Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 201 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Na (wciąż jeszcze) zdrowy rozum
PostNapisane: 03 lut 2015, 21:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Dwunastu głupich ludzi

Izabela Brodacka

Po 70 latach został uznany za niewinnego najmłodszy skazaniec, który stracił życie na krześle elektrycznym George Stinney Junior . Do egzekucji czternastolatka doszło w 1944 roku, oskarżono go o zabójstwo dwóch dziewczynek w Clarendon County i skazano na śmierć.
Do tej pory zachowały się zdjęcia z egzekucji murzyńskiego dzieciaka. Zniecierpliwieni funkcjonariusze nie mogli dopasować kasku gwarantującego sprawny przebieg egzekucji, posadzili więc chłopca na grubej książce. Pomimo oczywistego przerażenia zachowywał się godnie i spokojnie. Dla katów było to dowodem jego zupełnej demoralizacji. Protokóły przesłuchań zaginęły w niewyjaśnionych okolicznościach, ale rodzina najmłodszego straconego na krześle elektrycznym zawsze twierdziła, że jego zeznania zostały wymuszone.
Tak czy owak niewinnego dzieciaka skazała na śmierć ława przysięgłych czyli dwunastu głupich ludzi. W tych czasach na jego niekorzyść działał kolor skóry. George był po prostu Murzynkiem (termin Afroamerykanin w tych czasach nie istniał) , a więc był z definicji podejrzewany o najgorsze. Nie można wykluczyć, że faktycznie łobuziak dawał się we znaki sąsiadom. Ale za to nie ma kary śmierci. Okazało się, że w sprawie morderstwa, za którą go skazano był niewinny .

Wiele lat później innych dwunastu głupich ludzi uwolniło od kary Simpsona, mordercę własnej żony. Na rzecz Simpsona zadziałało to samo co w wypadku Juniora lecz niejako à rebours. Simpson jest Afroamerykaninem czyli Murzynem i dwunastu głupich ludzi kierując się polityczną poprawnością nie śmiało uznać go za winnego. Simpson urodził się w San Francisco w 1947 roku, czyli trzy lata po egzekucji na czarnoskórym pobratymcu. Przed sądem stanął po raz pierwszy w wieku 15 lat za zorganizowanie gangu. W roku 1994 roku został oskarżony o zabicie swojej byłej żony Nicole oraz jej przyjaciela, został jednak z tego zarzutu uniewinniony przez ławę przysięgłych. W 1997 roku sąd cywilny, nie związany wyrokiem sądu karnego zasądził jednak od Simpsona odszkodowanie w wysokości 33,5 milionów dolarów dla rodzin zmarłych. Sąd cywilny nie miał wątpliwości co do jego winy.

Nie warto byłoby o tym wszystkim pisać gdyby nie fakt, że w środowiskach prawniczych i politycznych kolejny raz wraca projekt wprowadzenia w Polsce instytucji ławy przysięgłych.
Ława przysięgłych jako instytucja polskiego prawa istniała w dwudziestoleciu międzywojennym na mocy artykułu 83 Konstytucji Marcowej oraz kodeksu postępowania karnego z 1928 roku. Praktycznie sądy przysięgłych funkcjonowały jednak tylko w zaborze austriackim gdzie zostały zniesione w 1938 roku. Przyczyn recydywy sentymentu do ławy przysięgłych jest kilka. Libertarianie są generalnie zwolennikami samodzielnego organizowania się społeczeństwa z pominięciem instytucji państwowych. Niektórzy twierdzą, że policja też powinna zostać zastąpiona przez prywatne armie ochroniarzy.
Nie rozumieją chyba, że postulują coś co zostało z powodzeniem zrealizowane w ubiegłym wieku w Chicago czy na Sycylii. Rządziły zwalczające się gangi i one też dawały młodym pracę i zapewniały za stosowną opłatą ochronę.

Sądy przysięgłych miałyby zdaniem ich zwolenników przeciwstawić się korupcji i przestępstwom sądowym dokonywanym w majestacie prawa. Czy naprawdę mamy wierzyć, że trudniej jest przekupić dwunastu zwykłych ludzi niż kilkudziesięciu parlamentarzystów? W krajach zachodnich istnieją przecież cenniki na przeprowadzenie ustawy w Polsce. I czy naprawdę wierzymy, że wyrok wydany przez szewców i kucharki będzie bardziej obiektywny niż wydany przez zawodowych sędziów?

Kraje w których istnieje instytucja ławy przysięgłych znają jej wady i zalety. Nie mam zamiaru się nimi zajmować. Jak mówi stara zasada prawa rzymskiego : „volenti non fit iniuria” (chcącemu nie dzieje się krzywda). Inaczej mówiąc - to problem tych krajów, nie nasz. Niepokoi mnie jednak skłonność do mechanicznego przenoszenia do Polski struktur i instytucji sprawdzonych w zupełnie innych warunkach.
Na przykład swego czasu bodajże niejaki Kuczyński jawił się gorącym zwolennikiem tak zwanej „farmeryzacji” rolnictwa. Uważał i twierdził, że w Polsce powinno się uprawiać ziemię na wzór amerykański. Oczywiście „farmeryzacja” jak wszystko na świecie ma swoje wady i zalety ale żeby ją przeprowadzić w Polsce trzeba byłoby dokończyć to czego nie udało się zrobić komunistom -zlikwidować chłopskie gospodarstwa rodzinne. Poza tym „farmeryzacja” wiązałaby się z przesyceniem miast ludźmi, którzy straciliby pracę na roli. Ludźmi nie koniecznie dobrze wykształconymi i bez mieszkania. Generowałoby to ogromne problemy społeczne nie do udźwignięcia przez kolejne rządy. Koncepcja „farmeryzacji rolnictwa” pomimo jej absurdalności nadal straszy jednak w różnych autorskich programach reformatorskich.

Sądy przysięgłych z kolei realizowałyby komunistyczną, leninowską zasadę, że kucharka może rządzić państwem. Rządy kucharek kończą się jednak dla obywateli na ogół źle. Od lat rządzą nami kolejno elektrycy po zawodówce, trampkarze z Oruni, a obecnie prowincjonalna lekarka z awansu.

Zostaliśmy zadłużeni na pokolenia, pozbawieni banków i środków produkcji, skazani na biedę i bezrobocie. Za wiele z tych klęsk odpowiadają również „ideolodzy ad hoc” przenoszący do Polski wymyślone gdzie indziej rozwiązania, których konsekwencji nie byli chyba w stanie objąć umysłowo. Należy do nich plan Sachsa-Sorosa zwany niesłusznie planem Balcerowicza.
Balcerowicz opowiedział się ostatecznie po dobrej stronie mocy krytykując zadłużanie kraju i strasząc mieszkańców Warszawy banerem wskazującym poziom zadłużenia per capita. Ma jednak swój udział w likwidacji gospodarki tego kraju. Pamiętamy zachwyty dziennikarzy i ekonomistów gdy w Polsce pojawiło się bezrobocie. Nie rozumieli, że bezrobocie to niepożądany skutek uboczny gospodarki kapitalistycznej i nie wolno traktować stopy bezrobocia jako wskaźnika rozwoju.
Podobnie zwolennicy sądów przysięgłych w nie są w stanie ocenić negatywnych skutków ich wprowadzenia.

Tekst drukowany w numerze 5 ( 398) Gazety Warszawskiej

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=119


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Na (wciąż jeszcze) zdrowy rozum
PostNapisane: 13 lut 2015, 17:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Rosyjski agent czy zwykły bałwan?

Choć do sondaży podchodzę z dystansem, a nawet podejrzliwością to nie da się ukryć, że urzędujący prezydent dzięki propagandowemu i sondażowemu nadymaniu cieszy się wśród Polaków sporym poparciem. Środki używane do rysowania go, jako swojaka i dobrego jowialnego wujaszka nie są zbyt wysublimowane i intelektualnie powalające. Co rusz widzimy go między dziatwą szkolną jak maluje świąteczne ozdoby w postaci pisanek czy bombek choinkowych, albo pakuje z małżonką „szlachetne paczki”. Ot zwykła stalinowska toporna obróbka skrawaniem z użyciem jedynie młotka i pilnika. Bierut jak pamiętamy również kochał dzieci, fotografowano go z sarenką na rękach czy uczestniczącego w procesji Bożego Ciała. W przypadku Bronka zrezygnowano jedynie z sarenki, ponieważ jak powszechnie wiadomo gajowy do zwierzyny płowej wali zapamiętale z dwururki.

Jednym słowem bez zaangażowania na masową skalę płatnych sługusów reżimu nazywanych w III RP dziennikarzami mit prezydenta, jako „wujka Dobra Rada” prysnąłby w jednej chwili. Ostatnio salonowe pismaki bardzo pomogły Komorowskiemu i Kopacz w akcji przekonywania opinii publicznej, że Andrzej Duda, kandydat PiS na prezydenta powiedział coś, czego ten w rzeczywistości nigdy nie wyartykułował. Wciskanie Dudzie dziecka w brzuch i przekonywanie opinii publicznej, że chce on wysłać polskie wojska na Ukrainę to obrzydliwe i bezczelne kłamstwo wpisujące się w kampanię prezydencką.
Gdyby w Polsce były wolne i niezależne media to zamiast kreowania Komorowskiego na dobrego wujka doszłoby do dyskusji wokół następującego pytania. Czy jest on zwykłym bałwanem czy może rosyjskim agentem?

Oto 25 maja 2013 roku w Pałacu Prezydenckim szumnie ogłoszono i zaprezentowano Białą Księgę Bezpieczeństwa Narodowego, która maiła być bardzo profesjonalnym i wielowątkowym przeglądem strategicznym wskazującym między innymi zagrożenia Polski na najbliższe 20 lat. Na uroczystość zaproszono nawet samego Jurka Owsiaka, do którego Komorowski firmujący „Białą Księgę” zwrócił się tymi słowami: można skutecznie uwrażliwiać młodych ludzi na sprawy państwa, sprawy innych ludzi, a także szeroko rozumianego bezpieczeństwa. -Na Przystanku Woodstock jest wyraźna dyscyplina i to jest dowód na to, że młodzi ludzie akceptują myślenie o potrzebie porządku, ładu, ograniczeń przy jednoczesnym umiłowaniu wolności
A już w samym zaprezentowanym dokumencie mamy taką oto perełkę: Rola NATO powinna być drugorzędna ze względu na nawarstwioną latami w świadomości Rosjan opinię o nim, jako wrogu bloku zagrażającym ZSRS, a potem Rosji. [...] Polska musi traktować to państwo [Rosję] [...] nie, jako przeciwnika, lecz istotnego gwaranta bezpieczeństwa europejskiego, w tym naszego bezpieczeństwa.

Oto przed nami „Pierwszy Strateg III RP”, który jako zwierzchnik sił zbrojnych przewidział zagrożenia, jakie czekają Polskę w ciągu najbliższych 20 lat i wybrał nam Rosję, jako gwaranta bezpieczeństwa. Niecały rok od tej podniosłej uroczystości w pałacu prezydenckim Rosja anektowała Krym, a następnie zaatakowała Ukrainę gdzie dzisiaj toczy się regularna wojna. O zagrożeniach dla krajów bałtyckich i Polski mówią dzisiaj stratedzy z wielu państw i najlepsi spece od wojskowości. Co zatem w maju 2013 roku zafundował nam Bronek w obecności szefa sztabu Owsiaka oraz reszty tej spółki z nieograniczoną nieodpowiedzialnością? Czy na czele państwa polskiego stoi zwyczajny bałwan, zakładnik otoczony rosyjską agenturą czy może sam Komorowski jest rosyjskim agentem? Po co było publikowanie tego kompromitującego dokumentu i to w atmosferze wielkiego epokowego wydarzenia? Przypominam pewne bardzo mądre słowa mówiące, że: Psu, choćby szczekał najgłośniej, nikt nie wierzy, że jest gospodarzem

http://kokos.salon24.pl/631445,rosyjski ... kly-balwan


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Na (wciąż jeszcze) zdrowy rozum
PostNapisane: 24 lut 2015, 09:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Wieża z kości słoniowej

Istnieje podejrzenie , że ta kość słoniowa nie jest w najlepszym gatunku, a wieża chwieje się w posadach

Izabela Brodacka

W ostatnich latach powstało wiele książek wspomnieniowych napisanych przez dzieci aparatczyków PRL. Wszystkie te książki idealizują postaci rodziców, pokazują sielskie anielskie i- nie ukrywajmy- dostatnie dzieciństwo. Wśród nich jest autobiografia : Moniki Jaruzelskiej pod znamiennym tytułem „Towarzyszka panienka” oraz „ Dom na rozdrożu” Ewy Bieńkowskiej. Ojciec Ewy, Władysław Bieńkowski był uroczym, światłym człowiekiem, autorem wielu książek i mężem zaufania KOR. Ma sporo prawdziwych zasług dla wolnego świata. Miedzy innymi walczył o uwolnienie kardynała Wyszyńskiego i osobiście odebrał go z miejsca jego odosobnienia. Nie zmienia to faktu, że niewiele wiemy na temat jego przeszłości - tej we Lwowie i tej w okupacyjnej Warszawie. Perspektywa dziecięcego pokoju nie pogłębia naszej wiedzy historycznej.
Pamiętam, że po jakimś spotkaniu w domu Bieńkowskich wracałam na piechotę do domu na Mokotowie. Swoje towarzystwo ofiarował mi poznany u nich Władysław Daszewski. Mieszkał on przy ulicy Krasickiego w domu, który dobrze zapamiętałam z dzieciństwa. Okna w suterynach tego domu (ludzie mieszkali w tych czasach również w piwnicach) zaopatrzone były w specyficzne, wygięte poziomo kraty, na których idąc do szkoły, ku wściekłości lokatorów siadaliśmy.
Pan Daszewski opowiadał mi po drodze zdumiewające rzeczy na temat swego pobytu we Lwowie, oskarżając wszystkich, na prawo i lewo o zdradę i kolaborację z Sowietami. Byłam zdumiona. Dla mnie był znanym scenografem, prekursorem fotomontażu, ilustratorem Roju, współpracownikiem Leona Schillera natomiast jego rola w systemie komunistycznym nie była mi wówczas znana i nadal zresztą nie jest jasna. Wiele lat później przeczytałam w „Moim Wieku” Wata oskarżenie, że to właśnie Daszewski współpracował z NKWD. Daszewski o to samo oskarżał Wata. I komu tu wierzyć?
Historycy ze zrozumiałych przyczyn niechętnie zajmują się tym okresem, niejako założycielskim dla kultury powojennej. Natomiast wspominki „jaśnie panienek” tylko zaciemniają ten obraz.
Tytuł wybrany przez Jaruzelską jest adekwatny do opisywanej sytuacji. W domach „towarzyszy” dzieci były wychowywane na paniczów i jaśnie panienki. W domach tych była opłacana przez PRL służba, do szkół odwozili je kierowcy, fundowano im, wbrew obowiązującej ideologii, wszelkie burżuazyjne i arystokratyczne rozrywki - lekcje muzyki , języków, tenisa i konnej jazdy. Większość z dzieci aparatczyków nie poszła w ślady rodziców i zamiast polityki trafili do szeroko rozumianej kultury.
Mentalnie odcinając się od swoich korzeni zamknęli się w wieży z kości słoniowej. Istnieje jednak podejrzenie , że ta kość słoniowa nie jest w najlepszym gatunku, a wieża chwieje się w posadach. Podkopują ją różni weredycy czyli emeryci, którzy stracili kontrolę nad swoim niebezpiecznym gadulstwem jak na przykład tragicznie zmarły Piotr Jaroszewicz. Jego synowie -być może nauczeni smutnym doświadczeniem - dobrze zrozumieli na czym polega omerta. Wycofali zeznania na temat zaginionych dokumentów ojca i pisanych przez niego pamiętników. Omerta nie dotyczy wbrew pozorom spraw intymnych, nawet drastycznych. Dlatego Monika Jaruzelska z lubością mogła ujawniać w mediach humorystyczne szczegóły romansu jej wiekowego ojca z gosposią. Omerta dotyczy zawsze spraw naprawdę ważnych.
Jak twierdził Roman Zimand przez wiele lat spokojnie sobie żyła w Polsce jego znajoma, kobieta , która była świadkiem mordu założycielskiego PPR czyli zabicia Marcelego Nowotki. Żyła sobie spokojnie gdyż nigdy nikomu nie pisnęła ani słówka na ten temat.
„ To jak to naprawdę było?” - zapytałam Zimanda z właściwą sobie naiwnością.
„Myślę, że pani też chce żyć”- odpowiedział z właściwym sobie poczuciem humoru Zimand.
Faktycznie sprawa zabójstwa Marcelego Nowotki jest do dziś nie wyjaśniona. Podejrzewano, że wyrok na nim wykonał Kedyw czyli komórka dywersji AK. Jak się jednak okazało były to raczej wewnętrzne partyjne porachunki towarzyszy. Udział w zabójstwie bezspornie mieli bracia Mołojcowie. Co ciekawe niedługo po tym cieszyli się życiem. Najpierw zastrzelono Bolesława, a kilka tygodni później młodszego Zygmunta, który wygadał się, że na polecenie brata wykonał wyrok na Nowotce. Po śmierci Mołojca sekretarzem PPR został Paweł Finder. Wkrótce z rąk Niemców zginęli kolejni świadkowie tej sprawy: Małgorzata Fornalska, Paweł Finder, Mietek, Janek, także Ryszard, który rzekomo odmówił Gomułce zgładzenia Mołojca .
Równie groźne jak gadatliwi starcy są obecnie dla „właściwej” wersji historii młode dziennikarskie wilczki, które zajadle grzebią w aktach. Próbowano się przed tym zabezpieczyć na różne sposoby. Profesorowie uniwersytetów nagminnie odmawiali lustracji nakłaniając się nawzajem do obywatelskiego nieposłuszeństwa. Postulowano zniszczenie zbiorów zastrzeżonych IPN. Zatrudniano seryjnego samobójcę. W sukurs przychodzili również psychiatrzy.
Po ukazaniu się książki Graczyka na temat Tygodnika Powszechnego ( Roman Graczyk, „Cena Przetrwania”) dyżurny historyk idei Marcin Król uznał autora za „karła”, który dowartościowuje się usiłując strącać z piedestału „olbrzymów”, czyli redaktorów Tygodnika, wśród których, jak skromnie zaznaczył, był on sam. Napisał, że jego ojczyzną było rzeczone pismo.
I właśnie w tym jest problem, że dla zbyt wielu osób ojczyzną - zamiast Polski- okazuje się być grupa rówieśnicza, koteria literacka, partia, nacja, organizacja przestępcza.
Wieża z kości słoniowej jeszcze stoi lecz, jak jej słynna siostrzyca, jakby trochę skrzywiona, natomiast to co wycieka spod wieży w żadnym wypadku nie pachnie fiołkami. Wręcz przeciwnie- roznosi się zapach dojrzałego szamba.
Pewien pracownik IPN tłumaczył mi kiedyś powszechną niechęć do lustracji w następujący sposób. „Wyobraź sobie, że za płotem składowałaś przez całą mroźną zimę nawóz ze stajni, obory i świniarni. Masz więc za płotem zamarznięty kopiec fekaliów. Z przerażeniem myślisz, że gdy nadejdzie wiosna twoje podwórze i ogród zostaną zalane cuchnącą cieczą”.

Tekst drukowany w numerze 8 ( 401) Gazety Warszawskiej

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=119


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Na (wciąż jeszcze) zdrowy rozum
PostNapisane: 26 lut 2015, 08:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Jednolita władza państwowa

Felieton • tygodnik „Nasza Polska” • 25 lutego 2015

Ostatnio trochę oddaliłem się od głównego nurtu nauk politycznych w naszym nieszczęśliwym kraju, więc nie wiem, z czego ambitni politologowie obecnie się doktoryzują i habilitują. Czy podobnie jak kiedyś, to znaczy – za pierwszej komuny – z drobiazgowego wnikania w subtelne różnice między przodkiem, a tyłkiem, czy ze smakowitych opisów „budowy cudnej tronu monarszego – jego poręczy słodkich i nóg sprawiedliwych”, czy też ich uwagę zaprzątają jakieś inne zagadnienia. Tak nawiasem mówiąc uważam, że ta cała politologia, to obecnie – excusez le mot – kupa gówna. Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się czegoś konkretnego o mechanizmach polityki, to zalecałbym mu, by zamiast marnować czas na lekturę wypocin politologów, którzy w naszym nieszczęśliwym kraju zdegradowali się - jak zresztą wszystko – do funkcji prostackich agitatorów - przeczytali chociaż dwie powieści: pierwszą – autorstwa Roberta Penn Warrena „Gubernator” i drugą, autorstwa Juliusza Kadena-Bandrowskiego „Mateusz Bigda”. Z obydwu tych powieści o mechanizmach polityki można dowiedzieć się znacznie więcej, niż z prac politologów, którzy w dodatku przeważnie nie mają ani krzty talentu literackiego, podczas gdy autorzy obydwu wspomnianych powieści piszą w sposób fascynujący, dzięki czemu można z pożytecznym połączyć piękne.

Ale chociaż, jak wspomniałem, oddaliłem się nieco od głównego nurtu, to przecież nic nie szkodzi, bym spróbował przedstawić ewolucję zasady, która za pierwszej komuny stanowiła fundament polityki wszystkich krajów socjalistycznych. Chodzi mi oczywiście o zasadę jednolitej władzy państwowej. Już w konstytucji Związku Sowieckiego, na której wzorowane były konstytucje krajów „demokracji ludowej”, zaprezentowane były rozmaite organy władzy; jedne należały do władz ustawodawczych, inne – do wykonawczych, jeszcze inne – do sądowniczych – ale wiadomo było, że spoiwem ich wszystkich była partia i czekiści. Przy pomocy tych dwóch pasów transmisyjnych stalowa wola Ojca Narodów docierała do każdego stanowiska pracy, to znaczy – do każdego organu państwowego w najdalszym zakątku Imperium. Właśnie dzięki temu możliwe były fenomeny w rodzaju „myślenia po nowemu”, nakazanego w ramach „pieriestrojki” przez sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Sowieckiego Sojuza, Michała Gorbaczowa. Ten rozkaz zaczął obowiązywać dosłownie z dnia na dzień; jeszcze poprzedniego wieczora wszyscy myśleli po staremu, ale od rana – już po nowemu. Bez wspomnianej transmisji trudno nawet wyobrazić sobie podobne metamorfozy intelektualne, natomiast kiedy weźmiemy wspomnianą transmisję pod uwagę, wszystko staje się nie tylko jasne, ale i oczywiste.

Podobnie było i w naszym nieszczęśliwym kraju; organów władzy o różnym przeznaczeniu był cały legion, ale widać było, zwłaszcza w momentach zwrotnych, że wszystkie one ćwierkają z tego samego klucza. Ten mechanizm ktoś musiał oczywiście każdego dnia nakręcać i w ten oto sposób, zgodnie z zasadami wnioskowania indukcyjnego, można było, krok po kroku, dojść aż do punktu ciężkości władzy, który w naszym nieszczęśliwym kraju, jak przesunął się w roku 1980 w stronę bezpieki, tak już tam pozostał aż do dnia dzisiejszego.

Proklamowanie w roku 1989 sławnej transformacji ustrojowej miało polegać m.in. na zerwaniu z zasadą jednolitej władzy państwowej i proklamowaniu pluralizmu. Pluralizm oznacza, że jednocześnie rozkwita sto kwiatów, każdy o niepowtarzalnym, osobliwym kształcie i kolorze. I rzeczywiście; organów władzy publicznej narobiło się u nas mnóstwo i nie ma roku, żeby nie pojawiały się jakieś nowe – ale chociaż różnią się one między sobą zarówno kształtem, jak i kolorami, to cóż z tego, skoro każdy z nich wydziela znajomy odór bezpieki? Jak wiadomo, mamy w naszym nieszczęśliwym kraju co najmniej trzy władze, a może nawet cztery: ustawodawczą, w postaci Sejmu i Senatu, wykonawczą – w postaci rządu oraz pana prezydenta, sądowniczą w postaci sądów i trybunałów, no i czwartą, w postaci niezależnych mediów głównego nurtu. Gdybyśmy jednak spróbowali poszukać wspólnego mianownika w tej mnogości władz, to nawet poszukując po omacku natychmiast natkniemy się na bezpiekę i to w każdym przypadku. 4 czerwca 1992 roku okazało się na przykład, że ponad 60 posłów, senatorów i ministrów, to konfidenci SB – a przecież nie ujawniono ani tych konfidentów SB, którzy zostali przejęci przez Urząd Ochrony Państwa, ani żadnego konfidenta Wojskowych Służb Informacyjnych.

Cóż w tej sytuacji musi dziać się teraz, kiedy w naszym nieszczęśliwym kraju oficjalnie działa aż siedem tajnych służb, mających prawo prowadzenia działalności operacyjnej, więc wykorzystujących agenturę? Myślę, że parlamentarzystów, którzy NIE SĄ niczyimi agentami, można policzyć na palcach tym bardziej, że również bezpieki obcych państw poważnych hulają u nas niczym tornado. Podobnie jest w rządzie, a jeśli chodzi o pana prezydenta, to dotychczas tylko prezydent Lech Kaczyński nie był podejrzewany o agenturalność. Jeśli chodzi o media, zwłaszcza te niezależne, głównego nurtu, to szkoda każdego słowa. Niektóre z nich zostały wręcz utworzone przez bezpiekę i naszpikowane agentami, niczym wielkanocne baby rodzynkami. No a władza sądownicza? Jak wiadomo, jest ona „niezawisła” - ale za pierwszej komuny też się przecież tak mówiło. Jednak gdy przychodziło co do czego, to i niezawisłe sady stawały się stuprocentowo przewidywalne.

No a teraz? No a teraz mamy znakomity przykład niezawisłego sądu w Katowicach, który w składzie: pani Agata Stankiewicz-Rataj (przewodnicząca), pani Anna Bogaczyk-Żyłka i pani Izabella Knych, odrzucił protest wyborczy z powodu zagadkowego zniknięcia 130 tysięcy głosów. Pan Marian Krzysztof Zawała, rzecznik niezawisłego sądu w Katowicach wyjaśnił, że to dlatego, iż wnioskodawczyni, pani Dorota Stańczyk nie udowodniła swoich twierdzeń. Na pewno tak było – ale mogło tak być m.in. dlatego, że niezawisły sąd odrzucił wszystkie jej wnioski dowodowe w liczbie ośmiu. W ten sposób mógł odrzucić protest wyborczy z czystym, jak to się mówi, sumieniem. No dobrze; sumienie - sumieniem – chociaż powinniśmy pamiętać o spostrzeżeniu gubernatora Willy’ego Starka, bohatera powieści „Gubernator”, że jak człowiek politykuje, to jego sumienie też. Dlaczego jednak sumienie niezawisłego sądu mogło politykować akurat w tym kierunku, a nie w – dajmy na to – odwrotnym? Aaaa - tu właśnie może kryć się poszlaka wskazująca na ślad wiadomego pasa transmisyjnego; skoro padł rozkaz – a przecież każdy słyszał, jak padł – że z wyborami wszystko było w jak najlepszym porządku, to musi być w porządku – również w niezawisłych sądach. To jednak wskazywałoby, że zasada jednolitej władzy państwowej, mimo sławnej transformacji ustrojowej, nadal w naszym nieszczęśliwym kraju obowiązuje. Quod erat demonstrandum.

Stanisław Michalkiewicz

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=3330


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Na (wciąż jeszcze) zdrowy rozum
PostNapisane: 17 mar 2015, 08:28 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Dymne zasłony nad stolikiem

Żyjemy w czasach, w których manipulacja przekazem informacji wdzięcznie określanym jako "główny nurt" osiągnęła rozmiary opisywane w czarnych wizjach.

O ile dobrze pamiętam, to w "1984" Orwella jest tak, że na świecie istnieją trzy supermocarstwa, które zawsze znajdują się w stanie wojny, choć co pewien czas w nowych konfiguracjach – raz mocarstwo A w sojuszu z B walczy z C, a za kilka lat zawiera sojusz z C i walczy przeciwko B. Aby ludzi odpowiednio mobilizować, zmienia się przekaz historyczny, przepisując wstecz gazety i podręczniki, aby wszyscy byli przekonani, że aktualny sojusz istniał od zawsze.

Proszę popatrzeć, jeszcze kilka lat temu Rosja była sojusznikiem Zachodu, integrowanym w ramach NATO, nawet po jakichś utarczkach resetowaliśmy z nią stosunki, a dzisiaj Putin gorszy od Hitlera. Dlaczego? No oficjalnie dlatego, że "napadł na Ukrainę". Większość nawet nie czuje jakiegoś szczególnego skołowania, bo przyzwyczajono nas, by wydarzenia w mediach brać jako prawdziwe "jak leci", wierzymy więc, że pożar dokonał cudownego zawalenia budynku WTC-7 i w wiele innych bajek. Przecież tak mówią we wszystkich dziennikach!
Tymczasem obecna wolta geopolityczna jest oznaką czegoś o wiele głębszego niż regionalny konflikt o to, czy Ukraina ma być bliżej Rosji, czy bliżej Zachodu; jest to wciąż początkowa faza wielkiego geopolitycznego przetasowania, w którym sami Ukraińcy czy Polacy są jedynie smutnymi aktorami, a ich interes zakładnikiem zewnętrznych sił.

Pierwsze gorące salwy tej wojny oddano w 2013 roku na Morzu Śródziemnym, gdzie Putin wysłał rosyjską flotę na ratunek Syrii. Tamże w sierpniu wystrzelone w kierunku Syrii z morza dwa pociski Tomahawk nie dotarły do celu… spadając do morza. Ponoć po tym incydencie Obama wstrzymał francusko-amerykańską akcję nalotów. Mówi się, że Tomahawki zostały "zestrzelone" przez system walki elektronicznej rosyjskich okrętów naprędce wysłanych przez Putina...
Dzisiaj w Polsce całe środowiska medialnych ujadaczy biorą udział w antyrosyjskiej mobilizacji, strasząc nieobliczalnym Putinem, który niczym nowy Hitler ruszy na podbój byłych zachodnich rubieży.

Głos tych, którzy próbują wskazywać i nazywać kierunki procesów miotających krajem, zagłuszony jest przez cyników i idiotów, którzy gotowi darmo sprzedawać interes Polaków. Zresztą jeśli państwo nadwiślańskie to "kamieni kupa", to o czym tu mówić? Pozbawiona własnych mediów polska "większość" daje się robić na szaro, wsłuchana w warszawskie bełkoty.
Na naszych oczach toczy się walka o wymodelowanie nowego świata, walka "żydowskiej Ameryki" z "chińską Azją"; zmaganie, przy którym dobrobyt samych Ukraińców czy Polaków to pryszcz. Stawką jest tu mocarstwowy status USA, których przewaga gospodarcza i militarna maleje z roku na rok.
Wraz z nią słabną gwarancje bezpieczeństwa Izraela i możliwości zarobkowe banksterskich rodów z Manhattanu. Napięcie sprawia, że syjonistyczni politycy z Izraela mają pretensje do tuzów amerykańskiego żydostwa i vice versa. Wszyscy szukają nowych miejsc i macają grunt.

Żydzi radzi by widzieć kontrolowane przez siebie Międzymorze od Bałtyku po Morze Czarne, Amerykanie, którzy chcieliby mieć Rosję w antychińskim obozie i pracują nad tym kombinacją siły oraz targów z kremlowskimi elitami; Rosjanie, u których w elitach władzy toczy się walka "puławian" z "natolińczykami". Na razie natolińczycy są górą, słusznie obawiając się, że przyłączenie się do obozu amerykańskiego wiąże się z ponownym oddaniem pola "puławianom", architektom poprzedniej jelcynowej smuty. Są też w grze i Niemcy, którzy najchętniej zrezygnowaliby z pozorów i zaczęli rozsądnie, logicznie i po niemiecku zarządzać Europą i tak siedzącą w ich kieszeni; ich elita tradycyjnie zainteresowana jest układem z Rosją na zasadzie nasz przemysł, wasze surowce.
I wreszcie są Chińczycy z miliardami gorących dolarowych obligacji w rękach, szukający kontynentalnej samowystarczalności surowcowej w oparciu o Syberię i możliwości wyparcia Amerykanów z Pacyfiku. Mówiąc "Niemcy", "Rosjanie", "Żydzi", mam na myśli elity realnej władzy i pieniądza.

W Polsce takich elit nie ma, dlatego polska polityka jest "sztuczna", zależna od tego, skąd zadzwonią do Warszawy. Prócz ruchów, które prowadzą państwa, są oczywiście podskórne i transgraniczne działania różnych międzynarodówek, czasem poprzez środki państwowe, czasem prywatne. Chodzi o wykrystalizowanie jednej globalnej elity światowej.
W tym procesie najwyraźniej na razie odmówili rosyjscy "natolińczycy", no i Chińczycy traktujący Zachód jak zepsutego bachora. Kontestatorzy zdają sobie sprawę, że świat globalizowany jest dzisiaj przez amerykańsko-żydowski ośrodek, co dla nich znaczy drugą kategorię. Idzie wszak o to, kto będzie pracował na kogo; o władzę hegemona nad światem, a jest to pozycja traktowana dzisiaj przez elity żydowsko-amerykańskie jako należna "z urzędu". Niestety, Polacy w tych grach nie stoją nawet blisko stolika...
Stąd i cały nasz ambaras i widoczne na co dzień podrygi.

Andrzej Kumor

http://www.goniec.net/goniec/teksty/and ... /dymne-zasłony-nad-stolikiem.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Na (wciąż jeszcze) zdrowy rozum
PostNapisane: 23 mar 2015, 09:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
O północy się zjawili jacyś Pro Civili

Komentarz • tygodnik „Goniec” (Toronto) • 22 marca 2015

Tunezji nikt nie zji? Wiele na to wskazuje, że i ten kraj, od którego rozpoczęła się seria „jaśminowych rewolucji”, będących następstwem „pogłębiania integracji w ramach Unii Śródziemnomorskiej”, czyli budowy francuskiego kieszonkowego imperium, na które po długim molestowaniu zgodziła się Nasza Złota Pani na szczycie w Deauville w październiku 2010 roku – że i tern kraj, podobnie jak Egipt, czy Libia, nie mówiąc już o Iraku i Syrii, stanie się terenem ekspansji Państwa Islamskiego. W zamachu na turystów zwiedzających muzeum w Tunisie zginęło co najmniej 22 osób, w tym dwóch Polaków, a znacznie więcej zostało rannych. Liczba ofiar jest zresztą większa, bo dodatkową ofiarą tego zamachu stał się marszałek Sejmu Radosław Sikorski. Poprzedniego dnia nie tylko powiedział dziennikarzom, że wśród Polaków jest siedem ofiar śmiertelnych, ale w dodatku zapowiedział żałobę narodową, której zarządzanie leży w kompetencjach prezydenta. Został za to już następnego dnia skarcony nie tylko przez niezależne media głównego nurtu, ale również – przez panią premierzycę, pana prezydenta Komorowskiego i ministra spraw zagranicznych Grzegorza Schetynę, który nie tylko nabiera coraz większej pewności siebie, ale nawet przytył i zmężniał.

Tymczasem marszałek Sikorski nie tylko został skarcony, ale w dodatku przypomniane zostały mu różne inne podobne przewinienia. Nieomylny to znak, że wataha pilotująca dotychczas Radosława Sikorskiego musiała zostać zepchnięta do głębokiej defensywy, a kto wie, czy nie zostanie wkrótce poddana dorzynaniu. Wszystko to być może w sytuacji, gdy w naszym nieszczęśliwym kraju znowu mamy wojnę na górze, będąca odległą konsekwencją zresetowania przez prezydenta Obamę swego poprzedniego resetu w stosunkach z Rosją. W rezultacie tego zresetowania resetu poprzedni układ sił na politycznej scenie, ufundowany na kolaboracji dominującego Stronnictwa Pruskiego ze Stronnictwem Ruskim, obecnie jest wypierany przez zdobywcze Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie. Tamte oczywiście nie zamierzają poddawać się bez walki, co przekłada się między innymi na powrót afery podsłuchowej.

Niezależne media głównego nurtu znowu „weszły w posiadanie” tajnych materiałów z prowadzonego przez niezależną prokuraturę śledztwa i publikują relacje między innymi o tym, jak dwa stare kiejkuty: Leszek Miller i Aleksander Kwaśniewski namawiały się w jakiej knajpie, jakby tu usunąć dokumenty w sprawie tajnych więzień CIA. Okazało się, spiskujący kelnerzy grasowali we wszystkich cieszących się wzięciem knajpach – również naprzeciwko Ambasady USA przy Alejach Ujazdowskich, w restauracji ”Lemongras”, gdzie dawniej mieścił się „Ambasador”, a której właściciel Andrzej K. był w poprzednim wcieleniu dyrektorem polskiej filii rosyjskiego koncernu paliwowego „Łukoil”. Oczywiście te wszystkie okoliczności owiane są mgłą tajemnicy państwowej, w dodatku – z uwagi na rangę osób podsłuchiwanych – mgłą w pierwszorzędnym gatunku, ale gdy atmosferę rozdzierają podmuchy wojny na górze, owa mgła od czasu do czasu się rozwiewa, dzięki czemu możemy przekonać się, że nasz nieszczęśliwy kraj stał się rodzajem karczmy zajezdnej, w której biwakują watahy, które jeszcze u progu transformacji ustrojowej przewerbowały się na służbę w państwach poważnych. Dlatego, chociaż jedna niezależna prokuratura zarządziła energiczne śledztwo, by wykryć, który to ananas puszcza kompromaty do niezależnych mediów, inni konfidenci w niezależnej prokuraturze te kompromaty spokojnie puszczają, podtrzymując w ten sposób płomień pod diabelskim kotłem.

Zresztą nie tylko w prokuraturze. Niezależne media głównego nurtu weszły bowiem również w posiadanie materiałów uzyskanych przez Komisję Nadzoru Finansowego, kontrolującą SKOK-i. W rezultacie rozpętała się kolejna afera, której głównym bohaterem jest senator Grzegorz Bierecki, w związku z tym zawieszony w Klubie Parlamentarnym Prawa i Sprawiedliwości. W tej aferze można rozróżnić dwa wątki; pierwszy – że część pieniędzy została wyprowadzona najpierw do Fundacji, a po jej zlikwidowaniu – do instytutu naukowego, prowadzonego przez spółkę, „którą on reprezentuje”. Pieniądze pochodzą od amerykańskiej fundacji, która nie przekazała ich SKOK-om tylko na inne cele. Wszystko zatem jest w jak najlepszym porządku. Drugi wątek polega na tym, że niezależna prokuratura prowadzi ponad 2 tysiące śledztw w sprawie SKOK-ów, z których – jak sumiennie zeznał prokurator generalny pan Seremet – wyciekały pieniądze, wyprowadzane stamtąd albo na skutek zmowy, albo niefrasobliwości.

W rezultacie Bankowy Fundusz Gwarancyjny twierdzi, że wypłacił już z tego tytułu około 3 miliardów złotych na ratowanie depozytów. Poruszony tym do głębi pan prof. Leszek Balcerowicz stwierdził, że jest to największa afera w polskim sektorze finansowym. Najwyraźniej pamięć mu nie dopisuje, bo przecież afera FOZZ była co najmniej porównywalna, jeśli nie większa. Przypomnę, że na nielegalny wykup polskiego długu zagranicznego państwo wyasygnowało 1700 mln dolarów, a długi, owszem, wykupiono, ale tylko za 60 milionów, zaś resztą gdzieś zniknęła. Podobnie znacznie większy zasięg miał przepływ pieniędzy uruchomiony w następstwie sławnego „planu Balcerowicza”, od którego „nie było alternatywy”.

Ustawa o uporządkowaniu stosunków kredytowych wprowadzała tzw. zmienną stopę oprocentowania i jeśli umowa z bankiem opiewała np., na 4 procent rocznie, to zmienna stopa wynosiła np. 40 proc. miesięcznie. Rozpoczął się drenaż polskich kredytobiorców, dzięki czemu można było równolegle podnieść oprocentowanie lokat w bankach komercyjnych do 80 i więcej procent. Trzecim elementem układanki była stabilizacja kursu walutowego na poziomie 9,5 tys. zł za dolara. W rezultacie finansiści ze wschodniego wybrzeża USA wymieniali w Polsce dolary po kursie 9,5 tys. następnie umieszczali pieniądze na lokatach terminowych, po roku odbierali je ze stuprocentowym przebiciem i wymieniając złotówki na dolary po kursie 9,5 tys. za dolara, wracali do domu. Myślę, że w ten sposób można było wyssać z Polski – a skoro było można, to pewnie i wyssano - znacznie więcej, niż 3 miliardy złotych, więc chyba nie o skalę ilościową chodzi panu prof. Balcerowiczowi.

Być może chodzi o to, że te 3 miliardy zostały wypłacone przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny, na który składają się działające w Polsce banki – głównie niemieckie i z kapitałem żydowskim. To by rzucało światło na żywe zaangażowanie w sprawę SKOK-ów „Gazety Wyborczej”, która na takie rzeczy nie może patrzeć spokojnie, a poniekąd – również na oburzenie pana prof. Balcerowicza, którego za tamtą operację o włos ominęła nagroda Nobla z ekonomii, jaką pragnęli uhonorować go wdzięczni finansiści. Pan senator Bierecki, którego w rządowej telewizji próbował przesłuchać pan red. Kraśko, stoi na nieubłaganym gruncie legalności, w co chętnie wierzę, bo po co ktokolwiek miałby łamać prawo, kiedy przy odrobinie pomysłowości można dorobić się całkowicie legalnie, a wiadomo, że nie ma nic gorszego, niż złamane prawo.

Jestem pewien, że na tym właśnie musiała skupić się sejmowa Komisja Finansów Publicznych na 9-godzinnym, tajnym posiedzeniu. Pewnie dlatego podczas telewizyjnego przesłuchania pan senator Bierecki przypomniał sprawę SKOK-u w Wołominie, skąd wyprowadzono ponoć około miliarda złotych. Tym SKOK-iem kierował oficer dawnych Wojskowych Służb Informacyjnych, a teraz PiS domaga się, by pan prezydent Komorowski wyjaśnił swoje powiązania z władzami tamtego SKOK-u i Fundacji „Pro Civili”. Chodzi o okres, gdy Bronisław Komorowski był ministrem obrony i w tym charakterze – jak to się mówi - „nadzorował” WSI, a nawet – jak powiadają – fotografował się z władzami SKOK Wołomin w towarzystwie pana Dariusza Rosatiego. Krótko mówiąc – pojawia się pytanie, czy zasada: „my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych” będzie nadal respektowana, czy też rozpęta się wojna totalna, w której trup padać będzie gęsto, znacznie gęściej, niż w Tunezji, której i tak przecież nikt już nie zji.

Stanisław Michalkiewicz

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=3350


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Na (wciąż jeszcze) zdrowy rozum
PostNapisane: 10 kwi 2015, 13:01 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Czarny gest

Szanowni Państwo!

„Smoła czarna jest i lepka. Kreda zasię – biała jest. Komu pęknie w głowie klepka, nich uczyni czarny gest” - radził poeta, powołując się zresztą na „mędrca Kleobula”. No i stało się! Na same Święta Wielkanocne czarny gest uczynił pan red. Adam Michnik, do spółki ze swoim podwładnym, panem Jarosławem Mikołajewskim wysyłając w formie listu otwartego do papieża Franciszka donos na Kościół w Polsce. Czyżby panu redaktorowi Michnikowi pękła klepka? Takie przypuszczenie graniczyłoby ze świętokradztwem, zwłaszcza odkąd pan red. Michnik zarówno przez Salon, jak i przez „człowieków honoru” w osobach generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka, zgodnie został mianowany autorytetem moralnym. Powiększył w ten sposób grono osobistości, wobec których wysuwanie podejrzeń o pęknięcie klepki jest nie tylko niegrzeczne, ale również niebezpieczne. Taki podejrzliwiec może bowiem zostać postawiony przed niezawisłym sądem, który już tam powinność swej służby zrozumie i bez wahania skarci delikwenta surową ręką sprawiedliwości ludowej.

Nawiasem mówiąc surowa ręka sprawiedliwości ludowej właśnie się objawiła w postaci nowego odczytania głosów w kokpicie „Tupolewa” przez specjalistów wynajętych przez wojskową prokuraturę. To nikogo nie powinno zaskakiwać i jak będzie trzeba, to specjaliści usłyszą i zanotują nawet głosy z zaświatów. Najwyraźniej w niezależnej prokuraturze musieli dojść do wniosku, że trzeba jakoś pomóc panu doktorowi Maciejowi Laskowi, zwanemu „Laskiem Smoleńskim”. Pan doktor Lasek został powołany jeszcze przez premiera Tuska do dawania odporu znienawidzonemu posłowi Macierewiczowi. Misja ta okazała się bardzo trudna i niewdzięczna, bo kiedy już pan doktor Lasek był gotów odeprzeć ustalenia złowrogiego posła Macierewicza na temat, dajmy na to, pancernej brzozy, to on tymczasem występował z rewelacjami na temat wybuchów, na które pan doktor Lasek nie był przygotowany. W rezultacie złowrogi poseł Macierewicz zawsze był pół kroku do przodu i dopiero teraz niezależna prokuratura wpadła na pomysł, by zastosować wobec niego taką sama taktykę. W rezultacie niejedno jeszcze usłyszymy, nie wyłączając oczywiście i głosów z zaświatów, które – jak przypuszczam – również pan redaktor Michnik w całej rozciągłości potwierdzi. Autorytetem moralnym bowiem zostaje się wprawdzie z powodu osobistych zalet i przymiotów, ale właśnie dlatego na takim dygnitarzu spoczywają pewne obowiązki, niczym na Brysiu z bajki Adama Mickiewicza „Pies i wilk”: „Panom pochlebiać ukłonem, sługom wachlować ogonem”, ale też „na dziada warknąć, Żyda potarmosić”. No, co do tarmoszenia, to na razie rozkazy są odwrotne, ale na dziada warknąć można zawsze – no i stąd ten donos w postaci listu otwartego do papieża Franciszka.

Chodzi o to, że pan redaktor Michnik jest wybitnym reprezentantem środowiska, które zawsze było w awangardzie nieubłaganego postępu. Kiedyś, w czasach stalinowskich, nieubłagany postęp wprowadzany był metodami, eufemistycznie określonymi później jako „administracyjne”. Polegały one głównie na tym, że osoby podejrzewane o hamowanie postępu były albo zabijane od razu, albo po ciężkim śledztwie, którego celem było wychwycenie wspólników w hamowaniu. Na tym polegała strategia bolszewicka, która nawet przyniosła pewne trwałe rezultaty, między innymi w dziedzinie przekształceń własnościowych, które również i dzisiaj w środowisku autorytetów moralnych są uznawane za sukces tak zwanej „sprawiedliwości społecznej”. Teraz jednak strategowie rewolucji komunistycznej odeszli od strategii bolszewickiej na rzecz pozornie łagodniejszej, chociaż bardziej podstępnej. W tej strategii na pierwszy plan wybija się masowe duraczenie, no i stąd taka oszołamiająca kariera pana redaktora Michnika, rzuconego na ten odcinek frontu ideologicznego w charakterze kierownika żydowskiej gazety dla mniej wartościowego narodu tubylczego. Pracowicie duraczy ona już kolejne pokolenie w nadziei, że mniej wartościowy naród tubylczy zostanie w końcu doprowadzony do stanu całkowitej bezbronności, dzięki czemu można będzie uczynić zeń słynny „nawóz historii”, z którego takie ozdoby rodzaju ludzkiego, jak choćby pan redaktor Michnik, ukrytymi korzonkami będą ciągnęły sobie życiodajne soki. W tym jednak celu najpierw należy odciąć go od warstwy przywódczej – i wielkanocny list otwarty w tej logice doskonale się mieści. Czy te działania okażą się skuteczne, to znaczy – czy papież Franciszek da się nabrać na te słowicze dźwięki, czy też jednym rzutem oka przejrzy lisie zamiary - czas pokaże. Jak dotąd można tę inicjatywę skwitować, że „Adam z Jarosławem piszą memoriały. Smrodu z tego dużo, a pożytek mały”.

Stanisław Michalkiewicz

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=3365


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Na (wciąż jeszcze) zdrowy rozum
PostNapisane: 28 kwi 2015, 07:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Zamiast wraku tupolewa mamy wrak państwa

Tak się składa, że dzisiejsze wydanie „Warszawskiej Gazety” trafia do Czytelników 10 kwietnia, czyli dokładnie w piątą rocznicę smoleńskiej zbrodni. Sądzę, że wszystkie media – mam na myśli te określane, jako prawicowe i patriotyczne - zajmą się przede wszystkim podsumowaniem stanu naszej wiedzy i ducha po tych sześćdziesięciu miesiącach, jakie upłynęły od dnia zamachu. Gdyby ktoś zapytał mnie dzisiaj, co najbardziej utkwiło mi w pamięci z tamtych pierwszych dni i tygodni od tragedii to miałbym spory problem, ale chyba na pierwszym miejscu wymieniłbym wielką propagandową akcję wygaszania pożaru polskich zrozpaczonych serc. Wojnę wydaną pamięci o tym, co się wydarzyło i o ludziach, którzy polegli. Akcję, w której współcześni dzicy Hunowie przerażeni tym, że żałoba może zjednoczyć naród, bezpardonowo zaatakowali ustawiony przez harcerzy krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Było to dla Systemu zjawisko bardzo niebezpieczne gdyż Polacy zjednoczeni, zwłaszcza pod krzyżem zawsze stanowili zagrożenie dla okupantów i zaborców. Akcji „Usunąć krzyż”, „Jest krzyż, jest impreza”, której symbolem stał się Komorowski i w której niestety wzięli także udział „księżą patrioci” w tym nawet pewien kardynał, towarzyszyło nagłaśniane hasło „Dzień bez Smoleńska” mające wtłoczyć w nasze głowy przekonanie, że wszyscy mają już dość tej żałoby.

Z podobnym propagandowym zabiegiem mieliśmy do czynienia pięć lat przed smoleńską tragedią, kiedy Polacy masowo wylegli na ulice miast i miasteczek opłakując śmierć papieża Polaka. To wtedy pod patronatem „Gazety Wyborczej” zorganizowano konkurs „T-shirt dla wolności”, który stał się pretekstem do promowania wypisanego na koszulkach hasła „Nie płakałem po papieżu”. „Dzień bez Smoleńska” i „Nie płakałem po papieżu” to dwa odcinki tego samego propagandowego serialu z tym samym reżyserem i niemal identyczna obsadą.

Nie mówić, nie pisać, nie wspominać i jak najszybciej zapomnieć - wtłaczano w nasze głowy. Wracał stary slogan „Wybierzmy przyszłość” wymyślony kiedyś dla promowania komucha i pijaczyny Kwaśniewskiego startującego w prezydenckich wyborach.

W tych samych dniach smoleńskiej żałoby z premedytacja uruchomiono w mediach dyskusję, której celem było zaatakowanie decyzji o pochówku śp. Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. Rozpoczął ją oczywiście obozowy ciura posługujący u Michnika, Andrzej Wajda pisząc list otwarty do „Gazety Wyborczej”, w którym można było przeczytać: Najwyższe nasze zdumienie wywołała decyzja pochowania prezydenta Lecha Kaczyńskiego z żoną - na Wawelu. Prezydent Lech Kaczyński był dobrym, skromnym człowiekiem, ale nie ma żadnych przyczyn, dla jakich miałby spocząć na Wawelu wśród Królów Polski - obok Marszałka Józefa Piłsudskiego. Uważamy, że wysoce niestosowne jest w takiej sprawie powoływanie się na wybór rodziny. Decyzja ta wywołuje poważne protesty i może spowodować najgłębsze od odzyskania niepodległości w 1989 roku podziały polskiego społeczeństwa. Apelujemy do Władz Kościoła o wycofanie się z tej wysoce niefortunnej decyzji podjętej pochopnie w chwili żałoby i współczucia.
Jeżeli przypomnimy sobie opisywaną przeze mnie w poprzednim numerze „Warszawskiej Gazety” rolę Wajdy w rozpowszechnianiu za granicą kłamstw o Lechu Kaczyńskim, który rzekomo mógł doprowadzić do katastrofy to widzimy wyraźnie, że sekta pancernej brzozy z ulicy Czerskiej zatrudniła go w pełnym wymiarze na etacie żmijowatego kaznodziei i użyczyła mu swojej ambony.

Aby pokazać obłudę tych ludzi i ich nieskrywaną nienawiść do Polski przypomnę, co ta sama „Gazeta Wyborcza” piórem cyngla Wojciecha Czuchnowskiego pisała tuż przed śmiercią zbrodniarza i zdrajcy Jaruzelskiego, kiedy skrytykowano miejsce jego przyszłego pochówku, co prawda nie w otoczeniu królów, ale pobliżu bohaterskich Żołnierzy Niezłomnych: Zero szacunku dla majestatu odchodzenia, zero szacunku dla wartości chrześcijańskich i dla tradycji, która w pewnych sytuacjach nakazuje milczeć (…) Do generała Jaruzelskiego można mieć różne zastrzeżenia. Jest jednak pierwszym prezydentem niepodległej Polski, oficerem i człowiekiem u kresu swojego trudnego życia. Na pewno nie zasłużył na takie chamstwo.
Towarzyszu Czuchnowski i s-ka, dlaczego o szacunek w obliczu majestatu odchodzenia, dla wartości chrześcijańskich i tradycji, która w pewnych sytuacjach nakazuje milczeć nie apelowałeś po liście Wajdy? Dlaczego sam posługując się kłamstwem atakowałeś poległych gen. Błasika i majora Protasiuka? Dlaczego o tym szacunku przypomniałeś sobie dopiero w obliczu śmierci przebranego w polski mundur sowieckiego zbrodniarza Jaruzelskiego?

Mam nadzieję, że dość przekonująco wykazałem, że reżim za wszelka cenę chciał i nadal chce wygaszać naszą pamięć o smoleńskiej zbrodni, trywializować wszystko, co z nią związane, oraz usuwać z naszych oczu wszystko to, co z zamachem i czasem żałoby się kojarzy. Dlatego ze zdumieniem czytam dzisiaj suflowane PiS-owi „dobre rady” dedykowane przez „życzliwych” prawicowych doradców. Czy takie na przykład słowa nie wpisują się w scenariusz Systemu?
Łukasz Warzecha na portalu wPolityce.pl: Nie pokazywać Macierewicza, obchody piątej rocznicy zorganizować spokojnie i skromnie, konkretnie punktować niedociągnięcia śledztwa, jeśli to konieczne, ale unikać wchodzenia w temat zbyt głęboko. […] Nie jest prawdą, że odpuszczenie w czasie kampanii tematu Smoleńska – lub też złagodzenie przekazu w jakiejkolwiek innej budzącej emocje sprawie – spowoduje odpływ jakiejś grupy twardych wyborców.

Zawsze sądziłem, że to prawda nas w końcu wyzwoli. Tylko czy to jeszcze jest prawda, jeżeli nie wchodzimy w nią zbyt głęboko i jak radzi Warzecha odpuszczamy jej głoszenie na czas kampanii wyborczej?
Mamy w celach taktycznych zrezygnować z ewangelicznego nakazu: Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi (Mt 5:33-37)
Mamy traktować Polaków jak głupie panny z przypowieści „O pannach mądrych i głupich” i nie dzielić się z nimi oliwą do lamp? To ma być ta wspaniała recepta na zwycięstwo?
Prawdę musimy głosić zawsze w sposób odważny, zdecydowany, otwarty, a co najważniejsze, bez owijania w bawełnę. To prawda jest największym wrogiem Systemu III RP.

Za całe podsumowanie tych pięciu lat, jakie minęły od smoleńskiej zbrodni powinna wystarczyć nam świadomość, że czarne skrzynki i wrak samolotu, czyli kluczowe dowody niezbędne do wyjaśnienia tego, co się stało do dziś znajdują się w łapach Putina. My w zamian możemy tu na miejscu przyglądać się wrakowi państwa.

Wrak wróci, ale w zasadzie jest niepotrzebny

To tyle o wielkim propagandowym przedsięwzięciu mającym na celu wygaszanie niebezpiecznych dla reżimu emocji Polaków. Jeśli zaś chodzi o cały okres czasu, jaki minął od narodowej tragedii to tu na pierwszym miejscu postawiłbym na pięcioletnią akcję ogłupiania opinii publicznej w sprawie sprowadzenia do Polski wraku.
Od początku zbrodniczy smoleński spisek zakładał, że główne dowody zbrodni pozostaną w Rosji. Trzeba było tylko zwodzić Polaków tym, że wrak wkrótce wróci przy jednoczesnym przekonywaniu, że tak naprawdę do niczego nie jest on nikomu potrzebny. Oto kolejne odsłony tego wyreżyserowanego przedstawienia i jego główni aktorzy.

PAP, 6 grudnia 2010: „Minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski poinformował, iż w poniedziałek podczas rozmów z min. Aleksandrem Konowałowem przekazał oczekiwanie polskiego rządu, aby wrak samolotu Tu-154M trafił do Polski jeszcze przed pierwszą rocznicą katastrofy smoleńskiej.
Minister dodał, że podczas rozmowy min. Konowałow „złożył deklarację, że na etapie nieformalnych kontaktów i rozmów z przedstawicielami rosyjskiej prokuratury oraz innych instytucji, które w tej sprawie formalnie będą podejmować decyzję, będzie popierał ten wniosek i tę polską prośbę."

Radio Zet, 4 stycznia 2011: "W chwili obecnej szczątki samolotu są w dyspozycji rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego, wyjaśniającego po stronie rosyjskiej okoliczności katastrofy. Gdy zakończy on czynności, przekaże go rosyjskiej prokuraturze. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że zarówno rosyjska, jak i polska prokuratura będą opierać się o badania wraku przeprowadzone przez MAK, mam nadzieję, że jest szansa na to, iż szczątki samolotu trafią do Polski jeszcze przed 10 kwietnia, czyli przed rocznicą katastrofy" - powiedział dziennikarzom minister Kwiatkowski.

RMF FM , 9 kwietnia 2011: „Starałem się tłumaczyć Rosjanom, czym powodowane są nasze emocje, że wrak Tu-154 to dla nas nie tylko dowód w śledztwie, ale i symbol pamięci - mówi minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski.
- Jeżeli by okazało się, że wrak samolotu do maja do Polski nie trafi, to, kiedy mniej więcej za miesiąc będę miał oficjalną wizytę w Rosji, to oczywistą rzeczą jest, że wtedy również podejmę interwencję, żeby przyspieszyć przekazanie wraku do Polski - zadeklarował Kwiatkowski w sobotę rano w RMF FM.”

PAP, 19 maja 2011, 11:45: „Seremet powiedział też, że Rosjanie pozytywnie odnieśli się do sprowadzenia szczątków rozbitego samolotu do Polski. - Uzyskaliśmy pozytywne stanowisko Komitetu Śledczego, co do podjęcia działań zmierzających do przewozu szczątków samolotu Tu-154M do Polski. W tym zakresie uzgodniliśmy, że polscy specjaliści oraz żandarmi na przełomie sierpnia i września tego roku przyjadą do Smoleńska, by rozpocząć przygotowania związane z tą olbrzymią operacją - powiedział Seremet na konferencji prasowej w Moskwie. Dodał, że w tej chwili nie potrafi podać daty sprowadzenia szczątków samolotu do Polski.”

Dominika Wielowieyska z Gazety Wyborczej w radiu TOK FM: „Sprawa wraku i to, gdzie on teraz leży, jest kompletnie drugorzędna. Jest mi kompletnie wszystko jedno, gdzie leży wrak”

Wojciech Maziarski w Gazecie Wyborczej: „Najbardziej bym chciał, żeby go czym prędzej przetopić na żyletki, puszki, czy co tam się robi z samolotowego złomu. Jeśli jednak w tej chwili jest to niemożliwe, to z dwojga złego wolę, żeby ten wrak był jak najdalej od Krakowskiego Przedmieścia. Moskwa jest niezłym miejscem, ale jeszcze lepsze byłyby Władywostok, Bangkok albo Sydney. Gdyby, więc dało się przewieźć tego tupolewa gdzieś dalej od Polski, to ja bardzo bym prosił”

Radosław Sikorski w TVP Info: Teraz to dla nas bardziej pamiątka niż dowód w sprawie

Agnieszka Kublik tak w Gazecie Wyborczej straszyła widmem powrotu wraku:, Bo jak szybko tego władza, po konsultacjach społecznych rzecz jasna, nie zdecyduje, to grozi nam powtórka z Krakowskiego Przedmieścia: krzyże, znicze, kwiaty, pieśni, modlitwy. Będą powstawały komitety obrony wraku, komitety budowy pomnika. Komitety dzielące i wykluczające. Słowem: polsko-polska wojna o wrak.

W kwietniu 2012 roku głosami 263 posłów koalicji PO-PSL, SLD i palikociarni sejm odrzucił uchwałę wzywająca Rosje do zwrotu Polsce wraku samolotu Tu-154 M.
Dzisiaj przełożono wajchę i wszyscy deklarują, że wrak powinien wrócić do Polski. Macie ich podanych jak na tacy Drodzy Czytelnicy.

http://kokos.salon24.pl/641763,zamiast- ... ak-panstwa


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Na (wciąż jeszcze) zdrowy rozum
PostNapisane: 22 maja 2015, 20:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Który z kandydatów odważy się powiedzieć Polakom prawdę

Na placu boju pozostało już tylko dwóch kandydatów. Cieszę się, że Polacy wyraźnie dojrzewają do zburzenia gnijącego Systemu III RP. Cieszę się też, że popierając tak mocno Pawła Kukiza wykrzyczeli głośne WON niszczącemu nasza ojczyznę zaprzaństwu, złodziejstwu, partyjniactwu i lewactwu. Ale do rzeczy. Jest w końcu szansa by wymusić na obu pozostałych na placu boju politycznych rywalach odpowiedzi na bardzo ważne dla Polski pytania. Pytania, które dotyczą największego od przeszło dwudziestu lat tematu tabu.

Oglądam sobie po raz kolejny spot wyborczy Andrzeja Dudy, a w nim dramatyczną scenę, w której szczęśliwa rodzinka podczas wycieczki rowerowej zbliża się do lasu. Mała dziewczynka nagle zsiada z rowerka i chcąc wbiegnąć między drzewa uderza buzią w metalową siatkę odgradzającą las. W tle słyszymy słowa: Według mediów zgadzał się (Komorowski, przyp. red.) na sprzedaż polskich lasów dla zdobycia środków na rekompensaty za powojenne wywłaszczenia. Polacy nie zgadzają się na to. Polskie lasy w polskich rękach.
Po co ten ezopowy język? Dlaczego także PiS unika nazywania rzeczy po imieniu? Szczerze mówiąc wolałbym mieć wyłożoną kawę na ławę i móc usłyszeć, że te enigmatyczne „rekompensaty za powojenne wywłaszczenia” to 65 miliardów złotych, jakich bezprawnie od Polski domagają się środowiska skupiające żydowskich geszefciarzy od lat szantażujących nasz kraj. Najjaskrawszym przykładem tego planowanego rabunku i bezczelnego szantażu były te oto słowa Izraela Singera wypowiedziane 19 kwietnia 1996 roku podczas Światowego Kongresu Żydów: Będziemy nękać ich tak długo, dopóki Polska się znów nie pokryje lodem. Jeżeli Polska nie zaspokoi żydowskich żądań, będzie publicznie poniżana i atakowana na forum międzynarodowym.

Od wypowiedzenia tych słów minęło już niemal dwadzieścia lat i wyraźnie widzimy, że owe żydowskie pogróżki nie były słowami rzucanymi na wiatr, a w proces upokarzania Polski zaangażowało się wiele państw na czele z Niemcami i USA. Niestety nie zbrakło i tu w Polsce miejscowych łajdaków, którzy do akacji szkalowania naszej ojczyzny na arenie międzynarodowej dołączyli. Nie wiadomo tylko na ile srebrników liczą z tej gigantycznej kwoty, którą planuje się nam ukraść?

Ja, jako obywatel chciałbym otrzymać od obu kandydatów na urząd prezydenta jasną i jednoznaczną odpowiedzi na pytanie o ich stosunek do żydowskich bezczelnych roszczeń. Chce odpowiedzi jasnej i prostej w myśl biblijnego nakazu, Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi. (Mt 5:33-37). Wszak obaj kandydaci deklarują się, jako katolicy. Jednak do świetnie poinformowanego urzędującego prezydenta wywodzącego się z partii rządzącej miałbym kilka pytań dodatkowych.

Podczas uroczystego otwarcia w Warszawie Muzeum Historii Żydów Polskich prezydent Izraela, Re'uwen Riwlin w wypowiedzi dla PAP odnoszącej się do żydowskich roszczeń majątkowych stwierdził, że pamięta „o złożonych obietnicach i podpisanych umowach”. Panie Komorowski, jako ubiegająca się o reelekcje głowa państwa proszę odpowiedzieć nam Polakom na pytanie, kto w tajemnicy przed narodem składał Żydom jakieś obietnice i podpisywał nieznane obywatelom umowy? Czy za plecami Polaków podjęliście jakieś zobowiązania i wyraziliście zgodę na ograbienie nas wszystkich z astronomicznej kwoty sięgającej przeszło 230 mld złotych? Nie ma takiej możliwości, żeby najwyższy urzędnik w państwie tego nie wiedział. Proszę, więc nie bredzić i nie serwować Polakom zdartej płyty złożonej z żałosnych i wyświechtanych komunałów, co stało się pańską specjalnością. Pytam w imieniu moich rodaków, jakie kwity podpisano, bo nie wierzę, że prezydent Izraela kłamał?

I teraz druga sprawa, która jak pod szkłem powiększającym ukazuje nam tchórzostwo zaprzaństwo oraz zupełny upadek ukształtowanej po Magdalence zdradzieckiej szajki nazywanej polską klasą polityczną. Oto w ostatnich dniach byliśmy świadkami sensacyjnej i śmiało można powiedzieć przełomowej wypowiedzi, jakiej największemu niemieckiemu opiniotwórczemu dziennikowi „Sueddeutsche Zeitung” udzielił prezydent Niemiec, Joachim Gauck. Stwierdził on ni mniej ni więcej:Jesteśmy … potomkami ludzi, którzy zostawili za sobą ślady zniszczenia w Europie podczas drugiej wojny światowej – w Grecji i innych miejscach, o czym wiedzy nie dopuszczaliśmy do siebie żenująco długo …Słuszną rzeczą do zrobienia dla kraju świadomego historii jak nasz jest rozważyć, jakie mogą być możliwości reparacji.

Prawnie dowiedziono, że strona Polska nigdy skutecznie nie zrzekła się prawa do reparacji wojennych i jak wyliczył doktor Grzegorz Kostrzewa-Zorbas należy nam się od Niemiec 845 mld dolarów. Tuż po wojnie specjalnie powołana komisja oszacowała nasze straty na 49 mld dolarów, a według Zarządu Rezerw Federalnych USA tej kwocie odpowiada dzisiaj już po uwzględnieniu tylko samej inflacji właśnie 845 mld zielonych i to bez oprocentowania należącego się za zwłokę. W przeliczeniu daje to prawie 3 biliony złotych.

Dlaczego po sensacyjnych słowach Gaucka milczy nie tylko rząd, ale i obaj pozostali na polu walki kandydaci na urząd prezydenta? Dlaczego lekką ręką i potajemnie próbuje się zaspokoić bezprawne roszczenia „przedsiębiorstwa Holokaust” i jednocześnie tchórzliwie milczy się na temat gigantycznych pieniędzy, które mówiąc kolokwialnie należą nam się od Niemiec jak psu micha? Sam prezydent Gauck otworzył Polsce furtkę, a banda karłów podających się za władzę i elity milczy. Czy znajdzie się jakiś dziennikarz, który przed ostatecznym wyborczym rozstrzygnięciem zapyta wprost o te sprawy obu kandydatów? Dlaczego głosu na ten temat nie zabiera kandydat Andrzej Duda, który bezustannie twierdzi, że najważniejszy jest dla niego polski interes narodowy? Dlaczego nie o tym, ale o macaniu kur i nie umytych nogach pieprzy coś żałosny gajowy Bronek? Coś mi się wydaje, że dzisiejszy układ polityczny, do którego zaliczam również największą opozycyjną partię, może zagwarantować nam jedynie to, że wypłacimy Żydom bezczelnie wyłudzane 65 mld dolarów, a o te 845 mld dolarów od Niemiec nawet pies z kulawą nogą nigdy się nie upomni.

Przez cale lata wmawiano nam, że Polska jest otoczona wielkim gronem przyjacielsko usposobionych do nas państw. Oby już wkrótce nie okazało się, że jak pisał Ignacy Krasicki:
Gdy więc wszystkie sposoby ratunku upadły,
Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły
Co najsmutniejsze wśród tych psów aż roi się od miejscowych skundlonych Burków.
Panie Komorowski, Panie Duda. Polacy muszą poznać prawdę. Zgoda na zaspokojenie bezprawnych żydowskich roszczeń i tchórzliwa rezygnacja z należnych Polsce reparacji ze strony Niemiec jest zdradą polskiego narodowego interesu. Na to nie ma i nigdy nie będzie zgody.
Czy przed decydującym wyborczym starciem Polacy otrzymają odpowiedź na postawione pytania? Szczerze mówiąc bardzo wątpię, bo kto niby miałby o to zapytać? Ta tchórzliwa dziennikarska psiarnia merdająca ogonami na widok władzy i możnych tego świata?

http://kokos.salon24.pl/648331,ktory-z- ... kom-prawde


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Na (wciąż jeszcze) zdrowy rozum
PostNapisane: 30 maja 2015, 06:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Krzywa Laffer’a, jej skutki i kłopoty polskiej wódki..

Obrazek

Co to jest krzywa Laffer’a?

Otóż jest to coś co bezbłędnie wskazuje, iż dla każdego towaru czy usługi istnieje granica po przekroczeniu, której ludzie przestają (uwaga! legalnie) kupować dany towar lub usługę bo jest ona dla nich za droga. Mówiąc bardziej precyzyjnie jest to zależność pomiędzy stawką podatku jaką opodatkowany jest dany towar lub usługa (może być to akcyza, cło, VAT, inne) a wielkością rejestrowanych wpływów do budżetu z tytułu legalnej sprzedaży wspomnianego towaru lub usługi. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to coś co nie występuje w socjalistyczno-talmudycznym rozumieniu fiskalizmu ze strony urzędników szczurkowatego resortu finansów (poczynając jeszcze od czasów tow. ministra Modzelewskiego) ale nawet jeśli ktoś twierdzi, że coś w przyrodzie nie istnieje to nie musi być to wcale prawda objawiona. Jest to nieco podobnie jak z osławionymi WSI, cytując za red. Michałkiewiczem: fakt ich nie obecności jest tylko inną, wyższą formą obecności. Dokładnie tak samo jest z krzywą Laffer’a. To że ktoś udaje, iż w/w prawo ekonomii nie istnieje nie oznacza, iż tak faktycznie jest. Skutkiem przekroczenia pewnego, dopuszczalnego progu obciążeń fiskalnych na danym towarze czy usłudze jest postępujący wraz ze wzrostem obciążeń podatkowych spadek wpływów podatkowych będących konsekwencją załamania się legalnej sprzedaży tak wysoko opodatkowanych dóbr/usług. Konsekwencją dodatkową do opisanego zjawiska jest wzrost szarej strefy, w której ludzie nadal kupują poszukiwany przez nich towar (czasem wątpliwej jakości), na który ich nie stać w legalnej dystrybucji dzięki pazerności fiskusa.

Mamy kolejny, namacalny dowód istnienia owego prawa na przykładzie spożycia mocnego alkoholu . Praktycznie nie ma roku, żeby rząd w trosce o nasze zdrowie oraz rosnącą dziurę budżetową nie podniósł stawek akcyzy na alkohol czy papierosy. Ostatnia podwyżka akcyzy na alkohol na początku roku 2014 o skromne 15% spowodowała spadek legalnej produkcji aż o 24 procent (urzędnicy fiskusa sądzili w swej głupocie, iż podwyżka akcyzy spowoduje spadek produkcji zaledwie o 3%) - LINK (link is external).
Jakie wnioski z tej banalnej arytmetyki ? Legalne spożycie alkoholu spadło o blisko jedną czwartą co skutkuje sporym zmniejszeniem wpływów budżetowych z podniesionego podatku w porównaniu do okresu sprzed decyzji o wzroście podatku. Oznacza to, iż nasza decyzja o zwiększeniu obciążeń podatkowych spowodowała efekt odwrotny od zakładanego czyli ubytek w państwowej kasie w stosunku do okresu sprzed decyzji o podwyżce podatku. Domniemywać można, iż ktoś podjął tą decyzje świadomie bo państwo polskie cierpi na nadmiar pieniędzy z którymi nie wie co należy zrobić i trzeba te wpływy budżetowe ograniczyć (wystarczyło by przecież obniżyć podatek akcyzowy : ) albo też ktoś świadomie okrada państwo z wpływów budżetowych planując dodatkowo destrukcje legalnie działającej branży producentów alkoholi płacących nie bagatelne podatki i zatrudniających tysiące pracowników (czy to aby nie jakiś zakamuflowany zdrajca albo szkodnik?) .
Dodatkowo zdrowo w kość dostali producenci, którzy zaczęli „wycinać się” wzajemnie w ramach walki o klienta poprzez obniżenie marży a co skutkować będzie pogorszeniem interesu a w konsekwencji ograniczeniem produkcji i zwolnieniami pracowników.
Czy to oznacza, iż Polacy prowadzą zdrowszy tryb życia rozumiany jako zmniejszenie spożycia alkoholu? Bynajmniej. Piją tyle co poprzednio a może nawet i więcej. Z tą tylko różnicą, iż kupowany przez nich alkohol pochodzi z przemytu z zagranicy lub jest nielegalnie produkowany na miejscu od czego nie wpływają podatki a chałupniczej jakości produkcja zagraża życiu lub zdrowiu obywateli.
Dla zainteresowanych malutki wykład na temat krzywej Laffer’a i co ciekawe w obcym języku a prowadzi go jeden z byłych już kandydatów na tubylczego prezydenta:
https://www.youtube.com/watch?v=5D4hUOcyi3M

Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/2-am/krzywa- ... kiej-wodki

http://niepoprawni.pl/blog/2-am/krzywa- ... kiej-wodki


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Na (wciąż jeszcze) zdrowy rozum
PostNapisane: 18 cze 2015, 18:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Szanowni Państwo!

Był październik 1956 roku. Zgromadzeni przed dopiero co oddanym do użytku Pałacem Kultury im. Józefa Stalina ludzie byli zdumieni, że jest ich tak wielu. Przyszli tu żeby wysłuchać tak długo oczekiwanych słów prawdy. Przemówienie Gomułki było kontynuacją Poznańskiego Czerwca i początkiem odwilży.

Kiedy powstała „Solidarność”, ludzie znowu zdziwieni przecierali oczy ciesząc się, że tak wiele jest otwartych głów niepodatnych na nachalną propagandę. Stan wojenny zamroził porywy serc. Po roku 1989 zdawało się, że nareszcie jesteśmy u siebie. Niestety, i tym razem zostaliśmy oszukani.

Teraz znowu wyszliśmy pod biało-czerwonymi sztandarami z propozycją „Obudź się Polsko”. Chodźcie z nami wszyscy, którzy czujecie się Polakami. Komuchom i zakompleksionym tak zwanym „Europejczykom” dziękujemy. Lemingi dołączą później, bo taka jest ich natura.

Z ostatniej chwili. W centrum Warszawy mamy właśnie kolejną katastrofę budowlaną przy budowie metra. Do swojego studia kilkadziesiąt metrów od miejsca zdarzenia TVP zaprosiła w trybie pilnym eksperta, którym jak zwykle okazał się znany polityk. Jego zdaniem zawinił oczywiście znowu PiS. W jaki sposób? A no, wykrakał stwarzając atmosferę zagrożenia. Absurd w najczystszej postaci? Pewnie nie dla lemingów.

Do następnej soboty. Pozdrawiam

Małgorzata Todd

https://ewastankiewicz.wordpress.com/20 ... ony-sledz/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Na (wciąż jeszcze) zdrowy rozum
PostNapisane: 24 cze 2015, 05:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Kombinacje przed wielkimi zmianami

Komentarz • tygodnik „Goniec” (Toronto) • 23 czerwca 2015

Uff, już minęła pracowita sobota, kiedy to w naszym nieszczęśliwym kraju odbyły się bodaj aż trzy sabaty i jedna konferencja. Mówiąc o sabatach mama oczywiście na myśli partyjne konwencje przedwyborcze Platformy Obywatelskiej, Prawa i Sprawiedliwości oraz rozpadającej się partyjki biłgorajskiego filozofa, który już nie wie, czego się teraz czepić. Poza tym odbyła się konferencja Polskiego Stronnictwa Ludowego, na której Waldemar Pawlak przez podstawione osoby próbował dokonać zamachu stanu, wysadzić w powietrze prezesa-wicepremiera Janusza Piechocińskiego, a na jego miejsce wstawić pana Kosiniaka-Kamysza, ministra ministrowicza dziedzicznego. Ale incipiam. Na konwencji Platformy Obywatelskiej pani premierzyca zapowiedziała, że problemy Polaków rozwiąże w cztery miesiące. W cztery miesiące! Najwyraźniej najwyższy czas, żeby nie tylko pana posła Niesiołowskiego, ale i panią premierzycę przebadał jakiś weterynarz, żebyśmy i my się dowiedzieli, od jak dawna ma te objawy. Takie rzeczy bowiem czasami rozwijają się niepostrzeżenie, czego dowodem był austriacki generał Potiorek. Dowodził on bodajże korpusem w sposób nie zwracający niczyjej uwagi, może poza tym, że w odróżnieniu od innych wojskowych dygnitarzy, miał zainteresowania naukowe. Badał mianowicie ciężar gatunkowy żołnierza. W tym celu żołnierza w pełnym oporządzeniu zanurzał w beczce z wodą, zapisywał, ile wody wypiera i tak określał jego ciężar gatunkowy. I dopiero kiedy w ten sam sposób postanowił zbadać ciężar gatunkowy oficerów sztabowych, wsadzono go w plecionkę i oddano w ręce infirmerów, którzy stwierdzili, że przypadłość rozwijała mu się w głowie od dawna. Ciekawe, od kiedy rozwija się w głowie pani premierzycy. Czy proces rozpoczął się jeszcze w okresie przynależności do ruchu ludowego, czy dopiero od objęcia resortu zdrowia w rządzie premiera Tuska, czy jeszcze kiedy indziej?

Z kolei na konwencji PiS podzielono skórę na niedźwiedziu w ten sposób, że kandydatką na premierzycę po pani Kopaczowej została pani Beata Szydło. W ten sposób pan prezes Jarosław Kaczyński będzie mógł pociągać za podwójne sznurki i tylko będzie musiał uważać, żeby mu się nie poplątały – sznurek premierowski ze sznurkiem prezydenckim. Oczywiście wszystko pozostaje w zawieszeniu do jesiennych wyborów, po których możliwe są rozmaite kombinacje. Kombinacja pierwsza – że PiS wygrywa większością konstytucyjną. Wtedy dowiemy się prawdy o Smoleńsku, chociaż nie od razu, tylko oczywiście stopniowo – bo takiej pięknej katastrofy nie można przecież roztrwonić za jednym razem, tylko wykorzystywać ją po gospodarsku, żeby starczyła co najmniej do roku 2027. Poza prawdą o Smoleńsku zaczniemy realizować „wariant węgierski”, ale oczywiście nie mechanicznie, tylko z uwzględnieniem polskiej specyfiki. Orban kombinuje z Putinem – to my odwrotnie – przeciw Putinowi z premierem Arszenikiem i prezydentem Poroszenką, co to walczy i walczy z tą korupcją i zwalczyć jej nie może, niczym dziadek, który nie mógł wyciągnąć rzepki.

Kombinacja druga – że PiS nie uzyskuje większości konstytucyjnej, ale tylko rządową. W tej sytuacji będziemy już tylko poznawać prawdę o Smoleńsku, bo wariant węgierski, nawet w wersji przystosowanej lokalnie, trzeba będzie zredukować do mechanicznego żyrowania posunięć premiera Arszenika i prezydenta Poroszenki to znaczy – kontynuować dotychczasową linię, może urozmaiconą żądaniami odszkodowań wojennych od Niemiec. Kolejna kombinacja – PiS nie uzyskuje nawet większości „rządowej” w związku z czym musi montować koalicję, bo w przeciwnym razie pani Beata Szydło nie mogłaby zostać premierzycą, a to przecież już postanowione. No dobrze – ale z kim? Może z Pawłem Kukizem? Czy jednak antysystemowy Paweł Kukiz zaryzykuje koalicję z systemowym PiS-em? Wprawdzie PiS prezentuje się jako ugrupowanie również antysystemowe, ale czy Paweł Kukiz aby na pewno w to uwierzy, no i przede wszystkim – czy uwierzą w to zwolennicy pana Kukiza? W tej sytuacji znacznie pewniejsza jest koalicja PiS z PSL-em, który ma stuprocentową, a w porywach nawet jeszcze większą zdolność koalicyjną. Co prawda PSL pozostaje obecnie w koalicji z Platformą Obywatelską, ale czegóż się nie robi dla Polski? Skoro pan prezes Kaczyński dla dobra Polski protegował panią Beatę Szydło na premierzycę, to dlaczego nie mógłby zdecydować o koalicji z PSL-em? Chodzi o to, iż dobro Polski polega na odsunięciu od władzy Platformy Obywatelskiej. Na tym właśnie mają polegać wielkie zmiany, a skoro tak, to każdy środek dobry. „Taka, panie, kombinacja” - jak mawiał Antoni Lange.

Tedy mniej więcej już wiemy, co i jak, więc w tej sytuacji nie ma potrzeby zajmowania się dziwnie osobliwą trzódką biłgorajskiego filozofa, która, razem z nim prawdopodobnie zostanie wyrzucona w „ciemności zewnętrzne”, to znaczy – poza Sejm, gdzie, jak wiadomo, jest „płacz i zgrzytanie zębów”. Dla biłgorajskiego filozofa będzie to prefiguracja piekła, do którego tak czy owak trafi, choćby z powodu apostazji. Tam przez całą wieczność będzie zmuszony do oglądania w dni parzyste spektaklu Izabeli Cywińskiej „Cud Purymowy”, co, jak wiadomo, gorsze jest od śmierci, a w dni nieparzyste – do wysłuchiwania kompozycji „Nergala”, co graniczy już z małpim okrucieństwem. Ale w piekle nie można liczyć na żadne względy, toteż biłgorajski filozof już teraz musi przygotowywać się na najgorsze. Na razie podzielił się władzą w „Twoim Ruchu” z panią Barbarą Nowacką. Pewnie liczy na to, że będą mogli się rozmnażać i w ten sposób zapewnić tej partii kontynuację.

Tymczasem kiedy Umiłowani Przywódcy kotłują się na partyjnych konwencjach, obmyślając nowe wersje starych bajek, RAZWIEDUPR też przygotowuje się do zmiany warty, związanej z odzyskiwaniem wpływów w naszym nieszczęśliwym kraju przez gwałtownie reaktywowane Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie. Właśnie odbyła się konferencja pod tytułem „Most”, na której przypomniano zasługi RAZWIEDUPR-a w zorganizowaniu transportu rosyjskich Żydów do bezcennego Izraela. Jak pamiętamy, w tym właśnie celu utworzony został GROM, który potem już siłą inercji przetrwał, chociaż nie bardzo było wiadomo, co właściwie z nim robić. Ale teraz, kiedy trzeba będzie znowu ochraniać nie tylko transporty Żydów z bezcennego Izraela do naszego nieszczęśliwego kraju, ale i trzymać później w ryzach niesforny, mniej wartościowy naród tubylczy, RAZWIEDUPR znowu przypomina o sobie, oferując swoje usługi w zamian za obietnicę pozwolenia na dalsze pasożytowanie na historycznym narodzie polskim. Jak widzimy, każdy przygotowuje się na nadchodzące wielkie zmiany z tym, że oczywiście – każdy po swojemu.

Stanisław Michalkiewicz

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=3414


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Na (wciąż jeszcze) zdrowy rozum
PostNapisane: 30 cze 2015, 14:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Nadszedł czas rozdawania

Komentarz • tygodnik „Goniec” (Toronto) • 28 czerwca 2015

Gdyby Eklezjasta („Ach, jest czas obłapiania – powiada Eklezjasta”) żył dzisiaj w naszym nieszczęśliwym kraju, to do swoich spostrzeżeń musiałby dodać jeszcze jedno – że mianowicie jest czas rabowania i czas rozdawania. A właśnie po roszadach personalnych, jakie premierzyca Ewa Kopacz, zapewne wykonując stosowne instrukcje bezpieczniackich mocodawców, co to wykreowali Platformę Obywatelską i pilotują ją od samych mrocznych jej początków, przeprowadziła, nadszedł czas rozdawania. Po wyborze posągowej pani Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, która okazała się prawnuczką prezydenta Stanisława Wojciechowskiego i wnuczką premiera Władysława Grabskiego (bo był jeszcze inny Grabski, mianowicie Stanisław, który przewodniczył polskiej delegacji na rozmowach pokojowych po wojnie bolszewickiej w Rydze i który, ku zdumieniu bolszewickiego negocjatora Joffego, co to proponował granicę na wchód od Mińska, zaproponował kordon graniczny na zachód od Mińska. Dlatego podczas sejmowej debaty nad traktatem ryskim potomek Tadeusza Rejtana zawołał do niego z galerii: „Kainie Grabski!” - bo za kordonem, po stronie bolszewickiej, pozostało około 3 mln Polaków – jak się potem okazało – na pewną śmierć. Córką tego „Kaina” Grabskiego była Stanisława Grabska, działaczka katolicka, filar warszawskiego KIK). Takie parantele wprost predestynowały posągową panią Kidawę-Błońską na to posągowe stanowisko, toteż nic dziwnego, że Polskie Stronnictwo Ludowe, wcześniej lansujące kandydaturę Józefa Zycha, przehandlowało go na rzecz posągowej pani Małgorzaty. Co za to „ludowcy” dostali – tego pewnie nigdy się nie dowiemy – bo, że musieli dostać, to rzecz pewna, jako że - jak zdradził Jan Bury – decyzja o przehandlowaniu posła Zycha „rodziła się w bólach”. Kto cierpiał te boleści i z jakiego powodu – tego też pewnie się nie dowiemy, jako że nasza młoda demokracja skrywa mnóstwo wstydliwych zakątków Tym bardziej nie miał szans kandydat SLD Jerzy Wenderlich, który nie dostał nawet poparcia od PiS. PiS-owi „podobał się” kandydat PSL, co było o tyle dziwne, że na skutek bolesnego porodu poparcia dla posągowej pani Kidawy-Błońskiej, PSL nie wysunął żadnego kandydata. Czyżby PiS wolał, by po rezygnacji Radosława Sikorskiego Sejm w ogóle nie miał marszałka?

Zatem wybór posągowej Małgorzaty Kidawy-Błońskiej kończy ten etap personalnych roszad w rządzie i Platformie Obywatelskiej. Ten etap – bo przecież nikt nie wie, kto jeszcze został podsłuchany w restauracji „Pod Pluskwami” i w innych knajpach i jakie śmierdzące dmuchy jeszcze wypłyną. Pojawiły się wiadomości, jakoby pan Falenta, przez zdezorientowanych bezpieczniaków wytypowany na głównego organizatora całego przedsięwzięcia, spotykał się z wiceszefem CBA za czasów PIS Martinem Bożkiem, obecnie radnym w Kozienicach – ale Jarosław Kaczyński uciął te pogłoski stwierdzeniem, że „nawet nie potrafi powiedzieć, kim jest Martin Bożek”. No proszę – kto by pomyślał, że prezes, a przecież podówczas i premier Kaczyński, został tak dokładnie izolowany od polityki kadrowej w służbach! Nic dziwnego, że podstawiali mu jak nie panią Elżbietę Jakubiak, to panią Joannę Kluzik-Rostkowską, jak nie panią Kluzik-Rostkowską, to znowu pana Michała Kamińskiego, co to do niedawna przypominał prosię tylko zewnętrznie, jak nie pana Michała Kamińskiego, to znowu pana Zbigniewa Ziobrę, jak nie pana Zbigniewa Ziobrę, to znowu pana Janusza Kaczmarka, jak nie pana Janusza Kaczmarka, to znowu pana Konrada Kornatowskiego – i tak dalej i tak dalej – a on z nich wszystkich robił nie tylko człowieków, nie tylko dygnitarzy, ale i nasze umiłowane duszeńki. Ciekawe, jak jest teraz, to znaczy – kiedy się dowiemy o kolejnych czarnych zdradach w wykonaniu duszeniek. Pewnie dopiero po wyborach, bo przed wyborami czarna zdrada byłaby oczywiście przedwczesna.

A właśnie jesteśmy przed wyborami, na co wskazuje wejście naszego nieszczęśliwego kraju w etap rozdawania. Właśnie rząd postanowił dać rodzicom, którym urodzi się dziecko, tysiąc złotych „becikowego”. Wprawdzie jakaś Schwein już obliczyła, że w związku z tym będzie musiał obrabować tych rodziców na sumę 1400 złotych w postaci różnych podatków i opłat, ale teraz jesteśmy na etapie rozdawania, zaś etap rabowania nastanie dopiero po wyborach. Jakby tego było mało, Sejm – wychodząc naprzeciw niecierpliwemu oczekiwaniu Salonu - uchwalił ustawę o zapładnianiu w szklance. Będzie można zapłodnić 6 jajeczek, a zarodki, jakie się z nich wylęgną, nie będą niszczone, tylko zamrażane na lat 20, a potem – ano, potem kto tam będzie o nich pamiętał? Z tej okazji telewizje pokazały dzieci, które urodziły się z zapłodnienia „pozaustrojowego” - że wszystko jest z nimi w jak najlepszym porządku. To było wiadome od początku, podobnie jak i to, że forsowanie tej ustawy nie wynika ze współczucia dla niepłodnych matek, tylko, że celem tych regulacji jest zmuszenie Kościoła katolickiego, do pogodzenia się z tą formą aborcji.

Przy okazji debaty nad tą ustawą biłgorajski filozof, który, mówiąc nawiasem, postanowił nie golić brody, dopóki Andrzej Duda i Paweł Kukiz będą mieli wpływ na politykę, stwierdził, że zarodek nie jest człowiekiem. Ale jaki mamy dowód, że zarodek, kiedy już wyrośnie z niego, dajmy na to, biłgorajski filozof, staje się człowiekiem? Takiego dowodu nie ma, a nie da się ukryć, że takie wyrośnięte zarodki sprawiają znacznie więcej kłopotów, niż zarodki niewyrośnięte. Z tego powodu trzeba będzie chyba uchwalić kolejna ustawę – mianowicie ustawę o warunkach dopuszczalności aborcji opóźnionej, dzięki której można by zalegalizować robienie porządku z takimi zarodkami wyrośniętymi, wśród których znajdują się też zarodki przerośnięte, jak np. pan Ryszard Kalisz. Ale to są postulaty de lege ferenda, którymi zajmie się, być może, kolejny rząd, jaki wyłoni się z powyborczej siuchty, a na razie mamy etap rozdawania.

Otóż Sejm uchwalił też ustawę o ochronie polskiej ziemi, którą poparły wszystkie kluby parlamentarne, by w ten sposób przynajmniej częściowo opóźnić skutki ratyfikowania traktatów unijnych, które od 1 maja 2016 roku przewidują zniesienie ograniczeń w obrocie gruntami. Chodzi o umożliwienie PSL-owi zaprezentowania się przed wyborami w roli obrońcy polskiej ziemi no i oczywiście - o ograniczenie uprawnień właścicielskich na rzecz urzędników państwowych i samorządowych, którzy już tam potrafią tę żyłę złota po swojemu wyeksploatować. Podobnym celom służy ustawa o Radzie Dialogu Społecznego, która ma zastąpić Komisję Trójstronną. Ta ustawa wychodzi naprzeciw ambicjom działaczy związkowych i związków pracodawców, tworząc z Rady coś w rodzaju „rządziku”. Ten „rządzik” prochu, ma się rozumieć, nie wymyśli, ale na forum Rady można będzie pozałatwiać rozmaite siuchty, no i ukręcić lody bez ryzyka podsłuchów – bo ze względu na protekcję samego prezydenta, Rada pewnie będzie objęta sławną ochrona kontrwywiadowczą.

Ta ochrona wiele nie pomoże, bo oto właśnie lotnisko Chopina w Warszawie zostało sparaliżowane przez – jak pierwotnie przypuszczano – atak hakerów. Aliści po zbadaniu sprawy przez ABW okazało się, że to nie żadni Hakerzy, tylko stary, poczciwy burdel i serdel. Ja jednak w żaden burdel i serdel nie wierzę, bo wydaje mi się, że ABW – jak to ABW, pod nosem której nagrano 900 godzin rozmów rozmaitych dygnitarzy - zwyczajnie nie potrafiła niczego wykryć, więc zwaliła wszystko na burdel i serdel.

Ale najważniejszym wydarzeniem politycznym w naszym nieszczęśliwym kraju była oczywiście Międzynarodowa Konferencja Naukowa „Mosty”, zorganizowana w Warszawie przez Organizację Byłych Oficerów Wywiadu, to znaczy – przez ubecję starej i nowej generacji. Uczestniczyli w niej również ubecy izraelscy oraz pan Andrzej Gąsiorowski, ongiś poszukiwany przez władze naszego bantustanu listem gończym w związku z aferą ART-B. Widocznie jednak jakaś potężna DŁOŃ odcięła pana Gąsiorowskiego od stryczka, bo ani nie został zatrzymany na granicy, ani nie został aresztowany podczas konferencji, na której zresztą zaprezentował się w charakterze dobroczyńcy ludzkości i autorytetu moralnego. Pretekstem konferencji była 25 rocznica wyruszenia pierwszego transportu rosyjskich Żydów przez Warszawę do Izraela, ale tak naprawdę chodziło z jednej strony o przypomnienie Amerykanom ubeckich zasług z przeszłości, a z drugiej – zaoferowanie ubeckich usług na przyszłość. Najwyraźniej RAZWIEDUPR wyciągnął wnioski ze zmieniającej się sytuacji, postanowił porzucić zarówno Stronnictwo Ruskie, jak i Stronnictwo Pruskie i przyłączyć się do gwałtownie odzyskującego wpływy w naszym bantustanie Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego. Stąd ubecy izraelscy, jako członkowie wprowadzający do spółdzielni, a zarazem poręczyciele, dający wobec ubeków amerykańskich rękojmię. Jest oczywiste, że ofertę wspartą takimi rekomendacjami ubecy amerykańscy będą musieli przyjąć, co oznacza, że tubylcza scena polityczna w naszym bantustanie może w najbliższym czasie przeżyć różne niespodzianki i paroksyzmy.

Stanisław Michalkiewicz

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=3417


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Na (wciąż jeszcze) zdrowy rozum
PostNapisane: 18 lip 2015, 05:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Banda idiotów ciągnie nas ku przepaści

15 lipca 2015

Czymże jest życie ponad stan i jak się kończy? Teraz wszystkie oczy obrócone są na Grecję, ale przecież z życiem ponad stan i myśmy się zetknęli zarówno w latach 70-tych ubiegłego wieku, a także stykamy się teraz – o czym świadczy choćby dług publiczny, w najłagodniejszym szacunku porównywalny z długiem greckim.

Któż nie pamięta piosenki Andrzeja Rosiewicza, który w 1981 roku śpiewał: „legitymację partyjną oddał Wincenty Kalemba, a tam zachodnim bankierom włosy stają dęba”? Ale generał Jaruzelski w ramach stanu wojennego przywrócił dyscyplinę i nasz mniej wartościowy naród tubylczy, wymiotując krwią, zaczął zachodnich bankierów spłacać, dzięki czemu generała Jaruzelskiego, chociaż kierował „organizacją przestępczą o charakterze zbrojnym” nic nie spotkało, zaś pan red. Michnik kazał wszystkim się od niego „odpieprzyć”. To wymiotowanie krwią polegało m.in. na tym, że przez całe dziesięć lat wszystko było na kartki, nawet wódka i papierosy – bo większość tak zwanej „całej puli” („gdy kradniesz gwóźdź lub drutu szpulę, uszczuplasz przez to całą pulę, a pula nie jest do kradzieży, pula się cała nam należy” – tłumaczył robotnikowi Deptale Towarzysz Szmaciak w słynnym poemacie Janusza Szpotańskiego) sprzedawano za granicę za tyle, za ile ktoś chciał kupić, żeby tylko wywiązać się zachodnim bankierom. Rąbka tajemnicy uchylił dopiero w 1990 roku Henry Kissinger w telewizyjnej rozmowie z Radkiem Sikorskim, wtedy jeszcze nie zdemoralizowanym piastowaniem zewnętrznych znamion władzy. Na pytanie, czy kredyty, jakich zachodni bankierzy hojnie użyczali całemu „socowi”, nie bez powodu zwanemu „naszym obozem”, wynikały z dobrego serca, czy też z jakiejś kalkulacji – Henry Kissinger bez chwili wahania odpowiedział, że oczywiście z kalkulacji. Chodziło o to, by kraje socjalistyczne przyzwyczaić do łatwego pieniądza, a przez to przyzwyczajenie – od niego uzależnić tak, jak narkoman uzależnia się od narkotyku. A kiedy już się uzależnią, że bez nich nie będą mogły normalnie funkcjonować – postawić im warunki polityczne.

Skoro udało się raz – to dlaczego nie spróbować po raz drugi? Toteż zachodni – głównie niemieccy i francuscy – bankierzy kupowali greckie i inne obligacje i kupowali, chociaż nawet każde dziecko wiedziało, że Grecja już przed co najmniej pięcioma laty nie była w stanie sprostać zobowiązaniom, jakie w ten sposób zaciągnęła. Byłoby niegrzecznie przypuszczać, że zarządy największych niemieckich i francuskich banków nie wiedziały o tym, o czym wiedziało każde dziecko. A jednak zachowywały się tak, jakby nie wiedziały. Dlaczego? Jedynym wyjaśnieniem tej zagadki jest instrukcja, jaką musiały dostać od własnych rządów: nic się nie martwcie, pożyczajcie jak gdyby nigdy nic; my w razie czego wybawimy was z kłopotów, ale na razie pożyczajcie, bo my tu mamy swoją kalkulację. I rzeczywiście – gdy przed trzema laty nad Grecją zawisło widmo bankructwa, na życzenie Naszej Złotej Pani z Berlina cała Unia Europejska złożyła się na pożyczkę dla Grecji, by ta mogła w terminie wykupić obligacje z niemieckich głównie banków. Nazywało się to „ratowaniem Grecji”, ale tak naprawdę chodziło o ratowanie niemieckich banków przed krachem – a przy okazji Nasza Złota Pani ujawniła, o co chodzi poza tym. Nie może tak być – powiedziała – że my tu ratujemy Grecję, a nie mamy żadnego wpływu na to, co Grecja robi. Grecja musi nas słuchać. I słuchała – ale właśnie się zbuntowała i już nie chce wpisywać się w scenariusz ułożony przez finansowych grandziarzy, którzy nie dość, że wyznaczyli im rolę niewypłacalnych dłużników (Edward Gierek fizycznie pożyczył 20 mld dolarów, ale w 1989 roku Polska była winna ponad 40 mld dolarów, chociaż przez całe lata 80-te spłacała i spłacała), ale jeszcze oczekiwali jakichś spektakularnych dowodów wdzięczności.

No dobrze – ale dlaczego Grecja – podobnie jak i my dzisiaj – żyła ponad stan? Odpowiedź jest prosta – bo mogła, tak jak i kolejne rządy w Polsce mogą. A można było temu zapobiec, wpisując do konstytucji normę zakazującą uchwalania budżetu z deficytem i karzącą każdą próbę ominięcia tego zakazu, jak kradzież zuchwałą. Takie właśnie rozwiązanie zaproponował w 1992 roku poseł Janusz Korwin-Mikke, ale przez bandę idiotów, do dnia dzisiejszego cieszących się reputacją mandarynów politycznej sceny, został wyśmiany. I tak zmierzamy do godziny prawdy, kiedy to pojawia się kelner z rachunkiem i milknie gwar i śmiechy perliste.

http://blog.pafere.org/banda-idiotow-ci ... -przepasc/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Na (wciąż jeszcze) zdrowy rozum
PostNapisane: 31 lip 2015, 07:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Nie ma przypadków

Felieton • tygodnik „Polska Niepodległa” • 30 lipca 2015

19 lipca przez nasz nieszczęśliwy kraj przetoczyły się gwałtowne burze z piorunami; porywisty wicher wyrywał drzewa z korzeniami, zrywał dachy z domów, a jedna osoba poniosła nawet śmierć. Warto zwrócić uwagę, że wszystkie te pożałowania godne wydarzenia miały miejsce w tym samym czasie, w którym pani premierzyca Ewa Kopacz przemierzała nasz nieszczęśliwy kraj, stręcząc mu się w charakterze Umiłowanej Przywódczyni, co to „słucha, rozumie i pomaga”, słowem – bije rekordy bęcwalstwa. Wprawdzie powiadają, że cierpliwość Boska jest nieskończona i można przyrównać ją tylko do ludzkiej głupoty, ale któż może zgłębić wyroki Boskie? Któż zatem może z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że Pan Bóg nie zniecierpliwił się zarówno występami pani premierzycy Ewy Kopacz, jak i peregrynacjami pani Beaty Szydło i nie skierował pod adresem naszego mniej wartościowego narodu tubylczego pierwszego poważnego ostrzeżenia w postaci ulewy, piorunów i wichury? Może ktoś powiedzieć, że to tylko taka przypadkowa zbieżność, ale przypominam, że świętej pamięci ks. Bronisław Bozowski powiadał, że „nie ma przypadków, są tylko znaki”. Zatem wygląda na to, że 19 lipca otrzymaliśmy znak – pewnie po to, byśmy się opamiętali, zanim będzie za późno, to znaczy – zanim zniecierpliwiony naszym brakiem domyślności Pan Bóg nie spuści na nas jakiejś gorszej plagi w postaci potopu, albo nie daj Boże – rozbiorów?

Na tym świecie pełnym złości wszystko jest możliwe, zwłaszcza w przypadku takiego nieszczęśliwego kraju, jak nasz, w którym – podobnie jak w wieku XVIII, kiedy to hulały po Polsce pułki „ruskie, pruskie i rakuskie” - rozpychają się trzy stronnictwa: Ruskie, Pruskie i gwałtownie reaktywowane Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie. Wydawać by się mogło, że między tymi stronnictwami panuje bezwzględna rywalizacja, a nawet nieprzejednana wrogość, ale wcale tak być nie musi. Rywalizacja – owszem; na przykład teraz, w związku ze zresetowaniem przez amerykańskiego prezydenta Obamę swego poprzedniego resetu w stosunkach z Rosją 17 września 2009 roku oraz ekscytowaniem na Ukrainie irredenty tamtejszych oligarchów przeciwko oligarchom ruskim, Stronnictwo Ruskie zostało u nas zepchnięte do głębokiej defensywy, w związku z czym lewica „walczy o przetrwanie”, znacznie zmalały też wpływy Stronnictwa Pruskiego, wskutek czego pani premierzyca Ewa Kopacz musi uwijać się jak w ukropie, żeby ratować, co się da, a rośnie w siłę Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie – ale mimo tych różnic da się przecież znaleźć między nimi jakiś wspólny mianownik.

Podobnie jest i we Francji, gdzie scena polityczna podzielona jest między zwalczające się partie – ale kiedy przyjrzymy się im bliżej, to ze zdumieniem zauważamy, że na czele każdej z tych wszystkich partii znajdują się absolwenci ENA, czyli Ecole Nationale d’Administration. Zwrócił mi kiedyś na to uwagę Guy Sorman, również absolwent tej uczelni – i rzeczywiście; są wśród nich trzej prezydenci z całkiem odmiennych opcji politycznych, jak np. Valery Giscard d’Estaing, Jakub Chirac i Franciszek Hollande, pięciu premierów (Fabius, Rocard, Balladur, Juppe, Jospin), liczni ministrowie, no i cała masa Umiłowanych Przywódców drobniejszego płazu. Ilu spośród nich pełni jednocześnie obowiązki „honorable correspondant” tamtejszej razwiedki – tego już nie wiadomo, chociaż niejeden musi być, skoro w wywiadzie-rzece pod tytułem „Sekrety szpiegów i książąt”, jaki z hrabią Alexandrem de Marenches, ongiś szefem francuskiej razwiedki, przeprowadziła pani Krystyna Ockrent (z belgijskich Okrętów, bo chyba nie z tych samych, z których pochodzi pani Ludwika Wujcowa?), mówiąc entre nous, „naturalna przyjaciółka” byłego ministra spraw zagranicznych Republiki Francuskiej Bernarda Kouchnera – więc w tym wywiadzie-rzece Alexander de Marenches zapytany, z jakich środowisk rekrutują się konfidenci jego razwiedki, najpierw z oburzeniem prostuje, że u niego żadnych konfidentów nie ma, a tylko „honorable correspondants”, a potem już udobruchany wyjaśnia, że z różnych; może to być kierowca taksówki, duchowny, a nawet – minister stanu – i mówi o tym, jako o rzeczy zwyczajnej. Skoro tedy takie rzeczy zdarzają się nagminnie we Francji, której demokratyczność jest przecież nieposzlakowana, to cóż dopiero w naszym nieszczęśliwym kraju, który z demokracją nadal eksperymentuje? Czy w ogóle można u nas być skutecznym politykiem, nie będąc niczyim agentem?

Kiedyś, podczas promocji książki pana Krzysztofa Czabańskiego, poświęconej ruskiej agenturze w strukturach naszego państwa, pochwaliłem autora za podjęcie tematu, wyrażając zarazem nadzieję, że nie poprzestanie na spenetrowaniu ruskiej agentury, ale w następnej książce zajmie się np. agenturą amerykańską – a ponieważ organizatorzy domagali się, by każde wystąpienie zakończyć pytaniem, zapytałem, czy w ogóle można u nas być skutecznym politykiem, nie będąc niczyim agentem. Na to porwał się na równe nogi pan red. Lis oświadczając, że moje pytanie jest nietaktowne, ponieważ na sali siedzi pan Jarosław Kaczyński. Odpowiedziałem, że moje pytanie byłoby nietaktowne, gdyby pan Jarosław Kaczyński był politykiem skutecznym. Jak wiadomo, tak nie jest, co skądinąd dobrze o nim świadczy.

Pamiętamy przecież sromotny finał jego rządów w roku 2007, a i przedtem nie było przecież lepiej, jako że na premiera wystrugany został z banana pan Kazimierz Marcinkiewicz. Teraz jednak następczynią pana Kazimierza Marcinkiewicza ma zostać pani Beata Szydło, w związku z czym musimy odnotować pewną ciągłość. Otóż pani Beata Szydło jest absolwentką Szkoły Liderów przy amerykańskim Departamencie Stanu. Elewi tej Szkoły Liderów są wybierani przez dyplomatów z Ambasady USA w każdym kraju. Skąd dyplomaci wiedzą, że trzeba przeszkolić akurat tę, a nie inną osobę – tajemnica to wielka, ale skadś przecież muszą wiedzieć. Wytypowane osoby – jak czytamy na stronie Ambasady USA w Warszawie - „odbywają podróż do Stanów Zjednoczonych, aby wziąć udział w starannie przygotowanych programach, które odpowiadają ich zainteresowaniom zawodowym, jak również celom polityki zagranicznej USA.” Wygląda na to, że w sytuacji, gdy Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie rośnie w naszym nieszczęśliwym kraju w siłę, również dokonany przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego wybór pani Beaty Szydło na następczynię nie tylko Kazimierza Marcinkiewicza, ale również pani premierzycy Ewy Kopacz nie był przypadkowy, jeśli w ogóle był samodzielny. Zresztą mniejsza z tym, bo okazuje się, że tę samą akademię ukończył prezydent Bronisław Komorowski, Aleksander Kwaśniewski, Donald Tusk, Hanna Suchocka i Kazimierz Marcinkiewicz. Wygląda na to, że klasyk demokracji Józef Stalin miał rację mówiąc, że jeszcze ważniejsze od tego, kto liczy głosy, jest to, kto przygotowuje alternatywę polityczną dla wyborców. A po czym poznać, że alternatywa jest przygotowana prawidłowo? Po tym, że bez względu na to, kto wybory wygra – będą one wygrane.

Stanisław Michalkiewicz

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=3437


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 201 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 6 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /