Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 145 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7 ... 10  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 18 lut 2012, 16:59 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
CH-W1, CH-W2, CH-W3

Nie wiedziałem do końca jak do sprawy podejść, więc uznałem, że podejdę humorystycznie. Z jakichś, bliżej nieznanych mi powodów pod moimi wpisami pojawiają się emocję tam, gdzie ich być nie powinno. Dochodzenie do prawdy jest procesem racjonalnym, w którym stosuje się zupełnie inne instrumenty niż te stosowane w dramatach i tragediach. Ta odmienność narzędzi nie zanika nawet wtedy, kiedy przedmiotem badania są dramaty i tragedie.

Wyobraźmy sobie, że dwie grupy badaczy zajmują się pewnym zagadnieniem. Niech to będzie na przykład zbrodnicza działalność jakiegoś łagru gdzieś na Kamczatce. Jedna grupa badaczy studiuje dokumenty, które wpadły w ręce drugiego imperium w drodze przewerbowania czekisty, inna zajmuje się sposobami, jakimi czekiści maskowali łagier sugerując światu, że łagier to jest ogród botaniczny. Prawda jest jedna, więc badacze w końcu odsłonią jej większy lub mniejszy kawałek, a wyniki ich badań nie mogą być niespójne. Ale co mogą zrobić czekiści, którzy nie chcą by świat dowiedział się, że ze słynnym ogrodem botanicznym na Kamczatce jest coś „nie halo”?

Jedyne co mogą zrobić zakładając, że badacze są „poza zasięgiem”, to próbować opóźniać publikowanie ich prac i siać zamęt, a jedną z jego form jest skłócanie. Mało kto pamięta, ale jakiś czas temu różni mniej lub bardziej znani blogerzy otrzymali maila od jednego wybitnego polityka, w którym to mailu ten polityk stanowczo i dość obcesowo zażądał zaprzestania prowadzenia dociekań. Mail był ładny miał wszystkie nagłówki, adres się zgadzał, a okazało się, że wyszedł z serwera z Czech, a pod ładnym nagłówkiem krył się anonim.

Zrobiłem kwerendę większości dyskusji, w czasie których dochodziło do konfrontacji i mogę stwierdzić, że te konfrontacje w większości przypadków bywały wywoływane sztucznie; czasami ich powodem było wielkie serce przyćmiewające rozum. Swego czasu z apelem o zaprzestanie głupich i szkodliwych fikołków wystąpiła 1maud (znana zresztą wszystkim z imienia – Małgosia), ale nie do końca dotarło, choć powinno, bo choćby ze względu na wkład pracy i na wagę Jej pisania, powinna być dla nas wszystkich autorytetem.

Rzadko zabieram głos w sprawach dotyczących salonu24 i relacji między blogerami. Salon jest, działa, jest dla mnie, dla innych Blogerów, dla Czytelników. Mój blog to jest jak moja własna gazeta, zgoda? Spróbujcie pójść do szacownej instytucji na Czerskiej i zażądać, by na każdym egzemplarzu gazety było dopisane: „Wujek Adam jest gupi”. Wyśmieją was. Spróbujcie pójść do jakiejkolwiek gazety, którą ktoś wydaje nakładem czasu i pieniędzy i zażądać, żeby zamieściły (choćby odpłatnie) deklaracje o treści dokładnie przeciwnej ich linii, temu o co walczą i w co wierzą. Jak się chce wyrażać swoje opinie publicznie, to trzeba założyć medium i się komunikować. Jak się chce na słupie ogłoszeniowym nakleić ogłoszenie, to się wykupuje miejsce na słupie i się wiesza, a nie dopisuje mazakiem na czyimś ogłoszeniu: „Nie uczta Baltazara, Baltazar już umi, przyjdźta do mnie do szynku lepi”. Wbrew temu, co się wielu tutaj wydawało, nie na tym polega wolność słowa, i ja swojego prawa do niebycia słupem ogłoszeniowym różnych grup zamierzam bronić do upadłego. Więc proszę bardzo o wpisy dotyczące mnie i tego co ja napisałem.

A teraz koncyliacyjnie. Jak wczoraj opowiedziałem jestem po lekturze części książki FYM-a, czekam na resztę, postaram się zrecenzować. Sposób jej napisania, umieszczeni przypisów, jest przykładem tego jak się powinno prowadzić rozumowanie w oparciu o zebrany materiał poszlakowy i analizować zeznania świadków. Są też tam hipotezy, i te hipotezy trzeba falsyfikować (ponieważ już raz się spotkałem, że jakieś matoły mylą falsyfikację z fałszowaniem wyjaśniam – falsyfikowanie to sprawdzanie, czy hipoteza jest prawdziwa czy nie, voila jak się komuś nie chce guglać:

„Falsyfikacja (łac. falsum – fałsz) – jest to odmiana jednego zrozumowań zwanegosprawdzaniem. Termin ten rozpowszechniony został za sprawąkrytycznego racjonalizmu Karla Poppera.Wnioskowanie falsyfikujące przebiega według schematumodus tollendo tollens:

Przesłanki: 1) Teoria T implikuje jednostkowe zdarzenie obserwacyjne o. 2) Zdarzenie obserwacyjne o nie zachodzi.

Wniosek: Teoria T jest fałszywa (nieadekwatna).” za wikipedią)

A teraz przedstawię przykład tego w jaki sposób obie metody badawcze mogą prowadzić do takich samych wniosków. Pan profesor Binienda przeprowadził badania numeryczne, z których mu wyszło, że brzoza nie tnie skrzydła. Ponieważ nikt nie podważył tych badań przeprowadzając własne (żałosne zawodzenia „naukowców”, że nie dostali od profesora programu, który on kupił, albo danych, które założył, świadczą o tym, że mamy do czynienia ze specjalistami, ale ale z innej branży), więc dopóki nikt innymi badaniami numerycznymi nie wykaże, że jednak tnie, to na dzisiejszy stan rozwoju nauk (u mnie 17 luty 2012, godz 12:40 GMT) nie tnie.


FYM z kolei gromadził wszystkie dostępne materiały, które na polance smoleńskiej zostały zarchiwizowane. Poniżej wklejam jeden z przykładów tej archiwizacji (Mam nadzieję, że za zgodą). Zdjęcie na górze pokazuje wcześniejszą fazę procesu, a zdjęcie na dole jego późniejszą fazę. Zgadza się?

Obrazek

Zgadza. Profesor Binienda policzył, że nawet jeśli skrzydło uderzyłoby w brzozę, to by się nie urwało, a FYM zebrał materiał faktograficzny, który wskazuje, że jeśli nawet skrzydło uderzyłoby, to nie był to ostatni raz, bo coś się w brzozę wbiło długo po dziesiątym kwietnia, zostało obfotografowane i umieszczone w różnych reportach błędnie, i nie powinno stanowić dowodu na nic, a już szczególnie nie powinno być używane w sporze z profesorem Biniendą.


A teraz wkraczamy na pole rozważań, po którym „hasać” może każdy, nie tylko prokurator. Powstaje bowiem pytanie: „po co ktoś wbił w biedną brzozę kawałki czegoś, co przypomina fragmenty poszarpanej blachy duraluminiowej”? Czy nie czasem po to, żeby ocierający się o nią już później nasz drogi przywódca mógł skonstatować, że „sprawa jest boleśnie prosta”?

I pytanie dalsze: „kto wykonał to zdjęcie, na czyje polecenie, i kto je dostarczył jako materiał dowodowy komisji Millera”?

A można zadawać dalsze: „Dlaczego nikt z komisji Millera nie porównał zdjęcia dostarczonego z wcześniejszymi, dostępnymi w mediach”?

I kolejne... bardzo proszę je sobie zadawać...

A na sam koniec podam podpowiedź dla Zakonu Pancernej Brzozy, ze szczególnym uwzględnieniem panów trzech.

Otóż jak widać na zdjęciach wykonanych 13 kwietnia przez słynnego fotografika Specnazu Amielina nie ma żadnych śladów po skrzydle, które rzekomo uderzyło w brzozę dokonując jej dekonstrukcji.

Jakiegoś pięknego dnia pod brzozę przyszli rosyjscy specjaliści i przynieśli w worku elementy, które zostały wcześniej zebrane z należytą starannością w czasie, gdy minister Kopacz widziała wbijanie łopat na głębokość metra, a być może sama pomagała kopać.

Wyjęli różne kawałki, a te jak ulał pasowały do wyżłobień na drzewie, więc je w te wyżłobienia włożyli i poszli na papierosa do szopy obok. W tym samym czasie pod bieriozkę przyszedł polski specjalista i wykonał zdjęcie na potrzeby komisji Millera. I poszedł do hotelu, bo zimno. Z szopy wyszli rosyjscy specjaliści, którzy nie widzieli (bo nie mogli – szopa nie ma okien) polskiego specjalisty, wyrzucili pety pod brzozę, wyjęli elementy, włożyli do woreczka, i wrócili do miejsca gdzie z pieczołowitością przechowuje się wrak i odłożyli na dokładnie oznaczone miejsca CH-W1, CH-W2, CH-W3.

No i teraz to i wy też już wiecie.

http://hekatonchejres.salon24.pl/391742 ... h-w2-ch-w3


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 18 lut 2012, 22:43 
Offline
Czytelnik

Dołączył(a): 25 mar 2010, 19:21
Posty: 75
Dla określonych powodów nie jestem w stanie wznowić normalnej aktywności na Forum, ale mogę odszczekać to, co onegdaj pisałem w sprawie katastrofy, w wątku udziału rosyjskiego. Odszczekuję więc, gdyż dzisiaj nie ulega dla mnie już żadnej wątpliwości, że Rosjanie maczali w tym łapy. Ich skandaliczne matactwa i to, co zrobili z dowodami rzeczowymi wołają o pomstę do nieba.
Przy okazji, jeżeli na pokładzie znajdowała się inteligentna bomba tj. „uszyta na miarę” (taka, jakby jej nie było), to mieli wspólników po stronie polskiej - jako montażystów. Podobnie – jeżeli miała miejsce domontowana w Warszawie blokada usterzenia, uniemożliwiająca odejście po wysunięciu podwozia.
Nadal jest dla mnie niemal pewne, że rolę zleceniodawcy dla zamachowców Polaków i Rosjan wypełnili odpowiednio wysoko umocowani agenci Zachodu. I stąd skandaliczna postawa NATO: oto ginie w katastrofie zwierzchnik sił zbrojnych państwa członkowskiego i towarzyszący mu dowódcy armii a dla NATO nic się nie stało. Kompletnie nic!! Nie tylko pozwalają lokalnej administracji na idiotyczne posunięcia w sprawie ustawienia śledztwa, ale nie udzielają żadnej pomocy. A przecież mają wszystko z elektronicznego nasłuchu i na zdjęciach zwiadu satelitarnego.
Dlaczego zamordowano Kaczyńskiego - dojść nie sposób. Prawdę mówiąc, za dużo możliwych odpowiedzi.
Osobiści boleję strasznie nad nową zaporą wzniesioną pomiędzy narodami polskim i rosyjskim.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 19 lut 2012, 11:12 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Mieczu.
Wszystkim nam było trudno to pojąć, że taka katastrofa mogłaby być zaplanowana i zorganizowana. Jednak nasza nauczycielka, a jest nią historia, mówi nam, że różne rzeczy zaplanowywano i realizowano.
"Nie dziwi nic"....


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 20 lut 2012, 10:23 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
5

http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... M-cz-5.pdf

http://w922.wrzuta.pl/plik/aj4xTA1aphl/fym_cz-5

Przedostatni rozdział. Ciąg dalszy w poniedziałek. Miłej lektury :)

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/index.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 22 lut 2012, 10:17 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
6

Poniżej zamieszczam linki do ostatniego rozdziału i aneksu 1 do książki. Drugi aneks (z fotozestawieniami blogerów) wraz z bilbiografią jutro.

Miłej lektury :)

http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... -cz-61.pdf

http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... eks-11.pdf

http://w845.wrzuta.pl/plik/5T6KrwTVPop/fym_cz-6

http://w845.wrzuta.pl/plik/73xcwhh8nJH/fym_aneks_1

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/index.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 23 lut 2012, 19:17 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Komplet

http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... neks-2.pdf

http://w741.wrzuta.pl/plik/9iH87ucuiJf/fym_aneks_2

(może się powoli ładować, bo to 17 MB – głównie ilustracje)

http://fymreport.polis2008.pl/?tag=czer ... a-ksiezyca linki do wszystkich części „Czerwonej strony Księżyca” z aneksami włącznie

http://publikacje.ijuz.pl/Free_Your_Min ... iezyca.pdf

całość z numeracją stron (dzięki Promateuszowi)

P.S.

http://exfile.ru/333074 vlad-igorev umieścił pod tym adresem archiwum z e-bookiem 370 s. – jeszcze bez aneksów.

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/index.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 27 lut 2012, 17:32 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Dwie smoleńskie maskirowki – i FYM, i Macierewicz mogą mieć rację

Ze smutkiem i ździwieniem obserwowałem w ostatnim tygodniu spór pomiędzy zwolennikami FYM-a (na „Siewiernym” dokonano inscenizacji i tak naprawdę nie wiadomo, kiedy i gdzie uśmiercono Prezydenta oraz Delegację Katyńską) oraz osobami kibicującymi Zespołowi Parlamentarnemu kierowanemu przez A. Macierewicza (oficjalny przebieg katastrofy jest niewiarygodny, a samolot na „Siewiernym” zaczął się rozpadać jeszcze w powietrzu).

Wygląda na to, że na razie kurz bitewny troszeczkę opadł i dostaliśmy szansę na chwilkę spokojniejszej refleksji nad istotą sporu, oraz, co ważniejsze – nad prawdopodobnym przebiegiem Tragedii Smoleńskiej.

Zanim trolle znów wezmą się do pracy, a urażeni zwolennicy każdej ze stron ponownie skoczą sobie wzajemnie do gardła, ochoczo rozdeptując po drodze autora notki, pragnę stwierdzić, że moim zdaniem, obie strony konfliktu mogą mieć rację. I racje te, wbrew opinii obu zacietrzewionych obozów, wcale się wzajemnie nie wykluczają.

Naprawdę nie rozumiem zażartości sporu, bo przecież obie hipotezy mogą być prawdziwe – na pewno nie był to „wypadek lotniczy”, ale mogła to być inscenizacja wypadku.

Zespół Parlamentarny prześwietlił oficjalnie dostępne materiały i dokonał szeregu ekspertyz, wykazując dobitnie, że oficjalnie głoszony przebieg Tragedii Smoleńskiej nie mógł mieć miejsca – i że tak w rosyjskim, jak i w polskim oficjalnym raporcie aż roi się od bredni i sprzeczności.

Nie było czterokrotnego podejścia do lądowania, nie było nacisków na pilotów, nie było pancernej brzozy urywającej skrzydło tupolewa i odwracającej go na plecy, nie było fanfaronady niedouczonych pilotów (wrzutka o „debeściakach”), nie było kłótni na Okęciu przed odlotem, a sam lot odbywał się z zachowaniem stosownych procedur lotniczych. Nie było też rzekomo starannego przekopania gruntu na lotnisku ani rzetelnych sekcji zwłok ofiar tej treagedii.

Wszystko, czym nas „karmiono” do tej pory, okazało się jednym wielkim kłamstwem.

Dzięki Zespołowi Parlamentarnemu oraz polskim ekspertom wiemy dziś, do czego na pewno nie doszło na „Siewiernym” tamtego feralnego dnia.

Ale w gruncie rzeczy to nadal bardzo niewiele wiemy o tym, co faktycznie się stało 10 Kwietnia. Nie mamy dostępu do wiarygodnych zapisów, bo dowodów materialnych nie dostaliśmy i prawdopodobnie nigdy ich od Rosji nie dostaniemy. A żaden inny kraj nie udostępni nam posiadanych dowodów (typu zdjęcia satelitarne, materiały z nasłuchów, itp.) w tej sprawie, bo nikt nie będzie ryzykował pogorszenia stosunków z Rosją - przecież nadal nikomu nie chce się „umierać za Gdańsk”, to chyba powinno być dla nas wreszcie jasne?

Nie znamy zapisów aparatury lotniskowej, bo nastąpiła „awaria” sprzętu w baraku udającym wieżę – czy TU-154M w ogóle znalazł się nad „Siewiernym”? Skoro nic na ten temat „się nie nagrało”, to....? A głównego kontrolera to przecież od razu profilaktycznie „zniknięto”, przenosząc go następnego dnia w stan spoczynku, czyż nie?

Ogólny bardak na lotnisku, brak oświetlenia, czy w końcu ostentacyjne wybijanie łomem szyb wraka przed kamerami polskiej telewizji – a to przecież było niszczenie „dowodów”!!! – jesli oni przyznają się do takich „uwłaczających” im poczynań, to w moim odczuciu uprawnione jest pytanie - co jeszcze bardziej im uwłaczającego, co jeszcze bardziej strasznego, usiłują tym „przykryć”?

Podrzucenie opinii publicznej filmu „1:24”, gdzie miało dojść do „dobijania ofiar” – dlaczego się do tego „przyznali”? Nachalność w kierowaniu naszej uwagi na „Siewiernyj” zaczęła mi osobiście doskwierać, gdy dowiedziałem się, że ciała ofiar zostaną przetransportowane do Moskwy, i gdy późniejzobaczyłem zdjęcianiedbale załadowanych na gruzawika trumien. Czy tak się robi przy badaniu katastrof lotniczych? Moim zdaniem bardziej by tu pasowało przywiezienie mobilnego laboratorium do Smoleńska i zmagazynowanie obłożonych lodem ciał w pierwszym lepszym hangarze na lotnisku.

Tak wielkiej zbrodni nikomu nie uda się do końca ukryć, jakież więc opcje pozostają sprawcom? Można „zamęczyć” opinię publiczną medialnym „wałkowaniem” mało istotnych szczegółów, można też dezinformować – uruchamiając czeredę agentów (dwu i półmilionowa Litwa ustaliła, że u nich działa ich prawie trzy tysiące) do rozpylania jadowitej mgły.

Wiemy, że państwo rosyjskie jest mistrzem dezinformacji i "podpuchy" – znamy „wioski potiomkinowskie”, znamy i „matrioszki” – otwierasz jedną, a w niej druga siedzi, a w tej drugiej trzecia, itd. – nie wolno nam zapominać, że u nich każda sprawa może mieć więcej, niż jedno dno.

I dlatego musimy dziś uporczywie trzymać się faktów, z żelazną logiką rozdzielając ziarna od plew.

Niechlujstwo przy fabrykowaniu „stenogramów” – ewidentnie sporządzonych „na kolanie” i pogardliwie nam rzuconych (min. Miller to musiał w podskokach aż dwa razy zapychać do Moskwy, bo „gierojom” nie chciało się przyłożyć do roboty, i najpierw łaskawie przekazali "nam" płytę CD, gdzie „brakowało” 16 sek. „zapisu ze skrzynek pokładowych”) wygląda na rosyjski standard, ale tutaj się czekiści przeliczyli.

Rozumiemy, że wg. rosyjskiej tradycji „nikamu nie lzia” podważać słów „naczalstwa”, ale "gieroje z Łubianki" zapomnieli, że tu jest Polska, i te lipne stenogramy nie tylko dokładnie tu przestudiowano, ale i zaczęto publicznie wykazywać ich wewnętrzny brak spójności oraz niewiarygodność przedstawianych tez – jednym słowem, w Polsce, wspólnymi siłami armii blogerów i Zespołu Parlamentarnego, obnażono cały idiotyzm tej informacyjnej maskirowki.

Bo blogerzy, umownie nazwijmy ich „grupą FYM-a”, chociaż były to dziesiątki, a może nawet i setki niezależnych badaczy, samodzielnie i żmudnie przedzierających się poprzez „tumany smoleńskiej mgły”, wykazali, że równie prawdopodobna jak "wypadek lotniczy" jest hipoteza faktycznej maskirowki – że na „Siewiernym” podrzucono części innego samolotu.

A sprawcy to byli przy tym tak niechlujni i tak bezczelni, że na pewnych częściach nawet widać było ślady rdzy.

A jak te części się tam znalazły?

Czy ja wiem – może podwieziono je helikopterami? Może po prostu kolumną gruzawików? Może to była kombinowana operacja ziemia – powietrze?

Może ta dziwna mgła częściowo była potrzebna do zamaskowania faktu, że część tych części złożono tam już wcześniej? Może dlatego zakazano obsłudze polskiego jaka-40 opuszczania samolotu?

A gdzie podział się polski tupolew? Według opublikowanych (przecież otrzymanych od Rosjan !!!), stenogramów Kapitan Protasiuk ustawił azymut lądowania na 259 stopni.

A azymut geograficzny osi pasa na "Siewiernym" wynosi - 267 stopni.

To co, Kapitan Protasiuk chciał lądować na podwórku najbliższego kołchozu?

Chyba jednak nie, bo 259 stopni to azymut pasa na "Jużnym", lotniska znajdującego się po drugiej stronie Smoleńska, o którym jest bardzo cicho w kontekście 10 Kwietnia.

Może właśnie tam należałoby szukać dalszych tropów zaginionej Delegacji Katyńskiej z dwoma polskimi Prezydentami na czele?

Pamiętajmy, że pierwsze zdjęcia ukazywały strażaków gaszących jakieś małe ogniska, a nie pożar kilku ton paliwa lotniczego. O ile dobrze pamiętam, to jeden z gierojów spokojnie trzymał sobie w ustach papierosa... ustawka, że ho, ho. To był dla mnie pierwszy zgrzyt i dziwne poczucie, że coś mi się nie zgadza, bo oczy widziały coś, co nie pasowało do suflowanego komentarza...

Brak krateru oraz innych śladów po wbiciu się części kadłuba w błotnisty przecież grunt, świadczą moim zdaniem, o tym, że części samolotowe zostały tam ułożone, co prawda niechlujnie i mało wiarygodnie, ale na pewno nie spadły one z góry z wielką szybkością, jak to usiłowano nam wmówić.

Warto też zwrócić uwagę na krążący w chmurach nad "Siewiernym" niezidentifikowany samolot, którego obecność posłużyła do pierwszej dezinformacji o "czterech podejściach do lądowania" rządowego tupolewa.


Bo faktycznie było wtedy przez dłuższy czas słychać jakiś duży samolot we mgle - może miał on maskować hałas innych silników pracujących przy maskirowce?

Połamane w dziwny sposób drzewa, i do tego pod różnymi kątami, co wykluczało przelot tuż nad ziemią jednego samolotu, zostały prawdopodobnie uszkodzone przy rozładunku części wraka. A czy przyczyną było nieumiejętna praca operatora dźwigu czy pilota transportowego heliktoptera - jest naprawdę sprawą dużo mniejszej wagi.

Grunt, że te stan tych drzew mógł ujawnić prawdę - i dlatego zostały one błyskawicznie wycięte. Czy tak się robi przy standartowej „katastrofie lotniczej”?

A co z tymi, którzy ewentualnie byli bezpośrednio zaangażowani w maskirowkę na "Siewiernym"? Oni to już chyba nigdy nic nikomu nie powiedzą.

10 kwietnia kolumna opancerzonych samochodów, którą podróżował Sergei Shoigu, rosyjski minister do spraw nadzwyczajnych, zderzyła się z minibusem pełnym pasażerów. Wszystkie 20 osób jadące busem poniosły śmierć na miejscu. Informację podał czeczeński portal kavkazcenter.com. http://smolensk-2010.pl/2010-10-13-praw ... istra.html

Czy trochę nie za dużo tych „nieszczęśliwych wypadków”?

Bo istnieje również niepokojąco długa lista osób, które straciły zycie w Polsce w bardzo podejrzanych oklicznościach, a każda z nich na swój sposób mogła nam przybliżyć prawdę o Tragedii Smoleńskiej.

I dlatego uważam, że zarówno Zespół Parlamentarny, jak i „grupa FYM-a” mogą mieć rację, bo mogło dojść nie do jednej maskirowki, ale do dwóch – choć tragedia, która Polskę dotknęła, była tylko jedna.

Najprawdopodobniej mamy zatem do czynienia zarówno z maskirowką informacyjną - w postaci sfabrykowanych, niepełnych, i do tego pełnych wewnętrznych sprzeczności stenogramów, które jednak zawierają elementy układanki „nie pasujące” do hipotezy wypadku lotniczego; jak i maskirowką faktyczną - bo wiele wskazuje, że na „Siewiernym” jedynie podrzucono, do tego niekompletne (bo przecież brakuje ok. 40 procent poszycia samolotu - to byłyby większe zniszczenia, niż przy upadku boeninga rozerwanego bombą nad Lockerbie w 1988 roku) części jakiegoś innego tupolewa, jakich w Rosji nie brakuje.

A jaki los spotkał dwóch Prezydentów Rzeczypospolitej, oraz członków Delegacji Katyńskiej, z najwyższymi dowódcami Wojska Polskiego na czele? Tego tak naprawdę nadal nie wiemy.

Elita polskiego obozu patriotycznego mogła przecież zginąć zupełnie gdzie indziej, nawet stosunkowo niedaleko od lotniska „Siewiernyj”, a chwilę później właśnie tam upozorowano wypadek lotniczy.

Złamanie zakazu otwierania wysłanych z Rosji zalutowanych trumien i pełna ekshumacja wszystkich ciał może dać nam odpowiedź na podstawowe pytanie – czy w Polsce naprawdę pochowano ciała zaginionych osób? Bardzo dobrze się dzieje, że wreszcie ma dojść do tych ekshumacji.

Bo rozbieżności między rosyjską dokumentacją, a faktyczną zawartością trumny pierwszej ekshumowanej ofiary – są zbyt ogromne, by przejść nad tą sprawą do porządku dziennego.

//Różnice w rosyjskich i polskich protokołach sekcji zwłok Zbigniewa Wassermana ogromne, a zgodność dokumentu wynosi tylko 3 procent- powiedziała podczas posiedzenia sejmowego zespołu smoleńskiego Małgorzata Wassermann. Córka posła PiS, który zginął w katastrofie smoleńskiej, mówiła dziś członkom zespołu pod kierownictwem Antoniego Macierewicza o wynikach sekcji zwłok ojca, przeprowadzonej po ekshumacji. Różnice między ustaleniami polskich biegłych, a wynikami prac rosyjskich "ekspertów", są przerażające. Okazuje się, że polskie i rosyjskie dokumenty pokrywają się zaledwie w 3 proc. Według Małgorzaty Wassermann ekspertyza polskich biegłych to kolejny dowód, że "nie możemy korzystać z materiału rosyjskiego". "Jednoznacznie mamy stwierdzone, że to, co oni przysyłają, nie odpowiada rzeczywistości" – mówiła dziś Wassermann w rozmowie z PAP.// (druga połowa grudnia ubiegłego roku)

PS. Pisałem niedawno, że opublikowano wiadomość, że na ciele śp. Z. Wassermana znaleziono podczas sekcji zwłok ślady materiałów wybuchowych. http://zdaniemdocenta.nowyekran.pl/post ... -reputacje

Ale dziś przychylam się do opinii, że mogła to być dezinformacja mająca „przykryć” medialnie powyższe stwierdzenia córki zmarłego. Istotny jest fakt, że ekshumację przeprowadzono w czasie, kiedy jej rezultat mógł i powinien był dopiąć „klamrę smoleńską” – ujawniając niedopuszczalne manipulacje strony rosyjskiej i ostatecznie podcinając gałąź, na której przycupnęła rozpaczliwie łapiąca równowagę III RP.

A tak nasz Donald zdążył jeszcze „wygrać” październikowe wybory – oj, będzie on jeszcze pluł sobie w brodę, "biedaczysko"...

http://prognozydocenta.salon24.pl/39393 ... -miec-racj


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 29 lut 2012, 15:59 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
WALKING ON THE MOON*

Zanim podejmę się recenzji pracy FYM-a, a w drugiej kolejności omówienia osiągnięć Zespołu Parlamentarnego ds Wyjaśnienia Katastrofy Smoleńskiej, wypadałoby kilka słów o metodzie, bo przy okazji metody najczęściej dochodzi do gorszących i wstydliwych nieporozumień. Można je usprawiedliwić jedynie tym, że są nienowe; pozostają smutnym spadkiem po epoce pozytywizmu (a później marksizmu), kiedy to starano się ujednolicić metodę nauki narzucając naukom humanistycznym metody nauk przyrodniczych. Innym szkodliwym postulatem narodzonym mniej więcej w tym samym czasie było wymaganie katalogowania materiału dowodowego bez dokonywania jego selekcji z punktu widzenia wagi, jako ze uznawano wszelkie przed-badawcze (aprioryczne) założenia za wadliwe z istoty. Skutkiem był gwałtowny wzrost zużycia papieru, ale nie przyrost wiedzy. Metody nauk się różnią, bo inny jest przedmiot ich badań; podanie liczby wszystkich liter "o" w poemacie w niczym nie wzbogaci wiedzy o literaturze, a wiersz o stali nie posunie w przód rozwoju metalurgii.

Casus katastrofy smoleńskiej, z czysto badawczego punktu widzenia, jest dzisiaj elementem historii najnowszej i przedmiotem śledztwa prokuratorskiego. Z punktu widzenia metodyki pracy obydwie procedury badawcze się nie różnią; różnią się ich dalsze skutki. Efekty prac prokuratorskich wywołują skutki prawne, krytyczna ocena źródeł i tezy stawiane w ramach historycznej rekonstrukcji wydarzeń nie wywołują takich skutków, chyba że opracowanie historyczne zostanie uznane za materiał dowodowy śledztwa prokuratorskiego.

Ocena wiarygodności badanych materiałów dokonuje się na podstawie ich spójności, niesprzeczności i zupełności, ale również na podstawie wiedzy ogólnej i doświadczenia życiowego. Selekcja materiałów dokonuje się pod kątem założonych hipotez badawczych, które nie tworzą jakiegoś nieskończonego katalogu, ale właśnie ograniczony katalog. W interesującym nas przypadku katalog hipotez jest następujący:

a) awaria statku powietrznego (wypadek) lub

b) awaria naziemnych urządzeń naprowadzających (wypadek) lub

c) błąd ludzki (wypadek) albo*

d) zamach

*z logicznego punktu widzenia można by włączyć hipotezę zamachu jako kolejny człon alternatywy łącznej, to znaczy założyć możliwość wystąpienia wszystkich czterech czynników jednocześnie, ale nie robimy tego z powodów prawnych. Jeśli Paweł strzelał do Jana i trafił w głowę, to nie jest istotne, czy przed egzekucją Jan był pijany, potknął się i spadł ze schodów.

Wszystkie z podanych hipotez roboczych są równie prawdopodobne, bo wszystkie wystąpiły wielokrotnie w przeszłości, biorąc pod uwagę każdy z członów alternatywy łącznej jak i obydwa człony alternatywy rozłącznej. Wydaje się, że opisany katalog jest wyczerpujący, to znaczy nie uda sie do niego dołączyć jakiegoś innego członu alternatyw.

Obok - nazwijmy to - głównego nurtu prac badawczych, w zależności od przedmiotu tak historyka jak i prokuratora mogą wspomagać nauki pomocnicze, jednak to nie one determinują skład i wzajemne logiczne związki elementów katalogu hipotez. Zdarza się i tak, że do odkrycia dochodzi w zasadzie bez udziału nauk pomocniczych, choć wydaje się, że mogłyby być przydatne. Jednym z najsłynniejszych odkryć archeologicznych było odkrycie ruin Troi przez amatora Schliemanna, który odnalazł legendarne miasto zanim je odkopał, bazując na hipotezie, że świadek Homer jakkolwiek nie konfabulowałby w swojej opowieści o herosach, bogach, cyklopach i nimfach, to konfabulacje swoje umieścił w rzeczywiście istniejącym otoczeniu geograficznym, a to ze względu na cel eposu, którym było podtrzymywanie przywiązania do tradycji, ale i miejsca. W grę wchodziła tu ocena wiarygodności elementów homeryckich zeznań ze względu na cel związany z powstaniem zeznania.

Po tych krótkich uwagach metodologicznych Można przejść do recenzji "Czerwonej Strony Księżyca", pracy napisanej przez FYM-a, a zbierającej w jedna całość olbrzymia ilość analiz materiałów dokonywanych przez setki ludzi na przestrzeni dwóch lat. Tu jednak jeszcze jedna uwaga metodologiczna. Relacja recenzent - przedmiot recenzji jest ograniczona do recenzowanego przedmiotu i percepcji recenzenta, tak w nauce Zachodu, a w zasadzie w każdej, bo innej nie ma. Natomiast inaczej w tzw. nauce sowieckiej, czyli pseudo-nauce, gdzie nie istnieje ocena merytoryczna, a jedynie polityczna, a o ostatecznej ocenie decydują inne czynniki: pochodzenie klasowe autora, jego związki z recenzentem, pochlebna lub nie pochlebna ocena autora lub kolegów autora o recenzencie, emocje, a przede wszystkim skutki polityczne, jakie z takiej czy innej oceny przedmiotu wynikają dla ideologii, państwa, partii i przywódcy. Jeśli ktoś preferuje drugiego rodzaju podejście może spokojnie zrezygnować z dalszej lektury.

„Czerwona Strona Księżyca” traktuje o tragedii smoleńskiej i zajmuje się krytyczną analizą źródeł: zeznań świadków zdarzenia (wypowiadających się poza reżimem kpk bądź jego rosyjskim odpowiednikiem), analizą dostępnych publicznie materiałów audio i wideo, informacji medialnych, uporządkowaniem tych relacji i umieszczeniem ich na osi czasu, oraz próbą rekonstrukcji faktycznego przebiegu wypadków 10 kwietnia 2010 roku na tej podstawie.

Tej analizie oraz postawieniu hipotez poświęcone jest szesnaście rozdziałów i dwa aneksy. Jako rozdział siedemnasty dodany został wybór bibliografii.

Układ książki, sposób sporządzania przypisów spełnia wszelkie wymogi pracy naukowej i po zapoznaniu się z nią nie mam wątpliwości, że mamy do czynienia z akademikiem, choć mam prawie 100% pewność, że z akademikiem prowadzącym działalność naukową bądź dydaktyczną poza Polską. Pomimo tego, że struktura pracy jest akademicka – stanowi faktycznie fachową, krytyczną analizę źródeł – autor zadecydował się na użycie potocznego języka (jestem pewien, że świadomie) starając się poszerzyć krąg potencjalnych odbiorców. Jedyna porównywalna praca naukowa, jaka przychodzi mi do głowy to praca doktorska Karola Zbyszewskiego „Niemcewicz z przodu i z tyłu”. Zresztą obydwaj autorzy posługują się tutaj bardzo zbliżoną metodą krytycznego omówienia źródeł, przy czym Zbyszewski korzystał z archiwów Kukiela, FYM posługuje się źródłami dostępnymi w mediach.

Na jednym z blogów osoby nie mającej pojęcia o rygorach pracy naukowej, za to bezbronnej wobec medialnego przekazu (nie potrafiącej się mu krytycznie oprzeć) spotkałem zarzut, który wprawił mnie natychmiast w dobry humor, a mianowicie taki, że praca jest „zbyt drobiazgowa”. Tak to bywa w nauce, że się nie chadza na skróty :). Jak widać nawet pomimo potoczystości języka zawsze znajdzie się grupa osób, dla których długość tekstu i ilość zawartych danych stanowić będzie barierę nie do przebycia.

Szczegółowe omawianie wszystkich pojawiających się wątków nie jest zadaniem recenzenta; te znajdą Państwo w książce; myślę natomiast, że w tym miejscu można przedstawić uproszczony schemat opartego na krytycznej ocenia źródeł myślenia prowadzącego od wykluczenia hipotez a) b) c) i przyjęciu hipotezy d) ale w jego zmodyfikowanej wersji „innego miejsca”, i przejść do analizy jednego z wybranych wątków.

Według mojej oceny ów plan wyglądałby tak:

1. Opis przebiegu zdarzenia według wersji oficjalnej.

2. Niemożliwość wytłumaczenia elementów wersji oficjalnej w żaden racjonalny sposób, co prowadzi do wniosku, że wersja oficjalna jest fałszywa.

3. Poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, jaka jest prawda.

4. Wobec wewnętrznej niespójności i sprzeczności wersji oficjalnej jedynym logicznym rozwiązaniem jest hipoteza zamachu dokonanego na polskiej delegacji przez państwo rosyjskie, przy współudziale państwa polskiego.

5. Aby udowodnić tezę zamachu należy dokonać drobiazgowej analizy wszystkich dostępnych materiałów z miejsca zdarzenia oraz wypowiedzi świadków.

6. Analiza prowadzi do wniosku, że 10 kwietnia 2010 roku nie doszło do katastrofy lotniczej na lotnisku Smolensk-Siewierny.

7. Logicznym następstwem tego wniosku jest hipoteza, że do ataku na polską delegację musiało dojść gdzie indziej, a relacje medialne przedstawiają scenografię pozornej katastrofy lotniczej, czego dowodzi analiza materiałów dokumentujących miejsce rzekomego zdarzenia i wypowiedzi świadków zdarzenia.

8. Podjęcie próby odpowiedzi na pytanie, gdzie do tego ataku doszło.

W części krytycznej trudno się do analizy dokonanej przez FYM-a „doczepić”. Logicznie rzecz ujmując można przesłanki rozumowania sprowadzić do następujących:

1. Opinii publicznej nie są znane żadne materiały dokumentujące wylot, przebieg lotu, proces podchodzenia do lądowania, przebieg katastrofy. Zapisy rozmów z centrum kontroli lotów wskazują jednoznacznie, że polskie służby straciły możliwość monitorowania przelotu Tu-154 nr boczny 101. Brak możliwości kontroli lotu potwierdziły zeznania oficerów BOR złożone przed Sejmowym Zespołem ds Wyjaśnienia Katastrofy Smoleńskiej.

2. Nie istnieje dokument niezbędny, by polski statek powietrzny mógł przekroczyć granice RP. Prezentowany w mediach jest sporządzony wadliwie i nie mógł być podstawą do wykonania lotu. Nb ekspert, który jako pierwszy dokonał oceny tego dokumentu nie żyje; popełnił samobójstwo podczas podróży do Indii.

3.Większość zeznań naocznych świadków podkreśla brak jakichkolwiek elementów zazwyczaj związanych z katastrofą lotniczą: brak odgłosu zderzenia się 90 tonowej maszyny z ziemią, brak ognia, brak dymu, brak bądź obecność kilku niezidentyfikowanych ciał, brak śladów przemieszczania się kilku- i kilkunastotonowych elementów na ziemi. Zniszczeniom koron drzew nie odpowiadają zniszczenia niższych partii, które musiałyby się pojawić na torze całkowitej dekompozycji kadłuba samolotu i koziołkujących, wielotonowych części poruszających się z olbrzymią prędkością. Pojawiające się później wersje zeznań zbieżne z wersją oficjalną mają strukturę „puchatkową”, to znaczy im bardziej świadek jest lub był związany z aparatem rosyjskiego bądź sowieckiego państwa, tym jego wersja jest bliższa oficjalnej.

4. Zarejestrowane materiały audio i wideo pokazują brak akcji ratowniczej i nieobecność członków jakichkolwiek służb ratowniczych na miejscu. Ubrani w strażackie uniformy ludzie poruszający się na pobojowisku tuż po katastrofie pojawiają się na jej rzekomym miejscu przed pojawieniem się jednostek straży pożarnej, i polewają wodą zimne elementy wraku. Jeden ze strażaków pali w miejscu, gdzie zgodnie z oficjalną wersją ma znajdować się kilkanaście ton paliwa lotniczego. Wniosek: na miejscu rzekomego zdarzenia nie ma paliwa lotniczego.

5.Analiza zdjęć rzekomych elementów wraku pozwala na wykazanie, że nie pochodzą z Tu-154 nr boczny 101 (ślady niedbałego malowania wyraźnie widoczne na elementach, niezgodność wzoru malowania z oryginałem).

6. Analiza materiałów (fotografii i materiałów video) pochodzących z miejsca rzekomego zdarzenia wskazuje wyraźnie na „modelowanie” miejsca zdarzenia już po katastrofie. Za udowodnione należy przyjąć przenoszenie elementów wraku i rozmieszczanie ich w taki sposób, żeby sugerowały późniejsze ustalenia zawarte w wersji oficjalnej (analiza zdjęć satelitarnych z dnia 11 i 12 kwietnia dokonana przez KaNo, analiza innych zdjęć wykonanych na miejscu zdarzenia). Zachowała się fotografia pokazująca dwie ścięte brzozy na miejscu rzekomego zderzenia Tu-154 (wychwycone przez MMarylę) z jedną z nich, stojące w odległości wykluczającej ich jednoczesne uszkodzenia przez przelatujący samolot. Drugie z uszkodzonych drzew „znika” w ciągu kilku godzin po katastrofie. Podobnie jest wykluczone, żeby samolot uszkodził jednocześnie linię wysokiego napięcia i spowodował szkody skatalogowane przez Amielina, rzekomo 13 kwietnia 2010 roku. Wniosek: uszkodzenia drzew, linii energetycznych nie zostały dokonane przez polski Tu-154 nr. boczny 101. Katalog Amielina, który stał się później kamieniem węgielnym wersji oficjalnej oraz sprzeczną z jakąkolwiek metodyką podstawą do wytyczenia fragmentu trajektorii lotu Tu-154 nr. boczny 101 przez Polską Komisję ds Badania Wypadków Lotniczych, wskazuje wyraźnie, że nie jest możliwe jej odtworzenie bez przeskalowywania modelu samolotu.

7. Na miejscu zdarzenia doszło do rozpoznania tylko jednej z ofiar tragedii. Rozpoznania ciała prezydenta Lecha Kaczyńskiego dokonał Jarosław Kaczyński, po zapadnięciu zmroku, w dniu 10 kwietnia 2010 roku. Po kolejnym rozpoznaniu, już w Polsce, świadek zeznał, że odniósł wrażenie, jakby oglądał dwie różne, zmarłe osoby. Świadkowie, którzy przebywali na miejscu zdarzenia 10 kwietnia 2010 roku mówili bądź o kilku ciałach bądź o ich braku, żaden z nich nie rozpoznał w widzianych ciałach żadnego z członków polskiej delegacji. Wszystkie pozostałe okazania zostały dokonane w Moskwie. Wniosek: na miejscu zdarzenia z pewnym prawdopodobieństwem znajdowało się w późnych godzinach popołudniowych ciało śp Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

8. Władze rosyjskie „wyprodukowały” masę wzajemnie sprzecznych ze sobą materiałów. Relacje rzekomych ratowniczek z Siewiernego okazały się być przedstawieniem wyreżyserowanym na potrzeby dezinformowania opinii publicznej, gdyż jak wiemy akcja ratownicza nie została przeprowadzona. Wysiłek włożony w manipulacje strony rosyjskiej i jej polskich rezonatorów pozwala na stwierdzenie, że na lotnisku Siewierny nie doszło do katastrofy lotniczej według wersji oficjalnej podawanej w mediach.

9. Z analiz zawartych w „Czerwonej Stronie Księżyca” wynika fakt selektywnego dopuszczania osób postronnych na miejsce zdarzenia w pierwszych godzinach po katastrofie. Bez przeszkód dostają się na jej teren późniejsi świadkowie, w stosunku do mediów wyposażonych w profesjonalny sprzęt rejestrujący blokada jest skuteczna i szczelna.

10. 10 kwietnia 2010 roku „zawiesza się” działanie wszystkich służb, które powinny w odpowiedni sposób zareagować na informację o tragedii. Brak bądź niewłaściwe działanie jednej służby można tłumaczyć przypadkiem, brak reakcji lub niewłaściwe postępowanie wszystkich można tłumaczyć tylko zaplanowanym i skoordynowanym działaniem centrum decyzyjnego. Efektem tego planu i jego wykonania jest brak na mniejscu zdarzenia jakiejkolwiek osoby, która mogłaby ocenić, co faktycznie wydarzyło się na miejscu zdarzenia. Wiele miesięcy po katastrofie na miejsce zdarzenia udali się archeolodzy – jedyni specjaliści tam obecni.

11. Z nieobecnością służb ratowniczych kontrastuje obecność sił milicyjnych i oddziałów wojskowych (na przykład tych z okręgu moskiewskiego, które zajmowały się rzekomym okradaniem zwłok), w tym Specnazu (w jakim charakterze?).

12. Wiele elementów „akcji” przeprowadzanej na Siewiernym wskazuje na inny rodzaj operacji niż deklarowany. Ponurą groteską było dostarczenie na miejsce zdarzenia trumien. Po co? Żeby złożyć w nie ciała, przewieźć śmigłowcem do Moskwy, i tam je wyjmować? Nie widziałem żadnej relacji z akcji wydobywania ciał z miejsca katastrofy lotniczej, której towarzyszyłyby trumny. Trumny na smoleńskim lotnisku Siewierny da się wytłumaczyć logicznie tylko w jeden, jedyny sposób. Nie służyły do wywożenia, ale do wwożenia.

13. Sprzeczności i niespójności relacji świadków. Wiele zeznań świadków wzajemnie się wyklucza i sobie przeczy. Zachowania świadków są momentami niezrozumiałe i irracjonalne.

Muszę podkreślić, że moja rekonstrukcja nie jest pełna, to znaczy w „Czerwonej Stronie Księżyca” niektóre z argumentów zostały potraktowane skrótowo, w porównaniu do materiału zaprezentowanego na blogach (wielu osób).

Teraz wypada sobie zadać pytanie, na ile hipoteza o zamachu na polską delegację w miejscu innym niż Siewierny jest prawdopodobna?

Otóż, najuczciwiej intelektualnie jak umiem muszę odpowiedzieć, że jest prawdopodobna. Tylko taka hipoteza w sposób całościowy tłumaczy, co stało się na Siewiernym, bez konieczności czynienia jakiś szczególnych dodatkowych założeń. Żeby to wykazać posłużę się polemiką z zarzutami, które tej hipotezie są stawiane. Pierwszy zarzut jest taki, że nie da się zmienić trasy przelotu państwowego statku powietrznego bez zarejestrowania tego faktu przez wyspecjalizowane służby polskie i zagraniczne. Owszem, nie da się, a więc w przypadku zmiany trasy przelotu służby różnych państw zarejestrowały taką zmianę. Jak dotąd jednak żadna z tych służb nie ujawniła zapisu takiego monitoringu, więc sprawa pozostaje otwarta. Otwarte pozostaje również pytanie: dlaczego żadna ze służb tego nie uczyniła, i dlaczego zdjęcia satelitarne z 10 kwietnia 2010 roku zostały utajnione do dzisiaj? Ich publikacja rozwiałaby wszelkie wątpliwości. W przypadku katastrofy lotniczej fakt ich ukrycia jest absolutnie niewytłumaczalny, podobnie jak niewytłumaczalny jest fakt polskiej odmowy na amerykańską propozycję przekazania posiadanych materiałów, oraz odsunięcie od sprawy jedynego prokuratora, który takie materiały usiłował (ponownie) pozyskać na potrzeby śledztwa prokuratorskiego.

Drugi zarzut, postawiony autorowi opracowania przez p.Aleksandra Ściosa – a więc człowieka posiadającego głęboką wiedzę i zmysł analityczny – jest taki, że atak na polską delegację wykonany w w dwóch miejscach; faktyczny, fizyczny atak i atrapa wypadku, jest trudniejszy do wykonania niż atak na Siewiernym. Absolutnie nie wątpię w dobre intencje p. Aleksandra Ściosa dlatego wiem, że on ten zarzut stawia pro publico bono. Rozumiem intencje, ale pozwalam sobie się z nimi nie zgadzać, co uzasadnię szerzej w trzeciej z cyklu notek podsumowujących dwa najważniejsze lata w polskiej powojennej historii.

Otóż jest dokładnie odwrotnie. Zamach wykonany w dwóch miejscach ułatwia, a nie utrudnia jego przeprowadzenie. Istota powodzenia akcji eliminacji przywództwa państwa, z którym nie pozostaje się w stanie wojny, i które należy do wrogiego paktu wojskowego, polega na zapewnieniu całkowitej kontroli nad każdym elementem zbrodni, tak w czasie jego wykonania, jak i po jego dokonaniu. Inaczej niż w klasycznych zamachach terrorystycznych, w tym przypadku terroryści nie chcą, aby pojawiły się dowody wskazujące sprawstwo.

Gdyby Rosjanie chcieli dokonać ataku terrorystycznego na polską delegację na lotnisku Siewierny, to jako państwo dotknięte plagą zamachów terrorystycznych mogli tego dokonać otwarcie obciążając którąś z działających w Rosji organizacji terrorystycznych. Proszę zauważyć, że sprzyjała by im cała towarzysząca zdarzeniu późniejsza narracja: o bałaganie w służbach polskich i rosyjskich, o nieobecności BOR-u, o braku zabezpieczenia, o miejscu położonym obok lotniska, na które każdy mógł wchodzić, o mgle, która utrudniała widoczność. Zamach terrorystyczny wykonany obcą ręką dawałby masę możliwości interpretacyjnych korzystnych dla Rosjan. Obok bezpośrednich korzyści płynących z likwidacji polskiej delegacji. Usprawiedliwiałby potężną czystkę na Kaukazie, wprowadzenie akcji policyjnych wymierzonych w opozycję przy pełnym zrozumieniu cywilizowanego świata, wzmocniłby pozycję siłowników i samego Putina, dałby Putinowi możliwość propagandowego rozegrania „zamachu” w postaci przykładnego wykrycia i ukarania sprawców, czym zaskarbiłby sobie wdzięczność Polaków, oraz przeprowadzenia w pełni otwartego śledztwa z udziałem międzynarodowym. Nie istniałby problem wraku, czarnych skrzynek, kamizelek kuloodpornych i broni BOR-owców. Środki łączności Rosjanie i tak by sobie przywłaszczyli, a przy biernej postawie rządu polskiego spotkałoby ich i tak to, co ich spotkało, to znaczy połajanki polskich blogerów i Zespołu Parlamentarnego.

Ewentualne użycie broni (konwencjonalnej lub nie) groziłoby ponadto szybkim wykryciem tego faktu. Jak pamiętamy miejsce zdarzenia było chronione przez kilka godzin po katastrofie, a dostęp do niego miały jedynie starannie wyselekcjonowane osoby. Później jednak miejsce to nie było chronione wcale. Jak wiemy fragmenty wraku znalazły się w rękach osób prywatnych. Zdobycie takich fantów przez obcy wywiad działający w Rosji byłoby dziecinnie proste, a wykrycie śladów użycia substancji wybuchowej byłoby naturalną (i technicznie banalną) konsekwencją wejścia w ich posiadanie. Zauważmy, że wszelkie działania służb rosyjskich po zdarzeniu były nakierowane nie na zabezpieczenie możliwie wszystkich pozostałości wraku (ich istnienie uwiarygadniało wersję oficjalną), ale na likwidację całej towarzyszącej zdarzeniu scenografii. Pozostawiono jedynie te elementy, które później miały posłużyć w propagandowej akcji „brzoza”. Ta właśnie brzoza (ta z dwóch, która wygrała casting na bycie przyczyną katastrofy i przeżyła konkurentkę o długie miesiące), stała się głównym rekwizytem polsko-rosyjskiego przedstawienia, i doczekała się czułych uścisków fotoreporterów, dziennikarzy, dwóch prezydentów; została nawet uwidoczniona na monetach bitych przez NBP. Tego ostatniego już nie doczekała, bo wcześniej podzieliła los innych elementów krajobrazu natychmiast po tym, kiedy przestała być potrzebna, a podkreślmy w tym miejscu, że ta smutna bohaterka mogła się stać kluczowym, materialnym dowodem wersji oficjalnej. Prowadzone przy otwartej kurtynie badania rzekomo wbitych w nią elementów skrzydła samolotu mogłyby poważnie zachwiać argumentami strony niechętnej tej wersji.

Zamach dokonany na Siewiernym, czy to rękami „terrorystów”, czy to przy założeniu późniejszego upozorowania wypadku, byłby kłopotliwy ze względu na niemożliwość kontrolowania jego przebiegu. Można byłoby być może precyzyjnie doprowadzić do detonacji, ale nie sposób przewidzieć, jakie będą jej skutki, to znaczy gdzie spadną szczątki, bo niekontrolowalnym elementem byłoby zachowanie się załogi i innych osób mogących mieć wpływ na decyzje podejmowane na pokładzie zanim nastąpi manewr podejścia do lądowania, ale również w jego trakcie, a mam na myśli rzekomo znajdującego się w Tu-154 w momencie zdarzenia dowodzącego zabezpieczeniem wizyty majora Florczaka, który miał obowiązek (i nic nie wskazuje na to, by go zlekceważył) wydać polecenie odejścia (bądź nie podchodzenia do lądowania) w sytuacji braku kolumny prezydenckiej w bezpośredniej bliskości pasa, i braku meldunku o przeprowadzonych czynnościach zabezpieczenia pirotechnicznego. Takiego meldunku, jak wiemy, otrzymać nie mógł, ergo – nie mogło dojść nawet do procedury podejścia do lądowania, bo i po co? Żeby wykonać ryzykowną procedurę ćwiczebnie?

Dopiero przejęcie polskiej delegacji i skierowanie jej na inne lotnisko, bądź dokonanie zniszczenia statku w innym miejscu pozwala na uniknięcie wymienionych zagrożeń i całkowitą kontrolę nad przebiegiem wydarzeń. Podkreślmy tutaj: zamach musiał być wykonany w 100% skutecznie; nie można było pozwolić na to, by ktokolwiek z polskiej delegacji przeżył, i żeby jakikolwiek z etapów jego przeprowadzania został dostrzeżony bądź utrwalony przez osoby postronne. Lotnisko w Smoleńsku w dniu wizyty głowy obcego państwa, przy obecności dużej liczby zagranicznych gości w Katyniu i ekip telewizyjnych nie dawało takiej gwarancji. Smoleńska mgła (fantastycznie wychwycone ujęcie z „hoboczkami” produkującymi mgłę) mogła przykryć operację ustawiania inscenizacji, ale nie zamach i rozpad 90 tonowej maszyny.

W tym miejscu warto przypomnieć szeroko omawianą przez autora amatorską dokumentację wykonaną przez S. Wiśniewskiego, który sfilmował wszystko – mgłę poprzedzającą zdarzenie, miejsce zdarzenia, szczątki samolotu, szachownice, czarne skrzynki, ale nie nadlatujący samolot (nawet przy słabej widoczności przy odległości 400 metrów zarejestrowałby się huk silników). Powstaje pytanie, czy brak tej jednej minuty w nagraniu jest skutkiem zaskakującego zbiegu okoliczności, czy też jest następstwem braku takiego zdarzenia jak zbliżanie się Tu-154 do płyty lotniska Siewierny?

Szczególne miejsce zajmuje w „Czerwonej Stronie Księżyca” krytyczna analiza zeznań świadków. Jest ona oczywista, w kontekście przyjętych założeń metodologicznych. Ta analiza, stawiane pytania, wzbudziły wśród publiczności falę krytyki podpartej emocjonalnym argumentem, że „nie można krytykować i zarzucać nieścisłości świadkom bliskim ofiarom, a przy tym świadkom stojącym <<po naszej stronie politycznej barykady>>”. To nieporozumienie wynika po raz kolejny z niezrozumienia istoty metody krytycznej oceny źródeł. Ani stosunki świadków z ofiarami, ani ich osobiste przymioty, ani poparcie jakim się świadkowie ewentualnie cieszą w tych lub innych kręgach, nie ma żadnego znaczenia. Znaczenie ma spójność ich relacji oraz racjonalność podejmowanych przez nich działań. Czy (czytelne) poddanie w wątpliwość spójności zeznań ministra Sasina jest atakiem na niego samego? Żadnym, jeśli one rzeczywiście są niespójne, a przyznać trzeba, że są zastanawiające. Ludzie mijają się z prawdą w swoich wypowiedziach publicznych z rożnych powodów, nie tylko z hipotetycznej chęci ukrycia swoich niecnych czynów, ale również powodowani chęcią działania dla dobra publicznego, ze strachu, z powodów taktycznych...

Minister Sasin jest jednym z nielicznych ludzi, którzy przeżyli przygotowanie prasowych nekrologów i to pomimo, że już od godzin przedpołudniowych czasu smoleńskiego wiadomo było, że nie znajdował się na pokładzie feralnego Tu-154. Śmierć ministra Sasina wydawała się tak szczególnie pewna, że jej dementi wzbudziło żywe zainteresowanie najważniejszej, po śmierci L.Kaczyńskiego, osoby w państwie. Jak poinformował Zespół Parlamentarny Witold Waszczykowski, marszałek Komorowski, którego Waszczykowski spotkał w prezydenckiej kancelarii zachowywał się w kwestii Sasina dość specyficznie: „z tego co pamiętam, marszałek był zaskoczony tą informacją. Pytał jak to możliwe, że tam nie znalazł się Jacek Sasin. Powtarzam, był zaskoczony tym, że minister Sasin żyje”.

Pamiętajmy, że podana jako pewna liczba 97 ofiar Smoleńskiej katastrofy utrzymywała się w mediach dość długo.

Minister Sasin był ponadto jedyną osoba, która stanęła samotnie przed obliczem rosyjskich „pograniczników” w odgradzającym od widoku osób postronnych namiocie, by uzyskać łaskawą zgodę na opuszczenie „gościnnej ziemi rosyjskiej”. I minister Sasin znając rzeczywisty przebieg wypadków (przy założeniu hipotezy 2M) musiał sobie doskonale zdawać sprawę, że jego wrogowie są nie tylko w Moskwie, ale – przede wszystkim – w Warszawie.

Minister Sasin był najwyższym członkiem polskiej delegacji i najwyższym przedstawicielem państwa polskiego, który zniknął z miejsca zdarzenia, i to w czasie najbardziej gorączkowych przygotowań, na jakiś bliżej nieokreślony czas, który – w zależności od wersji zeznań – trwał do 30 minut do pół godziny, a według ministra Sasina miał być spędzony na oglądaniu historycznych pozostałości dawnej polskiej potęgi. W mgle gęstej jak mleko, jak twierdzą inni świadkowie – mieszkańcy Smoleńska (o ile nimi są).

To czego mi w książce FYM-a zabrakło to postawienia „kropki nad i” w tej sprawie, i podjęcia próby odpowiedzi na pytanie: dlaczego Sasinowi miano by darować życie? Zamachowcy musieli sobie zdawać sprawę, że nawet jeśli nie ujawni prawdy publicznie, to w prywatnej rozmowie opisze rzeczywisty przebieg wypadków bliskim i zaufanym osobom. Owszem, Sasin jako osoba wiarygodna i bliska prezydentowi byłby cennym nabytkiem dla akcji dezinformacji. Ale tutaj i tak zyski nie dorównują ewentualnym stratom. Jedyne, co potrafię teoretycznie założyć, aby „sprawa Sasina”, w kontekście w jakim stawią ja FYM była logicznie spójna, to teza, że Rosjanie nie mieli lepszego wyjścia niż skreślić Sasina z listy poległych, żeby zgadzała się liczba 96 ofiar.

To znaczy – proszę pamiętać, że ja nie piszę o tym, w co sam wierzę, ale spekuluję w celu uzupełnienia hipotez zawartych w książce „Czerwona Strona Księżyca” – w czasie inscenizacji smoleńskiej doszło do zdarzenia, którego następstwem była śmierć któregoś z członków prezydenckiej ochrony. To by tłumaczyło „kłopoty” z wydaniem kamizelek kuloodpornych i broni BOR-owców, to by również tłumaczyło zarejestrowane strzały z broni palnej, które miały mieć miejsce w okolicach zdarzenia, a których autentyczność została potwierdzona. To by tłumaczyło cały słynny „film Koli”. Jest oczywiste, że teza o „dobijaniu rannych” z broni nie wyposażonej w tłumiki jest bzdurna, ale hipoteza strzałów oddawanych przez funkcjonariusza BOR-u już nie. Pojawienie się takiego funkcjonariusza na miejscu zdarzenia byłoby oczywiste i wynikało z wypełnienia obowiązku ciążącego na funkcjonariuszach BOR-u z mocy ustawy.

Oddawanie przez niego strzałów (ostrzegawczych) i próba odnalezienia i zabezpieczenia ciała prezydenta Kaczyńskiego również (a prezydent Kaczyński MUSIAŁ posiadać urządzenie pozwalające na jego lokalizację) nie może zostać uznane za założenie zbytnio na wyrost. Przy założeniu hipotezy 2M taki funkcjonariusz nie mógł przeżyć, bo jako fachowiec zorientowałby się, że ma do czynienia z inscenizacją (choćby nie mogąc zlokalizować ciała prezydenta i nie mogąc doliczyć się ciał w ogóle). Takie zdarzenie byłoby dla strony rosyjskiej mocno kłopotliwe, bo łatwiej lansuje się tezę o jednym nieprawdopodobnym wydarzeniu, gorzej lansuje się tezę o dwóch, chociaż próbowano, bo przypomnijmy, co o tajemniczej śmierci na ziemi smoleńskiej pisał „Fakt” w maju 2010:

„Czy w kwietniu ubiegłego roku w Smoleńsku zginęło 97, a nie jak na początku podawano 96 osób?

Takie informacje podaje TVP Info. 97 ofiarą Smoleńska miał być jeden z ratowników naszych wschodnich sąsiadów. Miał zostać przygnieciony przez wrak tupolewa w trakcie podnoszenia go. W dźwigu miała urwać się lina.

Tych informacji na konferencji prasowej nie chciał potwierdzić jednak prokurator generalny Federacji Rosyjskiej Jurij Czajka.

Jak widać więc w sprawie Smoleńska wciąż jest więcej niedopowiedzeń niż odpowiedzi.”

Dodajmy, że sama wiadomość TVP info brzmiała jednak trochę inaczej:

„Trzy dni po katastrofie Tu–154M nr 101 na lotnisku Smoleńsk Siewiernyj zginął funkcjonariusz Ministerstwa ds. Nadzwyczajnych Federacji Rosyjskiej”.

Nie wydaje mi się prawdopodobne, żeby na obleganym przez dziennikarzy 13 Kwietnia 2010 miejscu zdarzenia fakt wypadku, przyjazd karetki na sygnale, mógł przejść niezauważony. No chyba, że jak lina pękła, to znów „wsie pogibli”.

Jak wiemy, stanęło na 96 ofiarach, ale być może było ich 97 lub... 98? Informacji o śmierci funkcjonariusza Ministerstwa ds. Nadzwyczajnych Federacji Rosyjskiej” prokurator Czajka mógł sobie nie potwierdzać, bo nie ma papieru nie ma człowieka, ale ewentualną śmierć członka oficjalnej delegacji na miejscu zdarzenia trudno byłoby wyjaśnić, i cała narracja o „wypadku”, w którym „wsie pogibli” miałaby mocno pechowy start.

Jak można było rozwiązać ten palący problem? W jedyny możliwy sposób: poprzez „wsadzenie” funkcjonariusza do Tupolewa i pójście w zaparte w sprawie kamizelek i broni. Ale żeby zgadzało sie 96 ofiar, którąś z ofiar z listy trzeba było skreślić.

To oczywiście tylko supozycja, być może są jeszcze inne racjonalne wytłumaczenia w ramach hipotezy 2M zaproponowanej przez FYM-a, chociaż ja nie widzę innego motywu ewentualnego skrócenia listy poległych niż paląca konieczność.

Występujący przed Zespołem Parlamentarnym funkcjonariusz BOR-u poddał w wątpliwość obecność na pokładzie TU-154 dowódcy zabezpieczenia wizyty w Smoleńsku. Wprost. Podał również informację, że według jego wiedzy obecny w Katyniu funkcjonariusz BOR-u miał podjąć decyzję o ewakuacji członków polskiej delegacji. Byłaby to decyzja irracjonalna w przypadku wypadku bądź braku wiedzy o zamachu. Byłaby całkowicie zrozumiała, gdyby do śmierci uczestnika obchodów doszło na miejscu zdarzenia, po tym jak zdarzenie miało miejsce.

Występująca przed tym samym gremium córka śp. Zbigniewa Wassermana wypowiedziała - relacjonując czynności prokuratury w sprawie badań wykonanych przy okazji ekshumacji - inną kwestię, która do dzisiaj, niepokojąco dźwięczy mi w uszach: „Państwo nie wiecie jak długo oni żyli po tej tragedii. I nigdy się nie dowiecie”.

Pora przejść do mankamentów książki FYM-a, bo taka rola recenzenta. Mam wątpliwości, co do przyjętego stylu. Jak wspomniałem na początku, rozumiem świadomy wybór sposobu pisania tej książki, by czytała się łatwo i była dostępna dla każdego Czytelnika. Zgadzam się, że napisanie jej manierą naukową byłoby poważnym błędem. Natomiast specyficzna (bardzo trafiona z drugiej strony) terminologia nadająca książce ładunek emocjonalny, który dobrze, że się w niej znalazł, czyni z niej pozycję w zasadzie hermetyczną i przyswajalną jedynie przez polskiego czytelnika, bo powiedzcie mi, jak przetłumaczylibyście na obcy język „leśnego dziadka” w sposób, który oddaje znaczenie tego określenia? „Forest’s dwarf”? Nierealna postać rodem z baśni opowiadająca nieprawdopodobne historie? A co począć z nieszczęśliwymi „ruskimi”? „Ruskies”? Nie przejdzie, jeśli miałoby to się odnosić do całego narodu, a mało kto na świecie rozumie naturalne dla nas rozróżnienie pomiędzy „Rosjanami”, a „Ruskimi”. „Rosjan” szanujemy i lubimy, „Ruskich” nienawidzimy i pogardzamy nimi.

Drugi mankament jest poważniejszej natury. Otóż jak każdy człowiek, który zanim zaczął pisać miał etap „wchłonięcia” całej dostępnej wiedzy za sobą, a potem musiał dokonać wyboru, by uniknąć napisania tysiąca stron, FYM – moim zdaniem – nie uniknął zastosowania pewnego rodzaju skrótów myślowych, czytelnych dla każdego, kto Smoleńskiem się interesuje, zastanawiam się jednak, na ile czytelnych dla kogoś, kto (hipotetycznie) ze sprawą Smoleńska styka się po raz pierwszy. Gdybyśmy podjęli próbę tłumaczenia książki konieczne byłoby jej uzupełnienie o poszerzające wiedzę Czytelnika obszerne didaskalia.

Tyle widocznych mankamentów. W podsumowaniu złożyć trzeba ogromne podziękowania za tytaniczny wkład włożonej pracy, za koordynowanie zespołu kilkudziesięciu osób poświęcających swój czas w przeszukiwanie dostępnych materiałów, i za odwagę. Głoszenie wyników własnych, niezależnych analiz w czasie, gdy sprawa (co zrozumiałe) rozpala serca i umysły, a ponadto pozostaje wciąż elementem bieżącej polityki (a nawet geopolityki) wymaga odwagi. Czy hipoteza FYM-a okaże się prawdą, nie wiem. Jest mocno przekonywująca, co starałem się wykazać, ale miałaby znikome szanse na sali sądowej, w której o winie i karze miałby decydować rzeczywiście niezawisły sąd. Mamy tu do czynienia z klasycznym procesem poszlakowym. Nie taka jest zresztą jej rola. Jej rolą jest wskazywanie możliwego przebiegu wydarzeń, a przez to jednoczesne wskazanie miejsc, gdzie należy szukać dowodów. Większa z nich część znajduje się w Polsce, w Polsce mieszka wielu kluczowych świadków w tej sprawie. Być może doczekamy dnia, kiedy na stawiane przez FYM-a pytania będą musieli odpowiedzieć pod rygorem odpowiedzialności karnej.

I na koniec uwaga ogólniejszej natury. Nawet jesli przyjęlibyśmy tezę stawianą przez Przewodniczącego Zespołu Parlamentarnego ds Wjaśnienia Katastrofy Smoleńskiej, że 10 kwietnia 2010 roku Rosja wypowiedziała Polsce wojnę (a z prawnego punktu widzenia taka teza jest uzasadniona), to nie sądze, żeby wyprowdzanie z tej tezy wniosków o konieczności wprowadzenia cenzury w badaniach nad katastrofą też uzasadnione było. Po pierwsze dlatego, że nie da się jej wprowadzić skutecznie, i jeżeli w obiegu publicznym nie będą się pojawiały pozycje demaskujące, to pozostaną w nim tylko te propagandowe.

Po drugie dlatego, że pomimo katastrofy smoleńskiej obowiązuje nas zasada „business as usual”, bo ona świadczy o odporności narodu na zadawane ciosy. Jednym z obszarów życia narodu jest swoboda prowadzenia dociekań naukowych i wolność słowa. Jeśli ją z najbardziej nawet szlachetnych pobudek zawiesimy na kołku, będzie to częściowe zwycięstwo naszych wrogów, bo oni są wrogami naszej wolności.

Po trzecie, choćby z powodów taktycznych warto mieć obok hipotez podważających oficjalne wersje, również te dalej idące, a więc pociągające za sobą hipotetycznie o wiele poważniejsze skutki dla sprawców, gdyby okazały się prawdą. To poprawia, a nie osłabia naszą pozycję negocjacyjną. Gdziekolwiek i z kimkolwiek prowadzimy negocjacje, a nie mam watpliwości, że w tej sprawie należy rozmawiać na świecie i tak się właśnie dzieje.

W drugiej części „tryptyku” zajmę się osiągnięciami Zespołu Parlamentarnego ds Wyjaśnienia Katastrofy Smoleńskiej, w trzeciej podejmę próbę opisania ewentualnych konsekwencji, które uprawdopodobnienie obydwu wersji może przynieść. Pamiętajmy, że świat polityki nie jest światem prawdy, ale strategii i taktyki. Jak zauważył Clausewitz wojna jest przedłużeniem polityki (a więc i polityką i wojną rządzą te same podstawowe prawa – Clausewitza tłumaczył Rolex :). Na wojnie w polityce nie zdradza się wrogowi swoich planów, ukrywa arsenały, i zwodzi, bo zaskoczenie jest najistotniejszym i polityki i wojny elementem. Ja to rozumiem, ale ja nie jestem politykiem, więc czuję się nie związany tego typu ograniczeniami.

P.S.


Według moich szacunków książkę przeczytało 30,000 osób w ciągu niecałego miesiąca.

* sam nie jestem wielkim miłośnikiem anglosaskich wtrętów, ale tytuł pracy, którą recenzuję, i jego odniesienie do pop kultury niejako to wymusił. Urażonych przepraszam, niechętnym pop kulturze i językowi angielskiemu tłumaczę: "Spacerując po księżycu".

http://hekatonchejres.salon24.pl/395324 ... n-the-moon


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 02 mar 2012, 12:14 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Wywiad z Free Your Mind'em

Sformułowane przeze mnie pytania do Blogera Free Your Mind, Autora książki „Czerwona strona Księżyca” zostały wysłane wczoraj 29.02.2012, odpowiedzi Państwu prezentowane nadeszły w dniu dzisiejszym 1.03.2012. Oto zapis całości.

Internetowa publikacja książki Twojego autorstwa pt.: „Czerwona strona Księżyca”, podsumowała dotychczasowy zakres poczynionych ustaleń w sprawie wydarzeń z dnia 10.04.2010. Głównie tych, które od dwóch lat prowadzone były w blogosferze. Książka ta jednak pozwala również na spojrzenie w nowy sposób na prowadzone dotąd oficjalne śledztwo i dochodzenie. Nowy, tj. właśnie pod kątem pytań postawionych w publikacji.

Pytania o to, co stało się – lub nie stało – w Smoleńsku w dniu 10 Kwietnia 2010 r. oraz o stosowaną w różnych badaniach metodologię dociekań, należą obecnie chyba do najczęściej zadawanych w sprawie Tragedii Smoleńskiej. I one również znajdują się w zaproponowanym przeze mnie zestawie kwestii szczególnie wartych uwagi.

Zanim jednak przejdziemy do ich omawiania, mam kilka pytań ogólniejszej natury.

Twój blog na portalu Salon24.pl jest od lat czytywany przez tysiące internautów: na dzień dzisiejszy ma 6.053.147 odsłon, a opublikowana kilka dni temu informacja o całości linków do „Czerwonej strony Księżyca” ma – również na poranek dnia dzisiejszego - prawie 31 tys. wejść (30894). Twoje wcześniejsze opracowania – pochodzące sprzed 10.04.2010. – są wnikliwymi analizami zarówno sytuacji politycznej w Polsce, jak i mechanizmów warunkujących trwałość władzy czekistów we współczesnej Rosji.

1.

Teksty prezentowane przez Ciebie na salonie24, jak i w periodyku POLIS MPC, pozwalają zapytać o całą tę formację ideową, jaka uformowała się wokół POLIS MPC. Poznający jej teksty od 2008 r., w osobach tak wspaniałych Autorów, jak Free Your Mind, Rolex, Jaszczur, kokos26 i całej plejady autentycznych świetnych piór[ http://www.polis2008.pl/index.php?option=com_con... ], chcieliby dzisiaj zapytać, czy tak było w istocie, że stanowiliście wówczas jakąś jednolitą w miarę grupę, jakąś formację ideową, która pod patronatem Zbigniewa Herberta chciała postawić nowe pytania o otaczającą nasz rzeczywistość? I co się takiego wydarzyło, że wielu z Was znalazło się dzisiaj w różnych obozach, niemal po przeciwnych stronach barykady?



Dzięki za miłe słowa :) Nie sądzę jednak, nieco wbrew temu, co powiedziałaś, by istniała jakakolwiek jednolita „formacja ideowa”, którą można by przypisać do POLIS MPC, zresztą samo to określenie jakoś bardzo źle mi się kojarzy, bo albo pobrzmiewa poprzednią niewesołą epoką, albo nasuwa mimowolne pewnie analogie z takimi środowiskami czy pismami, które dopuszczają do głosu tylko własnych „liderów opinii” i własny światopogląd.

O ile pewne idee, powiedzmy, regulatywne, w postaci antykomunizmu i katolicyzmu, przyświecały powoływaniu Miasta Pana Cogito, to zarazem była to od samego początku inicjatywa pomyślana jako pewne polskie forum myśli wolnościowej, niepodległościowej, konserwatywnej, republikańskiej itd. (a zarazem wolnej od lewicowości), ale też jako miejsce debaty o polskiej kulturze, edukacji, tradycji, nauce, historii (także tej powojennej) dla różnych autorów. Właściwie POLIS MPC jest wciąż projektem „na dorobku” i – o ile nie nastąpi jakieś twarde administracyjne zwalczanie myśli niezależnej (co wydaje się jest już tylko kwestią czasu, niestety, wszak odwilż dobiegła końca) – planujemy powołanie do istnienia wersji drukowanej POLIS MPC, choćby w postaci rocznego almanachu z najciekawszymi tekstami. To Twoje pytanie, „co się wydarzyło...” jest chyba niewłaściwie adresowane – kilka osób po prostu odeszło z POLIS MPC i to je powinnaś zapytać, dlaczego takiego wyboru dokonały. Nie wydaje mi się jednak, by chodziło tu o kwestie ideowe, lecz emocjonalne i ambicjonalne. Poza tym w każdej drużynie, w każdym zespole ludzkim bywa tak, że ktoś przychodzi, a ktoś odchodzi.

2.

Jakie jest Twoje widzenie Polski po ’89? Jak oceniasz charakter zachodzących zmian, trwałość peerelowskich struktur, możliwość zaznaczenia w tym okresie wewnętrznych cezur chronologicznych…?



Nie powiem chyba nic zaskakującego, gdy stwierdzę, że III RP to od początku był neopeerel, czyli kontynuacja: prawna, instytucjonalna, kulturowa i polityczno-społeczna „Polski Ludowej”. Dziś, podejrzewam, widać to o wiele wyraźniej niż na przełomie lat 80. i 90.

Nie należało wchodzić w żadne, ale to żadne układy z czerwonymi – wszelkie bowiem pakty z komunistami prowadzą do cywilizowania komunizmu. Nie ma ewolucji od totalitaryzmu do demokracji – zamordyzm nie jest zdolny do takiej ewolucji. Totalitaryzm po powierzchownych retuszach, a więc nierozliczany i nieosądzany, musi prowadzić do nowego totalitaryzmu. Innej drogi nie ma. To polskie państwo „okrągłostołowe” jednak dobiegło tragicznego końca 10 Kwietnia, a obecnie mamy do czynienia już tylko z fikcją polskiej państwowości. Zamieszkujemy terytorium polskie, ale czegoś takiego jak polskie państwo w sensie instytucjonalno-prawnym, nie ma.

Gdyby polskie państwo naprawdę istniało, to nie doszłoby do zamachu na delegację prezydencką, uderzenia w „mózg państwa”, mózg w postaci ośrodka prezydenckiego, sztabu generalnego, szefa NBP, szefa IPN i wielu innych wysokich urzędników państwowych. Gdyby polskie państwo naprawdę istniało, to gdyby (załóżmy) jakimś jednak sposobem doszło do takiego zamachu – stanęłoby ono twardo w obronie zaatakowanych. Gdyby polskie państwo istniało, a (załóżmy znów) doszłoby do wypadku lotniczego z udziałem takiej delegacji – wysłano by natychmiast wszelkie możliwe służby (taki obowiązek bezzwłocznego uruchomienia pomocy spoczywał m.in. na Siłach Powietrznych), zabezpieczono by teren, przeprowadzono by transparentne i z udziałem najlepszych zachodnich specjalistów śledztwo ws. tragedii – a nie bratano by się ze zbrodniarzami. Polskie państwo obecnie to fikcja.

Co do historycznych punktów zwrotnych po 1989 r., to na pewno rok 1992 i okres 2005-2007 to ważne momenty zmagania się sił antysystemowych z neopeerelem, ale dodajmy: w obu przypadkach walka została przegrana. Ani premierowi J. Olszewskiemu, ani też premierowi J. Kaczyńskiemu nie udało się zlikwidować lub choćby dotkliwie naruszyć sowieckiego systemu.

Nie da się przewlekłego i złośliwego nowotworu wyleczyć aspiryną. Niemcy, przykładowo, przystępując do zjednoczenia, wzięli się (na ile konsekwentnie i ostro, to osobna sprawa) za dekomunizację i lustrację, i jednak udało im się dokonać normalizacji przynajmniej na poziomie instytucjonalno-prawnym (jak wiadomo zmiany mentalnościowe są o wiele trudniejsze i wymagają dłuższego czasu). Zastosowano terapię szokową i pacjenta przywrócono i do przytomności, i do jako takiego zdrowia. W Polsce natomiast (trzymając się tej medycznej metafory) uznano, że pacjent ma się znakomicie i właściwie to wcale nie był chory, ci zaś, co domagają się terapii szokowej, to szaleńcy chcący zawracać Wisłę kijem. To ich trzeba leczyć, a nie polskie państwo. No i tak to poszło; powstała bananowa republika kolesi, w której ze stanu chorobowego uczyniono normalność, a z domagania się praworządności, sanacji państwa i autentycznej zmiany – „paranoję” oraz „polowanie na czarownice”.

Kardynalny błąd popełniony na samym początku: zalegalizowanie czerwonych, uznanie ich za partnerów do „społecznego dialogu”, a przede wszystkim: przyznanie im prawa do decydowania o polskiej rzeczywistości społeczno-politycznej, poskutkowały ucywilizowaniem komunizmu. W rezultacie „umów społecznych” Jaruzel stał się prezydentem, a Kiszczaka ów „prezydent Jaruzel” desygnował na pierwszego premiera; mało kto pamięta, że to nie wujek Tadek był pierwszym „niekomunistycznym premierem po historycznym przełomie obalenia komunizmu”. Ten tandem Jaruzel-Kiszczak – obaj już nie w mundurach sowieckiego „ludowego wojska”, lecz tym razem w garniturach, znakomicie uosabiał to, co rzeczywiście się dokonało.

Na zmiany po 1989 r. trzeba patrzeć nie „podręcznikowo”, czyli nie tak, jak nam „Czerska Prawda” podpowiada i rozmaite nadwiślańskie „ministerstwa edukacji” w swych kolejnych wcieleniach. Należy na chwilę choć oderwać się od tych wielobarwnych zestawień, w których pokazuje się szarzyznę peerelu i tę feerię kolorów neopeerelu. Zwykle bowiem powiada się, jak to nareszcie Polacy przestali wystawać w kolejkach, zaczęli wyjeżdżać za granicę i robić shopping (no bo już nie zwykłe „zakupy po sklepach”), jak to nareszcie zniknęła siermiężna telewizja, a przyszła ultranowoczesna, jak to nareszcie można było auta bez talonu kupić i to zachodnie. Na historię po 1989 r. trzeba popatrzeć przez zupełnie inny pryzmat. Jaki? Taki mianowicie: co po tych „historycznych przemianach” uzyskali komuniści.

I gdy z takiej perspektywy się spojrzy, to wielobarwny, neopeerelowski los „szarego człowieka nad Wisłą”, który może sobie czasem pogrilować, okaże się znów wyjątkowo szary na tle high life'u czerwonej, opływającej w bogactwa, nomenklatury. To chyba po dziś dzień niewielu naszych rodaków sobie uzmysłowiło: czerwoni okazali się największymi beneficjentami i zwycięzcami transformacji. Zyskali pełną prawną, polityczną, społeczną, kulturową, medialną, a nawet naukową legitymizację! Proces to całkowicie odwrotny do dekomunizacji przeprowadzonej w jednoczących się Niemczech, gdzie szczególnie uczelnie przewietrzono z „partyjnych myślicieli i badaczy”. Nic dziwnego, że przy takim obrocie sprawy nad Wisłą, czerwoni zaczęli zachwalać neopeerel, przeciwstawiając go szaroburemu peerelowi. Mieli bowiem za co wychwalać III RP.

I w tej perspektywie należy patrzeć też na dzieje „nowej Polski Ludowej”. Ile czasów u rządów byli czerwoni (tudzież ich bladoróżowe odbicia), a ile czasu mogli decydować o polskich sprawach przedstawiciele ugrupowań antysystemowych. Ta jednolitość barw (czerwień, róż) przekłada się potem na gospodarkę, bankowość, świat kultury, środowiska akademickie etc. A potem młodzi ludzie startujący w zawodowe życie słyszą od swoich rodziców i dziadków (tak jak za czasów peerelu przestrzegano), że najważniejsze są „dojścia”, bo bez dojść nie ma mowy o żadnym sukcesie w żadnej profesji. I koło się zamyka. Można stawiać sobie pytanie: czy czerwonych tylko zlekceważono, czy też wiedziano od samego początku, że „się z nimi nie wygra”, więc „należy się ułożyć” z komuną. Może przystępując do paktowania z czerwonymi wierzono w „mechanizmy demokracji” na takiej zasadzie, że stworzy się warunki zachodniego państwa i „wszystko się jakoś stopniowo unormalizuje”. To są oczywiście warianty optymistyczne. Mogło być też tak, że „stronę społeczną” reprezentowali ludzie o takiej pysze, że kwestiami obywatelskich wolności, kwestiami dobra publicznego, kwestiami praworządności, kwestiami sprawiedliwości... w ogóle się nie przejmowali, gdyż sam fakt „uzyskania władzy” – uzyskania drogą na skróty, podkreślmy, bo przecież nie w powszechnych, wolnych wyborach – był dla nich tak podniecający, iż „duperelami” nie zawracali sobie głowy. Przecież to z ust tych ludzi można było wnet usłyszeć, że Polacy nie dorośli do demokracji. To zatem na pokoleniu, które zawarło pakt z czerwonymi spoczywa odpowiedzialność za kształt Polski w ostatnim ćwierćwieczu i za utrwalenie peerelu, a nie jego definitywne unicestwienie.

3.

Interesuje mnie Twoja ocena lat 2005-2007: czy można powiedzieć, że właśnie w tym czasie należy szukać genezy Tragedii Smoleńskiej?



Określenie „lata 2005-2007” to pewien skrót myślowy, który wymagałby doprecyzowania. Ciekawe, czy gdybyś zapytała przeciętnego Polaka, jaką funkcję pełnił wtedy R. Sikorski, to czy taka zagadnięta osoba potrafiłaby odpowiedzieć :)

Ja mam bardzo mieszane uczucia, co do tamtego czasu, choć popierałem PiS, rzecz jasna, i mu kibicowałem. Właściwie, po 10-tym Kwietnia to już na wszystko patrzy się nieco inaczej i to oglądanie się wstecz jest jakoś (przynajmniej w moim przypadku) nieco na siłę, do tego bowiem stopnia tamte dzieje przestały być istotne, ale nie mogę się powstrzymać od uwagi, że zarówno premier J. Kaczyński, jak i śp. Prezydent L. Kaczyński nie mieli najlepszej ręki do ludzi. Oczywiście zdarzały się wyjątki, ale generalnie... K. Marcinkiewicz okazał się kompletnym nieporozumieniem. Koalicja z SO i LPR-em wyglądała tak jak wyglądała (czy ktoś pamięta potem cyrk polityczny w postaci LiS?). Mam wymieniać dalej? :) „Premier z Italii”, czyli J. Kaczmarek... A ci wszyscy przyboczni Prezydenta, najwierniejsi z wiernych, co wnet po zamachu na polską delegację, przeskoczyli na ciemniacką stronę?

Myślę czasami o premierze J. Kaczyńskim jako o człowieku (nie tylko wybitnym współczesnym polityku), który miał zapewne świetne i wielkie modernizacyjne plany dla naszego kraju, ale chyba nie do końca miał też właściwych ludzi do ich realizowania. Dwa lata temu byłem z rodziną u przyjaciół w górach i udało mi się w jakiejś księgarni w jednym mieście znaleźć książkę „Alfabet Braci Kaczyńskich” (Kraków 2010, książkę wznowiono „po Smoleńsku”, rzecz jasna) – świetna lektura, choć dość brutalnie zweryfikowana przez czas. Z dystansu „posmoleńskiego” brzmiąca trochę jak kronika zamierzchłej epoki. Z drugiej strony nic dziwnego, bracia Kaczyńscy wtedy (po podwójnych wyborach w 2005) sądzili, że nareszcie „odwróciła się karta” polityczna naszego kraju i będzie można zatrzymać proces rekomunizacji.

Na s. 171-172 „Alfabetu...” jest taki ciekawy fragment rozmowy z JK a propos „zwrotnego” roku 1993:

„- Na ile postkomuniści wierzyli, że powrót do PRL, czy choćby tych najatrakcyjniejszych dla ludzi biednych mechanizmów z tego okresu [gierkowskiego – przyp. F.Y.M.], jest możliwy, a na ile po prostu grali tą kartą. JK: - Czy to było takie niemożliwe? Coraz bardziej jestem przekonany, że całkowicie poza świadomością ówczesnych elit solidarnościowych przygotowano wtedy przesłanki do daleko idącego odwrócenia sytuacji, do najkrócej mówiąc, rekomunizacji [podkr. F.Y.M.]. I nie wykluczam, że gdyby sytuacja w Rosji układała się inaczej, to znaczy nie doszłoby najpierw do zawalenia się Związku Sowieckiego, potem Jelcyniady, czołgów na ulicach, rozstrzelania parlamentu, a potem jeszcze kompromitacji w pierwszej wojnie czeczeńskiej, to mogłoby być różnie. Krótko mówiąc, to była epoka, gdy działy się rzeczy zadziwiające. (...)

Wbrew temu, co teraz się próbuje twierdzić on [system korupcyjny – przyp. F.Y.M.] się kształtował również przed rokiem 1993, chociaż komuniści ten system mocno udoskonalili. Już wcześniej jednak ukształtował się modus operandi uprawiania polityki. Zrezygnowano z prób wywalenia układu komunistycznego w powietrze, a całą energię wkładano w próby kooptacji do systemu, w wejście w ten układ interesów.”

Możliwe, że w myśleniu o Polsce (takim niepodległościowym, patriotycznym – nie chodzi mi tu o żadnych pragmatyków czy cyników) jest tak, iż w - by tak rzec - reformatorskim zapale, ma się jakiś taki optymizm typu: wszystko się uda (vide lata 2005-2007). Nie może się jednak udać coś, co bagatelizuje realne, a śmiertelne zagrożenia. To po pierwsze. Po drugie, nie może się udać sanacja państwa, jeśli nie ma się do przeprowadzenia takiej sanacji poparcia społecznego – wielkiego, bezwzględnego poparcia społecznego. Po trzecie, w polityce nie ma żadnego „stoliczku, nakryj się” – nie ma żadnego hokus-pokus. Jeśli więc liczy się na jakieś cudowne, magiczne, niezwykłe rozwiązania (typu: spłyną kolosalne pieniądze z Brukseli i Polska się zamieni w krainę mlekiem i miodem płynącą), to kończy się to niestety rozczarowaniem (w najlepszym wypadku).

Rzecz jasna te spory, czy Polska powinna być w strukturach superpaństwa europejskiego czy nie, dziś (tj. w czasie katastrofy polskiej państwowości) są już drugorzędne, obawiam się jednak, że takie myślenie, wiążące nadzieje na zmiany z presją zachodnich instytucji na polskie, było nieobce zarówno śp. Prezydentowi, jak i premierowi Kaczyńskiemu. Wg mnie zaś nikt nie rozwiąże za Polaków polskich problemów, a już na pewno nie lewicowa Bruksela.

Wracając jednak do pytania o relację między czasem „kaczystów” a tragedią... Nie wydaje mi się, by chodziło wyłącznie np. o likwidację WSI, choć pewnie i ten element odegrał jakąś rolę w przygotowaniach do zamachu. W „Czerwonej stronie Księżyca”, tak samo zresztą jak w wielu postach mojego autorstwa, starałem się pokazać szerszy kontekst, a więc to, iż - analogicznie do pęknięcia na neopeerel i wolną Polskę - przebiega pęknięcie w siłach zbrojnych na „LWP” i armię natowską.

Wspominałem wcześniej w odpowiedzi na jedno z pytań, iż w neopeerelu czerwoni okazali się największymi zwycięzcami „transformacji” – to zarazem przekładało się geopolitycznie i strukturalnie (jeśli chodzi o byt państwa) na to, iż neopeerel pozostawał w „oficjalnie zlikwidowanych” strukturach Układu Warszawskiego. Co to znaczy? To znaczy, że mimo deklarowanego „zwrotu na Zachód” i tej bardziej medialnej oraz na pokaz aniżeli realnej westernizacji Polski, przeróżne podstawowe zależności wobec Moskwy pozostawały trwałe i wcale suwerenność nie była całkowita (choć przeróżnym politykom zdawało się, że złapali Pana Boga za nogi). Jeśli zaś suwerenność nie była całkowita, to musiało się to uwidaczniać nie tylko na poziomie energetycznym, gospodarczym, handlowym i politycznym, ale też militarnym.

Na pewno uderzenie „kaczystów” w sowiecką wojskówkę nad Wisłą było jakimś drżeniem ziemi (bo o trzęsieniu trudno mówić, żadne poważne wyroki nie zapadły, sama likwidacja zaś była tylko pewnym chwilowym zamieszaniem; po dojściu ciemniaków do władzy nastąpiła szybka promoskiewska rekonstrukcja specsłużb), ale to dopiero wyprawa śp. L. Kaczyńskiego do Gruzji podczas ruskiej militarnej inwazji w 2008 r., stanowiła głośny policzek wymierzony ruskiemu dowództwu i przede wszystkim Putinowi oraz Miedwiediewowi. Nie mam wątpliwości, że ruski sołdat zająłby w niedługim czasie całą Gruzję, gdyby nie śmiała i zgoła szaleńcza inicjatywa polskiego Prezydenta (nawet ciemniacy trzęśli portkami wtedy, nie wiedząc, co z tej wyprawy wyniknie).

Podejrzewam, że po tym właśnie zdarzeniu, gdy w sposób pokojowy i zupełnie bez użycia broni zatrzymano ruską ofensywę „tankistów” i „lotczików gierojów” bombardujących gruzińskie osiedla, zapadł na Kremlu wyrok na polskiego Prezydenta (i na ośrodek prezydencki – warto poczytać sobie opracowania BBN za czasów śp. min. A. Szczygły). Strzały „ślepego snajpera” były takim gruzińskim memento.

4.

Pytania o Kwiecień 2010 – są najczęściej obecnie zadawanymi Tobie pytaniami. Pozwolę je sobie również postawić. Ale może w nieco szerszym kontekście, gdyż właśnie ukazała się recenzja Twojej książki [http://hekatonchejres.salon24.pl/395324,walking-on-the-moon ] i można, jak sądzę, dać Czytelnikom nieco czasu na jej poznanie, co pozwala szczegółowe pytania przesunąć nieco w czasie, do następnego z Tobą spotkania… O Kwiecień 2010 zapytałabym tak:

• czego skutkiem były prawdopodobne wydarzenia tego tragicznego dnia



To tak skomplikowana sprawa, że nie wiem, czy zdołam na to pytanie klarownie a zarazem nierozwlekle odpowiedzieć. Brutalnie rzecz ujmując, Ruscy przypomnieli „bliskiej zagranicy”, ale też i światu: kto tu rządzi. Tu, to znaczy także: nad Wisłą. Nie od dziś chyba wiadomo, że po „wyzwoleniu”, czyli od połowy lat 40. Moskwa traktuje obszar należący do Polski jako rubież/peryferie swojego imperium i nawet się z tym specjalnie nie kryje, sztorcując co jakiś czas polskich ministrów i zabierając głos w naszych sprawach. Z ruskiego punktu widzenia to potraktowanie naszego kraju nawet ma swoje uzasadnienie: „w drodze na Berlin wyzwoliliśmy was z rąk niemieckich faszystów, a wy w zamian za to uzyskaliście naszą dozgonną opiekę”. Kreml więc przypomniał 10 Kwietnia o swoich „prawach do Polski”.

Nie tyle jednak moskiewski, imperialny punkt widzenia, winien nas interesować, co polski punkt widzenia. Otóż okazuje się, że nad Wisłą od dziesięcioleci są środowiska, które moskiewską uzurpację traktują jako coś zupełnie, ale to zupełnie naturalnego. Te środowiska czują się normalnie, gdy dyrektywy przychodzą z Kremla. To są ludzie, którzy stają na baczność, słysząc rozkazujący ton ruskiego oficera. Jeszcze nawet dokładnie nie słyszą, co jest mówione, ale już sam ton stawia te środowiska w postawie zasadniczej. (To trochę tak jak w peerelowskim serialu „Janosik”, gdy się ogląda sceny bijatyk – jeden rozbójnik machnie ręką, a pięciu żołnierzy się przewraca i nakrywa nogami). I to jest problem, z którym nie potrafimy się uporać od czasu antysowieckiego powstania z drugiej połowy lat 40. (Polecam wszystkim obejrzenie filmu „Syndrom katyński” i posłuchania, jak po rusku pod jego koniec mówią Jaruzel i Kwach. Stara miłość nie rdzewieje. Ja nawet nie podejrzewam, by ktokolwiek (z ekipy filmowej) tych ludzi zmuszał czy skłaniał, by w ruskim filmie powiedzieli swoje zdanie po rusku. Im nawet nie przyszłoby do głowy, by mówić w nim po polsku). Niestety, nie tylko komunistyczne środowiska są promoskiewskie.

Po drugie, Kreml wybrał najprostszą i najmniej kosztowną akcję militarną przeciwko Polsce, przeprowadzoną na obszarze kontrolowanym przez ruską armię. Chodziło o to, by uderzyć, ale tak, by nie wyglądało to na atak militarny. Chirurgiczna, a nawet neurochorirgiczna, niezwykle precyzyjna operacja. Zainscenizowanie wypadku pozwoliło zachować pozory „przypadkowości” śmierci blisko setki osób. Ale chodziło też o swoisty rytuał. Polaków należało przywołać do porządku („żadne tam NATO, koledzy, pamiętajcie – jesteście pod naszym nadzorem”), ale i totalnie upokorzyć. Zelżyć, wyszydzić, upodlić, przeczołgać, upokorzyć. W tym więc sensie był to swoisty rytuał. Samo zabicie ludzi to było jedno, ale urządzenie spektaklu upokarzającego Polaków, to dopiero stanowiło „pełnię szczęścia” dla Kremla. Ciało polskiego Prezydenta na folii w błocie. Wywiezienie ciała Prezydenta w trumnie na gruzawiku. Śmiech na pobojowisku.

To tacy są ludzie. Oni inaczej nie umieją myśleć, jak w kategoriach niewyobrażalnego dla nas (cywilizowanych ludzi) okrucieństwa, które „trwale zapisuje się w pamięci” ofiary. Dla czekistów okrucieństwo „przerastające ludzkie pojęcie” jest wyrazem siły – zwycięskiej siły.

Ale to znów tylko jedna strona medalu. Druga to przecież ta, że w III RP właściwie nie widziano żadnego sensu w tym, by rozwijać silną i poważną armię. Najpierw w ogóle nie myślano o wyjściu z Układu Warszawskiego, potem były jakieś poronione koncepcje a la „NATO-bis”, potem niby wejście do NATO, ale tak na pół gwizdka, by „nie rozdrażnić Moskwy”, potem (jak już Polska „musi być w tym NATO”) urabianie idei Sojuszu Północnoatlantyckiego na wzór... Wspólnego Europejskiego Domu, bo 1) komunizmu nie ma, 2) nie ma świata dwubiegunowego, lecz „wielobiegunowy”, 3) głównym zagrożeniem jest międzynarodowy terroryzm (tu oczywiście Moskwa ma własne typy „ognisk terroryzmu”), 4) neo-ZSSR powinno być partnerem NATO, 5) USA z neo-ZSSR powinny pełnić rolę „stróżów prawa i porządku”, przy czym najlepiej, jakby akurat środkową Europą zajęła się bardziej Moskwa aniżeli Waszyngton, bo tak będzie bezpieczniej dla ogólnoświatowej „równowagi”.

Taki scenariusz wcale nie musiał zostać przez Polskę zaakceptowany, lecz został. „Transformacyjne” ekipy przyjmowały „w postawie służebnej”, że się posłużę określeniem S. Michalkiewicza, wszelkie dąsy Kremla i - nie licząc nieco twardszej polityki rządu Olszewskiego oraz Kaczyńskiego - to generalnie pilnowano, by przypadkiem ruski niedźwiedź się zbytnio nie pogniewał, że sobie Polska jakąś armię usiłuje odbudować. Jednocześnie ruszyli w pole politrucy przeróżni, „eksperci”, niektórzy jeszcze pobierający nauki w szkole „walki o pokój” i internacjonalizm, przekonujący, że właściwie w dobie postpolityki, to nie tylko Polska nie jest znikąd zagrożona, ale Polsce żadna porządna armia wcale nie jest potrzebna. Nawet zaś, gdyby była potrzebna, to przecież nie z jakimś amerykańskim sprzętem.

No i sporo naszych rodaków tak zaczęło myśleć: a po co nam silna i nowoczesna armia, jak nie ma już wojen? Raczej trzeba myśleć o oszczędnościach na zbrojeniu, o rozbrojeniu, o demobilizacji, o fajnej konsumpcji, a nie o jakiejś armii. Tymczasem warto było sobie zadać po 1993 r. i wymarszu sowieckiego sołdata z polskiej ziemi takie banalne pytanie (sprowadzające polskie państwo do prostego i przyswajalnego dla przeciętnego zjadacza chleba, obrazu): dlaczego jak ktoś ma dom i ogród, to trzyma w nim zwykle dużego i silnego psa? Czy aby nie po to, by byle łajza nie mogła wleźć do ogrodu i sobie urządzać ognisko i popijawę z koleżkami, a w ferworze zabawy nie zapukała do okien domu, by szukać mocniejszych wrażeń?

Czy możliwe jest normalne funkcjonowanie państwa o takiej historii, jak Polska, o takich doświadczeniach zaborów, okupacji, wojen i podbojów, o takiej martyrologii, o takich stratach w „tkance narodowej” (nie mówiąc o zniszczeniach i splądrowaniach miast, zabytków etc.) - bez silnej, sprawnej, nowoczesnej i odstraszającej potencjalnych agresorów, armii? Kto będzie bronił miast polskich, jeśli nie ma wojska o odpowiedniej liczebności i sile? Straż miejska? Firmy ochroniarskie? W wolnej chwili proponuję naszym rodakom sprawdzenie, ilu żołnierzy polskich stacjonuje w co większych polskich miastach. Nie mam na myśli Warszawy, Krakowa czy Poznania.

Jakieś bałwany czasem (a tych w Polsce mamy od groma) wypowiadały się w tych latach demobilizacji i demilitaryzacji naszego kraju (nazywajmy rzeczy po imieniu: demilitaryzacji), że właściwie to współczesna wojna to tylko sprzęt, a tak naprawdę to samo lotnictwo załatwia sprawę. Co lepszy „ekspert lotnictwa” wskazywał, rzecz jasna, na wzorcowe neo-ZSSR, którego niezwyciężona armia między innymi na tymże lotnictwie się opiera. Problem tylko w tym, że ruskie przeolbrzymie (i w dużej mierze niezagospodarowane, chyba że wejdą na nie któregoś dnia znienacka Chińczycy i zaleją swoim mrowiem) terytorium, na którym w sporej mierze nie ma żadnych dróg, a część obszaru granicznego skuwa lód, stąd nie sposób tam wybudować portów – wymusza takie właśnie „powietrzne” organizowanie armii oraz – co też ważne – wojskowego transportu. Polska natomiast ma i morze, i porty, i bardzo „wrażliwe” położenie, a więc zrelatywizowanie i zredukowanie sił obronnych wyłącznie do sił powietrznych wcale nie prowadzi do wzmocnienia potencjału obronnego. Już nie wspomnę o liczebności polskiego lotnictwa.

Myślę jednak na koniec tych uwag, że te opowieści polskich leśnych dziadków, dotyczące tego, iż nastały już czasy wiecznego pokoju, „globalnej wioski” i „happy people” (nawet inwazja ruska na Gruzję nie zamknęła gąb „pacyfistom”), tak więc właściwie wojsko już nie jest specjalnie potrzebne (no, może na czasy powodzi), zmierzały też do tego, by nie rozwijał się polski przemysł zbrojeniowy, przemysł lotniczy, przemysł ciężki, by ewentualne zakupy sprzętu wojskowego od razu szły przez jakichś porządnych pośredników – słowem, by nie Polska się wzmacniała, lecz inni. Jaki był tego skutek, widzimy obecnie od 10-go Kwietnia.

• co stanowiło ich bezpośrednie konsekwencje?



Podporządkowanie Polski neo-ZSSR i restytucja Układu Warszawskiego. Zachodzi to na razie w sposób delikatny (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/1...) i właściwie niedostrzegalny dla przeciętnego obywatela, który i tak ma w nosie politykę, wychodząc z założenia, że „wszyscy kradną” - ale jest to proces, który, gdy wejdzie w fazę decydującą, a następnie dobiegnie końca, to będzie miał bardzo trudne do odwrócenia skutki. Czy wnet nie pojawią się głosy, iż tak naprawdę to nasz przyjazny sąsiad ze Wschodu byłby dla Polski o wiele lepszym gwarantem bezpieczeństwa niż „waszyngtoński policjant”? Naturalnie nie musi to „zabezpieczanie Polski” przybierać od razu formuły stacjonowania ruskich wojsk w naszych miastach, bo to mogłoby się źle pokojarzyć, ale np. wspólne patrole lotnicze, wspólna „obrona przeciwrakietowa”, wspólne manewry...

• co stanowi nadal (w cyklu dłuższego trwania) następstwa przeniesione niejako w czasie, a możliwe do zaobserwowania również dzisiaj



Powrót na okołomoskiewską orbitę z pełnymi konsekwencjami – nie tylko politycznymi, ale też energetycznymi oraz militarnymi. Także kulturowymi, choć niektórym rodakom peerelowski nastrój cały czas wydaje się słodki i przyjemny, a nawet łza się im w oku kręci na wspomnienie wesołego baraku w obozie .Ludzie chodzą nawet z entuzjazmem na występy... chóru armii czerwonej, koncertującego chyba co roku nad Wisłą.

Są to również pytania o stan państwa w okresie: 04.2010 – 02.2012., o istniejące jeszcze/lub nie, elementy jego suwerenności…



Trudno mówić o jakimkolwiek śladzie suwerenności – ona jest taka, jak za peerelu. Peerelu nie musieli Ruscy podbijać, by pozostawał w ruskiej sferze wpływów. Zajęli, umocowali promoskiewską administrację, i system działał.

Wracam do pytania postawionego przeze mnie wyżej: czy niemożliwa jest taka ewolucja współczesnej polskiej „myśli wojskowej” (czy czasem S. Koziej nie jest dziś znowu jednym z naczelnych strategów, jak za czasów peerelu?), by się okazało, iż sojusz z neo-ZSSR jest najlepszym gwarantem stabilizacji i pokoju w środkowej Europie? Moim zdaniem to wyłącznie kwestia czasu, gdy takie głosy zaczniemy słyszeć. Niemcy by takiemu pomysłowi „stabilizacji regionu” przyklasnęły z całą pewnością. Francja pewnie też, żywiąca jakiś atawistyczny pociąg do Rosji. Może Londyn i Waszyngton by nieco wybałuszyły oczy, ale w końcu machnięto by na Polskę ręką – chcą Polacy wrócić na orbitę Kremla, niech sobie wracają. Widocznie ich (tychże Polaków) niezwykły duch wolności to był mit, którym nas karmili przez dziesiątki lat. Wolą moskiewski kierat i już.

5.

Interesuje mnie również grupa pytań o siłę (jej brak) więzów tworzących narodową wspólnotę w społeczeństwie polskim A.D. 2012. 

Co przede wszystkim dzieli dzisiaj Polaków w ocenie tego co stało się/lub nie stało 10.04.2010?



To pytanie nie jest chyba dobrze postawione. Spróbujmy pomyśleć inaczej: czy zbrodnia katyńskiego ludobójstwa jest w stanie wywołać u Polaków jakiś spór dotyczący oceny (tej zbrodni)? Czy znalazłby się ktoś, kto by powiedział, że „Ruscy mieli prawo strzelać w tył głowy” albo że „należało się polskim jeńcom” takie potraktowanie? Wydaje mi się, że nie.

Problem „polskiej oceny Smoleńska” sprowadza się wyłącznie do wiedzy o tym, co się stało. Dopiero bowiem dysponując wiedzą o jakimś fakcie można się pokusić o jakąś jego miarodajną, rzetelną ocenę. W „Czerwonej stronie Księżyca” wielki nacisk kładłem na to, by pokazać to Czytelnikom, jak na poziomie kreowania obrazu Zdarzenia z 10-go Kwietnia zawładnięto umysłami odbiorców medialnego przekazu, a ściślej: jak zdeformowano te umysły poprzez uporczywie wtłaczaną do głów dezinformację. To nie jest zabawa - taka zmasowana akcja dezinformacyjna. Akcję tego typu przeprowadza się po to, by odniosła ona długofalowy skutek. Jaki? Taki, że jedni odbiorcy „mają dość Smoleńska” po jakimś czasie, inni „wiedzą z grubsza, jak to z tym wypadkiem było” i „szczegóły ich nie interesują” (od tego są już eksperci), jeszcze inni odbiorcy wiedzą, że „czas pokaże, jak to było, ale mogło być różnie”, a jeszcze inni uważają, że „prawdy i tak się nigdy nie dowiemy”.

Wspólną cechą tych postaw jest dezorientacja. Dezinformacja rodzi bowiem dezorientację. Osoba poddana takiemu medialnemu, zmasowanemu praniu mózgu jest do tego stopnia „wytrącona z równowagi” i niezdolna do racjonalnego osądu faktów, iż z ulgą przyjmuje sytuację, w której ktoś tę osobę łagodnie „prowadzi za rękę”. Od tego właśnie są „fachowcy wojskowi”, „eskperci lotnictwa” itp. „komentatorzy”. Nie wiesz czegoś? Ekspert wyjaśni. Nie rozumiesz? Posłuchaj, co mówi ekspert. To, że ów ekspert na swym instrumencie wygrywa akurat jakąś moskiewską piosnkę, to zbieg okoliczności. Poza tym, co złego w rzewnych ruskich melodiach?

Polacy w swej większości nie mają, niestety, wiedzy o Smoleńsku – to zaś pozwala rozmaitym ludziom i rozmaitym środowiskom (nie tylko ciemniackim) odwoływać się do emocjonalności Polaków i sprawę tragedii redukować właśnie do emocjonalnego poziomu, na którym najłatwiej o wywołanie „świętego oburzenia”. Niewiedza jest olbrzymia – jestem przekonany, że przeciętny Polak nie odróżniłby Wierzchowskiego od Bahra (możliwe że nawet słyszałby pierwszy raz te nazwiska), a co dopiero znał szczegóły ich relacji dotyczących tego, co się działo 10-go Kwietnia. Ale też nie można mieć pretensji do Polaków, że tylu rzeczy nie wiedzą. (Zasługę w tym mają na pewno mainstreamowe media, lecz i nie tylko one). Niestety, nawet dla blogerów zajmujących się śledztwem, kwestia dotarcia do wielu zeznań świadków nie była ułatwiona.

W momencie, gdy pojawi się szersza wiedza o tragedii, podziały staną się nieistotne, a nawet mogą zniknąć. Najgorsze zaś jest to, gdy ktoś nie ma wiedzy o przebiegu zdarzeń z 10 Kwietnia, ale i tak „wie”, „jak było”. Takich ludzi też jest pełno w blogosferze i inicjują kolejne podziały. 

Czy podziały te przenoszą się automatycznie na blogosferę i do internetu, czy też mamy do czynienia z jakimiś dodatkowymi elementami/mechanizmami podkręcania atmosfery w sieci?



Pewne podziały są naturalne, pewne zaś nakręcane. Pewne podziały są z głupoty, pewne z zawiści, pewne z niewiedzy, pewne z czystego wyrachowania. To nie chodzi jednak o Sieć. Te podziały biegną także w polskim społeczeństwie. Im bardziej Polacy są podzieleni, tym trudniej im sprostać zadaniu wyjaśnienia tragedii czy domagać się powołania międzynarodowej komisji śledczej. 

Dlaczego stosunkowo łatwo pobudzać można w sieci emocje: i te negatywne, i te pozytywne?



To pytanie do psychologa społecznego. Tu J. Reykowski mistrz sowieckiego sterowania społecznego, doradca Jaruzela w l. 80. świetnie by wszystko powyjaśniał :) Oczywiście skłócanie Polaków nie wzięło się znikąd i nie pojawiło się dopiero po 10-tym Kwietnia. Poniekąd natura wielu Polaków jest kłótliwa. Trzeba jednak brać także poprawkę na to, jaką przeszliśmy, jako naród, gehennę przez ostatnie kilkadziesiąt, a nawet więcej lat. Ponadto należy pamiętać o tym, że sternicy społeczni w neopeoerelu także dbali o to, by skutecznie podsycać konflikty między różnymi środowiskami w Polsce.

Polacy po 1989 r. zachowali się trochę jak wygłodzeni i totalnie osłabieni więźniowie obozu koncentracyjnego po jego zlikwidowaniu: najeść się przede wszystkim - „odbić sobie lata nędzy”. Sternicy zaś podtrzymywali ten stan rzeczy: wy, ludziska, zajmijcie się swoimi sprawami, a poważne kwestie zostawcie nam, którzy wiemy, jak zarządzać krajem. W rezultacie wielu rodaków skoncentrowało się na „kontemplowaniu” stanu względnego dobrobytu: można się najeść i posiedzieć przed telewizorem, bo na nic innego nie ma czasu. A historia niech toczy się swobodnie gdzieś dalej, gdzieś w oddali od zwykłego życia. Ta historia niestety wkroczyła na nowo w życie zwykłych Polaków 10 Kwietnia. -

Jak oceniasz rolę autorytetów w internecie – czy czymś się ona różni od typowych mechanizmów oddziaływania psychologicznego, jakie działają w realu?




Nie ma żadnych internetowych autorytetów. W Sieci publikują różne osoby, ale autentycznym autorytetem może być człowiek, którego możemy postawić sobie za wzór postępowania moralnego – nie może być więc autorytetem ktoś, kto tylko pisze to, z czym się sami zgadzamy. W momencie bowiem, gdy uznajemy za prawdę i coś wartościowego tylko to, co nam samym odpowiada, możemy podlegać iluzorycznym autorytetom.

Nie wiem, czemu te „oddziaływania psychologiczne”, o których wspominasz, aż tak Cię nurtują :), a jak jeszcze mówisz o „mechanizmach oddziaływania” to już w ogóle łapię się za głowę. Ludzie nie są maszynami, społeczeństwo nie jest maszyną i państwo też nie jest maszyną. Tym samym należy unikać prostych obrazów, które narzucają te czy tamte nauki/pseudonauki, które to obrazy sprawiają wrażenie „wyjaśniających coś”, a w istocie deformują nasz sposób patrzenia na rzeczywistość międzyludzką.

Czytając kogoś w Sieci możemy ocenić racjonalność oraz spójność jego poglądów. Jeśli pisze mądrze i elegancko, to tym bardziej może naszą sympatię zyskać. Pamiętajmy jednak, że nie każdy się kieruje takimi kryteriami, jak my.

Ktoś może chcieć uzyskać odpowiedzi na swoje pytania, które to odpowiedzi mają być „bez niepotrzebnego owijania w bawełnę”, „bez niepotrzebnego dzielenia włosa na czworo” itd. - w tym zaś momencie może się pojawić ktoś, kto „spełnia potrzeby” takiego odbiorcy. I tak to się kręci potem. Ktoś pisze tak, jak ktoś oczekuje. Prawda schodzi na plan dalszy, bo wytwarza się symbioza – nadawca-odbiorca.

Kończąc te uwagi, rzekłbym, iż ktoś, kogo można by traktować jako osobę godną zaufania a publikującą w Sieci (nie mówmy o autorytetach może), powinien przede wszystkim wykazywać się czymś, co należałoby nazwać „niedogmatyzmem”. Największą bowiem wartością polskiej (zanikającej stopniowo) debaty w Sieci jest to, iż wielu ludzi może wspólnie między sobą, krytycznie wobec najprzeróżniejszych poglądów, dzielić się swoimi myślami, wspólnie wypracowywać rozwiązania rozmaitych problemów. Wspólnie prowadzić śledztwo smoleńskie na przykład.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

http://www.niepoprawni.pl/blog/2679/wyw ... r-mindem-0


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 02 mar 2012, 12:29 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Smoleńsk a sprawa polska

Miło mi, że tak zacny autor i publicysta, jakim jest Rolex, człowiek o wielkiej uczciwości intelektualnej (o co bardzo dziś trudno nie tylko w blogosferze) i pisarskim talencie, zechciał się zainteresować moją książką i poświęcić jej swój specjalny, obszerny post (http://hekatonchejres.salon24.pl/395324 ... n-the-moon). Jako że „Czerwoną stronę Księżyca” uważam za jedną z najważniejszych rzeczy, które w życiu zrobiłem, postanowiłem, gwoli pewnego uzupełnienia, dorzucić kilka swoich uwag na marginesie Rolexowej recenzji.

Książka powstawała przez rok, a stos notatek do niej jest wprost nieprzebrany i szczerze mówiąc, miałem nawet w zamiarze napisać jeszcze dwa dodatkowe rozdziały – po pierwsze: jak możliwa była maskirowka i mistyfikacja katastrofy; po drugie: jak powinno przebiegać śledztwo od momentu jego całkowitej rewizji. W pewnej chwili jednak zdałem sobie sprawę, że w ten sposób z publikacji zrobi się zbyt obszerne dzieło i jego objętość będzie zagrażała jego strawności, postanowiłem zatem część uwag związanych z tymi dodatkowymi rozdziałami zmieścić w przypisach (oraz aneksach) niż zamęczać Czytelnika kilkudziesięcioma (a może i więcej) następnymi stronami tekstu. Wychodziłem zresztą z założenia, że wiele spraw i tak jest omówionych na blogu, zaś linki włączone do książki (takiemu Czytelnikowi spragnionemu jeszcze „dodatkowej lektury”) mogą pomóc w odnalezieniu tego rodzaju rozważań.

Jest jeszcze jedna rzecz, z której zacząłem sobie zdawać sprawę w ostatnich dniach pisania „Czerwonej strony Księżyca”, a która nieco zaczęła studzić mój zapał. Wcale nie jest przesądzone, że do powołania międzynarodowej dochodzeniowo-śledczej komisji w ogóle dojdzie – i to nie dlatego, że Zachód by takiej komisji nie chciał (gdyby przedstawiono poważne powody do jej powołania), lecz dlatego, że Polska takiej komisji może nie chcieć i skutecznie jej powołaniu się przeciwstawić. Dlaczego? Dlatego, że w niczyim „politycznym interesie” nie jest jej powołanie.

Pisząc książkę myślałem więc o zwykłym polskim Czytelniku, zwykłym Polaku, który musi na siebie wziąć obowiązek zadbania o przyszłe polskie państwo i o pamięć o poległych 10 Kwietnia, ponieważ, o czym jestem coraz poważniej przekonany, już tylko tacy zwykli Polacy są w stanie domagać się powołania tego typu komisji. Jeśli zaś i oni od tej idei odstąpią, to wszelkie drogi do powstania takiej komisji zostaną zamknięte, a przez następne lata będziemy słyszeć „jak to mogło w Smoleńsku być”. Zwracam uwagę na to, iż chodziło mi o polskiego odbiorcę „Czerwonej strony Księżyca”, gdyż ani przez chwilę, tworząc książkę, nie myślałem o odbiorcy zachodnim. Propozycja, by tekst przetłumaczyć od razu na angielski przyszła od jednego z komentatorów i uznałem ją za dobre rozwiązanie do ewentualnej przyszłej edycji publikacji w formie anglojęzycznej właśnie – taka jednak publikacja wymagałaby obszernego wprowadzenia dla osób zupełnie „niewtajemniczonych” w „sprawę smoleńską”, jak też pominięcia wielu szczegółów, w które obfituje polska edycja. Zarzut więc stawiany przez Rolexa, iż książka jakby nie do końca nadaje się do lektury dla zachodniego odbiorcy, jest wydaje mi się nietrafiony – mój tekst nie był adresowany do takiego odbiorcy, bo nie mógł być.

Gdybym miał pisać książkę z myślą o zachodnim czytelniku, skonstruowałbym ją zupełnie inaczej, właśnie biorąc poprawkę na znikomą wiedzę przeciętnego użytkownika tamtejszych mediów o najważniejszej powojennej polskiej tragedii i o oficjalnym, zamataczonym do granic możliwości, pseudośledztwie dotyczącym jej przyczyn. Raz więc jeszcze powtarzam, że książka była precyzyjnie adresowana i zarazem (co zrozumiałe po dwóch latach i ukazaniu się mnóstwa publikacji na temat „katastrofy smoleńskiej”) zakładała określoną wiedzę ws. tragedii i różnych sposobów jej badania. Nie załączałem więc „słowniczka” ani „indeksu osób”, które przywoływane są w książce, przyjmując, iż pewnych rzeczy polskiemu Czytelnikowi nie trzeba już tłumaczyć (tu znowu też względy techniczne, a więc, by publikacji nie obciążać dodatkowymi „aneksami”, były brane przeze mnie pod uwagę).

Sprawa umiędzynarodowienia tragedii spoczywa bowiem przede wszystkim na barkach Polaków. Owszem, jest to już ostatnia deska ratunku w sytuacji, w której po dwóch latach wiemy oficjalnie niewiele więcej niż po dwóch dniach od „katastrofy” - gdybyśmy jednak oczekiwali, iż nagle ludzie Zachodu pochylą się z troską nad naszymi problemami, to byśmy chyba wykazywali nadmierną dozę nie tylko politycznej naiwności. Przypomina mi się w tym miejscu jedna ze scen z „Misji specjalnej” z udziałem H. Kutschnera, gdy jeden z dziennikarzy prezentuje na komputerze amerykańskiemu specjaliście migawki związane z ruskim „sprzątaniem miejsca katastrofy” za pomocą buldożerów i koparek. Zamysł takiej prezentacji był, jak sądzę taki, żeby amerykański gość wyraził stwierdzenie, iż w taki sposób się nikt w cywilizowanym świecie nie obchodzi z terenem, na którym doszło do lotniczego wypadku. Scena ta jednak nasuwała mi skojarzenie z sytuacją, w której przedstawiciele jakiejś humanitarnej misji przybywają do buszu, a tam któryś z tubylców pokazuje jakąś rozwalającą się chatę, mówiąc, że tak właśnie wygląda tubylczy szpital i pytając, co w związku z tym tubylcy powinni zrobić.

Można oczywiście uporczywie pokazywać Zachodowi to, „jak to wszystko w Smoleńsku wyglądało”, lecz należałoby przy tej okazji wziąć też pod uwagę to, że ludzie Zachodu mogliby zadać proste i przenikliwe pytania: „no ale czemu wy, Polacy, bojownicy o wolność, nieugięci itd. na to wszystko pozwoliliście? Przecież to wasza największa tragedia powojenna, przecież zabito wam prezydenta i wiele wybitnych osobistości, przecież znaliście Rusków od wieków, nawet lepiej niż my, na Zachodzie. Dlaczego wy, Polacy, patrzyliście na to wszystko z bezradnie rozłożonymi rękami? To była wasza najważniejsza sprawa.” I ten człowiek Zachodu mógłby kontynuować jeszcze w taki sposób: „Mówicie, że nas medialnie oszukano, lecz to przecież WAS przede wszystkim oszukano. Prezentujecie to, jak Ruscy obchodzili się z wrakiem, pokazujecie czerwone trumny – ale to przecież WASZYM obowiązkiem było do tego wszystkiego nie dopuścić.” I na koniec, by nas dobić, rzekłby tak: „Uskarżacie się, że ciemniacy są wszystkiemu winni – tylko, że to WY z powrotem wybraliście ciemniaków, by wami rządzili. Jeśli więc macie jakiś poważny problem, to przede wszystkim sami ze sobą”.

No i do tego właśnie w tych moich uwagach zmierzam – Polska i Polacy mają problem. „Czerwona strona Księżyca” skonstruowana została zatem trochę jak „kronika wypadków”, tak by krok po kroku pokazać Czytelnikowi: jak wygląda ów problem. Polskie państwo uległo totalnej katastrofie i zawiodło na wszystkich możliwych szczeblach – poczynając od instytucjonalnych, poprzez humanitarne, a kończąc na kulturowo-medialnych. Sprawa wszak nie ogranicza się do faktu, że do zbrodni na polskiej delegacji doszło, ale ma o wiele szerszy, katastrofalny, wymiar. Ofiarom nie udzielono żadnej pomocy. Nie wystąpiono także w obronie ofiar. Nie wszczęto poszukiwań (zwróćmy uwagę na taki fragment wywiadu z E. Kopacz, gdy ta ostatnia ze spokojem mówi o 10-tym Kwietnia: „wcześniej [niż z psychologami rozmawiałam – przyp. F.Y.M.]z Lotniczym Pogotowiem Ratunkowym i lekarzami. Wszystkie służby, które mogły być w czymkolwiek użyteczne, zostały uruchomione z rana, od razu po katastrofie. I albo już pracowały, albo były postawione w stan gotowości” (http://wyborcza.pl/1,76842,8288011,Znajdz_mi_go.html)). Do tego wywiadu jeszcze za chwilę wrócę.

Nie poddano nawet badaniom zwłok ofiar. Gdyby zaś tego było mało, media nad Wisłą zaczęły z mozołem konstruować historię lotniczego wypadku, którego na dobrą sprawę nikt nie widział i mało kto słyszał – wykluczając od samego początku to, co było najbardziej oczywiste w tamtej sytuacji, a więc, że doszło do zbrodniczego ataku na polską delegację. Na tym przecież też nie koniec. Wszczęto wraz ze zbrodniarzami śledztwo po to, by w istocie... zatuszować zbrodnię. Gdyby ktoś nadal odczuwał niedosyt w tej wyliczance, to dodam, że uruchomiono całą propagandową kampanię szydzącą z „głupiej załogi”, „pijanego szefa Sił Powietrznych”, „upartego Prezydenta”, na koniec zaś głośno obśmiano tragedię podczas opolskiego kabaretonu w 2010 r.

To jest wymiar polskiego dramatu. Mówimy czasami o drugim Katyniu, lecz ta analogia tylko po części jest tu uzasadniona. W przypadku ludobójstwa katyńskiego Ruskom (gdy Niemcy znaleźli i rozkopali masowe mogiły) nie pozostawało nic innego, jak wysłać komisję Burdenki i „naukowo wykazać” wraz z analizą „materiału dowodowego” i „przesłuchaniami świadków”, że zbrodni dokonali Niemcy. W przypadku „operacji Smoleńsk” nie było – na co kiedyś słusznie zwrócił uwagę prof. J. Trznadel – chwili, w której „miejsce Zdarzenia” mogła zbadać jakaś grupa specjalistów „z zewnątrz” (analogicznie jak w przypadku katyńskich dołów śmierci), a więc niepochodzących z kremlowskiego nadania. Zbrodnia drugiego Katynia przeprowadzona została w taki sposób, by od samego początku sprawą zajmowała się „komisja Burdenki 2” wyposażona w „materiał dowodowy” i cały zastęp „świadków” - to zaś pozwoliło samym zbrodniarzom od samego początku kierować dochodzenie na ślepe tory. Polskie instytucje nie widziały tu większego problemu, ograniczając się do mniej lub bardziej wyrazistych pomruków niezadowolenia, tudzież spisywania listy skarg i zażaleń, by przynajmniej w mediach dało się to przedstawić jako niesamowite monitowanie w trakcie śledztwa. Ruscy nie dają wraku? Monitujemy, by dali. Nie dają rejestratorów? Monitujemy, by dali. Nie dają dokumentacji? Monitujemy, by dali.

Czy ktokolwiek w geście sprzeciwu, protestu, niezgody etc. zrezygnował z prowadzenia „badań”, gdy widziano i wiedziano, jak to wszystko wygląda? Ależ skąd. Z miedzianym czołem paradowali wszyscy z „badaczy” i zakończyli z hukiem „badania”, nie przejmując się ani brakiem materiału dowodowego, ani niedostępnością dokumentacji. Czy polskie media się tym wszystkim przejęły? Ależ skąd. Tak właśnie miało wyglądać dochodzenie ws. największej tragedii powojennej Polski, dochodzenie na miarę XXI wieku. Czy ktoś zrobił choć jeden dokładny i obszernie ilustrujący całą okolicę reportaż o smoleńskim lotnisku wojskowym? Nie zauważyłem. Czy ktoś zrobił reportaż o Jużnym? Nie ma, choć przecież to lotnisko działało 10-go Kwietnia. Czy powstał reportaż pokazujący „prace w terenie” tych fantastycznych „badaczy” z „komisji Millera”, największych ekspertów lotnictwa na świecie? A może jest chociaż reportaż o akcji ratunkowej na Siewiernym?

Zwracam na to wszystko uwagę, ponieważ ruska strona medalu to tylko jedna ze stron. Druga jest nadwiślańska i ta jest o wiele bardziej mroczna, ponieważ (na zdrowy rozum) wydawać by się mogło, że gdzie jak gdzie, lecz w samej Polsce powinno dziesiątkom instytucji oraz setkom, jeśli nie tysiącom specjalistów zależeć na możliwie najdokładniejszym, najpełniejszym i najbardziej rzetelnym wyjaśnieniu naszej wielkiej tragedii. Tak jednak wcale nie jest, czego najlepszym choć zarazem wyjątkowo bulwersującym dowodem jest to, iż uznano „ruską jurysdykcję” nad ciałami ofiar i zgodzono się zaraz po zamachu na to, by tych ciał nie poddawać w Polsce badaniom, a więc „nie otwierać trumien”. W „Czerwonej stronie Księżyca” cytuję w formie motta wymowny fragment (skandalicznego doprawdy – miałem w planach zamieszczenie jego większej partii, ale stwierdziłem, że nie będę jednak aż tak zaśmiecał mojej książki) wywiadu T. Torańskiej z E. Kopacz:

TT:„Trumny będą otwierane, to już pani wie?”
EK: „Po co! Dlaczego?”
TT:„Bo to nasza specjalność, powiem gorzko. Jak nie za rok, to za 50 lat.”
http://wyborcza.pl/1,76842,8288011,Znajdz_mi_go.html

Ta wymiana zdań starczy za wszystko. Kwintesencja myślenia „oświeconych” i „cywilizowanych”. Sprawa tragedii jest bowiem już tak oczywista, iż skrajną głupotą, jeśli nie szaleństwem wydaje się tym dwóm interlokutorkom „otwieranie trumien”. Co tu otwierać i po jakiego diabła, skoro wszystko jest arcyboleśnie proste? A przypomnę, że to rozmowa przeprowadzona latem, w sierpniu 2010, kiedy jeszcze żadnej trumny „nie otworzono”.

No i teraz, Rolex'ie, weź ten fragment wytłumacz człowiekowi Zachodu. Ten bowiem by spytał: „to taka osoba u was była wtedy, gdy doszło do tragedii, ministrem zdrowia? To takie podejście do tragedii mają u was dziennikarki i dziennikarze, że się dziwują straszliwie, iż należy po takiej tragedii zbadać ciała ofiar?” I skonkludowałby: „to czego wy właściwie od nas chcecie? My nie jesteśmy buszmenami przecież, my żyjemy w naszym świecie na zupełnie innych zasadach. Weźcie sobie obejrzyjecie jakieś filmy dokumentalne na temat badań katastrof lotniczych, poczytajcie jakieś książki na ten temat, ale jakoś rozwiążcie swój własny problem, bo macie naprawdę problem bardzo poważny.” Czy nie miałby taki człowiek racji?

Wszystkie te uwagi czynię w kontekście tego, moim zdaniem, nieuzasadnionego zarzutu, iż język mojej publikacji mógłby być jakąś barierą w ewentualnej recepcji książki na Zachodzie. To nie o język bowiem chodzi. I nie o kwestię, czy fraza „leśny dziadek” daje się sensownie oddać w angielszczyźnie. (Nie od dziś zresztą wiadomo, że leksyka polszczyzny jest bogatsza od leksyki angielszczyzny, co wynika z samej morfologii polskiego języka – poza tym polskie doświadczenia z ruską „kulturą” są dużo „bogatsze” i dłuższe niż doświadczenia Anglosasów, stąd nic dziwnego, iż polski obfituje w neologizmy, jakim trudno znaleźć odpowiedniki w angielszczyźnie – w pewnej mierze Orwell („1984”) oraz Burghess („A Clockwork Orange”) próbowali oddać specyfikę sowieckiej rzeczywistości za pomocą specjalnych sformułowań w swoich dziełach, lecz to były dość skromne próby w porównaniu ze skalą zjawiska). Nie chodzi o żaden język czy styl, lecz o to, że sama Polska niemal nic nie zrobiła, by wyjaśnić przyczyny i przebieg tragedii, przyjmując wersję zdarzeń podaną przez Moskwę jako obowiązującą, kanoniczną i niepodważalną. Jeślibyśmy więc chcieli tę właśnie prawdę przekazać w prostych i zrozumiałych słowach zachodniemu odbiorcy, to ten zaraz po lekturze pierwszych stron takiego raportu mógłby zapytać: „czy wyście wszyscy tam powariowali? Wam wszystkim odebrało rozum? Jak mogliście na to wszystko spokojnie patrzeć? Jak mogliście na to pozwolić?”

Na tym się polska sprawa nie kończy, niestety. Miną wnet bowiem dwa lata, a przecież NIC się nie zmienia. Weź sobie, Rolex'ie do ręki polskie gazety lub czasopisma. Życie od dawna już „poszło do przodu”. Narracja wypadkowo-zamachowa już okrzepła i właściwie tak się może z wolna zakończyć (tak, zakończyć) proces „wyjaśniania” przyczyn tragedii. Tak, to znaczy jak? O, w ten sposób: na dwoje babka wróżyła, czyli albo w Smolensku był wypadek, albo w Smoleńsku był zamach. Jedni mówią, że doszło do wypadku lotniczego, drudzy powiadają, że dokonano zamachu na Siewiernym – historia zaś pokaże po latach, kto miał rację, choć pewnie spór tak czy tak pozostanie.

Ten scenariusz jest, wg mnie, najbardziej prawdpodobny i właściwie na naszych oczach się od dość dawna realizuje, a dzieje się tak dlatego, że – zabrzmi to pewnie okrutnie, nie kryję jednak, iż dla mnie też jest to nie za wesoła wiadomość – mało komu już zależy, by doszło do jakiegoś autentycznego zrewidowania całego śledztwa. Nie tylko instytucjom, nie tylko mediom, także większości Polakom – zbiega się to zaś z nadchodzącymi wielkimi krokami „wyborami” w neo-ZSSR, które (o ile nic nadzwyczajnego się nie wydarzy), otworzą nową epokę sowieckiego neoimperializmu (i dalszego wchłaniania Polski przez Imperium Zła). W tym też kontekście należy usytuować moją książkę, do szczegółów której teraz jeszcze na chwilę pozwolę sobie wrócić, albowiem mam wrażenie, iż parę istotnych szczegółów umknęło uwadze szacownego recenzenta.

Przede wszystkim chciałbym uwypuklić trzy elementy, które zostały w książce, sądzę dość dokładnie, naświetlone. Po pierwsze: moonwalker S. Wiśniewski nie filmował z parametrami czasowymi swego materiału. „Polski montażysta” przyznał to także na jednym z forów już po publikacji pierwszej części mojej książki, gdy wywiązała się dyskusja wokół moich analiz materiałów moonwalkera. Nie przyznał się on jeszcze wprawdzie do tego, że wprowadził później te parametry, dostosowując je do „godziny Morozowa”, czyli 8.41 (pol. czasu) będącej „oficjalną godziną katastrofy” (w taki też sposób korygować będą zeznania oraz swe „rozregulowane zegarki” inni świadkowie), ale sądzę, że na ewentualnym międzynarodowym procesie do tego się przyzna – możliwe nawet, że wskaże fachowców wojskowych, którzy mu taki zabieg doradzili. Po drugie: wbrew oficjalnej narracji, starałem się wykazać, iż lotnisko w Witebsku mogło normalnie funkcjonować, a więc mogło zostać zaproponowane polskim załogom i wykorzystane jako zapasowe z powodu „smoleńskiej mgły”. Po trzecie: starałem się dowieść, iż z Okęcia 10 Kwietnia wystartowały 4 samoloty: dwa jaki-40 koło godziny piątej oraz jak-40 z Dowódcami (i niewykluczone, że z kimś pewnie jeszcze) i tupolew koło godziny siódmej. To zapewne jest powód „blackoutu na Okęciu”, ale też nieprawdopodobnych wprost trudności wielu instytucji z ustaleniem przebiegu zdarzeń. Wiemy wszak z oficjalnej opowieści (pomijając może chwilę „informacyjnego zawirowania”, gdy koło 9-tej dwadzieścia 10-04-2010 kursował w przestrzeni medialnej „prezydencki jak”, który doleciał potem do Smoleńska jako „prezydencki tupolew”), iż wyleciał tylko dziennikarski jak-40 oraz tupolew z „całą delegacją”. Jeśliby więc nagle okazało się, że z Okęcia wystartowało tamtego tragicznego dnia dwa razy więcej specjalnych samolotów, to podejrzewam, iż nawet na Czerskiej rozdzwoniłyby się telefony od najwierniejszych czytelników, słuchaczy i widzów.

Po czwarte, a takie chyba wrażenie mógłby odnieść potencjalny czytelnik recenzji Rolexa, min. J. Sasin, „ostatni ocalały z katastrofy” nie jest głównym bohaterem mojej książki. To zaś, że 1) jego tak nadzwyczajnie wyróżniono nie tylko 10-go Kwietnia (dołączony jako 97 „pasażer prezydenckiego tupolewa”), ale i w filmie „Syndrom katyński”, 2) tak wiele jego relacji budzi (jeśli się je podda porównawczo-krytycznej analizie) wątpliwości, 3) tak dziwne i zupełnie niewytłumaczalne wydaje się jego zachowanie 10-go na Siewiernym, które kontrastuje nieco z 4) tournee urządzonym wraz z innymi akustykami prezydenckimi po Polsce w związku z projekcją filmu „Mgła” - spowodowało, iż poświęciłem mu wiele uwagi, na którą, jak sądzę, jako jeden z najważniejszych świadków (cały czas coś dokładnie ukrywających) zasługuje. Jestem jednak zdania, że dopiero zeznania pod przysięgą i przed międzynarodową komisją pozwolą nie tylko Sasinowi, lecz i wielu innym osobom odzyskać utraconą 10-go Kwietnia pamięć. O ile, powtarzam, do powołania takiej komisji dojdzie.

Paradoksalnie wiele znowu zależy od mediów, na ile są one w stanie podjąć na nowo całą sprawę. W tychże mediach wszak ludzie dzielą się na tych, którzy „wierzą, że doszło w Smoleńsku do wypadku” oraz tych, co „wierzą, że doszło do zamachu w Smoleńsku” - mało kto zaś dopuszcza do myśli takie rozwiązanie, iż oba człony tej alternatywy „smoleński wypadek lub smoleński zamach” mogą być fałszywe. Odrzucenie takiej alternatywy wymagałoby bowiem zajęcia zupełnie nowej postawy i do tego, co się wydarzyło 10-go Kwietnia i do tego, co się działo potem (choćby w ramach pseudośledztwa). Jeśli natomiast weźmie się zarazem pod uwagę to, iż 1) ludzie mediów nad Wisłą, mimo że wiedzieli 10-go, że przynajmniej trzy samoloty wyleciały rano z Okęcia (o samolocie Dowódców mogli nie słyszeć, bo to była pewnie utajniona sprawa), ale woleli „nie ruszać tematu”, a nawet wziąć na siebie historię z „prezydenckim jakiem”, zamieniając ją w „kaczkę dziennikarską” (vide film „Poranek”), 2) zagadnienia Okęcia unikali przez dwa lata jak diabeł święconej wody (nie szukano żadnych świadków, żadnych dokumentów, żadnych śladów), 3) do dziś wolą zajmować się „bezpiecznymi tematami” - no to można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, iż katastrofa smoleńska państwa polskiego będzie się jak na razie pogłębiać.


P.S. Ciekawostka z jedną amerykańską wypowiedzią dot. polskiej armii
http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/ ... ji___18356. Czy nie miała ona jakiegoś związku z 10-tym Kwietnia?

http://freeyourmind.salon24.pl/395591,s ... awa-polska


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 10 mar 2012, 13:05 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Zagadka prezydenckiego fotografa

Podczas sejmowego przesłuchania M. Wierzchowskiego, jednego z najważniejszych świadków smoleńskich, choć niestety niepamiętającego wielu konkretów z tragicznego 10 Kwietnia, pojawia się kwestia braku na lotnisku Siewiernyj (wśród oczekujących) prezydenckiego kamerzysty i fotografa. Z „opowieści dziwnej treści” (patent na tę frazę komentatora Meszek), jakie serwowali nam podczas swych wielu (nie tylko sejmowych) występów prezydenccy akustycy, dowiedzieć mogliśmy się, iż związani z Prezydentem ludzie mediów udali się „busikiem” (którym jechał ponoć też M. Jakubik towarzyszący potem Wierzchowskiemu na smoleńskim lotnisku) na dwudniowe białoruskie safari wraz z urzędnikami kancelarii. Czemu akurat wtedy, a więc z takim czasowym wyprzedzeniem i w taki dość karkołomny sposób, mieli się udać panowie z medialnej obsługi Prezydenta? Ano dlatego, jak wyjaśniał choćby Wierzchowski w sejmie, „bo był jeden samolot”, zaś prezydencki fotograf by się „fizycznie nie zmieścił” w tymże samolocie.

W przywoływanym przeze mnie mailu śp. K. Doraczyńskiej była mowa o tym, że jakaś ekipa z KP wyjedzie dwoma autami dwa dni przed uroczystościami do Smoleńska, lecz nie było tam mowy o obsłudze medialnej Prezydenta, jak też nie pojawiała się kwestia, kto dokładnie się uda tymi samochodami. Jak jednak wiemy z relacji głównego akustyka prezydenckiego, J. Sasina („Mgła”, s. 36-37), to właśnie Doraczyńska miała jechać jeszcze z kimś – doszło jednak do „zamiany” i akurat Sasin owej wyprawy miał się podjąć:

„Osobą odpowiedzialną bezpośrednio za przygotowanie wizyty była Katarzyna Doraczyńska, wicedyrektor gabinetu szefa kancelarii. Przez poprzednie ponad dwa lata przygotowywała wszystkie wizyty prezydenta. To ona była wcześniej w Katyniu, rozmawiała z przedstawicielami władz rosyjskich tam, na miejscu, w Rosji. Była wprowadzona we wszystkie sprawy dotyczące wizyty. Naturalne więc było, że to ona powinna wcześniej pojechać i wszystkiego na miejscu dopilnować.

Ale tak się złożyło, że zanim jeszcze została wskazana przez Władysława Stasiaka jako osoba koordynująca wizytę w Katyniu, zaplanowała rodzinny wyjazd do Wielkiej Brytanii, do rodziny na święta wielkanocne, które były tydzień wcześniej. Miała wykupione bilety lotnicze, jej powrót z Wielkiej Brytanii był przewidziany na czwartek wieczorem. To uniemożliwiało jej wcześniejszych wyjazd do Katynia, bo żeby dojechać tam i wszystkiego na miejscu dopilnować, trzeba było wyjechać w czwartek rano z Warszawy.

Musiałaby wtedy zrezygnować z planów rodzinnych. Umówiliśmy się zatem – była osobą, z którą chyba najbliżej współpracowałem – że ją zastąpię. Wydawało się oczywiste, że jeśli nie ona, to ja powinienem wcześniej pojechać. I tak się umówiliśmy: ja wyjadę w czwartek rano do Smoleńska, a w drodze powrotnej się zamienimy, ja wrócę samolotem, a ona samochodem. (...) W ten sposób uniknąłem lotu 10 kwietnia. Gdyby nie rodzinna sytuacja Kasi Doraczyńskiej, byłbym na pokładzie samolotu. Było to tak oczywiste, że skoro jestem w składzie delegacji na uroczystości w Katyniu, to lecę tym samolotem, że protokół dyplomatyczny w MSZ umieścił mnie na liście pasażerów, mimo że już byłem na miejscu.”

Wróćmy jednak do zeznań Wierzchowskiego, którego posłanka E. Kruk dopytuje o kwestię nieobecności prezydenckiego fotografa na Siewiernym. Ten dialog jest bardzo ciekawy, ponieważ obfituje w absurdy, jakimi raczy nas Wierzchowski, usiłując wyjaśnić coś, co nie za bardzo wyjaśnić się daje:

EK (44'57'' sejmowego materiału, pytając, czy to było zawsze takie oczywiste, że fotografa czy kamerzysty nie było wśród oczekujących) „A czy to takie było zawsze i oczywiste, że to się jeszcze dopytam, że fotograf i kamerzysta nie towarzyszył jednak ciągle... prezydentowi, właśnie fotografował wyjścia z samolotu i tak dalej? Bo mnie się wydaje, jak pamiętam z innych wizyt, że fotograf towarzyszył cały czas prezydentowi. Przepraszam, ale sama mam takie zdjęcia, jak wychodzę z samolotu...”

MW: „Mhm, rozumiem. Tylko że wtedy było zawsze tak, że fotograf był na pokładzie samolotu. W momencie, gdy... jest wizyta zagraniczna, to musielibyśmy fotografa wysyłać za każdym razem dwa dni wcześniej... Tutaj...” (dwa dni wcześniej wysyłać fotografa prezydenckiego? – przyp. F.Y.M.)

EK: „Ja rozumiem, ale ja pytam nie o to. Bo to zrozumiałam, ja pytam o to, dlaczego...”

MW: „Nie, nie, w momencie...”

EK: „jak już [fotograf – przyp. F.Y.M.] był w Smoleńsku, pojechał na cmentarz, a nie od momentu wylądowania pana prezydenta towarzyszył mu, jak zwykle, cały czas...”

MW: „Na przykład, na przykład... Na przykład po to, by mógł sobie rozstawić kamerzysta statyw w miejscu, w którym będzie te uroczystości, których będzie transmisja potem na żywo i żeby rejestrować, a wcześniej kamerą z ręki od samego początku...” (Kruk pyta o fotografa, Wierzchowski opowiada o kamerzyście – przyp. F.Y.M.)

EK: „A fotograf?”

MW: „I fotograf... yyy... tak samo.”

EK: „Też, tak?” (śmiech)

MW (nerwowo): „Nie, fotograf, nie! Tylko, że... w takim układzie musielibyśmy ściągnąć fotografa na lotnisko (w czym problem, skoro to była odległość kilkunastu kilometrów? – przyp. F.Y.M.), pstryknąłby zdjęcie panu prezydentowi, który jest na schodach i wsiada do samochodu. Musiałby potem wsiadać szybko do... do któregoś z... z autobusów i jechać...”

AM: „Tak, żeby przywitać pana prezydenta wcześniej, tak?”

MW: „Tak.”

Jest to więc czysty, krystalicznie czysty, absurd. Fotograf zwyczajowo i z obowiązku dokumentujący delegacje prezydenckie nie tylko „fizycznie nie zmieścił się” w „prezydenckim tupolewie”, ale nawet na docelowym lotnisku, można powiedzieć (w delegacji oczekującej na przylot delegacji). Fotograf ten nie mógł też (trzymając się logiki Wierzchowskiego) polecieć rano z Okęcia wcześniejszym samolotem (np. jakiem z dziennikarzami) i pozostać na Siewiernym, lecz musiał się tłuc „busikiem” dwa dni wcześniej – i, co najciekawsze, mimo że przybył z tak dużym wyprzedzeniem do Smoleńska, nie mógł się rano pojawić na lotnisku, bo zabrakłoby mu czasu na przejazd na cmentarz w Katyniu. Ta kuriozalna i właściwie skandaliczna sytuacja pozostaje nadal niewyjaśniona, ponieważ ów fotograf nie został jak dotąd przesłuchany przez Zespół. Możliwe jest, że wcale nie zostanie przesłuchany, aż do czasu powołania międzynarodowej komisji zajmującej się tragedią, choć chciałbym się mylić.

Sprawa „busika” wygląda jeszcze bardziej zagadkowo, gdy się posłucha uważnie relacji Wierzchowskiego na temat białoruskiego safari (od 34'48''). Mówi on: „udaliśmy się tam trz...ema sssamochodami. Znaczy... byłem... Był pan minister Sasin, byłem ja, był pan Adam Kwiatkowski... yy... W drugim samochodzie był... yyy... pan Jakub Opara, pan... pan Dariusz Gwizdała i pan Adam Juhanowicz z biura prasowego... yyy... a trzecim, trzecim mikrobusem... yyy... udało się.. udało się... yy... udali się... mmm... pracownicy biura spraw zagranicznych, yy, fotograf pana prezydenta... yy... kamerzysta, yy... była też druga dziewczyna z... biura prasowego. Ze względu na to, że... yyy... był tylko jeden samolot i... yyy... mmm... fotograf się po prostu fizycznie nie mieścił, tak? Musiał być... Musiał być lekarz... musieli być koledzy z BOR-u, był pan prezydent Kaczorowski, więc automatycznie musiał być... yyy... eee... oficer jego ochrony... śp. Artur Francuz. I i my po prostu udaliśmy się wcześniej z noclegiem, z noclegiem w Mińsku, ze względu na to, że to jest za długa trasa dla kierowcy, żeby... żeby... żeby przejechał.”

Wyjaśnienie to jest niezwykle ciekawe, bo można by wywnioskować z niego, iż z powodu wyjątkowych gabarytów fotografa i dość małej objętości tupolewa, trzeba było przy okazji nie tylko samego fotografa, lecz i kilkanaście dodatkowych jeszcze osób wysłać trzema autami dwa dni wcześniej do Smoleńska. Czy nie prościej byłoby całą tę grupę wysłać rano trzecim jakiem-40? Oczywiście ze stosownym czasowym wyprzedzeniem w stosunku do delegacji prezydenckiej, ponieważ w ambitnym planie prezydenckich urzędników było między innymi drobiazgowe sprawdzenie, „czy stoją krzesełka” i czy działa prawidłowo nagłośnienie w Katyniu.

No ale wracamy do Wierzchowskiego, który kontynuuje: „I potem podzieliliśmy się... Koledzy Gwizdała, Opara i Juhanowicz byli na cmentarzu w Katyniu, żeby sprawdzić, czy te ustalenia, które... które były... po prostu, czy stoją krzesełka, czy nagłośnienie jest tak, jak ma być, czy wszystko jest... czy wszystko jest... tak... yyy... A my byliśmy, pojechaliśmy do Smoleńska, tam spotkaliśmy się z ambasadorem...” (Kruk dopytuje: „My, to znaczy kto?”) „...znaczy ja, Adam Kwiatkowski i...” (Kruk: „A fotograf, kamerzysta?”) „A oni przyjechali... przyjechali... o ile mnie pamięć nie myli... yyy... pojechali chyba na chwilę do... do Katynia, ale tego nie jestem pewien, bo... bo.. nawet nie rozmawialiśmy o tym, czy... czy ktoś tam był... Wiem, że... że... koledzy [z kancelarii – przyp. F.Y.M.] byli, bo rozmawialiśmy telefonicznie. A... w godzinach wieczornych [9 kwietnia 2010 – przyp. F.Y.M.] spotkaliśmy się z ambasadorem Bahrem... z... z... yyy... panem Tadeuszem Stachelskim z protokołu dyplomatycznego (...)”

Jak widać więc „busik” nieco zanika w opowieści Wierzchowskiego. Niby konwój trzech aut był razem podczas białoruskiego safari, ale gdzieś się po drodze rozjechał.

Ciekawostka na koniec. Podczas przesłuchania sejmowego pojawia się jeszcze taka freudowska pomyłka Wierzchowskiego (37'02''): „No i też ustaliliśmy sobie w godzinach wieczornych, że... że podzieliliśmy się, że... że... że Adam Kwiatkowski razem z panem ministrem Sasinem będą czekali na lotnisku, znaczy, nie na lotnisku, tylko na cmentarzu, przy Memoriale, przy wejściu, ja udam się, udam się do...” To przejęzyczenie jednak wcale nie jest nieuzasadnione, wszak sam Sasin coś takiego mówił (iż 9-go kwietnia wieczorem jeszcze planował, iż będzie na lotnisku wśród oczekujących). Co więcej, T. Szczegielniak (częściowo zastępujący śp. K. Doraczyńską podczas przygotowań do uroczystości, gdy ta była na urlopie), o którym wspominałem w poprzednim poście, podczas swego sejmowego wystąpienia mówił, iż zgłaszano (z wyprzedzeniem) ruskim instytucjom, iż właśnie Sasin, Kwiatkowski i Wierzchowski będą na smoleńskim lotnisku 10-04 rano (14'07'' materiału sejmowego): „Była prośba [Doraczyńskiej – przyp. F.Y.M.] o zgłoszenie yyy... pana ministra Jacka Sasina i dwóch osób mu towarzyszących, pana Adama Kwiatkowskiego i pana Marcina Wierzchowskiego, jak również samochodu i kierowcy na lotnisko... na lotnisko w Smoleńsku”.

Ktoś mógłby głupio spytać, czemu więc Sasin z Kwiatkowskim, skoro zostali zgłoszeni, nie towarzyszyli na Siewiernym Wierzchowskiemu? Ileż trzeba tłumaczyć paranoikom smoleńskim, że należało sprawadzić krzesełka i nagłośnienie?

http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... grafa.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 22 mar 2012, 12:27 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Z podziwem dla FYMa za jego benedyktyńską pracę przesłuchiwania i spisania tych wszystkich monologów i dialogów, i wyciągnięcie z tego jakiś sensownych informacji i wniosków.

Tajemnice Smoleńska

http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... enska.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 10 kwi 2012, 18:07 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Smoleńsk: a jeśli FYM ma rację?

Czerwona strona księżyca FYM-a robi ogromne wrażenie. Zebranie tak obszernego materiału, uporządkowanie go, przemyślenie i w miarę składne (mimo powtórek) pozbieranie w całość, z której wyłania się wyrazista koncepcja musi budzić szacunek.
Jednocześnie książka wywołuje bardzo różne reakcje, które pod względem stosunku do Autora podzielić z grubsza można w sposób następujący:

1. oszołom i paranoik – osoby podzielające wersję wypadkową;

2. prowokator i obrazoburca – osoby podzielające wersję zamachową, jednak w wydaniu Zespołu Parlamentarnego, gdzie zamachu na delegację dokonano na miejscu, szczątki są autentyczne, pracownicy zaś Kancelarii Prezydenta są osobami godnymi najwyższego zaufania, traktowanymi niemal jak ofiary tej katastrofy;

3. przewodnik dający do myślenia – osoby podzielające teorię maskirowki.

Nie ukrywam, że sam w sposób do tej pory dla mnie samego zaskakujący znalazłem się w 3. grupie. Dlaczego zaskakujący? Przeszedłem bowiem przez wszystkie wyżej nakreślone postawy, przy czym pragnę od razu uspokoić P.T. Czytelników, że przy pierwszej zatrzymałem się najwyżej na 2 doby, co pozwala mi zachować o sobie dobre zdanie.

Prace ZP posła Macierewicza odgrywają niebagatelną role w odkłamywaniu teorii wypadku. Gdyby nie ten trud pewnie ani prokuratura, ani komisje państwowe, ani dziennikarze nie kiwnęli by palcem, by poddać w wątpliwość choć jedno twierdzenie raportu MAK. Uparte dociekania zespołu, znajdowanie mimo dość powszechnej niechęci środowisk naukowych kompetentnych ekspertów, obalanie mitów to z pewnością wkład nie do przecenienia. Jednak komisja na skutek braku dostępu do materiałów z miejsca katastrofy (wrak, skrzynki, ciała) doszła już do ściany. Wszelkie możliwe obliczenia, jakich można było dokonać w oparciu o dostępną wiedzę, zostały już wykonane, teraz pozostają spekulacje. I o ile można przyjąć właśnie na podstawie stworzenia modelu matematycznego, że samolot nie zahaczył o brzozę i nie obrócił się, to teoria wybuchu, który część samolotu wywrócił na plecy, a część pozostawił w poziomie, nie wygląda poważnie. Są to jedynie spekulacje. A jeśli dołożymy do tego posiłkowanie się zdjęciem kokpitu, który z całą pewnością nie wygląda na kokpit tupolewa (choćby goleń), to ocieramy się o kompromitację.

Zespół Parlamentarny najbardziej ze wszystkiego boi się łatki oszołoma, próbuje więc zracjonalizować nieracjonalne. Mówi o zamachu, wdając się w karkołomne teorie, ale za nic nie wskaże na maskirowkę, by nie zostać wyśmianym. W ten sposób – paradoksalnie – chcąc przekonać do swej wiarygodności i pozostawania w kontakcie ze światem realnym, osuwa się w absurd.

Tymczasem to właśnie teoria maskirowki jako jedyna tłumaczy wszystkie wątpliwości i niespójności, na jakie natrafiamy podczas badania tej katastrofy. Tłumaczy też upór w przetrzymywaniu fragmentów samolotu i pozostających w Rosji przedmiotów związanych z pasażerami, choćby z oficerami BOR-u (kamizelki, broń), a także zakaz otwierania trumien.

Wygląd wraku i rozkład szczątków.
Sam poseł Macierewicz przedstawił prezentację, z której wynika, że elementy samolotu leżą odwrotnie niż powinny. Tego nie można wyjaśnić teorią wybuchu, bo szczątki musiałyby spadać dość bezładnie, jeden element zgodnie z lotem, inny przeciwnie, jeden w normalnej pozycji, inny w położeniu „plecowym”. Tymczasem jak słusznie zauważył przewodniczący wszystkie są odwrócone tyłem do kierunku jazdy i zamienione lewe na prawe. A jeśli ktoś przedobrzył? Dostał polecenie, by szczątki ułożyć odwrotnie, bo samolot leciał odwrócony wokół osi kadłuba, tak więc lewy silnik powinien znaleźć się po prawej stronie; tymczasem kładąc fragmenty maszyny odwrócił je dodatkowo również w osi poprzecznej, stąd rufa skierowana w stronę dziobu.

Brak dużej części samoloty, w tym kokpitu, samo poszycie bez wypełniających go materiałów, widoczne na zdjęciach zawiesia, wreszcie - sztuczny horyzont nie od tego typu samolotu, na co również zwracał uwagę sam Macierewicz! – wszystko to da się wytłumaczyć jedynie teorią maskirowki.

W niedawnej notatce w jednej z gazet czytamy:

Zdaniem polskich śledczych Rosjanie prostowali mocno wgniecioną pokrywę silnika. Robili to w pierwszych dniach po katastrofie 10 kwietnia 2010 roku, choć w oficjalnych dokumentach zapewniają, że badanie wraku rozpoczęli dopiero 16 kwietnia. Nasi prokuratorzy mają na dowód zdjęcia!
– Są zdjęcia z tego czasu, na których obudowa silnika maszyny jest mocno uszkodzona. Potem, po 16 kwietnia, po badaniach wraku obudowa ta jest już w lepszym stanie – mówi nam osoba znająca kulisy śledztwa.

No właśnie, prokuratura ma zdjęcia, ale czy tego samego elementu, czy z wcześniejszej inscenizacji, jak sugeruje w jednym z rozdziałów FYM?

Początkowo był dość jasno formułowany zamiar przetopienia w Rosji tego samolotu. No bo co, jeśli spod białej farby nagle wychynąłby napis Aerofłot?

Ciała ofiar.
Niewiele jest relacji z miejsca zdarzenia, na których pojawiają się ciała. Generalnie krótko po katastrofie ambasador Bahr „nie widzi oznak życia”, ale też nie dostrzega zwłok, prezydenccy ministrowie nie widzą żadnych ciał przypominających znane im osoby, odnotowują niemożliwe do identyfikacji szczątki (np. tułów bez głowy), również słynny moonwalker Wiśniewski nie dostrzega i nie rejestruje ani jednej nieżyjącej osoby. A przecież praktycznie wszyscy powinni być zapięci pasami i siedzieć w fotelach. W cyklu Katastrofy w przestworzach można obejrzeć odcinek, gdzie kilka kilometrów od upadku z ogromnej wysokości samolotu znaleziona rząd siedzeń z pozostającymi w fotelach ofiarami. Tu mieliśmy podobno 20 m!
Także polska prokuratura nie ma wiarygodnej dokumentacji fotograficznej z etapu znajdowania i rozpoznawania ofiar. Ma jakieś czarno-białe lub niewyraźne kopie. A wystarczy przejrzeć relacje telewizyjne z wypadku kolejowego pod Szczekocinami, by dojrzeć grupę policyjnych techników, dokumentujących kamerami i aparatami fotograficznymi miejsce zdarzenia.
Nic tak nie tłumaczy braku ciał jak teoria maskirowki. Również zakaz otwierania trumien jakoś łatwiej zrozumieć, jak również stan zwłok ofiar, które do tej pory zostały ekshumowane (za każdym razem w relacjach pojawia się stwierdzenie bardzo dobrego stanu ciał).
Również sposób transportu (w trumnach, nie w specjalnych workach) z miejsca katastrofy dla wielu jest niezrozumiały, tłumaczony nierzadko odmienną ruską kulturą, brakiem przygotowania na takie zdarzenie. A przecież u nich takie sytuacje zdarzają się dość często, mają nawet specjalne ministerstwo na takie okazje.
Prof. Baden dziwił się, że do Polski przyleciały niedające się zidentyfikować szczątki ludzkie, podczas gdy badanie DNA pozwala na bardzo dokładną identyfikację nawet niewielkich fragmentów ciał ofiar. I znowu tłumaczy to maskirowka. Bo jeśli były to ciała tych „ofiar”, które mieli zobaczyć – posługując się FYM-owską retoryką – polscy akustycy?
Konieczne wydaje się ekshumowanie wszystkich, zwłaszcza oficerów BOR-u i załogi.

Bilingi, telefony, karty pamięci.
Co takiego jest w bilingach, że nie są dostępne? Wspomina się o logowaniu kilkunastu komórek w Rosji. Jeśli tak, to gdzie. Gdyby to były okolice Smoleńska, łatwo by można to wytłumaczyć w oficjalnej propagandzie, co więcej – wykorzystać przeciwko ofiarom (telefon Kaczyńskiego zakłócił działanie systemów samolotu, ależ by był news!). Tymczasem nic takiego się nie dzieje. Może one logowały się z dala od Smoleńska?

Plan lotu, godzina katastrofy.
NIK potwierdziło bezsprzecznie to, co już wcześniej sygnalizował ś.p. Dariusz Szpineta (czy dlatego popełnił samobójstwo?) – na podstawie tamtych dokumentów nie sposób było lecieć do Rosji i zrealizować tam lądowanie. I znowu – tylko teoria maskirowki tłumaczy tę zagadkę.
Podobnie jak długotrwałe kłamstwo co do godziny katastrofy.

Niedawno oglądałem na Discovery Historia dokument nt morderstwa na ks. Niedzielaku. Film z wielu względów przygnębiający, ale bardzo a propos. Raz że ks. Niedzielakm określany nieraz ostatnią ofiarą Katynia, był przez całe dojrzałe życie związany ze sprawą ujawnienia prawdy o Katyniu; dwa że sprawa jego śmierci też była przez prokuraturę zamknięta jako wypadek, mimo obrażen jasno wskazujących na śmiertelne pobicie; trzy że śledztwo było mistyfikowane, nic nie wyglądało tak, jak było w rzeczywistości; cztery że w filmie wystąpiła Bożena Mamontowicz, bliska przyjaciółka księdza, demistyfikująca całe zdarzenie, ofiara tragedii smoleńskiej …

Książka FYM-a ma swoje słabości. Wbrew Rolexowi, niezmiennie mojemu ulubionemu blogerowi, nie jest to język. Język jest żywy, przez swą potoczność, wyrazistość i ironię dodatkowo wskazujący i podkreślający stosunek Autora do opowiadanej historii i jej bohaterów, uwypuklający to, co w ich narracji najważniejsze, a zarazem przez kpinę i wyśmianie potęgujący wrażenie tragizmu tego zdarzenia.
Słabością tej książki są natrętne powtórzenia tych samych myśli, jakie już wcześniej jednoznacznie prezentowano, pewna niekonsekwencja czy brak zdecydowania w opisie dziejów moonwalkera (raz niemal już wierzymy, że słynny film nakręcił dzień wcześniej, by jednak za chwilę nie mieć tej pewności, gdy opowieść wędruje w kierunku manipulacji z 10.04.), a także wątek 2 jaków. Wydaje się, że nie po to dobudowano salonkę, by utrudnić sobie sprawę umieszczania generałów w 2 samolocie, który też trzeba było jakoś przejąć, sprowadzić i wykonać resztę planu. Warto najpierw utrwalić pozornie nieprawdopodobną historię maskirowki i potem ewentualnie ją rozwijać, niż wystawiać się na prosty strzał z kolejnymi tajemniczymi wylotami. A tak omijając sedno bardzo łatwo rzecz całą po prostu wykpić jako fantazję.

Generalnie zachęcam do uważnej lektury, takiej bez uprzedzeń, bo wiele wskazuje jednak na to, że FYM jest jednym z nas, a nie przeciwko nam.

http://michal1000.salon24.pl/405080,smo ... m-ma-racje


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 27 kwi 2012, 18:29 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Wywiad z prof. M. Dakowskim

(Uwaga techniczna: wszelkie pogrubienia, podkreślenia, wielkie litery, skróty, inicjały etc. pojawiające się w wypowiedziach prof. Dakowskiego, jak też wtrącenia kursywą, nawiasy typu [----], pochodzą od samego indagowanego – przyp. F.Y.M.)

FYM: Panie Profesorze, przede wszystkim serdecznie dziękuję za zgodę na udzielenie wywiadu. Jestem zdania, że w chwili obecnej (koniec kwietnia 2012 r.) Pańska relacja z okresu współpracy z Zespołem min. A. Macierewicza oraz Pańskie refleksje dotyczące śledztw „smoleńskich” - mogą być bardzo cenne dla osób interesujących się wciąż niewyjaśnioną (mimo upływu czasu) sprawą tragedii polskiej prezydenckiej delegacji. Pozwolę sobie teraz szerzej nakreślić ową „chwilę obecną”.

Kontekst naszej rozmowy wyznaczają, sądzę, trzy istotne procesy. Po pierwsze: nacisk prokuratora generalnego na oficjalne śledztwo prowadzone przez wojskową prokuraturę. Min. A. Seremet raczył się wyrazić niedawno (w wywiadzie dla „Czerskiej Prawdy”), iż marzy o tym, by śledztwo dobiegło końca w tym roku (http://wyborcza.pl/1,75478,11576169,Tu_ ... _bylo.html). Co więcej, przyznał, iż mogłoby się ono zakończyć nawet bez uzyskania przez Polskę lotniczych szczątków leżących obecnie pod „wiatą” na Siewiernym w Smoleńsku oraz bez przekazania nam rejestratorów. Na ile ten nacisk jest skuteczny (vide sprawa niegdysiejszego konfliktu prokuratura generalnego z gen. K. Parulskim), to się jeszcze okaże, Seremet jednak już przy paru okazjach wyraźnie zgłaszał swój sprzeciw wobec dalszych ekshumacji, które – jak wiemy – aktualnie nie są prowadzone (mimo że tak zaskakujące wyniki miały przynieść badania medyczno-sądowe ciał śp. prof. J. Kurtyki oraz śp. premiera P. Gosiewskiego) i znikąd na razie nie dochodzą wieści, by badania takie miały zostać wznowione. Prokuratorzy zresztą dość ostentacyjnie odrzucają wersję z zamachem na polską delegację, wydaje się więc, przy coraz mniej skrywanej ślamazarności tego oficjalnego śledztwa (biorąc jeszcze pod uwagę to, iż konsekwentnie od dwóch już lat (!) nie ujawnia się zawartości nośników elektronicznych, które były w posiadaniu członków delegacji), że nie zapowiada się jakiś gruntowny przełom w tychże pracach. Niedawna akcja z realizowaniem ruskiej prośby dot. dokumentacji rodzinnej załogi tupolewa, a przechowywanej w zasobach IPN (http://www.rp.pl/artykul/859863.html), tak skwapliwie spełniona przez polskich prokuratorów (którzy doprosić się latami nie mogą od Moskwy kluczowych dokumentów i materiałów dowodowych związanych z 10-tym Kwietnia), rozwiewa chyba wszelkie nadzieje, co do tego, iż oficjalne śledztwo zmierza do wykrycia rzeczywistych przyczyn tragedii i samego jej przebiegu.

To pierwsza, oczywiście niezwykle ważna i brzemienna w skutki, sprawa, dlatego ją tak obszernie opisuję. Zamknięcie bowiem oficjalnego śledztwa będzie zarazem „zapieczętowaniem” pewnej wersji wydarzeń i kto wie, czy nie znajdzie też wyrazu z zwalczaniu „nieoficjalnych” śledztw jako „nielegalnych”, „teorio-spiskowych”, a może nawet „zagrażających bezpieczeństwu państwa”. Drugi proces, to trwające, choć chyba zmierzające ku końcowi, prace Zespołu min. Macierewicza, w ramach których została jakiś czas temu sformułowana „hipoteza dwóch wybuchów”. Trzeci, to badania blogerów analizujących sprawę tragedii z 10-04 w sposób zupełnie odmienny zarówno od prokuratur, jak i Zespołu – tj. przez pryzmat maskirowki osłaniającej zbrodnię ataku na polską delegację, ataku dokonanego najprawdopodobniej na zapasowym lotnisku, na które skierowano tę delegację.

Moje pierwsze pytanie brzmi zatem tak: jak długo trwała Pańska współpraca z Zespołem i dlaczego została przerwana?

MD: 10 maja2010 r. przekazałem przez zaufanych poniższy list JK i AM. Nigdzie go dotąd nie publikowałem.

Pan Jarosław Kaczyński,
nasz kandydat

Szanowny Panie,

Proszę o przyjęcie mnie do niejawnej [mam nadzieję, że istniejącej i pracującej już od miesiąca!] grupy badającej przyczyny Katastrofy. Badania takie są wykonalne. Klasyfikacja hipotez przyczyn według ich prawdopodobieństwa dokonuje się w grupach rozproszonych. Warto ich wysiłki zebrać.

Mamy nadzieję, że nie uległ Pan naciskom, iż „ludziom nie można Prawdy przekazać – jest zbyt straszna i niebezpieczna”.

Polacy chcą i muszą poznać Prawdę, jeśli mają pozostać narodem.
Proszę Pana o - choć krótkie - spotkanie w tej sprawie.

Uzasadnienie prośby na dole strony.

Istotne szczegóły:
Jesteśmy zszokowani biernością Rodzin Ofiar Katastrofy.
1.Rodziny mogą przecież, jako pokrzywdzeni, brać udział w śledztwie (wg KPK). To utrudniłoby matactwa, przerwało oburzające dla Polaków trwające obecnie „tajne śledztwo władz Rosji”.
2.Ważne dowody do sprawdzenia ew. przyczyn rozpadu samolotu są w 96-ciu trumnach, już w Polsce. Możliwa i konieczna jest ich ekshumacja i zbadanie przez zaufanych sądowych patologów. Badania, m.inn. spektrograficzne pozostałych szczątków też są możliwe.

Uzasadnienie prośby.
Należę do ludzi, którzy swe największe osiągnięcia uzyskali dzięki temu, iż podchodzą do spraw, uznanych przez „fachowców” za nierozwiązalne.
Tak było w fizyce rozszczepienia (szczegóły pomijam, są w literaturze) czy przy analizie „inventory” z rozbitego RBMK w Czarnobylu. To ostatnie działanie miało miejsce w podziemiu lat 86-88, przy pomocy prymitywnych komputerów domowych, gdy potrzebny był super-komputer wektorowy - oraz tajne dane wojskowe sowieckie...
Uruchomienie w Polsce powiatowej lat 90-tych produkcji kotłów na biomasę. Rezultat: W roku 2005 sumaryczna moc małych, głównie domowych kotłów wyniosła ponad 7 GW, por. z mocą projektową niedoszłej EJ w Żarnowcu ok. 1 GW. Itp.”
---------------
Wtedy też - dziwnymi drogami - dostarczyłem obu panom (JK i AM) ten tekst:Kto wie, co jest w trumnach? Czyli:http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=1921&Itemid=100

Tu cytuję, proszę zwrócić uwagę na DATY. Nie można mówić „przecież nie podejrzewaliśmy”...:
„Kto wie, co jest w trumnach?
Za czasów komuny mieliśmy parę wielkich katastrof sowieckich samolotów w Polsce. Pod Policą, pod Warszawą a przed Okęciem w lesie kabackim (IŁ-62). Przyczyny zapewne inne, ale sposób traktowania śledztwa i ciał ofiar - też sowiecki. Eksperci i ludzie z ekip technicznych biorący udział w „uprzątaniu” po tamtych katastrofach pamiętają i wspominają, co wkładano wtedy do trumien: różne kawałki ludzi, kamienie, worki z piaskiem. Kto by się trudził sprawdzaniem, czy noga „pasuje” do korpusu?
Czy rodziny obecnych 96-ciu ofiar otwierały trumny (lub polecały otwarcie ekspertom) przed pogrzebami, ale już w Polsce? Wątpię, to zbyt bolesne. Mam nadzieję że nie zmuszono ich w Moskwie do podpisania cyrografu, że trumien nie otworzą. Ale jeśli nie otwierano, to rozsądne będzie żądanie szybkiej ekshumacji i sprawdzenia zawartości przez uczciwych biegłych sądowych. To potrzebne dla - choćby niewielkiego - sprawdzenia poprawności procedur „gospodarzy”. Pogrzeby „na słowo honoru”Putina?”
Proszę o staranne przestudiowanie artykułu Dymiący nagan http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=100 z którego zamieszczam wyjątek:
„...uważam, że zarówno (niedostępne nam jeszcze na razie) szczątki samolotu jak i przedmioty znalezione na miejscu wypadku oraz zwłoki ofiar mogłyby potwierdzić lub wykluczyć hipotezę eksplozji wolumetrycznej w kabinie pasażerskiej, która jest zgodna z widocznym na zdjęciach stanem wraku oraz pogłoskami na temat stanu zwłok. Osobom zainteresowanym fizyką takich eksplozji i sposobem ich przeprowadzania polecam kwerendę literatury tematu, z użyciem fraz kluczowych: UCVE (unconfined cloud vapour explosion), CCVE (confined cloud vapor explosion) oraz BLEVE (boiling liquid expanding vapor explosion). O ile analiza spektrometryczna znalazłaby na miejscu katastrofy, w szczątkach samolotu lub na zwłokach ofiar tlenek etylenu, tlenek propylenu, azotan izopropylu, aluminium, magnez lub cyrkon o wysokiej czystości, w postaci pyłów o innym składzie niż stopy użyte w konstrukcji samolotu, kompleksowe związki metaloorganiczne zawierające fluor i metale lekkie, niewytłumaczalnie wysokie stężenie fluoru, albo nanocząsteczki metali, to taka sygnatura wskazywałaby na eksplozję wolumetryczną, zwaną przez Rosjan termobaryczną.”
----------------
Z błagalnego mail'a do [...]: „Niech pan powie Szefowi, że pańcia, która chwali się, że z księdzem-niedoukiem zagrzebała ciało męczennika w dołku przy rowie - no, nie popisała się”. Jako ekspiacja konieczna jest szybka porządna wyprawa do Katynia II, z dużym termosem (stołówkowym) i suchym lodem, i przywiezienie tyle kawałków ciał, ile się da. Dla badań DNA oraz śledztwa, co w nich jest: nano-cząstki, jakie związki chemiczne (np. te, co u Starego Wiarusa w Dymiącym Naganie wymienione). I przekonanie Rodzin,tych odważniejszych, by w celach sądowych wymusiły ekshumację. [to POKRZYWDZENI, nie poszkodowani !] (czyli KPK, nie KPC md]”
Zmieniony (12.05.2010.)
================================
A Zespół powstał wiele miesięcy później. Piotr B. wywalczył mi posłuchanie w Zespole Parlamentarnym (dalej ZP). Było z 10 posłów, sporo innych osób, trwało ze trzy godziny. Mówiłem o obliczeniach n.t. praw zachowania pędu i momentu pędu (na „pancernej brzozie” - nikt jeszcze otwarcie tego nie zakwestionował), że żadnych 40-100 g nie mogło być. I o konieczności NATYCHMIASTOWYCH ekshumacji i niezależnych badań zawartości trumien. Według zeznań już złożonych w Prokuraturze Wojskowej:

Zeznania świadka Mirosława Dakowskiego dla Prokuratury Wojskowej spisane 8 listopada 2010 r. Są tu:http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=2605&Itemid=100

Powyższe warto przeczytać. Za długie, by tu cytować.

I to było moje pierwsze i ostatnie spotkanie z ZP.

GAPOL
Na początku X. 2010, wraz z mec. St. Hamburą, byłem na spotkaniu „ekspertów” w GaPol-u u Sakiewicza i wielu innych. Przedtem Wierzchołowski i Misiak przeprowadzili ze mną wywiad o pancernej brzozie, o konieczności ekshumacji i konieczności zbadania tych stert złomu, które były już w Polsce, też w GP. Już przedtem prokuratura wzięła im jakiś przyrząd, którym się pochwalili. Ostrzegałem, by nie trzymali w szafach, lecz schowali u cioci – . Bez skutku. Na zebraniu żądałem, by natychmiast zrobili badania, z jakich traktorów (wladimiriec??) są to części (a które - z tutki) - oraz
- czy zostały zgniecione, czy ew. rozerwane
- czy są ślady hexogenu, składników bomb próżniowych itp.
- żądałem, by pani red., która z pomocą księdza zakopała jakiś kawał mięsa koło drogi przy złomowisku, za karę zniszczenia dowodu rzeczowego pojechała tam z naczyniem Dewara i kostką suchego ludu - i przywiozła to mięsko do badań. Bo może to z kota? Byli chyba zgorszeni. W czasie Narady informowałem, że tuż obok, kilkaset metrów od GP, jest na Politechnice wydział MEL, na którym mogą badania mechaniczne przeprowadzić. Jest zresztą wiele laboratoriów zdolnych do takich badań. Decyzja Tomka S.: „pomyślimy”. Za tydzień chłopaki (Wierzchołowski) zeznały, że jednak wywiad ze mną zdjęto z GP. A kolejnej narady ekspertów przewidzianej na pocz. listopada, już nie było (ani ja, ani Hambura, bo pytałem).

Te grupy były jakby płoszone przez podobne pytania i żądania (ciała, złom...). Na jesieni 2010 wg relacji [----] wiarygodnych osób rugano „swoich”, tj. rodziny bliskich za chęć i plan wykopania trumien i zbadania za granicą. „Tego nie wolno!!!” „Tylko naciski na prokuraturę!!” Itp. Skutecznie...


FYM: Jak Pan ocenia stan wspomnianych przeze mnie wyżej, dwóch śledztw – oficjalnego, prowadzonego przez prokuratury (wojskową i cywilną) oraz tego prowadzonego przez Zespół?

MD: Już rok temu, na Prima Aprilis 2011, prok. Seremet oświadczył że „żadnego zamachu nie było”, więc Mu posłałem następujące pismo: do Pana Andrzeja Seremeta, prokuratora

do Pana Andrzeja Seremeta, prokuratora
Mirosław Dakowski, Secunda Aprilis 2011

Szanowny Panie,
Jeśli konferencja Panów na Prima Aprilis (Najpotworniejsza WIADOMOŚĆ na Prima Aprilis) zdarzyła się naprawdę, a nie było to jakieś ponure zadrwienie z Pana i kolegów przez złośliwego żartownisia, to byłoby to równocześnie groźne i smutne. Bardziej może dla panów, niż dla ustalenia opinii Polaków na temat przyczyn „Smoleńska”.

W czasie ostatniego, strasznego roku poznałem rozumowania i argumenty bardzo wielu analityków sprawy smoleńskiej. Przekonało mnie to, że analitycy publikujący swe prace w internecie są w ogromnym procencie wysokiej klasy profesjonalistami. Dokumentują to wyniki ich analiz.
To, co dociera do nas wielu drogami z prokuratur, wskazuje na raczej słabszą kondycję tych zespołów.
Tekst Jajcarze z Prokuraturypan na pewno zna, a jeśli sekretarka nie zdołała panu wydrukować, bo miała akurat pilne rozmowy z koleżankami i źle wychodzący pasjans w komputerze, to może Pan tu kliknąć - wyjdzie. By mieć pewność, że taki kiks, jak ten na Prima Aprilis się nie zdarzy, posyłałem Panu parokrotnie na jesieni 2010 r. kopie dowodów wskazujących na zbrodnię, składanych w Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie.

Nie może więc Pan w przyszłości powiedzieć usprawiedliwiająco „nie wiedziałem”.

Propozycja

Jeśli prokuratorzy wiedzą, tj. mają dowody, że gdzieś pod Smoleńskiem nie doszło do zamachu, że te wątki są do wykluczenia, a ich ciągłe rozważanie i analizy robione przez nas są nieuzasadnione, że zostaliśmy zwiedzeni na skutek np. jakiejś inscenizacji w lasku pod Siewiernym, czy też zbiegu okoliczności, to prosimy o wyjaśnienie. Nie jesteśmy zacietrzewieni. Można nas przekonać.

Oto przykładowe (nieliczne z wielu) wątki:
- wątpliwości co do czasu i miejsca rozbicia Tu nr 101 i śmierci Polaków podobno znajdujących się na jego pokładzie,
- wątpliwości co do nagłej mgły, stanu radiolatarni, możliwości meaconingu
- wątpliwości co do dowodów wybuchu (od środka) jakiejś struktury, której części (są tam elementy omszałe) są widoczne na zdjęciach lasku smoleńskiego,
- wątpliwości co do zmiennego stanu i przemieszczania się złomu, np. kokpitu, już po t.zw. katastrofie...
Zupełnie skandaliczne jest nie przeprowadzenie ekshumacji i badań ciał ofiar (ściślej- zawartości trumien) z urzędu, oraz zastraszanie rodzin, które tego od wielu miesięcy żądają.

Takie i podobne argumenty i dowody przekazaliśmy Okręgowej Prokuraturze Wojskowej w Warszawie, a ja, dla pewności procesowej, przesyłałem je też równolegle na Pana ręce. Jeśli prokuratorzy Panu podlegający i Pan osobiście po analizach uznali te dowody na zbrodnię za błędne, to nic prostszego:
Proszę nas, tych 20-30 analityków społecznych, którzy przedstawili swe rozumowania i spostrzeżenia w internecie czytającemu narodowi, a przesłali je też panom, zaprosić na parodniowe warsztaty - i te dowody będące w dyspozycji prokuratury nam przedstawić. Konieczne będzie umożliwienie nam zadawania pytań, dyskusji, czy propozycji testów krzyżowych. Jeśli argumenty panów będą przekonywujące, a nie wątpię, że po roku ciężkiej pracy nie ośmieliliby się panowie przedstawiać jedynie swej ignorancji, niewiedzy, to chętnie te dowody zaakceptujemy. Możemy też zobowiązać się, że żadnych „szczegółów śledztwa” pod rygorem kar nie ujawnimy aż do chwili zwolnienia z tych tajemnic.
Wydamy tylko wspólne oświadczenie, że „przekonali nas faceci” (to z Gałczyńskiego, nie drwina), iż w rzeczywistości żadnej zbrodni nie było, że myliliśmy się w naszych analizach.

Jak duże znaczenie dla uspokojenia opinii społecznej w Polsce miałoby takie oświadczenie, pewnie Pan wie, a jeśli nie, mogą Panu to uświadomić wyspecjalizowane agendy propagandystów pracujące przy rządzie.

Jeśli natomiast Pan, z prok. K. Parulskim (co to dostał generała w czasie tego ślimaczącego się śledztwa) naszą propozycję zignorujecie, to oczywistym się stanie dla wszystkich, że wasze komunikaty nie mówią o Smoleńsku, a jedynie o stanie Waszych dusz.

To nie sprawa polityczna. To sprawa uczciwości i honoru.
Zdajemy sobie sprawę, że przed tak dramatycznymi wyborami polski wymiar sprawiedliwości nie stał nigdy w historii.
Prawda przecież istnieje obiektywnie. Jest nieśmiertelna. Nie da się jej zaczarować, czy uśpić na zawsze.
Panie Seremet, pan ma duszę. Ale, wbrew nadziejom wielu głupców, ona nie kończy się z życiem biologicznym. Zapewniam pana, że ona jest wieczna. Czy warto jej los narażać dla jakichś powodów bieżących, nacisków czy uwarunkowań politycznych?

Panie Andrzeju, nie myślmy tylko o opinii Polaków za lat sto czy dwieście o Zbrodni Smoleńskiej i ekipach ją badających.

Mówi do Pana stary człowiek. Niech Pan pomyśli o swej duszy nieśmiertelnej i zadba o nią... Pana podwładni i koledzy – też.

Z wyrazami szacunku
Z Panem Bogiem
Mirosław Dakowski, fizyk
---------------------------------------------------------------

Pan A. Seremet zaraz odpowiedział mi, że przesyła ten tekst do Wojsk. Prokuratury Okr. (mam jego pismo). A sam - zakończenie potraktował poważnie, mam na to dowody. A celem „śledztwa oficjalnego” i podtrzymywania dotychczasowej ”linii ZP” jest pogrążenie ludzi w beznadziei: To może przestaną się wreszcie interesować...


FYM: Dlaczego Pański głos i głos prof. J. Trznadla (pomysłodawcy i sygnatariusza listu otwartego, domagającego się powołania międzynarodowej komisji śledczej ws. tragedii z 10-04) opowiadający się za tym, iż w Smoleńsku dokonano makabrycznej inscenizacji katastrofy lotniczej (makabrycznej w dwójnasób – wykorzystano ciała ludzkie jako rekwizyty, a poza tym przedstawiono „światu”, bo przecież nie tylko Polsce, ową polankę ze szczątkami jako „miejsce wypadku”), został gruntownie przemilczany? Nie chodzi mi oczywiście o „media mainstreamowe”. Wg mnie względy polityczne zaczęły od dłuższego już czasu brać górę nad sprawami samego śledztwa – to jest chyba proces, który nie wróży zbyt dobrze dalszym badaniom nad przyczynami tragedii – ciekaw jestem jednak Pańskiego zdania.

MD: Poza przewagą „względów politycznych” nad koniecznością poznania PRAWDY - sądzę, że naciski były ponad siły niektórych osób. Jak inaczej wytłumaczyć wielomiesięczne milczenia Jarosława Kaczyńskiego o powtórnych oględzinach ciała Brata - już w Polsce. Z relacji prasowych wynika, że pan JK zauważył wtedy w trumnie Brata – dorzuconą nogę generała. Reakcja spodziewana przez nas byłaby: Hola!! Proszę robić zdjęcia, filmować, dokumentować, żądam natychmiastowego śledztwa! Itp.
A tych reakcji było brak. O jakim, niewyobrażalnym dla nas nacisku na JK to świadczy! Strach pomyśleć. Ujawnił sprawę dopiero po paru miesiącach - i znów zapadła CISZA. O jakim, niewyobrażalnym nacisku na wszystkich odpowiedzialnych to świadczy!

Niedawno rozmawiałem ze znanym reżyserem. Mówi, że jako fachowiec już od pierwszych godzin po wiadomości o „zdarzeniach smoleńskich” był przekonany, że w lasku na Siewiernym była inscenizacja. Mniej czy bardziej udolnie wykonywana - to do dyskusji. Ale środowiska polityczne takiej profesjonalnej dyskusji, która powinna doprowadzić do uzgodnienia poglądów - unikały i unikają. Dla rozstrzygnięcia każdej ważnej sprawy naukowej robi się dyskusję, konfrontację danych i hipotez. Tu zaś - strona MAK i grupka „mgr. inż. Millera” od początku do końca (raczej - aż do teraz, bo prawdziwy KONIEC będzie ujawnieniem PRAWDY) zarzuca nas setkami ewidentnych kłamstw i oszustw. Można skwitować, że od tego oni są. Ale czemu ZP unika dyskusji z analitykami wskazującymi, że konsekwencją Inscenizacji (z jej istnieniem ZP się chyba zgadza) jest maskirowka – nie wiem. Obiektywność każdych badań nakazuje rozważenie wszystkich hipotez - i dopiero później ew. odrzucenie niektórych. To odejście od przyjętych w nauce metod badawczych bardzo mnie boli.Tajemnica...


FYM: Przejdźmy do zagadnienia samych badań. Tak na zdrowy rozum, to sprawa tychże badań – nawet w przypadku takiej totalnej obstrukcji, jaką od samego początku „wszczęcia śledztwa”, prowadzi Moskwa – nie powinna być szczególnie skomplikowana. Po pierwsze: jest przecież mnóstwo świadków do przesłuchania (z Katynia, Smoleńska i Okęcia). Po drugie: istnieje wiele śladów i wątków do zbadania w Polsce. Po trzecie: sporo dowodów rzeczowych pozostaje w posiadaniu czy to rodzin ofiar zamachu, czy też innych osób (np. dziennikarze mają swoje „depozyty”). Po czwarte: są liczne – różnej jakości, ale na pewno poddające się analizie kryminalistycznej – zdjęcia i materiały audiowizualne ze Smoleńska. Po piąte: w Polsce pochowano ciała, które można poddać badaniom medyczno-sądowym. Tymczasem środowiska skupione wokół Zespołu właściwie ograniczyły się do zgłębiania danych zawartych w raporcie komisji Burdenki 2 (zwanym potocznie „raportem MAK”), ewentualnie danych „wydobytych” przez „komisję Millera” oraz do utyskiwania, iż wciąż nie ma wraku oraz rejestratorów. (Na marginesie dodam, że nie wiem, w jaki sposób można mówić z przekonaniem o dwóch wybuchach na pokładzie i rozerwaniu „prezydenckiego tupolewa”, jeśli nie badało się osobiście wraku i miejsca, na którym ten wrak leżał (i na które samolot miał w kawałkach spaść) oraz nie dysponuje się oryginałami czarnych skrzynek i innych urządzeń pokładowych – ale mniejsza z tym.) Jak Pan sądzi, dlaczego nawet w obszarze, powiedzmy, niezależnego śledztwa – zakres poddawanego analizie materiału jest tak wąski?

MD: Mogę tylko powiedzieć, że grupa ZP, czy GaPOl-a, jakoś bardzo unika możliwości badań zawartości trumien, wnikliwych przesłuchań świadków żyjących w Polsce. Świadkowie pracujący w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego są u nich jakby chronieni od wnikliwych pytań. A przecież mamy wcześniejsze dowody na rzecz oczywistą: wrogowie Polski, czy Prezydenta LK działali wewnątrz Kancelarii. Świadczy o tym np. podrzucenie do podpisu Prezydentowi jakiegoś wyróżnienia Jaruzela za „Sybir”, czy demonstracyjne wciąganie na maszt flagi Monaco.
Zamach (a tego, że był to zamach, po analizach jestem pewien w 100 %) wymagał współdziałania z wewnątrz Kancelarii Prezydenta. Od pierwszych godzin zwracano uwagę na „wyciek” list pasażerów do mediów, na gwałtowne zmiany środków transportu różnych osób.
Jakby w oficjalnych analizach (głównie ZP) nie ośmielono się przyjąć oczywistego w każdym śledztwie założenia, że nie ma osób pod osłoną, ani hipotez tabu, do odrzucenia z góry. Czemu tak się dzieje? Misterium iniquitatis... Panuje „ogłuszająca cisza” wokół najważniejszych spraw, wątków, których analiza możliwa jest nawet przy zrabowaniu szczątków naszego samolotu, czy samolotów, też rejestratorów, kodowanych telefonów, broni i kamizelek BOR-owców itp.
W notce „To elementarne, Watsonie!” skupiłem się, z braku dowodów materialnych, które ciągle pozostają w rękach rabusiów, na wskazaniu tylko tych spraw, dla których da się określić prawdopodobieństwo na 1 (pewność, że zdarzenie zaszło) lub 0 (zdarzenie z pewnością nie zaszło). Cytuję z: http://dakowski.pl//index.phpoption=com ... Itemid=100

„Jeśli dwie wieże WTC w 9/11 zostały „trafione” przez duże Boeingi, to prawdopodobieństwo tego, że za sterami siedzieli Arabowie nie umiejący powozić awionetką i nie znający „American English” jest ZERO (p=0). Jeśli wszystkie trzy wieże (nie dwie, średnio otumaniona Osobo!) zawaliły się w czasie zgodnym ze swobodnym spadaniem ciał na Ziemi (a=g), to jest pewne (p=1), że nastąpiło to na skutek jednoczesnych wybuchów na wielu piętrach, niszczących konstrukcje nośne tych budynków. Musiało to być przygotowywane miesiącami przez wielkie grupy profesjonalistów, pewnych możnej opieki i bezkarności. Jeśli Komisja rządu USA orzeka, że te wieże zawaliły się „na skutek nacisku górnych pięter”, to do komisji tej skierowano, ściślej: wybrano, nie tylko jołopów, ale i zbrodniarzy. Piszę jołopów nie dlatego, że nie wiedzieli, że to fizycznie niemożliwe, ale dlatego, że chyba uznali, iż zastraszony naród amerykański nie ośmieli się tej sprawy podnieść. Ale dlaczego zbrodniarze nie zostali osądzeni i ukarani? Jeśli podana oficjalnie trajektoria Boeinga, który miał trafić w Pentagon, wymagałaby przyspieszeń do 36 g, oraz skurczenia się grubego samolotu do rozmiarów małego myśliwca czy latającej bomby, i to tuż przed uderzeniem w ścianę Pentagonu, to prawdopodobieństwo takiego procesu jest zerowe (p=0). Dokładnie, matematycznie ZERO.

Z drugiej, naszej strony (słoń a sprawa polska):Jeśli pan Kushner brał udział w „pracach” tej komisji i jej wnioski podpisał (nie jestem tego pewien), to świadomie skłamał swemu Narodowi. Szansa, że pomoże ujawnić prawdę Smoleńską jakiemuś egzotycznemu narodkowi - no, też jest bardzo bliska ZERU.

Teraz u nas: Jeśli coś ścięło brzozę (zostańmy przy tym terminie, choć była to zapewne topola...) samym czubkiem skrzydła (drzazga...), przelatując na wysokości 5-6 metrów, to prawdopodobieństwo, że „się urwie” kawał skrzydła o długości ok. 4-5 metrów, a więc nastąpi duża nierównowaga sił nośnych skrzydeł, jest bardzo bliskie ZERA (p=~0). Jeśli zaś cała okolica tego drzewa nie odczuła podmuchu wichru o prędkości 100-300 km/h, to prawdopodobieństwo takiego przelotu i zdarzenia jest dokładniezerowe (p=0).

Jeśli właz przedni Tu154 jest oparty o drzewo w pozycji wskazującej na lot w kierunku przeciwnym niż hipotetyczny lot Tu154, to musiał go tam ustawić wybuch nadający odwrotny kierunek lotu lub źle przeszkolona ekipa robotników, a nie - rozpad kadłuba na skutek pędu początkowego o znanym zwrocie. Ta ostatnia hipoteza miałaby (p=0). Jeśli czarna skrzynka, przedmiot ciężki i kulisty, więc łatwo toczący się, został znaleziony na początku „drogi rozpadu” samolotu, to prawdopodobieństwo, że oderwała się ona z tegoż kadłuba, z okolic ogona i poleciała zgodnie z kierunkiem postulowanego ruchu kadłuba jest (p=~0). Jeśli plamy błota na fragmentach skrzydeł i ogona są po jednej stronie tych elementów, oraz mają kształt plam kołowych (Krzysztof Cierpisz), to wyklucza to przemieszczanie się tych elementów w sposób przypadkowy, przy prędkości 300-100 km/h, jako skutek energii kinetycznej rozpadającego się kadłuba w błotnym, miękkim terenie (p=~0).

Analiza szczątków Tu154M wskazuje, że części z duralu nie zostały ZGNIECIONE, lecz rozerwane. Konieczne jest sprawdzenie tego twierdzenia w laboratoriach specjalistycznych. Jeśli zostanie potwierdzone rozerwanie, to WYBUCH przestanie być hipotezą, choćby była ona obecnie najbardziej prawdopodobną. To samo dotyczy badań, pod kątem analizy śladów wybuchu, zawartości trumien.

Takich faktów sto (lub więcej) znamy. Są dobrze udokumentowane. Tu nie trzeba rozwiązywania układu równań różniczkowych, o których pisują różne uczone trolle.
W rozumowaniach, w których do udowodnienia tezy konieczny jest cały ciąg przesłanek, obalenie jednej urywa i czyni bezużytecznym cały ten łańcuch. W proponowanej metodzie - odwrotnie: Choćby udowodniono, że wszystkie argumenty poza jednym są błędne, to ten jeden, który się ostał, jest decydujący.

Wynika z tego, że:
Ponieważ o tym, kto będzie prowadził śledztwo zadecydowali tchórze i zdrajcy, a może i mordercy, musimy każdym kosztem ujawnić i udokumentować te oczywiste fakty, które uniemożliwią wrogom dodanie do Zbrodni Smoleńskiej jeszcze Kłamstwa Smoleńskiego. Zebranie i porządne sformułowanie jednego, spójnego, jednolitego tekstu musi się odbyć w gronie sprawdzonych już przez te siedem miesięcy, wzajemnie sobie ufających i skutecznych analityków. Poza rykiem i wrzaskiem trolli. A potem - wynik przekażemy jawnie do Prokuratora Generalnego (ktokolwiek nim będzie) i Prokuratury Wojskowej.

Bo oni wiedzą, że „politycy” (to ci, co obecnie deklarują, że „polityką się nie chcą zajmować”), gdy Prawda zostanie formalnie ujawniona, pewnie spadną na cztery łapy (no, może z jedną oderwaną), ale urzędnik czy prokurator jest kandydatem na Kozła Ofiarnego. Czego on bardzo nie lubi. A może też - znajdzie się wśród tych ostatnich i patriota, by uniemożliwić prawne przyklepanie fałszu.”


Porównałem tu 9/11 w USA i Smoleńsk.
Był w tym czasie w Warszawie Amerykanin, chyba Kushner, który wcześniej podpisał się pod oficjalnym Raportem rządowym o 9/11. Dowodziłem, że jeśli ktoś kłamie w sprawie 9/11, nie wolno na niego liczyć w sprawie Smoleńska. Zadziwiło mnie, że grupa osób wtedy badających „Smoleńsk”, a zainteresowana pomocą Kushner’a, nie chciała słyszeć i widzieć argumentów o 9/11. Kushner podpisał oficjalną rządową ewidentnie zakłamaną wersję wydarzeń 9/11.

Na moje pytanie: Dlaczego liczycie, że człowiek, który kłamał w najważniejszych sprawach swego kraju, będzie zainteresowany w ujawnieniu prawdy w obcym kraiku?, odpowiadano: „Milcz! To przecież sojusznik”. Takie moje postawienie sprawy wyraźnie gospodarzy spłoszyło. Ta logika, zapewne często stosowana w zdegenerowanej polityce, jest sprzeczna z metodami nauk ścisłych.
Rola płatnych trolli jest jasna. Ale... Po mojej notce z 2010 roku, wykazującej że ew. urwanie skrzydła tutki na pancernej brzozie na wysokości 5.6 metra miałoby jako konsekwencję figury wyższej akrobacji (ta nieszczęsna „beczka”) zachodzące wiele metrów pod ziemią (bo geometrycznie na tej wysokości nie ma miejsca na „figury”) odezwał się na Salonie24 mój dawny miły znajomy, ojciec jezuita Krzysztof Mądel, by wykazywać czytelnikom z dużą dozą pewności siebie, że on, jako ekspert lotniczy (sic!) wie, że tutka mogła po tym zderzeniu wznieść się w górę - to robi się naprawdę STRASZNIE.


FYM: Pytania w tej materii (smoleńskiego śledztwa) można by mnożyć. Jest np. cała sprawa wylotu z Okęcia, monitorowania przelotu, dokumentacji związanej z tym, co się działo na warszawskim lotnisku; jest sprawa zobrazowań radarowych podczas przelotów statków specjalnych 10 Kwietnia; jest sprawa polskich świadków (podkreślam polskich, nie żadnych ruskich leśnych dziadków, z których jeden się musiał koła samochodu trzymać, by go pęd powietrza spod brzozy nie porwał, a drugi widział „wybuch jak żółtko”) będących tamtego dnia w Smoleńsku; jest sprawa świadków w Katyniu; jest sprawa rezerwowania lotnisk zapasowych; jest sprawa rzekomo nieczynnego lotniska w Witebsku... Jest mnóstwo rzeczy do zbadania – tymczasem nie są one analizowane. Dlaczego?

MD: STRACH. Zwierzęcy strach. Pies długo katowany liże oprawcy buty i merda ogonkiem, nawet złamanym przed chwilą. Jak doprowadzono do tego nieludzkiego stanu duże grupy Polaków?
Chyba się nie mylę, że odlot z Okęcia samolotów (tutka, parę jaków?) jest jedynym w światowej historii odlotem Głowy Państwa, Generalicji, osób towarzyszących, dziennikarzy itp.) bez dokumentacji fotograficznej i filmowej, bez dokumentów lotu. Nawet osobiście odczułem Paraliż Strachu u osób, które mogłyby wiedzieć, czy mieć dowody na to, co rankiem 10 kwietnia działo się na Okęciu. Pewna Poważna Pani profesor (dziękuję, Marto!) pisała mi w 2010 r. ostrzegawczo, bym tak nie nastawał na niezależne ekshumacje, bo jeśli PRAWDA wyjdzie na jaw - to co nam zostanie? Wojna z Rosją? Przy takiej dysproporcji sił?
Tymczasem, przy analizie kinematyki i dynamiki Zdarzenia nie myślimy o tym, kto to zrobił. Jeśli czerwoni, to może Marsjanie, bo to Czerwona Planeta. Dopiero przy ocenie prawdopodobieństw zafałszowania danych bierzemy pod uwagę, SKĄD te dane pochodzą.
Po dwóch latach podtrzymuję to, co pisałem do JK 10 maja 2010: „Mamy nadzieję, że nie uległ Pan naciskom, iż „ludziom nie można Prawdy przekazać – jest zbyt straszna i niebezpieczna”. Polacy chcą i muszą poznać Prawdę, jeśli mają pozostać narodem”.


FYM: Z maila od Pana dowiedziałem się, że red. L. Szymowski bez Pańskiej wiedzy i zgody wykorzystał Pańskie materiały w swojej książce. Nie przyszło mi to do głowy, że mogła zaistnieć taka sytuacja, toteż wspominając w „Czerwonej stronie Księżyca” o tym, iż w „Zamachu w Smoleńsku” są odwołania do Pańskich badań, nawet nie sprawdziłem tej kwestii, zakładając, iż publikacja odnosiła się do czasów, gdy był Pan jeszcze ekspertem Zespołu. Jak więc ocenia Pan nie tylko książkę Szymowskiego, ale i te kolejne publikacje podtrzymujące wersję z zamachem na/nad Siewiernym? Mam na myśli „Zbrodnię smoleńską” napisaną przez „Zespół Niezależnych Ekspertów” (moim zdaniem „fachowców wojskowych”) i niedawną „Musieli zginąć” L. Misiaka i G. Wierzchołowskiego?

MD: Leszek Szymowski, „Zamach w Smoleńsku” - p. Leszek bywał u mnie, rok-dwa wcześniej, gdy chciał nagłośnić medialnie sprawę FOZZ. Niestety, sprawa go przerosła. Gdy więc chciał, po pojawieniu się na wielu portalach wspomnianego wyżej tekstu o Smoleńsku (Zeznania świadka Mirosława Dakowskiego dla Prokuratury Wojskowej 8 listopada 2010 r. - są tu: http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=100), bym odpowiedział na jego pytania (wtedy chciał opublikować na początek w NCz!) - napisałem mu prawdę, że jego proponowane pytania są niemądre, świadczą o braku jakiejkolwiek wiedzy ścisłej i brakach w nauce logiki - i zaproponowałem (moje) tak pytania, jak odpowiedzi.
Gdy jednak kolejny raz wszystko przerobił pod kątem „wielkich praw” itp. trąba- bąba, wygoniłem go. On znów jednak powtórzył swe (niemądre) pytania, trochę zmodyfikowane. Wtedy zakazałem „wkładania mi w usta” czegokolwiek. Zagroziłem, że mu [----] (nie wypada cytować...). W książce skopiował więc me zdania z już opublikowanego powyższego tekstu.

Dodał jednak coś o mej „sławie w dziedzinie praw pędu...”. Brr. Nie mógł się powstrzymać... Mówię o tym, bo Pan cytował mnie w „Czerwonej stronie Księżyca”, jakby z książki tego młodego dziennikarza. A to, co wypisał o mnie L. Sz. ośmieszyło mnie w oczach kolegów (na Salonie 24 grzmiał prof. Rafał Broda). Zmartwiłoby mnie, gdybym przywiązywał wagę do takich nielogicznych kłamstewek żurnalistów i braku logiki kolegów.

Płk. A. i „Anatomia Zamachu”. Mój kontakt z tą sprawą jest tak absurdalny, że opiszę szczegółowo. WM proponował mi współpracę z gronem wojskowych, dawniej ze „służb”. Odmówiłem, wyjaśniając, że nie mam sił ani czasu na zabawę z takimi szachistami, którzy przecież nawet stałych reguł gry nie uznają, nie mówiąc o możliwości zaufania im. Po ok. 3-ch miesiącach WM przyniósł mi wydruk angielskiej wersji tej pracy. Było to w pidgin inglish, o wiele gorzej, niż gdyby to było tłumaczenie maszynowe. Zdziwiłem się, bo autor podobno był 8 lat dyrektorem firmy lotniczej w Anglii.

Tekst polski, który mi po paru tygodniach przyniósł sam płk. A., był o niebo lepszy. Płk. A. tłumaczył mi, że „tamto” przetłumaczył w pośpiechu (choć w tekście polskim są raczej ślady tłumaczenia z angielskiego). Był tajemniczy, skąd ma te dane o Mig-ach 29 i ich lotnisku. Sugerował, że był tam z kolegą, też oficerem, ale mają również dane od ruskich, kolegów (wojskowych, ale anty-putinowskich). Na moje pytanie, jak można trafić na przygotowany uprzednio z dokładnością do 10-50 metrów plac z Inscenizacją (a jej byliśmy już wtedy pewni) z tutką zestrzeloną przez miga dawał odpowiedzi nieprzekonywujące. Całość - dużo materiałów ciekawych, ale ile z nich wiarygodnych - nie wiem.

A „Musieli zginąć” L. Misiaka i G. Wierzchołowskiego już nie czytałem, oni wcześniej okazali się „ślepymi na jedno oko”. Mój czas jest coraz cenniejszy, bo go mało.

FYM: Jedna rzecz nie daje mi spokoju – aktualnie już tylko Zespół pozostaje instytucją władną jakoś pogłębiać wątki śledcze i zdobywać nowy materiał dowodowy czy nawet procesowy – tymczasem można odnieść wrażenie, iż zostało (już od ponad roku) zupełnie zarzucone przesłuchiwanie świadków (ściśle związanych ze „Smoleńskiem”). Nie widzieliśmy więc ani wielu dziennikarzy, którzy byli w okolicach smoleńskiego wojskowego lotniska (lub rychło tam przybyli z Katynia), ani wielu urzędników państwowych, ani ludzi z 36 splt itd.

MD: Jest nadzieja: wydaje się, że do pracy w ZP posłowie zapraszają coraz więcej ludzi nauk ścisłych, którzy zechcą wreszcie przy swych analizach zaznaczać, że „te konkretne analizy”, jak „dwa wybuchy”, na jakiej wysokości zaszły itp., robione są na podstawie danych otrzymanych, podrzuconych czy przekazanych przez MAK. Takie dane przecież analizują firmy amerykańskie, jak Avionics itp. Zgoda, że nie można w tym wypadku przyjąć najlepszej taktyki, którą ktoś z blogerów zaproponował na początku: „MAK w dupie”. Wystarczy jednak przecież dodać po analizie: „Jeśliby dane, na których się oparłem, były autentyczne, to...”
A tylko z autentycznych rejestratorów można będzie (może?) odzyskać informacje sprzed fałszerstw. Zakładanie, że MAK zawsze oszukuje (na co mamy dowody), ale „w tym wypadku” musimy się na ich danych oprzeć - czyli uznać je za prawdziwe - nie jest już chyba naiwnością. Byłoby - czymś gorszym.
Na polityków mniej działają argumenty, a więcej - nacisk. Więc naciski społeczności blogerów (a widzę za miłym zdziwieniem, że taka społeczność w sprawie ZBRODNI jednak powstała i jest prężna) mogą tu wiele zmienić.

Ale na dotarcie do PRAWDY, tj. ujawnienie dowodów siłami samych Polak ów - raczej nie liczę. Za dużo strachu i zakłamania. Potrzebna jest nam oraz szczególnie Rosjanom radykalna zmiana w Rosji. Zaś runięcie Imperium Kłamstwa i Zła jest możliwe - patrz odpowiedź na następne pytanie, na końcu.

FYM: Czy Pana zdaniem powstanie wnet komisja międzynarodowa ws. tragedii z 10-04?

MD:Wielkie siły globalistyczne wyraźnie prą świat do jakiejś katastrofy. Sytuacja tak polityczna, jak gospodarcza staje się coraz bardziej niestabilna. Jednak wbrew obawom wielu znawców, w USA jest jeszcze duży potencjał, duży odłam zdrowego społeczeństwa, który to widzi - i może zareagować. Przed laty miałem przyjaciela, generała CIA, katolika. Mówił z troską o kierunku zmian w Stanach. Ale twierdził, że możliwe jest odrodzenie tego narodu, zmiana kierunku polityki państwa z samozagłady na kierunek ozdrowieńczy. I wtedy my mamy szansę, bo tak odnowionej Ameryce potrzebni będą lojalni a uczciwi sojusznicy. Jeśli ten odwrót odpolit-zakłamaniatam nastąpi - to szybko pojawią się dowody, filmy, w ogóle realna pomoc w sprawie Zbrodni Smoleńskiej. Tak z USA, jak z NATO. Bo im to będzie się opłacało.

Czytelnicy mej strony wiedzą, że większą wagę przykładam jednak do kierunku, który w Polsce najodważniej i najjaśniej formułuje ksiądz Stanisław Małkowski:

I. Zawierzenie Pośredniczce wszystkich Łask, Krucjata Różańcowa o poświecenie Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi, jak tego Maryja żądała w Fatimie - ale przez tego Papieża, Benedykta XVI. Bo Rosja i Polska mają już mało czasu. II. Krucjata Różańcowa za Ojczyznę - już 10 % biskupów w niej uczestniczy, teraz „wystarczy” zachęcić 10 % Narodu (no i pozostałe 90% biskupów) – III. Intronizacja Jezusa Króla Polski - tu opór biskupów jest jeszcze spory - ale oni też, jak politycy, są podatni na mocne żądania Narodu. Tę sprawę od kilkunastu lat prowadzi świetna grupa związana z ks. Tadeuszem Kiersztynem.

FYM: Dziękuję za rozmowę.

http://freeyourmind.salon24.pl/412847,w ... -dakowskim


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 30 kwi 2012, 19:51 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
MASKIROWKA W SMOLEŃSKU, A ZAMACH?

Od początku śledziłem pilnie wszelkie doniesienia o katastrofie smoleńskiej, utwierdzając się w przekonaniu o przeprowadzonym zamachu i dokonanej zbrodni. Po pewnym czasie zdałem sobie sprawę, że sądy wyrażane w dociekaniach śledczych pozaurzędowych, a przede wszystkim w trwającej na ten temat już prawie dwa lata, pełnej argumentów, dyskusji w Internecie, zaczęły się, polaryzować w dwu nurtach: nazwę je nurtem Antoniego Macierewicza i FYM-a.

Macierewicz opiera się przede wszystkim na analizie uzyskanej z ocalonych zapisów przyrządów pomiarowych Tupolewa. Z nieubłaganą logiką pragnie ukazać zaistniałą, wywołaną? katastrofę-zamach w jej przebiegu aż po dwie trzy sekundy przed uderzeniem samolotu o ziemię. Wszystko by się zgadzało, jeśli mieć pewność że przyrządy pomiarowe Tupolewa nie zostały zmienione, sfałszowane. Że zapisy nie zostały po katastrofie ustawione. Teza o podrzucaniu szczątków samolotu nie jest nowa. Czarne skrzynki należą do szczątków.

Macierewicz raczej nie uwzględnia dowodów przeciwnych. A nawet zdarzyło mu się podejrzewać „fymowców” o agenturalność! Wierzy w wartość wywodu opartego na aparaturze pomiarowej Tupolewa, i w analizie dzieli go już tylko kilka czy kilkanaście sekund od prawdy (dwa wstrząsy!). Ale czy zapisy pomiarowe, na których się opiera, są prawdziwe? Obrazowi po katastrofie Macierewicz się nie przygląda.

FYM ogranicza się do ukazania prostych spostrzeżeń z opisów, bez wniosków całościowych, bez polemiki z innymi nurtami. Ukazuje sprzeczności w widzeniu Siewiernego, jako miejsca katastrofy (pokaźna książka FYM’a „Czerwona strona księżyca”). Jest tu logika różnych spostrzeżeń i proste, prawie nie interpretowane cytaty o zdarzeniach, urastające do rangi dowodów. FYM nie tworzy logiki doprowadzonej aż do rozbicia się samolotu. Jest jak strażak, który nie widząc, co się pali, wnioskuje o tym z barwy płomienia.

Ta różnica między dwoma zasadniczymi wywodami uzasadniającymi zamach na polską delegację posiada pewne odniesienie do sposobu postrzegania Polaków. Od 1944 roku (choć i wcześniej) nasiliło się komunistyczne owijanie mentalności polskiej w wielowarstwowe kłamstwo polityczne i społeczne. Od Wschodu szło to fałszywe światło. Społeczeństwo wkuwało na pamięć fałszywą prawdę, że – jak to powiedział Józef Mackiewicz – czarne bywa białe, a białe to czerń. Reakcją na to była skłonność do wiary tylko w rzeczy bezpośrednio namacalne. Żąda się naiwnie naocznego świadka lub ostatecznego dokumentu…

A każdy świadek boi się śmierci. Na świadkach takich, nawet po latach, choćby znajdowali się pod ochroną na Zachodzie, wykonuje się egzekucje. Zaraz po ostatniej wojnie los Krawczenki, czy niedawny los Litwinienki, czy bliższy naszej historii a mniej znany los Iwana Kriwoziercewa (powieszony w Anglii) – ukazują kruchość życia współczesnego świadka zbrodni. A dokument? Pewne zamiary i rozkazy nie są dokumentowane na piśmie. Tylko utopijna wiara w wieczną niedostępność rozkazu katyńskiego przyczyniły się do powstania, a później obnażenia takiego rozkazu. Dziś niczego już nie ma na piśmie.

Społeczeństwo skłonne jest powątpiewać w dowody nie bezpośrednie, ale nie można z nich rezygnować. Na plaży bezludnej wyspy, gdzie na pewno były tylko dwie osoby, znaleziono ofiarę z nożem wbitym w plecy. Nie było świadków. Sędziowie nie wierzyli jednak w duchy. Wystarczyły okoliczności. Jednak ciała ofiar są zawsze konieczne, by mówić o zbrodni. Gdyby Tupolew prezydencki utonął w Bałtyku lub Morzu Czarnym, być może prawie wszystkie dowody pośrednie by zniknęły. Natomiast miejsce o sto metrów przed pasem na Siewiernym jest dostatecznie „rozległe”, by szukać na nim i z powodu niego innych dowodów. Mocnych poszlak fałszerstwa, a fałszerstw dokonuje od początku świata sprawca zbrodni, nigdy ofiara.

Nie wyrokuję, która droga prowadzi do prawdy. Jednak wszystkie spostrzeżenia pośrednie o zachowaniu się Tupolewa 154 M, mogą być uzależnione od sfałszowanych danych na rejestratorach lotu. Spostrzeżenia FYM-a są zawsze pośrednie, ale pewne. Nie ma tu żadnej kalkulacji, matematycznych wzorów. Nie ukazują agresora naciskającego brutalnie na orczyk samolotu i każde z osobna dowodowo znaczy niewiele, ale zebrane razem, są wymowne.

Chciałbym podobne spostrzeżenia, zauważone przeze mnie a najczęściej skopiowane za tekstami FYM-a, po krótce wymienić. Nie odbudowuję tylko chronologii ich ogłaszania. Są tu i fałsze, ale fałsz może być poszlaką zbrodni lub świadczyć o jej zacieraniu. Z tych spostrzeżeń wynika dla mnie nieodparte przekonanie, że polska delegacja z Prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele zginęła w zamachu. Dodam tylko, że na tej samotnej wysepce, gdzie dokonał się polski dramat, spostrzeżono tylko tubylców dwu sąsiadujących szczepów.

NIEKTÓRE ELEMENTY NIE PASUJĄCE DO SIEWIERNEGO:

(większość uwag opiera się na zdjęciach)

Brak od początku ścisłego określenia chwili rozbicia się samolotu, choć stało się to tuż, nieledwie „na oczach”, a nie w odległym masywie górskim. A obok była wieża kontrolna! To gdzie indziej niespotykane.

Brak kokpitu Tupolewa.

Brak odnalezienia w pobliżu rozbitego tupolewa rozrzuconych ponad dziewięćdziesięciu zwłok i w tym właśnie miejscu zidentyfikowanych przez świadków (kordon służb rosyjskich).

Brak zdjęć (rzutu ogólnego i wybranych ujęć) zwłok koło rozbitego Tupolewa.

Brak zdjęć bagażu rozrzuconego wokół rozbitego samolotu.

Brak dowodu na wyciągnięcie z wraku lub znalezienie obok – bagażu z poświadczoną własnością któregoś z pasażerów.

Brak szczątków stu dwudziestu metalowych foteli, ewentualnie z przymocowanym do fotela indywidualnym pasażerem.

Ten brak zwłok i bagażu jest sprzeczny z całkowitym rozbiciem samolotu na drobne szczątki, nic przecież nie mogło pozostać „wewnątrz”.

Niedopuszczenie przez Rosjan do filmowania zwłok i rozbitego samolotu (casus Wiśniewski).

Bezsensowne opowieści personelu „ratunkowego” (pielęgniarki), o natychmiastowym oglądzie dziewięćdziesięciu zwłok.

Późne (odległe o wiele godzin) „dawkowanie” wiadomości o odnalezionych zwłokach (np. Prezydenta Kaczyńskiego). Czyżby nie znajdowały się „na miejscu” – i upływał czas „dowiezienia”?

Świeżo ucięte kołki, którymi podparte były niektóre szczątki Tupolewa.

Na fotografowanych szczątkach samolotu czasem kontrast mocno przytłumionego koloru czerwonego i fragmentów „świeżej”, ostrej czerwieni.

Mocno „odleżały” wygląd niektórych części wraku.

Bardzo liczne ogólnikowe relacje zewnętrznych świadków o spostrzeżeniu samolotu spadającego tuż obok Siewiernego. Analogia: relacja niemieckiego dokumentu o Katyniu (1943) zawiera zeznanie kilku świadków, relacja komisji Burdenki – około sześćdziesięciu. Z kolei komisja Burdenki okazała kilka dokumentów znalezionych przy zwłokach oficerów, międzynarodowa komisja powołana przez Niemców – wiele tysięcy dokumentów.

Niewydanie wraku przez Rosjan to nie tylko możliwa obawa przed stwierdzeniem na nim jakichś elementów wybuchu (poza paliwem), ale także takich cech wraku, że nie mógł on pochodzić z egzemplarza polskiego Tupolewa.

Dodajmy jeszcze:

Zauważam u publicystów i internautów wiele magicznej wręcz wiary, że Tupolew musiał się rozbić na Siewiernym (Macierewicz). Zwalczanie spostrzeżeń FYM’a.

Znane jest z literatury przekonanie rosyjskich władz, że na ogół dawana jest wiara najbardziej nieprawdopodobnym ich twierdzeniom (Mackiewicz).

Brak logicznego myślenia strategicznego u oceniających katastrofę, co było (i jest obecne do dziś) np. w spojrzeniu na zamach gibraltarski na gen. Sikorskiego. Historycy potrzebują jakiegoś dokumentu -podkładki. To wiara bardzo „wschodnia” (w Rosji usiłuje się teraz dowieść, że oryginał rozkazu mordu katyńskiego (odtajniony przez Jelcyna), podpisany przez Stalina, członków biura politycznego i rządu, jest fałszywką.

Na tle tego magicznego otumanienia ożywiona działalność publicystycznych łajdaków, nawet wśród pisarzy.

A jeśli była to MASKIROWKA!? Jeśli wylądowali gdzieś dalej? Chyba nie na Jużnym! Gdzie by to mogło być? Gdzieś na odległość posiadanej benzyny w baku? Nie wiemy.

Ale na pewno nie na jakiejś pustyni. Jest jednak jeszcze jedna możliwość, jeśli działano RAZEM I W POROZUMIENIU… Maskirowka mogła przecież mieć na celu tylko to: stworzyć iluzję, że Tupolew wyleciał z Okęcia i rozbił się w Smoleńsku!...

Więc upozorowanie katastrofy, której nie było? Przecież nikt nie był dopuszczony na pozorne miejsce katastrofy. Mijały godziny nim zostały zidentyfikowane poszczególne zwłoki. Dosyć czasu, aby dostarczyć je z Warszawy. Zapadał zmrok. Jeszcze raz: nie ma zdjęć zwłok rozrzuconych wokół szczątków tupolewa. Dziewięćdziesiąt sześć – to jest niemało. Ani jednego zdjęcia!!! Choćby z odległości 20-30 metrów. Zwłoki mogły być dostarczane z Warszawy do przystanku Siewiernyj w Smoleńsku, a potem do Moskwy...

Jacek Trznadel

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=100


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 145 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7 ... 10  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /