Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 47 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Wojna z duchem narodowym Polaków
PostNapisane: 05 wrz 2010, 07:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31305
Pod Twoją obronę uciekamy się!

Jest odpowiedź Kościoła na wydarzenia ostatnich miesięcy w Polsce. I to od razu odpowiedź mocna, jednoznaczne, pełna i dająca nadzieję. A mowa jest oczywiście o niezwykle mocnym akcie oddania Polski i Polaków w opiekę Matce Bożej, jakiego dokonał w trakcie uroczystości 100-lecia rekoronacji obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej arcybiskup Stanisław Nowak.

Walka, której jesteśmy świadkami, a która nabrała szczególnego tempa po 10 kwietnia jest przede wszystkim walką duchową. Profanacje krzyży (tych w Przemyślu, ale także w Warszawie), „happeningi młodzieży” w czasie których „wybiera się Barabasza”, polityczne wykorzystywanie wrogości do Kościoła czy wreszcie próby wprowadzenia w Polsce szerszych możliwości zabijania – wszystko to są wydarzenia nie tylko z płaszczyzny politycznej czy kulturowej, ale również duchowej. Od tego, jak na nie odpowiemy zależy zatem nie tylko przyszłość doczesna Polski, ale również jej (a co za tym idzie i nasza) przyszłość duchowa. I dlatego odpowiedzią na wszystko co się dzieje nie mogą być tylko oświadczenia, listy, wystąpienia czy kazania, ale musi to być przede wszystkim modlitwa, zawierzenie.

I czegoś takiego właśnie się doczekaliśmy. Arcybiskup Stanisław Nowak w niezwykle mocnej modlitwie podczas Apelu Jasnogórskiego oddał całą Polskę i wszystkich Polaków w opiekę Maryi. Prosił ją, by pomagała nam w walce z laicyzacją, ale i z życiem tak jakby Boga nie było. Przypominał, że musimy walczyć o każde życie od poczęcia do naturalnej śmierci oraz wynagradzać za sprofanowane krzyże, a także błagał Matkę Pana o pomoc. Błagał także słowami modlitwy „Pod Twoją obronę…”

Te słowa brzmią jakoś szczególnie mocno, szczególnie gdy uświadomimy sobie, że ucieczka ku Matce Pana była zawsze dla Polaków skuteczna. Maryja Królowa Polski wyprowadzała nas z najstraszniejszych doświadczeń dziejowych. I teraz, jeśli rzeczywiście zaufamy, zawierzymy, powierzymy się Jej, będzie podobnie. Potrzebna jest tylko mocna wiara, prawdziwe oddanie i ofiara. A z tego trudnego okresu wyjdziemy silniejsi, i będziemy mogli, jak to mówił arcybiskup, wypełniać naszą misję także wobec innych narodów.

Tomasz P. Terlikowski

http://forum.fronda.pl/?akcja=pokaz&id=3616742


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna z duchem narodowym Polaków
PostNapisane: 05 wrz 2010, 07:49 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31305
Od 1939 r. trwa walka z Duchem Narodowym Polaków.
Jest nieustannie prowadzona do dziś. Obecnie nasila się i staje się coraz bardziej bezwzględna.
Nie pozostało nam nic innego jak wyjść z naszych błogich prywatności i z pomocą Bożą na nowo odrodzić duchowo nas Polaków i naszą Ojczyznę, Polskę.
Tak jak uczynił to już raz Prymas Wyszyński.
Dziś w większym stopniu zależy to od nas, od żywego Kościoła, którym my jesteśmy, niż od Kościoła będącego obecnie bardziej instytucją, niż Duchem Bożym.
Nie wszyscy duchowni, nie wszyscy hierarchowie nabrali wody w usta. Dziękujmy Bogu za tych, którzy stoją po stronie Boga w tej trudnej dla Polski chwili.
Módlmy się za tych, którzy publicznie głoszą herezję i odwracają się od Krzyża i od ludu Bożego.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna z duchem narodowym Polaków
PostNapisane: 16 wrz 2010, 17:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31305
Zwycięstwo prowokacji?

Ulica nie jest miejscem do modlitwy, jak stwierdził w jakimś zapewne wielkim natchnieniu, kanclerz kurii warszawskiej, ks. G. Kalwarczyk, dlatego też corocznie na ulicach polskich miast odbywają się modlitewne procesje na Boże Ciało. Oczywiście poza Krzyżem, który upamiętniał smoleńską ofiarę życia blisko stu osób i wokół którego zbierały się tysiące Polaków, do usunięcia z polskich ulic jest jeszcze wiele innych – nie wiem tylko, czy dzielnych borowców, którzy taką wielką dzielnością wykazali się, by zabezpieczyć życie Prezydenta Kaczyńskiego, wystarczy, by te krzyże powydzierać. Ale może esbecy pomogą wprawieni w walce z duchowieństwem? Może bojówki czerwonych? A może i co gorliwsi w schlebianiu się ciemniackiej władzy księża?


Dożyliśmy osobliwych czasów, w których, tak jak za czasów „rządów” band komunistycznych z sowieckiego nadania, bezkompromisowo i bezwzględnie walczy się z religijnością Polaków. Novum jednak stanowi w obecnej sytuacji to, że do tejże walki włączają się sami księża, nawet niektórzy księża biskupi, co w rezultacie prowadzi do niezwykle egzotycznego sojuszu tychże księży nie tylko z piekielnymi tchórzami stojącymi na czele polskiego państwa (ludźmi wyjątkowej podłości, co pokazały ostatnie miesiące), ale i... z komunistami, którzy już zwietrzyli okazję do nowej, ostrej walki z Kościołem i kują żelazo (pisząc „Kościół” mam na myśli osoby wierzące w Chrystusa i wierne Chrystusowi). Ruch księży patriotów w nowoczesnej odsłonie – no kto by pomyślał jeszcze jakiś czas temu.


Jakież gigantyczne musi być tchórzostwo i jakaż niewyobrażalna głupota tych, którzy podstępem wyrywają Krzyż z miejsca, w którym gromadziło się tylu ludzi dobrej woli, by zwyczajnie modlić się za poległych. Ci tchórze i głupcy bardziej boją się tego, co ten Krzyż ze sobą przyniósł, czyli duchowego jednoczenia się wielu Polaków, aniżeli tego, jak wielką kompromitację tego typu podstępne działania na tychże tchórzy i głupców sprowadzają. Normalni politycy w normalnym kraju – bez względu na „opcję polityczną” – gdyby doszło do takiej tragedii i gdyby taka była reakcja tysięcy obywateli, jak ta, której świadkami była nie tylko Polska, ale i cały świat – pielęgnowaliby tego ducha wspólnoty i na tymże zjednoczeniu, na takiej odnowionej solidarności budowaliby nowy ład. W kraju rządzonym przez tchórzy i głupców jednak tego typu wartości są największym zagrożeniem. Tchórz boi się ludzi odważnych, a głupiec ludzi mądrzejszych od siebie. Tchórzostwo i głupota, idąc zwykle w parze, prowadzą jednak najczęściej do bardzo opłakanych skutków.


Tchórz i głupiec czyniąc coś podstępem i dopinając swego, sądzą, że w ten sposób sprawa została zamknięta. Dla tchórza i głupca – może. Dla ludzi odważnych i mądrych – na pewno nie. Wprost przeciwnie – ludzie odważni i mądrzy mają namacalny dowód, z jakimi to „władzami Polski” mają do czynienia. Ten finał zresztą był do przewidzenia – Krzyż tak mocno kłuł w oczy ciemniaków, iż nie byli w stanie tego wytrzymać – rwali włosy z głowy, tupali, zapluwali się, byleby nareszcie wyrwać Krzyż, byleby zniknął. Czyż ci ludzie w swej skrajnej, uderzającej tępocie sądzą, że Polacy w ten sposób zapomną o zbrodni smoleńskiej i że przestaną oddawać cześć zabitym 10 kwietnia?


I już wiedzą – owi odważni i mądrzy Polacy, którzy mężnie świadczyli o swojej miłości do Ojczyzny i o swym oddaniu Krzyżowi – że te władze trzeba jak najszybciej postawić przed Trybunałem Stanu. Jako władze działające wbrew polskim obywatelom. Ludzi odpowiedzialnych za dzisiejszą akcję i jej „dzielnych” wykonawców powinna natomiast spotkać kara zakazu jakiejkolwiek służby publicznej.

http://freeyourmind.salon24.pl/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna z duchem narodowym Polaków
PostNapisane: 18 wrz 2010, 17:34 
Offline
Redaktor

Dołączył(a): 05 sie 2010, 17:08
Posty: 604
Rząd w Polsce zabiera się do pracy.

Pierwsze i najważniejsze działanie p. Komorowskiego to "przeniesienie" Krzyża spzed Pałacu Namiestnikowskiego do kaplicy pałacowej (na razie). Wykonano.
Uruchomienie sondażowni przed kolejnymi wyborami, aby namącić w głowach społeczeństwu. Wykonanie w toku.
Sprawa pochówku Pary Prezydenckiej na Wawelu. Cierń w oku Platformy. Nawrót do tematu z kwietnia. Mam nadzieję, że Kościół nie ulegnie żadnej presji, bo byłby to strzał w nogę. Jeśli chodzi o sondażownie, to wyniki badania opinii społecznej wyglądają jak wyniki życzeniowe, robione na zamówienie. Nie wierzę im i myślę, że robi to wybrana grupa ludzi wtrenowanych do wykonywania określonych zadań.
A WSZYSTKO PO TO, ABY UKRYĆ PAMIĘĆ O PREZYDENCIE KACZYŃSKIM I POLITYKACH POLEGŁYCH W TZW.KATASTROFIE SMOLEŃSKIEJ.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna z duchem narodowym Polaków
PostNapisane: 21 paź 2011, 08:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31305
Kolejna bitwa tej wojny, czyli wybory, przegrana. Ile jeszcze bitew będziemy musieli przegrać, aby odzyskać naszą Ojczyznę dla siebie, dla nas Polaków?

Wysoki promil beznadziei i powyborczy kac

Tak jak u ekscesywnych imprezowiczów zbyt wysokie stężenie alkoholu we krwi powoduje następnego dnia kaca - tego pospolitego, normalnego - tak u osób przejętych sytuacją w kraju zbyt wysokie stężenie społecznej i politycznej beznadziei wywołało ciężkiego kaca powyborczego. I niestety nie pomaga na to nic - ani spacer na świeżym powietrzu ani żadne herbatki czy jogurty probiotyczne. A jest coraz gorzej, bo o ile taki normalny kac poimprezowy mija po określonym i przewidywalnym czasie, to ten powyborczy wzmaga się w miarę jak opadają kolejne odsłony nowych politycznych realiów. Stężenie beznadziei nie maleje. Wprost przeciwnie, każdego dnia następuje świeży dopływ oparów do krwiobiegu. W dodatku kac jest wszechobecny i dotknięte są nim także osoby, które wcale na PiS nie głosowały.

Kac jest wyjątkowo silny i uporczywy mimo że porażka nie jest totalna, jak chce to wmówić fanatyczny antypis. Reprezentacja PiSu w Sejmie jest przyzwoitych rozmiarów, weszło wiele mądrych osób. Mandat poselski wywalczył także mój kandydat - to Przemysław Wipler z warszawskiej listy PiSu. Przy okazji serdecznie gratuluję. O nowym Sejmie poza tym wiadomo z całą pewnością tyle, że jego medialna atrakcyjność będzie oscylować gdzieś pomiędzy awanturami o krzyż i o seks (homo, trans i jeszcze w kilku innych aspektach). Obecność takich osób jak Przemysław Wipler czy Zbigniew Kuźmiuk, zajmujących się sprawami gospodarczymi i w ogóle istotnymi dla kraju i dla ogółu będzie więc prawdziwie zbawienna. Czy mądre głosy będą dostrzeżone przez media i opinię publiczną, nie wiadomo. Te głupie mają już teraz bardziej natrętne wibracje i piskliwą barwę. To kolejna przyczyna, dlaczego kac powyborczy nie mija.

A natężenie społeczno-politycznej beznadziei wokół wyborów jest wyjątkowo wysokie. Po pierwsze niezadowoleni totalnie niegłosujący. Po drugie inni niezadowoleni totalnie skutecznie przestraszeni wizją "wojny z Niemcami i z Ruskimi", gotowi zagłosować w obojętnie jaki sposób, byle tylko "odsunąć Kaczyńskiego od władzy" (klasyk Niesiołowski). I po trzecie niezadowoleni totalnie głosujący na Palikota i jego samozwańczych ekspertów od prokreacji i trans- tudzież homoseksualizmu. Dzięki nim w dobie kryzysu i ogromu nierozwiązanych problemów Sejm RP będzie się poświęcał zadymom wokół krzyża oraz sprawom kwalifikującym się do prywatnego łóżka, w żaden jednak sposób nieistotnym dla ogółu społeczeństwa. Przedsmak warcholstwa w nadchodzącej kadencji właśnie w tych dniach przerabiamy.

Do tego dochodzi marginalizacja opozycji - i tej PiSowskiej i tej z lewej strony. Kaca nie zmniejsza wcale świadomość totalnej porażki SLD. Porażka porażką ale niepokojąca jest nowa jakość lewej strony - z jednej strony agresywno-lewackie stronnictwo Palikota a z drugiej silna pozycja dawnego partyjnego betonu. Złym znakiem jest to, że do Sejmu nie weszła umiarkowana i nienapastliwa Katarzyna Piekarska. Jeśli chodzi o PiS, to przez następny okres należy liczyć się z dalszą bezpardonową walką z ugrupowaniem i z jego Prezesem. Teraz już bez żadnych przeszkód i bez żadnej kontroli, w majestacie społecznego przyzwolenia. Widać to także w blogosferze, gdzie antypisowi już jawnie nie chodzi o forsowanie czy propagowanie jakiejś określonej wizji Polski i jej racji stanu - gospodarczej, politycznej czy społecznej - a jedynie o dalsze dokładanie coraz bardziej pozbawionej wpływu na rzeczywistość opozycji. Ktoś na blogu pieje z zachwytu, że konserwatywni dziennikarze zostaną wylani z Rzepy, gdzie indziej ktoś upaja się, że dowalą kościołowi albo Kaczyńskiemu. Uradowani nie wspominają nic, w jaki sposób ma to rozwiązać naglące problemy - ich rozwiązywanie nie jest już zapewne potrzebne.

Stężenie toksycznych oparów zwiększa także wspomnienie przedwyborczej nagonki na część kandydatów PiSu i odmawianie im prawa startu wyłącznie dlatego, że ich bliscy zginęli w smoleńskiej katastrofie. Jako szczególnie ohydna pozostaje w pamięci nagonka na dr Kurtykę, cenionego i znanego lekarza z dużym dorobkiem zawodowym. Twierdzono, że dr Kurtyka niczego sobą nie reprezentuje i że w ogóle jest jakimś takim prawie zerem, którego jedynym osiągnięciem jest jazda na trumnach. Dr Kurtyka do Senatu niestety nie weszła. W Sejmie mamy za to homoseksualistę z osiągnięciami, transseksualistę także chyba z wybitnymi osiągnięciami i filologa klasycznego - eksperta WHO ds. rozrodczości (drodzy Czytelnicy, przepraszam ale to nie szyderstwo z mojej strony, to z Wikipedii). No i znów kac zamiast przechodzić robi się coraz większy.

Perspektywa złagodzenia jego objawów jest marna a stężenie oparów społecznej i politycznej beznadziei w eterze wyjątkowo wysokie. Wszyscy je wdychamy i prędzej czy później wszyscy odczujemy ich skutki.

http://leonarda.salon24.pl/356013,wysok ... borczy-kac


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna z duchem narodowym Polaków
PostNapisane: 27 mar 2012, 19:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31305
Fedyszak-Radziejowska: Władza myśli o przegrupowaniu sił

- Ci, których traktowano jak oszołomów – związkowcy, katolicy, tzw. obrońcy krzyża, czy "nekrofile" podnoszą głowy – mówi portalowi Fronda.pl dr Barbara Fedyszak-Radziejowska, socjolog.

- „Gazeta Wyborcza” donosi, że Zbigniew Siemiątkowski i Leszek Miller znaleźli się na liście polityków przeciwko którym prokuratura prowadzi poważne (?) postępowanie. Byłemu szefowi Agencji Wywiadu, Zbigniewowi Siemiątkowskiemu zamierza postawić zarzuty o udział w zorganizowaniu w Polsce ośrodka w którym CIA przetrzymywała w latach 2002/2002 jeńców podejrzewanych o terroryzm. W tej samej sprawie przed Trybunałem Stanu ma stanąć Leszek Miller. Ciekawe. Niezależność prokuratury gwarantuje dzisiaj w Polsce i prawo (!) i obyczaj (?). Sojusz RP z USA słabnie z dnia na dzień, szczególnie na tle zaciskania silnych (!) więzi z Rosją. Słabnie tez poparcie Polaków dla Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej.

W tym kontekście warto zadać pytanie, co nowego dzieje się w polskiej (?) polityce. Czy SLD z Leszkiem Millerem na czele poważnie zagraża pozycji PO, czy raczej Ruchowi Pana P. A może zagraża i PO i RP pospołu? Komu zamierza pomóc establishment, donosząc - „Gazeta Wyborcza” - o interesujących (?) postępowaniach prokuratorskich?

A to wszystko dzieje się tuż po zlekceważeniu przez media i prokuratorów wybitnego patomorfologa, prof. M. Badena, którego do Polski, na czas sekcji zwłok Przemysława Gosiewskiego i Janusza Kurtyki zaprosiły ich rodziny. Po raz pierwszy w jego zawodowej karierze odmówiono mu uczestnictwa w trudnej i skomplikowanej sekcji, o które prosili bliscy zmarłych.

Mamy dzisiaj sygnały swoistego przesilenia. Opozycja parlamentarna, czyli PiS odrabia - jak donoszą sondaże - straty. Jej wyborcy nie tylko podnieśli głowy, ale skutecznie zaznaczają swoją aktywnością, że z miejsca "wykluczonych" wracają na pozycję obywateli. Ich działanie staje się dziś ważącym elementem sceny politycznej. Władza myśli więc o przegrupowaniu sił. A to zwykle zapowiada przesilenie polityczne "kontrolowane przez establishment".

Jednak druga strona ma atuty; opozycja, związki i opinia publiczna stawiają skuteczny opór przymusowi pracy do 67 r. życia i oszczędnościom budżetowym. Rząd szuka tych oszczędności coraz bardziej na oślep i w sposób dramatyczny; komercjalizuje obiady w szkołach, np. poprzez catering w szkołach, choć szkoły zainwestowały w kuchnie i mają stały sprawdzony personel. Szuka oszczędności w Funduszu Kościelnym i składkach ubezpieczeniowych. Ograniczył refundację wielu leków i likwiduje sądy w małych miejscowościach. Co cztery miesiące chce o miesiąc opóźniać wypłatę nowych emerytur pod pretekstem "reformy wieku emerytalnego". Ratuje się jak może przed wielkim krachem budżetu.

Ale ci, których traktowano jak oszołomów – związkowcy, katolicy, tzw. obrońcy krzyża, czy "nekrofile" podnoszą głowy. Zebrali prawie 2 mln podpisów domagających się miejsca na Multipleksie dla TV Trwam i 1,5 mln w sprawie referendum emerytalnego. W Krakowie trwa głodówka w obronie nauczania historii w szkołach,którą można przemilczeć, ale trudno wykpić. Głodujący z każdym dniem zyskują coraz większe poparcie. Bo wciąż jeszcze wiemy, że bez nauczania historii nie ukształtuje się obywateli demokratycznego, suwerennego państwa. Może dlatego historię w liceum ma zastąpić nie tylko biologia, czy chemia lecz także taniec towarzyski – podsumowuje Fedyszak.

Not. Jarosław Wróblewski

http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/ ... _sil_20061


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna z duchem narodowym Polaków
PostNapisane: 29 mar 2013, 08:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31305
Choroba czerwonych oczu

Szanowni Państwo!

Na czym polega „choroba czerwonych oczu”? Chińczycy określają w ten sposób ludzi, których największym pragnieniem jest, by każdemu było tak źle, jak im. Wiedzą, że nic z tego im nie przyjdzie, że od tego, że inni też będą nieszczęśliwi, im się wcale nie polepszy - ale cóż z tego, że wiedzą, skoro nie potrafią opanować tego pragnienia? Bardziej wyrafinowani i przebiegli próbują nadać temu pragnieniu szlachetny wizerunek, nazywając je „sprawiedliwością społeczną” - ale to oczywiście nieprawda, bo sprawiedliwość polega na oddawaniu każdemu tego, co mu się należy, a więc - wcale nie po równo.

Dopóki na „chorobę czerwonych oczu” zapadają jednostki, to nic strasznego się nie dzieje. Gorzej, gdy taka reakcję na nierówności społeczne i majątkowe zaczynają objawiać miliony, kiedy taka reakcja na społeczne nierówności staje się dominująca. Takie społeczeństwo objawia skłonność do wzajemnego zagryzienia się - z czego, ma się rozumieć, nic dobrego wyniknąć nie może.

Na szczęście nie jest to jedyna możliwa reakcja na społeczne nierówności. Reakcja zdrowa polega na tym, że biedniejszy, widząc bogatszego, zastanawia się, co tamten robi, ze jest bogaty i zaczyna go naśladować. Jeśli nawet nie uda mu się osiągnąć upragnionego poziomu, to zawsze trochę swoją sytuację poprawi. I jeśli w społeczeństwie dominuje ta zdrowa reakcja na społeczne nierówności, to takie społeczności pną się w górę i rosną w siłę, w odróżnieniu od tych, dotkniętych „chorobą czerwonych oczu”, które pogrążają się w beznadziejności, nędzy i wzajemnej nienawiści.

Żeby jednak w społeczeństwie mogła upowszechnić się zdrowa reakcja na społeczne nierówności, nie może blokować jej bariera przywileju. Jeśli bogactwo jest rezultatem przywileju, to ten, który przywileju nie ma, próżno będzie próbował bogatego naśladować. Dlatego tak ważne jest, by w życiu publicznym, a zwłaszcza - w życiu gospodarczym, nie było przywilejów, ani żadnych barier. Żeby panowała gospodarcza wolność, w ramach której każdy może próbować zdobyć dostęp do rynku.

Akurat mamy w kraju narastające objawy niezadowolenia z istniejącej sytuacji. Całe grupy społeczne czuja się pokrzywdzone i oszukane, nie widząc dla siebie miejsca. Nie ma co się z tym spierać; te uczucia są autentyczne, a spostrzeżenia - trafne. Problem w tym, w jakim kierunku rozwinie się bieg wydarzeń: czy kraj nasz zostanie dotknięty epidemią „choroby czerwonych oczu”, czy też zdobędziemy się na ruch w kierunku poprawy sytuacji.

Obecny gospodarczy model państwa jest korzystny wyłącznie dla grupy uprzywilejowanej i dla biurokracji, która w jej imieniu kontroluje i eksploatuje całą resztę. Eksploatacja ta polega na stopniowym przechwytywaniu władzy nad coraz większą częścią bogactwa, jakie ludzie wytwarzają swoją pracą. Jeszcze w połowie lat 90-tych Centrum Adama Smitha obliczyło, ze jeśli zsumuje się wszystkie świadczenia, jakie rodzina pracowników najemnych oddaje pod przymusem państwu - a więc podatki, składki ubezpieczeniowe i inne przymusowe świadczenia - to okazuje się, że państwo odbiera tym ludziom ponad 80 procent ich dochodu! Wprawdzie potem część tego dochodu do tej rodziny wraca pod postacią tzw. konsumpcji zbiorowej, w postaci np. ochrony zdrowia, czy edukacji, ale - po pierwsze - znacznie mniej, a po drugie - ci ludzie na jakość oferowanych przez państwo usług nie mają żadnego wpływu. Najlepszym, a właściwie najgorszym przykładem jest ochrona zdrowia; system, w którym pacjent jest elementem niepotrzebnym i zakłócającym harmonię.

Dlatego zasadnicza reforma współczesnych państw - nie tylko naszego nieszczęśliwego kraju, ale innych też - powinna iść w kierunku odzyskania przez ludzi władzy nad bogactwem, jakie swoją pracą wytwarzają, a z której zostali podstępnie wyzuci pod pretekstem roztoczenia nad nimi państwowej opieki. Akurat nadchodzą Święta, kiedy nad tymi i nad innymi sprawami będzie czas się zastanowić. Niech zatem każdemu towarzyszy dobre natchnienie.

Stanisław Michalkiewicz

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2783


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna z duchem narodowym Polaków
PostNapisane: 12 kwi 2013, 07:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31305
Czerskość

Czerskość fałszywa jest, bezwstydna jest. Nie szuka prawdy, raduje się niesprawiedliwością, pyszni się...Tak bym zaczął, gdybym mówił językami aniołów, ale nie mam zadatków na świętego, a jeśli nawet mam, to na razie głęboko ukryte. Gdybym natomiast chciał iść po śladach naszego szczerego przywódcy, to na początku westchnąłbym egzystencjalnie: Czerskość jako zadany temat...Wydawałoby się, że tylko usiąść i pisać. A tu pustka...czerskość to nienormalność...

Tak bowiem pisał on u zarania swojej obecnej czerskości, liberalnym pacholęciem zaledwie będąc. Owszem, mógłbym zacząć zgodnie z moim pierwotnym osobistym powołaniem człowieka morza – o żeż wy, taka wasza czerska w te i nazad mać była, jak stąd do Jokohamy...Prawda, że obiecujący początek? Ale to wszystko furda. Nie mogę w ten sposób od czasu, gdy pewien mój serdeczny wróg napisał o mnie, żem jest pisowski intelektualista. Od tej pory wiem, jak musiał się czuć Frasyniuk, gdy podpisywał list intelektualistów. To zobowiązuje, mówcie sobie co chcecie. Nic już nie będzie takie samo jak przedtem. Dlatego nie mogę pojechać z tą czerskością tak spod marynarskiego buta, muszę trzymać intelektualny fason.

Pierwsza kwestia, która wypływa na wierzch niczym przysłowiowa oliwa, to oczywisty i po wielokroć zweryfikowany fakt, że jest czerskość zaprzeczeniem polskości. Przeciwieństwem jest nawet, ponieważ antynarodowa jest do szpiku kości, czym się zresztą chlubi. Czymże więc, jeśli nie przeciwieństwem polskości jest czerskość w naszym kraju? Naturalną koleją rzeczy jest bowiem, że czerskość jest antypolska. Gdyby pleniła się we Francji byłaby chorobą francuską, a w Mozambiku byłaby radykalnie antymozambicka.

To oczywistość, że skoro wypoczwarzyła się w kraju nad Wisłą, to musi być antypolska. Jak mus to mus. Wbrew pozorom i zapewnieniom, czerskość jest światowa jedynie w takim stopniu, na ile ten kosmopolityczny rys wzmacnia jej antypolską postawę. Dowodem na prawdziwość tych słów, jest fakt, że czerskość za Chiny nie chce się z Polski wynosić. I to nawet do tych krajów, które sama wychwala jako raje dla zagranicznej czerskości.

Jeśli chodzi o generalne przesłanie, jakie niesie czerskość, to jest nim dość prostackie pragnienie, żeby czerskim wszystko było wolno. A konkretnie, żeby zawsze, wszędzie i w każdych okolicznościach przyrody uchodziło im na sucho wszystko, co robią, a także to, co w przyszłości zrobią. Taka dożywotnia koncesja oraz immunitet. Ale to mało, bo czerscy żądają, żeby ich wyłączyć spod wszelkiej oceny etycznej lub moralnej. Moralność bowiem według nich powinna być kryterium dla karłów moralnych, a nie dla posiadaczy licencji na czerskość. Tak pojmują wolność, pluralizm, równość, braterstwo, demokrację, suwerenność. W ogóle wszystko tak pojmują. .

Z powyższego wynika bezpośrednio następna cecha czerskości, a mianowicie stosunek do religii. Czerscy są totalnie anty-religijini,-klerykalni,-chrześcijańscy,-katoliccy. Każda religia stawia wymagania i formułuje zasady do przestrzegania, a już katolicyzm ze swoimi dziesięcioma przykazaniami jest wyzwaniem nie mieszczącym się w czerskich głowach. Dla miłośników filozofii życiowej zbliżonej temepramentem do ciepłej wody w kranie, katolicyzm musi się jawić jako horror. W sensie praktycznym czerskość to jest hymn do nicnierobienia; nie narażanie się nikomu i w imię czegokolwiek; odrzucenia wszelkiej odpowiedzialności włącznie z tą za rodzinę, o państwie już nawet nie wspominając.

Polska, w której poczucie wolności jest niezwykle silnie zakorzenione w wierze, a Kościół Katolicki mocno kojarzy się z podtrzymaniem narodowej tożsamości w latach niewoli, jawi się czerskim jako jeden wielki, kościelny obóz koncentracyjny. Jednak jak już wspomniałem, nie chcą stąd uciekać pomimo że jest nawet kilka ciepłych krajów, gdzie czerskość jest mile widziana. Zagadka raczej metafizyczna.

I tu dochodzimy do momentu, w którym należy napisać coś o korzeniach. Jak wołał natchniony kaznodzieja przed kilkuset laty, a wczoraj przypomniano to na Krakowskim Przedmieściu, Polska ma korzenie w Chrystusie. Nie będę tu się zatrzymywał prze egzegezie tej frazy, bo w końcu ten tekst jest o czerskości, ale specjalnie dla czerskich nadmienię, że chodzi o przywiązanie do wartości chrześcijańskich. Może to im niewiele powie, ale mnie nikt nie zarzuci, że piszę hermetycznym językiem.

W każdym razie ten fakt zakorzenienia w Chrystusie determinuje krańcową alienację czerskich w naszym kraju. A dzieje się tak dlatego, gdyż czerscy swoje korzenie wywodzą w prostej linii z tak zwanego kapepe. Co to za środowisko to kapepe, też nie będę wyjaśniał. Jak ktoś nie wie, to niech sobie przez kilka dni z rzędu przeczyta czerską gazetę – zaręczam słowem honoru polskiego marynarza - kiedy delikwent już dojdzie do siebie, to będzie miał bardzo ugruntowany pogląd na kapepe i czerskość. Hasłowo to brzmi mniej więcej tak: dyktatura proletariatu, Archipelag Gułag, schizofrenia bezobjawowa, socjalismo o muerte, niech żyje nam towarzysz Stalin, co usta słodsze ma od malin! Jeśli komuś mało, to sorry, ja już jaśniej nie mogę.

Takie są korzenie, ale niestety, w naszych prowincjonalnych, polskich uwarunkowaniach społecznych, czerskość musiała poprzestać na mniejszych osiągnięciach, jako to demokracja socjalistyczna lub centralizm demokratyczny. Ostatecznie jednak stanęło na jednoosobowych spółkach skarbu państwa. Zresztą niektórzy twierdzą, że od początku o to chodziło. Jednak głównym powodem takich kiepskich sukcesów w porównaniu do ojczyzny światowego proletariatu było to, że czerskość pasowała Polakom, jak krowie siodło. Albo posługując się analogią literacką – jak marynowana cebulka do bananowego koktajlu.

Czerscy więc, nie mając dobrych krajowych źródeł, czerpali pełnymi garściami z autorytetów zagranicznych lub wiecznie żywych, jak towarzysze Feliks Dzierżyński czy Róża Luksemburg. Natomiast z autorytetów żyjących na uchodźstwie preferują bardzo zasłużonego w walce o czerskość towarzysza Baumana. Mentalność czerskich jest bowiem wielojaźniowa i nieobca im jest filozofia Kalego, bohatera w końcu literackiego, a nawet pewnego prowincjonalnego nihilisty, który jest także sztandarowym czerskim wychrztą.

Mając takie uniwersalne wzory czerscy posiadają zdolność dokonywania zwrotu ideowego o 180 stopni dosłownie w miejscu i jeszcze przekonywać, że oni stoją od zawsze w tej pozycji. Mogą na ten przykład całymi latami sprzeciwiać się instytucji referendum pod pozorem złożoności kwestii, a gdy przyjdzie taka potrzeba etapu, to bez mrugnięcia powieką będą sławić dobrodziejstwo referendum i to właśnie w materii o najwyższym stopniu skomplikowania.

Będą histeryzować o faszystowskich intencjach ludzi idących z flagami o narodowych barwach, a kiedy napompowany czerskością po czubek głowy członek partii władzy zamorduje z powodów czysto politycznych działacza opozycji, to czerscy nawet się nie zająkną o faszyzmie. Do upojenia mogą wynosić pod niebiosa polityczny pluralizm, ale gdy w mediach publicznych ktoś próbuje pokazać punkt widzenia opozycji, wtedy czerskość ślini się w groteskowym proteście, że nie wolno mieszać ludziom w głowach.

Faszyzm zresztą jest ulubionym rzeczownikiem czerskich, natomiast faworyzowanym przedrostkiem jest homo, zaś końcówką fobia. Zmieszane razem tworzą koktajl Mołotowa, którym czerskość obrzuca przeciwników ideowych oraz politycznych. Nikt nie może być spokojny ani pewny czerskiego poparcia. Ktoś, kto jeszcze rankiem pławił się w uznaniu, o zmierzchu może być zaplutym karłem reakcji, faszystowską mordą albo zgoła homofobicznym samcem. I nic mu nie pomoże, jeśli nie zgodzi na reedukację aż do osiągnięcia pełnej czerskości poglądów.

http://seaman.salon24.pl/499971,czerskosc


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna z duchem narodowym Polaków
PostNapisane: 27 kwi 2013, 18:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wpolityce.pl/artykuly/51880-gado ... tyce.pl%29

Zanim z kościołów uczynią gejowskie tancbudy. Wyplenić Kościół, to dziś tyle co zaprowadzić nad Wisłą neokomunistyczne porządki
opublikowano: 20 kwietnia, 23:01 | ostatnia zmiana: 21 kwietnia, 9:35

Ostatnio nabrałem namiętności do włóczenia się po naszym kraju. Jeżdżę sobie zatem i słucham ludzi, rozmawiam z nimi i... mam w sobie coraz więcej optymizmu.
Nawet na terenach gdzie tradycyjnie postkomunisci i neokomuniści (zaraz wyjaśnię) zbierali w wyborach największy haracz ludzie coraz częściej stają się obywatelami, to znaczy potrafią krytycznie analizować rzeczywistość wokół i szukać dróg do jej zmiany.
Obywatel tym rożni się od „szarego statystycznego człowieka”, że nagle zrozumiał jak wiele zależy od niego, potrafi tupnąć nogą i – jako wolny człowiek – stara się obronić swoją suwerenność umysłową i obywatelską.
Obywatel coraz mniej spogląda w telewizyjny ekran, a coraz mocniej szuka odpowiedzi w książkach i własnych doświadczeniach.
Zielona Góra, Wolsztyn, Starogard Gdański, Lebork i Słupsk, to moje ostatnie doświadczenia.
Rozmawiajac z niezwykle ciekawymi i coraz mocniej zaniepokojonymi mieszkancami tych miast, słuchając ich uwag na spotkaniach autorskich (na każdym zapełnione sale), doszedłem do banalnego, w swej oczywistości, wniosku.
Otóż fenomen przetrwania Polskości, podczas ponad stu dwudziestu lat niewoli, polegał na dwóch zjawiskach: magnetycznym i kulturowym oddziaływaniu dworu, ziemiaństwa, oraz nieocenionej roli polskiego Kościoła katolickiego.
Sowieciarze zdawali sobie z tego sprawę – pierwsze ich działania były zatem skierowane przeciwko ziemiaństwu. Reforma rolna miała na celu unicestwienie tego fenomenu na wieki wieków amen. Przez pięćdziesiat lat niszczono wszystko co z polskim ziemiaństwem mogło mieć jakikolwiek związek, wycinano w pień i pauperyzowano ludzi podejrzanych o ziemiańską Polskość.
Drugi atak skierowany został na kościół. Nawiezione - jak nawóz pod polskę sowiecką – hordy naturalizowanych mieszkanców Polski czyniły wszystko, aby kosciół zohydzić, oderwać od Polaków, skompromitować.
Jak wiadomo sowieciarzom guzik z tego wyszło i nawet rozpaczliwa próba odwrócenia kolei rzeczy w postaci próby zabójstwa papieża Jana Pawła II nie na wiele się zdała.
Fenomenu dworków i ziemiaństwa pozbyliśmy się jednak bezpowrotnie.
Po 1989 roku neokomunisci (tu nastąpi wyjaśnienie terminu), przed dwadzieścia lat, przygotowywali grunt pod ostateczne rozprawienie się z Kościołem. Wykorzystano do tego postesbecką agenturę wewnątrz samego kościoła, oraz szybkie zbudowanie kapitału, który stworzył neokomunistyczne media.
Pora w tym miejscu wyjaśnić, ze przez termin „neokomuna” rozumiem dzisiejszą emanację janczarstwa wychodowanego przez przywiezionych na sowieciarskich wozach obcych.
Dziś oni właśnie walnie zarządzają głównymi mediami oraz tworzą tzw „salony opiniotwórcze Trzeciej Rzeczpospolitej”.
Neokomunizm to nic innego jak zmutowany (leninowski) plan stworzenia „nowego człowieka”. Znmieniły się metody, nie zmienił się jednak główny cel – nowy człowiek ma ze wstrętem spogladać na księży i jaskrawie odżegnywać się od „zabobonnych” katolickich wierzeń.
Nikt już nikomu nie wyrywa paznokci, nikt nikogo nie ćwiczy nahajem – wystarczy ładna pani z telewizji, wystarczy ofensywnie forsowana moda.
Okupacja terytorium zmieniła się w okupację umysłów. Dzisiejsze wnuki Stalina, wolą czytać Deridę, Gramsciego i Ortegę y Gasseta. Tak długo maszerowali przez instytucje, że zawędrowali na ich szczyty. Dziś po prostu wykorzystują swoją pozycję i bezwzględnie eliminują każdego, kto śmiałby podejmować z nimi dyskusję na równych prawach.
Dla neokomów nie ma bowiem dyskusji z myślacymi inaczej, takich należy śmiertelnie ośmieszyć, wyszydzić i zdeptać.
Polski Kościół błędnie odczytał ich powierzchowne umizgi, dał im urosnać w siłę na tyle, że teraz, już otwarcie, rzucają hasła wzywające do rozprawy z ciemnym klerem.
Jeśli dzisiejsze „elity” mają zaakceptować kapłana, to musi być on słaby, zhołdowany i tańczący w rytm ich progresywnej partytury. Inni nie mają szans.
Po co chcą rozbić Kościół?... ano bo jest on ciągle konkurencyjną – wobec medialnych dywizji – instytucją, która kształtuje świadomość Polaków, a neokomy nie znoszą żadnej konkurencji.
Wyplenić Kościół, to dziś tyle co ostatecznie zaprowadzić nad Wisłą ich noekomunistyczne porządki.
Neokomy bowiem to totalitaryści czystej wody, tylko zmiast tłuc butami na zgromadzeniach (jak czynił to niemodny już dziś Nikita Chruszczow), tłuką codziennie medialnymi młotkami w głowy „szarych ludzi”.
Im wolno wszystko, w ich ustach słowo „ch...j” brzmi jak manifest artystyczny.
Wiedzcie jednak, że jeśli uda im się ta ofensywa, to niewiele będzie już można potem z polskości zebrać.
Neokomy - jako wnuki Stalina - nie znoszą bowiem ludzi z korzeniami, bo samo ich istnienie jest dla nich nieustającym źródłem wyrzutów sumienia, poczucia bycia nie u siebie i nie na miejscu.
Dworki nam spalili, nie pozwólmy zatem, aby od środka (jak choćby „Tygodnik Powszechny”), czy też zza murów - jak „Gazeta Wyborcza”, TVN i jej siostry - uczynili nam ze światyń gejowskie tancbudy.
Dopóki żywy jest w Polsce Kościół katolicki dopóty naród ma gdzie się schronić. Tam bowiem przetrwać może prawdziwa kultura, refleksja, wartości i patriotyzm, tam też toczyć się znów będzie - pełna sporów – dyskusja o naprawie państwa.

Witold Gadowski


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna z duchem narodowym Polaków
PostNapisane: 31 maja 2013, 14:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kolatka.blogspot.com/2013/05/zma ... mozgi.html

Zmasowany atak na nasze mózgi
niedziela, 26 maja 2013

Dziś deszczowa i wreszcie leniwa niedziela. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów włączyłem telewizor i pobiegałem pilotem po kanałach. Gdy znużył mnie ten przedziwny rytuał postanowiłem włączyć radio. W jednym i drugim przypadku natknąłem się na kulturalne audycje, gdzie w sposób bezpardonowy lansowano tzw. „gejowską literaturę” i „gejowską dramaturgię”. Po raz pierwszy od dawna przekonałem się, do jakiego stopnia przeciętny zjadacz chleba poddany jest homoseksualnej indoktrynacji. Samo pojęcie literatura gejowska jest sprzeczne z polityczną poprawnością, ale to przecież nie przeszkadza piewcom nowego porządku świata. Pewnie na tym polega wyrównywanie, aby tworzyć nowe gatunki i premiować tych, którzy w normalnej literackiej rywalizacji stanowiliby margines. Przypomina to znane z PRLu punkty za pochodzenia dawane dzieciom z wiejskich i robotniczych rodzin, nie tylko po to, aby pomóc tym środowiskom w intelektualnym rozwoju, ale przede wszystkim po to, aby osłabić wpływy dawnej inteligencji, której dzieci na studiach miały pod górkę. Przy okazji do uniwersytetów trafiały miernoty i obniżał się poziom nauki, ale to przecież „efekt uboczny”. Podobnie lansowanie utworów tylko dlatego, że ich autor lub autorka posiada jakieś seksualne preferencje w istocie jest tym samym. Skutkiem jest powolny, ale systematyczny upadek.
W księgarniach i na książkowych portalach króluje wydany po latach sekretny dziennik Gombrowicza pt. „Kronos”. Zachwytów co niemiara. Komuś zależy bardzo, aby czytelnicy zachwycali się wyznaniami o męskiej prostytucji i owrzodzonych jądrach autora. To coś, co może przypominać notatki na publicznym szalecie dokonywany pisakiem przez jakiegoś zboczeńca połączony ze zbiorem „żółtych karteczek” na lodówce, lansowane jest jako odkryte dzieło. I nie ważnej jest to, że umniejsza to doniosłość dzienników Gombrowicza. W pochodzie do nowego poza kasą dla wdowy po pisarzu nie liczą się takie szczegóły. W polityce przez wiele tygodni naprawdę istotne kwestie przesłaniała wizja wprowadzenia związków partnerskich, co tak naprawdę nie podoba się nawet znacznej części rządzącej koalicji.
Patrząc na to wszystko nie można odnieść wrażenia, że ktoś koordynuje tą propagandę i kulturową rewolucję, której celem jest zmiana społecznych stosunków i rozwalenie tradycyjnej rodziny, a wiec zmiana nas w stado poddających się indoktrynacji świń. Burza na morzu nie może trwać wiecznie. Miejmy nadzieję, że nasz okręt przetrzyma i tę neobolszewicką nawałnicę.

Co ciekawe, w podobny sposób pomyślał o tym co się dzieje dziś Terlikowski, tylko nieco z innego punktu widzenia. http://www.rp.pl/artykul/628874,1013440 ... nizm-.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna z duchem narodowym Polaków
PostNapisane: 19 cze 2013, 19:00 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.katolickie.media.pl/publikac ... patriotyzm

W wolnej Polsce tacy ludzie stawiani by byli za przykład. Dziś, gdy Polska okupowana jest przez Niemców i żydów, miłość do Polski jest przestępstwem ściganym przez policję.

Kopia artykułu:

Ukarani za patriotyzm?
środa, 12 czerwca 2013 23:01 | PDF | Drukuj | Email

Pod hasłem „Pamiętamy o Pileckim” odbył się w Łodzi 25 maja Marsz Pamięci zakończony uroczystością pod Pomnikiem Ofiar Komunizmu. Uczestnikom policja zgotowała swoistą „niespodziankę”. Marsz zorganizowany został z inicjatywy Społecznego Komitetu Obchodów Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych Województwa Łódzkiego oraz Stowarzyszenia „Studenci dla RP”. Po Mszy św. w Kościele Podwyższenia św. Krzyża pochód młodych głównie ludzi (studentów i kibiców ŁKS a także Widzewa) przeszedł pod Pomnik Ofiar Komunizmu, gdzie złożono kwiaty, a zespół Kery Band wykonał m.in. specjalnie skomponowaną na tę okazję przez Jarosława Paczyńskiego piosenkę (Gdzie są Wasze Groby, święte niepoznane/ Gdzie są Wasze Krzyże, choćby te drewniane?).
Na późniejszą porę przewidziana została w gmachu dawnej katowni Gestapo a następnie UB (obecnie XII LO) konferencja popularnonaukowa i projekcja filmu poświęconego rotmistrzowi Witoldowi Pileckiemu.
Natomiast około godziny po zakończeniu marszu przechodzący ulicą Kilińskiego opodal dawnego Dworca Fabrycznego łodzianie mogli być świadkami sceny jako żywo przypominającej czasy komuny. Grupa młodzieży – jak się okazało, właśnie uczestników marszu i wspomnianej uroczystości – otoczona została i zatrzymana przez oddział policji w bojowym rynsztunku (hełmy, kamizelki kuloodporne, broń palna, paralizatory, palki etc.). Spytałem jednego z policjantów, czy młodzież coś przeskrobała. Usłyszałem, że nie, że był rozkaz wylegitymowania jej w taki właśnie sposób. Szybko zrozumiałem, co mogło być powodem policyjnej akcji represyjnej. Władzy najwyraźniej nie spodobał się zarówno sam marsz, jak i wznoszone w jego trakcie okrzyki, w rodzaju: Patriotyzm to nie faszyzm, Jestem dumny, że jestem Polakiem. Za to trzeba było młodych ukarać i zniechęcić do dalszej, podobnej aktywności.

Obrazek

Obrazek

Obrazek



Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna z duchem narodowym Polaków
PostNapisane: 15 lip 2013, 19:13 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.deon.pl/wiadomosci/polska/ar ... niony.html

Znak Polski Walczącej ma być prawnie chroniony

Czyżby tak zamierzano odebrać Polakom prawo używania symboli narodowych w walce o przetrwanie polskości?


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna z duchem narodowym Polaków
PostNapisane: 17 lip 2013, 05:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31305
Fałszywe symetrie

Katarzyna Orłowska-Popławska

Te słowa nie mogą nie szokować. Zwłaszcza że wypowiada je parlamentarzysta zasiadający w ławach polskiego Sejmu.

Byłem wychowywany w nienawiści do Polaków – klaruje „Tygodnikowi Powszechnemu” poseł Platformy Obywatelskiej Miron Sycz, utyskując na treść uchwały wołyńskiej. Dalej mamy już tylko prymitywną reprodukcję całego pakietu fałszywych klisz. Mam tu na myśli choćby wielce karkołomną, bo w warstwie faktograficznej nie do obrony, próbę dowiedzenia symetrii między operacjami i samymi formacjami zbrojnymi Polskiego Państwa Podziemnego z czasów wojny a akcjami militarnych jednostek afiliowanych przy Ukraińskim Komitecie Narodowym. Tym samym mechanizmem Sycz operuje w przypadku rzezi na Kresach i akcji „Wisła”. Trudno nie odnieść wrażenia, że emocjonalna fiksacja – skutek w gruncie rzeczy nie tyle wychowania, ile tresury do nienawiści – objawia się w przypadku posła Platformy trwałą dysfunkcją w postaci silnego impregnatu na bezdyskusyjne fakty.

A te mówią same za siebie. Dowództwo żadnej z polskich formacji zbrojnych (AK, NSZ, NOW, WiN etc.) nigdy nie asygnowało ani jednego rozkazu zobowiązującego do masowych mordów na cywilnej ludności, w tym na obywatelach polskich pochodzenia ukraińskiego. Co więcej, przypadki niesubordynacji były piętnowane, a akcje prewencyjne i odwetowe opatrywano zaleceniem: oszczędzać cywilów, co przyznał nawet Grzegorz Motyka, historyk popularny w środowisku wołyńskich rewizjonistów.

Tego samego nie da się niestety powiedzieć o dokumentacji wytworzonej przez szefostwo oddziałów ukraińskich.

Idźmy dalej.

Żadna z polskich formacji nie składała przysięgi na wierność „Wielkiemu Hitlerowi”, jak to czynili żołnierze 14. Dywizji Grenadierów SS Galizien („Hałyczyna”), której jeden z policyjnych pułków wyciął w pień mieszkańców Huty Pieniackiej. Nie była to przysięga na wierność Ukrainie – o czym Sycz i wielu ukraińskich historyków nie chce dziś pamiętać. W żadnej z polskich formacji nie było zakazu porozumiewania się w języku polskim. Zakaz mówienia po ukraińsku (tylko niemiecki) obowiązywał w SS Galizien.

Wreszcie żadna z podlegających polskiemu rządowi na wychodźstwie formacji zbrojnych nie została uznana przez międzynarodowy trybunał za zbrodniczą. A takim mianem Trybunał Wojenny w Norymberdze określił wszystkie (z wyjątkiem jednej) jednostki SS, w tym ukraińską SS Galizien, patronującą dziś ulicom miast położonych w granicach naszego wschodniego sąsiada. Więc gdzie ta symetria? To nie akcja „Wisła” – fragment szerokiego projektu deportacyjnego, realizowanego na terenie wszystkich państw zajmowanych przez Sowiety, obliczonego na eliminację i neutralizację czynników zagrażających władztwu Moskwy – była prawdziwym probierzem intencji polskiego państwa wobec obywateli polskich narodowości ukraińskiej.

Właściwym adresatem pytań i wyrzutów w sprawie „Wisły” powinien być raczej major Zygmunt Bauman. Wystylizowany na filozofa płynnej rzeczywistości zaprawiony kabewudzista z pewnością chętnie wyłoży Syczowi paradygmat konieczności dziejowej operacji realizowanej przez „ludową” władzę na zlecenie Moskwy. Przed „Wisłą” była „Wielka Blokada” – największa akcja Sowietów przeciwko antykomunistycznej partyzantce w Europie Wschodniej. Ludzi z ojcowizny wysiedlała wszak ta sama ekipa, która mordowała na Rakowieckiej. Prawdziwym probierzem stosunku państwa polskiego do ukraińskich współobywateli jest reakcja gen. Władysława Andersa na prośbę ostatniego dowódcy SS Galizien gen. Pawło Szandruka, notabene podwładnego Andersa z czasów kampanii wrześniowej. Po ciężkich walkach z Armią Czerwoną w okolicach austriackiego Grazu nad dywizją, która poddała się Brytyjczykom, zawisła groźba deportacji do Związku Sowieckiego. Nie minęły jeszcze dwa lata od Krwawej Niedzieli, kiedy Szandruk zwrócił się do Andersa z prośbą o interwencję u aliantów, protekcję, która uchroniłaby jego ludzi przed niewątpliwą kaźnią w Sowietach. I Anders interweniował. Skutecznie. Ukraińcy pozostali w brytyjskiej strefie okupacyjnej, by móc później bez przeszkód rozjechać się po całym świecie. Tyle szczęścia nie mieli ani własowcy, ani chorwaccy ustasze, ani nawet serbscy żołnierze jednoznacznie zorientowanego na aliantów generała Dragoljuba „Dražy” Mihailovicia.

Więc może poseł Miron Sycz zdobędzie się na odrobinę uczciwości i sam sobie odpowie na pytanie: komu, biorąc pod uwagę powyższe fakty, weterani ukraińskich formacji powinni stawiać dziś pomniki?

http://www.naszdziennik.pl/wp/48276,fal ... etrie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna z duchem narodowym Polaków
PostNapisane: 12 sie 2013, 22:42 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2013/07/26 ... w-polakow/

Establishment boi się pięknych postaw Polaków

Establishment boi się bohaterstwa Polaków, boi się sukcesów – szczególnie tych moralnych – i pięknych postaw. Komu przeszkadzają Polacy ratujący Żydów?


Gdyby Polską rządzili Polacy, to piękne postawy Polaków byłyby przedstawiane jako wychowawczy przykład dla narodu. Ale tak jak ciemność nie znosi jasności, tak występek nie cierpi cnoty. Przypominanie szlachetnej postawy Polaków może działać zaraźliwie i na dzisiejsze społeczeństwo, zachęcając do podobnego sposobu myślenia. Tak rozumujące społeczeństwo zdmuchnęło by dzisiejszą władzę jak świeczkę, więc strach ten jest w pełni zrozumiały.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna z duchem narodowym Polaków
PostNapisane: 26 sie 2013, 14:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.polishclub.org/2013/08/22/ew ... -966-1944/

Ewa Polak-Pałkiewicz – Boże Igrzysko: 966-1944
22 SIE 2013 O 18:54

…kto chce zachować swoje życie, straci je… (Łk 9, 24)

Publicystów, którzy dziś dyskutują o Powstaniu Warszawskim niepokoi wymiar metafizyczny tego wydarzenia. Nie znajdują miejsca w swoich umysłach na przyjęcie czegoś tak osobliwego. Moralny sprzeciw wobec brutalnego najeźdźcy i obrona godności uciskanego narodu, jako motywy Powstania? Można to przyjąć za wystarczające racje, ale obrona własnej duszy? Obrona Boga i Jego praw? To niemożliwe. Dlaczego? Ta kategoria nie pasuje do obrazu świata, który ma jeden tylko wymiar – wertykalny.
Niektórzy z tych, którzy chwycili za pióra starają się udowodnić, że Powstanie Warszawskie było „pomyłką tysiąclecia”. Przywołują wszystkie możliwe argumenty na rzecz politycznego pragmatyzmu, który został przez podejmujących decyzję o Powstaniu odrzucony. Sądzą, że stało się to przyczyną największego nieszczęścia Polski, okupacji komunistycznej przez pięćdziesiąt prawie lat.
Nie tylko utraciliśmy Warszawę – taką, jaka była przed wojną, jedno z najpiękniejszych miast Europy – a zyskaliśmy nad Wisłą wielki obszar chaotycznej socjalistycznej zabudowy. Ponure połacie bunkrów i baraków udające domy – wszystko spowite w szarość i nędzę, jakby zakurzone mongolskie jurty przeniesiono z pustynnego stepu w blask promiennej środkowej Europy.
„Ten rów, w którym płynie mętna rzeka nazywam Wisłą”, pisał z rozpaczą Zbigniew Herbert, oszołomiony wystudiowaną w każdym szczególe brzydotą i pustką miasta popiołów. „Ciężko wyznać: na taką miłość nas skazali/ taką przebodli nas Ojczyzną” (Prolog).
Straciliśmy też szansę, by żyć sobie wygodnie i wesoło po wojnie, nie wygrzebując latami z ruin grobów najbliższych, nie przesiewając z piaszczystych dołów drogocennych kości. Tak jak na przykład - nie nazbyt przepracowani w latach 1939 – 45 – Anglicy, Francuzi, Duńczycy… Poprawiacze historii, ucharakteryzowani na wrażliwych estetów denerwują się dziś na łamach prasy na przywódców i żołnierzy Polski Walczącej, że chwycili za broń, zamiast przyczaić się w sierpniu 1944 roku i czekać. Czekać, aż dzielna pancerna armia Hitlera krocząca przez nasze ziemie z Zachodu rozwali śliski zaułek nędzy i brudu – komunistyczne imperium Wschodu.
Istotnie, Polacy mogli czekać. Gdyby byli protestantami, prawosławnymi lub żydami. Albo arianami. Gdyby wyznawali szintoizm czy buddyzm. Mieliby wtedy dużo cierpliwości, a nawet dobrą zabawę, obserwując zza krzaka, jak dwie potęgi, niegdyś zjednoczone przeciwko nim, wyżynają się nawzajem. Gdyby zamiast w Chrystusa wierzyli w powodzenie, w sukces, w „polityczny rozsądek”… W to, że przez życie najlepiej przejść krokiem tanecznym. Tak, by sobie rączek zbytnio nie ubrudzić, bucików nie zniszczyć, guzików nie oberwać. Ubranka nie przykurzyć.
Bardziej kochając siebie niż Boga.

Obrazek
Józef Brandt – Husarz


Bóg, gdy przyszedł na ziemię, nie był skuteczny. Bóg jako Człowiek umarł za krzyżu – w kwiecie swojej młodości. I zmartwychwstał po trzech dniach, wprawiając w przeraźliwy popłoch swoich sędziów i katów.
Wiara w prawdziwego Boga, w Trójcę Św., to coś innego niż oczekiwanie na ziemski sukces za Jego sprawą. To coś więcej niż posiadanie przekonań. Coś więcej nawet niż ufność pokładana w Bogu.
To łaska.
Początek - zadatek - życia wiecznego. Już niemowlę na Chrzcie św. otrzymuje tę łaskę. Jest wezwane do życia wiecznego. Kto zrozumie tę tajemnicę! Polacy są narodem, który w swej historii zaświadczył, że właśnie rozumie. Że pojmuje w pełni to, do czego Bóg ich wzywa udzielając laski Chrztu. Pojmuje – dzięki pokorze, nie światowej mądrości.
Dlatego historia Polski, dzieje tysiąca lat jej trwania, jest tak znienawidzona.
Żydzi, heretycy, poganie nie rozumieją, czym jest wiara chrześcijan. Nasze historyczne dramaty wynikają poniekąd z tego, że mając w ciągu naszych dziejów wiele z tymi ludźmi do czynienia, musieliśmy przeciwstawić ich ciasnej wizji ziemskiego spełnienia, wizji skuteczności, bez względu na cenę moralną, taktyce łamania kołem i łamania sumień, by tylko wygrać i osiągnąć przewagę – wizję innego zgoła ładu. Wizję Królestwa bez kresu. Ojczyzny wiecznej bez granic czasu i przestrzeni. Królestwa miłości Boga.
Rzeczypospolita pierwszych Piastów, Jagiellonów, Batorego i Sobieskiego, państwo, gdzie respektuje się Boże prawa, niosła i ukazywała tę wizję światu zajętemu coraz mocniej walką o dominację. O pełnię świeckiej władzy, o bogactwa, o wpływy, wreszcie o coraz bardziej kruchy i iluzoryczny święty spokój.
Polacy tamtych wieków, także Polacy Powstania Warszawskiego, nie mieli problemów ze zrozumieniem, że wszystkiego należy spodziewać się od Boga, niczego od ludzi. Patrzyli na Krzyż. Nosili go na piersiach, razem ze szkaplerzem Maryi.
Cała cześć, jaką Kościół oddaje Bogu, odnosi się do ofiary krzyżowej.
Pojęcie ofiary - tak dobrze rozumiane w Polsce dawnej, w której doradcami królów byli biskupi i spowiednicy, a oni sami odbywali edukację pod okiem uczonych zakonników - bywa dziś coraz wyraźniej kwestionowane. To musi niepokoić. A w niej, w ofierze złożonej Bogu, są tajemnice przeznaczenia, łaski, woli Bożej. Chrystus na Krzyżu umiera, byśmy mogli żyć. Ofiarowuje się prawdziwie Ojcu w czasie każdej Mszy św. Dlatego Polacy dawnych wieków przed bitwą padali na kolana przed Bogiem ukrytym w Hostii i wszędzie gdzie tylko mogli, na swych nowych terytoriach, wznosili kamienne ołtarze.
Od tego zaczynali dzieło budowanie cywilizacji.
Ten cud Miłości dziś został wydrwiony, wyśmiany. Niestety - nieraz – i w samym Kościele. Bo kościoły współcześnie wznoszone przypominają wyrzutnie rakiet i baseny, a nie Dom Boży. Mszę św. coraz częściej czyni się czymś podobnym do spektaklu. Widownią i zarazem aktorami są świeccy – na równi z kapłanami, zwanymi w novus ordo missae „celebransami”. Czy to składanie Bogu ofiary przez Chrystusa, Jego Syna? Czy wspólne „celebrowanie”. Ale czego właściwie?


Warto się zastanowić, czego?

To nie przypadek, że tzw. wielcy reformatorzy teatru, teoretycy teatru często nawiązywali do starożytnych pogańskich kultów. Tam odnajdywali „metafizyczne” źródła swojej sztuki, uważając, że przynosi ona objawienie rzeczywistości duchowej.
Msza św. tradycyjna, Msza św. Wszechczasów nie jest owocem poszukiwań intelektualnych i artystycznych jakiegoś człowieka, czy grupy ludzi. Nie jest owocem ideologii, w której „święty” staje się kolektyw, grupa, zamknięty krąg i jego symboliczne gesty. Jest ona owocem objawienia Bożego. Ustanowił ją Chrystus, Najwyższy Kapłan.
Istota tej Mszy św., którą jest ofiara składana Bogu Ojcu przez Syna, jest najświętszą rzeczywistością. Bóg przychodzi na głos kapłana w Swej bytowości. Bóg jest obecny realnie – w Swej boskości i cielesności – na ołtarzu. Poświadczają to liczne cuda eucharystyczne.
Oto cud większy nawet niż stworzenie świata
Kiedy naród eliminuje swoje pełne czci odniesienia do Boga, jedynej rzeczywistości duchowej, odwiecznego Bytu, którego imieniem jest Miłość, który może mu dać życie, wpada niejako automatycznie w humanizm, w kult człowieka. W kult nauki albo sztuki. W uwielbienie silnej władzy i zgrabnie skrojonej ideologii. W nierzeczywistość.
Uznając doczesność za cel życia, za prymat, za miarę wszystkiego, nieuchronnie popaść też musi w ekscytację antyrzeczywistością (teatralną, filmową, a nawet tąreligijną – tylko o jaką religię tu chodzi?). Wybiera zarazem grzech. Odwraca się od Boga. Ma za nic słowa Zbawiciela: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (J 11,25).
Celebruje nie Życie, a śmierć – pod dyktando smutnych błaznów udających mistrzów ceremonii.
Kabarety, teatry z przełomu XIX i XX wieku, krakowskie, lwowskie, warszawskie – na wzór tych paryskich w okresu belle epoque – działały pod duchowym(artystycznym) przewodnictwem ludzi zepsutych moralnie, pogardzających prawdą, katolicką kulturą, polską tradycją i polskim sposobem myślenia. Celem życia ludzi tego pokroju nie było zbawienie, lecz hedonizm, pełnia życia tu, na ziemi. Wykwitem owych przybytków sztuki była m.in. twórczość reżyserska i dramatopisarska Leona Schillera, inspirującego się E.G. Craigiem i Bertoldem Brechtem. Taki był początek nurtu awangardowego w polskim teatrze. Jego zadaniem było odwrócenie hierarchii. Wywyższenie tego, co najbardziej upadłe.
Nurt ten dziwnie zaiste skorelowany był z początkami ofensywy modernizmu w Kościele. Nurt rewolucyjny w sztuce przyniósł zatrute owoce, zabójcze dla naszej kultury, które zastanawiająco pasowały do owoców modernistycznej rewolucji w Kościele.

Obrazek
Jan Matejko – Jan III Sobieski z dziećmi na Jasnej Górze


Czas negowania dogmatów, okres powrotu do dawnych herezji, który swoje apogeum – w umysłach takich teologów jak Karl Rahner, Teilhard de Chardin, Henri de Lubac i inni – osiągnął po ostatniej wojnie, i którego napór z całej siły próbował powstrzymać jako ostatni papież Pius XII – a wcześniej z podobnymi ideami walczył św. Pius X i inni wielcy papieże XIX i XX stulecia – to zarazem początek epoki eksperymentów liturgicznych w Kościele.
Tak naprawdę to nie ostatni Sobór był początkiem tego okresu ogromnych napięć i zagrożeń wewnątrz samego Kościoła, ale już wiek XIX, po rewolucji francuskiej, zwanej przez masonerię „wielką”, w którym Kościół musiał bronić katolików i duchowieństwo przed „modnymi ideami”, które wciskały się wszędzie. Zrodziło je odepchnięcie nauki Św. Tomasza z Akwinu, fascynacja idealizmem. Kant i Hegel. A potem moda na fenomenologię. Prawdziwa ofensywa modernizmu w Kościele powszechnym, głównie w Niemczech i Francji, ruszyła u początku wieku XX. W rezultacie kult Boga w Kościele usiłowano zastąpić kultem człowieka. Sobór watykański II postawił tylko kropkę mad „i”. Komunizm z jego kultem mas ludowych nie był wcale przeciwnikiem tych przemian, lecz ich cichym sprzymierzeńcem.
Gdyby teologia czasów posoborowych i ludzie Kościoła po Soborze watykańskim II rozpowszechnili w Polsce duchowe, a nie „humanistyczne”, „humanitarne”, czy tzw.godnościowemotywacje bohaterów polskiej historii, takich jak Królowa Jadwiga, hetman Stefan Żółkiewski, Romuald Traugutt, Jan III Sobieski – to mielibyśmy dziś inny punkt wyjścia do rozprawienia się z liberalizmem, sukcesorem i protoplastą zarazem komunizmu. Odrzucilibyśmy hurtem proponowany dziś – z prawa („nowa prawica”) i z lewa – „pragmatyzm”. Nie bylibyśmy bierni.
Kiedy jednak najwyżsi hierarchowie Kościoła przemawiając do rzesz ludzkich mówią rzeczy, które są wzajemnie ze sobą sprzeczne, tracimy jako wierzący siły. Tracimy orientację. Gubimy się.
Skuteczność specyficznych „mieszanek” w Kościele jest zabójcza. Trochę prawdy, trochę kłamstwa. Trochę o Bogu, trochę o dialogu. Przecież ekumenizm w wydaniu dzisiejszym to uznanie, że można przejść do porządku dziennego nad różnicami fundamentalnymi, czyli rozumieniem dogmatów. A nawet, że negowanie dogmatów nie jest żadną przeszkodą w osiągnięciu „jedności” różnych religii; sieje to spustoszenie w umysłach ludzi wierzących.
Przemieszane są także ze sobą sacrum i prymitywna rozrywka. Świętość sąsiaduje z trywialnością i kiczem. Potworność mieszanek uderza zwłaszcza w katolickich – niestety, coraz częściej tylko z nazwy – mediach. Rytmy dansingowe i dyskotekowe utworów, których słowa odnoszą się do Boga, do Trójcy Świętej, mało kogo już dziś rażą. Oswoiliśmy się z wszechobecną profanacją. Ponieważ cała kultura jest coraz bardziej prostacka, wielu ludzi w Kościele nie traktuje jej jako zagrożenia. To tak jakby nie widzieć symptomów choroby, skoro większość jest zarażona. Wprowadza się to prostactwo do Kościoła przez szeroko otwarte drzwi. Koncert jazzowego artysty w katedrze warszawskiej (w której pochowany jest kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski) przed dwoma laty, człowieka znanego powszechnie jako wyznawca sekty religijnej wzburzył setki warszawiaków. Protesty pozostały bez odpowiedzi.
Brzydota w miejscach świętych nie jest już powodem zgorszenia. Wszystko zostało wymieszane. Jak w awangardowym teatrze, gdzie pijak z butelką wódki w ręku ogłasza wieść o Narodzeniu Syna Bożego (przykład jednej z nowoczesnychinscenizacji teatralnych „Pastorałki” Leona Schillera, uchodzącego w niektórych kręgach za katolika). Wszystko to są wykroczenia przeciw Bogu.
Jaki jest mechanizm prowokacji „artystycznej”? Spotkanie Witolda Gombrowicza i Andrzeja Panufnika w Paryżu, w latach 60. ub. wieku, dostarcza dobrej ilustracji. Gombrowicz, prześmiewca i zawodowy błazen, zaproponował dyrygentowi i kompozytorowi o światowej sławie – podczas spotkania towarzyskiego w jednym z salonów – grę na cztery ręce. Panufnik się wzbraniał, uznał pomysł za dziwaczny. Gombrowicz jednak nacierał, przymilając się do „mistrza”. Gdy wreszcie usiedli do fortepianu, by zagrać znany utwór, Gombrowicz z grobową miną zaczął bębnić w klawiaturę jak dwuletnie dziecko. Panufnik odskoczył od instrumentu jak oparzony, zły, że zrobiono z niego pośmiewisko. Gombrowicz triumfował. Co odważniejsi gratulowali mu świeżości konceptu. Koncept polegał na tym, by zabawić się cudzym kosztem. Kogoś, kto uchodził za autorytet pokazać jako postać śmieszną, zniszczyć otaczający go splendor.


O czym nam dzisiaj ksiądz biskup zaśpiewa?

to pytanie zadaje się od pewnego czasu jednemu z hierarchów Kościoła w Polsce, podsuwając mu mikrofon, otwierając studia nagrań i studia telewizyjne. Ten, nieświadom podstępu, godzi się. Zachęca się go następnie, by tańczył z dziećmi. Biskup ma ładny głos, jest muzykalny. Lubi dzieci. Jest przekonany, że to właśnie jest ewangelizacja. Nowa ewangelizacja. Tylko, co się dzieje wtedy z jego namaszczeniem biskupim? Co z jego święceniami kapłańskimi? Czym staje się jego czarna sutanna, która jest znakiem bezwzględnej przynależności do Chrystusa? Która sama w sobie ma moc egzorcyzmu. Gdy tak wiruje i fruwa niczym suknia balowa najlepszej w karnawale tancerki, kiedy on podryguje w rytm piosenki disco – polo, wraz z gromadą roześmianych dzieci?
Nikt nie widzi niestosowności tych połączeń, w stylu performance. Wszyscy cmokają z zachwytu: Ksiądz biskup ma talent. Nikt z jego klakierskiego otoczenia nie śmie temu dobrotliwemu i zapewne pełnemu najlepszej woli człowiekowi szepnąć do ucha, że oto ten, który jest poświęcony Bogu ociera się o śmieszność. Że komuś chodzi właśnie o to, by był zabawny. I że nikogo nie nawróci przez śmieszność. Przeciwnie… Jest to smutny, przeraźliwie smutny widok. Publiczność – niczym tamci, z salonu paryskiego, zafascynowani konceptem Gombrowicza – zaciera ręce smakując artystyczną metamorfozę.
Najbardziej popularyzowane w naszej publicystyce hasełko dnia brzmi: Polacy przystępując do powstań zachowywali się „absurdalnie”. Byli „nieracjonalni”. Uruchamiali katolickie sumienia. Fe! Nie kierowali się pragmatyzmem. Nie wychodzili, oj, nie wychodzili na tym dobrze!
A czy to jest najistotniejsze? To jest najistotniejsze z pewnością dla protestantów, którzy oczekują zapłaty za swoje dobre czyny – zapłaty już tu, na ziemi. I dla pogan, który swojego bożka usiłują przekupić ofiarami, by nie czynił im krzywdy.
Bóg prawdziwy wymaga od nas innego rodzaju czci. Jest zazdrosny o cześć naszego rozumu i miłość naszego serca. Nie zadowala się byle uznaniem, że gdzieś tam, być może, w przestworzach, istnieje i patrzy nas. Nie godzi się też, by czynić z niego kogoś słabego, marzycielskiego, chwiejnego, w rodzaju sentymentalnego czarodzieja.
Cześć rozumu polega na przyjęciu prawdy, że „Bóg jest wszystkim, że jest początkiem i końcem wszystkiego, że oprócz Niego wszystko jest niczym” (o. Nicolas Grou TJ).


Powrót do rzeczywistości

Nie jesteśmy w stanie bez kryteriów katolickich zinterpretować historii Polski, zrozumieć czynów naszych historycznych bohaterów.

Obrazek
Jan Matejko – Kazanie ks. Piotra Skargi


Dlatego wprowadza się dziś – tak samo jak przed stu i pięćdziesięciu laty wprowadzali je ludzie nienawidzący naszej historii – kategorie: „Polaka romantyka”, „Polaka głupka”. „Polaka odrealnionego”, „Polaka wyzutego z pragmatyzmu”. Dziś powstaje kategoria nowa. Nazywa się takiego Polaka „obłąkanym”.
Mawia się też protekcjonalnie: „Gdzie dwaj, trzej Polacy tam musi być kłótnia”, akcentując naszą rzekomą swarliwość, podczas, gdy różnice zdań są często wynikiem bezkompromisowości w dążeniu do prawdy. (To trochę przypominaprzysługę, jaką uczyniono jednemu z największych świętych, teologowi moralnemu, biskupowi, który był pisarzem, muzykiem i malarzem w jednej osobie, św. Alfonsowi de Liguori, założycielowi redemptorystów. Był to człowiek, który staczał zwycięskie intelektualne pojedynki z bożyszczem owych czasów, Wolterem. Jego to świętą pamięć chciano pohańbić używając jego imienia dla oznaczenia profesjistręczyciela).
To jest droga do zideologizowania historii Polski. OdsuWarwa się motywacje sumienia jako realne kryteria postaw. Przy takim podejściu popada się nieuchronnie w marksistowskie rozumienie historii: „kto kogo…” Przyjmuje się, że religijne motywacje są zawsze fikcją. Szuka się na siłę motywacji psychologicznych („głębocy psychologowie” jakże są dziś przydatni). Grzebie się w życiorysach, by wykryćpatologie w rodzinie, węszy się choroby, dewiacje, ułomności.
Ludzie brudni szukają brudu. Z tego bierze się moda na fikcyjną historię, wymyśloną niczym bajka, komiks, na prostacką intrygę. Na ohydny film w rodzaju „Nasze matki, nasi ojcowie”, na idiotyczny spektakl o Powstaniu Warszawskim w jego warszawskim muzeum.
Tymczasem fenomen polskiego państwa Jagiellonów – prawdziwe imperium w środku Europy schyłku średniowiecza i okresu Renesansu– polegał tym, że zbudowano potęgę polityczną bez użycia przemocy – zbudowano ją na wierze w Trójcę św.
To jest dla dzisiejszej mentalności utylitarnej trudne do wyobrażenia. Niemożliwe do przyjęcia. Brzmi jak bajka o żelaznym wilku. Tymczasem, jak mawiał ks. Piotr Skarga, spowiednik i kaznodzieja królewski, wielki misjonarz polskich Kresów:
„Nie dlatego kochamy Ojczyznę naszą, Polskę, że nas żywi, ale dlatego, że jest postanowienia Bożego”.
To skandal dla pragmatyków. Dlatego podsuwa się nam dziś – tak samo jak czynili to niegdyś komuniści sowieccy – tezy o wątpliwej wartości historycznej – próbujące najpiękniejsze karty naszej historii przedstawić jako legendę, stereotyp, mit. A skoro jest to mit, to najwyższy czas go obalić. Bajkopisarze z poważnych czasopismopiniotwórczych udają poważnych uczonych. Kiwają głowami nad polskimi błędami, martwią się, że dla nas Polaków, z polityki, z taktyki, z machiawelizmu, „znowu pała”. Tymczasem każda teza tych poważnych panów z zafrasowanymi minami, interpretująca naszą historię, jest tezą ideologiczną.
Na przykład: „AK współpracowała z Niemcami”.
Albo: „AK nie współpracowała z Niemcami (a powinna!); współpracowała z Rosją sowiecką!”
Tezy te odrzucają tomizm, elementarną logikę, jaką przyjmuje - i przyjmował – w Polsce człowiek wierzący: sensus catholicus.
Ale tak już jest, że to, czego się nienawidzi atakuje się przy pomocy kłamstwa. Kłamstwo zaś jest najbardziej chwiejną z potęg.


O mocy nieprzyjacielskiej też wiem…

Obrazek
Jan Matejko – Batory pod Pskowem (fragment)


W 1620 roku Polska pod Cecorą starła się z armią Turków i Tatarów. Było ich 80 tysięcy. Hetman Stefan Żółkiewski miał tylko 8 tysięcy żołnierzy – wojował dotąd nieprzerwanie przez lat 4O, były to czasy wojen z Rosją, początek starć ze Szwedami. Czy się cofnął, czy zarządził odwrót, czy postanowił gdzieś ukryć się i przeczekać, aż Turcy z Tatarami zaleją nasze Kresy i wyniosą się wreszcie syci łupów? Nie, czekał z niecierpliwością na posiłki, ale nie zamierzał ustępować. Walczył. Własnym przykładem zagrzewał innych do boju.
„…znalazło się dosyć rycerstwa, które porwane przykładem sędziwego wodza, otoczyło go. Działo się tu coś podobnego, jak z królem Władysławem III pod Warną. Garstka najdzielniejszych rzedniała coraz bardziej wobec straszliwej przewagi nieprzyjaciela. Wkrótce było ich żywych tylko kilkudziesięciu, niebawem tylko kilkunastu, a w końcu zaledwie kilku, a wśród nich dwaj synowie hetmana. Tych kilku ostatnich bohaterów poczęło błagać hetmana, ażeby ocalił swe życie, żeby dosiadł konia i uciekał ku granicy [granica była na Dniestrze]. Oni zaś tymczasem mieli na chwilę zająć jeszcze Turków swymi szablami, a zanim by polegli, hetman mógłby może być bezpiecznym. Odrzucił jednak te rady Żółkiewski. Gdy mu podano konia, przebił go szablą, a do grona swych towarzyszy zwrócił się: >Miło mi przy was umrzeć. Niech Bóg nade mną wyrok kończy<. Wtem został raniony i z trudem tylko mógł kroczyć. Nowe błagania i zaklęcia, żeby jeszcze próbował ucieczki, ale on odrzuca je znowu. Wtenczas dwaj synowie stoją przy nim z dobytymi pałaszami, a on oparty na ich ramionach idzie dalej, na szeregi tureckie, szukając zaszczytnej śmierci. Nie potrzebował długo na nią czekać. Miał ramię odrąbane i rozciętą głowę. Jeden syn poległ wraz z ojcem, drugi dostał się do niewoli. (…) Został po Żółkiewskim pierścień z ciekawym napisem: mancypium Mariae…Miał szczególne nabożeństwo do Najświętszej Marii Panny i do świętych patronów polskich. W jednej z bitew z Tatarami (pod Udyczem) dał wojsku hasło: Boga Rodzica, a w bitwie pod Smoleńskiem: Św. Kazimierz. Kiedy mu gratulowano wielkiego zwycięstwa pod Kłuszynem, odparł: >moje zasługi w tym bardzo małe. Mdłymi ramiony tak wielkiego ciężaru nie podobna podźwignąć. Cudownej, miłościwej łasce Bożej wszystko ma być poczytane”. Miewał zawsze żołnierzy mniej – i znacznie mniej – niż nieprzyjaciel. Mawiał też wtedy do żołnierzy: >o mocy nieprzyjacielskiej też wiem, ale mocniejszy na niebie Bóg<”. (Feliks Koneczny: „Święci w dziejach Narodu polskiego”.)


Dlaczego zginął św. Andrzej Bobola?

Romano Amerio zauważa istnienie podobnego nurtu myślowego – podobnego do sceptycyzmu wobec duchowego wymiaru historii Polski - we współczesnym traktowaniu kapłaństwa. P ostatnim Soborze znacząca grupa księży, głównie zakonników, zrzuciła sutanny, bo przyjęła narzucony przez media – oraz tabuny dobrze przygotowanych do swej roli psychologów (oczywiściehumanistycznych), których zaproszono do klasztorów – pogląd, że jest rzeczą dla człowieka niemożliwą być wiernym Bogu, wytrwać w ślubowaniu złożonemu podczas święceń kapłańskich. Człowiek jest za słaby, oto ich odkrywcza teza. Nie jest w stanie. Musi mieć jakieś awaryjne wyjście. Musi mieć szansę rozstać się ze swoim ideałem. Żeby móc porzucić chyłkiem pole bitwy, gdy czuje zbyt wielki ciężar miecza… Musi móc odejść (żeby ocalić, rzecz jasna, prawdę o sobie). Cóż znaczy Bóg, gdy człowiek roztkliwia się nad sobą i bez końca analizuje wszystkie drgnienia swoich uczuć, swoje zranienia (tak dziś modne),wątpliwości i nastroje!
„Spoglądając na siebie, powinniśmy mówić: >Nic nie mogę<. Spoglądając na Boga, który będzie naszym Kierownikiem i Podporą, mówimy >Wszystko mogę przy Jego łasce i wszystkiego dokażę<” (o. N. Grou)
Żydzi i polscy endecy spotykają się dziś wyjątkowo zgodnie – pomimo deklarowanej wrogości – w wyznawaniu i głoszeniu następującego poglądu:
Katolicyzm jest pożyteczny, bo w jakiś sposób porządkuje życie społeczne. Może nawet i polityczne. Nie zwalczajmy katolicyzmu! Znajdźmy dla niego tylko odpowiednie miejsce. Nie za wysokie. Niech stanowi przyjemne „kulturalne” tło dla naszych zasad. „To jedna z wielu religii”, mówią żydzi. „To religia, która pozwala zatriumfować kultowi siły, kultowi państwa jednolitego etnicznie, kultowi władzy świeckiej”, mówią endecy, „dlatego jest dobra”. Jedni i drudzy chcą instrumentalnie potraktować katolicyzm. Chcą detronizacji Chrystusa Króla.
Dlaczego zginął św. Andrzej Bobola? Dlaczego został zamordowany w tak bestialski sposób? Skąd tak nieprawdopodobny szał nienawiści wobec człowieka, który szedł piechotą od wioski do wioski po poleskich błotnistych drogach, utrudzony ponad wszelkie wyobrażenie, nieuzbrojony, przyobleczony w jezuicką czarną sutannę, szarą od kurzu, i nawracał. Nawracał na wiarę w Chrystusa, prawdziwą, wolną od błędu, wolną od zależności od świeckiego władcy, całe wioski i miasteczka – nieraz w ciągu jednego dnia. Wyrywał ich ludność schizmatykom. Słowa o Chrystusie, słowa prawdy wypowiadane z niewysłowioną słodyczą trafiały do rozumu tych ludzi. To nie były ucieszne przedstawienia, scenki, błazeńska rozrywka dla pospólstwa, prowokacje artystyczne, którą posługuje się tak często świat modernistyczny – każąc na przykład zjadać Pismo Święte, by wypełnić nim żołądek, jak to się dzieje podczas happeningów dla młodzieży w Lednicy (i znów nikt nie powie, że król jest nagi!). Nauki św. Andrzeja Boboli przysparzały mu wszędzie przyjaciół. Owocowały wiarą w Trójcę Świętą.
Ten misjonarz czasów kontrreformacji, gdy społeczność katolicka Rzeczypospolitej zagrożona była zarówno przez schizmę – religią państwową nie udawało się nikogo uwieść, ale prostych ludzi można było zastraszyć i przekupić – jak i protestantyzm (szczególnie arianizm i kalwinizm, rozpowszechniony wśród elit jako religia „modna”), był jednym z tych wielkich jezuitów, którzy odwojowali dla Kościoła Kresy.
Nie jest to wiedza zbytnio dziś w Polsce rozpowszechniona, ale to właśnie ten nieustraszony żołnierz Chrystusa był autorem Ślubów króla Jana Kazimierza w katedrze lwowskiej To właśnie zdecydowane uznanie, że władza królewska nad Rzeczpospolitą powinna należeć w pierwszym rzędzie do Matki Boga, Maryi Niepokalanej, że trzeba podzielić się z Nią swoim monarszym tytułem na chwałę Boga i dla dobra narodu – a wszystko to wypowiedziane w obliczu Kościoła, przed kamiennym ołtarzem, na którym sprawowana jest Najświętsza Ofiara – ściągnęło na Św. Andrzeja Bobolę furię szatana.
Dziś św. Andrzej Bobola przez niektórych wpływowych swoich współbraci z Polski określany jest mianem „świętego ekumenicznego”. Nie jest im w stanie przejść przez usta prawda o istocie jego męczeństwa.
Polscy jezuici nie robią też nic, by ukończyć proces beatyfikacyjny, rozpoczęty przed I wojną światową, innego ich współbrata z tej samej epoki – z epoki, gdy jezuici naprawdę nawracali cały świat, jak pragnął tego ich Założyciel, św. Ignacy Loyola – Sługi Bożego ojca Wojciecha Męcińskiego (1598- 1643), szlachcica z Osmolic pod Lublinem. Pierwszego polskiego męczennika Dalekiego Wschodu, zamordowanego w okrutny sposób u wybrzeży Japonii.
Jednym z najdziwaczniejszych przesądów współczesnej kultury jest przeświadczenie, że na przestrzeni ostatnich wieków człowiek definitywnie się zmienił. Nie dziwimy się, gdy podobne prawdy głoszą ateiści, dla których są one rodzajem zaklęcia. Gorzej, gdy wiarę tego rodzaju mądrościom dają katolicy. To że kultura, obyczajowość, polityka może zmienić w istotny sposób naturę człowieka – a zatem wrażliwość sumienia, żarliwość wiary, jaka charakteryzowała naszych przodków nie jest już aktualna – jest tezą ideologiczną, chętnie lansowaną przez neomarksistów. Smutne było wyznanie pewnego pana, który poskarżył mi się, że nie może doprosić się ojców jezuitów, by zechcieli przypomnieć współczesnym postać kogoś z jego rodziny, a ich współbrata, męczennika, Wojciecha Męcińskiego. Jak usłyszał mój rozmówca – w dzisiejszych czasach powinno się zabiegać o pamięć o szermierzach wolnej myśli. Męczennicy nikogo nie interesują.
To wkrótce po śmierci o. Wojciecha Męcińskiego Rzeczypospolita stała się obrońcą Europy chrześcijańskiej, składając najwspanialsze publiczne wyznanie wiary pod Wiedniem. Nie zawiedli w tej epoce królowie, rycerstwo, zakony, które przeżywały rozkwit – jezuici, bernardyni, karmelitanie i franciszkanie. Bogactwo duchowe Polski wieku XVII nie jest dziś doceniane. Ci, którzy się nim interesują, uchodzą za ekscentryków.
Wojciech Męciński – zamożny szlachcic, absolwent Akademii Krakowskiej, człowiek wielkiej kultury, podróżujący po Europie, by poznać jej sztukę i dorobek cywilizacyjny – spędził siedem lat w Portugalii, gdzie, już jako jezuita, przygotowywał się do wyjazdu do Japonii.
(W tym czasie cały swój majątek – siedemnaście wiosek i miasteczko Nowodwór – zapisał kolegium jezuickiemu w Krakowie). W latach 30. XVII wieku wyprawa do Japonii była wyjazdem na pewną śmierć. Wyspa była objęta wojskową dyktaturą, szintoistyczny nacjonalizm stał się obowiązującą ideologią, palono kościoły, misjonarzy torturowano w najbardziej wymyślny sposób. W 1630 r. okręt Męcińskiego, gnany wichurami, powrócił do Portugalii, a on sam, wyczerpany i chory, musiał zbierać siły na ponowny wyjazd. Sytuacja powtórzyła się w 1633 r. – podróż do Azji Wschodniej była jednym pasmem kataklizmów i zmagania się z chorobami. O. Męciński – lekarz z wykształcenia – ratował ciężko chorych. Jako założyciel szpitali, medyk i misjonarz działał jeszcze przez dziewięć lat na terenie Indii i dzisiejszych Indochin – tyle trwał jego przymusowy przystanek w drodze do Japonii. W Goa, pod przybranym imieniem Albertus de Polonia, katechizował i chrzcił, nadając nowo ochrzczonym imiona polskich świętych. U grobu św. Franciszka Ksawerego, pierwszego misjonarza Japonii, który był jego wielką duchową fascynacją, zawiesił srebrną lampę i wota. Okręt, którym wypłynął wreszcie w kierunku Chin, skąd blisko już było do Japonii, został porwany przez Holendrów i skierowany na Formozę. Wojciech Męciński, który dzięki talentom medycznym i postawie pełnej otwartości, zdobywał przyjaźń wszystkich, z którymi się zetknął, zyskał zaufanie władz holenderskich, i po siedmiu miesiącach udało mu się uciec z niewoli. Ale Japonia była znów nieosiągalna, tym razem władze zakonne wstrzymywały decyzję, nie chcąc wysłać go na pewną śmierć. Został przełożonym rezydencji misyjnej w Kambodży, cieszył się przyjaźnią króla. Dopiero kiedy jeden z jezuitów w Japonii załamał się podczas tortur i przyrzekł współpracę z władzami przeciwko misjonarzom, otwarła się możliwość wyjazdu na wyspę. W przebraniu Chińczyka, 44-letni Wojciech Męciński postawił stopy na japońskiej ziemi w 1642 r. W miesiąc potem schwytano go i przez osiem miesięcy torturowano na 105 sposobów. „Mógł uwolnić się jednym słowem, na które czekano: żeby się zaparł Chrystusa” – pisze Feliks Koneczny w książce „Święci w dziejach Narodu Polskiego” – „Pod koniec spuszczono go głową do dołu wypełnionego nieczystościami i tak wisząc przez cały tydzień, oddał ducha Bogu dnia 23 marca 1643 r.”
Jest rzeczą niewiarygodną, że Polacy nie znają jednego z najbardziej heroicznych męczenników za wiarę. S.B. Wojciech Męciński znany jest bardziej we Włoszech niż u nas.
Czy jego świadectwo można uznać za „nieaktualne”? Dlatego, że nigdy nie cofnął się przed trudnościami? Dlatego, że nie uznawał tchórzliwej, małodusznej i zupełnie niechrześcijańskiej tezy, iż może istnieć ofiara zbyt duża dla Miłości, którą się przyjęło jako Osobę Zbawiciela Świata, Odkupiciela własnych grzechów?
Pod ostatnim swym listem, jaki dotarł do jezuitów w Rzymie, podpisał się:


Skazany na śmierć dla Chrystusa

Dziś historycy, także nauczyciele historii rzadko rozumieją, co to znaczy. Jeszcze rzadziej – publicyści z czasopism „opiniotwórczych”. Zamiast mówić o prawdziwej historii Polski, popadają w dziwaczną żydowska haggadę o naszych dziejach. To nie żadne uznanie „godności człowieka” nie pozwalało Polakom mordować innowierców, ale miłość Boga – i ze względu na nią – także miłość, współczucie, prawdziwa litość wobec człowieka inaczej myślącego, inaczej wierzącego, dotkniętego chorobą błędu, zwiedzionego.

Obrazek
Jan Matejko – Batory pod Pskowem


To nie obojętność, nie zakłamana i tchórzliwa tolerancja wobec religii fałszywej - jak chciano by nam to przypisać ze strony „nowej prawicy,” bazującej na ignorancji historycznej i na manipulacjach historią (owocujących przytykami, w rodzaju: trzeba było iść z Krzyżakami – z Niemcami, Rosją – słowem, z silniejszymi, a nie wykrwawiać się w samotnym boju).
Klasycznym przykładem tego rodzaju myślenia, że trzeba mianowicie złożyć czystą ideę, czyste serce, czystą intencję, jak ta, która przyświecała Powstańcom Warszawy w sierpniu 1944 – czyli miłość do Boga – na ołtarzu „pragmatyzmu”, „polityki realistycznej” itp., jest dziś starannie reżyserowana dyskusja nad najbardziej cyniczną superprodukcją z dziedziny politycznych bajań („co by było, gdyby…”), książką zatytułowaną skromnie „Obłęd 1944”.
Tytuł – wyjaśnijmy, nie odnosi się bynajmniej do morderczego szału, który ogarnął Niemców w 1944 roku. W Warszawie zabijali oni nie tylko Powstańców, ale kobiety i dzieci chroniące się w piwnicach, oraz rannych w szpitalach powstańczych. Tytuł ten ukazuje rzekomo „chore”, „obłędne”, zdaniem autora (którego nazwisko litościwie pomińmy), motywacje politycznych przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. Tak, Polska Walcząca dla tego rodzaju autorów (jak i dla niemałej części Niemców, dla Rosjan, również dla wielu ludzi pochodzenia żydowskiego), to symptom strasznej choroby. Choroby szerzącej się wśród Polaków wszystkich wieków naszej historii, choroby zaraźliwej jak tyfus…Tak jak dla innego pana o znanym nazwisku, antykomunizm Polaków – który może być tylko „zoologiczny”. Bo prawdy nie ma. Jest tylko bilans korzyści i strat, zysków i upokarzających bankructw. Jest tylko brzęk złota – lub go nie ma. I wtedy jest „obłęd”.
Tego rodzaju książki, nagłaśniane i podsuwane czytelnikom w ramach polityki obrzydzania Polakom własnej przeszłości – przykład bezczelnej hucpy tych, którzy bardzo dobrze wiedzą, co robią, co i w jakim celu zamierzają sfałszować i zatruć – traktują nasze dzieje nie jako całość, ale jako serię oderwanych od siebie, w żaden sposób ze sobą nie powiązanych epizodów. Kiedy się nie widzi całości jest się ślepcem. Jeśli jest się ślepcem nie należy uważać, że jest się mędrcem. Lepiej milczeć.
Msza św., krzyż, ofiara. Wszystko połączone w jedną niepodzielną całość. Gdy rozerwiemy te elementy, zostanie tylko spektakl. Ci, którzy nie znają tradycyjnej Mszy św. (albo znają jej zniekształcony nowy ryt), mają trudność w poznaniu Prawdy. Gdy nie zna się Boga, nie wie się, że On kocha. Nie widzi się, że Bóg kocha. Że jesteśmy – wszyscy jako ochrzczeni– wezwani do czegoś tak nieprawdopodobnego, jak życie wieczne z Bogiem.
Nadzieja w Polsce. Czym ona jest? Mówią o tym stare kościoły, katedry, bazyliki, sanktuaria, wciąż z największą pieczołowitością odnawiane przez ich troskliwych gospodarzy, dobrych księży. Mówią też o niej stare przydrożne kapliczki, chylące się do ziemi, otulone zielenią jak miękkie ptasie gniazda, całe w mchu… Nieustannie naprawiane, malowane, ozdabiane kwiatami przez czyjeś troskliwe dłonie. Mówią też rocznice Powstania Warszawskiego, rocznice wszystkich powstań… Ludzie na cmentarzach, ludzie w kościołach. Ich cichy szept, modlitwa z twarzą dłoniach, ich milczenie. Ich oczy zamyślone, zapatrzone w coś nieuchwytnego, tajemniczego, dalekiego.
„Wiarę świętą chrześcijańską, powszechną, mocno i statecznie trzymaj” – pisał hetman Żółkiewski do syna w swym testamencie – „Dla niej krwi rozlać i żywota położyć nie żałuj. Odpłata u Pana Boga za to, kto dobrą chęcią, dobrym sercem służy Rzeczypospolitej. (…) I poganie rozumieli, że śmierć dla ojczyzny słodka, nuż jeszcze dla wiary świętej trafi się okazja położyć żywot – i u ludzi sławna i u Boga odpłatna”.
Jednym z najbardziej znienawidzonych przez komunistów historyków był prof. Oskar Halecki. Widział historię Polski – w całości – z perspektywy katolickiej. Gomułka nie był w stanie ścierpieć, by nazwisko tego znanego w świecie zachodnim polskiego uczonego pojawiało się choćby w przypisach prac naukowych. Cenzura wykreślała je zewsząd.
Czy Jan Paweł II naprawdę wiedział, że skutkiem przyjęcia wiary przez Polaków w 996 roku była wolność? Wolność prawdziwa. Oni już nie potrzebowali innej wolności. Tej, którą przyniosła rewolucja w XVIII wieku: wrzenie umysłów, które chciały za wszelką cenę uwolnić się, uniezależnić od Boga…I wyzbyły się swojego jedynego przymiotu, który ceni Bóg: pokory. Pragnęły wolności od prawa z Bożego nadania. Płonęły pychą. Pragnęły praw człowieka. Można się obawiać, czy Karol Wojtyła nie rozumiał aby wolności na sposób rewolucji francuskiej. Wolność w wydaniu oświeceniowych filozofów to nieograniczoność myśli, to zerwanie więzi umysłu człowieka z Objawieniem i Tradycją. Wolność tak pojmowana w Kościele zawsze przynosi błąd, zawsze owocuje herezją. Prawda z domieszką błędu staje się kłamstwem.Choćby była nią najpiękniej wysławiana idee fixe: idea szczęścia, dobrobytu i pokoju świata, opartego o braterstwo powszechne wszystkich ludzi, oprawa człowieka, zrównoważony rozwój… - i równość religii..

Obrazek
Jan Matejko – Uczta u Wierzynka


Bronią atomową Polski jagiellońskiej była jej kultura. Urok i piękno polskich obyczajów. Ich łagodność i wspaniałomyślność. Brak przymusu w kwestiach religijnych. To dlatego inne narody pragnęły być częścią imperium Jagiellonów. To była kwintesencja polskiej wolności. Unikalnego w Europie skarbu. Ta wolność w demokracji szlacheckiej rozkwitała. W XVII wieku było w Polsce 10 proc. wolnych obywateli, czyli szlachty. Był to najwyższy procent w całej Europie. Polak katolik bronił i ochraniał arianina nie dlatego, że było mu wszystko jedno w co ten człowiek wierzy, ale z tego powodu, że wiedział, iż ochrona przed prześladowaniami religijnymi, to skądinąd utorowanie mu najskuteczniejszej drogi do nawrócenia. Tak mówi Chrystus: „miłujcie nieprzyjaciół’. Nie tylko „siebie nawzajem”. Nie nawoływał: „zemścijcie się na nich”, „kneblujcie ich”, „spotwarzajcie”, bo wierzą inaczej, bo popadli w błąd…. Trzeba tępić herezję, ale nie krzywdzić heretyków i pogan. Co nie znaczy, że państwo powinno dawać im miejsca publiczne, by swobodnie swoje błędne nauki głosili. Przeciwnie, państwo powinno im tego zakazać. Św. Wojciech nawracał Prusów, szedł do nich z gołymi rękami, w sutannie, a nie wysyłał tam uzbrojony po zęby oddział, żeby ich najpierw związać, okaleczyć i zakneblować. Żeby byli posłuszni. Chrześcijaństwo jest wymagające…
Katolicyzm polski był dlatego dla innowierców atrakcyjny, że pokazywał jak może wyglądać społeczeństwo ludzi wolnych. Oni nie mają problemu z akceptacją drugiego człowieka – choć nie akceptują jego religii, gdy jest fałszywa. Św. Tomasz z Akwinu uczył to rozróżniać. Polska szlachta – edukowana w kolegiach jezuickich, tak często wyjeżdżająca potem na uczelnie Padwy, Florencji, Rzymu i Paryża, znająca na dobrym poziomie łacinę – umiała się posługiwać się w praktyce św. Tomaszem. Jej katolicyzm nie był płytki, był zakorzeniony w rozumie, polegał na prawidłowym rozróżnianiu pojęć.
Próba wzniecenia dziś dyskusji o tym, czy Polacy powinni pójść w czasie ostatniej wojny z Rosją przeciwko Niemcom – jak chcieli komuniści – czy z Niemcami przeciwko Rosji, jak próbują dziś jeszcze nas strofować neokonserwatyści i nowa prawica – to jest propozycja, by na serio dyskutować o tym, jak oddychać bez powietrza. Pragmatyzm bez katolicyzmu to idealna pożywka dla anarchii i ideologii – albo czerwonej, albo brunatnej. Dziś obie odradzają się po obu stronach naszych granic; są też ludzie, którzy żyjąc wśród nas i mówiąc po polsku próbują zainfekować nas od środka ich mutacjami. Tracą tylko czas.
Tak naprawdę była jedna tylko Bitwa Warszawska.
Stoczono ją i w 1863 roku i w czasie odpierania nawały bolszewickiej w 1920 roku, i w czasie Powstania Warszawskiego. A nawet jeszcze wcześniej – podczas Powstania Listopadowego, gdy przeciw Rosji wystąpiła regularna polska armia. A także w czasie Konfederacji Barskiej. Zawsze wtedy, gdy broniliśmy katolickiej Polski.


Spoczynek w Bogu

Obrazek
Warszawa’ wrzesień 1944 (z niemieckiego archiwum)


„Będziesz miłował Boga!”, mówi bowiem Bóg do człowieka.
„..nie przez jakiś czas, ale zawsze, w każdej chwili; od dojścia do rozumu, aż do ostatniego tchu życia. Ta miłość będzie stałym, ciągłym usposobieniem twojego serca”.
„Będziesz miłował Boga tak, jak Go miłował człowiek w stanie niewinności, jak Go miłować powinien przez łaskę Chrztu Świętego, to jest miłością wlaną, a zatem nadprzyrodzoną, i starać się będziesz o zachowanie łaski uświęcającej, do której ta miłość jest przywiązana. (…) Bóg wszystkim daje Swą łaskę, a z łaską i miłość; jeżeli człowiek, doszedłszy do rozumu, nie ma jednej i drugiej, to zawsze jest w tym jego własna wina”.
Czego wymaga od nas Bóg? Bóg wymaga, by wierzyć w Niego i kochać Go.
Miłość jest nieoddzielna od wiary. Miłość jest trudna.
„Wymaga od ciebie tej miłości pod karą największego nieszczęścia, to jest pod karą wiecznego odrzucenia, którego nie będziesz mógł uniknąć…”
Bohaterowie polskiej historii i męczennicy mówią nam jednak, że miłość Boga jest możliwa, realna, prawdziwa. Że przynosi szczęście. Szczęście, jakiego nie zna i znać nie może świat. Szczęście niewysłowione. Cudowny spokój i całkowite ukojenie.
„Ten spokój jest niewzruszony jak sam Bóg, przewyższa wszystkie rzeczy stworzone, jak Bóg nad wszystko jest wyższy; przenika do głębi duszy, bo Bóg tylko może dać sercu taką wewnętrzną pociechę; jest zupełny, bo Bóg napełnia i nasyca serce; nie zostawia miejsca na żadne życzenie, na żaden żal, bo ten, kto posiada Boga, nie ma nic do życzenia, nic do żałowania
Ten spokój ucisza namiętności, uspokaja wyobraźnię, ustala rozum i uczucia serca.
Ten spokój trwa – wśród niepowodzeń i cierpień wszelkiego rodzaju, wśród pokus i prób, bo wszystko to nie przenika do głębi duszy, w której mieszka Bóg…”. (o. N. Grou)

Ewa Polak-Pałkiewicz

Źródło: http://ewapolak-palkiewicz.pl/boze-igrzysko/ , 21.08.2013

Przeczytaj więciej artykułów pani Ewy Polak-Palkiewicz > > > TUTAJ
http://www.polishclub.org/?s=Ewa+Polak-Pa%C5%82kiewicz

POLISH CLUB ONLINE, 2013.08.22


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 47 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 13 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /