Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 145 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8 ... 10  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 04 maja 2012, 18:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
List -apel blogerów Salonu 24 do Radia Maryja



O. Dr. Tadeusz Rydzyk
O. Piotr Dettlaff
O. Dariusz Drążek
Redakcja Radia Maryja


Apelujemy o wyemitowanie w Radio Maryja programu o tragedii narodu polskiego zwanej powszechnie (choć błędnie) katastrofą smoleńską, a poruszającego aspekty inscenizacji smoleńskiej i związane z tym zagadnienia.

W sierpniu ubiegłego roku Radio Maryja nadało program z cyklu „Smoleńsk – szukamy prawdy” z udziałem dziennikarzy Julii M. Jaskólskiej i Piotra Jakuckiego. Ten program był niestety pierwszym i jak do tej pory jedynym dotyczącym tragedii 10 kwietnia, który miał prawo tak się nazywać. Poruszona była w nim kwestia zasadnicza dotycząca tzw. „katastrofy smoleńskiej” a mianowicie tego że, jak wszystko wskazuje, okolice lotniska Siewierny, okazywane jako miejsce katastrofy samolotu TU154 z Delegacją, są miejscem fikcyjnym. Nie było tam samolotu z Delegacją, a szczątki były układane w sposób sztuczny. Które następnie ewentualnie zostały wysadzone kontrolowanym wybuchem. (Wedle zasady iż kłamstwo zmieszane z prawdą jest najlepszym kłamstwem. Dlatego też w tezie od dwóch wybuchach jest ziarno prawdy, niestety zniekształcające ją i w sposób jeszcze doskonalszy utrwalające kłamstwo).

Świadomi widzowie i słuchacze wymienionego programu zorientowani i podzielający opinie pp. Jakuckich przyjęli go z wielką radością, wręcz euforią bo mieli nadzieję że oto rozpoczyna się kruszenie muru kłamstwa smoleńskiego i odtąd prawda popłynie wartkim strumieniem i zmieni się w rwącą rzekę.

Niestety nasza radość zmieniła się w rozczarowanie. Audycja ta pozostała rodzynkiem w programach Radia Maryja i oczywiście także na tle wszystkich innych większych mediów, ale przecież nie od nich spodziewamy się prawdy. Spodziewamy się jej od Radia Maryja.

Najświętsza Panna nie pozwoliła aby honor Jej Radia został splamiony i dopuściła audycję w której zostały przedstawione oczywiste wnioski i ewidentne fakty. Jednak w dziełach ludzkich Niebo działa przez ludzi i nie może wbrew ich woli nic zrobić, dlatego kolejnej audycji nie było.

Źle się stało że do tej pory nie było kontynuacji tego programu (zwłaszcza że sytuacja jest rozwojowa i wiadomo coraz więcej). Tym bardziej że pp. Jakuccy podawali prawdę nieprzygotowanym słuchaczom w sposób oszczędny, mając zapewne nadzieję iż będą mogli mówić o tym w kolejnej audycji, w bliskim terminie. W ten sposób duża część audycji traktowała o rzeczach z oficjalnej smoleńskiej narracji (to znaczy tej reprezentowanej przez Zespół Smoleński i Gazetę Polską). My też spodziewaliśmy się w roku 2011 kolejnej, kolejnych audycji a ich brak przyjęliśmy z dużym niepokojem i rozczarowaniem.

Zauważamy też iż wielki autorytet, profesor Jacek Trznadel goszczący w Radio Maryja w początkowym okresie po 10 kwietnia 2010, pierwszy inicjator akcji zbierania podpisów pod apelem o międzynarodowe śledztwo dotyczące 10.04.2010, wnikliwie analizujący tragedię, teraz nie jest zapraszany. Wiadomo nam że podziela przekonanie coraz liczniejszej grupy osób o mistyfikacji smoleńskiej i daje temu także wyraz w publikacjach. Niestety nie w Radio Maryja. Przekonanie o inscenizacji na Siewiernym nazwanej hipotezą dwóch miejsc (w skrócie 2 M) zwanej inaczej maskirowką podziela także bardzo zasłużony profesor Mirosław Dakowski. Wymienione nazwiska nie wyczerpują listy znanych osób, które uważają podobnie, jednakże, z różnych powodów nie wypowiadają się publicznie na ten temat.

Mistyfikacja w Smoleńsku została przez niektórych dostrzeżona bardzo szybko. Właśnie profesor Dakowski wspomina o znanym reżyserze który powiedział mu iż już w kilka godzin po katastrofie był przekonany iż jest to mistyfikacja, że tam nie było katastrofy samolotowej. Zaledwie w kilka dni po 10 kwietnia zręby koncepcji zwanej maskirowką opracował i opublikował Krzysztof Cierpisz, inżynier budowy samolotów, mieszkający w Szwecji. Jeszcze w październiku 2010 „Nasz dziennik” cytował fragmenty jego opracowania świadczące o tym iż wrak został podrzucony i wysadzony na polance przy Siewiernym. Niestety potem „Nasz dziennik” poszedł inną drogą.

Możemy zrozumieć sytuację iż dla dobra Polski o jakiejś rzeczy się nie mówi (choć w społeczeństwie obywatelskim winna to być sytuacja skrajna). Jednakże milczenie nie oznacza jeszcze gorszego przykrywania prawdy kłamstwem. Ponadto tutaj taka sytuacja (dobro Polski) nie ma miejsca i nawet nikt nie próbuje nas przekonać, nas niezależnych i wolnych Polaków iż nie należy o tym mówić dla dobra ojczyzny. Przeciwnie ludzie, którym większość z nas ufała, albo przynajmniej liczyła na ich wsparcie, ze strony tzw. prawicy patriotycznej (oraz związanych z nimi i popierających je środowisk) mającej umocowanie w Sejmie i parlamencie UE, nie próbują nas nawet utwierdzać w tym iż pomijanie oczywistych informacji i wniosków, nie stawianie pytań, nie szukanie prawdy, przyniesie Polsce coś dobrego.

Nie miejsce tu oczywiście na przedstawianie zrębów koncepcji inscenizacji przy Siewierny, a także mgły okęckiej i innych kwestii. Jest program pp. Jakuckich z którego można powziąć podstawową wiedzę, a i sądzimy że gdyby ojcowie Redemptoryści potrzebowali informacji to zechcą ich udzielić wymienieni dziennikarze. Nie uważamy iżby Radio Maryja miało być tutaj niedoinformowane, piszemy to na wszelki wypadek. Na pewno o. Dariusz Drążek najlepiej zorientowany w inscenizacji smoleńskiej i śledztwie blogerskim rozjaśni tę wiedzę przy ewentualnych jej brakach.

Apelujemy zatem o audycję z udziałem red. Jaskólskiej, red. Jakuckiego, profesora Trznadla i profesora Dakowskiego. Ze względu na specyficzną sytuację iż do niedawna wrogo nastawione do Radia Maryja niektóre środowiska teraz przybrały szaty obrońców telewizji Trwam w ramach akcji protestacyjnych, zgadzamy się aby program był wyemitowany tylko w Radio Maryja, w cyklu Rozmów Niedokończonych. Pierwsza część około 21.40 i druga po północy.


Szanowne Radio Maryja.
Z tego (10 kwietnia 2010) wyniknie, już wynika wielkie zło. To jest właśnie kłamstwo smoleńskie. Udowadnianie na siłę zamachu przy Siewiernym podczas gdy on nie ma tam miejsca. Nie należy się łudzić iż świat nie wie, iż władze wszystkich państw o tym nie wiedzą. Wiedzą doskonale, dlatego powszechnie nie przyjechały- na pogrzeb prezydenta Lecha Kaczyńskiego, mimo deklaracji i rzeczywistych z początku przygotowań, gdyż po kilku dniach służby ich państw (także Watykanu) wystarczająco dokładnie zanalizowały sytuację poinformowały swoich przywódców co się naprawdę stało. W konsekwencji zrezygnowały z przyjazdu (oficjalnie tłumacząc się zamknięciem przestrzeni powietrznej). Tylko obywatele Polski w przytłaczającej większości są okłamywani.

Tzw. Smoleńsk nie został zaplanowany tylko po to aby pozbyć się przedstawicieli elit patriotycznych i przejąć instytucje. W Radio Maryja otwarcie mówi się przecież o tym że sytuacja w Polsce bliska jest sytuacji Polski przedrozbiorowej, tak Smoleńsk nie był aktem jednorazowym, lecz jest najprawdopodobniej wstępem do czegoś gorszego. Zaś utwierdzanie w kłamstwie smoleńskim czyli w katastrofie przy Siewiernym, czy też zamachu tamże, przyśpieszy spadanie Polski po równi pochyłej.

Więcej: utwierdzanie Polaków w koncepcji zamachu nad Siewiernym czyli dokonanym domyślnie przez Rosjan jest gorsze niż przyklepywanie sprawy i mówienie że wydarzyła się tam zwykła katastrofa bowiem stawia nas w antagonistycznej sytuacji wobec Rosji która dla tamtej jest korzystna. Zaś prawda, iż Rosja wykonała być może tylko na swoim gruncie "usługę" inscenizacji i mistyfikacji związanej z badaniem ciał, wytrąca jej broń z ręki i pokazuje nie jako mocarstwo, ale twór o charakterze mafijnym którego nie mogą szanować poważni partnerzy.

Prosimy wziąć to pod uwagę. Wiemy że ojcowie Radia Maryja wsparci opieką NMP starają się działać jak najlepiej dla dobra Polski. Wszechogarniające kłamstwo smoleńskie będące kłamstwem i w wersji zamachu nad Smoleńskiem nie może opanować jednak ostatniego bastionu wolności publicznej jakim jest Radio Maryja.


Rozumiemy także delikatność sytuacji w związku z rodzinami smoleńskimi. Tragedia smoleńska nie jest jednak przede wszystkim prywatną sprawą rodzin smoleńskich, ich reakcji na taką czy inną wersję wydarzeń: trudnej dla nich mistyfikacji smoleńskiej i mgły okęckiej. Współczujemy rodzinom, choć równocześnie widzimy w zachowaniach niektórych wiele niejasności i sprzeczności. Rodziny wiedzą , ale i zawsze muszą o tym pamiętać że istotny jest przede wszystkim los Polski i narodu polskiego. Zapewne ich bliscy których utracili nie chcieliby aby tragedia z ich udziałem przyczyniła się do podania Polski pod but wrogów ( w tym wewnętrznych) aby na wzór katyńskiego powstało kłamstwo założycielskie zniewolonej Polski.

10 kwietnia 2010 i los 96 osób to rzecz przede wszystkim narodu polskiego. Podobnie jak sprawa katyńska to rzecz nie rodzin przede wszystkim, ale państwa polskiego i konkretnie wojska polskiego. Tym samym jest nienormalnością że muszą walczyć o tę sprawiedliwość przede wszystkim rodziny katyńskie. Chwała im za to, ale jest to hańbą państwa polskiego. Odium spada też na wojsko. W Radio Maryja też o tym aspekcie mało się mówi.


Ojciec Tadeusz Rydzyk zachęca często słuchaczy by myśleli. Zachęcał także na przykład w dniu 10 kwietnia gdy w połączeniu na żywo dziennikarz TV Trwam Dariusz Pogorzelski poinformował o jaku z dziennikarzami i częścią Kancelarii Prezydenta który przyleciał do Smoleńska, w takim składzie odleciał i wylądował bezpiecznie w Warszawie.
Myślimy więc Ojcze Dyrektorze i mamy nadzieję że w naszym myśleniu nie będziemy osamotnieni i dalej będzie wspierać prawdę w tej fundamentalnej sprawie Radio Maryja.

Wśród nas są stali słuchacze Radia Maryja, tacy, którzy zaczęli słuchać po 10 kwietnia 2010, a także niestety ci którzy słuchali od lat, a ze względu na rozdźwięk smoleńskiego śledztwa obywatelskiego słuchają coraz mniej. ( Również składający podpisy pod protestem do KRRiTV, zbierający je, wysyłający.) Oraz ci którzy od 10 kwietnia często korzystali z materiałów Radia Maryja dotyczących tragedii 10 kwietnia, bądź to odsłuchując, bądź na blogach.
Nie ma blogera intensywnie zajmującego się śledztwem smoleńskim który by w taki czy inny sposób nie korzystał z materiałów emitowanych w Radio Maryja.

Radio Maryja to medium dla każdego obywatela. Jesteśmy obywatelami i dlatego mamy prawo apelować, ale i żądać wyemitowania takiej audycji i kolejnych. Nasze moralne prawo jednak nie kończy się na tym. Poświeciliśmy często na śledztwo obywatelskie ogromną ilość czasu idącą w wielu przypadkach w tysiąc i wiele więcej godzin. Kosztem innych ważnych rzeczy. Robimy to, bo państwo polskie nie spełnia swojej roli ,ale nie tylko państwo polskie ale i tzw. elity wszystkich opcji ukrywając prawdę. Nasze moralne prawo by apelować i żądać także w przypadku Radia Maryja bierze się jeszcze z innej rzeczy. W przypadku gdy sprawa rzetelnego śledztwa smoleńskiego, (a takie jest niestety tylko śledztwo obywatelskie) jest sprawą niszową osoby nim się zajmujące mogą stać się celem agresji ze strony sił zamachu.

Zatem Radio Maryja, mimo że się poświęcamy i narażamy, nie powiększyło naszego bezpieczeństwa od czasu wymienianej audycji. Nie są to słowa oparte tylko na sugestiach. Blogerzy dociekający najbardziej drażliwych kwestii czyli zamachu warszawskiego, co jest naturalną konsekwencją inscenizacji i czarnej dziury na Okęciu mieli i mają głuche telefony, domofony nad ranem (oczywiście nikt nie podawał swojego adresu) drobne uszkodzenia samochodów, namierzania, inne. Na razie nie wiadomo by zdarzyło się w przypadku blogerów najgorsze, monitorujemy sytuację i jesteśmy w kontakcie. Nie mamy jednak na ewentualne wrogie działania wpływu poza ostrożnością i modlitwą.

Po 10 kwietnia zginęło wiele osób publicznych które swoimi wypowiedziami, postawą i wiedzą mogły wywołać ferment w kłamstwie smoleńskim: Profesor Marek Dulinicz, biskup Mieczysław Cieślar, Eugeniusz Wróbel, Dariusz Szpineta. To tylko niektórzy.
Gdyby koncepcja maskirowki była poruszana od początku, przynajmniej w Radio Maryja, bardzo możliwe że mogliby nadal służyć społeczeństwu. Podobnie zresztą zadziałała tu postawa , czy raczej brak jakiejkolwiek postawy wobec pierwszych śmierci w przypadku tzw. prawicy.

Sprawiedliwy ginie,
A nikt się tym nie przejmuje.
Bogobojni ludzie znikają,
A na to nikt nie zwraca uwagi.
Tak się to gubi sprawiedliwego,
A on odchodzi by zażywać pokoju

Księga Izajasza 57, 1-2

Czy tak to ma wyglądać?

Należy też zwrócić uwagę że bezpieczeństwo obywatelskich śledczych zmniejsza się obecnie po otwarciu ruchu przygranicznego z okręgiem Królewieckim (Kalinigradzkim). Zwłaszcza tych mieszkających blisko tego rejonu, ale nie tylko, także na terenie całej Polski. Zawsze będzie można zwalić na jakieś nieokreślone siły rosyjskie. Dlatego tym bardziej musi być audycja.
Nie jest też tak że taka prawda o Smoleńsku jest dla ludzi za trudna. Działa jak przecięcie mieczem węzła gordyjskiego. Kończą się jałowe rozmowy o tym czy generał Błasik był w kokpicie, czy nie był. A w istotnej części dla zwykłych ludzi którzy uważają że to była zwykła katastrofa i obwiniają pilotów koncepcja maskirowki jest bardziej przekonująca niż kolejne bliżej lub dalej od brzozy i kolejne „dowody” o braku nacisków. Jakże śmiać muszą się nasi wrogowie z takiej strusiej koncepcji śledztwa i rozmowy publicznej na ten temat.
Warto też zwrócić uwagę na to że w społeczeństwie polskim jest nie mała grupa społeczeństwa, która mniej lub więcej wie o fikcji WTC. Paradoksalnie jest ona większa od tej która jest obeznana w inscenizacji przy Siewierny. Ci jeszcze łatwiej przyjmują informacje o inscenizacji smoleńskiej.
Jak się okazuje w współczesnym społeczeństwie żadna prawda nie może się przebić bez wsparcia mediów prawdziwie obywatelskich. Nie może się od tego poparcia prawdy (poza jednym wyjątkiem) odżegnać Radio Maryja tym bardziej że przyklepanie tego kłamstwa oznaczać będzie finis Poloniae.


Nie jest nas może grupa bardzo liczna, ale po pierwsze niestety słuchacze Radia Maryja nie mają własnego forum, miejsca gdzie mogliby zbierać podpisy i wymieniać uwagi. Jest oczywiście unikalna możliwość w polskich ale i światowych mediach zabrania głosu na antenie Radia, ale nie jest to dyskusja między słuchaczami, nie spełnia to formy kontaktu słuchaczy w różnych inicjatywach, poza tym dodzwonienie się jest okazyjne.

Zatem podpisów jest stosunkowo niewielka liczba, nie idą w tysiące, ale nie o ilość w tym wypadku idzie. Jesteśmy tutaj prawdziwą elitą, to my tworzymy śledztwo obywatelskie. Popierających jest wielu. Niektóre „smoleńskie” teksty blogerskie czytają nawet tysiące, wyrazić swój komentarz decydują się nieliczni , ale solidaryzują się z artykułem w przeważającej części (tzw. milcząca większość) zatem nasz apel popiera o wiele więcej osób.

Nie wszyscy z nas, podpisanych są ludźmi religijnymi , choć w większości to praktykujący katolicy. Wszyscy, zatroskani o kraj, szukamy prawdy, bez względu na konsekwencje. Takie zaś postępowanie jest zawsze miłe Bogu i bliższe niż postępowanie tzw. letnich katolików.

Dlatego jako Polacy zgonie z tradycją wyrażoną przez naszego wieszcza polecamy ten apel łaskawemu wsparciu i wstawiennictwu Najświętszej Marii Panny Ostrobramskiej. Ta można Pani chce aby sława jej imienia wracała w narodzie polskim a jej błogosławieństwo (mimo trudności) widzimy nad Polakami na Litwie . Wierzymy że jeśli zechce to pokonany zostanie opór i pod wpływem tego apelu audycja zostanie wyemitowana. Druga część prawdy o Smoleńsku będzie przedstawiona.

Wolna dyskusja wolnych ludzi.

Ku pożytkowi społeczeństwa obywatelskiego, ratunkowi narodu polskiego, chwale Pańskiej.


............................................
Do blogerów uwaga techniczna. Ten apel po zebraniu podpisów będzie wysłany do Radia Maryja.

Proszę o wpisanie tylko swojego nicku jako podpisu (czy też imienia i nazwiska jeśli ktoś się takim posługuje na blogu) , lub nicku z nazwiskiem w nawiasie (jeśli ktoś oprócz blogowego nicku uzywa także swojego nazwiska -są takie osoby) .

Oczywiste jest że nie wyślemy listu z komentarzami. Jeśli już ktoś chce dać komentarz to proszę to zrobić w drugim, osobnym. Komentarze przy usuwaniu przed wysłaniem przeniosę na swoją poprzednią notkę, ewentualnie zrobię osobny wpis z nimi gdyby była to lepsza koncepcja.

Podpisy (zakładam) będą zbierane od 2 dni do pięciu (dwie doby do pięciu). Przy czym najprawdopodobniej będą to trzy doby.

Jeszcze raz proszę o nie mieszanie podpisu z komentarzem. Jeśli ktoś chce dać komentarz to proszę o podpis w osobnym komentarzu ,a potem w drugim ewentualny sam komentarz.

Dziękuję za uwagę, wsparcie, zrozumienie.

http://cyprianpolak.salon24.pl/414320,l ... dia-maryja


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 17 maja 2012, 13:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Wywiad z prof. J. Trznadlem

1. FYM: Szanowny Panie Profesorze, zechce Pan przyjąć moje szczere podziękowania za znalezienie czasu na udzielenie odpowiedzi na garść moich pytań w sprawie śledztw „smoleńskich”, chciałbym jednak, jeśli Pan pozwoli, zacząć naszą rozmowę zupełnie nietypowo. Pomińmy ostatnie dwa lata tego, co się działo (i wciąż dzieje) nad Wisłą (czy szerzej w naszej części Europy). Załóżmy, że dochodzi dziś do lotniczej katastrofy amerykańskiego samolotu rządowego, giną wysocy urzędnicy państwowi z jakąś częścią administracji waszyngtońskiej oraz jakimiś dowódcami US Army – gdzieś dajmy na to w Afryce. Czy ktokolwiek, zaraz po tym zdarzeniu, ośmieliłby się stwierdzić, że doszło do nieszczęśliwego wypadku? Czy w mediach amerykańskich ogłoszono by przede wszystkim żałobę i zaczęto tygodniowy cykl wspomnień o ofiarach wsparty rzewnymi melodiami?

Prof. J. Trznadel: Taka reakcja byłaby na pewno niemożliwa. Jeśli zważyć, że wszelkie samoloty rządowe rzadko ulegają zwykłym awariom, podstawowy wysiłek natychmiast powołanej komisji amerykańskiej, poszedłby w kierunku pytania, czy nie był to zamach. Wymagałby tego już sam zestaw osobistości, które w takiej katastrofie straciłyby życie. Wrak samolotu zostałby ewakuowany przy pomocy ciężkiego lotnictwa transportowego. Nie byłoby nawet mowy o oddaniu śledztwa rządowi kraju, w którym doszło do katastrofy. Tak właśnie np. postąpił Izrael po katastrofie izraelskiego helikoptera w Rumunii. Oddanie obcemu państwu badania katastrofy, w której ginie prezydent kraju, to totalna kompromitacja rządu. Część Polaków przyjęła to, bo nastąpił upadek i zanik państwowego myślenia.

2. FYM: Pozwolę sobie teraz na nieco szersze wprowadzenie w dalszą część naszej rozmowy. Te ostatnie dwa lata dla Polski, przynajmniej z mojego punktu widzenia (nie wiem, czy Pan się też z tym stwierdzeniem zgodzi), to jakiś rodzaj koszmarnego snu. Długiego, z którego nasz kraj nie może, nie umie lub też nie chce się wybudzić. Z jednej strony doszło do tragedii 10 Kwietnia, lecz z drugiej ani nie wiadomo, co się stało, ani jaki dokładnie był przebieg zdarzeń. Nikt właściwie (ani z urzędników państwowych, ani z przedstawicieli służb czy wojska) do tej pory za nic nie odpowiedział w związku z tą tragedią, mnożą się tylko jakieś dokumenty, raporty etc., którymi i tak mało kto się przejmuje, bo „życie polityczne toczy się dalej”. Nie uruchomiono żadnych publicznych przesłuchań urzędników państwowych, którzy decydowali o sprawach związanych z przygotowaniami do uroczystości, jak też z tym, co się działo podczas wylotów, przelotów i później (np. jeśli chodzi o odpowiednie do skali wydarzenia, zabezpieczenie szczątków); pomijam tu kilka dość zdawkowych przesłuchań ludzi z kancelarii Prezydenta. Nie dokonano sekcji zwłok ofiar ani stosownych badań medyczno-sądowych, utajniono zawartości olbrzymiej większości nośników elektronicznych, które miały przy sobie osoby uczestniczące w delegacji prezydenckiej. I tak dalej. I właściwie nic – nadchodzi lato 2012 i spora część naszych rodaków „wraca do grillowania”.

Co więcej, jeślibyśmy cofnęli się do samego przedpołudnia 10-04, to przecież zrazu nie wiadomo było, o jaki samolot rządowy chodzi i co się z nim naprawdę dzieje. Najpierw pojawiają się doniesienia o „prezydenckim jaku”, ten jednak wnet zamienia się w „prezydenckiego tupolewa” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... ozbia.html). Oczywiście nikt się tym wtedy specjalnie nie dziwi, choć oficjalnie żaden „prezydencki jak” z Okęcia nie wyleciał, a jeśli już to „jak dziennikarski”. Skąd więc nagle mógłby się pojawić jakiś inny samolot w tak poważnych relacjach, w tak poważnej sprawie, jeśli oficjalnie wyleciały wyłącznie dwa?

Niedługo po wpół do 10-tej pol. czasu jest mowa o 87 śmiertelnych ofiarach (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... tania.html), potem zaś (tuż przed 10-tą) dowiadujemy się z komunikatu gubernatora obw. smol., że „wsie pogibli”, o 10.18 zaś korespondent z Moskwy W. Pac podaje na antenie TVP Info wiadomość o 132 ofiarach (http://freeyourmind.salon24.pl/410648,m ... skie-8-132). Później będzie jeszcze wieść o 3 osobach rannych, co zresztą nie przeszkodzi prezenterom telewizyjnym odczytywać na antenie „listę pasażerów”, na której znajdą się także nazwiska osób żyjących (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... egych.html).

Myślę, że samo przypomnienie zaledwie tych kilku „newsów” z 10-04 obrazuje dziwność, tajemniczość tego, co się wtedy działo. Tymczasem to powinna być „arcyboleśnie prosta” sprawa, że posłużę się słynnym już określeniem. Jeśli wyleciał jeden „prezydencki tupolew” i jeśli rozbił się w Smoleńsku podczas podchodzenia do lądowania o godz. 8.41 pol. czasu, to już (najpóźniej) z parominutowym opóźnieniem powinny być na miejscu takiego lotniczego wypadku pierwsze kamery pokazujące relację z akcji poszukiwawczo-ratowniczej – tak jak to zwykle na lotniskach po katastrofach bywa. Powinna być od razu znana urzędnikom i dziennikarzom precyzyjna lista ofiar, godzina wylotu z Okęcia oraz wstępny przebieg wydarzeń (wszak do wypadku miałoby dojść w paruset tysięcznym mieście, a nie na pustkowiu za górami za lasami).

Dzieje się jednak coś zupełnie innego. Pierwsze oficjalne informacje (te właśnie o „prezydenckim jaku”) pojawiają się o 9.19 w rządowej i najlepiej przecież zwykle poinformowanej telewizji TVN24. No więc minęło pół godziny od wypadku i dopiero wtedy pojawia się pierwsza związana z nim wiadomość (i to o „problemach z lądowaniem”)? Gdyby tego było mało – pierwsze zdjęcia/migawki z „miejsca katastrofy” prezentowane są dopiero koło godz. 10.17 pol. czasu, czyli jakieś 100 minut od Zdarzenia. Na tym jednak wcale nie koniec, bowiem na tych obrazach z wojskowego smoleńskiego lotniska nie tylko nie widać żadnej akcji poszukiwawczo-ratowniczej, ale nawet foteli i blisko setki zabitych ofiar (nie mówiąc o 132 ofiarach, jak to podawano przez jakiś czas). I znowu – nikt się temu nie dziwi, że paradujący między lotniczymi szczątkami polski montażysta nie jest w stanie złapać w obiektyw tak wielu charakterystycznych szczegółów dla, zdawać by się mogło, zwykłej lotniczej katastrofy.

Prof. J. Trznadel: Bo zastał sytuację zaskakująco nietypową. Nasz montażysta szukał elementów prawdziwej katastrofy i nic mu nie wychodziło. Wprost potykał się o dekoracje, o których jeszcze powiem. Uważam, że jego przesłuchanie przez komisję sejmową świadczy, że i przesłuchujący poszli podobnym tropem. Tak jakby wszyscy stracili podstawowy zmysł krytyczny, nie zastanawiając się nad sensem blokady miejsca wypadku przez policyjne służby rosyjskie, czy nad sprzecznościami w podawanych informacjach. Nikt chyba nie zastanawiał się, dlaczego podaje się różne godziny katastrofy czy różną ilość ofiar!... Tam, na miejscu, myślenie obserwatorów odrzucało sprzeczność informacji bez zastanowienia. Choć miejsce katastrofy było oddalone zaledwie o kilkaset metrów od wieży kontrolnej! Pomyśleć, że informacje pochodzą może z innego miejsca, a nie od służb Siewiernego, wychodziło poza ramy ich doświadczenia.

3. FYM: Obecnie w przestrzeni publicznej mamy rywalizujące ze sobą, choć wzajemnie sprzeczne, dwie wersje tego, co się stało 10 Kwietnia. Jedna już „utrwalona medialnie” – wypadkowa – lansowana w reżimowych środkach przekazu już od pierwszych oficjalnych doniesień ze Smoleńska. Druga – zamachowa – związana z ustaleniami ekspertów Zespołu min. Macierewicza. Mimo różnic między tymi scenariuszami wydarzeń i mimo że obie wersje są ze sobą nie do pogodzenia, dają się dostrzec istotne podobieństwa między oficjalną Millerowo-Klichową narracją a tą, powiedzmy, Macierewicza (resp. Zespołu).

Po pierwsze, nie odtwarza się w obu podejściach śledczo-badawczych sytuacji na Okęciu sprzed wylotów. Po drugie, rekonstruuje się (nie dysponując żadnymi wiarygodnymi materialnymi świadectwami – typu film rejestrujący katastrofę) „ostatnie minuty i sekundy” lotu „prezydenckiego tupolewa”. Po trzecie, uznaje się za miarodajne przynajmniej niektóre dane dostarczone przez komisję Burdenki 2 (zwaną potocznie „MAK”) typu „zapis komputera pokładowego”, zapisy CVR, zapisy z wieży ruskich szympansów (zwanej potocznie „wieżą kontroli lotów”) etc. Przede wszystkim jednak w obu scenariuszach dość zgodnie przyjmuje się, iż w tak fatalnych warunkach atmosferycznych (jak te, o których się nam z naciskiem mówi od pierwszych relacji o „katastrofie”) i przy bieda-oświetleniu lotniska piloci zdecydowaliby się na zniżanie z całą delegacją na pokładzie, nawet nie próbując „powisieć” i przeczekać sytuacji, pozostając np. na 500 metrach wysokości – a tym bardziej (przy „nielotnych warunkach”), nie decydując się na międzylądowanie w pobliskim Witebsku (wpisanym do planu lotu).

W obu wersjach (Millerowo-Klichowej i Macierewiczowej) przechodzi się również do porządku dziennego nad tym (co zrazu ustalili dziennikarze, a co potwierdziła kontrola NIK), iż nie było pisemnej, dyplomatycznej zgody na wlot prezydenckiej delegacji w ruską przestrzeń powietrzną oraz na lądowanie na smoleńskim wojskowym lotnisku (taka zgoda była tylko na wlot w białoruską przestrzeń i lądowania na tamtejszych lotniskach). W jaki zatem sposób 10 kwietnia natowski, rządowy, z takiej rangi pasażerami, statek powietrzny mógł sobie spokojnie (bez moskiewskiej bumagi) wlecieć w obszar kontrolowany przez wrogie wobec Sojuszu Północnoatlantyckiego państwo? I „komisja Millera”, i najwyraźniej Zespół Macierewicza zakładają, że „prezydencki tupolew” najwyraźniej „po prostu wleciał”. Owszem, niewykluczone, że samolot mógł „po prostu wlecieć”, bo ktoś z Kremla „zezwolił telefonicznie” na taki wlot – ale też ów samolot (trzymam się tu oficjalnej narracji z „prezydenckim tupolewem”, nie zaś scenariusza z rozdzieleniem delegacji na Okęciu na przynajmniej dwa samoloty) mógł „po prostu nie wlecieć”, czyli załodze, gdy statek zbliżał się do punktu ASKIL (na białorusko-ruskiej powietrznej granicy), moskiewska kontrola obszaru mogła przekazać polecenie skierowania się (choćby w celu przeczekania) na zapasowe lotnisko w związku z trudnymi warunkami atmosferycznymi w Smoleńsku. Jak Pan sądzi, dlaczego z takim uporem unika się badania alternatywnego scenariusza tragedii, a więc takiego, że do żadnej katastrofy „prezydenckiego tupolewa” w Smoleńsku nie doszło?

Prof. J. Trznadel: Bo jest silna obawa przed moralnym i intelektualnym wyjściem poza „oficjalne” opisy wydarzenia. Skrępowanie myśli. Pamiętajmy, że katastrofa jest przecież niezbywalną częścią raportów MAK i Millera. Wiarę w to słowo wyznaje przeważająca chyba część opinii publicznej. Wszystkie relacjonowane wersje katastrofy, opierają się na obliczeniach przebiegu lotu Tupolewa, wynikających ze wskaźników i przyrządów pokładowych. Na tym polega ich względne podobieństwo. Wyjście poza zapisy przyrządów (i czarne skrzynki) widziane jest jako zderzenie z ziemię i koniec lotu. Dopiero komisja Macierewicza orzekła, że w ostatnich chwilach zapisu znaleziono dowód na zamach. Oddalono ingerencję owej fatalnej i symbolicznej brzozy, na której zapewne rozbiłaby się lotnia, ale nie szczególnie wytrzymały Tupolew. Koniec Tupolewa według Macierewicza wyznaczają dwa zarejestrowane wstrząsy, oznaczające wybuchy, jak dwie ostateczne salwy wymierzone w samolot.

Spadając z tak niskiej wysokości, samolot rozbija się jednak w niespotykany sposób, jak kryształowy puchar, na tak drobne cząstki, że nie dałoby się go złożyć, co jest jedną z czynności dokonywanych wszędzie po katastrofie. Ale dowody, że los i tragedia pasażerów dokonały się właśnie na Siewiernym, mają znaczące braki. Różne zapisy bardzo podważają to przekonanie. Pan stawia tu wielki znak zapytania, a właściwie zaprzeczenia. Siewiernyj – to byłby główny akt „maskirowki”, podmieniającej miejsce i sposób zagłady pasażerów. Wiele przemawia za tym, że „akt ostateczny” nie odbył się w Smoleńsku.

4. FYM: Czy bierze Pan pod uwagę taki (możliwy) scenariusz dalszych losów śledztwa, iż zostanie jakby „zadekretowana” alternatywa „wypadek bądź zamach (na smoleńskim Siewiernym)”, przy czym obie strony (i prokuratury, i Zespół) będą bezradnie rozkładać ręce, że i tak materiał dowodowy pozostaje wciąż pod kontrolą Moskwy, w związku z tym „nie jesteśmy w stanie zbyt wiele z tym zrobić”?

Prof. J. Trznadel: Mimo to Macierewicz próbował, ale mnie osobiście nie przekonał. Najściślejsze operowanie wykresami i logarytmami, gdy sama podstawa jest niepewna… Chodzi nie tylko o niszczejący w Smoleńsku wrak, ale także czarne skrzynki, całą aparaturę zapisów, która znajdowała się w kokpicie, którego zresztą nie ma wśród szczątków wraku. Pomijam wersję MAK i Millera, ale nie ufam też pozornej precyzji komisji Antoniego Macierewicza. Dostępne dane przeszły wcześniej przez rosyjską kontrolę. Prawdopodobnie wszystko, co spoczywa na Siewiernym, to pozostałe rekwizyty sztucznej scenerii, którą określa się też „maskirowką”. Chciano jednak wywołać wrażenie, ba, pewność, że w tym miejscu runął polski prezydencki Tupolew. Nawet początkowe sprzeczności informacji łudziły autentyczną prawdą. Przecież samolot miał o tej porze przylecieć, był oczekiwany.

5. FYM: Czy widzi Pan jakiekolwiek szanse i na przełom w śledztwie, i na powstanie międzynarodowej komisji, która podjęłaby się zadania wyjaśnienia przyczyn tragedii? Przed dwoma laty wydawało się to poniekąd kwestią czasu, iż taka instytucja wesprze nasz kraj w działaniach na rzecz wyjaśnienia tragedii. Dziś natomiast chyba tylko zmiana na stanowisku prezydenta USA mogłaby także przyczynić się do zmiany w interesującej nas sprawie. Ale czy na pewno? Może Polska przestała być już traktowana jako kraj „rokujący nadzieje” dla Zachodu, tylko została „spisana na straty” i „oddana” Moskwie, która zbrodnią z 10 Kwietnia przywróciła określone (powojenne, sowieckie) status quo?

Prof. J. Trznadel: Wydarzenie, które pociągnęło za sobą śmierć elity europejskiego państwa, choć pokrywane milczeniem, jest tej miary, że niezależne dochodzenie międzynarodowe bez udziału rządu polskiego i moskiewskiego, wywołałoby skandal polityczny, co nie mieści się, jak sądzę, w obecnym status quo układów Zachodu z Moskwą. Bo Moskwa rzuciła na szalę swój prestiż, dokonując jako pierwsza komisyjnej oceny wydarzenia (MAK). Prezydent Miedwiediew powiedział, że nie wyobraża sobie, by można było zaproponować inną wersję. Dlatego wątpię, by mogła powstać komisja o prestiżowym, międzynarodowym umocowaniu. I czy przed wejściem w skład takiej komisji nie powstrzymywałyby ludzi różne formy politycznej niewygody, ale i strachu przed działaniem formacji, którą nazwałem w mojej książce o Smoleńsku „szwadronami śmierci” (termin Anny Walentynowicz), a która „wytwarza” tak zwanych „seryjnych samobójców”.

6. FYM:W ubiegłorocznym tekście zamieszczonym na blogu przez prof. M. Dakowskiego (http://dakowski.salon24.pl/344309,zamac ... ol-hipotez) zwrócił Pan uwagę, iż nie ma dowodu na to, że „rozbite fragmenty wraku Tupolewa na Siewiernym są na pewno częściami samolotu, który tego dnia rano wyleciał z delegacją prezydencką z Okęcia”. Od września 2011, kiedy Pański tekst się ukazał, nic w tej kluczowej przecież sprawie się nie zmieniło – szczątki przedstawiane jako „wrak prezydenckiego tupolewa” pozostają w gestii Kremla, aczkolwiek, jak niedawno mogliśmy usłyszeć z ust prok. gen. A. Seremeta (http://wyborcza.pl/1,75478,11576169,Tu_ ... _bylo.html) (wspominałem o tej sprawie także w rozmowie z prof. M. Dakowskim (http://freeyourmind.salon24.pl/412847,w ... -dakowskim)), polskie śledztwo mogłoby się zakończyć nawet bez uprzedniego sprowadzenia tychże lotniczych fragmentów do naszego kraju.

Mnie osobiście włos się jeży na głowie, gdy słyszę tego rodzaju wypowiedzi wygłaszane przez generalnego prokuratora, ale czy taki rozwój wypadków nie jest niemożliwy? Polska zakończy śledztwo w sprawie największej powojennej tragedii, nie zbadawszy ani „wraku prezydenckiego tupolewa” (trudno bowiem to, co zrobiła przez jeden dzień na pobojowisku na Siewiernym grupka ludzi z „komisji Millera” nazwać badaniem), ani nawet nie dokonawszy szeroko zakrojonych badań medyczno-sądowych ciał ofiar tragedii (Seremet jest przeciwny dalszym ekshumacjom; na razie dokonano zaledwie trzech, jak wiemy)? Byłby to chyba ewenement w skali światowej – ustalić przebieg lotniczej katastrofy nie dysponując żadnymi poważnymi materialnymi dowodami ani nawet jej wizualnym udokumentowaniem.

Prof. J. Trznadel: Niestety, i komisja Millera, i Macierewicza w jakimś sensie pogodziła się z tą sytuacją. Nie spodziewam się też istotnych wyników śledztwa prokuratury. Obecny stan polskiej prokuratury to brak niezależności, która z zasady powinna tu być cechą nadrzędną. Wszystko to każe przypuszczać, że nasza prokuratura nie zdobędzie się na niezależne śledztwo, lecz nadal podlegać będzie dyrektywom rządowym. Od długiego czasu tę niekonstytucyjną zależność prokuratury potwierdzają różne karygodnie umorzone śledztwa.

7. FYM: W przywoływanym wyżej tekście pisał Pan też o ewentualnym zamachu, że: „Jeśli został dokonany na Siewiernym, to wszystko musiałoby być gorączkową wręcz improwizacją, wyśrubowaną w mijającym krótkim czasie. Czy jednak decyzja o zamachu – mogła być taką improwizacją, dokonaną w ostatniej fazie lotu Tupolewa? Czy zainteresowanym służbom i zamachowcom przekazano by decyzję dokonania improwizowanej akcji? Zauważmy, że w każdej improwizacji trudno przewidzieć jej dokładne skutki. Czy wtedy, choćby z dużym wykorzystaniem wcześniej przygotowanych elementów, zamachowcy nie musieliby się liczyć także z pojawieniem się faktów przypadkowych, czy nawet – demaskujących?” Rozwijając tę myśl, rzekłbym, iż zwolennicy hipotezy smoleńsko-zamachowej pewnych pytań sobie zwyczajnie nie zadają. Skąd miałaby istnieć pewność, że piloci zdecydują się na zniżanie, wiedząc, że warunki się nie nadają do lądowania? Skąd pewność, że daliby się wciągnąć w pułapkę?

Załóżmy jednak, iż faktycznie zachodzi taka sytuacja, iż zbagatelizowawszy zagrożenie, załoga „prezydenckiego tupolewa”, dokonuje takiego zniżenia na wysokość decyzji (nie informują przy tym Prezydenta, że w trudnych warunkach atmosferycznych spróbują ewentualnie podejść do lądowania, gdyż zachęciła ich do tego załoga jaka (A. Wosztyl ma wszak mówić załodze tupolewa, wg „stenogramów CVR”: „powiem szczerze, możecie spróbować jak najbardziej. Dwa APM-y są, bramkę zrobili, tak że możecie spróbować...”)). Załóżmy, że daje się jednak wciągnąć w pułapkę – tj. na określonej wysokości dojść ma do bombowego zamachu(pomijam kwestię kto i kiedy mógłby zainstalować takie ładunki). Pojawia się teraz pytanie: w jaki sposób można byłoby zapobiec pożarowi samolotu, upadkowi płonących części na pobliską stację benzynową (i kolejnej eksplozji) i/lub na budynki mieszkalne (bloki i hotel w pobliżu lotniska)? Dochodzi do wysadzenia i rozerwania samolotu, a na drzewach nie leżą rzeczy ofiar (lub nawet ciała), zaś wrak rozsypany jest na terenie wielkości piłkarskiego boiska? Scenariusz z zamachem nad Siewiernym byłby zarazem trudną do wyobrażenia i opanowania katastrofą humanitarną części miasta Smoleńsk. Owszem, możemy założyć, iż zamachowcom szczęśliwie udało się „wycelować z upadkiem samolotu” akurat w łączkę przy lotnisku, jak też sprawić, że nie tylko nie doszło do wielkiego pożaru (nawet drzewa pobliskie się nie zapaliły), ale i szczątki ofiar jakoś się szczęśliwie znalazły generalnie w jednym miejscu (jak to miał opowiadać jeden z ruskich strażaków – w postaci „kuli ciał” we wraku (http://wyborcza.pl/1,105743,8599278,To_ ... ofiar.html)) – jednakże chyba byłoby to zbyt wiele „szczęśliwych zbiegów okoliczności”. Co gorsza, gdyby rzeczywiście „kula ciał” była „we wraku”, to niemal natychmiastowe stwierdzenie, iż „wsie pogibli” byłoby niemożliwe przed wydobyciem ciał „z wraku”.

Prof. J. Trznadel: Twierdzenie, że lot prezydenckiego Tupolewa zakończył się na Siewiernym, nie przekonuje mnie dzisiaj ani w wersji katastrofy, ani w wersji zamachu. Okoliczności i szczegóły katastrofy z Siewiernego, relacjonowane przez świadków i komisję MAK, ale to także, czego w tych relacjach nie ma (a co pojawia się w opisach wielkich katastrof lotniczych na świecie), to wszystko budzi niepewność – czy rzeczywiście doszło tam do katastrofy Tupolewa. Dotyczy to także relacji osób, które znalazły się w tym czasie tuż obok lotniska. Te relacje robią wrażenie przepisanych ze stronic jakiejś powieści. Przypomnę raz jeszcze, że dla celów urzędowego druku niemieckiego o Katyniu (1943) niemiecka komisja przywołała tylko czterech czy pięciu świadków, podczas gdy w rosyjskim komunikacie akademika Burdenki (1944), przypisującym zbrodnię Niemcom, występuje sześćdziesięciu świadków. Dwadzieścia lat temu rozmawiałem z jednym z nich, chłopem z Gniezdowa. Musiał podpisać swoje zeznanie nie czytając go.

8. FYM:Prof. Dakowski w (linkowanym wyżej) wywiadzie stwierdził: „Chyba się nie mylę, że odlot z Okęcia samolotów (tutka, parę jaków?) jest jedynym w światowej historii odlotem Głowy Państwa, Generalicji, osób towarzyszących, dziennikarzy itp.) bez dokumentacji fotograficznej i filmowej, bez dokumentów lotu. Nawet osobiście odczułem Paraliż Strachu u osób, które mogłyby wiedzieć, czy mieć dowody na to, co rankiem 10 kwietnia działo się na Okęciu. Pewna Poważna Pani profesor (...) pisała mi w 2010 r. ostrzegawczo, bym tak nie nastawał na niezależne ekshumacje, bo jeśli PRAWDA wyjdzie na jaw - to co nam zostanie? Wojna z Rosją? Przy takiej dysproporcji sił?”

Jak Pan sądzi, może to jest ów klucz do całej zagadki nieefektywnych śledztw smoleńskich, jak też do zagadki zdumiewającej, apatycznej czy wprost nieprzytomnej postawy sporej części polskiego społeczeństwa – może wielu z nas zwyczajnie woliniewiedzieć, co się naprawdę stało, niż dowiedzieć się wszystkiego? Czy nie powróciła ta postawa, którą kiedyś J. Mackiewicz sformułował jako „nie trzeba głośno mówić”?

Prof. J. Trznadel: Wiele przemawia za tym, że brak dokumentów pożegnania i odlotu delegacji polskiej, wraz z parą prezydencką, do Smoleńska, prowadzi do refleksji: czy taki samolot rzeczywiście wystartował z Okęcia i rzeczywiście doleciał do Smoleńska? Nie ma zdjęć, ani najkrótszego nawet nagrania kamerą tego odlotu. Więc co, niewidzialny samolot? A druga sprawa: pojawiają się u nas głosy, że gdybyśmy jednak dowiedli bez cienia wątpliwości, że zamach był dziełem rosyjskim – to groziłaby nam wojna. Jest to tylko nieuzasadniony strach lub propaganda ze strony tych, którym zależy, by nie dociekać prawdy. Ale nie widzę analogii na przykład do niemieckiej prowokacji gliwickiej z 1939 roku, po której nastąpiła wojna. Hitler zdecydował o napaści nie dlatego, że rząd polski dobrze znał prawdę o gliwickiej prowokacji. Zamach „smoleński” (a być może także w Mirosławcu) to inna droga do ustanawiania „podległości” naszego kraju.

Jednak słowo „Okęcie” pojawiające się pod koniec naszej rozmowy, jeśli przywoływanie go jest trafne, otwierałoby nie badaną dotychczas możliwość i zupełnie inną rozmowę. Niewiele mówi się o tym na popularnych blogach, jak Salon24 czy Niepoprawni. Ale w wypowiedziach na przykład K. Cierpisza umieszczenie centrum zamachu i tragedii na Okęciu i w Polsce pojawia się z całą siłą. Rozwiązywałyby się w tej sytuacji pewne zagadkowe absurdy. Jeśli dałoby się to potwierdzić (a żadnych badań świadków w zasadzie nie przeprowadzono), oznaczałoby to w Polsce wstrząs moralny i polityczny o nie dających się przewidzieć konsekwencjach.

9. FYM: Dziękuję serdecznie za rozmowę i za Pańską wytrwałość w walce o prawdę o pierwszym, jak i drugim Katyniu.

* * *
Poniżej zamieszczam jeszcze niedawno opublikowany w Sieci tekst prof. Trznadla, który może stanowić uzupełnienie wywiadu:

MASKIROWKA W SMOLEŃSKU, A ZAMACH?


Jacek Trznadel, 30 kwietnia 2012

Od początku śledziłem pilnie wszelkie doniesienia o katastrofie smoleńskiej, utwierdzając się w przekonaniu o przeprowadzonym zamachu i dokonanej zbrodni. Po pewnym czasie zdałem sobie sprawę, że sądy wyrażane w dociekaniach śledczych pozaurzędowych, a przede wszystkim w trwającej na ten temat już prawie dwa lata, pełnej argumentów, dyskusji w Internecie, zaczęły się, polaryzować w dwu nurtach: nazwę je nurtem Antoniego Macierewicza i FYM-a.

Macierewicz opiera się przede wszystkim na analizie uzyskanej z ocalonych zapisów przyrządów pomiarowych Tupolewa. Z nieubłaganą logiką pragnie ukazać zaistniałą, wywołaną? katastrofę-zamach w jej przebiegu aż po dwie trzy sekundy przed uderzeniem samolotu o ziemię. Wszystko by się zgadzało, jeśli mieć pewność że przyrządy pomiarowe Tupolewa nie zostały zmienione, sfałszowane. Że zapisy nie zostały po katastrofie ustawione. Teza o podrzucaniu szczątków samolotu nie jest nowa. Czarne skrzynki należą do szczątków.


Macierewicz raczej nie uwzględnia dowodów przeciwnych. A nawet zdarzyło mu się podejrzewać „fymowców” o agenturalność! Wierzy w wartość wywodu opartego na aparaturze pomiarowej Tupolewa, i w analizie dzieli go już tylko kilka czy kilkanaście sekund od prawdy (dwa wstrząsy!). Ale czy zapisy pomiarowe, na których się opiera, są prawdziwe? Obrazowi po katastrofie Macierewicz się nie przygląda.

FYM ogranicza się do ukazania prostych spostrzeżeń z opisów, bez wniosków całościowych, bez polemiki z innymi nurtami. Ukazuje sprzeczności w widzeniu Siewiernego, jako miejsca katastrofy (pokaźna książka FYM’a „Czerwona strona księżyca”). Jest tu logika różnych spostrzeżeń i proste, prawie nie interpretowane cytaty o zdarzeniach, urastające do rangi dowodów. FYM nie tworzy logiki doprowadzonej aż do rozbicia się samolotu. Jest jak strażak, który nie widząc, co się pali, wnioskuje o tym z barwy płomienia.


Ta różnica między dwoma zasadniczymi wywodami uzasadniającymi zamach na polską delegację posiada pewne odniesienie do sposobu postrzegania Polaków. Od 1944 roku (choć i wcześniej) nasiliło się komunistyczne owijanie mentalności polskiej w wielowarstwowe kłamstwo polityczne i społeczne. Od Wschodu szło to fałszywe światło. Społeczeństwo wkuwało na pamięć fałszywą prawdę, że – jak to powiedział Józef Mackiewicz – czarne bywa białe, a białe to czerń. Reakcją na to była skłonność do wiary tylko w rzeczy bezpośrednio namacalne. Żąda się naiwnie naocznego świadka lub ostatecznego dokumentu…

A każdy świadek boi się śmierci. Na świadkach takich, nawet po latach, choćby znajdowali się pod ochroną na Zachodzie, wykonuje się egzekucje. Zaraz po ostatniej wojnie los Krawczenki, czy niedawny los Litwinienki, czy bliższy naszej historii a mniej znany los Iwana Kriwoziercewa (powieszony w Anglii) – ukazują kruchość życia współczesnego świadka zbrodni. A dokument? Pewne zamiary i rozkazy nie są dokumentowane na piśmie. Tylko utopijna wiara w wieczną niedostępność rozkazu katyńskiego przyczyniły się do powstania, a później obnażenia takiego rozkazu. Dziś niczego już nie ma na piśmie.

Społeczeństwo skłonne jest powątpiewać w dowody nie bezpośrednie, ale nie można z nich rezygnować. Na plaży bezludnej wyspy, gdzie na pewno były tylko dwie osoby, znaleziono ofiarę z nożem wbitym w plecy. Nie było świadków. Sędziowie nie wierzyli jednak w duchy. Wystarczyły okoliczności. Jednak ciała ofiar są zawsze konieczne, by mówić o zbrodni. Gdyby Tupolew prezydencki utonął w Bałtyku lub Morzu Czarnym, być może prawie wszystkie dowody pośrednie by zniknęły. Natomiast miejsce o sto metrów przed pasem na Siewiernym jest dostatecznie „rozległe”, by szukać na nim i z powodu niego innych dowodów. Mocnych poszlak fałszerstwa, a fałszerstw dokonuje od początku świata sprawca zbrodni, nigdy ofiara.

Nie wyrokuję, która droga prowadzi do prawdy. Jednak wszystkie spostrzeżenia pośrednie o zachowaniu się Tupolewa 154 M, mogą być uzależnione od sfałszowanych danych na rejestratorach lotu.

Spostrzeżenia FYM-a są zawsze pośrednie, ale pewne. Nie ma tu żadnej kalkulacji, matematycznych wzorów. Nie ukazują agresora naciskającego brutalnie na orczyk samolotu i każde z osobna dowodowo znaczy niewiele, ale zebrane razem, są wymowne.

Chciałbym podobne spostrzeżenia, zauważone przeze mnie a najczęściej skopiowane za tekstami FYM-a, po krótce wymienić. Nie odbudowuję tylko chronologii ich ogłaszania. Są tu i fałsze, ale fałsz może być poszlaką zbrodni lub świadczyć o jej zacieraniu. Z tych spostrzeżeń wynika dla mnie nieodparte przekonanie, że polska delegacja z Prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele zginęła w zamachu. Dodam tylko, że na tej samotnej wysepce, gdzie dokonał się polski dramat, spostrzeżono tylko tubylców dwu sąsiadujących szczepów.

NIEKTÓRE ELEMENTY NIE PASUJĄCE DO SIEWIERNEGO:
(większość uwag opiera się na zdjęciach)
Brak od początku ścisłego określenia chwili rozbicia się samolotu, choć stało się to tuż, nieledwie „na oczach”, a nie w odległym masywie górskim. A obok była wieża kontrolna! To gdzie indziej niespotykane.

Brak kokpitu Tupolewa.
Brak odnalezienia w pobliżu rozbitego tupolewa rozrzuconych ponad dziewięćdziesięciu zwłok i w tym właśnie miejscu zidentyfikowanych przez świadków (kordon służb rosyjskich).
Brak zdjęć (rzutu ogólnego i wybranych ujęć) zwłok koło rozbitego Tupolewa.

Brak zdjęć bagażu rozrzuconego wokół rozbitego samolotu.
Brak dowodu na wyciągnięcie z wraku lub znalezienie obok – bagażu z poświadczoną własnością któregoś z pasażerów.

Brak szczątków stu dwudziestu metalowych foteli, ewentualnie z przymocowanym do fotela indywidualnym pasażerem.
Ten brak zwłok i bagażu jest sprzeczny z całkowitym rozbiciem samolotu na drobne szczątki, nic przecież nie mogło pozostać „wewnątrz”.

Niedopuszczenie przez Rosjan do filmowania zwłok i rozbitego samolotu (casus Wiśniewski).
Bezsensowne opowieści personelu „ratunkowego” (pielęgniarki), o natychmiastowym oglądzie dziewięćdziesięciu zwłok.

Późne (odległe o wiele godzin) „dawkowanie” wiadomości o odnalezionych zwłokach (np. Prezydenta Kaczyńskiego). Czyżby nie znajdowały się „na miejscu” – i upływał czas „dowiezienia”?
Świeżo ucięte kołki, którymi podparte były niektóre szczątki Tupolewa.

Na fotografowanych szczątkach samolotu czasem kontrast mocno przytłumionego koloru czerwonego i fragmentów „świeżej”, ostrej czerwieni.

Mocno „odleżały” wygląd niektórych części wraku.
Bardzo liczne ogólnikowe relacje zewnętrznych świadków o spostrzeżeniu samolotu spadającego tuż obok Siewiernego. Analogia: relacja niemieckiego dokumentu o Katyniu (1943) zawiera zeznanie kilku świadków, relacja komisji Burdenki – około sześćdziesięciu. Z kolei komisja Burdenki okazała kilka dokumentów znalezionych przy zwłokach oficerów, międzynarodowa komisja powołana przez Niemców – wiele tysięcy dokumentów.

Niewydanie wraku przez Rosjan to nie tylko możliwa obawa przed stwierdzeniem na nim jakichś elementów wybuchu (poza paliwem), ale także takich cech wraku, że nie mógł on pochodzić z egzemplarza polskiego Tupolewa.

Dodajmy jeszcze:
Zauważam u publicystów i internautów wiele magicznej wręcz wiary, że Tupolew musiał się rozbić na Siewiernym (Macierewicz). Zwalczanie spostrzeżeń FYM’a.

Znane jest z literatury przekonanie rosyjskich władz, że na ogół dawana jest wiara najbardziej nieprawdopodobnym ich twierdzeniom (Mackiewicz).

Brak logicznego myślenia strategicznego u oceniających katastrofę, co było (i jest obecne do dziś) np. w spojrzeniu na zamach gibraltarski na gen. Sikorskiego. Historycy potrzebują jakiegoś dokumentu -podkładki. To wiara bardzo „wschodnia” (w Rosji usiłuje się teraz dowieść, że oryginał rozkazu mordu katyńskiego (odtajniony przez Jelcyna), podpisany przez Stalina, członków biura politycznego i rządu, jest fałszywką.

Na tle tego magicznego otumanienia ożywiona działalność publicystycznych łajdaków, nawet wśród pisarzy.

A jeśli była to MASKIROWKA!? Jeśli wylądowali gdzieś dalej? Chyba nie na Jużnym! Gdzie by to mogło być? Gdzieś na odległość posiadanej benzyny w baku? Nie wiemy.
Ale na pewno nie na jakiejś pustyni. Jest jednak jeszcze jedna możliwość, jeśli działano RAZEM I W POROZUMIENIU… Maskirowka mogła przecież mieć na celu tylko to: stworzyć iluzję, że Tupolew wyleciał z Okęcia i rozbił się w Smoleńsku!...

Więc upozorowanie katastrofy, której nie było? Przecież nikt nie był dopuszczony na pozorne miejsce katastrofy. Mijały godziny nim zostały zidentyfikowane poszczególne zwłoki. Dosyć czasu, aby dostarczyć je z Warszawy. Zapadał zmrok. Jeszcze raz: nie ma zdjęć zwłok rozrzuconych wokół szczątków tupolewa. Dziewięćdziesiąt sześć – to jest niemało. Ani jednego zdjęcia!!! Choćby z odległości 20-30 metrów. Zwłoki mogły być dostarczane z Warszawy do przystanku Siewiernyj w Smoleńsku, a potem do Moskwy...

Jacek Trznadel
(http://freeyourmind.salon24.pl/412847,w ... nt_6065865)

P.S.
Dla przypomnienia: http://freeyourmind.salon24.pl/412847,w ... -dakowskim
http://www.youtube.com/watch?v=woBVVlTK ... r_embedded (Tajne komplety z prof. M. Dakowskim)

http://freeyourmind.salon24.pl/417743,w ... -trznadlem


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 18 maja 2012, 17:01 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Wywiad dla Z. Białasa

[zamieszczam dla osób odwiedzających mojego bloga]

Zygmunt Białas: Słowem - kluczem w Pańskich tekstach jest maskirowka. Nie wszyscy czytelnicy znają to pojęcie...
Free Your Mind: Myślę, że najlepszy wykład z teorii maskirowki wszyscy zainteresowani znajdą w książkach W. Suworowa. Dwie to lektury obowiązkowe: „GRU” i „Specnaz”. Jest też oczywiście wiele innych specjalistycznych książek dot. tego, co można potraktować szeroko jako maskirowkę, a więc wojnę informacyjną czy systemową dezinformację, w jakiej specjalizowały się sowieckie, a specjalizują dziś także neosowieckie, służby (por. publikacje A. Golicyna, W. Kuziczkina, O. Zakirova i in.), aczkolwiek u Suworowa jest precyzyjnie omówione zarówno szerokie, jak i wąskie (operacyjne) rozumienie maskirowki. Szeroko, to właśnie informacyjna wojna, zmasowana, totalna, instytucjonalna, wyspecjalizowana, fachowa dezinformacja – wąsko, to akcja odwracająca uwagę wroga – akcja pozorowana, która osłania faktycznie dokonywaną (w miejscu przez wroga niespodziewanym) zbrojną operację. Mówiąc obrazowo o tej wąsko rozumianej maskirowce: gdyby jakiś oddział specnazu miał dokonać napadu na bank, to najpierw by podłożył ładunki wybuchowe pod jakiś szpital, by tam ściągnięte zostały wszystkie siły w danym mieście. Trzeba oczywiście pamiętać nie tylko o maskirowce, lecz też o tym, czym jest sam specnaz – to zawodowi zabójcy, nie zaś zmilitaryzowane jednostki zajmujące się układaniem worków z piaskiem na wały przeciwpowodziowe czy wykopkami podczas „klęski urodzaju”.


To są grupy przygotowywane do błyskawicznego ataku z zaskoczenia, skutecznego, eliminującego jakiś uznany przez Moskwę, wrogi ośrodek. (Przykładowo sowiecka inwazja na Afganistan rozpoczęła się od ataku specnazu na tamtejszy ośrodek władzy.) W sowieckiej, prostackiej terminologii, takie działanie nazywa się „atakiem na mózg” - likwiduje się jakąś elitarną grupę (np. polityków czy wojskowych), bo w ten sposób ulega natychmiastowemu decyzyjnemu paraliżowi cała struktura jakiegoś państwa (por. też http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... ki222.html). Taki atak, ma się rozumieć, jest tylko otwarciem pewnej szerszej operacji militarnej, ale od jego efektywności zależy dalsza ofensywa. Z tego też względu do akcji specjalnych Ruscy szkolą ludzi najbardziej bezwzględnych, tak by ich skuteczność doprowadzić do maksimum. Nie mogą to być więc żołnierze, którzy będą mieć jakieś wahania, wyrzuty sumienia, opory, coś będą kalkulować w ostatniej chwili – dostają zlecenie i je wykonują. Latami jednak trwają przygotowania do takich spec-akcji i szkoli się (oraz obserwuje) różne grupy w podobnych działaniach, by spośród tychże grup wybrać tę najlepszą z najlepszych, a więc dającą gwarancję całkowitej skuteczności operacji. Specnaz trenuje od lat nie tylko ataki na jakieś budynki, ale też np. na... samoloty pasażerskie (http://freeyourmind.salon24.pl/333406,doktryna-putina).


Takie specjalne ćwiczenia „antyterrorystyczne” (naturalnie to, co Kreml uważa za terroryzm, to osobna historia) miały miejsce nawet w 2010 r. w różnych miejscach – przed (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... ukowo.html) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... 42010.html), w nieodległej czasowo okolicy tragedii (http://freeyourmind.salon24.pl/299561,r ... etnia-2010) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... iecka.html) i po niej (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... etnia.html) (http://freeyourmind.salon24.pl/351334,witebsk-smolensk). Co więcej, nawet na smoleńskim Siewiernym latem 2009 przeprowadzano ćwiczenia z „odbijaniem” czy „zabezpieczaniem” samolotu (zdjęcia można obejrzeć tu: http://freeyourmind.salon24.pl/351334,witebsk-smolensk).


Akurat ze Smoleńskiem związany jest oddział specnazu o nazwie „Merkury”, którego ćwiczenia jesienią 2009 uwieczniał słynny fotoamator i znawca drzew, doc. S. Amielin (http://freeyourmind.salon24.pl/304592,f ... -znaczenia). Amielina z kolei pamiętać muszą wszyscy interesujący się śledztwem ws. zamachu z 10 Kwietnia, ponieważ to materiały owego „pasjonata lotnictwa” trafiły piorunem do nadwiślańskich mediów, ledwie bidny Amielin zdążył dokonać swoich wizualizacji „trajektorii lotu prezydenckiego tupolewa” w oparciu o „zniszczenia drzew” (http://freeyourmind.salon24.pl/351791,k ... oordynacji). Do Amielina nawiązuję nieprzypadkowo – on wziął udział w maskirowce w szerszym znaczeniu wraz z innymi specjalistami od przygotowywania „materiałów poglądowych”. Ludzi, którzy wzięli natomiast udział w bezpośredniej akcji związanej z atakiem na polską delegację, a więc w maskirowce w węższym znaczeniu, na razie nie znamy, choć część z tych osób związanych z akcją osłonową widzieliśmy w mediach podczas ich występów na Siewiernym np. w strojach strażackich.


Maskirowka w szerokim znaczeniu to jest ofensywa o charakterze psychologicznym i socjologicznym – to jest wykorzystanie wszelkich dostępnych środków, by wykreować jakiś fałszywy obraz pewnego zdarzenia lub działania. W czasach poprzedniego komunizmu (teraz mamy jego udoskonaloną, nowoczesną wersję, nazwaną kiedyś przez śp. Z. Herberta neokomunizmem) wojna informacyjna i dezinformacja stanowiła chleb powszedni nie tylko służb, lecz wszystkich instytucji podległych sowieckiej, agenturalnej władzy. Obejmowała także instytucje kulturalne, naukowe i oświatowe – nie tylko środki masowego przekazu i nie tylko „propagandę szeptaną”. Przypominam o tym, byśmy sobie uzmysłowili dość oczywistą, sądzę, prawdę, jak wielką machinę za komuny skontruowano w celach sterowania obywatelami. Ta machina dezinformacyjno-propagandowa przeszła do „nowych czasów” nietknięta, pomijając jej technologiczne usprawnienia w czasach „transformacji”. Ta machina została wprawiona w ruch w związku z zamachem dokonanym 10 Kwietnia. I, co więcej, spełniła swoje zadanie, o czym mówił nie tak dawno prof. M. Dakowski (http://freeyourmind.salon24.pl/412847,w ... -dakowskim).


Maskirowka więc to nie jest jakaś zabawa czy „po prostu propaganda” - to kompleksowe działania za pomocą nowoczesnych środków (takich np. jak telewizja, materiały wideo, fotografie – wykorzystuje się więc ludzi mediów, uruchamia się „zaprzyjaźnionych ekspertów”, znajduje „naocznych świadków” itd.), które mają na celu ukształtowanie w umysłach odbiorców określonego (z punktu widzenia Kremla) obrazu rzeczywistości. Jeśli ten cel zostaje osiągnięty, czyli obraz zostanie ukształtowany, to dalsze działania (np. militarne) mogą być niepotrzebne, gdyż wróg może się poddać bez walki. Przejdzie na stronę okupanta czy agresora, złożywszy broń lub stwierdziwszy, że żadnej wojny nie ma, żadnej agresji, żadnej okupacji – czyli „życie toczy się normalnym trybem”.


Sztuką bowiem jest podbijać przeciwnika bez większego rozlewu krwi – samym zastraszeniem, szantażem, kłamstwem, oszustwem, fortelem – samą spreparowaną informacją na przykład. Z tego też powodu tak wielkie nakłady finansowe i tak wielu ludzi, czy to w Związku Sowieckim czy w jego obecnej, putinowskiej mutacji, angażowano właśnie w prace związane z dezinformacją. Kto o całym tym kontekście pracy sowieckiej agentury zapomina (w odniesieniu nie tylko do zbrodni z 10-04), ten nie wie, na jakim świecie żyjemy. Gdyby ktoś zaś spytał z głupia frant: dlaczego miałaby być 10 Kwietnia maskirowka? - odpowiedziałbym (pomijając teraz dowody zebrane przez blogerów): bo tak Ruscy zbrojnie działają. Takimi właśnie od dziesięcioleci posługują się metodami.



ZB: Jest Pan autorem obszernej pracy zatytułowanej "Czerwona strona Księżyca". Jakie problemy są tu poruszone? Dlaczego tekst dostępny jest tylko w sieci, a nie został wydany w formie książki?
FYM: Książka nie doczekała się jak dotąd wersji drukowanej, gdyż po pierwsze, powstawała „do ostatnich chwil” przed opublikowaniem on-line (wciąż dochodziły coraz to nowe informacje), po drugie z ewentualnym wydawcą dopiero zaczęliśmy myśleć o takim wydaniu, po trzecie, bo e-książka szybciej się rozchodzi wśród potencjalnych czytelników i nie wymaga rozwiązania problemów logistycznych związanych z dystrybucją. To był więc świadomy wybór – poza tym dostęp do „Czerwonej strony Księżyca” jest zupełnie bezpłatny (http://freeyourmind.salon24.pl/393348,komplet), co pozwala zapoznać się z jej zawartością każdemu, komu na sercu leży śledztwo dot. tragedii polskiej prezydenckiej delegacji.


W mojej pracy omówione są wszystkie główne wątki związane ze „smoleńskimi śledztwami” - staram się wykazać, jakie luki argumentacyjne zawiera oficjalna narracja (moskiewska i warszawska), jakie ta konstruowana przez Zespół min. A. Macierewicza, oraz przekazać wyniki dwuletniego dochodzenia prowadzonego przez blogerów – obecnie już całkowicie przemilczanego przez uchodzące za niezależne i niebojące się cenzury media, takie jak „Nasz Dziennik”, „Gazeta Polska”, „Nowe Państwo” czy „Uważam Rze”. W „Czerwonej stronie Księżyca” usiłuję przede wszystkim wrócić do początku „smoleńskiej historii” i wraz z czytelnikiem przejść jakby trzy drogi: „wypadkową” (co by było, gdyby na Siewiernym doszło do zwykłej lotniczej katastrofy), „wybuchowo-zamachową” (co by było, gdyby na Siewiernym doszło do zamachu w formie lotniczej katastrofy) oraz „maskirowkową” (co by było, gdyby na Siewiernym tylko upozorowano katastrofę lotniczą oraz „miejsce katastrofy”, natomiast autentycznego ataku na polską delegację dokonano by gdzie indziej?).


Przypomnę przy tej okazji, że scenariusz z maskirowką powstał na gruncie tej drugiej hipotezy – ja przynajmniej należałem do tych osób, które przez blisko pół roku starały się dokładnie wybadać wariant, zgodnie z którym dokonano zamachu właśnie na Siewiernym (łatwo to sprawdzić, czytając moje teksty do grudnia 2010). W trakcie jednak dalszych analiz i dyskusji doszedłem do wniosku, że prawda o zbrodni nie kryje się w samym Smoleńsku, a już na pewno nie na błotnistej łączce z rosypanymi fragmentami samolotu, którą przemierzył z kamerą „polski montażysta” moonwalker S. Wiśniewski. Polecam też w tym kontekście lekturę tego, co ma do powiedzenia prof. J. Trznadel (http://freeyourmind.salon24.pl/417743,w ... -trznadlem).


ZB: Dlaczego prezydent RP Lech Kaczyński oraz polska elita wojskowa i polityczna musieli zginąć? Kto z możnych tego świata zdecydował o tym?
FYM: Odpowiedzi na Pańskie pierwsze pytanie udziela współczesna Polska, kraj pozbawiony suwerenności, silnej armii i porządnej gospodarki, kraj bez mądrej elity politycznej – kraj-widmo. Powrót Polski do statusu państwa buforowego na rubieżach moskiewskiego imperium, przypomnienie o tym, że jesteśmy „bliską zagranicą” i dalsze utrwalanie kremlowskiego panowania nad Wisłą. Oto, dlaczego. I to jest proces, który postępuje – on się jeszcze nie zakończył – jego kresem będzie neopeerel z takim „marginesem wolności”, jaki był za peerelu. O ile jednak interes Moskwy w całkowitym zdominowaniu naszego kraju jest czymś oczywistym – ruskie imperium jako śmiertelne zagrożenie Polski po prostu przypomniało nam w XXI w., jak groźne być potrafi, jeśli nadal będziemy lekceważyć to właśnie zagrożenie – o tyle postawa polskich elit politycznych i sporej części polskiego narodu jest zdumiewająca. To uznanie poczucia podległości wobec Kremla – to podporządkowanie się. Ta uległość. To dopiero jest zagadka. Może naszym rodakom nie jest potrzebna niepodległość? Może grillowanie wystarczy?


Co do drugiego zaś pytania, określenie „możni tego świata” jest według mnie na wyrost. Jeśli miałbym wskazywać palcem, to na pewno Putin, Miedwiediew, ruscy szefowie służb mundurowych i cywilnych, ruscy wojskowi oraz białoruskie władze cywilno-wojskowe z Łukaszenką na czele to byliby tu główni „zleceniodawcy”, którzy powinni zasiąść przed trybunałem a la Norymberga II. Czy jednak jeszcze ktoś w „operacji Smoleńsk” brał udział spoza ZBiR, to na razie trudno ustalić. Jakiś ślad prowadzi do Niemiec, choćby w związku z niewyjaśnioną do dziś kwestią patrolowania przestrzeni natowskiej przez statki powietrzne zajmujące się rozpoznaniem elektronicznym (chodzi o E-3 wylatujące z niemieckiej bazy Geilenkirchen). Czyżby 10 Kwietnia takich rekonesansowych lotów z niemieckiej bazy nie zarządzono? Ale to tylko ślad, na który wskazywałem w rozdziale „Krótka historia pewnego zabezpieczenia – opowieść o ciemnej latarni” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... M-cz-1.pdf, s. 45; pisał o tym też bloger Albatros... z lotu ptaka: http://albatros.salon24.pl/371840,madre ... slony-nato). Część współudziałowców zbrodni była natomiast nad Wisłą. Tego możemy być pewni.


ZB: Jaką rolę w zamachu odegrały osoby i określone grupy działające w Polsce? Czy są to lub mogą być ludzie z pierwszych i drugich stron gazet?
FYM: Nie dysponujemy materiałem dowodowym, który pozwalałby wskazywać konkretne osoby odpowiedzialne za dokładnie takie a nie inne działania w związku z zamachem, ponieważ w wielu instytucjach panuje albo zmowa milczenia, albo zgoda, co do konieczności zacierania śladów – śledztwa zaś, by tak rzec, trwają (z jakimi rezultatami to rzecz osobna). A to „nie ma zapisów wideo”, a to nie ma jakichś dokumentów, a to ktoś ma luki w pamięci, jak po Alzheimerze, a to pewne persony w ogóle nie są przesłuchiwane, bo nie ma po co. Mnóstwo jednak ludzi jeśli nie jest podejrzanych, to na pewno budzi poważne wątpliwości.


Historia smoleńska, o czym należy przypominać bez ustanku, zaczyna się w Polsce przed świtem 10 Kwietnia, a nie na Siewiernym w „godzinie Batera” (http://freeyourmind.salon24.pl/380030,m ... ina-batera) – w Polsce, powtarzam. To na Okęciu zapanował „blackout”, to z warszawskiego lotniska nie ma do dziś żadnych wiarygodnych, miarodajnych, poważnych materiałów pozwalających zrekonstruować dokładny przebieg tamtejszych wydarzeń: jak dokonywano roszad z pasażerami, kto czym dyrygował, jakie samoloty odleciały – w jakiej kolejności i ilości; oraz z kim na pokładach. To na Okęciu zatem trzeba by przeprowadzić poważne dochodzenie. Już zresztą podczas prac „komisji Millera” ukazały się „dziwy” okęckie, w postaci fałszowanej dokumentacji 36 splt, różnych sprzeczności ws. samolotów zapasowych dla delegacji prezydenckiej czy choćby „gumowej salonki 3”, o której głośno było w blogosferze, salonki, w której zwykle mieściło się 8 osób, zaś 10 Kwietnia miało się zmieścić aż 18 (http://freeyourmind.salon24.pl/345616,uwagi-do-uwag).


Trzymając się tego „polskiego wątku”, który Pan poruszył, to przede wszystkim dysponujemy (jako obywatele) wiedzą o zaskakujących działaniach blokujących określone „uruchamiane z automatu” procedury (zebrałem te kwestie w rozdziale „Krótka historia pewnego „wypadku”” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... M-cz-1.pdf)), wiedzą o zaniedbaniach, mataczeniach, „zniknięciach” dokumentacji, utajnieniach etc. Myślę więc, że jest w Polsce spora grupa osób związanych albo z przygotowaniami do zamachu, albo z pracą na rzecz pokierowania śledztwa na błędne tory „nieszczęśliwego wypadku”, za który „odpowiadają tylko ci, co zginęli” - stanowi ta grupa jednak dość wpływowe lobby uniemożliwiające wykrycie prawdy. Myślę także, że w związku z istnieniem i działaniami tego lobby, żyją sobie gdzieś na uboczu i w cieniu osobnicy posiadający wyjątkowo cenne depozyty – np. okęckie – depozyty, które procentują (ekonomicznie), jak dobra lokata bankowa, z tego powodu, iż ktoś pilnuje, by pewne materiały nie ujrzały światła dziennego.


Podejrzewam, że wiele osób z najwyższych „sfer” doskonale wie, że żadnej katastrofy nie było, lecz wychodzą z założenia, że „nie trzeba głośno mówić” i że „Polacy prawdy by nie wytrzymali”, a więc, że ma być „cicho, cicho, cicho”. W tej ostatniej materii wydaje mi się, że panuje nawet ciche „porozumienie ponad podziałami”. Widać bowiem, że z biegiem czasu sprawa 10 Kwietnia robi się coraz bardziej mroczna i zagmatwana, ale tym bardziej pewne gremia wolą chować tę kwestię tragedii za bieżącą krzątaniną i codziennym szumem medialnym wokół drugorzędnych tematów. Najważniejsza dla powojennej Polski sprawa została do tej pory niewyjaśniona, a większość polityków udaje, jakby podstawowym problemem Polaków był przesunięty wiek emerytalny lub kwestia infrastruktury na Euro 2012. Oczywiście, można naszą współczesność polityczno-społeczną zamienić w tragifarsę, tylko nie mówmy wtedy, że to jest jakaś wielka polityka. Jakakolwiek polityka.


ZB: Nie ulega wątpliwości, że wina poszczególnych osób za przygotowanie wizyty oraz za udawane śledztwo jest bezsporna. Tu moja wiedza opiera się na wynikach badań Zespołu Parlamentarnego oraz lekturze gazet, głównie "Naszego Dziennika". Co Pan o tym sądzi? Kto według Pana ponosi największą winę za naszą narodową tragedię?
FYM: To nie jest proste do wyjaśnienia zagadnienie, zważywszy na fakt, iż wiele osób nie zostało do tej pory publicznie przesłuchanych – te zaś, których zeznania słyszeliśmy czy czytaliśmy, udają świętych. Nie ma winnych, są tylko zadziwieni. Nikt na wieść o tragedii nie podał się do dymisji, nikt po dziś dzień nie uważa, by w czymkolwiek uchybił (jeśliby nawet uważał, że w czymś odrobinę uchybił, to jego zdaniem inni uchybili o wiele więcej). Jedni na drugich wskazują więc palcami, ale w gruncie rzeczy nikomu jeszcze włos z głowy nie spadł za „przygotowania” i za „zabezpieczenie” wizyty prezydenckiej delegacji. Nikt nie został aresztowany i skazany za swoje zaniedbania czy wprost przestępcze działania.


Można przypuszczać, że politycznie nadzorowane, oficjalne śledztwo właśnie ku temu zmierza, by „sprawa się rozlazła” w klasyczny sposób: „życia umarłym się nie wróci, czas goi rany, a i tak jest kryzys w Europie, więc weźmy się lepiej do roboty zamiast rozpamiętywać dawną tragedię”. Może się skończyć tak, iż „problem Smoleńska” zostanie sprowadzony do rocznicowych obchodów przy pomnikach (i coraz słabszych demonstracji niezadowolenia wobec Moskwy). W podręcznikach przedstawiać się będzie, iż „jedni mówią, że to był zwykły wypadek, a drudzy, że katastrofa to zamach – zdania są podzielone i pewnie spór będzie jeszcze długo dzielił historyków”. Gdyby taki finał miało mieć śledztwo dot. największej powojennej tragedii, jaka dotknęła nasz kraj, to powinniśmy zmienić nazwę państwa na Polska Republika Neosowiecka. Zwieńczeniem takiego procesu mógł by być „przemysł pamiątkarsko-turystyczny” wokół smoleńskiego Siewiernego, gdzie oprowadzałoby się z pomocą ruskich przewodników wycieczki i sprzedawało suweniry „powypadkowe”.


Po kontroli przeprowadzonej przez NIK (http://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o ... -2010.html) w 70-stronicowym raporcie (http://www.nik.gov.pl/plik/id,3586,vp,4652.pdf) wymienia się długą listę instytucji, które w ten czy inny sposób nie dopełniły swych obowiązków w przypadku prezydenckiej delegacji – zauważmy jednak, że jedynie na generalnych utyskiwaniach się skończyło. Scenariusz więc analogiczny, jak w przypadku oficjalnego „powypadkowego” śledztwa, w którym tak wiele „tłumaczono” ruskim bałaganem (bieda-oświetlenie lotniska, nieskoordynowane szympansy na wieży kontroli lotów, niedziałająca w niej kamera, niedokładne radary, brak akcji poszukiwawczo-ratowniczej, sołdaty biegający po pasie startowym we mgle etc.). Kontrola NIK-u dokonuje więc, można powiedzieć, retrospektywy na zasadzie: tak wygląda z kolei „polski bałagan”. A my jako obywatele mamy to podsumowanie potraktować na zasadzie: nic się nie stało, „bo to Polska właśnie”.


Jest jednak jeszcze, o czym raport NIK nie mówi, niestety, sprawa naszych prokuratur i skandalicznego wprost śledztwa, w ramach którego właściwie robi się wszystko, by przypadkiem nie oddalić się ani na krok od (obligatoryjnej najwyraźniej) moskiewskiej narracji, co do przebiegu wydarzeń 10 Kwietnia. Zaskakujący paraliż nadwiślańskich instytucji, który nie tylko uniemożliwił dokładne i fachowe zabezpieczenie oraz udokumentowanie „miejsca katastrofy” (szczególnie dokonanie oględzin wszystkich zwłok), ale nawet natychmiastowe (w dniu tragedii) sprowadzenie do Polski i medyczno-sądowe badanie ciał ofiar. Dostosowanie się (na poziomie rządowym przecież) do ruskiego „zakazu otwierania trumien”, brak sekcji zwłok, trzy zaledwie ekshumacje na przestrzeni dwóch lat dochodzenia, brak upublicznienia zawartości nośników elektronicznych należących do ofiar, utajnianie materiałów etc. To są rzeczy, które przechodzą ludzkie pojęcie – jeśli weźmiemy pod uwagę skalę wydarzenia. I znowu za to nikt nie odpowiada, „bo to Polska właśnie”.


Mogłoby to wszystko, gdyby tak mocno zmrużyć oczy, wyglądać na jakąś typową neopeerelowską nieudolność, na takie klasyczne „nie da się” i „nie wiemy, jak się z tym uporać, cóż bowiem możemy zrobić”, z jakim prokuratorzy o kamiennych twarzach wychodzili na konferencje prasowe, wymieniając ciurkiem, jak wiele pism monitujących czy wprost próśb o różne materiały dowodowe Ruscy skwitowali wzruszeniem ramion. Ja tu jednak widzę symbiozę – jedna strona zwyczajnie udaje, że prowadzi śledztwo i straszliwie się nad nim biedzi – druga zaś strona udaje, że piekielnie je utrudnia; a w rezultacie dzięki tej symbiozie „nic się nie dzieje” i czeka się zarówno w Moskwie i Mińsku, jak w Warszawie, aż tragedia polskiej delegacji stanie się po prostu „zamierzchłą historią”.


ZB: Dziękuję Panu za rozmowę. Wyrażam przy tym nadzieję, iż za siedem lub dziesięć dni udzieli Pan odpowiedzi na dalsze, bardziej szczegółowe pytania.

http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... iaasa.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 25 maja 2012, 06:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Druga część wywiadu z Free Your Mind (z FYM-em), uznanym blogerem i autorem książki "Czerwona strona

Free Your Mind: Ruscy w sprawie tragedii łżą jak pies

Zygmunt Białas:"Historia smoleńska (...) zaczyna się w Polsce przed świtem 10 Kwietnia, a nie na Siewiernym w 'godzinie Batera' (...), w Polsce, powtarzam" - powiedział Pan przed tygodniem w wywiadzie zatytułowanym "Free Your Mind: Maskirowka to nie jest jakaś zabawa". Stwierdzenie to wywołało lawinę pytań, które wpłynęły na moją pocztę wewnętrzną, m.in: - Ile samolotów wyleciało z Okęcia? Skąd znamy tę ilość? - Jakim samolotem leciał gen. Andrzej Błasik? Skąd to wiemy? - Gdzie wylądowały te samoloty? Jakie są na to dowody?

Free Your Mind: „Jak wynika z ustaleń blogerów wyleciały zapewne cztery samoloty – najpierw dwa jaki-40, potem znowu jak-40 i tupolew (niektórzy blogerzy sądzą, że mogły być tylko trzy samoloty, czyli np. Dowódcy wsiedliby jednak na pokład tupolewa, łamiąc w ten sposób rygory bezpieczeństwa – mnie jednak ten wariant wydaje się mało prawdopodobny, zważywszy na pochodzące z różnych źródeł relacje, iż Dowódcy mieli lecieć jakiem). Ta arytmetyka: 3 plus 1 zgodna jest, przypomnę, z tym, co twierdzili dziennikarze lecący na uroczystości, zaskoczeni na lotnisku koniecznością udania się do jaka (tylko paru miało ponoć wcześniej wiedzieć, iż nie lecą tupolewem): najpierw wsiedli do jednego (jaka), potem przesadzono ich do drugiego, a wsiadłszy do drugiego, dowiedzieli się, że w hangarze czeka, jakby co, trzeci (http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/pawel ... nId,272706).


Hipotetyczny scenariusz starałem się odtworzyć w mojej książce, w rozdziale „W wielowymiarowej ruskiej zonie”, zainteresowanych więc odsyłam do lektury (http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... M-cz-5.pdf). Poza tym wskazywałem już poprzednim razem (Panu i potencjalnym adresatom naszej rozmowy), co można potraktować jako ślady tego, iż z Okęcia, oczywiście wbrew oficjalnej narracji (podtrzymywanej, jak dotąd, niestety, także przez Zespół min. A. Macierewicza), nie wyleciały dwa samoloty: „dziennikarski jak” i „prezydencki tupolew”. Dokąd skierowano wszystkie samoloty, o, to oczywiście pytanie za 100 punktów i jedno z najważniejszych w całym śledztwie. Moim zdaniem dwa pierwsze jaki wylądowały na Siewiernym (przy czym jeden został potem „utajniony”, tzn. „zniknięty” w związku z wymogami opowieści, iż „wszyscy musieli lecieć tupolewem”), zaś jak-40 z Dowódcami i kilkoma jeszcze osobami oraz Tu-154M z resztą delegacji skierowane zostały (z powodu „nielotnych warunków w Smoleńsku” oraz np. braku pisemnej zgody na wloty w ruską przestrzeń powietrzną) na zapasowe lotnisko w Witebsku, zgodnie z planem dotyczącym tychże zapasowych lotnisk. Opowiem więc z grubsza, o co chodzi z zagadnieniem wylotów z Okęcia – szerszych wyjaśnień należy szukać w tekstach blogerów zajmujących się maskirowką smoleńską (linki do ich blogów podane są we wstępie do „Czerwonej strony Księżyca” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... M-cz-1.pdf)).

Pierwszym śladem jest „brak śladów”, czyli totalnyblackout na stołecznym lotnisku w jego wojskowej części – przy okazji tak ważnego wylotu tak ważnych osób, z Prezydentem Polski i Dowódcami na czele. Tak, brak śladów może być zarazemśladem – tak jak np. narzędzie zbrodni pozbawione odcisków palców mówi coś konkretnego każdemu śledczemu. Jeśli nie ma śladów, to zostały zatarte – jeśli tak, to ktoś je zatarł; jeśli zaś ktoś zadał sobie trud zatarcia śladów, to miał ku temu poważne powody i wiedział, że ktoś inny tych śladów będzie z poważnych powodów szukał. Sprawa tragedii z 10-04, chyba nie mamy wątpliwości, jest śmiertelnie poważna i przy tym jest poważny problem z odnalezieniem wielu podstawowych śladów.

Podam prosty przykład: zwykły osiedlowy sklep prywatny, zwykły dom na przedmieściach czy bankomat monitorowany jest za pomocą specjalistycznych urządzeń. Niemożliwe, by tego typu (choć o wiele bardziej technologicznie zaawansowany, gdyż wojskowy) monitoring nie funkcjonował na takim lotnisku, jak Okęcie, gdzie (jak i na innych międzynarodowych portach) w dobie „ogólnoświatowej walki z terroryzmem” śledzi się wszystkich i wszystko. I na pewno funkcjonował – to jednak, iż jego „zapisy się nie zachowały” lub, mówiąc eufemistycznie, się „schowały” tak głęboko, że od dwóch lat nie ujrzały dziennego światła – jest dowodem na to, iż zarejestrowało się coś, co zupełnie kłóci się z oficjalnym opisem wydarzeń.

Nie ma innej opcji. W przeciwnym bowiem razie (tj. gdyby scenariusz był taki, jak się nam tłucze do głowy od dnia zamachu) już 10 Kwietnia pokazywano by nam odlot, poprzedzającą go krzątaninę, wsiadanie poszczególnych pasażerów do takich a nie innych statków powietrznych, byłyby wywiady z pracownikami terminalu, naocznymi świadkami itd. (Żebyśmy jednak od razu mieli jasność, ja osobiście nie należę do osób, które uważają, iż delegacja prezydencka w ogóle nie wyleciała z Okęcia, tylko że 10-04 wykorzystano więcej niż dwa samoloty, a tajemnicy tej strzegą „fachowcy wojskowi” oraz osoby, które „widziały za dużo”, a chcą żyć).

Druga przesłanka, to opowieści samych dziennikarzy. Odsyłam choćby do relacji (mającego lecieć „dziennikarskim jakiem”) P. Wudarczyka z Polsat News (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... ot_31.html) oraz do filmu „Poranek” (dokumentalnego, zrobionego przez rządową telewizję), gdzie wątek „trzeciego samolotu” parokrotnie powraca (kto nie oglądał, niech sobie zafunduje godzinę wolnego czasu na uważne przejrzenie tego wideo). Nie wchodząc w szczegóły (por. „Czerwona strona Księżyca” i rozdział „Medialny obraz Zdarzenia” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... M-cz-1.pdf)) powiem, iż gdyby wyleciałytylko dwa samoloty (przy czym w pierwszym byliby dziennikarze, w drugim „cała delegacja”), to nie pojawiłby się, bo i nie mógłby się pojawić, problem: „który samolot uległ wypadkowi”, skoro relacje ze Smoleńska płynęły m.in. od dziennikarzy, co przylecieć tam mieli właśnie jakiem. Opowieść o „prezydenckim jaku” po prostu by się w mediach i obiegu publicznym nie pojawiła.

Nie wzięła się ona zatem z nieuwagi lub w wyniku potknięcia językowego J. Kuźniara z TVN24 (jak tenże dziennikarz usiłuje tłumaczyć i siebie, i całą sytuację w filmie „Poranek”) – o „prezydenckim jaku” słyszeli i mówili także ludzie w innych środkach masowego przekazu, o „prezydenckim jaku” informować miał też P. Paszkowski, rzecznik MSZ, i to także rządową telewizję:

„I przed sekundą dosłownie otrzymałem informację od rzecznika sz... rzecznika polskiej dyplomacji, rzecznika MSZ-u, Pana Piotra Paszkowskiego, który potwierdził, że prezydencki samolot JAK 40 rozbił się niedaleko lotniska wojskowego w Smoleńsku. JAK 40 rozbił się niedaleko wojskowego lotniska w Smoleńsku... (…) Przypomnę raz jeszcze: informacja sprzed kilku sekund dosłownie: rzecznik MSZ-u Pan Piotr Paszkowski potwierdza w rozmowie z TVN24, że według wstępnych informacji prezydencki samolot JAK 40 którym Prezydencka Para, prezydencka delegacja leciała na 70 rocznicę zbrodni katyńskiej, rozbił się podchodząc do lądowania niedaleko wojskowego lotniska w Smoleńsku. Mamy dwa źródła REUTERS i rzecznik MSZ-u: Prezydencki JAK 40 rozbił się niedaleko lotniska, na lotnisku w Smoleńsku. Ta informacja dotarła do nas około godziny 9-tej.Nie chcieliśmy jej Państwu podawać bo nie mieliśmy żadnych sprawdzonych informacji. Nie robimy tego nigdy.

Teraz mamy potwierdzenia z 2 źródeł, z agencji Reutera, na którą powołuje się także Polska Agencja Prasowa i od rzecznika MSZ-u Piotra Paszkowskiego:maszyna polska Rzeczpospolitej Polskiej JAK 40 z Prezydencką Parą z innymi gośćmi których Para Prezydencka zabrała na pokład i leciała do Katynia na uroczystości 70 rocznicy zbrodni katyńskiej, rozbił się niedaleko wojskowego lotniska w Smoleńsku”(http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... otyla.html). Gdy zresztą udaje się na antenie połączyć z Paszkowskim (koło 9.34 pol. czasu), Kuźniar go w końcu pyta wprost: „Wiemy, że były dwie maszyny – która się rozbiła?” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... ozbia.html).

Co się stało z „prezydenckim jakiem” możemy sobie wyobrazić – w drodze z Warszawy na katyńskie uroczystości (ściślej, w okolicach samego Smoleńska) zamienił się on po prostu w „prezydenckiego tupolewa”. O ile w przekazie medialnym takie metamorfozy to rzecz dość łatwa do wyjaśnienia lub nawet wykonania za pomocą komputerowych animacji, o tyle w przypadku fizycznych obiektów takie przemiany raczej nie zachodzą, zwłaszcza u rządowych samolotów. Na filmie lub w baśni może się zamienić dynia w karocę – z jaka-40 nie sposób mimo wszystko wyklepać Tu 154 M, choćby nawet najlepsi ruscy blacharze się tym zajmowali.

Ponadto, podczas upublicznionej nie tak dawno, słynnej rozmowy (10-04 godz. 9.07 pol. czasu, jeśli wierzyć oficjalnym danym, zastrzegam) jakiegoś dansingbubka (określenie Witkacego) z tzw. centrum operacyjnego, z amb. J. Bahrem – dwukrotnie pada pytanie o to, czy to na pewno „ten samolot”: „Czy to jest pewne, że to był ten nasz samolot, czy nie?” (w stenogramie na stronach i MSZ, i telewizji rządowej ucięto końcówkę „czy nie?”).Pyta o to ów gostek kogoś, kto przecież ma stać na „miejscu wypadku” i kto opowiada ezopową mową, że„nie ma żadnego śladu życia”(http://www.tvn24.pl/12690,1739927,0,1,c ... omosc.html).

Pomijam całą zdumiewającą wprost dramaturgię owej konwersacji (część blogerów i komentatorów nawet powątpiewa, czy dialog jest w ogóle autentyczny – i nie zdziwiłbym się, gdyby nie był, znając już realia „historii smoleńskiej”), wszak nie słychać ani paniki, ani krzyków, ani podenerwowania w czasie tej wymiany zdań – jest ona naprawdę przedziwna. Gostek z „C.O.” (czymkolwiek by to „C.O.” miało nie być tamtego tragicznego dnia) dopytuje więc, czy chodzi o „ten nasz samolot”, jakby... mogło chodzić o inny. Ta kuriozalna wprost sytuacja wydaje się do wytłumaczenia w taki sposób, sądzę, iż wtedy jeszcze „oficjalnie” nie jest wiadomo, z którym samolotem (z tych, jakimi poleciała delegacja), co dokładnie się stało. Albo też z jednym już coś się stało, a losów drugiego jeszcze nie ustalono.

Błyskawicznie więc przyjmie się nad Wisłą narrację (decydować musieli i „fachowcy wojskowi”, i gabinet ciemniaków, ma się rozumieć), iż delegacja wyleciałajednymtupolewem „zapchanym do ostatniego miejsca” i koniec. Nawet bowiem A. Michnik z J. Żakowskim, M. Olejnik i T. Lisem razem wzięci nie uwierzyliby, iż tego samego dnia mogą się wydarzyć dwa wypadki lotnicze z rzędu dwóm specjalnym, wojskowym statkom powietrznym z najwyższymi dostojnikami na pokładach. Tu by żadna poranna gimnastyka ludzi mediów przed kamerami nie pomogła i najlepsi pod słońcem radzieccy eksperci ze „Skrzydlatej Polski” (http://freeyourmind.salon24.pl/339917,skrzydlata-rosja), „Raportu”, „Armii”, „Lotnictwa”, „Nowej Techniki Wojskowej”, „Polski Zbrojnej”, „Przeglądu Lotniczego” (http://wyborcza.pl/1,75478,10984026,Set ... i_tak.html) i innych branżowych, kolorowych, militarnych pism, w których z łezką w oku wspomina się LWP, nie podołaliby w wyjaśnieniu tego, co się stało. Chyba, że naprędce by wymyślono, iż obie rządowe maszyny się zderzyły, bo np. załogi były pijane i znaleźliby się świadkowie z Okęcia (życzliwi borowcy, jak ci, co się pojawili po 10 Kwietnia), którzy by widzieli, jak zataczający się piloci zapewniają wsiadających, że jakoś to będzie.

Jeden z tych samolotów zwyczajniemusiałzniknąć. Padło na „prezydenckiego jaka”. Padło tak z oczywistych względów – gdzieś trzeba było narracyjnie w końcu pomieścić 96 osób. Poza tym na Siewiernym leżały, pamiętajmy, szczątki tupolewa – nie jaka. Ale nawet z tym „leżącym tupolewem”, momentalnie ugaszonym „po upadku” przez paru „strażaków”, zaczął się wnet niezły cyrk związany z ustalaniem i liczby, i listy pasażerów, wszak zrazu wyliczono, iż na pokładzie zmieścić się może ca. 130 osób (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... iejsc.html). To pospieszne wyliczenie zapewne wiązało się z tym, iż w porywach medialnego wichru, jaki przetaczał się przez media owego tragicznego dnia, dochodziło do wyszacowania (niedługo po godz. 10-tej pol. czasu) aż132osób zabitych (http://freeyourmind.salon24.pl/410648,m ... skie-8-132). Powtarzam, 132. Informowali o takiej liczbie ofiar ci sami ludzie, którzy potem twierdzili jakby nigdy nic, iż na pokładzie tupolewa mogło się zmieścić maksymalnie do 100 osób.

Załóżmy jednak teraz, iż faktycznie tupolew wziąłby tylko te ca. 100 osób. Nawet takie założenie przyjmując i tak NIE widać na księżycowym materiale „polskiego montażysty” ani stu foteli, ani blisko stu ciał. Chyba nie znajdzie Pan żadnej osoby, która by powiedziała, że towidaćna pobojowisku. Dąbrowski et consortes choćby się nie wiem jakimi okularami posłużyli i choćby pękli, to nie wypatrzą ani stu foteli, ani stu osób na siewiernieńskich, dostępnych publicznie materiałach. Nie ma do tej pory, tj. od dwóch lat (!), żadnego zdjęcia pokazującego te wszystkie fotele i ciała (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... kiego.html) „po katastrofie”. Jak to możliwe? Przecież przestrzeń, na jakiej dojść miało do lotniczego wypadku, to obszar raptem futbolowego boiska. To nie są jakieś niezbadane, niedostępne knieje, ciemne i zamulone głębiny morskie, skaliste wzgórza itp. Jak więc wyjaśnić taką zagadkę, jeśli „wszystko” stało się „na/nad Siewiernym”?

Można się nią nie zajmować i część osób taką postawę przyjmuje – po prostu nie ma problemu foteli i ciał na pobojowisku. Można też przyjąć, iż fotele z ciałami zapadły się najpierw pod ziemię (np. w wyniku nieziemskiego przeciążenia „100 G”, o jakim donosi raport komisji Burdenki 2, tak jakby chodziło o statek międzygwiezdny i lot w nadprzestrzeni). Jak wiemy jednak z przebiegu zdarzeń z 10 Kwietnia dość szybko przeprowadzono akcję „wydobywania ciał” z „miejsca katastrofy”, tak że już wieczorem informowanooficjalnieo tym, iż wszystkie ciała zostały odnalezione (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... -1004.html). To, naturalnie, jak na skalę zniszczenia samolotu musiało być „wydobywczym” wyczynem nie tylko ruskich ratowników, ale i tych ludzi od załadunku trumien na gruzawiki.

Jako ciekawostkę warto dodać to, iż płk dr E. Klich, jeszcze wieczorem, jak pisze w swej najnowszej książce, widział sporo trumien, choć „wydobywanie ciał” i składanie do trumien zaczęło się już w godzinach popołudniowych. Jeśli więc tylu świadków nie mogło się zrazu „po wypadku” doszukać blisko stu ciał, zaś od momentu ogłoszenia „ewakuacji” przez tyle godzin trwało tych ciał „wydobywanie” i załadowywanie po kilkadziesiąt na gruzawiki, to aż ciśnie się na usta pytanie: ileż to zwłok się nawydobywali ruscy ratownicy podczas tych kompleksowych prac wydobywczych (http://freeyourmind.salon24.pl/355168,il-10-go-kwietnia)? No bo chyba nawet o wiele więcej niż sto?

Co gorsza, mimo tych intensywnych prac, jeszcze przez następne dni „wydobywano ciała spod wraku”, choć znowu nikt tego nie był w stanieudokumentować(pomijając może to zagadkowe zdjęcie I. Pitaleva z zabłąkanymi „ratownikami” z czerwoną trumną – jednego z ruskich fotoreporterów „obsługujących” maskirowkę (http://freeyourmind.salon24.pl/350293,11-49)) lub choćbyzobaczyć.Wg członków „komisji Millera” już 11-04-2010 nie było na pobojowisku żadnych zwłok. Spędzili tam zaś przecież „cały dzień, do nocy”, jak wyznał płk M. Grochowski (http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... d=po15.txt) - to z kolei sytuuje ich wśród rekordzistów w szybkości „badania katastrof”. Można się cieszyć, że choć tyle czasu nadwiślańscy badacze przebywali na „miejscu Zdarzenia”, bo np. należący do nich W. Targalski spędził w Smoleńsku raptem 3 godziny „z czego prawie dwie w samolocie, w oczekiwaniu na wydanie wizy” (http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po03.txt).

Nawiasem mówiąc, skoro już dotarliśmy na siewiernieńskie pobojowisko, bo chwilę temu wspomniałem też o relacji Bahra dla dansingbubka z „C.O.”, to dorzućmy jedną kwestię. Nie tylko ambasador zachowuje się dość dziwnie, jak na okoliczności tak wielkiej tragedii – całą masę dziwnych zachowań prezentują też inni istotni świadkowie. M. Wierzchowski ma wpaść na pobojowisko za „felczerami” (http://freeyourmind.salon24.pl/401203,t ... -smolenska) i mówić:„Może to nie ten samolot? Może to nie oni?”Trudno sobie wyobrazić dziwniejsze pytania – w takiej sytuacji. Jak to: nie ten samolot i nie oni? A kto, jak nie oni?

Przybywa potem ponoć złotousty J. Sasin, główny akustyk prezydenckiej kancelarii, obchodzi pobojowisko, dolicza się od kilku do kilkunastu ciał, przy czym żadnego nie jest w stanie rozpoznać i „domniemuje”, że reszta ciał jest... „we wraku”. Przybywa też A. Kwiatkowski, widzi „korpus w swetrze bez głowy na jakimś rumowisku” i „się wycofuje” (szerzej opisywałem tę kwestię „odstraszających elementów” scenografii w poście http://freeyourmind.salon24.pl/338767,m ... olenskie-3). Obszernie relacje prezydenckich akustyków omawiałem tu http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... -cz-31.pdf (od s. 36) i tu http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... M-cz-4.pdf. Nie trzeba zresztą czytać moich omówień, wystarczy uważnie prześledzić „smoleńskie” wystąpienia publiczne „akustyków”.

To tylko oczywiście garść relacji przywołanych przeze mnie – zaskakuje jednak: brak reakcji typowych, jakie zwykle się pojawiają, gdy ktoś (nieoswojony z takimi widokami) napotyka zmasakrowane zwłoki – zwłaszcza ciała osób bliskich czy znajomych. Najczęściej ludzi zbiera w takich chwilach na wymioty. Tu zaś mamy, jak to określiłem złośliwie w „Czerwonej stronie Księżyca”, lunatykowanie. Świadkowie wchodzą w księżycową fazę i zaczynają się zachowywać w bardzo osobliwy sposób – bez jakiegokolwiek sprawdzania stwierdzają np., że „wszyscy zginęli”, a poza tym przyjmują za oczywiste, że „nie ma kogo ratować”, czyli zachowują się na zasadzie „co się stało, to się nie odstanie”. Nikt nie wpada w jakąś rozpacz, nikt się nie rzuca, by próbować kogoś szukać – nawet Wierzchowski relacjonuje przed ZP, iż zwracał uwagę na... garnitur, udając się za „felczerami”:

„MW: Trudno, no. Przy tym...Każdy gdzieś tam mimo wszystkoma odruch tego...
AM: Mhm.
MW: ...żeby,będąc w garniturze...
AM: Mhm.
MW: ...i tak dalej to tam tego... I widziałem, że oni tam pobiegli. Japoszedłem za nimi...”(http://freeyourmind.salon24.pl/401203,t ... -smolenska)

A jak dodamy jeszcze, iż Wierzchowski sądził (o delegacji), że w ogóle... „wylądowali” (tak przecież, wg jego słów, miał się zwrócić na lotnisku do Bahra), to już zupełnie robi się nieziemska historia, abstrahując już w tym miejscu od „świstu silników tupolewa” i „ciszy”, o których opowiadał także właśnie Wierzchowski.

Wracamy na Okęcie. Trzecia przesłanka dotycząca większej (niż podawana oficjalnie) ilości samolotów lecących z warszawskiego lotniska, to ten mało znany polskiej opinii publicznej, sądzę, a intrygujący artykuł jednej z hiszpańskich reporterek (http://www.elmundo.es/elmundo/2010/04/1 ... 84708.html), z którego fragment, w tłumaczeniu blogerki intheclouds, brzmi tak:

„Dziennikarz Jan Pospieszalski z polskiej telewizji publicznej, jest kolejnym, któremu życie uratował przypadek losu. W piątkowy, późny wieczór (późne godziny w piątek), liczba członków delegacji udających się do Smoleńska, żeby uczestniczyć w uroczystościach upamiętniających Zbrodnię Katyńską tak wzrastała, że organizatorzy postanowili wynająć drugi samolot, który miał zabrać niższych rangą delegatów i dziennikarzy, którzy zazwyczaj towarzyszyli Prezydentowi. Jednym z nich był Jan Pospieszalski, który opowiada, jak ten drugi samolot nie mógł wystartować:

- Nasz samolot miał wylecieć, natychmiast po pierwszym, planowe lądowanie miało odbyć się tylko z 15 minutową różnicą i z takim przekonaniem zajęliśmy miejsca w samolocie. Po rozłożeniu gazety, którą miałem zamiar czytać podczas lotu i już zacząłem lekturę, kiedy kapitan poprosił nas o opuszczenie samolotu. Znaleźli problem techniczny i nie mogli jeszcze wystartować.”(http://MMariola.salon24.pl/408791,10-04 ... nt_5996790). Nawiasem mówiąc, kiedyś dziennikarze śledczy „GP” pytali Sasina „dlaczego pan jakiem poleciał?” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... kecia.html), ale już dziś nikt o to głównego akustyka nie pyta, ponieważ od dawna doskonale „wiadomo”, że wraz z paroma innymi osobami udał się on 8-04-2010 na białoruskie safari konwojem składającym się z trzech aut, do którego nawet prezydencka obsługa medialna miała się zabrać „busikiem” (wg słów Wierzchowskiego), choć z kolei min. A. Duda przed ZP twierdził, iż rozmawiał po tragedii z prezydenckimi fotoreporterami i ci mieli być na Litwie (towarzysząc Prezydentowi), a nie na białoruskim safari (http://freeyourmind.salon24.pl/409802,a ... d-zespolem); mamy tu więc typowy dla „historii smoleńskiej” przypadek bilokacji.

Kwestia dziennikarskiego jaka i panującej pogody po wylądowaniu też jest wciąż przedmiotem sporów, choćby w kontekście tego, co opowiadał W. Cegielski (http://freeyourmind.salon24.pl/296019,ukladanka) (http://freeyourmind.salon24.pl/348163,m ... e-4-juznyj) i w kontekście tych, zamieszczonym na jednym sankt-petersburskim blogu, zdjęć... z Siewiernego (http://freeyourmind.salon24.pl/350751,w ... ernyj-2013). Można to więc potraktować jako czwartą przesłankę – mianowicie otwartą kwestią pozostaje na razie, czy wszyscy ludzie mediów będący w Smoleńsku polecieli jednym, tym samym jakiem (proszę porównać relacje dotyczące iła-76)? Por. też http://clouds.salon24.pl/278143,o-trzec ... -smolenska.

Skora zaś o jaku/jakach mowa. Piąta przesłanka, to przedziwne zachowania i wypowiedzi pilotów jaka będącego na Siewiernym. Wosztyl przecieżnamawiazałogę tupolewa do lądowania (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... kiego.html), choć ma nie być ku temu żadnych warunków, jak twierdzi Muś:„Porucznik Wosztyl rozejrzał się i powiedział: „Nie, teraz to już w ogóle nic nie widać. W tych warunkach to się chyba nie da wylądować. Może lepiej żeby nie lądowali?”. Mgła wchodziła na lotnisko takimi pasami. Wtedy to był moment, że nie było widać już drzew, które stały obok nas”(http://www.tvn24.pl/1,1663248,druk.html) (Wosztyl wspomina to tak http://wyborcza.pl/1,76842,7913721,Tupo ... dowal.html).Przedziwny uśmiech pojawia się na twarzy Wosztyla podczas tego przedziwnego króciutkiego telewizyjnego wywiadu z maja 2010 (www.youtube.com/watch?v=Z7J4uhTr9_k). Przedziwna jest też relacja stewardessy (http://freeyourmind.salon24.pl/407037,stewardessa).

Przedziwnie rozbieżne więc są wersje wydarzeń przez tychże ludzi podawane (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... ensku.html). Przypomnę może w tym kontekście fragment artykułu z drugiej połowy kwietnia 2010 (a więc, gdy stenogramy CVR nie były jeszcze opublikowane):

„Z wojskowego lotniska w Warszawie pierwszy – ok. godz. 5.30 – wyleciał jak-40 z dziennikarzami. Prawie półtorej godziny później – Tu-154 z prezydentem Lechem Kaczyńskim, jego żoną Marią oraz 94 innymi osobami: parlamentarzystami, przedstawicielami Kościołów, dowódcami Sił Zbrojnych, gośćmi, ochroną i załogą. Maszyna z dziennikarzami wylądowała w Smoleńsku ok. 7.20. Jak mówią informatorzy „Rz”, oba polskie samoloty miały ze sobą kontakt radiowy.

– Rządowe maszyny mają kilka różnych radiostacji, które umożliwiają zarówno łączność z krajem, jak i innymi statkami powietrznymi. Wystarczy ustawić odpowiednią częstotliwość – wyjaśnia Andrzej Kiński, redaktor naczelny „Nowej Techniki Wojskowej”. – Nie dziwi mnie więc, że załogi dwóch samolotów z tego samego pułku, lecąc w to samo miejsce, wymieniały się informacjami.

Jak ustaliła „Rz”, załogi rozmawiały, gdy prezydencki tupolew był w powietrzu, a jak-40 już wylądował na pasie lotniska i następnie z niego odkołował. Rozmówcy „Rz” twierdzą, że kontakt urwał się 10 minut przed katastrofą Tu-154, która wydarzyła się o godz. 8.56. O czym rozmawiały załogi obu maszyn? Piloci jaka przekazywali kolegom informacje o pogodzie w Smoleńsku. Mówili, że z minuty na minutę się pogarsza – twierdzą nasi informatorzy. Dodają, że załoga samolotu, który już wylądował, ostrzegała kolegów szczególnie przed gęstniejącą mgłą.

– Taka korespondencja jest swoistą procedurą, którą stosują piloci ze specpułku. Jeśli mają możliwość, przekazują kolejnym załogom przydatne dane – opowiada jeden z pilotów.

Informacje o mgle, która gęstniała nad Smoleńskiem między godziną 9 i 10, potwierdzają świadkowie, w tym dziennikarz „Rz” Piotr Zychowicz. – Do Katynia przyjechaliśmy wcześniej pociągiem – opowiada Zychowicz. – Gdy 10 kwietnia rano dowiedzieliśmy się o katastrofie, natychmiast tam pojechaliśmy. Pół godziny po wypadku mgła była rzeczywiście bardzo gęsta.
Gdy piloci jaka ostrzegali załogę Tu-154 o mgle, ci usłyszeli podobne informacje z wieży kontrolnej lotniska w Smoleńsku. Jego obsługa zasugerowała, by wylądowali na innym lotnisku: w Mińsku, Witebsku, ewentualnie w Moskwie.

– Pilot nie musiał zastosować się do tych ostrzeżeń, ale gdybym od kolegi, który lądował wcześniej na lotnisku, usłyszał takie ostrzeżenie, byłbym na pewno bardziej ostrożny – ocenia jeden z pilotów, z którymi rozmawiała „Rz”. Dodaje, że piloci 36. Pułku Lotnictwa Transportowego znają możliwości obu maszyn, zarówno jaka-40, jak i Tu-154.
– Dlatego załoga tupolewa nie powinna lekceważyć informacji od kolegów – ocenia pilot.

Piloci jaka, chociaż nie widzieli bezpośrednio samego momentu katastrofy, to słyszeli, jak maszyna z prezydentem na pokładzie runęła na ziemię.
– Jako jedni z pierwszych byli na miejscu, zaraz po katastrofie – mówi jeden z pilotów. I dodaje, że szybko zorientowali się, co się stało, i że nie można już nic zrobić. – Nie byli w stanie tam zostać i patrzeć – podkreśla. Oficjalnie 36. specpułk nie udziela na temat katastrofy żadnych informacji.
Dlatego piloci jaka są dla prowadzących śledztwo w sprawie katastrofy jednymi z ważniejszych świadków. Śledczy od razu po wypadku zabezpieczyli zapisy rozmów zarejestrowane przez urządzenia w jaku.”(http://www.rp.pl/artykul/465837.html)

Mowa jest tu o przerwanej łączności o godz. 8.46 pol. czasu (jak nietrudno wyliczyć), co warto zestawić z relacją Wosztyla w prokuraturze, gdzie podawał 8.35 jako porę, kiedy usłyszał silniki tupolewa (http://www.panstwo.net/335-rozdzial-vi- ... katastrofa), jak i z tym, co mówił w wywiadzie dla „Czerskiej Prawdy” w maju 2010 (http://wyborcza.pl/1,76842,7913721,Tupo ... dowal.html), gdzie przyznał, iż nie patrzył na zegarek, choć zaznaczył, że „dosłownie kilka sekund później”, tj. po „katastrofie” zawyły na lotnisku syreny alarmowe.

Jeśliby to działo się w „godzinie Batera”, czyli okolicach 8.36 pol. czasu (http://freeyourmind.salon24.pl/380030,m ... ina-batera), to nawet zgrywałoby się to mniej więcej ze słynną „bilokacją” tupolewa o 8.38 (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... o-838.html) – no ale kłóciłoby się to rzecz jasna z oficjalnym, traktowanym także przez ZP, jako wciąż niepodważalny, scenariuszem „katastrofy”. Chyba nikt dziś, tj. po dwóch latach, nie zakładałby, iż doszło do niej jednak o 8.56, bo i to kłóci się z tym, co już „oficjalnie ustalono”, no i ze świętymi (dla niektórych) „zapisami FMS-a”.

Ta przywołana wyżej relacja z „Rz” (z 23 kwietnia 2010), jakoby piloci z jaka-40 byli „jako jedni z pierwszych na miejscu [katastrofy]”, przy czym... „nie byli w stanie tam zostać i patrzeć”, kłóci się z kolei z tym, co (ludzie z jaka-40) mieli przekazać (na początku czerwca 2010) „Faktowi” nt. ich „internowania” na smoleńskim lotnisku:

„O dziwnym zachowaniu rosyjskich kontrolerów tuż po katastrofie polskiego tupolewa mówili Faktowi ludzie z załogi polskiego Jaka-40, któremu udało się na lotnisku Siewiernyj wcześniej wylądować. Opowiadali, że kilka chwil po rozbiciu prezydenckiej maszyny, z wieży wybiegł jeden z kontrolerów i z przerażeniem krzyczał: „K..a! Co teraz ze mną będzie?”. Szybko zabrały go rosyjskie służby, a polska załoga Jaka-a zamknięta w samolocie przez kilka godzin czekała na nowego kontrolera, by móc dostać zezwolenie na wylot ze Smoleńska.”(http://www.fakt.pl/To-Rosjanie-wprowadz ... 855,1.html).

I jeszcze taki fragment, może bardziej czytelny:

„Członkowie załogi Jaka ruszyli do stojących przy płycie Rosjan z obsługi lotniska.– Krzyczeliśmy do nich, że jest katastrofa, machaliśmy rekami, pokazywaliśmy, by tam natychmiast jechali. Że samolot się rozbił! Żeby nas zabrali, bo może trzeba ratować rannych, pomóc w ewakuacji– opowiada świadek.

– Rosjanie jakby niczego nie rozumieli. Dopiero gdy na nich nakrzyczeliśmy, wsiedli do samochodów i ruszyli w stronę, gdzie rozbił się samolot. Ale po chwili zawracali, bo tam było coś zagrodzone. Musieli jechać inną stroną. Gdy nas mijali, pytaliśmy, czy coś wiedzą, co z tupolewem? Jeden z nich przez otwarte drzwi auta rzucił nam: „Odlecieli”. Nic z tego nie rozumieliśmy.
Gdy auta rosyjskiej obsługi w końcu odjechały, z wieży wybiegł kontroler, głośno przeklinając. – Krzyczał, że będzie miał straszne kłopoty, wielkie problemy. Łapał się za głowę, zakrywał rękami twarz, biegał w kółko i powtarzał, co z nim będzie, że takie straszne kłopoty będzie miał – opowiada nam członek załogi jaka. Kontrolera dobrze zapamiętał, bo wyglądał na bardzo starego człowieka, ze zniszczoną, nalaną, mocno czerwoną twarzą.
– Boże, jacy ludzie tu pracują, pomyślałem – wspomina nasz rozmówca. – Po chwili przez okno wieży wyjrzał człowiek w zielonym mundurze. Wybiegł i zabrał tego kontrolera. Wojskowi zamknęli zaraz wieżę, a nam kazali wrócić do jaka.Nie było z nimi żadnej dyskusji. Kazali i już. Zamknęli nas na kilka godzin w samolocie – relacjonuje.

Załoga jaka musiała pozostać w zamkniętej maszynie. Nie pozwolono im wyjść, nikt nie chciał niczego im powiedzieć o losie załogi i pasażerów prezydenckiego samolotu. – Rosjanie powiedzieli nam, że czekamy na nowego kontrolera, którego ściągają, byśmy mogli odlecieć. Dopiero jak go sprowadzili, dostaliśmy pozwolenie na wylot – mówi nam świadek.”
(http://www.fakt.pl/K-wa-Co-teraz-ze-mna ... 696,1.html)

Tych wszystkich dziwności związanych z legendarną załogą pod dowództwem Wosztyla jest zatem bez liku – dorzućmy jeszcze włączanie i wyłącznie magnetofonu w jaku, bo... oszczędzano prąd:„Po tym jak Rosjanie odeszli na inne lotnisko magnetofon, tak jak wiele innych odbiorników, wyłączyliśmy. Byliśmy tam bez akumulatorów a nie wiedzieliśmy, czy dojedzie zasilanie lotniskowe. Później włączyliśmy już tylko naszą radiostację, bez magnetofonu. Szkoda”(http://www.tvn24.pl/1,1663248,druk.html).

Można wprawdzie wziąć poprawkę na to, iż załogą tą zajęła się (po wylądowaniu jaka-40) FSB, co w istotny sposób (tak jak u moonwalkera Wiśniewskiego), mogło wpłynąć na postrzeganie świata przez Wosztyla etc., a poza tym w następnych miesiącach jeszcze załogę tę goniła wojskowa prokuratura za „lądowanie wbrew przepisom” na ruskim lotnisku (po roku tej „gonitwy” sprawę umorzono) – ale problem jest o wiele szerszy, podejrzewam. Kwestia pilotów i całego 36 splt po tragedii to jednak temat na osobną dyskusję – zwłaszcza w kontekście relacji i zachowań B. Stroińskiego (który, nawiasem mówiąc, nie tylko „odczytywał” zapisy CVR w Moskwie, a stenogramów potem nie podpisał, nie wiedzieć czemu, ale ponadto, o czym mało kto pamięta, miał początkowo... lecieć 10-04 http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... otu-2.html), G. Pietruczuka czy też byłych szefów 36 splt, dość ostentacyjnie obciążających winą załogę tupolewa (najbardziej z nich brylował chyba R. Latkowski, ale nie on jeden (http://freeyourmind.salon24.pl/355900,b ... e-byly-bzy)). To wszystko to wierzchołek góry lodowej związanej z rozsianymi po przeróżnych instytucjach „fachowcami wojskowymi”, mówiąc eufemistycznie (por. też http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... nskie.html i http://www.tvn24.pl/0,1663904,0,1,zabra ... omosc.html, http://swiat.newsweek.pl/zaloga-prezyde ... 2,1,1.html).

Po szóste, słynni świadkowie okęccy, jak T. Szczegielniak (http://freeyourmind.salon24.pl/398929,t ... e-okecia-2) czy A. Klarkowski (niestety nie przesłuchiwany przez ZP, a tylko pojawiający się w paru wywiadach (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... etnia.html)) – dość późno , jak na wagę sprawy, składający publicznie swoje zeznania – NIC nie są w stanie powiedzieć o tym, co się działo, gdy odlatywali dziennikarze (por. też taką ciekawostkę http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... etnia.html). Z tego można wnioskować, że na lotnisko przybyli koło 6-tej, a nie np. przed 5-tą (o ile mówią prawdę, zaznaczam, nie są to bowiem zeznania pod przysięgą i mogące skutkować odpowiedzialnością karną). Tymczasem część pasażerów właśnie na wczesne godziny miała się stawić na Okęciu, por. relację p. E. Sawickiej nt. śp. S. Mikke:„Staszek mówił, że leci samolotem o bardzo wczesnej godzinie, o 3 lub 4 rano”http://www.rp.pl/artykul/466762.html; czy ktoś przybywałby więc na lotnisko tak wcześnie, gdyby wylot planowano na 7-mą?

Po siódme, ujawnione jak dotąd tylko we fragmentach (ciekawe, czemu), dialogi z 10-04 w Centrum Operacji Powietrznych (http://freeyourmind.salon24.pl/294090,c ... a-narracje), relacja adiutanta śp. B. Kwiatkowskiego przekazana przez p. K. Kwiatkowską:„Moje obawy całkowicie rozwiał telefon od adiutanta męża, który poinformował mnie, że on najprawdopodobniej poleciał jakiem. I naprawdę przez długi czas wierzyłam, że Bronek jednak żyje”(http://naszdziennik.pl/index.php?dat=20 ... d=po29.txt) czy informacje p. E. Błasik o planach z jakiem z Dowódcami, którego miał pilotować gen. Błasik.

W tym kontekście należy wspomnieć o ruskiej dezie z „Błasikiem za sterami tupolewa” (http://www.tvn24.pl/12690,1677683,1,1,c ... omosc.html) (http://www.wprost.pl/ar/197733/General- ... a-sterami/)).Ta deza była kolejną formą oczerniania wizerunku zamordowanego szefa sił powietrznych, któremu to Dowódcy, jak wiemy, Ruscy nawet imputowali pijaństwo na pokładzie. Dodajmy, że włączył się w to dezinformacyjne działanie także... (drugi) pilot jaka-40, R. Kowaleczko (co dodatkowo potwierdza moje, formułowane wyżej, podejrzenia, ws. do dwuznacznej roli załogi „dziennikarskiego jaka”, czy szerzej: ludzi z 36 splt, po tragedii):

„Pilot jaka-40 Rafał Kowaleczko stwierdził, że Błasik nigdy nie wywierał presji na pilotów. Jeśli czegoś chciał, to po prostu brał sprawy w swoje ręce. Dosłownie. „Panie poruczniku, pan siedzi na moim miejscu. Ja będę leciał" – miał kiedyś usłyszeć od niego Kowaleczko. „Tak zachowywał siętylko i wyłącznie gen. Błasik. Ja takich sytuacji miałem około trzech, w tym czasie siedziałem w przedziale pasażerskim. Gen. Błasik kazał mi opuścić fotel pilota jeszcze przed startem. I siedział na moim miejscu do momentu lądowania. Takie zdarzenia miały miejsce w 2008 i 2009. Były to loty do Dęblina i Malborka (…). Inni moi koledzy z jaka-40 też spotykali się z takim zachowaniem” – zeznał w prokuraturze. Bywało tak, że Błasik zjawiał się w kokpicie jeszcze przed startem, siadał za sterami, a pilotowi kazał zostać na ziemi. Kowaleczko przyznaje jednak, że nie słyszał, by generał zachowywał się w ten sposób także w tupolewach.”
(http://www.wprost.pl/ar/215756/Zapis-sm ... 15756&pg=2)

Zupełnie bowiem inaczej brzmiałaby opowieść smoleńska z 10-04 o „siedzącym za sterami” Dowódcy sił powietrznych, gdyby okazało się, że gen. Błasik był za sterami jaka, do czego miał pełne uprawnienia – i np. ze względów bezpieczeństwa wiózł osobnym statkiem powietrznym część delegacji (w „Czerwonej stronie Księżyca” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... M-cz-2.pdf, s. 42) sugerowałem, że nawet w stenogramach zrekonstruowanych przez krakowski IES można się doszukać śladu korespondencji między załogą tupolewa a „jakiem Błasika”). Taki podział delegacji byłby z pewnością całkowicie uzasadniony choćby w związku z komunikatem (z 9 kwietnia 2010) o zagrożeniu terrorystycznym, o którym tyle kiedyś mówił Macierewicz – ale też w związku z planowanym roboczym spotkaniem sztabów Polski i ruskim (http://freeyourmind.salon24.pl/358381,wizyta).

Po ósme przesłanka z posiedzenia ZP: pytanie jednego parlamentarzysty na przesłuchaniu Wierzchowskiego: „A czy pan widział lub słyszał, jak lądowały wcześniej samoloty?Jaki? Jak lądowały?”(http://freeyourmind.salon24.pl/401203,t ... -smolenska), korespondująca z relacjami moonwalkera Wiśniewskiego o tym, jakoby słyszał jakieś jeszcze jedno lądowanie samolotu:„myślałem, że samolot leci pusty. Godzinę wcześniej wydawało mi się bowiem, że maszyna lądowała. Wówczas również słyszałem huk silników. Gdy więc usłyszałem go ponownie, myślałem, że nasza delegacja wylądowała już bezpiecznie, a samolot leci załatwić jakieś sprawy techniczne, na przykład zatankować, albo wraca do Polski i potem przyleci z powrotem po prezydenta. Mimo to podszedłem do okna, żeby zobaczyć maszynę”(http://www.rp.pl/artykul/460798.html). Pamiętajmy, że zrazu pojawiały się (po paru dniach „wyciszone”) relacje o tym, iż tupolew najpierw, tj. koło 8.30 pol. czasu miał... „pierwsze nieudane lądowanie” (http://www.fakt.pl/wydanie-specjalne/, s. 4-5).

Po dziewiąte – przesłanka dot. zapasowego samolotu (obligatoryjnego w przypadku delegacji na wysokim, państwowym szczeblu) – nawet w dokumentacji millerowców pojawiają się w tej sprawie znaki zapytania (http://freeyourmind.salon24.pl/346626,k ... kich-gosci) (http://freeyourmind.salon24.pl/346023,s ... cze-i-inne – tu przy okazji mowa o fałszowaniu dokumentacji w 36 splt). Po dziesiąte – to że wiele instytucji, jak też dziennikarzy śledczych, pewnych kwestii ani pewnych miejsc (np. Okęcia), tudzież pewnych ludzi, w ogóle „nie rusza”, tak jakby nie istniały/nie istnieli :). Sądzę więc, że już z tego (przydługiego, a i tak chyba niekompletnego) wyliczenia można wysnuć wniosek, iż przesłanek podważających oficjalną narrację okęcką jest naprawdę sporo i pochodzą z różnych źródeł, a nie jednego miejsca, które można by w łatwy sposób „zdyskwalifikować” (na zasadzie „zaszło medialne przekłamanie” lub „ktoś coś pokręcił”).

Natomiast, co do Witebska, to mamy jeszcze większą czarną dziurę niż w przypadku Okęcia – oficjalnie bowiem powiada się, że lotnisko nie było czynne (http://mmariola.salon24.pl/269208,e-kli ... w-witebsku), czyli załoga po głupiemu je wpisała do planu lotu, a ten plan po głupiemu klepnęła (bez odrzucania) masa instytucji, nie dostrzegając słonia w menażerii. Co więcej, nawet w przestrzeni powietrznej (mińska ani moskiewska) kontrola obszaru nie poinformowała załogi o nieczynnym witebskim lotnisku, choć miano przecież ostrzegać przed złymi warunkami atmosferycznymi w Smoleńsku, a w związku z tym wybór zapasowego lotniska byłby oczywisty (http://freeyourmind.salon24.pl/340065,p ... stenogramy). Żeby już było „najśmieszniej”, nawet „komisja Millera” w swojej dokumentacji przyznaje, że załoga przed odlotem otrzymywała informacje za pomocą depesz o pogodzie w Witebsku (http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... M-cz-5.pdf, s. 22; pseudoraport Millera, s. 38-39).

Witebskie poszlaki podaję w rozdziale o „leśnym dziadku z Witebska” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... M-cz-1.pdf, s. 156), tym dziadku od tychże słynnych smoleńskich materiałów (http://www.tvn24.pl/-1,1652433,0,1,wymi ... omosc.html) – oraz w najważniejszej części mojej książki, czyli tej zatytułowanej „W wielowymiarowej ruskiej zonie”.

ciąg dalszy poniżej:


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 25 maja 2012, 06:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
W przypadku rekonstrukcji zdarzeń związanych z autentyczną tragedią (nie zaś z osłaniającą ją maskirowką) jesteśmy w wyjątkowo trudnej sytuacji, ponieważ opieramy się na przypuszczeniach, a nie na materialnych dowodach, zaznaczam. I trudno by było inaczej, skoro śledztwo dopiero trwa, przypominam. Zakładając, iż zapisy CVR są spreparowane, musimy myśleć niejako „pod prąd” tego, co się oficjalnie głosi – to zaś wcale nie jest łatwe (http://freeyourmind.salon24.pl/343314,minsk-kieruje) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... asowe.html). Jako ciekawostkę dot. CVR dorzucę w tym miejscu to, iż już wieczorem 10 Kwietnia pojawia się „news”, że Ruscy ni mniej ni więcej tylko „odczytali zapis rozmów z załogą Tu 154” (http://3.bp.blogspot.com/-P-NWvH-4KJo/T ... pols12.png), a więc zanim zajęli się „odczytami” w towarzystwie kolegów znad Wisły.

Sytuację z witebskimi poszlakami komplikuje dodatkowo fakt, iż nikt tam, tj. w Witebsku, nie badałżadnychtropów, nie robiono reportaży, nie przepytywano ludzi (nawet pracujących na lotnisku) – nie próbowano nawetzbliżaćsię do tego miasta i jego dwóch lotnisk – Wostycznyj (położonego ponad 10 km na wschód w stronę Smoleńska) i... Siewiernyj (północnego). (Nawiasem mówiąc wątek „białoruskiego safari” akustyków prezydenckich też pozostaje nietknięty w przesłuchaniach ZP – do dziś nie wiemy, co porabiać mieli przez blisko dwa dni na Białorusi prezydenccy urzędnicy – o ile w ogóle tam byli). Jasne, ktoś może powiedzieć: po co badać cokolwiek w mieście, w którym „nic się nie działo”. Czy jednak wiemy, że nic się nie działo, czy tylko za niezwykle życzliwymi nam Ruskami przyjęliśmy, że „nic się nie działo”? Na smoleńskim Jużnym coś się działo i nikt tam się nie udał z ekipą reporterów. Na smoleńskim Siewiernym i w okolicy sporo się działo, a materiałów wideo tyle, co kot napłakał. Nie sądzę więc, by „dzianie się” korelowało z filmowaniem i dokumentowaniem. Raczej może zachodzić odwrotna zależność: im więcej się dzieje, tym mniej wideo z tym związanego.

Do leśnego witebskiego dziadka S. Serebro nikt z rządowej telewizji, mimo upływu już dwóch lat, nie dotarł z prywatną dziękczynną pielgrzymką, jak kiedyś red. G. Miecugow do doc. S. Amielina (http://www.tvn24.pl/0,1698758,0,1,nie-ma-jednej—to-byl-caly-zespol-przyczyn-katastrofy,wiadomosc.html), którą analizowałem (tak jak i całą postać „pasjonata lotnictwa” ze Smoleńska) tu http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... -cz-31.pdf. Po Witebsku nie krążyła śledcza ekipa „Misji specjalnej” ani „Superwizjera”, a przecież o Witebsku mowa jest nie tylko w „stenogramach rozmów” pilotów, lecz i w filmie „Syndrom katyński” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... M-cz-4.pdf, s. 12), gdzie nikt nie wspomina, iż było nieczynne (w „Syndromie” pokazane są „mińskie” zobrazowania radarowe i jest „wywiad” z jednym z „kontrolerów” z Mińska).

10 Kwietnia, jak doskonale powinniśmy pamiętać, Ruscy solennie zapewniali (wprost rwali sobie włosy z głów), iż namawiali upartą załogę tupolewa do odlotu na „lotniska zastępcze” (http://wiadomosci.onet.pl/swiat/pilotow ... omosc.html) czy, wg słów Plusnina, „lądowanie w innych miastach” (http://www.fakt.pl/Problem-z-jezykiem-p ... 054,1.html). Przy tej okazji przyjrzyjmy się końcówce zlinkowanej rozmowy z Plusninem twierdzącym, że polska załoga w pewnym momencie przestała „przekazywać jakiekolwiek informacje”. Reporterka pyta go, uwaga, czy tupolew„jeszcze raz zawrócił, podszedł do lądowania, nie wylądował, a potem skierował się na zapasowe lotnisko? Czy nie tak?”,na co Plusnin odpowiada:„Nie, nie. Inaczej. Zawrócił i tyle. Potem rozpoczął podejście”. Zawrócił? (por. ponownie http://www.fakt.pl/wydanie-specjalne/)

Witebsk jest od dwóch lat praktycznie niezbadany (tak jak i smoleńskie Jużnyj (http://freeyourmind.salon24.pl/348163,m ... e-4-juznyj, choć działało 10 Kwietnia; ruskie szympansy z Siewiernego łączą się z Jużnym podczas „pracy wieży” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... wiezy.html))). co więcej, w „Uwagach” do raportu komisji Burdenki 2, mowa jest o tym, że zrazu nie przekazano „stronie polskiej” zobrazowań radarowych z białoruskiej i ruskiej przestrzeni powietrznej, co przy braku danych z Okęcia stanowi „komplet” blackoutowy, że się tak wyrażę. Lektura „Uwag” to bardzo zajmujące zajęcie :) (http://freeyourmind.salon24.pl/345616,uwagi-do-uwag) – także jeśli chodzi o Siewiernyj, ale już nie będę tego wątku teraz rozwijał – wspomnę tylko, iż na pytanie, czy były jakieś lądowania na smoleńskim wojskowym lotnisku 10-04 rano przed przylotem jaka-40, Ruscy nie udzielili „stronie polskiej” odpowiedzi.

Myślę więc, że sprawa dokładnego dochodzenia ws. Witebska to rzecz wciąż do zrobienia. Nie liczyłbym jednak na razie w tej materii na prokuraturę :). Na pewno, jeśliby 10 Kwietnia miano skierować delegację prezydencką na zapasowe lotnisko, to tam, tj. na witebskie Wostocznyj, byłoby najbliżej – i zarazem nie budziłoby to wstępnie żadnych podejrzeń ani pilotów, ani lecących z nimi osób. Nie muszę przypominać, że przecież w samym Smoleńsku i w Katyniu krążyły na długo „przed katastrofą” wieści, iż delegacja zostanie właśnie skierowana na inne lotnisko (http://freeyourmind.salon24.pl/320751,wyczekiwanie). Z punktu widzenia zamachowców „nieczynny” (o czym dowiedzieliśmy się ex post) Witebsk był najprostszym rozwiązaniem.”


ZB:Marek Dąbrowski, współpracujący z Zespołem Parlamentarnym, powiedział w wywiadzie 02 maja br.: "Przełomowe znaczenie w zakresie technicznym miały analizy raportów Universal Avionics dotyczące zapisów FMS i TAWS, przeprowadzone w lecie 2011 przez doktora Nowaczyka". Pan wyraża tu wątpliwości. Dlaczego?

FYM: Może dla Dąbrowskiego to był przełom, dla mnie i dla wielu innych osób, z którymi dyskutujemy na blogach – nie. Tak samo jak przełomem nie było dla mnie i dla innych blogerów opublikowanie informacji o „zamrożeniu pamięci” FMS-a w raporcie komisji Burdenki 2 (http://fymreport.polis2008.pl/?p=7179), powtórzonej potem, z niezrozumiałych dla mnie względów, w „Białej Księdze” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... 4%99ga.png). Rzecz tragedii z 10-04 bowiem nie sprowadza się do losu jakiegoś komputera pokładowego ani nawet do losu jakiegoś Tu 154 M, lecz do losów ludzi, którzy mieli wziąć udział w delegacji z polskim Prezydentem. Podkreślam: chodzi olosy osób, a nie żadnych maszyn czy urządzeń. Jeśli zaś ruskie dane traktujemy jako niewiarygodne, to nie możemy traktować jakowiarygodne danych dotyczących „końcówki lotu”. Mnie się wydaje to tak oczywiste, że aż dziwię się, iż ktokolwiek mógłby pomyśleć inaczej, cóż jednak mogę poradzić, jeśli ktoś kwestię kwietniowej tragedii traktuje w kategoriach losów „komputera pokładowego”. Jak już mówiłem w wywiadzie dla Amelki222 (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... ki222.html):

„Eksperci(ZP)uważają, iż Ruscy, prowadząc śledztwo we własnej sprawie i dokonawszy bombowego zamachu na pokładzie (ewentualnie zestrzelenia tupolewa nad Siewiernym) – pozostawiliby w raporcie (sterowanej ręcznie przez Putina) ruskiej „komisji badawczej” rzetelne dane świadczące o tym wysadzeniu/zestrzeleniu. Moim zdaniem to jest majstersztyk logicznego rozumowania i właściwie w tym momencie pozostaje wyłącznie powiedzieć brydżowe „pass”. Już chyba mądrzej bowiem do sprawy podejść się nie da, skoro sięzakłada to, że kraj specjalizujący się od dziesięcioleci (!) w wojnie informacyjnej pozostawia w oficjalnym państwowym dokumencie związanym z wydarzeniem tej rangi co tragedia z 10-04, szczegółowe informacje, z których można wywnioskować, iż doszło do zamachu dokonanego przez tenże kraj.Ruscy więc sami się podkładają własnym „raportem” Zespołowi smoleńskiemu, gdyż wcześniej żadna z instytucji tego (tj. ukrytej informacji o zamachu) nie dostrzegła.”

Czymś zupełnie irracjonalnym (delikatnie ujmując) jest założenie, iż Ruscy sami z siebie by zawarli czy pozostawili w swoim raporcie takie dane, które wskazywałyby na zaistnienie zamachu, że przeoczyliby je lub zbagatelizowali. To jest czysty absurd. Nonsens, kompletny. Nie ma najmniejszych podstaw, by traktować ruskie oficjalne dane jako wiarygodne, a tym bardziej pozwalające się potraktować jako dowód zamachu. Jeśli więc zakładamy, iż narracja moskiewska jest niewiarygodna (tak jak śledczy wie, że zbrodniarz ukuł sobie fałszywe alibi), to rozsądek nakazuje po prostu odrzucić ruskie dane i szukać innych. Możliwości badania innych materiałów niż te „udostępnione” przez Rusków jest wiele – sporo śladów zbrodni jest nad Wisłą, choćby w postaci dowodów rzeczowych, ciał ofiar czy relacji świadków, których można przesłuchać. Jest też jeszcze to, na co zwraca uwagę choćby bloger Albatros... z lotu ptaka – możliwość dotarcia do satelitarnych źródeł, z analizy których wynika np., że na Siewiernym 10-04 w godzinach porannych i przedpołudniowych nie było żadnego pożaru.”


ZB: Zauważył Pan na pewno, iż nasz wywiad sprzed tygodnia wywołał kilkudniową burzliwą dyskusję między obrońcami teorii Zespołu Parlamentarnego i grupą Pańskich zwolenników. Dlaczego tak się dzieje? Czy niemożliwa jest tu zgodna współpraca, a przynajmniej pokojowe współistnienie?

FYM: „Pan wybaczy, ale nie śledziłem tej dyskusji. Na moim blogu i na blogach osób, które wspólnie ze mną i innymi blogerami zajmującymi się maskirowką, prowadzą dyskusje, czytuję uważnie, rzecz jasna, wymianę poglądów – natomiast komentarzy czy tekstów osób, które zajmują się szerzeniem oszczerstw od długiego już czasu nie śledzę. Nie interesuje mnie, co sądzą ludzie niezdolni do racjonalnego zastanowienia się nad tym, co się stało 10 Kwietnia i nad śledztwami wokół tej sprawy – wydaje mi się zresztą, że zagadnienie tragedii jest tak poważne, iż zupełnym nieporozumieniem i stratą czasu jest zajmowanie się poglądami takich osób.

Jeśli zaś Pan raczy mówić o „grupie moich zwolenników”, to proszę nie mieć mi za złe, jeśli powiem, że nie za bardzo rozumie Pan, o co tu chodzi – jest to wszak zafałszowanie obrazu sytuacji. Wyjaśnię więc Panu, że mówimy o śledztwie ws. największej powojennej tragedii polskiej, nie zaś o tym, czyim kto jest „zwolennikiem” w jakiejś sprawie. Trudno sądzić poza tym, by np. prof. J. Trznadel, jeden z najwybitniejszych polskich współczesnych intelektualistów, był... „moim zwolennikiem” (http://freeyourmind.salon24.pl/417743,w ... -trznadlem) (http://dakowski.salon24.pl/344309,zamac ... ol-hipotez) (http://freeyourmind.salon24.pl/344357,w ... j-trznadla). Proponuję tedy Panu wziąć pod uwagę taką sytuację, że może coraz więcej osób po prostu mapodobny pogląd jak ja czy inni blogerzy zajmujący się maskirowką, może coraz więcej osób odkrywa coś, co i inni wcześniej dostrzegli.

Natomiast przeróżni zaślepieni głupcy (inaczej takich życzliwców nie umiem nazwać – i nie mam na myśli Pana, rzecz jasna) sprowadzić chcą (niewygodną) kwestię blogerskiego śledztwa do walki z konkretnymi osobami, tak jakby wystarczyło zagłuszyć kogoś i problem sam zniknie. W swej ślepocie ci ludzie nie są w stanie dostrzec, iż problem polega właśnie na tym, że wiele osób zadaje sobie te same pytania, co ja czy inni blogerzy od maskirowki. Zwyczajnie – wiele osób zadaje sobie te same pytania. Coraz więcej osób dostrzega, jak mnóstwo znaków zapytania jest wokół, zdawałoby się, tego, co „oczywiste”. Kwestie związane z maskirowką mógł więc postawić ktokolwiek – niekoniecznie nawet ja. Ktoś zupełnie inny mógł wpaść na to samo – nie ja. Przypomnę, że takie sygnały, tzn. że na Siewiernym mogło dojść do makabrycznej inscenizacji, pojawiały się na różnych blogach (np. znakomitej intheclouds, arturba i in.), na długo zanim ja sformułowałem swoją koncepcję. Problem maskirowki bowiem wyłania się na tle samej analizy materiałów dot. „Smoleńska”, nie zaś w związku z którymkolwiek z blogerów.

Jeżeli zaś ktoś rozumie prowadzenie dochodzenia (w tak poważnej sprawie) jako opowiadanie się za X-em lub Y-iem, to nie wie, na czym polega śledztwo. Niestety, tak się stało, iż część ludzi tak pojmuje kwestie związane z badaniem przyczyn i przebiegu zamachu, część ludzi jednak celowo w taki sposób „ustawia debatę”, by nieustannie zaogniać konflikty, a więc, by kooperacja nie zachodziła (http://freeyourmind.salon24.pl/338253,s ... olenskie-2). Albo jesteście „po stronie Macierewicza”, albo won. To fanatyzm i głupota, niejednokrotnie połączone z chamstwem czystej wody (dokładnie takim, jakie prezentuje Niesiołowski). W śledztwie można stać tylko i wyłącznie po stronie prawdziwościowego wyjaśniania – bez względu na jakiekolwiek sympatie polityczne. Jeśli dla kogoś sympatie polityczne są pierwszorzędne i ważniejsze od prawdy, to niech przestanie udawać, że chodzi mu o jakieś rzetelne ustalanie faktów.

To tak na początek mojej odpowiedzi. Myli się Pan też, mówiąc o problemach ze zgodną współpracą czy współistnieniem różnych koncepcji i osób. Jestem pewien, że nie zna Pan wielu moich tekstów choćby sprzed ponad roku (tak zresztą, jak ci, co szerzą oszczerstwa na mój czy innych blogerów temat). Ta współpraca początkowo (tj. gdy zimą 2011 kształtowała się „hipoteza dwóch miejsc”, skrótowo h2m) była. Co więcej, mogę podać przykłady postów, które ją egzemplifikowały (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... gedii.html) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... enska.html) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... szcze.html).

Osobiście, formułując hipotezę dwóch miejsc, nie kryłem zrazu tego, iż traktuję to podejście jako właśnie hipotetyczne (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... -zone.html) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... stwie.html), a więc otwarte na potencjalną falsyfikację, gdy np. pojawią się dowody obalające. Trudno jednak, bym z biegiem czasu, gdy z rosnącym zaskoczeniem (wcale nie miłym) odkrywałem, iż wstępne przypuszczenia okazują się jak najbardziej prawdziwe – a więc, gdy coraz więcej znajdowało siępotwierdzeń, iż na Siewiernym dokonano jedynie makabrycznej inscenizacji, by przesłonić autentyczny zamach – naraz zaprzestał traktować hipotezę coraz poważniej, co sygnalizowałem w połowie roku 2011 w tekście http://freeyourmind.salon24.pl/312715,w ... siewiernym. Trudno, by człowiek po odkryciu, że jakieś wydarzenie miało inny przebieg niż sądził wcześniej, obstawał przy poprzednim „wzorcu myślenia” o tymże wydarzeniu. Zresztą takie „rewizje śledztwa” są chlebem powszednim kryminalistyki, czyli wszelkich dochodzeń ws. poważnych zbrodni.

O jakie przypuszczenia chodziło? Np. co do braku dokumentacji związanej z oględzinami miejsca czy oględzinami zwłok (http://freeyourmind.salon24.pl/344189,p ... skim-okiem), braku materiałów satelitarnych, braku wielu ciał na pobojowisku, braku foteli etc. (http://freeyourmind.salon24.pl/304267,z ... siewiernym). Warto w tym kontekście posłuchać choćby wypowiedzi p. S. Zagrodzkiego na posiedzeniu ZP w grudniu 2011; rok wcześniej zresztą, tj. w październiku 2010, podobne uwagi (choć wyrażone w łagodniejszy sposób) zgłaszała na posiedzeniu ZP p. E. Kochanowska, kończące się stwierdzeniem:„wydaje mi się w pełni uzasadniony niepokój, obawa, przerażenie: jak zginęli nasi bliscy i właściwie, kogo pochowaliśmy”(http://freeyourmind.salon24.pl/418569,t ... nt_6138670)). Co więcej, był przez chwilę nawet taki czas jesienią 2011, iż udało się nakłonić przedstawicieli rodzin ofiar, do udzielania odpowiedzi na moje pytania (por. np. http://freeyourmind.salon24.pl/367480,w ... ny-kurtyki) – nawet to jednak dość szybko ktoś uciął.

Jak się bowiem pojawiła (przynajmniej dla mnie) ta hipoteza dwóch miejsc? W taki sposób, iż założyłem (zgodnie z niewymagającym chyba żadnego dowodu stwierdzeniem), iż Ruscy ws. tragedii łżą jak pies – a więc, że skoro Ruscy tak usilnie podkreślają, tak się zaklinają, zapewniają, iż „oni tam lądowali w tamtej mgle” - to może należałoby spojrzeć na wydarzenia z 10-04, jakby polscy piloci wcale NIE lądowali. Może właśnie to z lądowaniem czy podchodzeniem do lądowania jest największe kłamstwo smoleńskie, z którego wyrastają wszystkie inne, mniej lub bardziej narracyjnie skomplikowane (typu pancerna brzoza, szukanie ziemi wzrokiem, nieznajomość rus. języka, lekceważenie wskazań przyrządów, brawura, uleganie naciskom, dezorientacja poznawcza pilota, niewyszkolenie itd.).

Oczywiście takie postawienie sprawy wymagało oderwania się (odejścia) nie tylko od Siewiernego, lecz i od „zapisów CVR”, które przecież wbijały nam w pamięć pewien skonstruowany w Moskwie przebieg tego, co się miało rzekomo dziać. Takie odwrócenie, a ściślej, totalne podważenie oficjalnej narracji, wymagało też znalezienia odpowiedzi na to, co wobec tego działo się na Siewiernym (vide sprzeczne relacje świadków) i do jakiego stopnia spreparowane zostały „rozmowy załogi z wieżą” (i z którą wieżą załoga rozmawiała, swoją drogą (http://freeyourmind.salon24.pl/352625,o ... mnej-wiezy)). W szerokim gronie zaczęliśmy się więc zastanawiać, co by było gdyby „oni” wcale tam nie lądowali – zaczęło się badanie przeróżnych hipotetycznych wariantów (poczynając od innego miejsca w Smoleńsku – np. w okolicach pomnika czołgu (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... howca.html), poprzez bazy lotnicze w okolicy (Sieszcza, Szatałowo i in.), inne ruskie lotniska (np. Briańsk), na białoruskich lotniskach kończąc (zwłaszcza Witebsk, lecz są i inne warianty analizowane przez blogerów).

Zupełnie odmienny jednak proces (w stosunku do poważnego traktowania h2m przez nas) nastąpił w środowisku osób, dla których praca Zespołu była niczym życiowy drogowskaz, od którego nie ma mowy o jakimkolwiek odstępowaniu, mimo że (nie tylko ja) blogerzy od maskirowki starali się „podpowiadać” ludziom z ZP, na co należy zwrócić w śledztwie uwagę, tzn. gdzie się pojawiają znaki zapytania i jakie zagadnienia należałoby podrążyć (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... kiego.html). O ile więc blogerzy tacy jak ja, w momencie poddania w wątpliwość podejścia na Siewiernym, zaczęli nagle odkrywać coraz to więcej puzzli pasujących do siebie – o tyle „druga strona”, czyli ta przywiązana za wszelką cenę do hipotezy z zamachem na Siewiernym i stawiająca sobie za zadanie „bronienie ZP”, zaczęła pałać rosnącym gniewem, wściekłością i nienawiścią wprost, które to reakcje były irracjonalne i szokujące (nie tylko dla mnie).

Najpierw wściekłość życzliwców narastała w związku z rozwijaniem się h2m, potem przeszła w ślepą furię w związku z analizą przesłuchań prezydenckich akustyków (zgodnie z zasadą, że „naszych nie wolno ruszać”). A potem, gdy w blogosferze zaczęły się pojawiać coraz większe wątpliwości, także co do mało efektywnych prac ZP (przesłuchanie znikomej ilości świadków i wstrzymanie dalszych przesłuchań po spotkaniu z moonwalkerem S. Wiśniewskim (http://freeyourmind.salon24.pl/346931,w ... a-i-innych), nieprzesłuchanie świadków katyńskich np. parlamentarzystów z min. A. Macierewiczem na czele) – pojawiła się nagonka z pałowaniem i obrzucaniem nieczystościami, (wśród których określenie „sekta” należało do łagodniejszych) – mówiąc obrazowo.

Kulminacyjnym momentem była chyba wymiana korespondencji między p. J. Mieszko-Wiórkiewicz a szefem Zespołu (http://niemcy.salon24.pl/380554,antoni- ... zy-do-fyma), w której expressis verbis w tekście AM (http://wpolityce.pl/artykuly/21314-anto ... ekst-listu) pojawiły się określenia insynuujące świadomą dezinformację blogerów zajmujących się maskirowką. Insynuacyjna tonacja wypowiedzi, zwłaszcza w ustach byłego szefa SKW, ma to do siebie, że osobom, które taką tonację posłyszą (a które mają niewiele rozumu, by dokonać jakiejś krytycznej analizy sytuacji, za to sporo nienawiści w zanadrzu), niewiele trzeba, by przejść na poziom oszczerstw, z którego to poziomu sprawy samego śledztwa zeszły w ogóle na dalszy plan, jak to zwykle, gdy komuś wściekłość uderza do głowy.

W momencie więc, gdy w pewnych (sfanatyzowanych) środowiskach uznano blogerów od h2m za „ruską agenturę”, zakończyły się ostatecznie jakiekolwiek możliwości współpracy z tymi środowiskami i ja uważam, iż nie tylko jest ona obecnie niemożliwa, ale nawet gdyby była możliwa, tj. gdyby oszczercy najpierw udali się do spowiedzi (o ile to osoby wierzące), a potem publicznie wyrazili skruchę i przeprosiny wobec blogerów zajmujących się maskirowką – to i tak sprawa jest zgoła „beznadziejna”, gdyż tamte osoby są zwyczajnie ślepe na pewne kwestie. Ślepe i głuche. Pewnych pytań sobie nie stawiają, pewnych zeznań nie analizują, pewnych spraw nie dociekają, pewnych materiałów nie czytają – i koniec. Powtarzają między sobą to, co wiedzą, i to ich zadowala, a że wiedzą niewiele, to tym łatwiejsze jest granie w kółko tej samej płyty. W tym też sensie wcale nie zazdroszczę Zespołowi, jeśli takie osoby ma za sprzymierzeńców w śledztwie.

Były zaś czasy, że rozmaite pytania stawiano całkiem sensownie i to nawet w dziennikarskich kręgach, impregnowanych zwykle na krytyczne myślenie (ta impregnacja dokonuje się najpierw na studiach, a potem podczas „lat pracy” w redakcjach). Dziennikarze wszak, jak Pan zapewne zdołał zauważyć (nie tylko po 10-tym Kwietnia), a już dziennikarze polscy szczególnie – wszystko wiedzą nie tylko lepiej, alenajlepieji w związku z tym nie muszą nad pewnymi rzeczami się głowić. W ten zresztą sposób tragedia zeszła „na margines” w nadwiślańskich mediach, gdyż dziennikarze, jakimś takim szóstym zmysłem kierowani, „od razu” wiedzieli, co i jak się stało. Może, prawda, co do szczegółów pewne rozbieżności się pojawiały („prezydencki jak”, „prezydencki tupolew”, 8.56 – nie, jednak: 8.41, parę razy podchodził do lądowania – nie, jednak jeden raz itd.), ale generalna teza „z katastrofą na Siewiernym” pozostała nienaruszona. I pozostaje do dziś.

O jakie sensowne czy intrygujące pytania mi chodzi (które kiedyś stawiano)? Np. o te dotyczące godziny Zdarzenia (http://www.panstwo.net/335-rozdzial-vi- ... katastrofa)), te dotyczące wyglądu zwłok pasażerów (http://www.rp.pl/artykul/182403,471102- ... ekcji.html (tekst z maja 2010) itd. Pytania stawiali sobie zresztą też pielgrzymi będący w Katyniu 10-04:„Nie wiem, jak Rosjanie to zrobili, że w ciągu godziny zorganizowali posiłek dla 500 osób w zupełnie innym miejscu. Hotel "Nowy" sąsiadował z lotniskiem i pewnie dlatego zamienili go w ostatniej chwili na stołówkę. Uwinęli się w mig – opowiada pani Urszula”(http://www.gazetalubuska.pl/apps/pbcs.d ... /802997867) (tę relację przed dwoma laty znalazła MMariola – wygląda więc, że hotel moonwalkera Wiśniewskiego pełnił 10 Kwietnia strategiczną rolę w działaniach operacyjnych).

Wracając zaś do meritum Pańskiego pytania, czyli „kwestii kooperacji” różnych środowisk. Czasami zastanawiam się, czy ta ślepa furia połączona z zajadłością, jakie ogarnęły niektórych życzliwców w stosunku do teorii maskirowki (spora część życzliwców nie kiwnęła palcem ws. śledztwa, co nie przeszkadza im zabierać głos w jego sprawie), nie wzięły się po prostu stąd, że dzięki pracy blogerów odsłoniła się największa smoleńska tajemnica. Tajemnica nr 1 całej „smoleńskiej historii” – zmieniająca całkowicie postać rzeczy. Tajemnica wiążąca „ponad podziałami” wiele środowisk, niestety. Tajemnica tłumacząca niemal wszystkie „niedoskonałości” i „przedziwności” oficjalnego, trwającego dwa lata, a wciąż bezowocnego przecież, dochodzenia, które w żadnym cywilizowanym kraju nie wyglądałoby tak, jak wygląda w Polsce – po tak straszliwym wydarzeniu, po takim wstrząsie dla całego państwa.

Jaka tajemnica? Ta właśnie, że żadnej katastrofy lotniczej na Siewiernym nie było, a zamachu dokonano w innym miejscu. Zadaniem różnych życzliwców (i to bez względu na ich polityczne inklinacje) staje się zaś nagle utrzymanie sprawy (nieistniejącej katastrofy) jak najdłużej pod zaklęciem milczenia. Oczywiście, problem „zagłuszania teorii maskirowki” nie ogranicza się do „mowy nienawiści” w Sieci – przeciwnie, ta wojna, w którą rozmaici życzliwcy są tak bardzo zaangażowani, świadczy, iż za tymi życzliwcami są gremia decyzyjne, które mówią, kogo pałować, a kogo nie. Nie muszę dodawać, że gdy to, iż nie doszło do żadnego wypadku polskiej delegacji na Siewiernym dotrze do szerszej opinii publicznej, a sądzę, że wcześniej czy później to nastąpi, co widać po rosnącym (mimo informacyjnego embarga) zainteresowaniu teorią maskirowki smoleńskiej, wywoła to prawdziwy efekt domina związany z załamaniem się oficjalnej wersji wydarzeń.

Za zabawne można uznać to, że przecież (nie tylko na moim blogu) hipoteza wybuchowo-zamachowa była dokładnie analizowana i przeze mnie, i przez innych blogerów, o czym otwarcie w „Czerwonej stronie Księżyca” pisałem. Dopóki zaś blogerzy pozostawali w tym paradygmacie, dopóty powoływano się na nich nawet w pracach niezależnych dziennikarzy śledczych (proszę poczytać wczesne teksty L. Misiaka i G. Wierzchołowskiego lub okołosmoleńskie nr-y „Nowego Państwa”), gdy jednak nastąpiło krytyczne odejście od tego wzorca, zapadło grobowe milczenie wokół teorii maskirowki, pomijając może obcesowe wypowiedzi a la ta wygłoszona przez p. A. Gargas, dotycząca „fantazjowania” (http://niemcy.salon24.pl/319311,anita-g ... s-oszolomy), a nie, jak możemy się domyśleć, faktów: „jeśli chodzi o tę wersję związaną z samolotem, który miał rzekomo gdzie indziej wylądować i tam mieli być zlikwidowani wszyscy, ja nie mam powodów, żeby nie wierzyć w to, co mówią dla mnie najbardziej wiarygodni świadkowie, czyli urzędnicy z Kancelarii Prezydenta, którzy czekali na niego, żeby go powitać na lotnisku i jako jedni z pierwszych dobiegli na miejsce katastrofy. Oni widzieli, to co widzieli. Nie mam powodów przypuszczać, że fantazjują. Podobnie, jak nie mam powodów przypuszczać, że fantazjuje Safonienko, bo niby dlaczego miałby fantazjować, skoro jego wypowiedź jest spójna i pokrywa się z innymi opowieściami świadków”. Pozostawiam tę wypowiedź i tę logikę rozumowania wywodzącą się ze złotej myśli, iż „dziennikarze nie fantazjują”, bez komentarza.

Odchodząc jednak od tych wszystkich spraw, to problem leży jeszcze w tym, iż to – nie ma co kryć – największą robotę śledczą odwalili właśnie blogerzy od maskirowki. Zwykli ludzie poświęcający swój (prywatny, a często i zawodowy) czas na analizowanie materiałów, zestawianie, porównywanie, śledzenie forów, tłumaczenia, odsłuchiwania, klatkowanie filmów, powiększanie etc. - moja książka właściwie pokazuje tylko pewien wycinek mrówczej i bezcennej pracy wielu osób. Toczyło się mnóstwo dyskusji, przebadano przeróżne ślady i krytyczne prace trwają nadal, co najważniejsze. W porównaniu z dorobkiem blogerów od maskirowki, dorobek „zwolenników ZP” wygląda bardzo skromnie – o dorobku samego ZP już w ogóle nie wspomnę, gdyż jak dotąd – poza „Białą Księgą” nie widać żadnego poważnego, kompleksowego raportu. Nie ma nawet fachowo opracowanych stenogramów zeznań tej garstki przesłuchanych świadków. Zdjęć na stronie ZP jest kilkanaście. Jak na 2 lata pracy to rozczarowujące wyniki.

Gdyby zaś prace ZP miały zakończyć się „hipotezą dwóch wybuchów”, to będzie znaczyło, iż „góra urodziła mysz”. Jestem bowiem przekonany (zresztą chyba nie tylko ja), iż „h2w” nie stanowi żadnego wyjaśnienia tragedii z 10-04. Zwolennicy „h2w” ponadto zajmują intrygującą, ambiwalentną postawę – z jednej strony uwzględniają niektóre ruskie dane, z drugiej nie. Ruski pseudoraport przecież mówi otwarcie: nie było wybuchów na pokładzie – podobnie polscy prokuratorzy, którzy zbadali wrak bodajże we wrześniu 2010. Oczywiście nasuwa się zaraz kontraargument, że zarówno Ruscy w swych ekspertyzach, jak i Polacy w swoich mogą mijać się z prawdą. Jasne. Można tak przyjąć. Ale w takim razie wracamy wtedy do punktu wyjścia, bo to przecież w ruskim raporcie była mowa o „zamrożeniu pamięci FMS-a” – jak więc te dane można uznać z czystym (metodologicznie) sumieniem za zgodne z prawdą? Pozostawiając te kwestie w zawieszeniu, powiem, że czekają nas ciekawe czasy, ponieważ dowiadujemy się oto, że wrak tupolewa ma za parę miesięcy w końcu wrócić do Polski po długim leżakowaniu na Siewiernym (http://www.rp.pl/artykul/600922,879642- ... -154M.html), więc zapewne specjaliści do hipotezy dwu-wybuchowej będą mieli pełne ręce roboty.”


ZB: Pisał Pan już wielokrotnie na temat pracy polskiej prokuratury. Te wypowiedzi były - w zależności od aktualnych dokonań tego organu - mniej lub bardziej krytyczne. Jak przebiegają działania polskich śledczych? Jaki jest dotychczasowy efekt ich badań? Czy przekazał Pan lub zamierza przekazać określone materiały z własnego śledztwa?

FYM: „Trudno, bym Panu odpowiedział kompetentnie, jak przebiegają działania polskich śledczych, skoro nie mam dostępu do akt śledztwa :). Co więcej, nawet pełnomocnicy rodzin ofiar są tu niezbyt wylewni i przemawiają półsłówkami lub juryslingwistycznymi, arcyuczonymi frazami. W ostateczności zasłaniają się tajemnicą śledztwa, co zamyka jakąkolwiek dyskusję. Mniejsza jednak z tym. Fundamentalne pytanie, które chyba nie tylko ja sobie zadaję, ale pewnie także rodziny zabitych, to to, czy w ogóle możemy mówić o śledztwie ws. tragedii – czy wprost przeciwnie – jedynym zadaniem instytucji formalnie zajmujących się śledztwem (mam na myśli „komisję Millera” oraz prokuratury (co do ZP to sam już nie wiem, o co tu chodzi) jest dopilnowanie, by prawda o tragedii nie wyszła na jaw. Ośmielam się podejrzewać, iż chodzi właśnie o to ostatnie. Wskazywałaby na to 1) skala zaniedbań wołających o pomstę do nieba (np. dokumentacja związana z „miejscem katastrofy”, brak sekcji zwłok, „nieotwieranie trumien”, niezgoda na ekshumacje etc.) i 2) skala utajnień przeróżnych materiałów dowodowych – jak np. zawartości nośników elektronicznych ofiar. Śledztwo w tak ważnej dla Polskie sprawie jest w ogóle nietransparentne, zaś ludzie zajmujący się nim stawiają coraz to nowe bariery wokół toczonego dochodzenia, co nawet osobom słabo zorientowanym w „historii smoleńskiej” powinno się kojarzyć jak najgorzej.

W związku z tym, a więc jeśli rzeczywiście mamy do czynienia z działaniem zmierzającym do, nie bójmy się tego słowa,niewyjaśnienia tragedii prezydenckiej delegacji, to chyba współpracowanie z takimi instytucjami byłoby ostatnią rzeczą którą nie tylko ja, lecz ktokolwiek (z blogerów i innych obywateli) powinien podejmować. Znając życie, plik z moją książką mógł prokuratorów zainteresować, ale to wcale nie jest pewne. Bo może nie? Może nie muszą się oni „bawić” w przeglądanie blogosfery? Może wszystko w śledztwie jest pod taką dobrą kontrolą, iż nie ma obaw o to, jak zostanie ono „zakończone”? Nie tak dawno przecież min. A. Seremet przyznał się (http://wyborcza.pl/1,75478,11576169,Tu_ ... _bylo.html), iż marzy (!), by śledztwo dobiegło końca w przeciągu roku (i to nawet bez oczekiwania na czarne skrzynki, wrak itp.). Skoro takie ma marzenia prokurator generalny, to w czym ja czy ktokolwiek inny z paranoików smoleńskich, miałby mu przeszkadzać? Niech Pan sam pomyśli :)

Zacytuję zresztą fragment wywiadu „Czerskiej Prawdy” z Seremetem jako swoiste memento:

„-Czytaliśmy też, że brzoza została złamana specjalnie, a ślady metalu ponabijane. Kiedy brzoza była badana?
AS:- Prokuratorzy oglądali ją bezpośrednio po katastrofie.”(http://wyborcza.pl/1,75478,11576169,Tu_ ... &startsz=x)

Dalibóg żadnego polskiego prokuratora pod pancerną brzozą „bezpośrednio po katastrofie” nie było (co chyba jest w stanie potwierdzić sama prokuratura), no ale najwyraźniej prokurator generalny wie o wiele więcej niż my na ten temat. Może widział miejsce zdarzenia oczyma duszy po prostu. Takie rzeczy zdarzają się nie tylko prokuratorom. Historia widzenia Seremeta przypomina mi z jednej strony historię „katastrofy ekologicznej” na Siewiernym... niedługo po „katastrofie smoleńskiej”, oczywiście (chodziło o tony paliwa, które dostać się miało do ziemi) (http://freeyourmind.salon24.pl/354539,k ... siewiernym) – z drugiej taką zbieżność wizualizacji między katastrofą lotniczą Tu 204 w okolicach moskiewskiego lotniska Domodiedowo z marca 2010, a „Zdarzeniem” na smoleńskim wojskowym lotnisku niecały miesiąc później (http://freeyourmind.salon24.pl/344543,d ... siewiernyj).”


ZB:Krytycy Pańskich działań zwracają uwagę na sprzeczności występujące w obrębie teorii maskirowki. Zarzucają, iż nie uwzględnia Pan wielu faktów i dowodów, np. zapisów FMS i TAWS odczytanych w USA czy ostatniej telefonicznej rozmowy śp. Lecha Kaczyńskiego z bratem. Twierdzą, że spisek w Pańskim ujęciu ma charakter wszechogarniający, który obejmuje nie tylko Rosjan, ale też NATO oraz wiele środowisk i grup w Polsce. To wzmacnia emocje i fale wzajemnych zarzutów i pretensji. Czy w takiej sytuacji istnieje w ogóle szansa na to, że kiedykolwiek dowiemy się prawdy?

FYM: „Znowu powtarza Pan tylko to, co opowiadają „przedstawiciele drugiej strony” czy też „patrioci aż do bólu”, jak to ich nazwałem kiedyś w rozmowie z Amelką222 (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... ki222.html). Szkoda, że Pan nie sprawdził, czy to, co „druga strona” twierdzi, to w ogóle prawda. Taką weryfikacją bowiem należy poprzedzić pytanie, zawierające jakikolwiek zarzut.

Nigdy nie kwestionowałem faktu rozmowy Prezydenta z premierem Kaczyńskim, wystarczy uważnie poczytać ten mój post: http://freeyourmind.salon24.pl/345728,2 ... 0-6-20-utc – przypomnę jedynie, iż sam JK mówi w filmie „Sobota” (nakręconym rok po tragedii), że LK miał dzwonić „po ósmej”. Może to tylko nieścisłość wypowiedzi JK, trudno jednak do dziś cokolwiek konkretnego powiedzieć o tej rozmowie braci Kaczyńskich (włącznie z precyzyjną godziną połączenia), gdyż nie ma jak dotąd jej żadnego materialnego śladu, a przydałby się, naprawdę. Fakt zajścia tej rozmowy jednak ma się nijak do „przebiegu katastrofy”. Nijak. Potrzebne są dane dokładnie, kiedy ta rozmowa się odbyła, z jakiego telefonu, z jakiego miejsca, jaką miała długość, jaki miała przebieg (w postaci zapisu dźwiękowego). Tego wciąż nie wiemy. Owszem, były na moim blogu dyskusje, czy wypowiedzi Prezydenta nie zostały np. odtworzone z taśmy albo czy Prezydent nie został (w jakichś dramatycznych okolicznościach) zmuszony, do odbycia takiej rozmowy, dopóki jednak nie zostanie ona upubliczniona, by można było jej przebieg i treść przeanalizować, dopóty trudno o niej cokolwiek stuprocentowo pewnego powiedzieć.

Kiedyś (jeszcze w ramach moskiewskiej medialnej ofensywy z narracją a la „debeściaki” oraz „ląduj, dziadu!”) straszono, iż ujawni się ją jako „dowód” że JK namawiał LK, by nacisnął na załogę, lecz jak dotąd ani widu, ani słychu o tym „ujawnieniu”. (Tak samo jak nie ma śladu po zapisie „z ruchu warg” – „kłótni” przed wylotem, między śp. gen. A. Błasikiem a śp. mjr. A. Protasiukiem (http://wiadomosci.onet.pl/raporty/katas ... omosc.html)). Możliwe, iż ta rozmowa LK-JK nie została zarejestrowana. Może przeciwnie, została nagrana, lecz jej zapis trzyma się jak inne zapisy w wojskowym „depozycie”?

Tak czy tak warto byłoby ją upublicznić i poddać fonoskopijnej analizie – każdy dźwięk związany z przebiegiem tego, co się działo w otoczeniu Prezydenta (w dniu tragedii), jest niezwykle ważny – zwłaszcza że materiału dowodowego jest tak mało. (Już na marginesie przypomnę o fundamentalnych przecież wątpliwościach, które swego czasu, tj. w grudniu 2010, wyrażał sam premier Kaczyński:„kiedy już widziałem ciało przywiezione do Polski w trumnie, to go nie rozpoznałem. Tutaj to był człowiek, który w ogóle nie przypominał mojego brata”http://www.polskatimes.pl/artykul/347781,kaczynski-w-smolensku-rozpoznalem-cialo-brata-w-polsce-juz,id,t.html).

Tych istotnych dla sprawy śledztwa, telefonicznych rozmów zresztą było więcej, nie tylko konwersacja LK–JK. Co gorsza, w książce „96 końców świata” (J. Andrzejczaka) jest informacja o... trzech rozmowach prowadzonych przez Prezydenta (w tym samym momencie, tj. w okolicach 8.20 pol. czasu) – z JK, z córką i z lekarzem – to już w ogóle przedziwna historia. Być może jednak sam autor w ferworze pisania coś pokręcił, jak to w opowieściach dziennikarskich bywa, zwłaszcza fabularyzowanych. Był poza tym jeszcze telefon śp. I. Tomaszewskiej i śp. L. Deptuły (z rzeczy znanych, bo nadal nie o wszystkim wiemy) – też te wypowiedzi nie zostały w ogóle upublicznione, a nie wierzę, że specsłużbom (gdyby chciały) nie dałoby się ich odzyskać (już 10 Kwietnia). (Kwestię telefonów poruszałem w kilku notkach, więc zainteresowanych odsyłam znowu do lektury – choćby tu: http://freeyourmind.salon24.pl/418569,telefony-3).

Co zaś do zapisów FMS-a/TAWS-a, bo widzę, że ten problem nie daje Panu spokoju :) (por. http://freeyourmind.salon24.pl/345272,c ... umentacji; http://niemcy.salon24.pl/378756,rosyjsk ... kspertyzy; polecam też tu posty blogera maxoo http://maxoo.salon24.pl/). Po pierwsze: nie ma żadnej, podkreślam, żadnej absolutnie pewności, iż są to urządzenia, które brały udział w locie prezydenckiej delegacji. Po drugie: nie były one znalezione przez polską stronę, nie były one badane kryminalistycznie przez niezależne instytucje, ich zapisy więc nie mają żadnej wartości, dopóki nie zostaną spełnione podstawowe warunki związane z ustaleniem, czy te urządzenia w ogóle można uznać za materiał dowodowy.

Po trzecie: pies z kulawą nogą nie widział kokpitu tupolewa na Siewiernym „po katastrofie” (pomijając może leśnego mundurowego dziadka, którego miał spotkać W. Pac z Polskiego Radia w maju 2010 (http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/ ... osoby.html):„Nikołaj Łosiew, emerytowany pilot wojskowy, właściciel pobliskiej działki, był na miejscu w 20 minut po katastrofie w Smoleńsku. Jak powiedział Polskiemu Radiu, w rozbitej kabinie widział oprócz członków załogi przypiętych pasami do foteli ciało jeszcze jednej osoby. Łosiew nie potrafił powiedzieć nic więcej o tej osobie”), więc opowieści, że z tego kokpitu wydobyto szczęśliwie ocalały komputer pokładowy etc. są dla mnie baśniami z tysiąca i jednej nocy, takimi jak ta zacytowana Łosiewa. Jak ktoś chce badać ruskie dane, może to robić nawet przez najbliższe 50 lat – mnie nic do tego.

Proszę posłuchać, co opowiada wspomniany wcześniej w naszej rozmowie Targalski o momencie „znalezienia” przez naszych przedstawicieli rejestratorów oraz o losie tych ostatnich:„Po przybyciu i udaniu się na miejsce wypadku zaprowadzono nas tam, gdzie były rejestratory. Pilnował ich wartownik. Zostały sfotografowane. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem panią Anodinę i pana Morozowa. Rosjanie zapytali, czy rejestratory mogą zostać wydobyte. Po konsultacji z Edmundem Klichem zdecydowano, że tak. Zapakowano je do pudeł, zaplombowano. Ja z ppłk. Sławomirem Michalakiem i panem płk. Zbigniewem Rzepą, rzecznikiem prokuratury wojskowej, na polecenie pana Klicha udaliśmy się z nimi do Moskwy samolotem MCzS [Ministerstwa Sytuacji Nadzwyczajnych]. Zostały one zawiezione do siedziby MAK i tam zdeponowane”(http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po03.txt) (por. też wywiad z ppłk. R. Benedictem http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po02.txt).

Nietrudno się domyśleć, iż „zdeponowanie” urządzeń w ruskich rękach to tak, jakby policja oddała narzędzie zbrodni samemu zbrodniarzowi. Śmiem nawet podejrzewać, iż pudła z zaplombowanymi rejestratorami były w paru wersjach, co zresztą znakomicie tłumaczyłoby rozbieżność w wariantach odczytów cudem ocalałych (przy „pozaobliczeniowych przeciążeniach”) zapisów „rejestratorów tupolewa” (http://freeyourmind.salon24.pl/369017,o ... niewierali) (http://freeyourmind.salon24.pl/340982,dziwne-szpule-4). Mamy przecież kilka wersji „odczytów” zapisów „rozmów załogi tupolewa”, które to wersje sąrozbieżnew wielu istotnych fragmentach.Czy można więc w takiej sytuacji, a więc, gdy taki cyrk zaistniał ws. podstawowego dowodu rzeczowego związanego z „katastrofą”, założyć, iż z „FMS-em tupolewa” jest tylko jedna jedyna i powszechnie obowiązująca wersja „zapisów”? Są tacy, co tak zakładają. Ja do nich na pewno nie należę, a ludziom myślącym dogmatycznie życzę zdrowia i wszelkiej pomyślności.

Natomiast wszystkim arcymistrzom wizualizacji, modelowania, podstawiania pod wzory, wyliczania i symulacji proponuję, by przeprowadzili jeden specjalistyczny eksperyment. Niech w wirtualnym samolocie Tu 154M umieszczą 96 osób w takim rozłożeniu, w jakim (narracyjnie) przedstawia się „skład delegacji” w tupolewie – niech następnie poddadzą rekonstrukcji przebieg losów ciał załogi i pasażerów w tymże wirtualnym samolocie po „dwóch wybuchach w powietrzu” i po „rozerwaniu kadłuba” w taki sposób, jak to eksperci współpracujący z ZP ustalili – w takich a nie innych okolicznościach fizycznych, przy takim ukształtowaniu terenu itd. Analogicznie więc, jak się sprawdza na manekinach (w laboratoriach firm samochodowych), jakim uszkodzeniom ulegną podczas wypadku – tak i tu proponuję, by osoby zajmujące się rekonstruowaniem ostatnich minut i sekund „lotu nad Siewiernym” odtworzyły, jakie byłyby losy ciał 96 osób usytuowanych w takich a takich miejscach tupolewa.

Niech przede wszystkim arcymistrzowie rekonstrukcji i modelowania wyliczą, co chyba nie powinno być dla nich trudne, ile z tychże ciał ofiar nie będzie miało mechanicznych uszkodzeń, czyli, które osoby (gdzie siedzące, w której części samolotu) będą po wypadku wyglądały po katastrofie – jakby spały. Taki raport bardzo chętnie postudiuję. Na razie bowiem można odnieść wrażenie, że owe nagłaśniane na wiele sposobów wizualizacje dotyczą samolotu transportowego i to pustego – podobnie zresztą jak prace ekspertów „komisji Millera”, w tym legendarnego dr. inż. M. Laska (http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po04.txt), który raczył był się niedawno (koniec kwietnia 2012) wyrazić a propos zabitych pilotów, iż „Tutaj mamy do czynienia z załogą, która nawet nie jest w stanie wykonać poprawnie procedury odejścia na drugi krąg. Mamy do czynienia z załogą, która fałszuje dokumenty mówiące, jakie minima posiada, mówiące o tym, czy zostało wykonane sprawdzenie umiejętności pilotażowych. To koledzy z wojska jako pierwsi wskazali, ta załoga nie miała prawa do takich minimów. Tylko technik pokładowy miał prawidłowo nadane i ważne uprawnienia lotnicze. Wszystkie inne, zgodnie z przepisami wojskowymi, były nieważne - powiedział w wywiadzie dla Radia ZET członek komisji Millera Maciej Lasek. - Z formalnego punktu widzenia nie powinni znaleźć się w tym samolocie, ponieważ nie mieli ważnych dopuszczeń do wykonania tego lotu – dodał.” (http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/ ... 02936.html)

A co do „wszechogarniającego spisku”, to nie wiem już, czy czytał Pan moją książkę, czy tylko przeglądał, słowo daję :). Są osoby, które nawet bez lektury wiedzą, co napisałem – mam nadzieję, że Pan się do takich jasnowidzów nie zalicza. Nie pisałem nigdzie o żadnym „wszechogarniającym spisku” - musiałbym sprawdzić, czy słowo „spisek” w ogóle jest jakoś używane w mojej książce, bo nie wydaje mi się. Ale nieważne. W przypadku działań militarnych, a za takie, sądzę, należy uznać „operację Smoleńsk”, czyli to, co dokonano 10 Kwietnia, mamy do czynienia z hierarchiczną strukturą o charakterze wojskowym – nie jest to więc grupka spiskowców w jakimś średniowiecznym znaczeniu, którzy sobie gdzieś w alkowie coś szeptem knują, rozglądając się czujnie na boki. Operację militarną wykonuje się na rozkaz (uprzednio ją przećwiczywszy, rzecz jasna) i za konkretnymi działaniami stoją jednoznaczne polecenia (ustne lub pisemne) konkretnych osób (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... padek.html).

W przypadku zbrodni 10-04 możemy sądzić, wg mnie, całkiem zasadnie, iż mamy do czynienia z recydywą Układu Warszawskiego, który wbrew oficjalnej hurraoptymistycznej opowieści ku pokrzepieniu serc (tej o „obaleniu komunizmu”), nie został wcale zlikwidowany, lecz poddany swoistej transformacji i przeczekaniu, aż do czasu rekonstrukcji, którą rozpoczął na dobre zamach z 10-04 (zapewne jakimś przedbiegiem była ruska inwazja na Gruzję). Przygotowania do operacji Smoleńsk, sądzę dziś, trwały dwa lata, od jesieni 2008 (http://fymreport.polis2008.pl/?p=7370) (poprzez rok 2009, w czasie którego odbyły się m.in. wielkie rusko-białoruskie manewry Zapad-2009) i miała ona być (w kwietniu 2010) „ukryta” pośród ćwiczeń antyterrorystycznych, prowadzonych rutynowo przez rozmaite oddziały specnazu ZBiR na różnych lotniskach – ruskich i białoruskich (http://freeyourmind.salon24.pl/351334,witebsk-smolensk) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... -2010.html) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... iecka.html).

Sama „operacja Smoleńsk” miała szerszy, naturalnie, zasięg aniżeli tylko atak na polską delegację – należało bowiem też skonstruować (a następnie chronić za pomocą kordonu specsłużb, o którym opowiadał pod koniec kwietnia 2010 fotoreporter „NDz” M. Borawski (http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... d=po32.txt)) makabryczną scenerię „po katastrofie” na Siewiernym (http://freeyourmind.salon24.pl/350553,p ... iewiernego) i objąć całość operacji odpowiednią osłoną medialną (http://freeyourmind.salon24.pl/350293,11-49) oraz „prokuratorsko-śledczą” i „ekspercką”. To wszystko, niestety, wrogom naszego kraju się udało.

Nie pisałem też (kontynuując odpowiedź na Pańskie pytanie) o udziale NATO w tejże operacji z 10-04, lecz o podejrzeniach, co do tego, czy np. w Niemczech, którym obecnie (tj. od czasów zjednoczenia) jest geopolitycznie bliżej do neo-ZSSR niż do NATO (i w Moskwie, i w Berlinie dąży się do odtworzenia układu sił z okresu międzywojnia (a to scenariusz zabójczy dla Polski), ktoś, mówiąc kolokwialnie, nie przymknął oka na kwestię zabezpieczenia przestrzeni powietrznej NATO akurat „tamtego dnia” (w krajach nadbałtyckich). NATO szykowało dla Polski (na przełomie 2009/2010), jak sygnalizowałem w „Czerwonej stronie Księżyca”, formułę Eagle Guardian, ale nie zdążyło jej wdrożyć w życie – Moskwa rozpoznała sytuację „bojem”, czyli „operacją Smoleńsk”, która „zmieniła wszystko”, tzn. zamknęła okres III RP.

Dziś zaś, tj. gdy Polska nieformalnie (owego 10 Kwietnia) wystąpiła z Sojuszu, nie próbując włączyć instytucji natowskich w śledztwo ws. tragedii oraz umacniając więzy militarno-polityczne ze ZBiR (http://freeyourmind.salon24.pl/359986,o ... rzestworza), rozwiązanie Eagle Guardian wydaje się zupełnie nieaktualne (z punktu widzenia najważniejszych stolic państw Sojuszu). Nie wiadomo zresztą, czy NATO już nie traktuje Polski jako kraju straconego, jako odzyskanej całkowicie przez Moskwę „bliskiej zagranicy” neo-ZSSR, czy wprost jako konia trojańskiego w Sojuszu.

NATO na pewno zajmuje obecnie postawę wyczekującą, obserwując z dystansu wydarzenia w Polsce – w Sojuszu też, nie mam wątpliwości, wiadomo doskonale, co się stało 10-04, no ale polityka poważnych, wysoce zindustrializowanych krajów, rozpisana jest na dziesięciolecia i w niczyim interesie nie musi być „wyjaśnianie Smoleńska”, szczególnie że tym wyjaśnianiem sama Polska nieszczególnie jest, jak widzimy od dwóch lat, zainteresowana. Jeśli zaś nad Wisłą definitywnie umocni się opcja promoskiewska (na razie nic nie wskazuje, by miało być inaczej), tj. Polska zostanie poddana resowietyzacji w skali takiej jak za peerelu, to NATO czy szerzej Zachód już nie będzie się jakoś szczególnie interesować naszym krajem (a więc nie będzie takiego wsparcia dla opozycji jak za peerelu). Tak jak nie interesuje się zbytnio losami Białorusi. Polska natomiast albo zmierzać będzie do odbudowy swojej potęgi, albo właśnie stanie się państewkiem, z którym nie liczy się zupełnie nikt. Gra więc toczy się o wysoką stawkę i dobrze by było, by sami Polacy mieli tego świadomość.”


ZB: Dziękuję Panu za rozmowę. Nie omówiliśmy wszystkich najważniejszych spraw i problemów. Za dwa lub trzy miesiące będę ponownie prosił Pana o udzielenie odpowiedzi na kilka moich pytań.

http://zygumntbialas.nowyekran.pl/post/ ... a-jak-pies


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 05 cze 2012, 15:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Julia Jaskólska i Piotr Jakucki

MASKIROWKA w TV Trwam

Bardzo ważne wystąpienie, po pół roku… POTWORNIE AKTUALNE.

Trzeba ODSŁUCHAĆ :



Po półtora roku badań nabrałem przekonania, że katastrofa w Smoleńsku nie była wypadkiem. Zakres zniszczeń samolotu, ślady świadczące o eksplozji, gwałtowne przerwanie wznoszenia tupolewa, ale także natychmiastowe niszczenie dowodów i nieprawdopodobne matactwo Rosjan utrudniają jakikolwiek inny wniosek. Nie wiemy, kto dokonał zamachu, wiemy jednak, kto za niego politycznie i moralnie odpowiada: rządy polski i rosyjski. - Tomasz Sakiewicz 08.10.2011".

"Hipotezę innego miejsca zamachu przedstawiano w Internecie jako „M2"(miejsce drugie), w przeciwieństwie do Siewiernego: „M1"(miejsce pierwsze). "

"Brak dowodu, że rozbite fragmenty wraku Tupolewa na Siewiernym są na pewno częściami samolotu, który tego dnia rano wyleciał z delegacją prezydencką z Okęcia.
Brak więc w raportach istotnego, wstępnego dowodu - został przyjęty na wiarę. Ale tak nie można badać nawet kraksy samochodowej - bez dokładnego oglądu wraku samochodu i sekcji ofiar, a co dopiero katastrofy lotniczej. Brak więc autentyczności przedmiotowej śledztwa. Bowiem w odniesieniu do Smoleńska niektórzy internetowi analitycy nie wykluczają, że zamach mógł zostać dokonany nie w tym miejscu. Że być może to, co znamy z Siewiernego, było tylko inscenizacją katastrofy, na tyle kontrolowaną, aby mogła przypominać katastrofę prawdziwą. Nazwano to „maskirowką". Dodatkiem niejako do technicznych dokumentów i rozważań jest „film Koli" (1,24). Można tutaj pytać, czy film Koli nie byłby swoistym załącznikiem do raportu MAK, pełniącym może rolę „fałszywki", dowodzącej, że Tupolew z polskimi pasażerami doleciał jednak do Siewiernego."...

http://juliamariajaskolska.salon24.pl/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 11 cze 2012, 09:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Aneks 3

poniżej wklejam link, z którego można pobrać Aneks-3 do "Czerwonej strony Księżyca":

http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... neks-3.pdf

Miłej lektury :)

http://freeyourmind.salon24.pl/425006,aneks-3


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 14 cze 2012, 11:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Zestaw przypadków niemożliwych

Jeżeli strona FR i RP mogły uwiarygodnić odlot/przylot to by to zrobiła.

Widać nie mogła.

Mamy za to zestaw przypadków niemożliwych do jednoczesnego zajścia:

Przypadki warszawskie
1. awaria monitoringu (kamery) na Okęciu rządowym
2. brak dostępu do zapisów z radarów okęcia, zbliżania i obszaru - ustalanie czasu odlotu na podstawie czasu "Wiśniewskiego" (Raport Millera)
3. awaria zasilania w Centrum Operacyjnym MSZ
4. awaria serwerów w MSZ
5. wyłączenie radioboi ratunkowej - czyli dopuszczenie niesprawnego samolotu do rejsu
6. usunięcie rejestrator mechanicznego K3 - w Rap. Mil. było, że nie znaleziono
7. w ciągu paru godzin (6.04.2010) zrobiono z 8 18 osobową salonkę
8. brak danych z monitoringu lotu w SKW (awaria?)
9. błyskawiczne ustalenie przyczyn wypadku przez min. Sikorskiego (w niecałą godzinę)
10. pojednanie Moskiewsko-Warszawskie z katastrofą w roli głównej
11. awaria serwerów TVN24 (?)
12. wcześniejsza awaria w systemie bankowym (przypadek?)
13. zawieruszenie się zdjęć sat przekazanych przez US
14. jeden ton w opisie katastrofy w mediach
15. brak dociekliwości dziennikarzy śledczych w relacjonowaniu zdarzeń.

Przypadki smoleńskie
1. awaria rejestratora radaru na Siew.
2. awaria monitoringu w salonie KiA Siew.
3. pojawienie się nagle z jaru mgły co szła pasami
4. blacharze pojawiają się w kadrze w kluczowym momencie filmowania scen mgielnych przez S.Wiśniewskiego (SW)
5. SW nie przegania blacharzy tylko wyłącza kamerę
6. SW przypadkiem potyka się o skrzynkę - którą znalazł przed wrakiem
7. profesjonalny fotograf uchwycił z bliska wymianę żarówek w lampach na podejściu (razem z kamandiremi sołdatami)
8. błędne działanie BNDB
9. transport (?) zwłok i szczątków do identyfikacji i sekcji w bordowych trumnach
10. spowalnianie, utrudnianie dojazdu J.Kaczyńskiego na lotnisko Siew.

Wniosek jaki się nasuwa - 10.04.2010 w godzinach 04:00 - 8:30 nic ciekawego nie było do pokazania. To znaczy ciekawe rzeczy się działy ale w innym wymiarze.

http://piko.salon24.pl/comments/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 16 cze 2012, 09:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Zamach. Wyjaśnienie też sensacyjne w wersji standard

Komentarze pod poprzednią notką uzmysłowiły mi że mojej ironii, przynajmniej ci co komentowali (z jednym wyjątkiem), nie byli w stanie odebrać. Trudno, może następnym razem będzie lepiej. Dla nich specjalnie, ale i dla wszystkich innych parę zdań wyjaśnienia w konwencji tradycyjnej.

Stosując tylko logikę, bazując na dostepnych informacjach i nie będąc stroną w sporze PiS v PO sprawa smoleńska a w szczeglności prace Zespołu Parlamentarnego (ZP) jawią mi się następująco.

Przedstawianie przez ZP Teorii 2 Wybuchów (T2W) jako wyjaśniającą katastrofę wywołuje szereg istotnych problemów:
1. żeby rozpad TU zgadzał się z rozkładem części na polu mamy wybuch w skrzydle i wybuch w centropłacie, lot części kadłuba odwrócony, części nie odwrócony połączony przewodami aby rejestrator mógł zapis prowadzić, brak eksplozji paliwa, i małe pole rozrzutu, i całą masę innych śmieszności.

2. jak był zamach bombowy to musi być zamachowiec i możliwość podłożenia ładunków. Kiedy podłożono ładunki i w jakim kraju: Rosja-Samara albo Polska (bo nie Haiti). Musimy stwierdzić, że raczej w Polsce - dlaczego?
A dlatego: p. Nowaczyk na podstawie danych z FMS/TAWS, które na prośbę MAK zostały przez UA odczytane, odkrył że TU leciał cały czas powyżej drzew i anten.
Więc się pytam, czy Rosjanie będący zamachowcami sami tak by się podłożyli? Raczej nie - więc zostaje Polska. Poza tym jeżeli Samara, to samolot by latał z dwiema bombami tak długo i do tego już wtedy scenariusz wypadku musiałby brzozę przewidywać :))).

3. kolejny problem; mamy już wg ZP czysty zamach. Dane ruskie wykluczają kolizję z drzewem, to ja się pytam po kiego zamachowcy kombinowali z dwoma bombami w okolicach Siewiernego, zamiast dać jedną i odpalić na wysokości gwarantującej sukces przedsięwzięcia? Że niby chcieli upozorować wypadek? Ale przecież dane z TAWSa odczytanego na ruską prośbę go wykluczają!!! Bez wodki nie razbierjosz.

Na dzień dzisiejszy mam takie wyjaśnienie. Zamach na polską delegację to sprawa w której musiało kooperować wiele podmiotów międzynarodowych. Ruscy dali inscenizację (specjalnie nieudolną), strona polska ma duży udział w wystawieniu delegacji, mataczeniu, oprawie medialnej. Są zapewne jeszcze inne strony ...

I teraz proponuję, aby osoby które nie zrozumiały mojej poprzedniej notki, ponownie ją przeczytały. (viewtopic.php?f=3&t=1016&p=78042#p78042 )

http://piko.salon24.pl/419421,zamach-wy ... i-standard


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 19 cze 2012, 16:00 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Free Your Mind: Czerwoni głosili, że tylko oni mają rację

Free Your Mind rozwija i uzasadnia w "Czerwonej stronie Księżyca" (CSK) hipotezę 'dwóch miejsc'. Zakłada ona, że lotnisko Siewiernyj w Smoleńsku było 10 kwietnia 2010r. miejscem makabrycznej inscenizacji, podczas gdy delegacja polska została uprowadzona i zamordowana w innym miejscu. Mieliśmy do czynienia z nieznaną większości czytelników maskirowką.

"Maskirowka to nie jest jakaś zabawa - mówił Free w wywiadzie udzielonym miesiąc temu autorowi tej notki. - To akcja odwracająca uwagę wroga, akcja pozorowana, która osłania faktycznie dokonywaną (w miejscu przez wroga niespodziewanym) zbrojną operację". Tak rozumie FYM maskujące działania rosyjskich służb militarnych w wąskim znaczeniu. "Maskirowka w szerokim znaczeniu to jest ofensywa o charakterze psychologicznym i socjologicznym - kontynuuje autor CSK - to jest wykorzystanie wszelkich dostępnych środków, by wykreować jakiś fałszywy obraz pewnego zdarzenia lub działania".

Od 10 kwietnia 2010r. (a właściwie wcześniej) jesteśmy poddani ze strony służb i mediów rosyjskich ciągłej dezinformacji i wszelkim manipulacjom. Aktywnie w tym uczestniczy strona polska: politycy, prokuratorzy, dziennikarze. Skutkiem tych działań jest obecny stan naszej (niedużej i często zafałszowanej) wiedzy o wielkiej tragedii narodowej oraz fakt, że - mimo upływu ponad dwóch lat - "nie ma winnych, są tylko zadziwieni".

Nie dysponujemy wiarygodnymi danymi o tym, co się wydarzyło - zaznacza FYM w wywiadzie udzielonym blogerce amelka222. - To narzuca określoną metodologię badawczą, której celem pozostaje spełnienie dwóch podstawowych warunków, tj. dążenie 1) do prawdy, 2) do ustalenia realnego stanu rzeczy. I tu trzeba dodać: sytuacja jest szczególna - "brak dostępu do wielu materiałów, skąpe ilości materiałów autentycznych, masa dezinformacji i manipulacji (...) oraz materiałów o wyjątkowo złej jakości, no i mataczenie ze strony wielu instytucji".

Free Your Mind podkreśla wyraźnie istotną rolę współpracujących z nim blogerów. To były ich "setki godzin researchu, przetrząsania najróżniejszych forów, czytania, słuchania, oglądania, porównywania zdjęć, analizowania dokumentów, wykrywania fałszerstw itd. - pisze autor "Czerwonej strony Księżyca". - Z czasem, dzięki właśnie uporczywej, szeroko zakrojonej pracy badawczej, tak wiele wątków zaczęło się do siebie dopasowywać, iż z hipotezy 'zupełnie' lub 'wysoce nieprawdopodobnej' zaczęła powstawać całkiem prawdopodobna rekonstrukcja tragedii".

We wspomnianym wyżej wywiadzie, który przeprowadziła amelka222, dodaje rozmówca, iż w przypadku gdy mamy do czynienia ze zbrodnią, której ślady przykrywane są wątkami nieistotnymi lub prowadzącymi na manowce, trzeba wzbogacić standardowe podejście badawcze elementami badań śledczych, kryminalistycznych. To dochodzenie "ma zgoła odmienny charakter niż klasyczne podejście badawcze, ponieważ wymaga ono np. krytyczno - porównawczej analizy zeznań świadków oraz myślenia 'redukcyjnego' (ze śladów odtwarzającego to, co mogło się stać). Nieuniknione jest zestawianie przeróżnych wersji tego, co zaszło".

Poszukiwania FYM-a i współdziałających z nim internautów natrafiły na mur niechęci wyrażanej z wielu stron lub na przemilczanie przez większość mediów, także tych niezależnych. Nieoczekiwanie przyszły bezpardonowe, często prowokacyjne i chamskie ataki ze strony tych, którym wydaje się, iż posiedli całą (prawie) wiedzę o tragedii smoleńskiej. "Czerwoni głosili, że tylko oni mają rację" - mówi autor CSK, zaskoczony licznymi atakami 'prawicowych' fanatyków. I dodaje:

"Jeśli nie dysponujemy wiarygodnymi danymi, to żadna, ale to żadna formalizacja nam w niczym nie pomoże. Najpierw więc należy ustalić faktyczny stan rzeczy, dojść do odpowiedzi, co, jak, kiedy, gdzie było, a potem dopiero można brać się za precyzyjne modelowanie i wizualizowanie - nigdy zaś odwrotnie".

http://zygmuntbialas.salon24.pl/426807, ... maja-racje


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 22 cze 2012, 10:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Rozmowa z Jakuckimi

"Smoleńskie Ministerstwo Prawdy"

Z Julią M. Jaskólską i Piotrem Jakuckim, publicystami niezależnymi, rozmawia Free Your Mind

FYM: Pierwsze pytanie musi dotyczyć sprawy, która stała się głośna w ub. roku, a potem jakoś ucichła. Co z Państwa książką o tragedii z 10 Kwietnia? Myślę, że każdy, kto interesuje się śledztwem smoleńskim nie mógł nie zauważyć i Państwa ubiegłorocznego, jedynego niestety (w tej materii), występu w TV Trwam i Radiu Maryja (http://www.youtube.com/watch?v=4ShEDzmRIwI), jak też tego, że zajęli się Państwo teorią maskirowki, a więc, by tak rzec, „ufologią” :). Oczywiście termin „ufologia” jest tu ukłonem w stosunku do tych „życzliwych komentatorów”, którzy określają prace blogerów od maskirowki eleganckimi sformułowaniami typu „sekciarstwo”, „bajki” czy „fantazjowanie” (że nie wspomnę o ciekawszych).

Tak się zresztą zastanawiam, czy nie jest to termin jak najbardziej trafny. Można by przecież już z perspektywy czasu (bite dwa lata) mówić o „niezidentyfikowanym obiekcie latającym” nad smoleńskim wojskowym lotniskiem „tamtego dnia”, nie sądzą Państwo? Obiekt ten widziany był (mimo „złowieszczej, straszliwej mgły”, a może dzięki niej?) przez kilkunastu leśnych dziadków, wykazywał się rozmaitymi formami przestrzennymi, różnie się zachowywał, jak to zwykle z UFO bywa. A to latał całymi godzinami, a to „cztery razy podchodził”, a to przemknął jak „taki cień”, który „świsnął”, powiada mundurowy Tolja (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... /cien.html)), a to tylko raz „lądował”, powiadają inni świadkowie. Ciągnął nawet za sobą warkocz komety (por. wypowiedź niejakiego Rustama w filmie „10.04.10”), wybuchał „jak żółtko” (wyznanie pewnego radzieckiego muzealnika Anatolija w „10.04.10”), powodował, że zatrwożeni świadkowie, sobotni działkowicze, łapali się za koła samochodowe, by nie pofrunąć spod brzozy, nad którą wyjątkowo nisko leciał. Przypominał też „dziesięciopiętrowego kolosa” (por. wypowiedź mechanika Siergieja (http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... M-cz-1.pdf, s. 75)). I tak dalej, bo to bardzo długa historia, jak Państwo wiecie.

Pech naturalnie sprawił, choć w przypadku UFO to sytuacja standardowa, że nikt tego „niezidentyfikowanego obiektu latającego” nie sfilmował ani nie sfotografował. Na szczęście są te wspomniane relacje naocznych, radzieckich świadków, no i ta przeprowadzana przez radzieckich badaczy identyfikacja „po upadku”, więc, co do UFO wątpliwości wiele osób (z tytułami naukowymi i bez) już nie ma. No ale wracam do meritum: co z książką?

JMJ: Od tamtej audycji w telewizji Trwam i Radiu Maryja minęła epoka. I co tu dużo mówić, od tego czasu z jednej strony nie zbliżyliśmy się ani jotę do wyświetlenia prawdy o wydarzeniach z 10 kwietnia 2010 r., a z drugiej kłamstwo smoleńskie ma się dobrze i robi karierę. Mamy pseudośledztwo prokuratury, która nie dysponuje dowodami bezpośrednimi i opiera się tylko na danych rosyjskich oraz media tzw. głównego nurtu, lansujące tezę o tym, że 10 kwietnia wydarzył się na Siewiernym zwykły wypadek lotniczy, w którym zginęła para prezydencka i elita państwa.

Ale to, niestety, nie jest jedyny obszar dezinformacji smoleńskiej. Opozycja, zespół parlamentarny badający okoliczności śmierci delegacji katyńskiej oraz media mieniące się niezależnymi, starają się utrwalić w świadomości opinii publicznej przeświadczenie o tym, że polska delegacja zginęła na osławionej smoleńskiej polanie. Te dwie, jak to się teraz mówi, narracje, prowypadkowa i prozamachowa, pozornie sprzeczne, w istocie się uzupełniają, i z powodzeniem, na zasadzie „dla każdego coś miłego”, wychodzą naprzeciw oczekiwaniom opinii publicznej. W efekcie nie ma obecnie zapotrzebowania na alternatywną wersję wydarzeń, ani gotowości na jej przyjęcie.

Dlatego doszliśmy do przekonania, że nie ma dziś klimatu do wydania książki, tak by wywołała ona jakikolwiek szerszy rezonans. Teren jest zagospodarowany, społeczeństwu podaje się na tacy albo wersję z wypadkiem lotniczym i brzozą, albo z dwoma wybuchami na pokładzie, wszelkie inne poglądy są marginalizowane przez ich deprecjonowanie, bądź przez zamilczanie. Skoro nawet głos intelektualisty takiego formatu jak prof. Jacek Trznadel przechodzi bez echa to o czym my mówimy? Profesor Trznadel podniósł jeszcze w zeszłym roku kwestię autentyczności wraku. I co? Cisza, prawicowe media udały, że taka opinia w ogóle się nie pojawiła, mimo że nie mogła ujść ich uwadze. Tak właśnie jest z hipotezą maskirowki, o której jako pierwszy już kilka tygodni po tzw. katastrofie, w lipcu 2010, pisał Krzysztof Cierpisz, a którą Pan, w swojej książce „Czerwona strona Księżyca” gruntownie przeanalizował.

Proszę zwrócić uwagę, że nawet w prasie prawicowej, na którą nie jest podobno nałożony kaganiec poprawności politycznej, nie zadaje się niewygodnych pytań, a jeśli już coś mimowiednie zostanie opublikowane, to zostaje błyskawicznie jako nie przystające do przyjętej tezy zamiecione pod dywan. Nie spotkałam się np. z szerszym podjęciem kwestii braku foteli, o której 31 maja 2012 r. mówił w „Naszym Dzienniku” dr inż. Wacław Berczyński, wieloletni pracownik Działu Wojskowo-Kosmicznego Boeinga i innych koncernów lotniczych. Warto tę opinię przytoczyć: „Siedzenia samolotów zgodnie z normami międzynarodowymi projektuje się na działanie przyspieszenia 9 g, czyli dziewięciokrotnego przyspieszenia ziemskiego. Ono może się odkształcić, ale nie może złamać. A ja na zdjęciach nie widzę tych siedzeń. Gdy się ogląda zdjęcia z miejsc katastrof, zawsze widać te fotele. Bywa, że samolot spada z ogromnej wysokości, rozbija się zupełnie, a te fotele są prawie jak nowe. A tu na zdjęciach w ogóle nie widać foteli.”

W uzupełnieniu przypomnę katastrofę francuskiego Airbusa 330, który1 czerwca 2009 r. wykonując lot AF447 z Rio de Janeiro do Paryża, trafiony piorunem spadł do oceanu u wybrzeży Brazylii i osiadł na dnie. W wypadku ginie 228 osób, ale – mimo że zderzenie z wodą przypomina upadek na beton, kadłub prawie nie ulega zniszczeniu. W 2011 r. podczas czwartej akcji poszukiwawczej z użyciem statku ratowniczego, wyposażonego w bezzałogowe pojazdy podwodne odnaleziono wrak, w tym tylną część przedziału pasażerskiego, wraz z fotelami i przypiętymi do nich pasami bezpieczeństwa pasażerami. Minister środowiska i transportu Nathalii Kosciusko-Morizet w wypowiedzi dla Radia France Inter nie wykluczyła, że niektóre ciała zostaną zidentyfikowane, gdyż panująca w głębinach niska temperatura i wysokie ciśnienie spowolniły proces rozkładu.

Jaka była reakcja na słowa Wacława Berczyńskiego o fotelach, podważające przecież pośrednio zarówno oficjalną wykładnię wydarzeń z 10 kwietnia, jak i tę z wybuchami lansowaną przez opozycję? Cisza, choć przecież powinno to wywołać zainteresowanie dziennikarzy śledczych, czy naukowców. No chyba, że z powagą potraktujemy słowa eksperta zespołu parlamentarnego, dr. Grzegorza Szuladzińskiego, że „jeżeli nie ma [foteli], no to znaczy, że ktoś je sobie wziął”.

Czy nie jest więc tak, że powstał wspólny front kłamstwa smoleńskiego, którego zadaniem jest urabianie opinii publicznej, tak przez mainstream, jak i media prawicowe, które funkcjonują, mam wrażenie, jako swoisty wentyl bezpieczeństwa, a więc jako niegroźne zupełnie dla status quo, ale za to przydatne do kanalizowania emocji? Do kogo więc miałaby trafić, a przede wszystkim w jaki sposób dotrzeć, jako konsekwentnie zamilczana, jak można się spodziewać, nasza książka? To jeszcze nie ten moment, co zresztą zasugerował nam jeden z wydawców.

Nadal więc nad książką pracujemy, zbieramy kolejne materiały, uaktualniamy ją, choć parę razy uznawaliśmy naszą pracę, jak się dziś okazuje pochopnie, za ukończoną. Tak się jednak składa, że im dalej od 10 kwietnia tym więcej przybywa znaków zapytania, nie mówiąc, że nasze spojrzenie ewoluuje, pod niektórymi opiniami, które wyrażaliśmy w swoich tekstach „na gorąco” tuż po tragedii, dziś już byśmy się nie podpisali. Tak czy inaczej więc pośpiech jest tu złym doradcą. Uprzedzając być może Pana zarzut, że mija zbyt dużo czasu, odpowiem że Teresa Torańska, która pracuje nad książką-zbiorem wywiadów na temat „katastrofy smoleńskiej”, stwierdziła niedawno, że wyda ją za parę lat. Jak sądzę, nie wynika to li tylko z jej licznych zajęć…

PJ: Julia wspomniała tutaj o cudownym zniknięciu foteli ze smoleńskiego pobojowiska. A przecież jest jeszcze ważniejsza rzecz: brak kokpitu samolotu, który ze względu na odmienną niż w samolotach rejsowych oraz w rządowej „sto dwójce”, awionikę, jest czymś w rodzaju odcisku linii papilarnych tupolewa. Przypomnę, najczęściej przywoływany, przykład zamachu nad szkockim Lockerbie z grudnia 1988 r., gdy mimo upadku z nieporównywalnie większej wysokości duża część kokpitu boeinga ocalała. Na Siewiernym kokpitu nie było, choć jak pamiętamy, na początku wmawiano nam, że widziano kokpit na drzewie; potem utrzymywano, że na Siewiernym był, mimo że kwestionował to zarówno na stronie 90 raport MAK, jak i późniejszy dokument komisji ministra Millera. Rosyjską tezę zaimportowali zresztą na polski grunt autorzy książki „Ostatni lot”, wykazując się na stronie 174 o wiele lepszą wiedzą, niż specjaliści od Anodiny. U nich bowiem okazuje się, że kabina pilotów już nie tylko uległa zniszczeniu. Według autorów ona „została dosłownie wtarta w ziemię”! „Niewykluczone, że dzieła zniszczenia dopełnił urwany fragment centropłatu skrzydła, który rozciął kadłub niczym olbrzymi nóż. - Trudno było rozpoznać, co jest fragmentem kabiny pilotów. To wszystko było dosyć mocno poskręcane i zmiażdżone – stwierdził jeden z ekspertów, z którymi rozmawialiśmy” – piszą Osiecki, Białoszewski i Latkowski.

Niestety, podobnym tropem poszedł również zespół parlamentarny ministra Macierewicza. Jego przewodniczący 7 lipca 2011 r. stwierdził w rozmowie z nami, że obecność kokpitu jest udokumentowana, ba, jego „zdjęcia zostały opublikowane, nie jest ich mało.”. Chodziło m.in. o wystawę zdjęć z „katastrofy smoleńskiej” prezentowaną w gmachu Parlamentu Europejskiego, a następnie w sejmie, oraz o raport MAK. Szkopuł w tym, że fotografia przedstawiała nie kabinę pilotów, jak podpisywała zdjęcie np. „Gazeta Polska”, tylko wysuniętą przednią goleń podwozia, która w skład kokpitu nie wchodzi, no i wbrew informacjom tygodnika nie było ono wcześniej nie publikowane. Wystarczyło zajrzeć chociażby do raportu MAK…

W toku przygotowywania książki przeanalizowaliśmy kilkaset katastrof lotniczych różnego typu i nigdzie nie spotkaliśmy takiej, w której jednocześnie występowałyby takie elementy jak to miało mieć miejsce 10 kwietnia na Siewiernym. W tym m.in.: śmierć wszystkich pasażerów, brak ciał, brak kokpitu, brak foteli z ponad czterdziestometrowym przedziałem pasażerskim, brak rozlanego, bądź płonącego paliwa, brak rowu w miękkiej ziemi po sunącym kadłubie samolotu, brak fragmentów bagaży, czy wyposażenia samolotu na okolicznych drzewach…

Proszę spojrzeć chociażby na katastrofę Tu-154 ze 163 osobami na pokładziejaka miała miejsce w styczniu 1993 r. wNew Delhi podczaspodchodzenia samolotu do lądowania. W warunkach poniżej minimum maszyna zahaczyła o część instalacji naziemnej. Pękł kadłub, samolot zapalił się i odwrócił na plecy. Mimo to nikt nie zginął, nie uległy też zniszczeniu przedział pasażerski i część kokpitu! Pisał o tym m.in.“Los Angeles Times” z 9 stycznia 1993 roku.

Weźmy przypadek Boeinga737-800 (nr rejsu TC-JGE), liniiTurkish Airlines, który 25 lutego 2009 roku podczas podchodzenia do lądowania na pasieamsterdamskiego lotniska Schiphol rozpadł się na trzy części, gdy przymusowo wylądował na polu w pobliżu pasa lotniska. Spośród135 osób zginęło 9 osób, a 50 zostało rannych, w tym 25 ciężko.

Idźmy dalej. Kokpit nie uległ zniszczeniu, a kadłub pękł na trzy części podczas awaryjnego lądowania 4 grudnia 2010 roku Tu 154 dagestańskich linii lotniczych na lotnisku Domodiedowo w Moskwie. Tuż po starcie z moskiewskiego lotniska Wnukowo do Mineralnych Wód na Kaukazie uszkodzeniu uległy trzy silniki. Podczas awaryjnego lądowania na najnowocześniejszym moskiewskim lotnisku samolot wpadł w poślizg i zsunął się z pasa startowego. Z kolei1 stycznia 2011 roku w Surducie po zapaleniu się paliwa, nastąpił wybuch silnika Tu 154 podczas kołowania na lotnisku przed startem do Moskwy. Zginęły trzy osoby spośród ponad 120 pasażerów i członków załogi.

Takich przykładów jest więcej, są one jednak skrzętnie pomijane. Jeszcze ludzie zaczęliby kojarzyć za dużo.

Mamy więc do czynienia z uporczywym kierowaniem uwagi na Siewiernyj, tak ze strony rządu i prokuratury wojskowej, mediów mainstreamowych, jak i opozycji. A posuwa się to do granic absurdu. W „Gazecie Polskiej” z 6 czerwca br. na stronie tytułowej ukazało się zdjęcie, które ma być ostatnią fotografią śp. Lecha Kaczyńskiego wykonaną na pokładzie tupolewa w dniu tragedii, a które w rzeczywistości jest dość słabym fotomontażem. Wcześniej pojawiły się zdjęcia, upublicznione przez Zuzannę Kurtykę, które miałyby uwieczniać moment odlotu tupolewa z Okęcia. Dziwnym trafem jednak nikomu z zainteresowanych sprawą nie udało się dotrzeć do oryginałów tych zdjęć, nie widać też na nich postaci, które moglibyśmy rozpoznać. Trudno taki „materiał dowodowy” traktować poważnie. Zwłaszcza w dobie photoszopa.

W blogosferze coraz częściej mówi się o Okęciu jako o kluczu do tragedii. Nas zastanawia brak zdjęć z odlotu, brak jakichkolwiek relacji osób odwożących członków delegacji na lotnisko… Zwróciliśmy się też z pytaniem do fotograficznych agencji prasowych o odpłatne udostępnienie zdjęć z 10 kwietnia z Okęcia do opublikowania w naszej książce. Wszystkie agencje odpowiedziały, że takich materiałów nie posiadają. Ani jednego zdjęcia z odlotu głowy państwa! Do tego jeszcze „zepsuty” akurat tego dnia monitoring w wojskowym porcie lotniczym w stolicy. Ten kompletny brak danych z lotniska rodzi różne domysły. Co takiego musiało się tam wydarzyć, że jest tak pilnie strzeżoną tajemnicą?


FYM: Jak to się w ogóle stało, że zajęli się Państwo śledztwem smoleńskim? Dziennikarze przecież unikają tego jak diabeł święconej wody. Nie ma bezpieczniejszych zajęć? Mówię o, podkreślam, śledztwie, nie zaś o „temacie smoleńskim”. Ten ostatni bowiem bywa od 10 Kwietnia „eksplorowany” i „zagospodarowywany” na mnóstwo sposobów – od wypadkowo-prześmiewczych czy satyrycznych zaczynając na naukowo-badawczo-wizualizacyjnych kończąc. Co dla Państwa stanowiło taki impuls? Przecież tyle artykułów i książek już napisano „o Smoleńsku”! :) Kto wie zresztą, czy już wszystko nie jest wyjaśnione (jak nie przez jednych ekspertów, to przez drugich), tzn. albo był na Siewiernym wypadek, albo zamach. Co tu jeszcze drążyć?”

JMJ: Chciałabym od razu wyjaśnić – my nie zajmujemy się śledztwem smoleńskim, gdyż by prowadzić śledztwo trzeba dysponować dowodami i dotrzeć do świadków zdarzenia, a my ani nie mamy takich możliwości, ani ich nie szukamy. Nigdy też nie aspirowaliśmy do roli dziennikarzy śledczych. Jesteśmy publicystami, a to zasadnicza różnica. W przeszłości pisywałam, Piotr zresztą też, o wielu aferach, ale nigdy nie starałam się dotrzeć do, dajmy na to, Jeremiasza Barańskiego ps. „Baranina”, czy „Dziada”, szefa gangu wołomińskiego. Zresztą czy w Polsce dziennikarstwo śledcze istnieje?

W 2009 roku UNESCO opublikowało przewodnik dla dziennikarzy śledczych. Został przetłumaczony na kilka języków w tym na arabski, rosyjski i chiński. Polskiego tłumaczenia nie ma. Mało tego, jak pisał 31 maja br. Marek Palczewski na blogu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich na Salonie24, międzynarodowe organizacje dziennikarzy śledczych pomogły uformować profesjonalne zespoły w Egipcie, Jordanii i Tunezji. Rząd w Warszawie nie angażuje się w promocję dziennikarstwa śledczego, by przyspieszyć walkę z korupcją, a robią to na przykład rządy w Beninie, Ghanie, Kenii, Mozambiku, Nigerii i Ruandzie.

W Polsce nie ma dziennikarstwa śledczego, gdyż nikomu na tym nie zależy. Są, owszem, pojedyńczy dziennikarze tropiący mniejsze lub większe afery, ale to wszystko. A i to nie wiem, czy dzieje się niezależnie, czy raczej w ramach rozgrywek kto kogo. Nawet prawicowi dziennikarze śledczy, którzy mają rzekomo reprezentować inne, wyższe standardy, „swoich” nie ruszają. Relacjonował Pan wysłuchania przed zespołem parlamentarnym badającym tragedię smoleńską i wie Pan doskonale o czym mówię. Słowem jest jakaś salonowa atrapa dziennikarstwa śledczego nie naruszająca interesów, których nie można naruszyć. Nikt nie chce ryzykować losu Anny Politkowskiej. Przesada? Niekoniecznie… Tyle tytułem wyjaśnienia.

A dlaczego zajęliśmy się tym tematem? Przyznaję, na początku jedynie obserwowaliśmy rozwój wypadków, jednak już od pierwszego dnia pewne pytania nie dawały nam spokoju, chociażby to jakim samolotem, jakiem czy tupolewem, polska delegacja poleciała do Smoleńska. Zastanawiał nas też sposób relacjonowania wydarzeń, np. brak zdjęć z miejsca katastrofy i to w czasach, kiedy korki na drogach są pokazywane z helikoptera. Można powiedzieć, że w ten sposób rodziła się nasza smoleńska myślozbrodnia, by posłużyć się określeniem Orwella z „Roku 1984”. O tym, jak silna jest polska Policja Myśli, tropiąca ludzi uprawiających myślozbrodnię, a więc myślących inaczej niż każe Partia i Wielki Brat, pokazuje nie tylko wszechobecna propaganda, ale także – zdawałoby się umożliwiający największą swobodę wymiany opinii - Internet, w którym blogerów prowadzących tzw. śledztwo obywatelskie, kontestujących oficjalną wykładnię rządowo-opozycyjną oraz wykazujących, że na Siewiernym miała miejsce maskirowka, czyli że nie zginęła tam setka osób, a mamy jedynie do czynienia z makabryczną inscenizacją, określa się mianem „ruskich agentów”. Prawda, że to szczególny dość paradoks, że akurat tak się „komplementuje” tych, którzy dane podane przez stronę rosyjską w odróżnieniu nawet od opozycji odrzucają uznając je za kompletnie niewiarygodne?

Wracając do książki. Pan przestawił hipotetyczny przebieg wydarzeń, więc nie ma sensu byśmy powielali zawartość „Czerwonej strony Księżyca”. Będziemy się na Pańską pracę powoływać, chociaż my przyjęliśmy od początku trochę inne jednak założenie niż Pan, zależy nam raczej na ulokowaniu 10 kwietnia w kontekście wydarzeń krajowych i w geopolityce, na wskazaniu prawdopodobnych motywów zbrodni. I tu pojawia się naturalnie wątek sprawstwa pośredniego i bezpośredniego. O zamachu jako pierwszy wspomniał izraelski „Maariv” w tekście pt.: „Zapach likwidacji”; o sprawstwie rosyjskim, powołując się na swoje źródła w NATO, wprost napisał rumuński portal internetowy Global News. Ale czy tylko ten kierunek należy uznać za prawdopodobny?

W połowie maja 2010 r. przeprowadzaliśmy wywiad z ks. Stanisławem Małkowskim, kapelanem „Solidarności”, którego Służba Bezpieczeństwa przeznaczyła do likwidacji i miał podzielić los ks. Jerzego Popiełuszki. Komentując wydarzenia 10 kwietnia stwierdził jednoznacznie, że mieliśmy do czynienia z zamachem stanu. Ale, co więcej, podkreślił że „był to nie tylko zamach stanu, ale akt wojny przeciwko Polsce. Zamach stanu jest sprawą doraźną, wewnętrzną. Tutaj mamy natomiast sojusz czynników: wschodniego, centralnego i zachodniego. W wyniku tego – przynajmniej biernego – trójporozumienia dokonała się zbrodnia o nazwie Katyń 2. Nasza sytuacja geopolityczna jest gorsza niż w latach 80., gdy mieliśmy obrońców na Zachodzie, którym zależało na tym, by Polskę wykorzystać w grze przeciwko Związkowi Sowieckiemu, mającej doprowadzić do rozkładu bloku wschodniego. Mieliśmy też szczerych przyjaciół, takich jak Ronald Reagan. Teraz tych przyjaciół brak. Grozi nam strategiczne porozumienie rosyjsko-niemieckie. Zachód i USA grają razem z Moskwą.”

Czy ten scenariusz też nie może być prawdopodobny?

PJ: Mówienie w warunkach polskich o dziennikarstwie śledczym jest nieporozumieniem. 23 marca br. „Gazeta Polska Codziennie” poinformowała, że „podczas badań ciał Przemysława Gosiewskiego, wicepremiera w rządzie PiS, oraz prof. Janusza Kurtyki, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, biegli nie potrafili określić przyczyny ich zgonu. Mało tego, ich ustalenia są sprzeczne z ustaleniami rosyjskich patologów, potwierdzonymi później przez ówczesną minister zdrowia Ewę Kopacz oraz premiera Donalda Tuska, którzy twierdzili, że ofiary katastrofy zmarły na skutek wielonarządowych obrażeń. Tymczasem narządy wewnętrzne ekshumowanych ofiar nie zostały naruszone.”

Po takiej informacji, jeśliby istniało niezależne, a więc wolne od politycznych nacisków, dziennikarstwo śledcze, w prasie powinno zawrzeć, informacja przecież – jako podważająca wszystkie dotychczasowe ustalenia dotyczące 10 kwietnia 2010 roku – jest wybitnie przełomowa. Znalazł Pan kontynuację tego wątku na pierwszych stronach gazet niezależnych, prawicowych, nieważne jak je zresztą nazwiemy, kontestujących działania rządu i prokuratury? Nie, ale nie mogło jej być, skoro pojawiła się koncepcja wybuchów w tupolewie. Nie na miejscu byłoby więc stawianie pytania: „Czy mogła mieć miejsce eksplozja, skoro narządy wewnętrzne ofiar nie zostały naruszone?”. Spotkał się Pan z przypadkiem, gdy po wybuchu narządy wewnętrzne nie odnoszą obrażeń? Bo ja nie. Jesteśmy więc w domu: mamy kolejną odsłonę salonowej poprawności, tym razem bynajmniej nie autorstwa „Gazety Wyborczej” i Kancelarii Premiera.

Sytuacja dziennikarstwa w Polsce po 10 kwietnia 2010roku jest, moim zdaniem, podobna do tej amerykańskiej po zamachach z 11 września 2001. Bodajże w 2006roku mówił o tym David Boardman, redaktor naczelny „The Seattle Times” i szef amerykańskiej organizacji Investigative Reporters and Editors na konferencji w Łodzi poświęconej prawnym, ekonomicznym i profesjonalnym zagrożeniom, przed którymi stoi dziennikarstwo śledcze. Z jego analizy wynikało, że w Stanach nastąpił wówczas zanik tzw. dziennikarstwa weryfikującego na rzecz dziennikarstwa przyjmującego do wiadomości.

Czy nie przerabiamy tego i u nas? Spójrzmy chociażby na – jak to się mówi - niezależne i demaskatorskie filmy, jakie powstały po 10 kwietnia i były popularyzowane przez „Gazetę Polską”. Czy któryś z nich podał w wątpliwość Siewiernyj jako miejsce katastrofy, zanalizował rozrzut szczątków maszyny, czy porównał przebieg katastrofy z innymi przypadkami tego typu? Czy w filmach tych padają kluczowe pytania o na przykład okęcki blackout, o autentyczność wraku, albo o to jak to możliwe, że zniknął cały kokpit, a jakimś cudem odnalazł się FMS? Nie wiem jaką rolę mają pełnić te obrazy, skoro na przykład w filmie „10.04.10” zupełnie bezrefleksyjnie bierze się za dobrą monetę to co mówią „świadkowie” ze Smoleńska. Dostrzegam poza tym w większości tych produkcji jakąś miałkość, odwoływanie się głównie do emocji, by nie powiedzieć, że granie na nich. Pytanie, czy to eksploatowanie tematu na siłę prędzej czy później nie przełoży się także w kręgach wyborców PiS-u na spadek zainteresowania tematem.


FYM: Wspomniałem o niebezpiecznym zajęciu, choć wydawać by się mogło, że chodzi o zwykłą lotniczą katastrofę, a nie np. poruszanie się po terenie takiej katastrofy, na którym może eksplodować paliwo i wybuchnąć pożar zagrażając potencjalnym świadkom zdarzenia (nawiasem mówiąc, Bogu dziękować, iż tej ewentualności nie brał pod uwagę „polski montażysta”, biegnąc na Siewiernyj po „upadku” - „jak ten pies ogrodnika”). Czemu zajmowanie się śledztwem smoleńskim to takie niebezpieczne zajęcie? Jak Państwo sądzą?

JMJ: Mamy do czynienia z zagadką, choć to może nie najszczęśliwsze określenie, z serii Gibraltar, zabójstwo prezydenta Kennedy’ego, czy 11 września 2001 roku. Przy wszystkich różnicach i nieporównywalności przypadków, już dziś można z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że tak jak w przypadku śmierci generała Sikorskiego, tak i przy zamachu smoleńskim prawda ma najprawdopodobniej nigdy nie ujrzeć światła dziennego, a zmowy milczenia nie uda się naruszyć przez kolejne dziesięciolecia.

Warto może zatrzymać się na chwilę przy podobieństwach pomiędzy katastrofą gibraltarską, a smoleńską. W obu tych wypadkach przekonuje się nas, że miały miejsce tragiczne wypadki. Ale jeśli tak, to dlaczego Anglicy o kolejne pół wieku przedłużyli utajnienie akt dotyczących śmierci generała Sikorskiego. Czy dlatego, że jak mówił w programie Dariusza Baliszewskiego z lutego 2008 roku Antoni Chudzyński, były sekretarz ministra Tadeusza Romera, major brytyjskiego kontrwywiadu MI 6, „nigdy nie było żadnej katastrofy gibraltarskiej”? Zdaniem Chudzyńskiego w samolocie, który został wyłowiony z wód Gibraltaru, w ogóle nie było ciała generała Sikorskiego, a Naczelny Wódz i premier Rządu Polskiego na Uchodźstwie miał zostać zamordowany wcześniej w Pałacu Gubernatora. O tej i innych sprzecznościach pisze także w swoich książkach, m.in. „Zamach” i „Po zamachu” Tadeusz A. Kisielewski.

Co ponadto ma wspólnego Gibraltar ze Smoleńskiem? Otóż, w obu przypadkach wiemy, że doszło do tragedii, znamy bilans strat, ale wiemy też, że nie było tak jak się nam to przedstawia, bo przedstawiany scenariusz kłóci się z logiką i zdrowym rozsądkiem. W jednym i drugim przypadku jest całe mnóstwo dziur i niekonsekwencji w oficjalnych wersjach, sprzeczne są też relacje świadków. W przypadku 10 kwietnia jedni, jak na przykład Jacek Sasin, widzieli ciała ofiar na Siewiernym, inni, jak dajmy na to operator Sławomir Wiśniewski, nie widzieli szczątków poległych na sugerowanym miejscu zdarzenia. No i w obu przypadkach jest też podawany do publicznej wiadomości zupełnie niejasny i nieprawdopodobny przebieg „katastrofy”. Katastrofy takie się po prostu nie zdarzają.

Pyta Pan o niebezpieczeństwa związane z zajmowaniem się 10 kwietnia. Mamy tu do czynienia z potężnymi grupami interesów, zarówno tymi krajowymi – konfidenci, służby specjalne, agentura wpływu - jak i międzynarodowymi… Kto stoi na ich drodze, ten popełnia „samobójstwo”. Czy do dziś pojawił się jakiś wiarygodny świadek związany ze sprawą śmierci Lecha Kaczyńskiego i wymordowania delegacji? I Pan i ja wiemy, że nie. Ludzie się boją, a milczenie jest polisą na życie. Elementy odstraszające, myślę tu chociażby o przypadkach Grzegorza Michniewicza i Eugeniusza Wróbla, działają bardzo mocno na wyobraźnię, gdyż pokazują, jak bardzo długie ręce mają „seryjni samobójcy”.

Ponadto dziwnym trafem sprawy tego typu kończą się z reguły nie wykryciem sprawców i umorzeniami postępowań. Po tragedii był jednak jeden wyjątek, do którego nawiązał profesor Jacek Trznadel w artykule „Mój komentarz późniejszy” (kwiecień-maj-lipiec 2011 roku): „Naliczono już przez ostatni rok kilka tragicznych zgonów powiązanych w ten czy inny sposób ze sprawą smoleńską. Tylko jedno wydarzenie było całkowicie obnażone i jawne. W atmosferze politycznej „posmoleńskiej”, morderca, przeciwnik PiS-u, chcąc zamierzyć się na Jarosława Kaczyńskiego, dokonał znanego mordu w biurze łódzkim PiS-u. Użył skutecznie broni palnej, a potem noża, ale druga zaatakowana ofiara przeżyła. To morderstwo polityczne tak ewidentne i głośne, w efekcie społecznym odegrało jednak w jakimś sensie rolę maskującą, pozwalającą mniej myśleć ludziom o innych sprawach wysoce podejrzanych.” W tym konkretnym wypadku odwrócono uwagę od morderstwa dokonanym na Eugeniuszu Wróblu. Można powiedzieć, stary dobrze sprawdzono sposób: przykryć niewygodne wydarzenie innym, typu „Tomek zatruty grzybami”, „poszukiwania małej Madzi”, które lokuje się w centrum uwagi, mimo że tego typu nieszczęścia nie są odosobnione w Polsce. Społeczeństwo jednak daje się nabierać, tym bardziej gdy gra się czułych strunach, nie każdy zna przecież mechanizmy tej dezinformacji…

Rzecz jasna, pozbywanie się niewygodnych świadków nie dotyczy wyłącznie Polski. Przypomnę spalenie żywcem w rozpalonym piecu hutniczym pułkownika GRU Olega Pieńkowskiego, uznawanego za najbardziej wartościowego szpiega amerykańskiego i brytyjskiego doby zimnej wojny. Można przywołać zamordowanie w Londynie przez KGB i bułgarskie KDS dysydenta Georgi Markowa. Tu wykorzystano tzw. bułgarski parasol, zakończony wysuwaną igłą, z której po wbiciu w ciało wystrzeliwała kulka, zawierająca około pół miligrama rycyny. Najbardziej spektakularnym, w rozumieniu – odstraszającym – morderstwem było jednak otrucie byłego podpułkownika KGB/FSB Aleksandra Litwinienki polonem podanym w herbacie.

Sygnał jasny – występowanie przeciw systemowi nie popłaca.

PJ: Podobnych przykładów można wymienić więcej, nie wszystkie kończyły się eliminacją fizyczną, że wspomnę tylko porwanie w Rzymie i uwięzienie w Izraelu Mordechaja Vanunu, który wcześniej w wywiadzie dla „London Sunday Times” ujawnił światu fakt posiadania przez Tel-Awiw broni jądrowej.

Ale generalnie działanie „seryjnych samobójców”, choć może lepsze byłoby tu określenie „szwadrony śmierci”, ma na celu pozbywanie się osób, które często przez przypadek lub z racji pełnionych obowiązków dowiedziały się zbyt dużo. Być może taka właśnie była przyczyna „samobójstwa”, Grzegorza Michniewicza, który powiesił się na sznurze od odkurzacza 23 grudnia 2009 roku. Oficjalną wersję w wątpliwość podawał podczas przesłuchania kierowca Michniewicza. „Czy to bowiem zwyczajne, że w dużym domu, w którym nie brak odpowiedniego miejsca i wysokości, człowiek wiesza się niemal na klamce, jak w więziennej celi? Za drzwiami pomieszczenia zobaczyłem przewrócony odkurzacz. Po lewej stronie odkurzacza zobaczyłem Grzegorza Michniewicza w dziwnej pozycji, niby klęczącego, siedzącego jednocześnie na piętach. Wokół szyi Grzegorza Michniewicza widziałem zaciśniętą pętlę ze sznura odkurzacza, który zawiązany był na ukośnej belce w przejściu z kuchni do pokoju”- zeznał.

Przypomnę, że Michniewicz, dyrektor generalny w Kancelarii Premiera Donalda Tuska, pełnomocnik ds. ochrony informacji niejawnych i administrator danych, w latach 2000-2001 pełnomocnik ds. ochrony informacji niejawnych w Rządowym Centrum Legislacji, miał najwyższe poświadczenia bezpieczeństwa, zarówno krajowe, jak i NATO oraz Unii Europejskiej. Przez jego ręce przechodziły niemal wszystkie dokumenty kancelarii premiera, także tajne. Czy te „smoleńskie” także?

Czy zadziałały „szwadrony śmierci”? Michniewicz miał popełnić samobójstwo, mimo że wcześniej umówił się z rodziną na wspólne spędzenie Wigilii. Co więcej,prokuratorzy który przejrzeli jego domowy komputer w pliku "Moje plany" znaleźli dokładny plan zajęć na 23 grudnia. Michniewicz miał już kupiony bilet na świąteczny wyjazd do teściów, co w prokuraturze potwierdziła Paulina T., pracownica jego biura: „22 grudnia Grzegorz Michniewicz mówił, że następnego dnia będzie tylko do godz. 14, bo jedzie na święta (…). Według mnie nic, kompletnie nie wskazywało na to, że on może pozbawić się życia (...). Chcę na zakończenie dodać, że ja nie wierzę, aby on popełnił samobójstwo.”

Śledztwo, jak w większości podobnych przypadków, umorzono, w decyzji uznano, że Michniewicz powiesił się „nagle pod wpływem impulsu”. Ale jaki to mógł być impuls, skoro człowiek ten umawiał się z najbliższymi na Święta?Z ustaleń dokonanych przez „Wprost” wynika, że wieczorem 23 grudnia Michniewicz napisał także kilka SMS-ów do swojego przełożonego, szefa kancelarii Tomasza Arabskiego. „Nie wiadomo jednak, czego dotyczyły, ani o której godzinie zostały wysłane. Minister nie odpowiedział na nasze pytania w tej sprawie” – pisał tygodnik.

Temat został szybko bardzo skutecznie wyciszony w mediach.

Postawmy następne pytanie: czy Eugeniusz Wróbel, który miał oceniać raport MAK, został pocięty piłą na kawałki, dlatego że nieopatrznie miał się podzielić opinią, że szczątki na Siewiernym nie należą do tupolewa o numerze bocznym 101?

A Dariusz Szpineta, zawodowy pilot, ekspert i prezes spółki lotniczej, który powiesił się 2 grudnia 2011 roku w łazience ośrodka wczasowego w Indiach? Wcześniej parokrotnie wypowiadał się w mediach w sprawie Smoleńska, wskazując, że lot Tu-154M był lotem wojskowym, wypowiadał się także w kwestii braku pozwolenia na wlot rządowego tupolewa w rosyjską przestrzeń powietrzną. Pisał Pan zresztą o tym w tekście pt.: „Loty specjalne”. Jeżeli rzeczywiście nie było zgody, to jakim cudem samolot mógłby znaleźć się na Siewiernym?

Kolejne zagadkowe wypadki. 6 czerwca 2011 roku w hiszpańskiej Asturii doszło do katastrofy dwóch awionetek. Pierwsza pilotowana była przez wybitego architekta Stefana Kuryłowicza, który zaprojektował, a następnie realizował projekt m.in. terminala Warszawa-Okęcie, oraz jego współpracownika Jacka Syropolskiego. W drugiej śmierć poniósłJanusz Zieniewicz, były kierownik działu łączności w PLL LOT, potem właściciel firmy Cerberis, zajmującej się zabezpieczeniami elektronicznymi, która również obsługiwała Okęcie.Jak informowała Polska Agencja Prasowa w depeszy z 7 czerwca ubiegłego roku „jedna awionetka z niewyjaśnionych przyczyn spadła na budynek na placu postojowym samolotów w Castrillon. Budynek był wtedy pusty. Druga maszyna spadła do pokrytego eukaliptusami urwiska w pobliskich górach Bayas. Znalezienie samolotu w górach było możliwe dzięki uaktywnieniu systemu lokalizacyjnego zainstalowanego w awionetce.Według mediów lokalnych, w Asturii panowała wtedy gęsta mgła i padał deszcz. Widoczność była poniżej kilometra. Z powodu niekorzystnych warunków atmosferycznych utrudniony był nawet ruch kołowy.Według rządowego komunikatu, wszystkie awionetki były bardzo dobrze wyposażone i leciały na właściwej wysokości.”

W grudniu 2010 roku podczas przesłuchania przed smoleńskim zespołem parlamentarnym pracownik kancelarii Lecha Kaczyńskiego Tomasz Szczegielniak powiedział rzecz niezmiernie interesującą, dotyczącą wydarzeń na Okęciu: "Nie widziałem tego, no, z prostego powodu, że cały czas byłem wtedyw tym hanga... w termi... na terminaluibyliśmy zajęci obsługą tych wszystkich osób, które miały towarzyszyć panu Prezydentowi.” Czy to tylko przejęzyczenie, czy faktycznie Szczegielniak był w jakimś hangarze i zajmował się obsługą jakichś osób z delegacji? Dlaczego zespół tego tropu nie podjął?

Jakoś tak się dziwnie składa, że mówiąc o Smoleńsku, wracamy do lotniska Okęcie. Co oznaczają słowa Szczegielniaka? Czy to, że pasażerów tupolewa (i być może jaka?) zgromadzono w – zburzonym po 10 kwietnia – nowym hangarze? Czy architekt Kuryłowicz zginął w katastrofie, gdyż np. znał rozkład tuneli pod Okęciem połączonych z hangarami?

Pytań jest mnóstwo. W tym kontekście dość interesująco brzmi oświadczenie generała Anatola Czabana z 10 sierpnia 2011 roku o przyczynach jego odejścia z wojska. Opisując swoje samopoczucie podkreślił: „Ludzie pytają, jak się czuję. Odpowiadam – fatalnie-tak jakbym został w ciemnym przejściu podziemnym wrzucony do szczeliny,zasypany kamieniami i jedynym moim pragnieniem jest, aby krew wypłynęła na powierzchnię i wskazała miejsce zbrodni”.

O jakiej zbrodni mówi generał? Pytanie wciąż czeka na odpowiedź.


FYM:To, że mainstreamowi dziennikarze unikają pewnych „okołosmoleńskich” tematów (np. jakimś szóstym zmysłem wiedzą, że nie należy szukać szczęścia na Okęciu), wydaje się zrozumiałe. W przeróżnych miejscach wszak bywają lub wprost zasiadają „fachowcy wojskowi”, którzy pomagają różne skomplikowane i zawodowe, i życiowe kwestie, że tak powiem, głębiej zrozumieć. Tacy wojskowi pedagodzy mogą np. podpowiedzieć (dobrodusznie, jak nauczyciel historii, taki starej, peerelowskiej daty nauczyciel – uczniowi pytającemu o Katyń): „nie interesuj się”. No ale tak wielu naukowców, tak wielu prawników, tak wielu policjantów, tak wielu urzędników np. kontrolerów NIK itd. też jakby wie, iż „nie interesuj się” ich obowiązuje.

Pytanie zatem ciśnie się na usta: a czemuż to nie wolno się interesować tak prostą sprawą, jak wylot dwóch rządowych samolotów 10 Kwietnia ze stołecznego lotniska i ich przelot w związku z prezydencką delegacją? Co w tym zainteresowaniu może być groźnego, skoro doszło li tylko do lotniczej katastrofy jednego z tychże statków powietrznych? Czy spotkali się Państwo z jakimiś irracjonalnymi wprost lękami (tudzież innymi tajemniczymi stanami), w które wpadały osoby dopytywane na okoliczność np. wylotów polskiej delegacji? Czy na Okęciu też jakby zaszły zjawiska a la UFO?”

JMJ: Tak, spotkaliśmy się z takim stanem, odnoszącym się właśnie do lotniska Okęcie. Asystent posła Antoniego Macierewicza, powiedział nam wprost w 2010 roku, że zespół nie będzie się tą kwestią zajmował. Dlaczego posłów nie interesowały przyczyny nagłego zepsucia się monitoringu, identyczny przypadek miał przecież mieć miejsce na Siewiernym, dlaczego – mimo, że zespół nie ma uprawnień śledczych, więc nie może nikomu nakazać zjawienia się na posiedzeniu – nie zaproszono na wysłuchanie osób pracujących tego dnia na lotnisku, tak cywilnym jak i wojskowym? Dziwię się temu, gdyż nawet jeśli nie udałoby się otrzymać żadnych informacji, przynajmniej w przestrzeń publiczną poszedłby jasny sygnał, że zespół rozpatruje wnikliwie każdy scenariusz, który może przybliżyć nas do prawdy o 10 kwietnia, a nie posiłkuje się głównie danymi zza wschodniej granicy, a więc z raportu MAK, które w zależności od okoliczności albo uznaje za kłamliwe, albo za wiarygodne.

Mówiliśmy już tutaj o tzw. seryjnych samobójcach. W ubiegłym roku poruszyliśmy ten temat z posłem Antonim Macierewiczem, który zaprzeczył w rozmowie z nami, że śmierć Grzegorza Michniewicza może mieć jakikolwiek związek z tzw. katastrofą smoleńską. Usłyszeliśmy natomiast, że tajemniczy zgon jeśli już, to należy łączyć z aferą hazardową. Gdzie Rzym, gdzie Krym można zapytać, ale może też przewodniczący zespołu ma o wiele bardziej dogłębną wiedzę, niż nam wszystkim się to wydaje. Być może, skoro dowiedzieliśmy się od niego też takiej ciekawej rzeczy jak ta, że dowodem na to, iż na lotnisku w Smoleńsku miała miejsce katastrofa jest rozmowa, jaką Lech Kaczyński przeprowadził z pokładu samolotu ze swoim bratem Jarosławem. Niestety dla nas, z uwagi na możliwość fałszowania, jak to miało miejsce choćby w przypadku spreparowanych rozmów telefonicznych z udziałem pasażerów samolotów porwanych 11 września 2001 roku w USA, nie może być to dowód ostateczny. Jeżeli jednak przewodniczący zespołu utrzymywał, że na Siewiernym kokpit tupolewa „był przynajmniej przez 4 godziny, są jego zdjęcia, jest nawet zdjęcie, jak jest transportowany przez helikopter, gdzieś wywożony ten kokpit, tak że to tak nie jest, że on zupełnie wyparował. Jego nie ma na miejscu tam na lotnisku, gdzie jest złożony, no, zrzucony na taką bezkształtną kupę ten wrak samolotu, części samolotu, tam kokpitu rzeczywiście nie ma. No ale gdzieś on istnieje” - to jest to naprawdę jakiś tajemniczy stan …

PJ: Na Okęciu, czy też w innych miejscach związanych z wydarzeniami 10 kwietnia, z przyczyn o których wspominaliśmy już wcześniej, panuje jak przypuszczam, z perspektywy ponad dwóch lat od tragedii grobowe milczenie. Nikt więc nie przekaże informacji i dlatego pozostaje wyłącznie tzw. biały wywiad. Między innymi dlatego też nasza książka nie będzie miała charakteru śledczego. Zresztą prześledzenie okresu rządów PiS oraz przerwanej prezydentury Lecha Kaczyńskiego w kontekście zmian geopolitycznych jest nie mniej ciekawe. Wnikliwa lektura źródeł pozwala zorientować się czyje interesy były zagrożone i kto najbardziej skorzystał na zmianie kursu Polski po 10 kwietnia.


FYM: Takie niezbyt ładne przysłowie powiada, że w domu powieszonego o pewnych sprawach się nie mówi. Np. o sznurze. Nie wiem jak Państwu, ale mnie się nasuwa skojarzenie właśnie z sytuacją „domu powieszonego”. Jest to o tyle dziwna sytuacja (w przypadku śledztwa smoleńskiego), że przecież do słynnej lotniczej katastrofy miało dojść na Siewiernym, a nie na Okęciu, prawda? W czymże więc leży ten gigantyczny problem, jeśli chodzi o szczegółowe odtworzenie sytuacji na tym warszawskim lotnisku?

Już pomijam w tym momencie to, że zrazu nie sposób było ustalić, o której dokładnie godzinie co wyleciało, taki widocznie był wzmożony ruch na Okęciu tamtego sobotniego ranka – jak i ustalić, „o który obiekt latający chodzi”, że się tak wyrażę. Czy chodzi o „prezydenckiego jaka”, czy może raczej o „prezydenckiego tupolewa”. I nie byle kto miał z takimi ustaleniami problemy. Przykładowo R. Grupiński (było nie było człowiek gabinetu ciemniaków i rządzącej koalicji) w programie radiowym Trójki 10 Kwietnia przed 10-tą rano powiada: „Rozmawiałem z ludźmi z kancelarii premiera.Nie było jeszcze wtedy informacji na temat tego, czy rozbił się tu-154 czy jak...” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... ilcza.html). Z kolei dansingbubek z tzw. centrum operacyjnego, dzwoniący (ponoć niedługo po 9-tej pol. czasu) do amb. J. Bahra, mającego być na pobojowisku „pokatastrofalnym”, na którym „brak oznak życia”, ma zapytywać „czy to na pewno ten samolot, czy nie ten?” (http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju, ... 14245.html)?

Na mój, niekoniecznie chłopski, ale ciemny na pewno, rozum, jakoś ciężko wyjaśnić to, iż ani w kancelarii premiera, ani w MSZ, ani w COP (http://freeyourmind.salon24.pl/294090,c ... a-narracje), ani - jak można by sądzić z wywiadu „Czerskiej Prawdy” z legendarnym B. Klichem - w MON (http://wyborcza.pl/1,111900,8951988,Sze ... &startsz=x) nie wiadomo, co to za obiekty latające z warszawskiego wojskowego lotniska wyleciały z Dowódcami i Prezydentem.

Rozumiem, że gdyby tych samolotów dla delegacji prezydenckiej było z dziesięć, to można by się pogubić w takim natychmiastowym ustaleniu, kto wyleciał czym – ale przecież wylecieć miał tylko „jeden tupolew” z „całością delegacji”, czyż nie? Czy więc ktoś się w kontroli lotów zagapił (może leciała jakaś powtórka ważnego serialu w TV) i przeoczył ten jedyny wylot, czy może tych wylotów było trochę więcej niż jeden i stąd się „pokomplikowała sprawa”? No, chyba że, jak sugerują niektórzy, 10 Kwietnia wyleciał tylko dziennikarski jak-40 – ale w takim razie gdzie by się podział „prezydencki jak” i „prezydencki tupolew”, o których mówił rzecznik MSZ P. Paszkowski i dziennikarze?”

PJ: A czy w ogóle mamy pewność, że delegacja wyleciała z Okęcia? A może wyleciał z niego wyłącznie Jak-40 z dziennikarzami? Przecież jeśli spojrzymy na relacje oficjalne, to się nic nie klei. Przypomnę, że na początku nikt, z ówczesnym rzecznikiem MSZ Piotrem Paszkowskim na czele, nie wiedział, czy prezydent poleciał tupolewem, czy jakiem. My jedynie wiemy, że o 7.27 wystartował „jakiś tupolew”. I to wszystko. Nie wiadomo, kto go pilotował, kto był na pokładzie… Owszem, są nagrania z wieży, które zostały zabezpieczone na potrzeby śledztwa, ale co w nich jest też tego nie wiemy. Ciekawa informacja z tym związana jest taka, że w Internecie, myślę tu m.in. o stronie http://www.liveatc.net, uważanej za główne źródło, jeśli chodzi o dostęp do nagrań rozmów pilotów z wieżą, nie można znaleźć nagrań z wieży kontroli lotów Okęcia (międzynarodowy kod - EPWA)z interesującego nas zakresu czasowego z 10 kwietnia. Niestety, na mail wysłany do autorów strony w tej sprawie, nie doczekaliśmy się odpowiedzi… Pozostaje też otwarte pytanie, czy ze śmiercią delegacji wiąże się zgonoficera nasłuchu i kontrwywiadu Marynarki Wojennej, którego znaleziono powieszonego 2 czerwca 2011 roku w Wejherowie? Tę wiadomość ogłoszono dopiero po miesiącu, razem z informacją, że rozmowy przeprowadzane w tupolewie 10 kwietnia 2010 roku mogły być odbierane przez nasłuch tych służb.

JMJ: Ten brak jakichkolwiek informacji dotyczących poranka 10 kwietnia na Okęciu jest tym bardziej zastanawiający, że z jakichś tajemniczych względów przechodzi się nad tym do porządku dziennego. Czy w toku śledztwa prowadzonego przez prokuraturę wojskową, bądź cywilną lub podczas prac sejmowego zespołu smoleńskiego, ta sprawa kogoś zainteresowała? Chyba nie, inaczej coś by przeciekło do mediów. Nie mamy więc np. ani jednej relacji taksówkarza, który odwoził któregoś z członków delegacji. A rozmowy telefoniczne? Co Pan robi, gdy ktoś z Pana rodziny odlatuje, a Pan nie może go odprowadzić na lotnisko? Naturalnie, dzwoni Pan do tej osoby, by spytać, czy wszystko w porządku, czy nie ma opóźnienia w podróży. Albo osoba wybierająca się w podróż dzwoni, czy przysyła sms-a. A tu nic, brak danych na temat jakiegokolwiek nawiązywania kontaktu z najbliższymi, tak jakby te osoby rozpłynęły się we mgle. Bo trudno przecież przyjąć do wiadomości, że nikt się ich podróżą nie interesował, szczególnie tak ważną wizytą jak upamiętnienie pomordowanych w Katyniu. Czy ta dziwna sytuacja nie miała związku z tajemniczym komunikatem z wieczora 9 kwietnia, o którym w ostatnich wiadomościach informowały TVP1, TVP2, TVP Info? Można też go było znaleźć w telegazecie, abył podobny w treści do tego odebranego przez brytyjski kontrwywiad tuż przed zamachem nad Lockerbie. Komunikat brzmiał dokładnie tak: „Dyżurna Służba Operacji Sił Zbrojnych RP przekazała do Centrum Operacji Powietrznych w Warszawie informacje o zagrożeniu atakiem terrorystycznym jednego z samolotów Unii Europejskiej”…

PJ: … a propos: z telegazety zniknął 10 kwietnia tuż po „katastrofie”. Dlaczego nad tym komunikatem zapadła cisza, skoro mógł on by być jednym z kluczowych elementów rozwikłania smoleńskiej zagadki?

Czy spotkał się Pan z jakimiś analizami, skąd się ten komunikat wziął i którego samolotu z UE to ostrzeżenie mogło dotyczyć? Nie wiem, być może prokuratura wojskowa, analizuje ten materiał, ale dziennikarze o to nie pytają, a ta część Polaków, która wydarzeniami z 10 kwietnia 2010rokujeszcze się interesuje – na przekór mediom i politykom, którzy robią wiele, by wywołać u opinii publicznej zmęczenie tym tematem – o tym komunikacie już pewnie nie pamięta.

Dodam może jeszcze, że wbrew niektórym opiniom informacjaDyżurnej Służby Operacji Sił Zbrojnych RPnie była utajniona. I jest to dziwne, gdyż z reguły tego typu ostrzeżenia, wychodzące od służb specjalnych, a Dyżurna Służba Operacji Sił Zbrojnych RP jako organ wykonawczy Szefa Sztabu Generalnego WP zajmuje się m.in. zapobieganiem aktom terroru i ich następstwom, są tajne. Potwierdził to zresztą w odpowiedzi na pytanie „Niezależnej Gazety Polskiej Nowe Państwo” (w tekście Leszka Misiaka pt.: „Rozdział I – ostatnie ostrzeżenia”, numer 3/2011) rzecznik prasowy SG płk Andrzej Wiatrowski. Stwierdził on, iż „przesyłane bądź otrzymywane informacje o zagrożeniu mają status dokumentów, które nie są rozpowszechniane. Nie mają one charakteru informacji publicznej.”

Dlaczego więc ten konkretny komunikat był opublikowany w mediach? Przecież do pewnego czasu można go było znaleźć za pomocą wyszukiwarki Google, czy na stronach internetowych m.in. wprost24.pl, wolnemedia.net, wolnapolska.pl, niezalezna.pl, newsweek.pl… Wielu blogerów (m.in. mailbox w styczniu 2011roku), stawiało tezę, że komunikat został wydany specjalnie tak późno, by nie dotarł do opinii publicznej, a jedynie do zainteresowanych, by usprawiedliwił np. zmianę lotniska docelowego samolotu, czy też, z uwagi na konieczność zastosowania ochrony kontrwywiadowczej, zmianę sposobu i czasu dowozu członków delegacji i zebranie ich na przykład w hangarze. Może warto zastanowić się, czy nie był to sygnał do podjęcia jakiejś akcji, czy nie taki był cel upublicznienia komunikatu.

Istotną kwestię, dotyczącą zmian zawartości komunikatu podjął 11 lutego 2012rokubloger Wunderman we wpisie pt.: „Klucz do zrozumienia przyczyn katastrofy smoleńskiej”, opublikowanym na Salonie24, podkreślając, że „dopiero później manipulowano jego treścią nadając mu taką formę: „…dzień przed katastrofą otrzymano ostrzeżenie o możliwości uprowadzenia statku powietrznego z lotnisk jednego z państw Unii Europejskiej”.Wobec tego twierdzono, że cała sprawa nie mogła dotyczyć katastrofy smoleńskiej. Z tego drugiego tekstu łatwo wywnioskować, że był zmienianypost factum, już po katastrofie.Zastanawia to, że taką wersję komunikatu przyjęła teżBiała Księgaw sprawie katastrofy smoleńskiej opracowana przez Zespół pod kier. Antoniego Macierewicza. Ale przede wszystkim zastanawia co innego – dlaczego wykrzywiono brzmienie pierwotnego komunikatu? W istotnym stopniu zmieniono jego sens?”

Właśnie, dlaczego?

JMJ: Skoro już jesteśmy przy komunikatach, to przypomnijmy jeszcze ujawniony w zeszłym roku przez Polsat News fragment nagrania z Centrum Operacji Powietrznych, z którego wynikało, że na Siewiernyj leciał także Jak-40, pilotowany przez gen. Andrzeja Błasika. Ta kwestia jednak też nie została podjęta przez media, i gdyby nie blogerzy śledczy w ogóle by nie zaistniała. A to jest przecież tylko jeden z wielu przypadków przemilczania spraw nie pasujących do wersji lansowanych przez obie strony, które za dogmat przyjęły w punkcie wyjścia tezę o tym, że delegacja poleciała jednym samolotem na obchody rocznicowe i że wszyscy zginęli na Siewiernym.

Jeżeli jednak w założonym scenariuszu do katastrofy miało dojść na Siewiernym, to wszystkich należało umieścić w jednym samolocie. Katastrofę tupolewa da się jeszcze od biedy wmówić społeczeństwu, ale już bajkę o rozbiciu dwóch samolotów – nie za bardzo…

Można spytać, czy takie wprowadzenie w błąd milionów ludzi podejmujących na co dzień racjonalne decyzje jest możliwe? Ależ oczywiście! Było to już nie raz grane. W 1938 roku radiosłuchacze w Stanach Zjednoczonych wpadli w panikę przekonani o inwazji Marsjan. Uciekali z domów, dzwonili na policję. A wszystko za sprawą sugestywnego radiowego słuchowiska na podstawie powieści science fiction autorstwa Herberta George Wellsa „Wojna światów”. Tak jak wtedy miliony uwierzyły w najazd Marsjan na Ziemię, tak w czasie mniej odległym miliony telewidzów na świecie uwierzyło w to, że w wieże WTC w Nowym Jorku 11 września 2001 roku uderzyły samoloty pilotowane przez arabskich terrorystów. Ten telewizyjny obrazek z ranka 10 kwietnia 2010 roku ze strażakiem na pobojowisku i szczątkami jakiegoś samolotu pomalowanymi w polskie barwy też widocznie musiał być bardzo sugestywny, skoro wzięli go za autentyk również ci, którzy nie wierzą w wypadek, a więc zdawałoby się są bardziej wnikliwymi obserwatorami.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 22 cze 2012, 10:03 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
ciąg dalszy:


FYM: Jak Państwo patrzą – już z tej perspektywy czasu – na to, co się wokół „sprawy smoleńskiej” dzieje? Czy sądzą Państwo, że „wszystko ma się już ku końcowi”, tzn. zostaniemy z alternatywą: „wypadek lub zamach na Siewiernym” i powoli „życie wróci do normy”, czy jednak nastąpi pęknięcie w tym dość grubym murze grobowego milczenia wokół tragedii? Mnie nieustannie frapuje nie tylko to, jak można (fachowo) analizować przebieg katastrofy nie dysponując materiałem dowodowym w postaci szczątków danego samolotu i dokładnych badań miejsca, ale też to, jak można mówić o dokładnym przebiegu tejże katastrofy (z takimi a takimi skutkami), nie przeprowadziwszy kompleksowych, specjalistycznych badań medyczno-sądowych dotyczących stanu zwłok ofiar. Możliwe jednak, że w sytuacji, w której, tak jak to sygnalizowałem w rozmowie z Z. Białasem (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... cz-ii.html), nawet prokurator generalny A. Seremet marzy już tylko o zamknięciu śledztwa, bez konieczności pozyskiwania fragmentów wraku, rejestratorów itp. drobiazgów, bez konieczności przeprowadzania dalszych (poza dotychczasowymi trzema) ekshumacji, tudzież zebrania pełnej dokumentacji – nie powinienem oczekiwać cudu.”

JMJ: Skoro pewien elektryk rzekomo udowodnił, że przeskoczył ponad dwumetrowy płot, to dlaczego nie można prowadzić śledztwa smoleńskiego i przeprowadzać symulacji dotyczących rozpadu kadłuba samolotu, gdy wrak tupolewa spoczywa na Siewiernym, a dowody są w rękach Rosjan? Dla logicznie myślącego człowieka jest to absurd, ale co to kogo obchodzi, sprawa jest upolityczniona, a w polityce dowolne obchodzenie się z prawdą jest prawie nagminne. Opieranie się na danych teoretycznych, nie uwzględniających np. stopnia zużycia elementów samolotu, powoduje ich zafałszowanie, a tym samym fałszuje obliczenie końcowe. Nie bronię tu koncepcji pancernej brzozy, gdyż nie wytrzymuje ona krytyki, chcę tylko powiedzieć, że nie można uznawać za wiarygodne obliczeń, opartych na nie zweryfikowanych danych wziętych z fabrycznej charakterystyki samolotu.

Jaką więc mamy gwarancję wiarygodności w przypadku badań prowadzonych z jednej strony przez prokuraturę, a z drugiej przez ekspertów zespołu parlamentarnego? W przypadku profesora Biniendy na potwierdzenie fachowości przywołuje się jego udział w wyjaśnianiu katastrofy promu „Columbia”. Tyle, że tam był zapis startu i przebiegu lotu do momentu katastrofy oraz parametry zachowań urządzeń pokładowych, były szczątki promu poddane badaniu i byli świadkowie. Dowodzenie mogło więc zostać przeprowadzone fachowo w oparciu o prawidłowe dane wyjściowe. Co z tego jednak miałoby wynikać w odniesieniu do badania przypadku Siewiernego?

Mówi się więc o ładunkach wybuchowych w skrzydle, wykorzystując - mam wrażenie - to, że przeciętny odbiorca nie wie np. że paliwo znajduje się w skrzydle i że gdyby doszło do wybuchu w tym miejscu to samolot zamieniłby się w jedną wielką pochodnię i nie byłoby mowy o tym, że ciała niektórych ofiar zachowałyby się bez znaczących obrażeń. Epatuje się więc publiczność, poprzez wykorzystanie argumentum ad ignorantiam, szczegółami technicznymi, niezrozumiałymi dla większości, tak by odwrócić uwagę od alogicznych, sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem elementów sytuacji, np. braku foteli, kokpitu czy braku obrażeń narządów wewnętrznych u niektórych ofiar.

Jednocześnie szeroko stosuje się argumentum ad verecundiam, czyli zamykanie ust krytykom poprzez odwoływanie się do tego, co powiedział autorytet. Najlepiej z tytułem naukowym. Profesorem był Bronisław Geremek, profesorem, zgodnie z wykładnią salonu, jest Władysław Bartoszewski, Lech Wałęsa w pojedynkę obalił komunizm, zaś Tadeusz Mazowiecki to „pierwszy niekomunistyczny premier”. I dlatego to, co mówią jest święte i nie może być kwestionowane.

Ależ to było piętnowane przez prawicę i tzw. niezależne media! A tymczasem w przypadku Smoleńska podobne chwyty erystyczne stosowane są przez obie strony. Z jednej strony mamy ekspertów typu Tomasza Hypkiego, Wojciecha Łuczaka, Tomasza Białoszewskiego. Z drugiej - Wiesława Biniendę, czy Kazimierza Nowaczyka. To przecież naukowcy, a w dodatku z amerykańskich uczelni! I nie wypada pytać nawet, czy owi naukowcy mają osiągnięcia przydatne w wyjaśnianiu okoliczności tragedii 10 kwietnia . Mają rekomendację przewodniczącego zespołu parlamentarnego i opozycji, i to ma wystarczać, a podawanie w wątpliwość trafności doboru stosowanych przez tych naukowców metod i przydatności wyników ich badań do wykrycia okoliczności śmierci poległych 10 kwietnia ma wagę nieomal zdrady stanu.

Krótko mówiąc wszystko, co nie jest zgodne z wersją o zwykłym wypadku lotniczym z jednej strony, albo z drugiej z hipotezą o wybuchach, „zamrożeniem” tupolewa na wysokości 15 czy 26 metrów, jest albo ośmieszane, albo zamilczane na śmierć. Nie daj Boże mówić o maskirowce, bo dostaje się etykietkę ruskiego agenta, albo paranoika.

PJ: Spirala kłamstwa smoleńskiego będzie nakręcana dalej. Nie ma liczącego się, wpływowego środowiska, które mogłoby dać temu skuteczny odpór. Powstaną następne, nic nie wnoszące do sprawy filmy, pojawią się pewnie jakieś kolejne „ostatnie zdjęcia prezydenta”, i jakieś okolicznościowe publikacje przy okazji kolejnych rocznic, które nie będą o krok przybliżać do prawdy.

Moim zdaniem, aby ten mur milczenia i zakłamania zburzyć potrzebny byłby współczesny odpowiednik Mitrochina, Kuklińskiego oraz Reagana. Prawda o Smoleńsku pewnie spoczywa w sejfach nie tylko w Polsce, ale także w Moskwie, Berlinie, czy Waszyngtonie, i oczywiście procentuje. Słowem zważywszy układ sił w geopolityce musiałby zdarzyć się jakiś cud.

Prawo i Sprawiedliwość zapowiada, że do końca tego roku swoją pracę zakończy zespół badający katastrofę smoleńską i przedstawi pełny raport. Zespół, jak powiedział Antoni Macierewicz, kończy badania dotyczące ostatnich 6 sekund lotu Tu 154M i będziemy się mogli się zapoznać z ich wynikami jeszcze przed wakacjami. Zastawiam się, czy opozycja zdaje sobie sprawę z jaką odpowiedzialnością wiążą się tego typu deklaracje. Zwolennicy PiS, choć oczywiście nie tylko, na pewno w najlepszej wierze czekają na wyjaśnienie w jakich okolicznościach zginął prezydent i cała prawie stuosobowa polska delegacja. Na miejscu opozycji byłbym jednak zdecydowanie bardziej wstrzemięźliwy w zaciąganiu w tym przypadku kredytu zaufania społecznego.


FYM: Dlaczego, Państwa zdaniem, głos prof. J. Trznadla oraz prof. M. Dakowskiego w sprawie maskirowki smoleńskiej został przemilczany nawet przez media deklarujące się jako niezależne, a więc piszące o tym, o czym nie chcą informować media „reżimowe”? Czy zaczynamy wchodzić w etap, w którym istnieje już tylko mainstream, różnicujący się jedynie wedle kryterium politycznych sympatii/antypatii, a stosujący w istocie (zwierciadlane, dwubiegunowe) zasady selekcji i blokowania pewnych treści? Czy Państwa zdaniem pojawienie się (w polu zagadnień badawczych) teorii maskirowki na jesiennej konferencji smoleńskiej (http://www.konferencjasmolenska.pl/) stanowi już jakiś poważny przełom w całej sprawie śledztwa, czy to będzie nieznaczący epizod? A może są jakieś symptomy pękania tamy?”

PJ: Czy widzi Pan jakąkolwiek liczącą się siłę, której zależałoby na odejściu od obowiązującej narracji? Przecież w nią wpisują się zarówno media mainstreamowe, czy też jak je Pan nazywa „reżimowe” – choć polemizowałbym, czy to określenie jest właściwe – jak i te określające siebie jako niezależne. I to jest odpowiedź na Pana pytanie, dotyczące przyczyn zapisu nałożonego na m.in. profesorów Jacka Trznadla i Mirosława Dakowskiego. Przy sprawie smoleńskiej mamy tak naprawdę do czynienia z dwoma mainstreamami: rządowym z TVN i „Gazetą Wyborczą” oraz opozycyjnym z „Gazetą Polską” i „Naszym Dziennikiem” na czele, które zadziwiająco zgodnie uznają dane przedstawione przez MAK za miarodajne.

JMJ: Nie chcę być złym prorokiem, ale pojawienie się Pana publikacji „Czerwona strona Księżyca” na jesiennej konferencji poświęconej katastrofie smoleńskiej, która ma odbyć się 22 października w Warszawie, może służyć próbie zdezawuowania tej koncepcji. O tym może świadczyć fakt, że w materiałach konferencyjnych Pana materiał jest jedynym ujmującym 10 kwietnia z pozycji teorii dwóch miejsc, mimo że są także fachowe publikacje profesora Mirosława Dakowskiego, czy Krzysztofa Cierpisza, których nikt merytorycznie nie podważył. Czy nie chodzi o to, by hipotezę dwóch miejsc zdeprecjonować poprzez przypisanie jej do, przy całym szacunku dla Pana, anonimowego czyli ukrytego pod pseudonimem blogera, który nie będzie mógł wystąpić oficjalnie podczas obrad i przedstawić analizowanej przez siebie hipotezy.

Proszę też zwrócić uwagę, że tematem konferencji jest „Mechanizm zniszczenia samolotu TU-154M w Smoleńsku w dniu 10.04.2010”, a nie okoliczności śmierci prezydenta RP i delegacji katyńskiej. Czy to nie mówi za siebie?

Nie chcę jednak przez to wszystko powiedzieć, że nie warto by Pan na przykład przygotował na konferencję referatu i np. poprosił kogoś o jego przedstawienie. Było nie było wśród zadań badawczych i problemów naukowych organizatorzy konferencji wymieniają „Ocenę prawdopodobieństwa hipotezy, według której śmierć pasażerów samolotu TU-154 nastąpiła w innym miejscu niż wrakowisko pod Smoleńskiem, a samo wrakowisko i wszelkie informacje dostarczane przez stronę rosyjską są jednie inscenizacją (ros. maskirowka)”.

FYM: Nieprzypadkowo przeszedłem do pewnego szerszego kontekstu, odchodząc nieco od sprawy samego kwietniowego zamachu na polską delegację, zastanawiam się bowiem, czy czasem nie jest trochę tak, iż to właśnie ów „szerszy kontekst”... uniemożliwia sprawne przeprowadzenie smoleńskiego śledztwa. Mamy z jednej strony instytucjonalne dekretowanie „hipotezy wypadkowej” (radzieccy eksperci z Moskwy i znad Wisły), z drugiej zaś strony, także instytucjonalne dekretowanie „hipotezy zamachowo-dwuwybuchowej” - w rezultacie natomiast, mimo pewnych różnic w sposobie wyjaśniania „smoleńskiej katastrofy”, obie strony są zgodne, co do podstawowej rzeczy. Głoszą jednomyślnie, iż, powiem obrazowo, „z Siewiernego nie należy odlatywać”, tzn. nie ma mowy o jakimkolwiek „zakwestionowaniu miejsca zdarzenia”, które już 10 Kwietnia D. Miedwiediew był łaskaw uznać, nomen omen, za... „mistyczne” („Dzisiejszy dramat jest tragicznym zbiegiem okoliczności, który sprawia, że jego miejsce staje się mistyczne”http://wiadomosci.dziennik.pl/artykuly/115489,miedwiediew-smierc-prezydenta-to-szok.html).

Tymczasem, co zapewne warto przypomnieć samym najwierniejszym, bezkrytycznym wyznawcom tych hipotez, iż już 10 Kwietnia pojawiły się natychmiast w przekazie medialnym: przeróżne dane, które uniemożliwiały jednoznaczne ustalenie zarówno czasu zdarzenia, jak i jego przebiegu, a nawet... miejsca (http://alan.polish.salon24.pl/225685,tu ... snie-gdzie).

Z czasem Zdarzenia było/jest chyba najwięcej cyrków. Godzina 10.56 rus. czasu (znalazłem nawet newsa o tym, iż do „katastrofy” miało dojść 36 minut po 10.22, więc wypadałoby, iż o 10.58http://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/bialorusini-ostrzegali-o-trudnych-warunkach,211449.html), godzina 10.50 (http://4.bp.blogspot.com/-jwUKIPznnbA/T ... ruskie.png), godz. 10.40, a nawet 10.38... (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... o-838.html). Cztery/trzy razy „podchodził” (http://wiadomosci.dziennik.pl/artykuly/ ... dziej.html), tylko dwa razy podchodził (głosił to oficjalnie przecież sam Szojgu http://wiadomosci.dziennik.pl/artykuly/ ... oskwy.html), wyłącznie raz podszedł (do lądowania) (obecna wersja oficjalna).

Wypadek zdarzył się w Pieczersku („Do katastrofy prezydenckiego samolotu TU-154 doszło dwa kilometry do Smoleńska, przed lotniskiem wojskowym w miejscowości Pieczersk”http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/katastrofa-pod-smolenskiem,211435.html), do wypadku doszło 2 km od pasa startowego (http://www.dziennik.com/wiadomosci/arty ... ineli-w-ka), 1,5 km od, kilkaset metrów od (http://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiat ... 11449.html), a nawet... na samym lotnisku (W. Waszczykowski w jednym z telewizyjnych „wejść” 10 Kwietnia złapany przez reporterów opowiadał im, iż nie da się z Polski wylecieć na „tamto lotnisko”, bo jest ono... zniszczone; por. też http://freeyourmind.salon24.pl/303533,swiadek-bater; http://freeyourmind.salon24.pl/380030,m ... ina-batera).

Nadwiślański „Fakt” z rozpędu zwizualizował (w swym specjalnym wydaniu) „miejsce upadku” od strony zachodniej smoleńskiego lotniska Siewiernyj (http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... M-cz-1.pdf, s. 72-73). Nie muszę też chyba przypominać, że (mimo że „wyleciał jeden samolot”, istniały poważne problemy z ustaleniem „listy pasażerów” oraz... ilości osób, które poleciały i „w wypadku” zginęły (http://freeyourmind.salon24.pl/410648,m ... skie-8-132, http://wiadomosci.dziennik.pl/artykuly/ ... ejsce.html).

A powinna być sytuacja prosta jak budowa ruskiego cepa. Tu a tu, o tej a o tej godzinie spadł taki a taki samolot z takimi a takimi skutkami. Mówimy przecież o historii katastrofy lotniczej, do jakiej miało dojść w parusettysięcznym mieście wschodniej Europy, nie zaś w jakichś niedostępnych rejonach świata, do których dopiero trzeba wysyłać ekspedycje poszukiwawczo-ratownicze (nie mówiąc o telewizyjnych). Jak jednak wiemy, właśnie takiego prostego, jednoznacznego przekazu, wcale 10 Kwietnia nie było (rozpisywałem się o tym w „Czerwonej stronie Księżyca”, więc tu nie wchodzę w szczegóły). I wracam do sedna mego pytania: czy sprawa śledztwa, a ściślej, rzetelnego dochodzenia nie rozbija się o ten „szerszy kontekst”?

Wiele się już przetoczyło debat/dyskusji wokół sprawy ruskiej dezinformacji i jej nadwiślańskiej kontynuacji, czyli po prostu rozwijania narracji narzuconej przez Moskwę. Dlaczego jednak od razu tak skwapliwie tę narrację w Polsce przyjęto, powszechnie uznając (bez względu na różnice polityczne), że doszło do „lotniczej katastrofy we mgle”? Dlaczego nie posypały się wywiady z ludźmi z kancelarii Prezydenta (zwłaszcza jeśli byli w stanie wydać oświadczenie o tym, iż wierzą, że członkowie delegacji... nie zginęli: „Głęboko wierzymy, że nie są prawdziwe nieoficjalne informacje o tym, że nie przeżył nikt z obecnych na pokładzie prezydenckiego samolotu, który rozbił się w sobotę w Smoleńsku - takiej treści komunikat pojawił się na stronach internetowych Kancelarii Prezydenta”http://wiadomosci.dziennik.pl/artykuly/115479,kancelaria-prezydenta-czekamy-na-informacje.html), z osobami z Okęcia, z dziennikarzami będącymi na miejscu, ze świadkami, którzy byli na pobojowisku (a nie z „leśnymi dziadkami”)? Dlaczego zabrakło fachowych, wszechstronnych materiałów z samego „miejsca katastrofy”, skoro tylu ludzi mediów było w Smoleńsku i Katyniu? Dlaczego od razu „wiedziano”, jakich określeń „nie używać” i czym „się nie interesować”? Dlaczego od razu wiedziano, by pewnych pytań w ogóle nie stawiać? Takich np.: 1) jak to jest, że na pobojowisku nie widać ciał i foteli blisko stu osób; jeśli nie widać, to gdzie one są? 2) Jak to mogło być, że nie doszło do pożaru, skoro samolot miał tyle ton paliwa? 3) Dlaczego nie ma żadnego zapisu wideo samego momentu „podchodzenia do lądowania” i samej katastrofy?

Pytania można mnożyć (szczególnie, że te sprawy pozostają aktualne do dziś), pytanie fundamentalne zaś jest takie (wiem, że zabrzmi ono nie za wesoło): czy chciano w ogóle ustalić tamtego dnia (i potem), co/gdzie się stało z polską delegacją, czy też... chciano tak pokierować świadomością Polaków, by uznali oni, iż wiadomymjest, co się stało, pozostaje tylko do wyjaśnienia, jak to się stało, ponieważ „prawda mogłaby być nie do przyjęcia”? To pytanie sobie zadaję już od dłuższego czasu, mając coraz silniejsze przekonanie, iż wiele osób wie (od 10 Kwietnia), że do katastrofy smoleńskiej nie doszło, lecz „wie” zarazem, iż tą tajemną wiedzą z Polakami nie można się podzielić, bo by tego „nie wytrzymali”.

JMJ: Pamięta Pan interpelacje i zapytania poselskie parlamentarzystów PiS o 10 kwietnia? Na przykład posłanka Jolanta Szczypińska próbowała dowiedzieć się, o której tupolew wyleciał z Okęcia. Otrzymała odpowiedź, że zostanie to ujawnione po zakończeniu śledztwa, a przecież tu akurat nie powinno być żadnych wątpliwości…

To, o czym Pan mówi pokazuje jak silna jest zmowa milczenia wokół Smoleńska. Z czego ona wynika mówiliśmy już wcześniej. Możemy tylko postawić pytanie: „Dlaczego żadnemu z czynników politycznych i mediów nie zależy na podjęciu przemilczanych aspektów tragedii smoleńskiej?”

PJ: Wie Pan jaka była reakcja na 10 kwietnia u zwykłych ludzi? Nie mieli wątpliwości, że był to zamach. Tyle, że utożsamiali to pojęcie z atakiem na samolot i zamordowaniem członków delegacji pod Smoleńskiem, co zresztą uprawdopodobnił film wpuszczony niemal od razu do Internetu, na którym słychać strzały z broni krótkiej. Był to, tak naprawdę, kolejny z elementów mający zatrzymać uwagę przy Siewiernym, podobnie jak późniejszy materiał z portalu eostroleka.pl.

Smoleńsk zmienił zasadniczo azymut polskiej polityki zagranicznej i wewnętrznej. Weźmy na przykład ruchy kadrowe po 10 kwietnia w armii i strukturach bezpieczeństwa takich jak Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. Przecież w dekapitacji państwa straciliśmy nie tylko prezydenta RP, ale także kadrę dowódczą wojska już z pokolenia natowskiego, a nie moskiewskiego. Ci ostatni wrócili na najważniejsze stanowiska, że wspomnę tylko gen. Stanisława Kozieja, obecnego szefa BBN, byłego członka PZPR, który jak pisał m.in. „Nasz Dziennik” z 12-13 lutego 2011 roku w tekście „Szef BBN po sowieckim kursie”: „w sierpniu 1987 r. odbył kurs Sztabu Generalnego ZSRS, a szkolenie było zabezpieczane przez sowieckie służby wojskowe GRU. Takie informacje wytworzone przez poprzedniczkę WSI - Wojskową Służbę Wewnętrzną, znajdują się w Instytucie Pamięci Narodowej. Z informacji zgromadzonych w Instytucie ma wynikać, że kurs był organizowany przez Akademię Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych ZSRS, tzw. woroszyłówkę. Jak ustalił portal niezalezna.pl, przechodzący takie szkolenia żołnierze państw Układu Warszawskiego byli podczas nich sprawdzani, czy nadają się do służby w wojsku pod kątem politycznym i czy mogą zajmować stanowiska dowódcze. Informacje te z pewnością nie byłyby niczym wyjątkowym, ponieważ większość kadry oficerskiej czasów PRL była szkolona w sowieckich szkołach i na sowieckich kursach. Jednak dziś gen. Koziej jest szefem BBN, które na XX-lecie tej instytucji zaprosiło do współpracy generała KGB Nikołaja Patruszewa, sekretarza Rady Bezpieczeństwa prezydenta Rosji i przyjaciela Władimira Putina”.

Nie zapominajmy też o jakże ważnej sferze jak polityka finansowa. Sławomir Skrzypek jako szef Narodowego Banku Polskiego blokował uruchomienie polskich rezerw finansowych przez rząd. Czy gdyby nie zginął i pozostał na stanowisku, możliwe byłoby ich naruszenie przez ekipę premiera Donalda Tuska i wejście do Paktu Stabilizacyjnego?

JMJ: Czy jednak nie warto by się zastanowić, kiedy mogły się zacząć, nazwę to skrótowo, przygotowania do „operacji Smoleńsk”? Może jednak nie była to np. jesień 2009 roku, ale początków należy szukać w podaniu rządu do dymisji przez premiera Jarosława Kaczyńskiego dwa lata wcześniej? Wówczas, po wygranych wyborach parlamentarnych przez Platformę Obywatelską, ośrodek prezydencki stał się ostatnim bastionem opozycji. Czy nie może być tak, że upadek rządu został wyreżyserowany przez służby specjalne i agenturę wpływu, którym ten rząd przeszkadzał w realizacji wyznaczonych celów? Afera gruntowa nie może być tu traktowana jako podstawowa przyczyna rozpadu koalicji PiS-Samoobrona-LPR. Jak było naprawdę powiedziałby może Andrzej Lepper, ale „popełnił samobójstwo”…


FYM: Rozwijając ten ostatni wątek, wydaje mi się niemożliwe, by „nie wiedziano” (w takich instytucjach, jak te wymienione wcześniej w naszej rozmowie), jakie samoloty wyleciały z Polski, w jakiej kolejności, o jakich godzinach i... dokąd zmierzały. Wojskowe stołeczne lotnisko to nie budka dyżurnego w jakiejś wioseczce zabitej dechami, który podpity śpi i nie wie, jaki akurat pociąg za oknem po torach przelatuje. Wiedzieć, co się działo na Okęciu musieli także pracownicy kancelarii Prezydenta współorganizujący uroczystości katyńskie, jak i (przynajmniej niektórzy) parlamentarzyści oczekujący w Katyniu. Wiedzieć musieli też ówcześni pracownicy Okęcia. Wiedzieć musiał 36 splt, rzecz jasna. I tak dalej. Tak się jednak dziwnie stało, że ta wiedza... „nie wyciekła”. I właściwie pilnuje się do dziś, by nie wyciekała.

JMJ: Dlatego tym bardziej nasza uwaga powinna być skoncentrowana na Okęciu… W pierwszej z brzegu zajezdni autobusowej, czy tramwajowej dyżurny dysponuje grafikiem wyjazdu pojazdów na trasy. Tym bardziej zastanawia blackout w wojskowym porcie lotniczym.

PJ: Myślę, że kluczowe pytanie to nie: ile samolotów i dokąd wyleciało. Mamy pewnik, że wyleciał jak z dziennikarzami i „jakiś tupolew”. Podstawowa kwestia jest taka: co działo się na Okęciu i czy delegacja opuściła w ogóle lotnisko. I czy ktoś widział ją wsiadającą do samolotu. Relacje „świadków” z Okęcia, z którymi mogliśmy się dotychczas zapoznać, brzmią niewiarygodnie. Nie widzieliśmy też jeszcze żadnych zdjęć z odlotu delegacji 10 kwietnia rano z Okęcia. Mam na myśli zdjęcia co do których nie ma wątpliwości, że nie są fotomontażem. Jak dotąd nie widzieliśmy fotografii, która przedstawiałaby na przykład parę prezydencką wsiadającą 10 kwietnia wczesnym rankiem do tupolewa. A mówienie o tym, że cała delegacja mogła wsiąść na pokład jednego samolotu uważam za uwłaczające pamięci gen. Andrzeja Błasika, który jako wzorowy dowódca nigdy nie dopuściłby się takiego złamania procedur.


FYM: Wspominając o szerszym kontekście, mam też na myśli nie tylko początek, ale i „koniec” śledztwa smoleńskiego – tego w oficjalnym, siewiernieńskim (czy to „wypadkowym”, czy „zamachowo-dwuwybuchowym” wymiarze). Czy możemy założyć tak, iż „ponad podziałami” politycznymi panuje zgodność, co do tego, iż „nie ma sprawy” tragedii delegacji? „Nie ma sprawy” ciał ofiar? „Nie ma sprawy” dalszych ekshumacji? Czyli, że o ile z jednej strony toczy się „zażarta walka” między zwolennikami „hipotezy wypadkowej”, a zwolennikami „h2w”, to w pewnym momencie zwierają oni szyki i razem „odpierają” wroga nr 1, czyli teorię kwestionującą obie te hipotezy?

JMJ: Ta „zażarta walka”, o której Pan wspomniał to, odnoszę wrażenie, kolejny spektakl odgrywany na scenie politycznej. My patrzymy na 10 kwietnia jako na największą po wojnie tragedię narodową i dekapitację państwa. Dla polityków natomiast nie ma z pewnością, jak można po z górą dwóch latach stwierdzić, sprawy dalszych ekshumacji. Proszę zwrócić uwagę, że nawet opozycja poza jednym wyjątkiem, mam na myśli czas, w którym domagano się udziału amerykańskiego patologa Michaela Badena w przeprowadzeniu autopsji m.in. ciała Przemysława Gosiewskiego, raczej nie podnosiła postulatu zbadania ciał wszystkich ofiar, w odróżnieniu od nieustannego koncentrowania się na ostatnich sekundach lotu i to lotu, który mógł w ogóle nie mieć miejsca. Mamy tu więc niewątpliwie porozumienie ponad podziałami. Czym spowodowane? Mam pewne przypuszczenia, ale być może zbyt daleko idące, i dlatego wolałabym je zachować dla siebie.

PJ: Nie raz zastanawiałem się jaką cezurą jest dla nas 10 kwietnia 2010 r., jaki etap tego dnia się definitywnie skończył. Obok innych aspektów widzę i taki, że to był przełomowy moment również i z tego względu, że zmusił wielu z nas do pozbycia się rozmaitych złudzeń. Może stopniowo, nie od razu, ale za to z pełnym przekonaniem. Dotyczy to także oceny polityków. To porozumienie ponad podziałami w kwestii smoleńskiej tragedii obnażyło elity, uświadomiło mi dobitnie jak nigdy dotąd, że my ich właściwie nie mamy. Kłania się hasło z PRL- u: „Sama opozycja – to nie propozycja”.


FYM: Może należałoby więc postawić pytanie tego typu: w jakim my kraju właściwie żyjemy po „katastrofie smoleńskiej”, skoro sama historia z tragedią tak wysokiej rangą delegacji, z losami tak ważnych dla Polski (i niezastąpionych, jak to widzimy od dwóch lat) osób, jest coraz bardziej zagmatwana i mroczna? Przypomina mi się maj 2010 – defilada na „placu czerwonym” w Moskwie i „spontaniczna” akcja „palenia zniczy” czerwonoarmistom w Polsce. Czy 10 Kwietnia nie dokonał pewnego „zamknięcia” epoki? Czy to, że tak wielu naszych rodaków od dwóch lat doskonale „wie”, iż na pewne tematy się „nie rozmawia”, pewnych tematów się „nie rusza”, pewnymi rzeczami się „nie należy interesować”, nie jest potwierdzeniem, iż dziś „Wielkiego Brata” nawet nie trzeba uruchamiać we wszystkich obszarach życia społecznego, gdyż sami obywatele „wiedzą jak funkcjonować”? Tzn. sami (bez czujnego spojrzenia politycznego policjanta) się pilnują?

JMJ: Spytam inaczej: w jakim kraju żyliśmy, skoro mogło wydarzyć się coś tak niewyobrażalnego jak tragedia 10 kwietnia 2010 roku? Sceneria posmoleńska nie jest przecież rezultatem śmierci prezydenta RP i delegacji, a wynikiem bierności większości społeczeństwa, milcząco akceptującej poprzedzające eliminację Lecha Kaczyńskiego ataki na głowę państwa ze strony m.in. Platformy Obywatelskiej. A przecież nie była to krytyka typowa dla normalnej walki politycznej, tylko kampania nienawiści. Dlaczego było przyzwolenie społeczne na awanturnictwo Lecha Wałęsy, który mówił o Lechu Kaczyńskim, że „durnia mamy za prezydenta” i razem z Donaldem Tuskiem i innymi liderami Platformy wzywał do budowania nieposłuszeństwa obywatelskiego i usunięcia legalnie wybranych władz państwowych? A przyzwolenie dla wybryków Palikota i Niesiołowskiego? Tego zjawiska socjologicznego nie można tłumaczyć ofensywą medialną „Gazety Wyborczej”, czy koncernu Waltera. To także nie rząd Tuska, Agora, czy TVN wygasiły ten niesamowity powrót narodowej solidarności przypominającej tę z roku 1980, a odrodzoną w dniach żałoby narodowej. Platforma przecież jak gdyby nigdy nic, mimo że za tragedię smoleńską ponosi co najmniej polityczną odpowiedzialność, wygrała najpierw wybory prezydenckie, a następnie parlamentarne. To nie są wypadki przy pracy, wydaje się raczej że błędy leżą po stronie opozycji. Proszę popatrzeć, gdyby władze stolicy tylko chciały to nie byłoby już nawet comiesięcznego, dziesiątego każdego miesiąca, marszu pamięci. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu nie obroniliśmy, podobnie mogą zostać spacyfikowane inne formy upamiętniania ofiar 10 kwietnia.
Na razie jednak w sytuacji gdy rząd dokonuje zamachu na emerytury, wprowadza kolejne podwyżki i nowe podatki, w tym zapowiada w oficjalnym dokumencie wprowadzenie podatku katastralnego, zajmowanie się przez opozycję ostatnimi sekundami lotu tupolewa plus kontestowanie przez nią działań rządu w kwestii śledztwa w sprawie tzw. katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku, może być dla PO paradoksalnie wygodne a już na pewno niegroźne. PiS zapowiada ofensywę na jesień tego roku. A co będzie teraz? Wakacje polityczne, czy udowadnianie kolejnych wstrząsów i wybuchów w samolocie? Dlaczego Prawo i Sprawiedliwość nie chce stanąć na czele ruchu protestu społecznego wobec polityki rządu Tuska? Dziś wyborów nie wygra się już hasłami odwołującymi się do tragedii 10 kwietnia, to było możliwe dwa lata temu, a tylko podjęciem tematów społecznych i ekonomicznych. Skoro chce się nad Wisłą zrealizować scenariusz Orbana, to trzeba w końcu zacząć go naśladować, o ile oczywiście opozycja chce w ogóle przejąć władzę, bo i to paradoksalnie nie jest już takie oczywiste jak kiedyś.

PJ: Problem ten jest znacznie szerszy. Bezsprzecznie skończył się jakiś etap, np. budowania świadomości patriotycznej i szacunku dla własnego państwa, myślę że nieprędko doczekamy sytuacji, gdy prezydentura i rząd będą w rękach opcji, którą generalnie można określić niepodległościową, która opowiadała się za solidaryzmem społecznym, jak również za odcięciem pępowiny PRL-u.

Podzielam zdanie Julii, że różnego typu porażek obozu prawicowego nie można tłumaczyć wyłącznie siłą propagandy salonu. Weźmy lustrację i dekomunizację, której nie przeprowadzono do dziś. O torpedowanie oczyszczania życia publicznego z agentury różnej postaci oskarża się – i słusznie, jeśli weźmiemy pod uwagę chociażby próby zlikwidowania Instytutu Pamięci Narodowej i usunięcia ze stanowiska śp. Janusza Kurtki – Platformę Obywatelską i front antylustracyjny PO i SLD. Jako adwokat diabła postawię jednak kwestię tak: od lat 90., do sukcesu braci Kaczyńskich, którym udało się zlepić obóz niepodległościowy pod szyldem PiS, prawica wstrząsana była kolejnymi rozłamami, pączkowaniem partyjek, których członkowie, by użyć słów Jacka Kurskiego, mieścili się w jednej windzie. Czy któryś z liderów prawej strony pokusił się kiedyś o diagnozę tej sytuacji? Czy prawica poddana została sprawdzeniu pod kątem agentury w niej ulokowanej, której zadaniem było doprowadzanie do podziałów i kłótni, szczególnie przed wyborami? Otóż nie, pomijam tu zawartość tzw. listy Macierewicza z 1992 roku, gdyż to zupełnie inna kwestia.

Prawica ponosi porażki, bo nie może przebić się do społeczeństwa – to kolejne tłumaczenie. Ja tę kwestię odwrócę: dlaczego prawicy nie udało się do dziś stworzyć silnych mediów alternatywnych wobec mainstreamu? Czy nie jest przypadkiem tak, że PiS, który jest najsilniejszą i jedyną liczącą się siłą opozycyjną w Polsce nie potrafił wykorzystać znakomitego z punktu widzenia praktyki politycznej układu nasz prezydent-nasz premier i był silny głównie w sferze frazeologii patriotycznej? Spójrzmy chociażby na likwidację Wojskowych Służb Informacyjnych. Wypominamy prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu, że jako jedyny poseł Platformy Obywatelskiej – abstrahuję tutaj od działań PO w obronie tego środowiska – głosował przeciwko likwidacji WSI, a ja spytam o skuteczność tej operacji. Czy raport z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych spowodował polityczne trzęsienie ziemi? Czy czyjeś interesy zostały przy tej okazji naruszone, no i czy któryś z prominentnych oficerów WSI trafił za kratki za nadużycia, w tym finansowe, albo czy poniósł konsekwencje za współpracę ze służbami sowieckimi, czy rosyjskimi? Nikt. A jeśli tak, to akcja ta była porażką, medialną wydmuszką. Oczywiście wiem, co powiedzą bezkrytyczni zwolennicy PiS-u. Że gdyby nie przegrane wybory w 2007 roku, to wszystko wyglądałoby inaczej, a aneks do raportu z likwidacji WSI zmiótłby układ ze sceny politycznej.

Krytykę trzeba zacząć od siebie, a nie od wrogów. Dotyczy to również sprawy smoleńskiej, o której rozmawiamy. Mówimy: obowiązuje narracja neosowiecka, oburzamy się na działania rządu. A czy stawiamy sprawę, dlaczego np. zespół parlamentarny stał się teatrem jednego aktora i nie formułuje żadnych wniosków, które mogą być uznane za niepodważalne? Właśnie jego przewodniczący ogłosił, że we wrześniu zostanie przedstawiona analiza ostatnich sześciu sekund lotu tupolewa. A przepraszam, w oparciu o jakie dane? Rosyjskie? Ciekaw jestem skąd ta wiara w prawdziwość zapisów czarnych skrzynek i FMS? Skąd ten upór z Siewiernym jako miejscem katastrofy i wybuchach na pokładzie samolotu? Taka hipoteza jest niezwykle korzystna dla Rosjan, przy przyjęciu tezy o ich odpowiedzialności, gdyż w żaden sposób nie może być ona zweryfikowana.

FYM: Bardzo dziękuję Państwu za rozmowę.

http://freeyourmind.salon24.pl/428579,r ... -jakuckimi


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 26 cze 2012, 19:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... -zyja.html

Poniższy tekst jest rzekomo autorstwa FYMa badającego teorię tzw. maskirowki. Czy FYM trafił tak blisko dziesiątki, że zamachowcy smoleńscy musieli go uciszyć? Podający się za FYMa agent musi być mało inteligentny, skoro uwierzył, że czytelnicy uwierzą w Tuska-patriotę bohatersko stojącego na czele tajemniczego PPP, czyli Polskiego Państwa Podziemnego, zwalczającego naszych wrogów. Owszem, chciałbym, by Polska miała takie PPP, bardzo by się dziś przydało, ale wtedy takie PPP obroniłoby Polskę przed np. podatkiem katastralnym, ludobójczą ustawą emerytalną, przed niszczeniem polskich stoczni i innych gałęzi przemysłu, uchroniłoby nas przed całą masą zbrodni jakich dokonano na Polsce w ciągu kilku ostatnich lat. Więc chciałoby się wierzyć w istnienie takiego PPP, bo jakże przyjemnie by się żyło, mając świadomość że PPP nas wszystkich obroni i wrogów wyhamuje w cichej wojnie tak, że tego nikt nie zauważy. Gdy PPP będzie Polaków bronić, ci spokojnie mogą sobie grillować i głosować na bohaterskiego szefa tego PPP Donalda Tuska, wiedząc, że jego przyjacielem (w tajemnicy - oficjalnie i medialnie z taktycznych względów wrogiem) jest Jarosław Kaczyński.

Kopia artykułu:

"Kasia Doraczyńska i Gen. Błasik żyją" - ogłasza Prezydent Obama
23 CZE 2012

Ja sam, jak patrzę na to zdanie, to wiem, że wygląda ono jak depesza z kosmosu, ale ja uwielbiam amerykańskie filmy, może nie „The Event”, bo ten serial trochę na kolanie zrobiono, ale coś takiego jak „The Monsters” (kto nie widział, proszę obejrzeć) – film obrazujący GROZĘ, której nie ma.


Oczywiście w przypadku Bitwy Smoleńskiej są zabici. Zginął Prezydent Lech Kaczyński, to na sto procent i gdyby On tylko zginął w katyńskim zamachu, katyńską śmiercią, a potem jego ciało rzucono by jak śmieć na jakieś wysypisko i złomowisko przylotniskowe, to już byłaby to dla Polski autentyczna katastrofa. Ale amerykańskie kino słynie z happy endu, więc powiem Państwu na koniec: nie zginęli wszyscy – liczba 96 jest przeszacowana. O czym za chwilę. Teraz bowiem wszyscy mnie na pewno uważnie przeczytają, choć dalibóg wczoraj powiedziałem wszystko to, co było najważniejsze, a dostałem za to swój „katyński strzał”, mimo że postawiłem na szali siebie, moich bliskich – wszystko co mam. By powiedzieć jedno: była Egzekucja. Tyle tylko wystarczy wiedzieć o 10-tym Kwietnia. Katyńska Egzekucja Prezydenta Kaczyńskiego. Drżę na samą myśl o tym, ale to już się dokonało i zmieni zarazem oblicze polskiej ziemi i – o czym tak marzył Jan Paweł II – zbroczonej krwią niewinnych, rosyjskiej ziemi.


Dlatego mam jedno tylko marzenie i w związku z tym zwracam się do Pana Brezydenta Obamy o umożliwienie mi realizacji tego jedynego marzenia. Nie dziś i nie teraz, bo jako piżamowiec i tak muszę się ogarnąć przez najbliższe miesiące. Mam wiele poodkładanych przez śledztwo katyńskie, spraw. Ja, obok J. Mackiewicza i J. Trznadla, katyńskie śledztwo – kto by pomyślał, że takie są Boże szlaki. Ale nie ja się pisałem na tę Historię, ale tak jakoś się stało, że zostałem „zmobilizowany” przez PPP. Jak pobór, to pobór – zwłaszcza w czasach Totalnej Konspiry i Zabawy w Strzelanego z czekistami. Szachy polskie i NATO-wskie, jakich świat do tej pory nie widział. Sądziliśmy bowiem, że NATO słabnie, głupieje, rdzewieje, a to była taka amerykańska, profesjonalna maskirowka. Well done.


Jakie marzenie – spyta ktoś. Sławę już mam, to chyba nikt nie może zaprzeczyć – ale bardzo, naprawdę BARDZO proszę bez ostentacji, Panie Prezydencie Obama, żadnych orderów przypinanych w Białym Domu, żadnych fleszy itd., muszę się teraz spokojnie zająć swoimi sprawami, jak piżamowiec po długiej i nieprzespanej nocy przed laptopem lub jak komandos grany przez Bruce'a Willisa, który w końcu umordowany niemożebnie musi wreszcie zejść z pola walki i wziąć prysznic. NATO i SKW PPP proszę więc uprzejmie o zachowanie całkowitej, szczelnej ochrony – takiej jak do tej pory – niewidzialnej, ale nieco mocniejszej niż wczoraj – tak bym ja, moi bliscy, moje dzieci – spokojnie mogli żyć, bez konieczności oglądania się cały czas za siebie, w bok itd. To takie moje wstępne, ale ważne dla mnie prośby, bo moja Basia wczoraj ze łzami w oczach szła spać, pytając: „a jak nie stanie się nic?”


No właśnie, to było jedno z wczorajszych pytań dnia do mnie. Wprawdzie nie stało się nic poza ujawnieniem prawdy o Katyniu 2, co wywołało ostrzał mojego elektronicznego bunkra i nawet parę klasycznych ciosów w plecy, jeszcze podczas tej ostatniej walki, już bez żadnej wirtualnej osłony, a więc bez „kuloodpornej kamizelki” FYM-a, już po prostu jako PP. Właśnie, mówiłem Basi, to jest operacja wojskowa NATO i na tym to polega, by obserwować zachowanie wroga – co robi na wieść o katyńskich strzałach z 10 Kwietnia. Co wróg robi? No i widać było, co robi, bo przecież był cyberatak na mój blog, na mnie itd. Ale nic się nie stało – nie przyjechał specnaz, nie wywieźli mnie do lasu, nie przystawili makarowa do łba i nie zginąłem. To było potwierdzenie, że MUR trwa. Drugie było takie, że nie dzwoniono do mnie z pogróżkami ani do nikogo z mojej rodziny, (choć jakiś „Leszek” chciał ze mną porozmawiać, z jakiegoś „numeru”; nie porozmawiał). Trzecie takie, że różne bliskie mi osoby okazały mi solidarność, braterstwo w chwili takiej próby.


Basia też to wszystko obserwowała, ale bała się cały czas – przerażało Basię to, ale jakoś daliśmy radę. Panie Prezydencie Obama, ja nie chcę by moja Małżonka tak się bała. Nie chcę, proszę więc o Uspokojenie Sytuacji, a więc sprawienie, iż oczy świata oraz oczy Cieni odwrócą się od nas, bo chcemy mieć po prostu święty spokój. Proszę o szczelną ochronę naszej prywatności.


I teraz moje jedyne marzenie: jedyne. Chciałbym dotknąć Miejsca, gdzie zabito mojego Prezydenta, Panie Prezydencie Obama. Oczywiście, nie musi to być dziś ani nawet w najbliższych miesiącach, to może być kiedyś. Muszę się ogarnąć, zmienić samochód itd., ale żebym coś takiego mógł uczynić. Nie musi tam w Katyniu być Pan, wystarczy mi możliwość pojechania, dotknięcia i podziękowania na kolanach Prezydentowi Kaczyńskiemu za Jego Misję i za Jego Bitwę. Katyńską, krótką jak „filmik Koli”. Czy to da się zrealizować w jakimś nieodległym czasie? Jeśli tak, to jesteśmy kwita. Nie proszę o żadne uściski rąk, no może zdjęcie z H. Fordem bym też kiedyś chciał mieć i zwiedzić USA wzdłuż, zwłaszcza jakąś bazę wojskową :), ale wystarczy mi to jedno: móc odwiedzić Katyń. To może Pan mi załatwić w prosty sposób: informując świat np. o tym, że Kasia Doraczyńska i generał Andrzej Błasik żyją. Żyją, choć w ramach tajnej operacji NATO, operacji związanej z rozpracowywaniem ruskiej siatki szpiegowskiej o nazwie, dajmy na to, „smoleńska mgła” - tak jak osoby objęte ochroną policji przed gangsterami – żyły w Ukryciu. Tak jak ukryty, choć w inny sposób, na czas śledztwa i jak chroniony – niewidzialnie, ale odczuwalnie – byłem ja.


Takie załatwienie sprawy ma tę zaletę, że będzie proces Norymberga II, jak to umownie nazwałem. Będzie siatka szpiegowska już ujęta i Polskie Państwo Podziemne będzie mogło się „ujawnić” przed światem ku zdumieniu moich i tego PPP wrogów, zaś szczególnie skorzysta na tej Zmianie Rosja. W Katyniu i Smoleńsku można zbudować wspaniałe lotniska, by przybywali tam turyści z całego świata – by nareszcie Katyniem mógł żyć cały świat. Pan też jeszcze nie był w Katyniu, Panie Prezydencie, więc to może być także i „pod Pana” inwestycja. To transakcja w stylu win-win. Czekiści i terroryści idą do więzienia, uczciwi ludzie wracają do swoich obowiązków, turystyka się ożywia i cała Rosja zamienia się w plac budowy i plac wolności. Zmienia się świat. Po jednej informacji, która zmienia wszystko. Informacji „niemożliwej”.


Nie musi Pan nawet mówić „Kasia Doraczyńska” (choć można przećwiczyć) wystarczy może Catherine :), ale Blasik, to już wypadałoby powiedzieć i da Pan radę. A, a propos lotnictwa, NTSB itd., coś trzeba będzie finansowo wesprzeć rosyjskie lotnictwo i w ogóle Rosjan, bo przecież widział Pan, co się dzieje z ich, że tak powiem, infrastrukturą. Tam sporo jeszcze jest do „oddrzewienia”. Ale wszystko w swoim czasie. Informacja o Kasi i Błasiku będzie OK. Na początek, bo przecież to i tak będzie „koniec świata”. Tyle do Pana, Panie Prezydencie i z góry dziękuję za spełnienie tego mojego, polskiego powiem szerzej, postulatu (dziękuję tak jak leśny dziadek-piżamowiec podziękowałby złotej rybce za spełnienie jednego życzenia – jedno bowiem wystarczy, trzy to już byłaby przesada), a teraz już wracam do swego wątku.


Wczoraj więc, także na „próbę świata”, zostawiłem sobie ostatni ruch, tak jak ktoś, kto ma prawo do ostatniego słowa. Jak każdy, kogo skazano za to, że chciał powiedzieć całą prawdę, tylko prawdę – prawdę. Całemu światu. Wszystkim. Prawdę o Zbrodni, Zdradzie i Zwycięstwie. Zasłużonym Zwycięstwie. W przypadku Prezydenta Kaczyńskiego skrótowo ZZZZ. Dlatego musiałem wstać znowu przed świtem, przespawszy się parę godzin, by zakończyć „mój show”, kończy bowiem się szachowa Gra. Największa operacja NATO związana z międzynarodową walką z czekistowskim terroryzmem.


I teraz o tej Grze właśnie ostatnie słowo, ale tak już trochę księżycową frazą, by rozreklamować moją książkę nim stanie się, ku utrapieniu wszelkich „ryczących krów”, bestsellerem (to już złota rybka spełni niejako „z automatu” - proszę tylko o spokojny mailowy kontakt).


„I play dead...”, śpiewała kiedyś Bjork. Można udawać osobę martwą w różnych sytuacjach. Przede wszystkim w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia. Tak czasami udawało się przetrwać egzekucję masową niektórym ludziom. Nie trafiła ich w tłumie kula, albo zostali tylko ranni, nie zabici. Można udawać martwą osobę, by wprowadzić w błąd złoczyńcę. W horrorach bywa, że ktoś leży pod łóżkiem i udaje, że go nie ma. Można udawać osobę martwą, gdy chce się chronić bliskich czy chronić całe państwo (bo trwa tajna operacja Totalna Konspira, przeprowadzana w najnowocześniejszy sposób, jak na XXI w. przystało). Można też udawać osobę martwą, by wziąć na siebie jakieś niebezpieczeństwo. I można udawać osobę martwą, by kogoś wprawić w śmiertelny strach. Można też sfotografować osobę udającą martwą i wtedy mamy „straszny film”. Można też tym filmem straszyć Wroga, jeśli on wie, że to Gra NATO.


Różne są sposoby właśnie ODSTRASZANIA i ZASTRASZANIA. Wspominałem o filmie „Monsters”, bo tam jest wspaniale pokazana jedna rzecz. Jaka? Strach ma wielkie oczy.


Co to znaczy? To, że boimy się na wyrost. Człowiek na sam dźwięk słów „specnaz”, „smiersz”, „terror stalinowski” wpada w lekką trwogę. Na myśl, że jakiś „smiersz” mógłby przyjść pod dom, od razu chce się schować. Na myśl, co by się stało, gdyby „smiersz” wszedł, woli człowiek nie myśleć. Tak działa psychoza strachu – sam strach potrafi się napędzać. Człowiek boi się na samą myśl o zagrożeniu! Nie w sytuacji realnego zagrożenia. Taką właśnie psychozę strachu budowało od dziesięcioleci CzeKa, dlatego zęby zjedli na KREOWANIU GROZY i ROZPOWIADANIU O NIEJ, żeby wszyscy na wieść o CzeKa trzęśli portkami.


Ta psychoza strachu tworzona przez czekistów nie jest nieuzasadniona. Po dziś dzień na myśl o ludobójstwie katyńskim i strzelaniu w potylicę może się komuś robić słabo. Mnie też – ale proszę zauważyć, że przeraża nas to, co się stało i to co mogłoby się ewentualnie z nami stać, gdyby nie daj Boże, przyszło nam coś takiego przeżyć – ale znów: nie ma realnego zagrożenia, tylko sama myśl o nim. Ciekawe prawda? Sami więc wpędzamy się znowu w strach. Sami. I to wykorzystywali czekiści. Stworzyć pozory zagrożenia, a następnie, by ludzie sami się swym strachem paraliżowali. Tak samo działa intoksykacja za pomocą systematycznie rozpowszechnianego kłamstwa. Jeśli je przyjmiemy na początku – w punkcie wyjścia. Przykładowo: przyjmujemy, że „doszło do katastrofy smoleńskiej prezydenckiego tupolewa” - no to wtedy usiłujemy odtworzyć przebieg takiej katastrofy – jeśli jednak do niej nie doszło, to już samo przyjęcie fałszywego „dogmatycznego” punktu wyjścia napędza spiralę kłamstw i spekulacji, i liczenia diabłów na główce szpilki. Jaka to była katastrofa, jaka trajektoria itd. Nie można bowiem, przyjąwszy fałszywy punkt wyjścia, iść prawdziwą drogą. Ta jest możliwa dopiero po wyjściu z prawdziwych przesłanek.


No ale jak nie znamy prawdy? No to wtedy jej szukamy. Po prostu. Szukamy, aż znajdziemy. I zastanawiamy się dlaczego w punkcie wyjścia ktoś przekazał nam FAŁSZYWĄ informację o katastrofie. Uwaga medioznawcy i studenci różnych kierunków :), nie mówimy o KŁAMLIWEJ informacji czy... KACZCE DZIENNIKARSKIEJ, za przeproszeniem, Panie Premierze Kaczyński, ale chyba Pan nie ma już nic przeciwko temu, bo będzie happy end i Pan to wie – nie wszyscy zginęli, niektórych zwyczajnie OCALONO – choć niekoniecznie z katastrofy lotniczej, a z TERRORYSTYCZNEGO UPROWADZENIA. Ocalono. No może nie tak, jak się ocalił Zelig, który zobaczył zombiaka na złomowisku – korpus bez głowy, nie wiem czasem czy nie z podpisem Assassination albo na swetrze jakaś trupia czaszka wysprejowana, no ale nie wiem, jak tam te służby SKW PPP jaja sobie z zamachowców robiły. Po SW jednak widzę, że to niezły jajcarz – i dobrze, Bond musi mieć poczucie humoru. Za to kochamy i filmy z Bondem, i samego Bonda. I inne amerykańskie filmy. I USA :). No dobrze, spokojnie, bo nie o tym miałem.


Mówimy więc o FAŁSZYWEJ INFORMACJI podawanej przez media CAŁEGO ŚWIATA PRZEZ CAŁY DZIEŃ. No kto by uwierzył, że to nieprawda? Mówi o katastrofie „prezydenckiego tupolewa” cały świat – od Moskwy poprzez Warszawę na Waszyngtonie kończąc. WSZYSCY. Kto by uwierzył, że nie ma żadnej katastrofy. Dziś wiemy, że nie było. Pytanie więc, dlaczego wtedy o tym nie POINFORMOWANO? Z prostych względów: nie żeby tworzyć system smoleńskiego kłamstwa, lecz, by chronić świat przed wojną. Staliśmy 10 Kwietnia u progu Wojny, proszę państwa, tej legendarnej III wojny światowej, w trakcie której nasze miasta mogłyby wyglądać tak jak te w Czeczenii, Afganistanie czy Gruzji (2008). I co? Fajnie by było mieć wojnę?


Nie za bardzo. Chyba fajniej mieć pokój. Iść do kina na amerykański film, posiedzieć w pubie, pooglądać mecze z dobrego miejsca na stadionie. Przecież fajnie jest normalnie żyć. Ale to nie koniec – za to fajne normalne życie, za pokój na świecie odpowiadają przecież ludzie. Żołnierze. NATO. Tak, NATO trzyma tę całą naszą ziemską krainę w takim a nie innym stanie. NATO. Nie CzeKa. Gdyby rządził światem kremlowski czekista, to nie tylko nie byłoby blogowania, lecz także wielu z nas gniłoby w łagrach lub dołach śmierci, jak czekiści robili z wszystkimi, co myślą inaczej, mówią inaczej, wyglądają „nie tak” (ręce mają „inteligenta”, a nie „do roboty” itp.). Czekiści nie rządzą, zauważcie Państwo i teraz wróćmy, mając tę ostatnią myśl „w pogotowiu”, do historii smoleńskiej.


Zostaje uprowadzona zdradziecko polska Delegacja. Premierzy (Tusk i Kaczyński) wiedzą (jak pisałem wczoraj, nie będę przecież się powtarzał), cały też Rząd Polski wie, ludzie mediów zostają zawiadomieni o stanie najwyższego zagrożenia państwa – wie też o tym natychmiast NATO: doszło do aktu terrorystycznego o niewyobrażalnej skali i dopiero zacznie się „licytacja”, kto z zakładników przetrwa, a kto nie, bo zostanie stracony, by „podbić stawkę”. Polskie służby wiedzą, że może być zamach, są przygotowane na zamach, ale widzą, iż sytuacja jest taka, jak w przypadku wzięcia zakładników. Zdrada i Uprowadzenie. Jak jednak wspomniałem już parę razy, będzie happy end, teraz więc można zajadać chipsy.


Jeśliby patrzeć w kategoriach „szachowych”, to możemy spojrzeć na zagrywkę Putina – jako grę dwoma hetmanami (Macierewicz i Sasin to dwie takie figury, które „zabezpieczają wszystko” w tym otwarciu – konstruują „listę pasażerów”, o wiele większą niż 96, bo mają lecieć dwa samoloty, więc, jak to powie Sasin „lista puchnie”, skoro nagle się okazało, że można wziąć z Samary drugiego tupolewa, tylko będzie on ściśle tajny – taki tupolew widmo PLF-101) – gra dwoma hetmanami od razu zapewnia kremlowskiemu graczowi przewagę


A jeśliby to wszystko, co napisałem teraz i wczoraj, to była nieprawda? Zaskakujące pytanie, co? Ale muszą być zaskakujące pytania, bo Państwo potrzebują zaskoczenia, by wyjść ze smoleńskiej paranoi właśnie. Terapia wstrząsowa dziś będzie – i to dla wielu z nas. Ja ją przeszedłem, gdy uzmysłowiłem sobie, że Egzekucja była, ale też, że NIE ZGINĘLI WSZYSCY. Nie zginęło 96 ofiar. Jest to powód do radości? Boże, jasne, że jest. Płakaliśmy nad każdą z tych osób, każdą! No więc, jeśli któraś z nich żyje, ale trzymana przez PPP w UKRYCIU? No? Nie jest to możliwe, czy co? Niemożliwe, czy też Maciorewicz Państwu wbił do głowy, co jest możliwe, a co nie.


A jeśli to nieprawda? No właśnie – tak można pytać BEZ KOŃCA. Nie pytania są najważniejsze, lecz odpowiedzi i sposób ich znalezienia, przypominam. Owszem, może być tak, że pytanie jest mądre a odpowiedź głupia. Starałem się szukać mądrych odpowiedzi na mądre pytania – stawiałem jednak w „Czerwonej stronie Księżyca” wszelkie możliwe pytania, czasami „fantastyczne”, ale starałem się unikać dogmatycznego, czekistowskiego myślenia „nie lzja” - pewne sprawy „nie lzja” u mnie nie były. Badałem z blogerami mojego Zespołu Nieparlamentarnego wszystko. Krok po kroku. I odkryliśmy wspólnie maskirowkę. Odkrycie to nie było byle czym, bo Maciorewicz strasznie się tym rozzłościł, że brakowało, by armię czerwoną na nas przysłał (gdyby mógł) do rozprawy z zaplutymi karłami reakcji uniemożliwiającymi „badania katastrofy zamachowej” lub „zamachu katastroficznego”, ewentualnie „rozerwania w powietrzu dwuwybuchowego bezbrzozowego” - czegokolwiek, byle nie prawdziwego miejsca zdarzenia. Takie zaś było w Lesie. Po Egzekucji. I kto jak kto, ale Maciorewicz to doskonale wiedział. Sasin pewnie też.


A jeśli to nieprawda? :) To znaczy co: byłaby katastrofa smoleńska czy zamach w Smoleńsku? Czemu Państwo wciąż myślą w kategoriach „wielkookiego strachu”. To przecież całą GROZĘ sytuacji 10 Kwietnia wytworzył Maciorewicz swoimi wielkimi gałami i RYKIEM MACIORY. Jeśli więc nie było katastrofy, jak ja Państwu tłukę do głowy (niczym nauczyciel polskiego – jedna prosta fraza do powtórzenia), nie było zamachu na/nad Siewiernym, no to przecież: coś się musiało stać, skoro p. Marta Kaczyńska tak straszliwie płakała, skoro Hołd ciału Prezydenta oddał polski rząd. Klęczeli i milczeni – nie ryczeli, nie darli się jak Maciorewicz „Jeszcze Polska nie zginęła...”, nie „wzruszali się hymnem jak Sasin - na katyńskiej mszy, wciśnięci w tłum, jak cienie śmierci. Coś strasznego musiało się stać, skoro my wszyscy przez tydzień płakaliśmy i skoro przez tydzień była w Polsce ŻAŁOBA. Ludzie więc zginęli. Ale jacy i ile? Wiedzą to Państwo? Bo ja dziś nie. I cieszę się z tej NIEWIEDZY, chcę by była jak NAJWIĘKSZA. Bo podstawowa ruska deza to była przecież WSIE POGIBLI. Wsie, to znaczy, ile? No? 87? Wsie? 97? 132? 96? Ile? Ile było ciał? No? Kto w klasie się zgłasza do tej odpowiedzi, na to pytanie. A to chyba najważniejsze pytanie: ile osób zginęło z tych „wsiech”? No ILE MACIORO MACIOREWICZU?!


No właśnie tego nikt z ruskich szpionów nie wie i dlatego wpadają w taką panikę, bo wiedzą, że to nie oni rozgrywają tę Zamachową Grę. To nie oni są szachistami. To nie oni są nawet wysokimi figurami (proszę zobaczyć, co z Sasinem wyrabia Wosztyl w jaku-40 i minę Sasina, jakby w tymczasowym areszcie był, a przecież..., no właśnie). Oni są szpionami, lecz i pionami, tylko że w polskich Szachach – to nimi się suwa po szachownicy w te i we wte, by nie wiedzieli, czy czasem TEGO SAMEGO DNIA na ruskiej ziemi nie spotka ich śmierć. A nie spotkałaby? Za terror wobec Prezydenta? Nie spotkałaby? Jak Państwo sądzą? Czy jakiś polski borowiec na wieść o zabiciu Prezydenta nie miałby prawa zabić któregokolwiek z tych dwóch zdrajców? Ależ zabiłby i to nawet z przyjemnością, sądzę. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Jednak tego nikt nie robi – zaczyna się zabawa po prostu. SKW PPP urządza „rajd katyński”, niech bolszewicy się sami gonią. Bo wiedzą, że polski funkcjonariusz zastrzeliłby takiego zdrajcę i nawet nie miałby wyrzutów sumienia. Jeden strzał i leży zdrajca w śmieciach. Tyle by było z „historii Zamachu”, ale tak się nie dzieje.


Co się więc dzieje? Sasin nie może chodzić po „grobach kolegów” na Siewiernym (opowiada w filmie „Mgła”), a Maciorewicz w ogóle nie daje rady pojechać na XUBS (w ogóle niewiele mówi o Katyniu), bo ma popołudniowy pociąg do Warszawy. To się dzieje. Klęczy Sasin wieczorem przy ciele Prezydenta? Klęczy w śmieciach, jak Tusk czy Kaczyński? Klęczy czy nie? A Maciorewicz? Klęknął tam? A było to miejsce DOTKNIĘTE przez zwłoki Prezydenta – to nie byle jakie miejsce w takiej zbrodniczej historii po Egzekucji. I należało tam klęknąć. To nie Putin więc Tuska pociesza, ale Putin usiłuje się „złapać Tuska”, jakby prosił o wybaczenie! Putin już wtedy wieczorem wie, że nie tylko przegrał, ale przegrana, przerypana kompletnie gra dopiero się zaczyna. Tak jakby NOWE SZACHY, tylko on ma samych pionów, a Polska – masę FIGUR. I co? Niezła historia? To proszę słuchać dalej, ale wracamy do Sasina i Maciorewicza.


To ich katyńskie i smoleńskie zachowanie „po upadku samolotu”, to jest normalne zachowanie, czy nie? Na kilometr jedzie zdradą przecież. Goście chowają się przed ludźmi, bo nie wiedzą, co z nimi będzie przecież, a nie że wpadli w nastrój religijnej zadumy. Zdrajcy nie mają takich nastrojów. Tego więc właśnie, co DOPIERO SIĘ STANIE, nie wiedzą, bo wiedzą, że przegrali, ale gra TRWA. Dziś się dowiedzą. Lada moment ruszy Proces II, niestety (dla mnie stety :)). I nie tylko ich ujrzymy wraz zombiakami ze smoleńskiej mgły.


Pamiętacie Państwo historię „drastycznych zdjęć” z XUBS? Fotomontaże, cienie w różne strony – nic tam nie pasowało do siebie – blogerzy się spierali, kto na zdjęciach jest. Tłumaczono, że to ruskie wrzutki, ale na pewno jakieś zdjęcia ciał są. Tak to wyglądało jakby to były ruskie wrzutki, ale to były polskie wrzutki. Tak jak filmik Koli (fałszywy obraz, ale PRAWDZIWY dźwięk). To było przypominanie zombiakom takim jak Maciorewicz i Sasin, że Gra dopiero trwa i nie oni ją zakończą tylko cała szpiegowska siatka zostanie rozpracowana, co do gada z całego stada.


Tak gra nowoczesny kontrwywiad. To nie są goście od żartowania, choć potrafią zażartować tak, iż idzie w pięty nawet zamachowcom, ponieważ igranie z ludzkim życiem i bezpieczeństwem, uprowadzenie, akt terroru - to coś, co wymaga ostrej reakcji. Natychmiastowej, tylko karę rozkłada się w czasie, by poobserować, kto zacz. Tak działa kontrwywiad – ludzie niewidzialni. Osłonili Polskę Niewidzialni z SKW PPP oraz niewidzialne NATO i cały czar CzeKa prysł. Ale to nie był koniec, tylko, podkreślam, początek. Podjęto Grę tego typu, że: chcieliście zamach, to pokażcie jak go robicie. Tak: zróbcie, gnoje, zamach. Pokażcie terror.


Klasyczne zagranie rozkładające szulera: pokaż, co masz, pokasz, co umiesz. Taki jesteś gieroj? Pokaż, jaki. To jest akcja, która mogłaby mieć nazwę „Bolszewika goń”, proszę Państwa, a nie akcja bombardowania kogokolwiek. Nie słyszeli Państwo o wojnie bez bomb? Bez zrzutów? Bez desantów? Musieli Państwo słyszeć, skoro Maciorewicz konstruował świat rysując go tak, jakby on ostatnim św. Jerzym walczącym ze Smokiem był.


Nie trzeba właśnie myśliwców, bombowców ani bomb, by odeprzeć atak terrorystyczny na Głowę Państwa. Atak „na Mózg”. Pomysłodawcy Zamachu byli takimi krótkowzrocznymi debilami, że sądzili, iż chyba uwierzyli we własną czarną propagandę: Polska jest tak słaba, że jak ktoś zastrzeli Prezydenta i zagrozi strzelaniem do następnych zakładników, to się będzie zdobywać przyczółek po przyczółku – oczywiście, chodzi o zdobywanie Władzy. O to toczy się „zamachowców gra”. Są na tyle bezczelni, by dokonać Zdrady i wziąć udział w Zbrodni (jaki dokładnie, to od nich usłyszymy), ale nie mają pojęcia przeciwko jakiej Potędze stanęli. Jaki byłby sens wysyłać helikoptery do ewakuowania rannych, jeśli nie doszło do katastrofy? Pamiętają Państwo tę kwestię ze wczorajszej lekcji? Dziś jest inna kwestia: jaki jest sens od razu wyłapać zdrajców i zbrodniarzy, skoro można się nimi zabawić, nim trafią za kratki. I jeszcze jedno, tym razem pytanie do Państwa, czy gdy porywani są ludzie, to nie prowadzi się negocjacji? Zwykle przecież się właśnie NEGOCJUJE, by zachować choćby część żywych. Albo – by ich wykupić za jakąś cenę. Albo – by odbić, jeśli to możliwe. Albo – by sami zbrodniarze zaczęli oddawać


Powtórzymy sobie teraz wiadomości: nie ma katastrofy. Była Egzekucja, ale nie wszyscy zginęli. Nie zginęli. Jak zostają obezwładnieni zamachowcy? Polskim chwytem. Co robi się z makarowem? Przystawia do czekistowskiego łba. Tego makarowa, który czekista przystawiał do głowy ofiary – przystawiamy do jego głowy. Taki ruch na szachownicy. I co wtedy robi czekista? Robi w gacie, bo jego siła to tylko okrucieństwo. Tylko to. Podstęp, kłamstwo, okrucieństwo – nóż w plecy. Tylko to. Taką ma „władzę nad światem” czekista. I co w takim razie robi SKW PPP (skrótowo ujmuję całość sił kontrwywiadowczych, to nie jest techniczna nazwa)? Wysyła komandosów? Niekoniecznie. Choć nie podejrzewam, by „polski montażysta” chodził bez odpowiedniego gnata po ruskim śmietnisku. Miał do tego prawo. Niewykluczone, że za pomocą tego gnata powiedział, co mają Ruscy zrobić z jego taśmą, bo jak nie to...


Niepotrzebni są komandosi do pokonania grupy spiskowców i nawet do zaszachowania Imperium Zła. Bo to zardzewiała potęga. To armia z makietami rakiet i sypiącymi się iłami na Siewiernym. Nie widzieli Państwo? Wojskowe lotnisko w Smoleńsku, można pojechać sprawdzić. Tam wrony zawracają, zaraz za stojanką iłów. Niepotrzebni są komandosi ani bombardowania, nawet, jeśli wzięto zakładników. Nawet, jeśli część osób stracono w haniebny sposób. Można bowiem odbić ich zmuszając wroga do WYDAWANIA dobrowolnie JEŃCÓW. Oczywiście, skoro już się uruchomiło dezę z „katastrofą”, to trudno wymagać, by nagle się JEŃCY, nawet UWOLNIENI, ukazali przed KAMERAMI. Czemu? Bo gra TRWA. Trwa, powtarzam i chodzi o pokonanie Wroga, a nie tylko o odicie żywych zakładników. Stawką już teraz nie są tylko zakładnicy. Wrogowi ma teraz zostać wymierzona taka kara, by w świat poszła wieść o Zbrodni, Zdradzie, Egzekucji, ale też Pomście za Akt Terroru.


Prowadzi się więc wojnę INFORMACYJNĄ, tworzy się ostrzał dezami, by dezy wroga zwyczajnie rozproszyć, i by stopniowo odsłani się prawda o tym, co się naprawdę stało, więc SKW PPP nie przejmuje się tym, że my, obywatele przez rok czy dwa (tajnej wojny przypominam!) są pod Kloszem Totalnej Konspiry i nie za bardzo kumają czaczę. Czy istotą rzeczy nie jest to, że JESTEŚMY BEZPIECZNI? A więc, że wojna toczy się na TERYTORIUM WROGA? To jest majstersztyk rozgrywania sytuacji i ponownie – chylę głowę. Nie spodziewałem się, naprawdę. Mam tę jedynie satysfakcję, że mnie przychodzi to opisać, ale to może za to, że starałem się nie spać na słuchanych po sto razy z mp3 „posiedzeniach ZP” (niech Państwo wsłuchają się, jak się tam czasem nudzi jak mops Maciorewicz właśnie – mruczy, wzdycha, mówi pod nosem „no” itd. - jego nie obchodzi to, co robi – ale ożywia się, gdy czegoś szuka, np. gdy chce wiedzieć skąd – z jakiej Firmy, tj. z jakich służb jest „polski montażysta” SW. Jak jednak wspominałem wczoraj to SW robi sobie przesłuchanie publiczne Antoniego M., a nie odwrotnie. Ta komedia, którą SW odgrywa to przecież show kontrwywiadu – takie robimy jaja ze szpiona bossa ruskiej mafii Maciorewicza. No przecież to „bosskie”, jakby powiedzieli młodzi.)


Czy parę lat życia w cieniu nie jest lepsze niż skwar wojny i palących się miast? Myślę, że to naprawdę Gra warta nawet naszego „życia pod kloszem”, jak w Truman Show. Zrazu bowiem sądziliśmy (jak nas uczył Maciorewicz), że klosz to kłamstwo, że Rząd to nieudolne barany, że NATO nie ma, że NATO się skończyło itd. i nawet uwierzyliśmy w to. Jak pisałem jednak w „Czerwonej stronie Księżyca” nie można zatrzymać instytucji całego państwa w sytuacji takiego wypadku lotniczego (gdyby do wypadku doszło) – tak jak nie można nie wysłać ambulansu, gdy jest kraksa z ofiarami na drodze. Nikt normalny, a chyba mimo animozji politycznych nie powiemy, że „gabinet ciemniaków” to jacyś czekiści czy ludzie w ogóle pozbawieni uczuć i nie wysłaliby ludzi po ciała. W związku z tym jednak, podkreślam, to NIE BYŁ PRZYPADEK, że polskie państwo stanęło. Zatrzymano jednak wszystko, by chronić NAS, a podjęto akcję by ODBIĆ ICH.


I odbito. To jest happy end. Jak? Za pomocą czterech osób. Agent 001 to już wiemy, że SW. Ale czy jest agent 002? Tak, to M. Wierzchowski – gość udający kompletnego odlotowca, załamanego sytuacją, histeryka itd. Kolejne zaskoczenie człowiekiem o dwóch twarzach? No ale jeśli Państwo spali, to co ja poradzę? Lektura obowiązkowa była pt. „CzSK”. Jeśli SKW PPP rozpracowywało kancelarię Prezydenta, to musiało przecież wsadzić swojego człowieka w okolicy Cienia, czyli Sasina. Tym kimś był MW (to przekazali grepsem Misiak i Wierzchołowski pisząc o MW, że ma jakieś zdjęcia, a nie może pokazać – to przecież już greps do nas: o Antonim M. tym razem; nieźle Panowie, nieźle).


Jak bowiem zdobyto materiał z Egzekucji? Wczoraj spekulowałem, że mógłby to być wykupiony materiał od ruskich służb, ale przecież ktoś przy tej Egzekucji, ktoś ze służb SKW PPP mógł być. Musiałby mieć stalowe nerwy, choć nie musiałby blisko stać. Mógł się wytłumaczyć tym, że „nie wytrzyma tego” i się oddalić po to, by nagrać Dźwięk drugiego Katynia. I możliwe, że to był właśnie „rozhisteryzowany” MW, być więc może nawet to zarejestrował (trzymając komórkę w kieszeni, a włączając tylko dyktafon) i stojąc koło jakichś ciekawskich, ale potem przerażonych Rosjan. Po czym to można odkryć, że nagranie mógłby mieć MW? Po telefonie MW właśnie do M. Grodzkiego sprzed godziny 9-tej. MW rozpoczyna kontr-akcję „wojny informacyjnej”, sądzę, to znaczy, że „zaczęli Ich zabijać”.


Grodzki z kolei to ten, co zrobił zdjęcie odlatującego tupolewa z „całą delegacją” jak nam rozmaici życzliwi opowiadali, przypominam. MW dzwoni więc do MG i krzyczy panicznie, że „wszyscy zginęli, Kasia Doraczyńska, wszyscy”. Jest to greps, bo zapewne chodziło o to, by ruszyła deza z katastrofą i słynnym już „wsie pogibli”. MW jednak przekazuje zakodowaną odwrotną informację: nie wszyscy zginęli, ale coś robimy w wojnie informacyjnej za pomocą frazy „Kasia Doraczyńska” (wyrobiłem się Panowie z PPP, nie?). Co zrobiono z tą frazą? Muszę przypominać? Krążyła ona będzie w tej „księżycowej opowieści w postaci: Kasia Doraczyńska wyglądała, jakby spała”. Po Egzekucji w katyńskim stylu nikt tak nie wygląda, przypominam, choć każdy to wie. MW w sejmie, zeznając przed ZP, będzie nawet opowiadał, jaki miała makijaż rozmazany, jakby na Sylwestra upadła twarzą w śnieg.


Genialne. Sylwester – ostatnia rzecz jaką można o Katyniu pomyśleć. MW, ściskam grabę. To jest GREPS. Ale do kogo. Do Maciorewicza oczywiście, bo ten przecież: NIE INTERESUJE SIĘ ANI GDZIE TO CIAŁO LEŻY, gdy na posiedzieniu ZP mówi o tym MW, ani kiedy je znalazł MW itd. Czy więc tam to ciało w ogóle było? Czy nie? Czy Doraczyńską sfotografowało jak udawała, że śpi w jakimś innym miejscu? To już mniej istotne, bo greps dotyczył zapewne tego, że Kasia nie śpi. Nie tylko Kasia nie śpi (tym, „powypadkowym snem”). Myśm też wzięli to zbyt dosłownie – owo spać, czyli jakby ich uśpiono na zawsze. Tak właśnie nie było i to jest dopiero dla mnie wstrząsające odkrycie. Jak odbijano zakładników? Na pewno jakimś targiem i błyskawicznie przełamano opór terrorystów. Polska bowiem z jednej strony „poszła na dezę o katastrofie”, ale z drugiej przecież pokazała ją jako coś „komediowego”. (W filmie SW nie ma grozy, przypominam.). No i zaczęła szachować czekistów: dziennikarzami, wywiadami, a odbijając zakładników – brakiem ciał. Co w związku z tym? Skoro przejmowano zakładników? No? Nie domyślacie się jeszcze Państwo? Jeszcze śpicie?


Jak jeszcze koduje Agent 002 MW? Posłuchajcie go Państwie jak sadzi kity, „jąkając się jak jakiś młotek” (jeśli Państwo nie wiedzieli, to zacinanie się, gdy ktoś mówi, koncentruje przecież uwagę odbiorcy na tym, co jest mówione – taki kontrwywiadowczy chwyt), na filmie „Mgła”. Mówi o świście tupolewa – i nic. Genialne. I nic. Mówi: może wylądowali. Mówi: może to nie oni? Może to nie ten samolot? Mam to wszystko przypominać? Ale co jeszcze agent 002 mówi?


Mówi o PIĘKNYCH STEWARDESSACH, o tych prześlicznych dziewczynach, co do których... byliśmy pewni – że nie żyją. I przewraca oczami. Co by Państwo powiedzieli na wieść, że ŻYJĄ? Nie byłby to szok? Może go przeżyjecie. Czy łzy szczęścia to nie jest coś więcej niż łzy bólu? Czy w takich łzach nie może się rodzić nowa Polska? Czy nie możecie na siebie nawzajem i na nią spojrzeć już po prostu po BRATERSKU? To jest najprostsze – tak proste jak prawda, której należy się przez całe życie trzymać. I teg braterstwa brakowało nam od tylu lat. Może już więc przestaniemy tworzyć polskie piekło na ziemi. Wczoraj wciąż ono było. Ja przyznaję, że nie wiem dokładnie jak PPP odbiło część zakładników, ale to już ONI sami opowiedzą przecież i sam się nie mogę doczekać.


O wiele rzeczy mnie wczoraj zresztą pytano (poza tym czy ja to nie ja itd.), ale nie o to, co było wyjątkowo ważne, o „Ricochette”, a przypominam, napisałem go o młodej kobiecie, która wygladała jakby spała na miejscu wypadku. Skąd to słowo? Wyjaśniam. Wnet będzie (niekoniecznie w związku z moim utworem, ale na pewno z tym, co się 10 Kwietnia stało) potężny Rykoszet, co daj Panie Boże i Panie Prezydencie Obama i całe PPP razem :), amen. That's right.


Pamiętacie Państwo film o Wilku i Zającu, jak ten pierwszy gania wrzeszcząc: Nuuuu paaagaaadiiii? (Cholera, ja już kiedyś pisałem o tym. Znowu jakaś intertekstualność.) No to takim Wilkiem jest Putin. Straszny, czasami bardzo groźny, potrafi zabijać, ale robi wiele hałasu, a w gruncie rzeczy jest bez szans. Teraz proszę iść na kawę poranną, a ja może się jeszcze prześpię. Jak śpiący rycerz. A pamiętacie, jak niektórym ludziom, np. L. Millerowi przyśnił się Szmajda? Ten, co go jako Supermana w kampanii prezydenckiej pokazywano? Nie ucieszylibyście się na widok Szmajdy? Ja tam do zwolenników SLD nigdy nie należałem, no ale widok Szmajdy, to byłoby coś, bo nie spodziewałem się, że Miller taką wagę do snów przywiązuje. A pamiętacie, kto tam jeszcze coś o snach mówił? A ktoś o ciepłej ręce Męża w KOSTNICY? Mam opowiadać dalej? Czy może już otwierają się Wam Oczy jak po dłuuuuugim śnie?


Właśnie, właśnie, Panie Premierze Kaczyński i Panie Premierze Tusk, i Panie Profesorze Kurtyka, jak to było z Giewontem? Kto tam tak kamiennym snem – spał? Telewidzowie mogą pospadać z krzeseł, no ale wielu się prosiło o taki szok. Chcieli szoku, będą go mieć. I proszę nie słać „przeprosin” mailowo czy jakoś tak. Muszę naprawdę odsapnąć.


Aczkolwiek dobrze, że takie rzeczy człowiek może obejrzeć na własne oczy, bo Polski Orzeł to jest HARD CORE. To nie jakieś peerelowskie barachło. Teraz dopiero to jest TO.


I ostatnia sprawa, zanim oddam mikrofon z moimi inicjałami (PP) Panom z PPP: nigdy nie sądziłem, że aż na takiego patriotę wyrosnę. Czuć się dumnym z Polski, nowej Polski, to jest to, czego mi przez całe życie brakowało, bo od wczesnej młodości chciałem rzucić kraj widząc go bez żadnej nadziei. Moja Rodzina może zaświadczyć – teraz przecież też myśleliśmy o emigracji.


Zostaję. I dzięki za niesamowite zaufanie. Dziękuję Panom I Paniom Dziennikarzom – byliście perfekcyjni. Ale błagam, nie nękajcie nas teraz żadnymi telefonami ani wywiadami. Keep cool, OK? Na wszystko przyjdzie czas i dajmy się nacieszyć Rodzinom i Polsce: NOWĄ SOBOTĄ. NOWYM ROKIEM.


Bóg zapłać wszystkim. Odmeldowuje się piżamowiec FYM, PP, z... Polski, po prostu. Kasiu, ale Ciebie to muszę wyściskać. Jako bohaterkę mojego „Rykoszetu” - no i jakoś odpowiadasz za mój życiowy sukces, choć nie wiem, jak możliwa jest „telepatia”, raczej zajmowałem się telekomunikacją. Ahoj :) No i Panie Prezydencie Obama, proszę nie zapominać o moim postulacie i Panowie z SKW PPP też. Teraz chcę świętego spokoju. No i żebyśmy mogli spokojnie po ulicach chodzić, bez żadnego strachu, ale też bez niepotrzebnej pompy. Jak dotąd, zwykli ludzie do zwykłych polskich spraw.


Game Over. Panie Generale Błasik, czy Pan... żyje?

P.S. No ale nie napisałem, czego ja się najbardziej bałem podczas śledztwa. Oczywiście śmierci, uprowadzenia, szantażu etc. Miałem jednak kiedyś koszmar taki, że Ruscy sadzają mnie na takiej wielkiej konstrukcji antenowej – na samym szczycie i tam trzymają. Ale to tylko sen, straszny, ale sen. Pobudka, już po szóstej, sobota rano... Zaczyna się nowy dzień, jak wtedy 10 Kwietnia.

Nooo taaak, i potem ludzie będą się pukać w czoło, słysząc frazę „katastrofa smoleńska”. Od razu wiedzieliśmy, że jej nie było. Tak będą opowiadać. Kto jednak przyznałby się do telewizyjnej i intelektualnej śpiączki trwającej tak długi czas? No nic, zawsze można po prostu siąść i wypić dobrą kawę. Zwykły dzień. Change. A frazę „katastrofa smoleńska” możemy zachować dodając „katastrofa smoleńska Putina, Maciorewicza i Sasina etc.”. Niezły greps na koniec? I może się nawet przyjąć. Taki rykoszet. Zmyłka.

AUTOR: FREE YOUR MIND O 07:19


Inne artykuły związane z tematem:
http://wirtualnapolonia.com/2012/06/25/ ... ent-obama/
http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... lskie.html
http://wirtualnapolonia.com/2012/06/25/ ... your-mind/
http://niepoprawni.pl/blog/3/co-laczy-fym-i-matke-madzi


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 26 cze 2012, 19:38 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Problem z FYM - em, czyli jego tajemnicze zniknięcie i pojawienie się kogoś, kto się pod niego podszywa, powstał zaraz po opublikowaniu tego materiału:

Rozmowa z Jakuckimi - "Smoleńskie Ministerstwo Prawdy"

Jest on na naszym forum nieco powyżej.
Wydaje się, że "Rozmowa z Jakuckimi" musi coś w sobie zawierać, jakąś informację, która wystraszyła winnych za Smoleńsk i jak zwykle w takich sytuacjach ich reakcja była paniczna i bezwzględna.
Zdaje się, że już same manipulacje medialne i oficjalna narracja oprawcom nie wystarcza. Zaczynają stosować brutalną siłę i cenzurę.
Boją się i przez to stają się nieobliczalni.
Tak sobie myślę, że z "Rozmowy z Jakuckimi" musi wyłaniać się ..... prawda o zbrodni.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 28 cze 2012, 11:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
PROSTA NIEDORÓBKA CZYLI O PROBABILISTYCZNEJ OCENIE ZDARZEŃ

Zacznijmy od tego, jak działają struktury państwowe, a w zasadzie ta ich część, która jest szczególnie elitarna, bo zajmuje się reprezentowaniem państwa w stosunkach międzynarodowych. Mowa o Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Ministerstwo Spraw Zagranicznych to taki szczególny twór, który ma moc cywilizowania ludzi, a to dlatego, że jeżdżą po świecie i muszą uczyć się języków obcych i etykiety. Nawet ojcowie i dziadowie członków współczesnych polskich elit politycznych, jeśli mieli szczęście trafić do sowieckiej bądź peerelowskiej służby zagranicznej, dość szybko uczyli się, że nie należy psuć powietrza w windzie, bo później trzeba jechać w zepsutym. Konieczność utrzymywania kontaktów z doskonale zorganizowanymi przedstawicielstwami państw rozwiniętych narzuca pewne standardy działania, nieznane na przykład w Ministerstwie Rolnictwa. Nigdzie nie znajdziecie Państwo sieci tak rozbudowanej papierkologii jak właśnie w MSZ. Poczta dyplomatyczna, nadzór, ochrona kontrwywiadowcza, oficerowie BOR-u, wywiadu... wszystko to sprawia, że placówki dyplomatyczne rozsiane po świecie przypominają połączenie bastionu z salonem.

I właśnie w tej scenerii rozegrały się wydarzenia, które od kilku już dni, coraz bardziej zakłopotane media, tak głównego jak i antyrządowego nurtu, usiłują połączyć w jedną całość, i nijak nie wychodzi. Mowa tutaj o przygnębiającym przypadku osobistych rzeczy śp Pana Ministra w rządzie Donalda Tuska Tomasza Merty, który był jedną z ofiar „zdarzenia” z dnia 10 kwietnia 2010. Według rekonstrukcji naszych asów dziennikarstwa śledczego sprawa wyglądała tak. Najpierw był 10 kwietnia i rządowy Tu-154 uderzył w grunt w okolicy lotniska Siewierny, co spowodowało anihilację części jego masy, rozpad reszty na tysiące odłamków oraz śmierć wszystkich pasażerów. Drobiazgowi rosyjscy śledczy pozbierali wszelkie znajdujące się na miejscu zdarzenia przedmioty i po dokonaniu segregacji zwrócili prawowitym właścicielom.

Zwrócili, po dokonaniu drobiazgowej dokumentacji fotograficznej znalezisk. Różnymi kanałami, bo w tej szczególnej sytuacji mniej opierano się na bezdusznych procedurach, a bardziej na odruchach serc, które sowieccy śledczy mają od zawsze przerośnięte. Rzeczy osobiste Tomasza Merty trafiły właśnie w odruchu serca do polskiej ambasady w Moskwie, stąd trudno doszukiwać się jakiejś logiki w tym geście, skoro wszystkie inne rzeczy osobiste do niej nie trafiły. Tyle, że dzisiaj nikt już nie pamięta dokładnie kiedy trafiły, a pokwitowania przyjęcia zaginęły. Szczęśliwie sam pan ambasador, nie mając pamięci skąd i kiedy trafiły, pamięta jednak, że skądś i kiedyś trafiły, bo leżały w worku w jego gabinecie. W jaki sposób pan ambasdor zbadał szczegółowo zawartość worka – jak wspominają inni świadkowie przesączonego paliwem lotniczym – nie wiemy, ale zbadać musiał, bo wie, że rzeczy Tomasz Merty w nim były.

Pan ambasador znalazł się w dość kłopotliwym położeniu, bo worek z którego ciekło paliwo lotnicze leżał w jego gabinecie na dywanie, a to utrudniało wykonywanie czynności dyplomatycznych. Zdecydował, że jeśli się nie wie, co w takiej sytuacji zrobić, bo zapomniało się z powodu wstrząsu procedur, należy problem przekazać centrali. Przesiąknięty paliwem lotniczym worek został zapakowany w jakiś inny worek, na którym umieszczono naklejkę: „poczta dyplomatyczna”, żeby bezpiecznie dotarł do celu, to jest do centrali. Numer i opis przesyłki umieszczono w specjalnym rejestrze wraz z datą jej nadania, a nawet jeśli nie umieszczono ani numeru, ani opisu, ani daty, to musiała zostać nadana, skoro dotarła do celu.

W centrali, to znaczy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, przesyłkę odebrano, a numer i opis przesyłki umieszczono w specjalnym rejestrze wraz z datą jej odebrania, a nawet jeśli nie umieszczono ani numeru, ani opisu, ani daty, to musiała zostać odebrana, skoro następnie tam była. W każdym razie przesiąknięty paliwem lotniczym worek leżał sobie gdzieś w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, zapewne w jakimś gabinecie, bo wiary nie damy, żeby przesyłki dyplomatyczne leżały gdzieś w korytarzu. I pewnego dnia wysoki urzędnik Ministerstwa zadumał się nad faktem bytu przygodnego, jakim worek był, i z nieznanych powodów uznał, że go spali. Nie będąc pewnym, z którego ośrodka mózgu pochodzi ta nagłą myśl, skonsultował się ze swoim kolegą, też z Ministerstwa, a ten podchwycił ideę. Co dwie głowy to nie jedna. Przesiąknięty paliwem lotniczym worek został przetransportowany na trawnik, i tam podpalony, choć nie jest pewne, czy zapałkami, czy zapalniczką, i czy było to zapalniczka jednorazowa, czy też, na przykład, amerykańskie Zippo.

Nie ulega natomiast wątpliwości, że fakt podjęcia decyzji o utylizacji poczty dyplomatycznej na trawniku Ministerstwa musiał być odnotowany w jakimś protokole brakowania niepotrzebnej z jakichś powodów poczty dyplomatycznej, a jeśli nawet nie został, to sam fakt podjęcia decyzji nie może podlegać wątpliwości, skoro ostatecznie przesyłkę spalono.

Przesiąknięty paliwem lotniczym worek musiał być materiałem dość łatwopalnym, więc do samego faktu, że się łatwo zajął ogniem nie powinniśmy mieć wątpliwości; dobrze, że się nikt nie poparzył.

I wtedy nastąpiła interwencja, którą z racji miejsca możemy uznać za dyplomatyczną. Otóż w proces palenia przesyłki włączył się jakiś urzędnik wyższego szczebla niż urzędnik, który wraz z kolegą podjął decyzję o jej spaleniu, i podjął decyzję inną – decyzję o natychmiastowym zaprzestaniu palenia i rozpoczęciu akcji gaśniczej. Zgodnie z procedurami akcję przeprowadzono, choć nie jest jasne, czy urzędnicy pobiegli po słoik, napełnili go wodą w ministerialnej łazience i w ten sposób ugasili płonący worek przesiąknięty paliwem lotniczym, czy też – co byłoby bardziej rozsądne biorąc pod uwagę stężenie paliwa lotniczego – wykopali jakimś narzędziem dołek i pozyskaną w ten sposób ziemią spowodowali odcięcie dopływu tlenu, co skutecznie przerwało proces palenia.

Nie ulega natomiast wątpliwości, że fakt podjęcia decyzji o przerwaniu utylizacji poczty dyplomatycznej na trawniku Ministerstwa musiał być odnotowany w jakimś protokole brakowania niepotrzebnej z jakichś powodów poczty dyplomatycznej, a jeśli nawet nie został, to sam fakt podjęcia decyzji nie może podlegać wątpliwości, skoro ostatecznie przesyłki nie spalono.

Z worka wydobyto znajdujące się w nim przedmioty i – w przewidzianej procedurami formie – oddano najbliższym Tomasza Merty, zgodnie z pierwotnym życzeniem rosyjskich śledczych. Przy okazji zwrotu rzeczy osobistych nie poinformowano najbliższych o całej tej dość zawikłanej sekwencji zdarzeń, bo ciężko to było jakoś zebrać do kupy; wysoki pracownik MSZ-tu, który podjął decyzję o spaleniu zmarł, jego kolega przeżył, ale oprócz samego faktu palenia i gaszenia mało co pamiętał, a wyższego rangą urzędnika, który podjął decyzję o przerwaniu czynności palenia poczty dyplomatycznej nie udało się ustalić – być może wyjechał na placówkę dyplomatyczną do Hondurasu, tak to już jest w dyplomacji, że mogą „rzucić” na zupełnie niespodziewany odcinek frontu. Dyplomatycznego.

Cała sprawa nigdy nie zostałaby zrekonstruowana, gdyby nie szczególny zbieg okoliczności. Otóż wdowa po Tomaszu Mercie, zapoznając się w prokuraturze wojskowej z dokumentami drobiazgowo prowadzonego śledztwa smoleńskiego, natknęła się na wykonaną przez rosyjskich śledczych dokumentację fotograficzną; dokumentację, która uwieczniła stan dowodu osobistego Tomasza Merty tuż po zdarzeniu smoleńskim, a przed zapakowaniem go do worka przesiąkniętego paliwem lotniczym. I tak doszło do odkrycia pewnej niejasności. Dotychczas bowiem wydawało się, że nadpalenie dowodu ma związek z katastrofą lotniczą, bo jeśli mamy do czynienia z katastrofą lotniczą, to w naturalny sposób kojarzymy ją z ogniem, jednak zdjęcia nie pozostawiały cienia wątpliwości – dowód osobisty Tomasza Merty przetrwał katastrofę w stanie nienaruszonym.

Sekretu polskiej dyplomacji nie dało się dłużej ukrywać, i w ten sposób doszło do rekonstrukcji zdarzeń, ktrórą opisałem szczegółowo.

Proszę Państwa o wybaczenie sarkastycznego tonu mojej narracji, ale ten ton to pewnego rodzaju swoista reakcja obronna na podaną do wierzenia rekonstrukcję zdarzeń.

Podaną do wierzenia, ale ja jakoś nie uwierzyłem i postanowiłem zastosować brzytwę Ockhama sprowadzając rzecz do najprostszego i najbardziej racjonalnego wytłumaczenia. Otóż moim zdaniem doszło tu do zdarzenia skutków dwóch niezależnych od siebie działań. W Moskwie ktoś dołączył do akt śledztwa fotokopię niezniszczonego dowodu osobistego Tomasza Merty. Dołączył ją do akt prowadzonego śledztwa w sprawie smoleńskiej, bo śledczemu doręczono dowód z informacją, że został znaleziony na miejscu zdarzenia w Smoleńsku. Porównując dane na fotokopii dowodu z dostarczoną z Warszawy listą pasażerów śledczy nie mógł zrobić nic innego jak uznać, że dowód Tomasza Merty z katastrofą smoleńską związek ma. Zrobił co do niego należało. Z faktu, że śledczy miał w ręku fotokopię wcale natomiast nie wynika, że miał sam dowód. Mógł, ale nie musiał.

Dowód musiała natomiast mieć w ręku zupełnie inna osoba, która nie wiedziała, że jakiś śledczy, gdzieś tam w Moskwie, wpina fotokopię niezniszczonego dowodu osobistego w akta smoleńskiego śledztwa. Ta osoba wiedziała o zdarzeniach 10 kwietnia 2010 roku wszystko albo prawie wszystko. I idealny stan dowodu Tomasz Merty tę osobę bardzo niepokoił, bo strasznie zgadzał się z tym, co wydarzyło się 10 kwietnia, a nijak nie kojarzył się z katastrofą lotniczą. Ta osoba byłaby bardzo niezadowolona, gdyby o tym, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku, a co nie, dowiedziały się inne osoby. Dlatego uznała, że dobrze byłoby dostosować stan dowodu osobistego Tomasza Merty do powszechnego wyobrażenia śladów wielkiej katastrofy lotniczej. Z wielką katastrofą lotniczą kojarzą nam się płomienie, dlatego też dowód został poddany obróbce termicznej, i w takim stanie zwrócony rodzinie.

A dlaczego w aktach nadesłanych z Rosji znalazła się fotokopia dowodu Tomasza Merty w stanie idealnym?

A najprawdopodobniej dlatego, żeby osoba, która wie o zdarzeniach z dnia 10 kwietnia 2010 roku wszystko albo prawie wszystko upewniła się w przekonaniu, że jednak „prawie”, a nie „wszystko”, i że jej los znalazł się w zupełnie innych rękach, w jakimś odległym gabinecie, daleko od polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Ale to również mogła być po prostu drobna niedoróbka. Taka prosta oszybka.

http://hekatonchejres.salon24.pl/429945 ... ie-zdarzen


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 145 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8 ... 10  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /