej? Takie wystąpienia zapowiedział białostocki IPN.
– Jestem przekonany, że bez pomocy prawnej Rosji nie ma możliwości dokończenia tego śledztwa. Pamiętajmy jednak, że takie śledztwo mogłoby kończyć się nawet postawieniem jakichś zarzutów konkretnym osobom, które podejmowały w tej sprawie określone decyzje. Problem leży w woli politycznej Rosji. Zarówno system sądowniczy, jak i całe państwo jest tak naprawdę uzależnione od tego, co zwiemy „centralą w Moskwie”. A centrala moskiewska prowadzi pewną, bardzo konkretną politykę historyczną.

Czyli jaką?
– Ta polityka historyczna ma m.in. jeden bardzo ważny wspólny mianownik. Według niej wojska Armii Czerwonej wyzwalały Europę – szczególnie Wschodnią i Środkową – od dominacji hitlerowskiej. Traktowane to jest jako czynnik bezwzględny, wielka zasługa Rosji dla Europy. Również Rosja współczesna chce odgrywać w tej Europie bardzo dużą rolę, stąd ta historia ma dawać absolutnie pozytywny wizerunkowo klimat dla prowadzenia tego typu polityki. W związku z tym, o ile ewentualne zbrodnie komunizmu, dokonywane wewnątrz Rosji, jak i sam komunizm mogą być w jakiś sposób potępiane, o tyle działania na zewnątrz w stosunku do innego państwa, szczególnie jeśli bierzemy pod uwagę kontekst II wojny światowej, nie mogą wizerunkowo szkodzić Rosji. Tutaj pojawia się blokada, która ma umożliwiać Rosji kreowanie swojego wyzwolicielskiego wizerunku, co Rosjanie robią konsekwentnie. Jeśli na górze nie będzie zmiany decyzji w tym zakresie, to nie wydaje mi się, żeby na poziomie prawnym, władz sądowych czy jakichkolwiek innych w Rosji zapadła decyzja korzystna dla Polaków.



Poza względami polityki wizerunkowej Rosji coś jeszcze może mieć wpływ na odmowę pomocy prawnej?
– W grę może też wchodzić, podnoszony przez Polaków, problem ścigania zbrodniarzy, jak również elementy odszkodowawcze. Chociaż, jak widzimy, na arenie europejskiej też nie znajdujemy wsparcia, bo w sprawie katyńskiej Trybunał nie udzielił nam pomocy. Sprawa ewentualnych odszkodowań jest oczywiście drugorzędna, aczkolwiek też istnieje. Najważniejszy jest jednak, jak wspomniałem, wizerunek Rosji. Armia Czerwona i jednostki NKWD, które również funkcjonowały w obszarze działań wojennych, nie popełniały ich zdaniem zbrodni, a szczególnie takich, które moglibyśmy zaliczyć do kategorii zbrodni przeciwko ludzkości.

To znaczy, że każde podnoszenie sprawy Katynia czy „małego Katynia”, bo takim mianem określana jest często obława, drażni Rosjan?
– Właśnie tak. Ten duży Katyń w jakiś sposób może jeszcze by łyknęli z uwagi na różnorakie uwarunkowania, kwestie symboliczne przyznane już za Borysa Jelcyna. Natomiast dalsze obnażanie ich różnych zbrodni pokazałoby, że Armia Czerwona wcale nie wyzwalała, tylko zaprowadzała na zajętych terenach, w tym polskich, nową okupację, podobną co do represyjności do okupacji niemieckiej. Wtedy mit wyzwolicielski Armii Czerwonej zostałby absolutnie podważony, do czego Rosjanie nie chcą dopuścić.

W toku śledztwa augustowskiego pojawił się wątek lidzki. Czy pomoc prawna ze strony Białorusi cokolwiek może tu pomóc?
– Nie sądzę, by Białoruś przy obecnej władzy miała na ten temat inne zdanie niż Rosja. Głównych dokumentów w kwestii obławy augustowskiej z pewnością trzeba jednak szukać w Moskwie, a jak wspomniałem, bez zgody władz politycznych Rosji bardzo trudno tego typu rzeczy osiągać.



Ale przecież ujawnienie przez Rosję listy zabitych podczas obławy i miejsca ich spoczynku mogłoby zostać odebrane jako ludzki gest wobec bliskich ofiar.
– Z pewnością. Ale pamiętajmy, że ujawnienie takich dokumentów to otwarcie pewnej szczeliny, w którą mogłyby się wedrzeć działania polskie. Jeśli oni mają wiedzę, gdzie spoczywają ofiary, to na pewno mają jakieś dokumenty. Jeżeli je posiadają, to należałoby żądać ich ujawnienia, czego mogą chcieć uniknąć, gdyż w tych dokumentach mogą być jeszcze jakieś inne rzeczy, bardzo istotne dla całego śledztwa. Dlatego humanitaryzm w takich zasadach polityki rosyjskiej nie odgrywa żadnej większej roli, w ich azjatyckim sposobie politykowania te kryteria nie są istotne.

To co nam pozostaje? Jesteśmy bezradni?
– Oczywiście trzeba naciskać Rosjan, mówić jasnym głosem, słyszanym również na zewnątrz, i dokonywać takich działań poszukiwawczych i dokumentacyjnych, które są możliwe na gruncie polskim. Łącznie z działaniami związanymi z upamiętnieniem tych ofiar, bo to jest niezwykle ważne nie tylko dla tego regionu, ale i dla całej pamięci historycznej Polaków. Jeśli Rosjanie prowadzą kłamliwą politykę historyczną w tym zakresie, to my powinniśmy prowadzić politykę historyczną prawdziwą. Nie tylko w takim znaczeniu, że prawdę zna wąska grupa historyków, lecz dbać o ciągłe upamiętnianie tej zbrodni.

Dziękuję za rozmowę.
Piotr Czartoryski-Sziler

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... hiwow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: W oparach "pojednania"
PostNapisane: 09 gru 2013, 08:40 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Wobec nadchodzącej wojny

Maciej Walaszczyk

Białoruś i Ukraina zwasalizowane przez Rosję zniweczą strategiczne możliwości obronne Polski na obszarze Bałtyku. Wtedy polem przyszłej wojny będzie 150-kilometrowy pas od granicy z Białorusią do Warszawy – uważają analitycy Narodowego Centrum Studiów Strategicznych.

Dzisiaj Narodowe Centrum Studiów Strategicznych przedstawi raport pt. „Geografia wojskowa Bałtyku”, w którym zawarte zostaną wnioski dla kierunków modernizacji Sił Zbrojnych. Chodzi o zakup odpowiednich okrętów podwodnych, rakietowych, trałowców, rakiet średniego zasięgu oraz samolotów, które będą mogły skutecznie prowadzić działania na obszarze Morza Bałtyckiego. Wnioski te zostaną przedstawione podczas konferencji pt. „Strategia obronna Polski – wyzwania w kontekście Morza Bałtyckiego”. Najważniejsza jest w tej kwestii współpraca z krajami nordyckimi, takimi jak Szwecja i Finlandia, a także Danią oraz Litwą, Łotwą i Estonią.

Jim Thomas, wiceprezydent Center for Strategic and Budgetary Assessments – prestiżowego think tanku z USA, były członek kierownictwa Pentagonu (2004-2008), omówi szeroko dyskutowaną nową amerykańską koncepcję wojny powietrzno-morskiej na Zachodnim Pacyfiku, której jest współautorem. Z niej płyną też wnioski dla sytuacji militarnej na Bałtyku. W panelach dyskusyjnych uczestniczyć będą także wysokiej rangi przedstawiciele Sztabu Generalnego WP oraz Dowództwa Marynarki Wojennej.

Białoruś, Ukraina i ochrona polskich granic
Wspomniany raport NCSS poświęcony tematowi wpływu geografii wojskowej Bałtyku na kierunki modernizacji Sił Zbrojnych RP zawiera kilka ważnych wniosków. Szczególnie ciekawie brzmią one w kontekście wydarzeń rozgrywających się na Ukrainie, a także regularnych manewrów wojskowych „Zapad” od kilku lat prowadzonych wspólnie z Białorusią przez armię rosyjską. Zdaniem Jacka Bartosiaka i Tomasza Szatkowskiego z NCSS, „pogłębianie się niekorzystnej zmiany uwarunkowań geopolitycznych otoczenia Polski zwiększa ryzyko wystąpienia konfliktu politycznego i zbrojnego z udziałem Polski w najbliższych dwóch dekadach”. Nie mają oni wątpliwości, że takim potencjalnym przeciwnikiem polskiej armii mogą być tylko Siły Zbrojne Federacji Rosyjskiej. W ich ocenie, „możliwość korzystania przez armię rosyjską z terytorium białoruskiego, nie mówiąc już dodatkowo o ukraińskim, w sytuacji oczywistej różnicy potencjału, zwłaszcza ilościowego, pomiędzy Siłami Zbrojnymi RP a armią rosyjską” właściwie uniemożliwia realizację planu wykorzystania Bałtyku jako pola i centrum takiego konfliktu.

Zdaniem ekspertów, pole walki po prostu przeniesie się wówczas na obszar lądowy, „pomiędzy położoną 150 km na wschód od Warszawy granicą białoruską a samą Warszawą”. Dlatego istotne jest, by takie kraje jak Białoruś i Ukraina, a także Niemcy były w obliczu kryzysowej sytuacji wobec Polski przynajmniej neutralne, natomiast państwa bałtyckie oraz Finlandię i Szwecję łączyła z Polską konieczność wspólnej neutralizacji rosyjskiego zagrożenia na obszarze Bałtyku. Jak czytamy w raporcie: „Utrzymanie terytorium Białorusi i Ukrainy z dala od wojny uniemożliwia Rosji przerzucenie sił i środków w pobliże teatru wojny i pomoc siłom w obwodzie kaliningradzkim oraz stwarza Rosjanom wielkie wyzwania natury planistycznej i logistycznej przy planowaniu uderzeń na Polskę z samego powodu odległości i geografii oraz geograficznej przewagi strony polskiej w teatrze działań wojennych”.

http://www.naszdziennik.pl/wp/61942,wob ... wojny.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 50 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 13 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /