Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 145 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5 ... 10  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 05 wrz 2011, 18:28 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Przypomnijmy sobie:

Jest 10.04.2010 r. Dwa sprzeczne komunikaty:
1. Kontrolerom na lotnisku samolot zniknął z radaru. To oznacza że, stracili z nim łączność i stracili jednocześnie wiedzę o jego położeniu.

2. Z wieży kontrolnej wybiega jeden z kontrolerów i wykrzykuje coś w rodzaju "co ja narobiłem".

W którym z punktów zawiera się prawda, lub tylko jakaś jej część?
A może p. 1 jest prawdziwy?
Wówczas sytuacja z punktu 2 byłaby odegraną sceną. Odegraną? Na czyje polecenie? Polecenie z Moskwy?
Przecież upadek stu tonowego samolotu w odległości ok. 1 km od lotniska to nie jest coś czego nie można nie zauważyć. Nawet we mgle. Na tylu ludzi obecnych na lotnisku zawsze znaleźli by się tacy, do których coś z katastrofy by dotarło.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 05 wrz 2011, 23:39 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3319
Aerolit napisał(a):
Przypomnijmy sobie:

Jest 10.04.2010 r. Dwa sprzeczne komunikaty:

Był też taki komunikat:

3."Gdzie oni się tu pchają...?"

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 05 wrz 2011, 23:55 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3319
Piloci byli zaskoczeni informacjami o pogodzie w Smoleńsku
2011-09-05,
opublikowane dziś dokumenty ujawniają całość rozmów załogi polskiego Tu-154M i kontrolerów z wieży. Z ujawnionych rozmów między pilotami wynika, że ci byli zaskoczeni informacjami o pogodzie w Smoleńsku. Stwierdzono również, że sposób kierowania podejściem i sprowadzeniem do lądowania przez grupę kierowania lotami mógł mieć wpływ na katastrofę.

MSWiA opublikowało w internecie protokół wraz z załącznikami, na podstawie którego powstał raport komisji Jerzego Millera, która badała okoliczności katastrofy smoleńskiej. Dokument zamieszczono na stronie resortu - http://www.mswia.gov.pl oraz komisji - http://www.komisja.smolensk.gov.pl. Ministerstwo nie ujawniło załącznika numer 7. zawierającego informacje o obrażeniach ofiar oraz fragmentów, które według Wojskowej Prokuratury Okręgowej mogły naruszać interes prowadzonego w sprawie katastrofy śledztwa.
Załoga nie otrzymała informacji o zachmurzeniu

- Sposób kierowania podejściem i sprowadzeniem do lądowania polskiego Tu-154M przez grupę kierowania lotami mógł mieć wpływ na katastrofę 10 kwietnia 2010 r. - wynika z upublicznionego protokołu.

Kierowanie samolotem na ścieżce zniżania i przekazywanie informacji o prawidłowej pozycji na podejściu do lądowania mogło utwierdzać załogę w przekonaniu, że znajduje się na nakazanej ścieżce zniżania i utrzymuje właściwe parametry lotu - napisano w załączniku dotyczącym kierowania lotami.

W dokumencie zwrócono m.in. uwagę, że kierownik lotów nakazał załodze samolotu Jak-40 zniżanie i zmianę kursu poza sektorem swojej odpowiedzialności. Nie określił też ani załodze Jaka, ani Tu-154M, rodzaju podejścia do lądowania.

Załogi polskich samolotów: Jaka i Tupolewa, ani rosyjskiego Iła-76 nie otrzymały od kierownika lotów informacji o zachmurzeniu oraz widzialności pionowej, choć była możliwość ich pomiaru. Kierownik nie żądał też od załóg samolotów potwierdzania wszystkich otrzymanych komend kierownika strefy lądowania aktualną wysokością lotu.

Komisja zwróciła uwagę, że kierownik lotów nie przerwał wykonania podejść przez załogę Iła-76, ani nie wystąpił do przełożonych z propozycją zamknięcia smoleńskiego lotniska, gdy warunki atmosferyczne osiągnęły wartości poniżej minimalnych lotniska. Zarówno załogom Jaka, jak i Iła, zbyt późno wydał też polecenie odejścia na drugi krąg.

Kierownik lotów nie reagował też na niewłaściwe prowadzenie korespondencji radiowej przez kierownika strefy lądowania, ani nie podejmował samodzielnie decyzji dotyczących kierowania lotami.

Z ujawnionych rozmów między pilotami wynika, że ci byli zaskoczeni informacjami o pogodzie w Smoleńsku.

Klich: Protokół bez sensacji. Analizy za tydzień

- Protokół został teraz opublikowany, bo takie są procedury. To formalny wymóg jaki ciążył na komisji badającej sprawę. Jednak nie będzie tu żadnej sensacji - tak w rozmowie z Gazeta.pl komentuje publikację protokołu Edmund Klich, były polski przedstawiciel akredytowany przy MAK. Tłumaczy, że nie spodziewa się, żeby tekst wniósł coś nowego do naszej wiedzy o katastrofie. Zapewnił też, że dokument będzie dokładnie zbadany przez ekspertów i pod koniec przyszłego tygodnia możemy spodziewać się bardziej szczegółowych ocen i komentarzy.

- W dokumentach zawarty jest przede wszystkim opis rozmów załogi. Na razie wynika z nich tylko tyle, były jakieś problemy z pogodną i że piloci mieli świadomość ciężaru zadania jakie na nich spoczywało. Ale nie sposób mówić tu o presji, którą ktoś mógł na nich wywierać - powiedział Edmund Klich.

Na 130 stronach mamy zapis pokładowego rejestratora MARS-BM z polskiego samolotu Tu-154M nr 101, a na 77 stronach - odpis korespondencji nagrany na magnetofon sygnowany jako "P-500" ze smoleńskiej wieży lotniska. Łącznie dokument ze stenogramami liczy 207 stron.

Ujawnienie pełnych stenogramów rozmów załogi to w opinii ekspertów z tej dziedziny, wydarzenie bez precedensu w historii badania katastrof w transporcie.

Z tej przyczyny już w zeszłym roku, po ujawnieniu przez polskie władze stenogramów z kokpitu, opracowanych w Rosji i dostarczonych polskiej komisji, strona rosyjska protestowała. Media spekulowały, że mogło to pogorszyć polsko-rosyjską współpracę w badaniu katastrofy, ale premier Donald Tusk zapewniał, że strona rosyjska była uprzedzona o tym, iż Polska ujawni te stenogramy i przyjęła to do wiadomości.

"To ważny dokument"

Protokół ma 71 stron, razem z załącznikami liczy ponad 1000 stron. Jak już wcześniej mówili PAP członkowie komisji jest on całkowicie spójny z raportem. Zawiera natomiast szczegółowe opisy działań polskich ekspertów, m.in. przeprowadzonych eksperymentów.

- To ważny dokument wynikający z procedur i przepisów, ale w sensie merytorycznym to jest ten sam materiał, oparty o te same wnioski. Jest tylko krótszy - tłumaczy reporterowi TOK FM szef MON Tomasz Siemoniak.

Nie ma w nim, podobnie jak w raporcie, nazwisk osób, które miały być odpowiedzialne za katastrofę (sugestie, że zawiera nazwiska pojawiały się w mediach jeszcze przed opublikowaniem raportu).

Opracowane przez Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji stenogramy nagrań rozmów załogi polskiego Tu-154M i kontrolerów z wieży na lotnisku w Smoleńsku z 10 kwietnia 2010 r. zawierają także nowe, nie odcyfrowane wcześniej wypowiedzi. Zawiera je załącznik nr 8.

Zobacz cały protokół komisji badającej katastrofę Tu-154 >>>
http://bi.gazeta.pl/im/7/10232/m10232537.pdf

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/ ... _154M.html

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 19 wrz 2011, 19:23 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
ZAMACH SMOLEŃSKI - WOKÓŁ HIPOTEZ

ZAMACH SMOLEŃSKI - WOKÓŁ HIPOTEZ

[Umieszczam tekst prof. Trznadla, bo On sam nie umieszcza, a analiza jest dla Polski bardzo ważna. Mirosław Dakowski]

...śledztwo polskie mogło mieć pełny dostęp do zwłok. Z tych własnych oględzin zwłok jednak zrezygnowano, sugerując świadomości publicznej magiczną całkowicie zasadę, że na terenie suwerennej Rzeczypospolitej - trumien otwierać nie wolno. Nie objaśniono tylko, że to magiczne zaklęcie zostało nadane z Kremla.

Jacek Trznadel, 18 września 2011,zmieniona i uzupełniona wersja artykułu z książki„Wokół zamachu smoleńskiego”,wyd. ANTYK, 2011

Podstawowego, i na pewno, niezbywalnego stwierdzenia, dotyczącego katastrofy smoleńskiej, nie znajduję w raporcie MAK, raporcie Millera,ale także nie ma go w Białej księdzeMacierewicza:

Dowodu, że rozbite fragmenty wraku Tupolewa na Siewiernym są na pewno częściami samolotu, który tego dnia rano wyleciał z delegacją prezydencką z Okęcia.

Brak więc w raportach istotnego, wstępnego dowodu - został przyjęty na wiarę. Ale tak nie można badać nawet kraksy samochodowej - bez dokładnego oglądu wraku samochodu i sekcji ofiar, a co dopiero katastrofy lotniczej. Brak więc autentyczności przedmiotowej śledztwa.

Bowiem w odniesieniu do Smoleńska niektórzy internetowi analitycy nie wykluczają, że zamach mógł zostać dokonany nie w tym miejscu. Że być może to, co znamy z Siewiernego, było tylko inscenizacją katastrofy, na tyle kontrolowaną, aby mogła przypominać katastrofę prawdziwą. Nazwano to „maskirowką”. Dodatkiem niejako do technicznych dokumentów i rozważań jest „film Koli” (1,24). Można tutaj pytać, czy film Koli nie byłby swoistym załącznikiem do raportu MAK, pełniącym może rolę „fałszywki”, dowodzącej, że Tupolew z polskimi pasażerami doleciał jednak do Siewiernego.

Hipotezę innego miejsca zamachu przedstawiano w Internecie jako „M2” (miejsce drugie), w przeciwieństwie do Siewiernego: „M1”(miejsce pierwsze). Najwięcej spostrzeżeń przedstawił chyba na ten temat bloger o nicku „FYM”. Niedawno jednak ten kierunek analizy „zaskarżono”, sugerując, że jest to podważanie osiągnięć i wyników badań komisji Macierewicza. Po tej wypowiedzi, jak się zdaje, ukazało się mniej not na temat hipotezy M2. Uważam jednak, że każda analiza zamachu smoleńskiego, jeśli relacjonuje fakty (niezależnie od hipotezy)może nam dostarczyć istotnych szczegółów, ważnych i dla innych hipotez. Nie ma więc powodu, aby z góry wyłączać hipotezę M2. Ile może zależeć od szczegółu, świadczy przykład złamanej czy raczej przeciętej brzozy. Uderzenie w nią skrzydłem Tupolewa miało zadecydować o rozbiciu się samolotu. A przecież ostatnio polscy badacze z kręgu NASA zakwestionowali możliwość utracenia skrzydła przez Tupolewa w zetknięciu z ową brzozą. Analiza „końcówki” lotu Tupolewa dotyczy właściwie tylko kilku sekund. Tego ułamka czasu, który dzieli lot Tupolewa na wysokości zaledwo dwudziestu metrów od roztrzaskania się na ziemi. Jak wiemy, hipotezy „końca” Tupolewa nie ograniczają się do roli złowrogiej brzozy. Wyrażane jest także przypuszczenie, że na tym najniższym pułapie w samolocie wybuchła zdalnie detonowana bomba lub z ziemi dosięgnięto Tupolewa pociskiem termobarycznym.

Ale nie tylko analiza wraku mogłaby nas przybliżyć do wyjaśnienia, co zadecydowało o ostatecznej katastrofie.

Drugim podstawowym elementem, obok wraku, może zresztą najważniejszym, a nie przebadanym wiarygodnie, były ciała ofiar.

Tutaj jednak śledztwo polskie mogło mieć pełny dostęp do zwłok. Z tych własnych oględzin zwłok jednak zrezygnowano, sugerując świadomości publicznej magiczną całkowicie zasadę, że na terenie suwerennej Rzeczypospolitej – trumien otwierać nie wolno. Nie objaśniono tylko, że to magiczne zaklęcie zostało nadane z Kremla. Ale wiarygodność wyjaśniania katastrofy - z pominięciem dwu najważniejszych dowodów rzeczowych - musiała w ostatecznym rachunku być wątpliwa. Bo do publicznej wiadomości podano tylko szereg mniej istotnych szczegółów.

Hipotezy zamachu.Jeśli został dokonany na Siewiernym, to wszystko musiałoby być gorączkową wręcz improwizacją, wyśrubowaną w mijającym krótkim czasie. Czy jednak decyzja o zamachu – mogła być taką improwizacją, dokonaną w ostatniej fazie lotu Tupolewa? Czy zainteresowanym służbom i zamachowcom przekazano by decyzję dokonania improwizowanej akcji? Zauważmy, że w każdej improwizacji trudno przewidzieć jej dokładne skutki. Czy wtedy, choćby z dużym wykorzystaniem wcześniej przygotowanych elementów, zamachowcy nie musieliby się liczyć także z pojawieniem się faktów przypadkowych, czy nawet – demaskujących?

Jednak ogromna część zwolenników hipotezy zamachu przyjmuje, że dokonano go na Siewiernym. Próbują więc analizować fakty i zdarzenia, także zaszłe już po rozbiciu się samolotu. Należy je badać, porównując to z przykładami innych katastrof lotniczych. Niektóre fakty zaobserwowane po tej „katastrofie” nie są łatwe do analizy. Zachodzi pytanie, czy te sytuacje trudne do interpretacji, mało wiarygodne w tej katastrofie – nie tłumaczyłyby się lepiej w perspektywie „innego miejsca” katastrofy (M2), przy jednoczesnej „maskirowce”, „inscenizacji” katastrofy na Siewiernym? A zapewne nie da się dobrze zbadać faktów „maskirowki”, wykluczając jej możliwość.

Zaskakujący po katastrofie jest brak osób rannych, osób, które przeżyły - a upadek Tupolewa nastąpił podobno z około 15 m. - Wiele osób powinno było znieść ten upadek; nie mógł on dawać przeciążenia podanego przez MAK „na wszelki wypadek, z sufitu” - jako100g - to niewiarygodne przy upadku z tej niewielkiej wysokości - czwartego czy piątego piętra. Jednocześnie dziwią natychmiastowe niemal uwagi służb rosyjskich, że „wsie pogibli”.

Zastanawia widok miejsca „katastrofy” i jej realia, tak jak ukazywały je pierwsze relacje i wczesny materiał zdjęciowy. Nie ma wielu realiów, których należałoby się spodziewać już od pierwszej chwili na miejscu „wypadku”. Nie widać ofiar, o czym mówią relacje bezpośrednich świadków polskich (ambasador Bahr). Brak porozrzucanych fragmentów bagażu. Brak także podstawowych elementów wyposażenia kabiny samolotu, np. foteli (a było ich ponad sto!).A przecież same ściany kabiny uległy rozsypce.

Budzi zdziwienie bardzo szybka akcja uprzątnięcia zwłok i umieszczenia ich w trumnach. To, co uważano za nonszalancję służb rosyjskich – brak opisu miejsca znalezienia poszczególnych zwłok i dokumentacji fotograficznej – mogło być efektem transportowania zwłok spoza Siewiernego i kordonu w „miejscu” wypadku, by nie pozwolić świadkom-intruzom na dekonspirujące spostrzeżenia. Na ujęciach z miejsca wypadku zauważamy dużą ilość trumien. Nie przypominam sobie trumien w żadnej relacji w konkretnym miejscu lotniczego wypadku. Normalnie przewozi się odpowiednio ochronione zwłoki, do zakładu anatomii patologicznej. Dopiero z tego miejsca, zbadane zwłoki przekłada się do trumien. I działo się tak w Moskwie. A to podwójne wkładanie do trumien – było może po to, aby żałobną grozą uwiarygodnić miejsce wypadku?…

Jak relacjonowano, niektóre ciała były pozbawione ubrania – fakty podobne opisywano przy upadkach z 9 000 czy 10 000 metrów. Nie ma ich przy skokach samobójczych z piątego piętra. Tak przecież można zmierzyć ostatnią wysokość Tupolewa nad Siewiernym (15-20 m). Od razu powstaje zresztą pytanie o inny powód, ogołacający niektóre ciała z ubrań (szalony podmuch, ciśnienie wybuchu bomby, jakiej mianowicie?).

Wystawianie przez lekarzy rosyjskich jednobrzmiących aktów zgonu. Po przewiezieniu do Polski całkowity zakaz otwierania trumien, a potem ekshumacji. Komisja Millera zdecydowanie powstrzymała się później od badania zwłok w Polsce, nie było ich jeszcze przeszło półtora roku po wypadku. Czy nie dlatego, że wyniki śledztwa mogłyby nie potwierdzać wszystkich zgonów z powodu upadku z 20 metrów? Nie polemizowano zresztą z tezą, że brak ekshumacji czyni śledztwo mało wiarygodnym.

Brak na miejscu katastrofy pewnych elementów charakterystycznych dla wypadków lotniczych. Wokół wraku nie ma śladów lotniczego paliwa (a Tupolew miał go jeszcze 11 ton!), brak wybuchu po uderzeniu samolotu w ziemię i odpowiedniej skali pożaru. Nie badano kokpitu Tupolewa (na ewentualnie zachowanej aparaturze kontrolnej w kokpicie najłatwiej byłoby stwierdzić autentyczność wraku). Nie ma elementów kokpitu w masie szczątków. Podobno kokpit istniał na pierwszych zdjęciach. Jeśli go usunięto, to mógł pochodzić z innej maszyny (wtedy łatwe byłoby stwierdzenie falsyfikatu).

Niezwyczajne, ogromne rozczłonkowanie i „rozrzut” elementów wraku samolotu wydaje się mało prawdopodobne przy upadku z tak niewielkiej wysokości. Na przykład zdjęcia wraku z Locerbie (upadek z 10 000m!) ukazują kabinę wprawdzie w trzech kawałkach, ale składających się na całość. Być może w ramach „maskirowki” umieszczenie w tym miejscu wielkich fragmentów korpusu samolotu przekraczało możliwości helikopterów, użytych do inscenizacji? Łatwiej także ukryć nieautentyczność wraku, gdy jest „rozproszkowany”.

Dopuszczając istnienie „maskirowki” na Siewiernym, należałoby pytać o właściwe miejsce zamachu, dokonanego być może bez katastrofy samolotu. Inaczej wtedy przebiegałaby „eliminacja” pasażerów i załogi samolotu. Ale nawet w odosobnionym miejscu, nie byłoby łatwo przygotować zwłoki, tak aby wyglądały jak szczątki „ofiar katastrofy”. Czy istnieli by osobnicy potrafiący zrealizować takie nieludzkie zadanie? W tej sprawie moja wyobraźnia wycofuje się…

Okazuje się, że łatwiej jest pisać o elementach technicznych zagłady, niż rozważać straszne możliwości osobistego działania samych morderców. Wobec wyobrażonej tu możliwości – wbicie się pilotowanym samolotem w wieżę na Manhattanie wydaje mi się o wiele prostsze do opisania… Wolałbym nawet pominąć takie rozważania…

http://dakowski.salon24.pl/344309,zamac ... ol-hipotez


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 19 wrz 2011, 19:31 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
W odpowiedzi na tekst prof. J. Trznadla

To prawdziwy zaszczyt dla mnie i tych wszystkich blogerów oraz komentatorów zajmujących się hipotezą dwóch miejsc, że prof. J. Trznadel zechciał odnieść się do niej w swoim tekście „Zamach smoleński – wokół hipotez”, zamieszczonym na blogu przez prof. M. Dakowskiego (http://dakowski.salon24.pl/344309,zamac ... ol-hipotez). Nawiązując do tego artykułu, pozwolę sobie zacytować kilka jego fragmentów i odnieść się w paru uwagach.

„Podstawowego, i na pewno, niezbywalnego stwierdzenia, dotyczącego katastrofy smoleńskiej, nie znajduję w raporcie MAK, raporcie Millera,ale także nie ma go w Białej księdze Macierewicza: Dowodu, że rozbite fragmenty wraku Tupolewa na Siewiernym są na pewno częściami samolotu, który tego dnia rano wyleciał z delegacją prezydencką z Okęcia. Brak więc w raportach istotnego, wstępnego dowodu - został przyjęty na wiarę. Ale tak nie można badać nawet kraksy samochodowej - bez dokładnego oglądu wraku samochodu i sekcji ofiar, a co dopiero katastrofy lotniczej. Brak więc autentyczności przedmiotowej śledztwa.”


I to jest jedna z kluczowych kwestii w śledztwie smoleńskim. Wrak, co wiemy aż za dobrze, nie został ani przez polską stronę zabezpieczony, ani dokładnie ofotografowany/sfilmowany na siewiernieńskim pobojowisku, ani przeniesiony do Polski, ani nawet pieczołowicie zbadany, zaś jego ruska „rekonstrukcja” dokonana na płycie lotniska to czysta kpina nie tylko z naszego kraju, ale i z jakiegokolwiek odtwarzania samolotu po lotniczym wypadku. Jak zatem bez dokładnego, starannego zbadania wraku można było przystąpić do ustalania przyczyn katastrofy? Jak bez zapisanego w jakikolwiek wizualny sposób (zdjęcia, filmy) przebiegu katastrofalnego zdarzenia można było odtwarzać to, co się stało? Tylko w taki sposób, że scenariusz tego zdarzenia miało się gotowy już przed przystąpieniem do badań, same zaś badania miały stanowić wyłącznie teatralny spektakl, po którym nastąpi „ogłoszenie przyczyn wypadku” przez neosowiecką „komisję badawczą” typu „MAK”. Doskonale zresztą pamiętamy, że już od pierwszych chwil „po wypadku” głoszono, jak do niego doszło, kto zawinił, a nawet, jakie czynniki (mgła, zawadzenie o drzewa, nieostrożność lub brawura polskiej załogi, pośpiech, niesłuchanie zaleceń o skierowanie się na zapasowe lotnisko itd.) są za „katastrofę” odpowiedzialne. Władze Polski, a z nimi promoskiewskie media natychmiast ruską narrację potraktowały jako jedynie obowiązującą i dalej już sprawy toczyły się dla zamachowców „gładko” - śledztwem zajął się osobiście car Putin, a nad Wisłą pokierowano nastrojami społecznymi w stronę żałoby, nie zaś dochodzenia prawdy o zamachu.


Wypadek po prostu był tak oczywisty, że tylko jakiś oszołom mógł przypuszczać cokolwiek innego (zresztą gorliwość, z jaką polska dziennikarska brać zaczęła lansować ruską wersję zdarzeń zdradzała, że w rzeczywistości 10-go Kwietnia musiało być zupełnie inaczej). Wypadek był jednak tak oczywisty, że z całkowitym zrozumieniem w promoskiewskich mediach przyjęto transport czerwonych trumien ruskimi gruzawikami na pobojowisko. Cóż bowiem innego można robić z ciałami po wypadku, jak nie „godnie pochować”? Badać ciała ofiar? Ale przecież to był tylko wypadek, co więc tu jeszcze badać? Dajmy spokój tragicznie zmarłym. Wypadek był tak oczywisty, że nawet wraku nie trzeba było jakoś szczególnie badać, bo – jak to lakonicznie ujął E. Klich – „walnęło-urwało”. Jeśli zaś ktoś sądziłby, że nie walnęło i nie urwało, to miałby schizofrenię bezobjawową, czyli (w terminologii neokomunistycznej) paranoję smoleńską. Bodajże J. Gugała w jakimś programie miał kiedyś wtrącić w dyskusji (tonem zdradzającym mówienie o jakiejś absolutnej herezji, o jakimś kompletnym obłędzie), że są ponoć tacy, co twierdzą, iż na Siewiernym w ogóle nie doszło do żadnej katastrofy. To dopiero, prawda? Z jednej strony lud oświecony, który wie, że doszło „po prostu do głupiego wypadku” (głupiego, bo z winy szarżujących pilotów poganianych przez zniecierpliwionych przełożonych), a z drugiej strony gdzieś w podziemiach jakieś podłe kreatury ośmielające się głosić, że (ruska) ziemia jest płaska.


Wracam jednak do tekstu prof. Trznadla: „Drugim podstawowym elementem, obok wraku, może zresztą najważniejszym, a nie przebadanym wiarygodnie, były ciała ofiar.” To jest chyba najbardziej zdumiewająca rzecz, do jakiej doszło po tragedii z 10-go Kwietnia. Gabinet ciemniaków, dysponując przeróżnymi jednostkami lotniczymi, nie tylko nie wysłał (na wieść o „wypadku”) na „miejsce zdarzenia” polskich ratowników (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... uacja.html), ale nawet specjalistów zajmujących się medycyną sądową, czyli ekspertów od identyfikacji ofiar katastrof, mimo że ci ostatni zgłaszali swoją gotowość do wylotu już w pierwszych godzinach po ogłoszeniu tragedii (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... dztwo.html). Ale przecież i na tym się nie skończyło, bo nawet nie zadbano o to, by polscy specjaliści wzięli udział w sekcjach zwłok i nie dopuszczono do tego, by takie sekcje przeprowadzić po przetransportowaniu ciał ofiar do Polski. Nasuwa się więc proste i podstawowe pytanie: dlaczego? Ano dlatego, że to był wypadek, więc „nie ma już co badać”. No dobrze, ale skąd wiadomo, że doszło do wypadku, skoro nie ma żadnego wizualnego materiału, skoro nie zbadano starannie wraku, skoro nie było słychać rumoru spadającego blisko stutonowego metalowego cielska?


Prof. Trznadel zwraca uwagę na jeszcze jedną ważną kwestię:


„Jeśli został dokonany na Siewiernym, to wszystko musiałoby być gorączkową wręcz improwizacją, wyśrubowaną w mijającym krótkim czasie. Czy jednak decyzja o zamachu – mogła być taką improwizacją, dokonaną w ostatniej fazie lotu Tupolewa? Czy zainteresowanym służbom i zamachowcom przekazano by decyzję dokonania improwizowanej akcji? Zauważmy, że w każdej improwizacji trudno przewidzieć jej dokładne skutki. Czy wtedy, choćby z dużym wykorzystaniem wcześniej przygotowanych elementów, zamachowcy nie musieliby się liczyć także z pojawieniem się faktów przypadkowych, czy nawet – demaskujących?”


Ja już odnosiłem się do hipotezy zamachu na Siewiernym, recenzując książkę L. Szymowskiego (http://freeyourmind.salon24.pl/304267,z ... siewiernym), ale tu, nie chcąc powtarzać tamtych kontrargumentów, chciałbym się odnieść wyłącznie do tego, co sugeruje prof. Trznadel. Otóż wydaje się właśnie niezwykle mało prawdopodobne, by dokonano zamachu na zasadzie kompletnej improwizacji, „porywu chwili” itd. To musiała być zbrojna akcja przygotowywana miesiącami i zapewniająca stuprocentowe powodzenie samym zamachowcom. Czy gdyby skierowano polską delegację na Siewiernyj i byłaby gęsta mgła, to czy istniałyby warunki do przeprowadzenia skutecznego zamachu? Tylko pozornie tak. Załoga mogłaby nie ryzykować nawet próbnego podejścia i co wtedy? Czy ktoś zmusiłby pilotów do zejścia na odległość „strzału pociskiem termobarycznym”? Załóżmy, że uszkodzono by stery i piloci utraciliby panowanie nad maszyną. Czy wtedy nie istniałaby szansa na jakiś manewr pozwalający awaryjnie wylądować z dala od „linii strzału”? Czy na pewno wszyscy by zginęli?


Wydaje się, że tylko przygotowanie zawczasu „miejsca katastrofy”, którego wygląd zrobiłby piorunujące wrażenie na przedstawicielach z Polski (znamy choćby relację M. Wierzchowskiego) i na dziennikarzach (oczywiście trzymanych na rozsądną odległość, by zbyt dokładnie nie pofotografowali), a przeprowadzenie zamachu w innym miejscu (np. na lotnisku „zapasowym” przeznaczonym do „przeczekania smoleńskiej mgły”) zapewniało zamachowcom stuprocentowe powodzenie.

http://freeyourmind.salon24.pl/344357,w ... j-trznadla


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 20 wrz 2011, 15:24 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Domodiedowo a Siewiernyj

Pismo mówi: szukajcie, a znajdziecie. Grzebiąc zatem w swoim archiwum w trakcie przygotowywania książki o tragedii z 10-go Kwietnia, znalazłem pierwowzór ruskiej dezy dotyczącej „wypadku” polskiego tupolewa na Siewiernym. Pierwowzór ten to zamieszczana przed rokiem w ruskich mediach (dziś niestety nie mogłem jej już znaleźć na ruskich stronach) wizualizacja katastrofy tupolewa 204 w okolicach lotniska Domodiedowo 22 marca 2010 r.

Obrazek

Obrazek


Podobieństwa w obu tych rysunkach (czyli w schematyzacji przebiegu obu zdarzeń) są wprost uderzające, można więc się zastanawiać, czy awaryjne lądowanie tu 204 w leśnym obszarze w odległości 1 kilometra od podmoskiewskiego lotniska nie był swoistą „próbą techniczną” (na pokładzie była tylko 8-osobowa załoga, nikt nie zginął, choć byli ranni), a więc katastrofą kontrolowaną i służącą późniejszemu przygotowaniu scenografii „miejsca wypadku” na Siewiernym.

P.S. Dla przypomnienia (materiały dot. katastrofy z 22-03-2010):
http://www.fakt.pl/Rosyjski-samolot-roz ... 393,1.html
http://www.vesti.ru/doc.html?id=348578 filmik dot. katastrofy (z doskonale nam znaną z 10-go Kwietnia ruską prezenterką)

http://www.vesti.ru/doc.html?id=349690&m=1&photo=1
http://ria.ru/photolents/20100322/215673445.html
http://ria.ru/video/20100322/215680213.html

http://freeyourmind.salon24.pl/344543,d ... siewiernyj


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 21 wrz 2011, 09:58 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Pożytki z listu prof. Trznadla

Prof. Jacek Trznadel jest zasłużonym dla Polskiej publicystyki sowietologiem, co ma skądinąd odwrotnie proporcjonalny wpływ na losy oficjalnego śledztwa smoleńskiego. Tak przynajmniej wynika z „faktu skorzystania” z wiedzy i doświadczenia prof. Trznadla przez premiera Donalda Tuska, ministra Boniego oraz tandemu Miller-Anodina. Dla prof. Trznadla, to nawet lepiej, gdyż ominęła go wątpliwa przyjemność współpracy z przedstawicielami gabinetu ciemniaków, nawet gdyby ten ostatni chciał w ogóle współpracować z ekspertami. 17 minionych miesięcy świadczy o tym, że Tusk i jego ekipa trzymają się blisko takich ludzi, którym zależy na zatuszowaniu prawdy lub są nieudacznikami „nie potrafiącymi” zrobić nawet porządnych zdjęć na miejscu pobojowiska.

Mam tutaj na myśli apel prof. Jacka Trznadla o powołanie międzynarodowej komisji, co w kilkanaście dni po katastrofie na Siewiernym odbiło się od zaryglowanych drzwi premierowej kancelarii. Wówczas, o ile mnie pamięć nie myli, premier nie wypowiedział się w ogóle, natomiast minister Michał Boni na łamach mediów w sposób dość ordynarny odpowiedział Trznadlowi, że żadna komisja nie jest potrzebna, bo rząd doskonale sobie sam radzi (niestety nie mogę znaleźć linku, ale na pewno wypowiedź Boniego była). Całość podsumował minister Arabski odpowiadając pisemnie na list – taką samą odpowiedź otrzymał „Ruch 10 kwietnia” (http://www.ruch10kwietnia.org/assets/PD ... dzKPRM.pdf).

Rola Michała Boniego we wprowadzeniu procedury faktycznego utajnienia postępowania na Siewiernym, polegającej na jego izolacji od gremiów międzynarodowych, a także, jak później mieliśmy się przekonać, izolacji od polskich ekspertów, którzy nie mieli lub nie chcieli mieć dostępu do najważniejszych dowodów warta jest wyjaśnienia. Zwłaszcza, że to Boni był inicjatorem wyprawy archeologów do Smoleńska, a także wszedł w skład „Międzyresortowego Zespółu ds. Koordynacji Działań Podejmowanych w Związku z Katastrofą” (http://cala-prawda-o-historii.blog.onet ... 07360837,n, http://pl.wikipedia.org/wiki/Katastrofa ... e%C5%84sku). Ciekawe jest również to, że Arabski oraz rząd nie miał rzekomo nic przeciw, żeby w badaniu przyczyn katastrofy wzięli udział zagraniczny eksperci. Jak wyszło wszyscy wiemy – dowody „badała” i do dzisiaj „bada” kamanda ruskich szympansów (by po raz kolejny użyć terminologii FYM-a).

W ostatnich dniach w kontekście wypadków smoleńskich znów zrobiło się głośno o prof. Trznadlu. Tym razem raczej w blogosferze niż w mediach, ale faktem jest, że blogosfera ma coraz większy pływ na śledztwo, co widać po próbach rozmów pomiędzy blogerami a komisją Macierewicza; w czym pośredniczą również eksperci i niezależni publicyści. O taki klub dyskusyjny powołał się do życia, którego boją się już nawet ważniacy z MON, bo czyszczą strony internetowe po każdym wpisie FYM-a (vide usunięcie virtualnej salonki ze strony 36 specpułku).

Najważniejsze dla blogerów jest jednak to, że prof. Trznadel godzi dwie niezależne narracje i explicite wyraża pogląd, iż z obydwu teorii na temat Smoleńska możemy wyciągnąć wymierną korzyść. Rzekomy konflikt pomiędzy teoriami 1M (Macierewicz), a 2M (FYM) jest wyłącznie doktrynalny, a nie merytoryczny. Puentując Trznadla można powiedzieć, że 1M zajmuje się wypadkami w Smoleńsku, a 2M – tymi poza nim (nawet jeśli 2M również zajmuje się Siewiernym). W dodatku nie widać żadnych oznak sporu Antoniego Macierewicza z blogerami, to raczej ci ostatni w osobach kilku nie do końca odpowiedzialnych za swoje słowa zadymiaczy próbują wywołać niekorzystny dla śledztwa i nieistniejący przecież konflikt:

„Hipotezę innego miejsca zamachu przedstawiano w Internecie jako „M2” (miejsce drugie), w przeciwieństwie do Siewiernego: „M1”(miejsce pierwsze). Najwięcej spostrzeżeń przedstawił chyba na ten temat bloger o nicku „FYM”. Niedawno jednak ten kierunek analizy „zaskarżono”, sugerując, że jest to podważanie osiągnięć i wyników badań komisji Macierewicza. Po tej wypowiedzi, jak się zdaje, ukazało się mniej not na temat hipotezy M2. Uważam jednak, że każda analiza zamachu smoleńskiego, jeśli relacjonuje fakty (niezależnie od hipotezy)może nam dostarczyć istotnych szczegółów, ważnych i dla innych hipotez.”

Głos uznanego polskiego sowietologa, co zostało już zauważone i skomentowane na S24, świadczy także o tym, że teoria 2M oraz cała niezależna blogosfera (nawet ta, która z 2M ma tyle wspólnego, że ją zna) jest coraz bardziej doceniana w środowisku naukowym. Najpierw mieliśmy prośbę prof. Biniendy o włączenie się do dyskusji na temat wyników jego eksperymentu z modelowaniem uderzenia samolotu w brzozę, co zostało zaprezentowanie właśnie na łamach blogosfery (przecież żaden WSI24, by tego nie pokazał). Teraz prof. Jacek Trznadel postanowił skomentować dorobek FYMa, co oznacza, że już go w jakimś stopniu przestudiował.

Słowem – coraz więcej poważnych głosów w dyskusji. To dobry prognostyk na przyszłość. Powinniśmy zrobić wszystko, aby Smoleńsk nie podzielił losów Katastrofy Gibraltarskiej.

http://tu154eu.salon24.pl/344631,pozytk ... f-trznadla


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 24 wrz 2011, 17:23 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Dziś chciałbym wam przekazać świadectwo, które mnie bardzo poruszyło.

Nie mogę powiedzieć za wiele bo mógłbym komuś zaszkodzić. Zresztą sam dla własnego bezpieczeństwa nie chciałem poznawać szczegółów takich jak personalia, itd. bo to są takie sytuacje kiedy po człowieku przechodzą przysłowiowe ciary. W czasie gdy w mediach narracja jest jaka jest, w czasie gdy fałsz miesza się z ordynarną manipulacją są ludzie, którzy naprawdę badają tę sprawę. Często bardzo młodzi. Często robiący rzeczy niebywałe. Zdobywający niesamowite dowody w przeróżny sposób (powiedziałbym, że niejedna siatka by się nie powstydziła). Ludzie żyjący w pewnym strachu o to czy ktoś nie zastuka o 4 nad ranem ale niezłomni. Palący dokumenty, niszczący twarde dyski, publikujący pod zmienionymi nazwiskami. Ludzie, którzy wiedzą, bo widzieli więcej. Zajrzeli w otchłań i poznali przerażającą prawdę, która ni jak nie potwierdza tego co próbuje się nam wmówić. Ludzie, którzy byli w Smoleńsku, którzy zdobyli dowody. Ludzie, którzy w tej katastrofie stracili bliskich swoich bliskich lub przyjaciół ale nie tylko. Czasem tacy, którzy sprawą zainteresowali się przypadkiem i wsiąkli bez reszty. Jest ich sporo. Jestem w szoku. Naprawdę. To jest absolutnie niesamowite co się dzieje poza głównym obiegiem. Nawet poza działalnością ludzi takich jak Macierewicz. Badanie dowodów, oglądanie się za siebie, ukrywanie lub zmiana tożsamości. Stykanie się z sytuacjami, w których Ci, którzy przed chwilą wymieniali się ze mną danymi giną w niewyjaśniony sposób. Konspiracja jak za generalnej guberni. Ale jest naprawdę siła w tych ludziach. Do dziś nie miałem pojęcia, że aż tak wielka. Co dziwne wielu starszych już się poddało. Już zwiesili głowy. Ale na ich miejsce weszli młodzi. Zdeterminowani i bezkompromisowi. Jeżeli będziemy kiedyś mieli wolną Polskę to ona będzie się opierać na takich właśnie ludziach. I nigdy już nie powiem, że młode pokolenie jest stracone. Jestem bardzo zbudowany tym czego się dzisiaj dowiedziałem. Prędzej czy później te fakty wyjdą. Nie ma siły.

Wkrótce wypłynie coś ważnego. Nie wiem czy jest to sprawa tygodni, miesięcy czy może lat ale wiem, że to wypłynie. Pewnie nie bez znaczenia jest to jaka będzie sytuacja polityczna po wyborach. Jednego jestem pewien. System choć szczelny nie kontroluje wszystkiego. Być może jestem paranoikiem ale nie mam ochoty pisać nic więcej. Po dzisiejszym dniu w dobitny sposób uświadomiłem sobie, że żyjemy na Białorusi (albo i gorzej). Żyjemy w kraju, w którym ludzie giną za prawdę, a Ci co nie dali się osaczyć lub zastraszyć muszą co chwilę oglądać się przez ramię. Taka jest Polska A. D. 2011. Kraj członkowski UE i NATO. To jest po prostu masakra. Dopóki to człowieka nie dotknie na gruncie realnym to sobie tego do końca nie uświadamia.

http://rebelya.pl/discussion/35910/pols ... ia/#Item_0


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 18 lis 2011, 17:49 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Tu-154 stracił skrzydło 26 m nad ziemią

Brzoza nie spowodowała wypadku prezydenckiego tupolewa, a ustalenia MAK nt. przyczyny katastrofy smoleńskiej są wbrew prawom fizyki – wynika z najnowszych badań utytułowanego pracownika NASA, prof. Wiesława Biniendy.

„Gazeta Polska Codziennie“ dotarła do niepublikowanych jeszcze najnowszych badań prof. Wiesława Biniendy. Ten pracujący dla NASA naukowiec, dziekan Wydziału Inżynierii Cywilnej Uniwersytetu w Akron, specjalista w zakresie wytrzymałości materiałów używanych w lotnictwie, członek zespołu badającego katastrofę promu kosmicznego Columbia, po raz kolejny podważył dotychczas jedyną oficjalną wersję wydarzeń z 10 kwietnia 2010 r., przedstawioną przez najwyższe organy zajmujące się tragedią smoleńską – Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK) i później komisja Jerzego Millera.

Fałszywe tezy MAK i Millera

Według badań prof. Biniendy teza o brzozie, która miała spowodować katastrofę prezydenckiego tupolewa, jest fałszywa. Profesor opracował matematyczny model skrzydła samolotu i brzozy, a następnie przeprowadził wiele symulacji za pomocą rygorystycznych badań komputerowych wykorzystujących prawa fizyki, aerodynamiki oraz prawa zachowania materiałów. Sprawdzał, co dzieje się z samolotem po uderzeniu skrzydła w drzewo. Uwzględniał różne możliwe kąty natarcia czy gęstości brzozy.

– Wynik był jednoznaczny. Samolot przecina brzozę, a skrzydło nie doznaje uszczerbku powierzchni nośnej – stwierdza jednoznacznie w rozmowie z „Codzienną“ prof. Binienda.

Już we wrześniu profesor udowodnił, że w momencie zderzenia samolotu z brzozą nie mogłoby dojść do oderwania fragmentu skrzydła jak sugeruje MAK.

– Według moich analiz stan skrzydła po zderzeniu z brzozą daje możliwość dalszego stabilnego lotu. Wnioski te zostały potwierdzone za pomocą wszystkich przeprowadzonych obliczeń. Przebieg wypadków sugerowany przez MAK i komisje Millera nie mógł mieć miejsca – ocenia prof. Binienda.

Ekspert NASA przeprowadził dalsze badania aerodynamiczne. Cel – ustalenie, czy jeśli faktycznie w jakiś sposób zawiniła brzoza, skrzydło mogło dolecieć 111 m dalej i upaść w miejscu, gdzie je znaleziono. I znowu wyniki badań jednoznacznie zaprzeczają oficjalnym raportom, jakoby urwane skrzydło mogło spaść w odległości 111 m od brzozy.

– Gdyby fragment skrzydła faktycznie oderwał się przy uderzeniu w drzewo z prędkością 80 m/s, to nie mógłby dolecieć 111 m dalej, a samolot uderzyłby w ziemię z prędkością 100 km/h, zaledwie 12 m za brzozą – tłumaczy profesor.

Jeżeli faktem jest, że fragment skrzydła został znaleziony w odległości 111 m od brzozy, to należy sprawdzić, na jakiej wysokości i w jakiej odległości od miejsca znalezienia musiał się ten fragment oderwać od skrzydła, żeby upaść tam, gdzie je znaleziono. – Wyniki badań wyraźnie pokazują, że oderwanie skrzydła musiało nastąpić 70 m za brzozą na wysokości co najmniej 26 m od ziemi, podczas gdy trajektoria sugerowana przez MAK sugeruje, że w przestrzeni pomiędzy brzozą a miejscem znalezienia kawałka skrzydła samolot leciał na wysokości nie większej niż 6,5 m – mówi profesor.

Boją się badań

Według niego, zakładajac, że fragment odrywa się na wysokości 6,5 m nad ziemią, jak sugeruje MAK, nie jest możliwe, aby taki fragment urwany z lewego skrzydła mógł się znaleźć po prawej stronie osi samolotu. Badania pokazują, że w pierwszym etapie lotu fragment urwanego skrzydła gwałtownie opada do ziemi. Aby ruch na prawo był możliwy, fragment ten musi oderwać się na wysokości co najmniej 26 m. Według prof. Biniendy ostateczna pozycja, gdzie nastąpiło urwanie skrzydła, znajduje się 70 m od brzozy na wysokości 26 m. Brzoza nie miała nic wspólnego z rozpadem samolotu.

Całość artykułu w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"

http://niezalezna.pl/19151-tu-154-strac ... nad-ziemia

Ten wyliczony przez ekspertów fakt, ma moc świadczenia o tym co zaszło 10.04.2010 r. w Smoleńsku.
Nie będę się upierał przy tezie tego wątku, choć przyznam, że jest ona dla mnie nawet bardziej możliwa niż zamach z użyciem ładunku wybuchowego.
Fakt, że umiejscowienie skrzydła w stosunku do trajektorii lotu i w stosunku do innych elementów rozbitego samolotu nie odpowiada logice wyliczeń i raczej jest niewytłumaczalne, może świadczyć o tym, że nie była to katastrofa, ani że nie był to zamach, a jedynie prymitywna nie poparta logiką fizyki, inscenizacja katastrofy.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 28 lis 2011, 19:12 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
W poszukiwaniu źródła jednej informacji

Wszyscy pamiętamy zarówno (nakręcony bodaj rok po tragedii) film „Poranek” opowiadający o mrożącej krew w żyłach szamotaninie ludzi rządowej telewizji zastanawiających się, jak opowiedzieć Zdarzenie i mamy też w pamięci tę chwilę, jak J. Kuźniar po rozmowie z J. Mrozem (przez przełączony na głośne mówienie telefon) oraz z kolegami z „zaplecza”, wchodzi na antenę z newsem tej treści:


„Mamy informacje bardzo ogólne o tym, że były jakieś kłopoty z lądowaniem prezydenckiego samolotu jak-40 na lotnisku w Smoleńsku (którym lotnisku? – przyp. F.Y.M.). Polska delegacja wspólnie z osobami, które z p. Prezydentem leciały do Lasu Katyńskiego na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej – wyleciały z Polski o godz. 6.50. Kilka minut temu (w stosunku do 9.19 – przyp. F.Y.M.) te nieoficjalne informacje o tym, że były jakieś problemy z lądowaniem tej prezydenckiej maszyny do nas dotarły. Próbujemy zebrać jak najwięcej jak najbardziej potwierdzonych informacji, tak żeby nie przekręcić niczego (…). Wg tego oficjalnego rozporządzenia to był jak-40” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... ozbia.html).


Jest to pierwsza wiadomość (rządowej telewizji) o tragedii. Wprawdzie Polsat był szybszy, jeśli chodzi o przekaz, jak jednak wiemy, W. Bater był aż tak szybki, iż wiedział o „nieszczęściu”, jak się wtedy wyraził, zanim doszło do „katastrofy”, więc dopóki nie zostanie dokładnie przesłuchany przez Zespół smoleński, to niewiele więcej będziemy mogli o jego nadprzyrodzonej wiedzy podyskutować (podobną nadprzyrodzoną wiedzą wykazał się ten ruski „dziennikarz” w studiu TVN24: „Pan Władimir”, który od razu zaczął mówić o tupolewie, gdy Kuźniar wałkował jeszcze temat „prezydenckiego jaka-40”).


Wracamy zatem na korytarze rządowej telewizji (10 Kwietnia). Kuźniar, na którego barki spadło przekazanie „Polsce i światu” tego „pierwszego newsa”, w dokumencie „Poranek” (jestem pewien, że za czyjąś dobrą, życzliwą radą) opowiada nam bajkę o tym, jak to go wtedy rano zmyliła oficjalna rozpiska, jak to sobie źle spojrzał i się zafiksował przez chwilę na przekręconych danych. Jest to oczywiście wierutne kłamstwo. Jak bowiem z filmu „Poranek” wynika, pierwsze informacje ze Smoleńska dotarły do rządowej telewizji tuż po 8.50 (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... ecret.html) – było więc pół godziny (licząc do 9.19 i wejścia Kuźniara na antenę) na dokładne sprawdzenie wszystkiego w „niesmoleńskim” (Mróz) czy „niekatyńskim” (R. Poniatowski) źródle i uzyskanie wiedzy o tym, o jaki samolot może chodzić. Pół godziny dla dziennikarzy to wieczność – można przez ten czas wszystkiego, co najistotniejsze, się dowiedzieć.


Kuźniar ze swymi kolegami z rządowej telewizji kłamią, bo mają polecone osłaniać to właśnie źródło informacji (czy to był ktoś z Okęcia, czy ktoś z 36 splt, czy ktoś zaufany z MSZ, czy może ktoś ze specsłużb – na razie trudno ocenić, choć smród wskazywałby na to ostatnie). Taka freudowska pomyłka z „jakiem prezydenckim” byłaby możliwa, gdyby Kuźniar dostał newsa minutę wcześniej, od razu wszedł na antenę bez konsultacji z kimkolwiek z wydawców oraz innych dziennikarzy, i gdyby nie rozmowy wcześniejsze z Mrozem, który przecież „jedynym”, co wedle oficjalnej moskiewsko-warszawskiej narracji, leciał oprócz „prezydenckiego tupolewa”, jakiem-40 przybył do Smoleńska. Nikt w redakcji nie spytał Mroza: „no a ty, Mróz, czym tam się dostałeś – lotnią czy może paralotnią? A może przyjechałeś autem? Gdzieście lądowali? Jak to było?” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... uznyj.html) Nikt z Mrozem nie rozmawiał o tym, jak to było na Okęciu oraz jak było po przylocie do Smoleńska? Przez pół godziny?


Kuźniar kłamie w żywe oczy, bo przecież info właśnie o jaku-40 konsultuje tuż przed wejściem na antenę ze swymi kolegami. Oczywiście w dokumentalnym filmie widzimy tylko to, co nam rządowa telewizja chce pokazać, nie zaś to, co się faktycznie w jej murach w ciągu tych ok. 30 minut do „ogłoszenia wiadomości o prezydenckim jaku-40” działo. Nie ma żadnych zarejestrowanych rozmów z oficjalnymi instytucjami, tak jakby rutyną dziennikarską nie było właśnie sprawdzanie tam, tj. w takich instytucjach, tego, co wyniuchali reporterzy. Kuźniar nie tylko pokazuje na „rozpiskę”, ale też mówi do kolegów o Prezydencie: „przecież ostatnio leciał jakiem” - co ma (w dokumencie „Poranek”) stanowić koronny dowód jego zafiksowania, tymczasem cała redakcja porannego wydania programu rządowej telewizji chwilę temu nasłuchiwała rozmowy z Mrozem, który, jak wspomniałem, właśnie „jedynym” jakiem poleciał. (W TVP Info, nawiasem mówiąc, gdzie jeszcze o 9.40 widnieje na pasku info o jaku40 por. http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... d-940.html, będzie kilkanaście minut później cyrk innego typu: podczas rozmowy na antenie z jednym z dziennikarzy W. Cegielskim, prowadzący program będzie przedstawiał Cegielskiego, jako tego, który był na pokładzie „tego samolotu”, mając już na myśli „prezydenckiego tupolewa” http://freeyourmind.salon24.pl/318082,w ... nan-bahra; to już po korekcie P. Paszkowskiego, która zostanie w czasie rozmowy z Kuźniarem wprowadzona niedługo przed 9.30). Nikt Kuźniarowi nie mówi: „stary, nie żaden jak-40, przecież Mróz tym jakiem-40 przyleciał”, a przecież Kuźniar wchodzi na antenę z najważniejszą wiadomością dnia!


Kuźniar zresztą wcale nie wycofuje się z tej powtarzanej po wielokroć informacji (przecież nie był nieprzytomny ani pijany), lecz drąży temat choćby z siedzącym w studiu W. Olejniczakiem. Niedługo potem zaś (9.34), kiedy udaje się nawiązać połączenie z Paszkowskim, transmitowane już na antenie, pada to słynne pytanie Kuźniara: „Były dwie maszyny, która się rozbiła? (…) który samolot – jak-40 czy tupolew?” (i nie może on mieć na myśli „dziennikarskiego jaka-40”, skoro parokrotnie rozmawiali telefonicznie z Mrozem, a ten wszak nie opowiadał o katastrofie samolotu z dziennikarzami) i wtedy Paszkowski koryguje.


Pa: „Nie. To jest tupolew. Tu 154m.”
K: „Tym, którym leciała Para Prezydencka i jej goście, tak?”
Pa: „Niestety tak.”
K: „A skąd... (informacja o jaku-40? - przyp. F.Y.M.)”
Pa (ciągnie swój wątek, jakby znowu nie słyszał, choć przecież to tenże sam Paszkowski podawał niedawno sprawdzoną informację o prezydenckim jaku-40!): „...Niestety tak, ale w tej chwili na bieżąco spływają informacje. No, samolot uległ bardzo znaczącemu zniszczeniu. Zapalił się po rozbiciu... (skąd gość wie, o jaki samolot teraz chodzi i co się naprawdę z tymże samolotem dzieje, skoro gościa nie ma na lotnisku, skoro jeszcze niedawno twierdził coś zupełnie innego o innym samolocie i skoro na Siewiernym nie ma żadnej akcji wydobywania pasażerów? - przyp. F.Y.M. - skąd ma te bieżące informacje?). Akcja gaszenia dobiegła końca, natomiast, no, w tej chwili, tak jak mówię, ekipy przystąpiły do próby wydobycia pasażerów z tego bardzo zniszczonego samolotu (...)”


Ale przecież ten sam Kuźniar parę minut wcześniej mówi wyraźnie (na antenie): „Informacja sprzed kilku sekund dosłownie (9.25 – przyp. F.Y.M.). Rzecznik MSZ Piotr Paszkowski potwierdza w rozmowie z TVN24, że wg wstępnych informacji prezydencki samolot jak-40, którym prezydencka para, prezydencka delegacja leciała (…) rozbił się, podchodząc do lądowania niedaleko wojskowego lotniska w Smoleńsku. (…) Maszyna rozbiła się niedaleko lotniska w Smoleńsku. Zapaliła się i została ugaszona. Tak informuje rzecznik MSZ (…), Reuters (…) powołując się na przedstawiciela lotniska wojskowego w Smoleńsku, informuje, że samolot się rozbił. To kolejne potwierdzenie tej nieprawdopodobnej, niewiarygodnej wiadomości. Mamy 2 źródła: Reuter i rzecznik MSZ-u. Prezydencki jak-40 rozbił się niedaleko wojskowego lotniska, na lotnisku w Smoleńsku.”


Wychodziłoby więc na to, że rządowa telewizja miała od kogoś newsa o „prezydenckim jaku-40”, a w rozmowie z Paszkowskim (nie zarejestrowanej) tego newsa potwierdziła. Kto i kiedy przekazał rządowej telewizji takiego newsa: „Przypomnę państwu informację sprzed chwili (…), która dotarła do nas ok. godz. 9-tej, ale nie było oficjalnego „tak, potwierdzam” - teraz już wiemy: rządowy jak-40 z prezydencką parą, z gośćmi pary prezydenckiej, rozbił się niedaleko Smoleńska”? Zwłaszcza że Kuźniar przyznaje tak z głupia frant o godz. 9.33 w rozmowie z gośćmi w studiu, że mieli „mnóstwo niesprawdzonych, nieoficjalnych informacji o tym, że coś złego stało się niedaleko lotniska w Smoleńsku”. Mnóstwo? W filmie „Poranek” raptem pokazują tylko dwie – od będącego na lotnisku Mroza (8.51) i od Poniatowskiego (którego informuje jakiś życzliwy Rusek w Katyniu) (8.53) (http://freeyourmind.salon24.pl/323106,s ... wisniewski). Gdzie się pozostałe podziały?


(Mróz we wspomnianym dokumentalnym filmie opowiada jakoby dowiedział się od dyplomatów na lotnisku,że samolot „zniknął z radarów i prawdopodobnie się rozbił” - co jest kolejnym dowodem na to, że nie było słychać żadnej katastrofy. Nie mówią mu, że samolot spadł i taki był huk, jakby się rozbił, ale że zniknął i prawdodpodobnie...)


http://MMariola.salon24.pl/322629,10-04 ... nt_4650014
http://freeyourmind.salon24.pl/311503,m ... ca-glowami
http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... amery.html
http://freeyourmind.salon24.pl/346931,w ... a-i-innych
http://freeyourmind.salon24.pl/296019,ukladanka (relacja Cegielskiego)
http://www.fakt.pl/K-wa-Co-teraz-ze-mna ... 696,1.html

http://freeyourmind.salon24.pl/368296,w ... informacji


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 01 gru 2011, 17:36 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Krótka historia pewnego "wypadku"

Zacznijmy od pewnego (niezbędnego dla naszych rozważań) eksperymentu myślowego – przyjmijmy założenie, iż w jakimś kraju, nazwijmy go skrótowo R, doszło do lotniczego wypadku z udziałem najwyższej państwowej delegacji, członków sztabu generalnego oraz wielu znamienitych urzędników państwa P, poniekąd sąsiadującego z państwem R. Co w takiej sytuacji władze państwa P bezzwłocznie (mam na myśli pierwsze minuty i godziny) robią? 1) Wysyłają natychmiastową pomoc na miejsce wypadku, 2) wysyłają medyków sądowych, 3) wysyłają wojsko i żandarmerię wojskową (lub inne służby mundurowe) do zabezpieczenia miejsca wypadku, 4) wysyłają specsłużby w celu dodatkowego oglądu sytuacji, 5) wysyłają prokuratorów i techników kryminalistyki (m.in. w celu sporządzenia na miejscu dokładnej dokumentacji zdarzenia), 6) wysyłają przedstawicieli mediów, 7) wysyłają ministrów i szefa rządu, by dokonali oględzin sytuacji oraz wydali na miejscu dodatkowe dyspozycje oraz by spotkali się z władzami kraju R, 8) powołują równocześnie z powyższymi czynnościami sztab kryzysowy, 9) organizują konferencję prasową przedstawiając krytyczną sytuację i dokonując jej wstępnej oceny, 10) informują sojuszników o zdarzeniu i konsultują z sojusznikami dalsze działania, 11) proszą instytucje międzynarodowe o pomoc (logistyczną, specjalistyczną itp.), 12) wszczynają własne śledztwo w sprawie przyczyn wypadku, 13) dokonują kompleksowej kontroli w tych wszystkich instytucjach, które odpowiadały za przelot delegacji (z tymczasowymi zatrzymaniami osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo delegacji), 14) obszernie i dokładnie informują obywateli o tym, co się dzieje na miejscu zdarzenia (po przybyciu wyspecjalizowanych ekip), 15) domagają się pełnej informacji o przebiegu zdarzenia oraz o pracy instytucji związanych z przyjęciem delegacji w państwie R – od władz państwa R, 16) zabezpieczają miejsce wypadku, nie dopuszczając do jakichkolwiek zmian w rozkładzie szczątków, 17) dokonują precyzyjnych oględzin i sporządzają precyzyjną, wszechstronną dokumentację, 18) szczególnie dokumentują wygląd i stan ciał ofiar wypadku, 19) dokonują wielokrotnego oblotu nad miejscem wypadku, sporządzając dodatkową filmową i zdjęciową dokumentację, 20) przystępują do wydobycia ciał ofiar oraz ich przetransportowania na badania medyczno-sądowe w kraju P, 21) ogradzają teren i przystępują do specjalistycznych badań na miejscu wypadku.


W przypadku 10 Kwietnia 2010 żaden z tych punktów nie został w pierwszych minutach ani godzinach od ogłoszenia „wypadku” przez polskie władze zrealizowany. Poczynając od pierwszych dwóch punktów (http://freeyourmind.salon24.pl/314848,ewakuacja), (http://freeyourmind.salon24.pl/292769,n ... c-sledztwo), poprzez wszystkie następne. ŻADEN, podkreślam. Spróbujmy sobie teraz odpowiedzieć, dlaczego.


Próba (1) wyjaśnienia: Ruskie władze to idioci, polskie władze to barany. Jest to wyjaśnienie tłumaczące wiele, mimo to jednak w każdym państwie istnieją stosowne procedury, które należy realizować (zwłaszcza w takich sytuacjach jak wypadki z dużą ilością osób). Nie we wszystkich instytucjach ponadto pracują idioci lub barany (gdyby bowiem tak było, instytucje te byłyby zupełnie dysfunkcjonalne), w związku z tym nierealizowanie określonych punktów świadczyć może wyłącznie o jednym: o celowym zaniechaniu, o celowym wstrzymywaniu takich a nie innych działań. Nie wysłano natychmiastowej pomocy, nie wysłano bezzwłocznie specjalistów medycyny sądowej, prokuratorów, kryminalistyków etc., nie zabezpieczono miejsca, nie sporządzono odpowiedniej dokumentacji, nie urządzono konferencji prasowej, nie zwrócono się o pomoc do sojuszników itd. NIE zrobiono tego – jest więc takie działanie zupełnie celowe, świadome i jak najbardziej przemyślane. Niewdrażanie bowiem określonych procedur wymaga podjęcia decyzji wstrzymującej uruchamianie tychże procedur w określonych instytucjach, służbach i środowiskach. Jeśli zdarzy się kolizja na szosie, a po informacji o tym pogotowie nie wysyła ambulansu, to znaczy, że ktoś podjął decyzję o nieudzielaniu pomocy poszkodowanym.


Próba (2) wyjaśnienia akapitu powyżej: nie było to celowe zaniechanie, tylko trzeba się liczyć z tym, że ruskie władze to idioci, a polskie władze to barany. Jest to znowu wyjaśnienie (na wyższym piętrze) wiele tłumaczące, jednakże 1) były już sytuacje, w których wysyłano za granicę pomoc organizowaną przez polskie służby wojskowe i cywilne, 2) nie można być idiotą/baranem, by wydać specjalistyczne dyspozycje blokujące te procedury, które w sytuacjach wypadkowych stosowane są „automatycznie” (jest informacja o wypadku – natychmiast organizowana jest pomoc i zabezpieczenie miejsca) i 3) do zablokowania specjalistycznych procedur trzeba 3.1 wiedzieć, jakie procedury należy zablokować, 3.2 wiedzieć, jak je zablokować, 3.3 wiedzieć, w którym momencie je zablokować, by nie ruszyła praca danej służby/instytucji, 3.4 mieć powód do zastosowania takiej blokady.


Skoro zatem te powyższe próby wyjaśnienia generalnego niezrealizowania przez polskie władze tych wymienionych na początku przeze mnie 21 punktów (w pierwszych godzinach „po wypadku lotniczym na smoleńskim lotnisku Siewiernyj”) zawiodły, to możemy chyba postawić tezę, że uznanie, iż ruskie władze to idioci, a polskie władze to barany, za niewystarczające i zapewne błędne. Podejdźmy do sprawy wypadku od innej zupełnie strony.


Próba (3) wyjaśnienia: zaszedł wypadek taki, że pomoc właściwie nie była już potrzebna. Jakkolwiek absurdalnie by to wyjaśnienie nie brzmiało, takie poniekąd słyszeliśmy „uzasadnienia” pewnych WSTRZYMYWANYCH działań. Przykładowo: ruscy milicjanci nie wzywali karetek, bo „nie było kogo ratować” lub też „nikt nie miał prawa przeżyć”. Natomiast polscy dyplomaci (czy to obecni wśród oczekujących na lotnisku, czy to przybyli potem) nie wzywali pomocy z kraju, bo także „nie było kogo ratować” lub też „nikt nie miał prawa przeżyć”.


W tym kontekście można sobie postawić pytanie: czy gdyby gdziekolwiek na świecie doszło do podobnego wypadku, to pierwszą myślą osób dowiadujących się o nim i zmierzających na miejsce wypadku, byłoby: „NIE należy wysyłać pomocy”? Nawet, jak się rozbija samolot w górach lub spada do oceanu, a więc szanse na przetrwanie kogokolwiek z pasażerów są znikome, to pierwsze, co się robi, to się wysyła ekipy poszukiwawczo-ratownicze, a nie NIE wysyła.


Przy osobach tej rangi jak uczestnicy prezydenckiej delegacji zmierzającej 10 Kwietnia do Katynia, pomoc, o jakiej mówimy, musiała być wysłana na wieść o wypadku. Nie wracając znowu do wyjaśnienia a la: ruskie władze to idioci, a polskie władze to barany – znowu uzyskujemy wniosek o postaci: ktoś realizację stosownych poszukiwawczo-ratowniczych procedur musiał wstrzymać. Nie ma innego wyjaśnienia. Jeśliby ktoś chciał naprędce sklecić „alibi” dla rządu Tuska takie, że ci ludzie po prostu wpadli w panikę – to taki pseudoargument można zbić w następujący sposób: jeśli gabinet ciemniaków „wpadłby w panikę” i intelektualno-decyzyjny stupor, to należałoby się zwrócić o natychmiastową pomoc instytucji międzynarodowych (natowskich i unijnych) wprawionych w akcjach humanitarnych na o wiele większą nawet skalę niż sytuacja po lotniczym wypadku z udziałem ok. 100 osób. Tego też nie uczyniono, przeciwnie, zdecydowano o niezwracaniu się o pomoc Zachodu, więc panika nie mogła być aż tak „paraliżująca” ruchy.


Próba (4) wyjaśnienia. Załóżmy, że (zgodnie z próbą wyjaśnienia 3) ów wypadek miał taki przebieg, że w ciągu ułamków sekund 96 osób zginęło i żadnej pomocy już nie dałoby się udzielić, nawet gdyby przybyła na czas. Załóżmy, że wiemy na 100%, iż „nikt nie przeżył” (abstrahujemy więc od tego, kto mógłby taki miarodajny werdykt w tak skomplikowanej sytuacji wydać – ale na pewno nie ruski milicjant). Czy pozostałe punkty z tych 21 na początku wymienionych tracą cokolwiek na konieczności ich wykonania? Czy przestają być aktualne? Wprost przeciwnie, ponieważ tym pilniejsze wydaje się wysłanie całej masy specjalistów, do zabezpieczenia miejsca oraz niezwykle dokładnego zbadania wszystkich okoliczności takiej niesamowitej tragedii. Ostatnimi rzeczami, które należałoby zrobić, to byłoby pozostawienie sytuacji na łasce i niełasce ruskich władz, niezabezpieczanie miejsca, niewysłanie specjalistów, niedopilnowanie tego, co się dzieje z ciałami, ze szczątkami itd. A przecież tak się właśnie stało 10 Kwietnia: powtarzam, żaden z 21 punktów, nawet w sytuacji „katastrofy, której nikt nie przeżył”, nie został zrealizowany. Nie wracając więc już do „wyjaśnienia” typu idioci-barany, mamy kolejny wyrazisty dowód WSTRZYMANIA całego szeregu (działających z automatu w sytuacjach krytycznych) procedur.


Spróbujmy zatem podejść do sprawy od jeszcze innej strony. Na zdrowy bowiem rozum można sobie zadać teraz takie pytanie: no to dlaczego do diabła, skoro to był lotniczy wypadek z udziałem blisko stuosobowej delegacji tak wysokiego szczebla, nie doszło do wdrożenia tak wielu niezbędnych procedur? Dlaczego zostały one wstrzymane, mimo grozy i powagi sytuacji? Dlaczego dopuszczono do tego, by nie dokonano obowiązkowych w takich właśnie okolicznościach, czynności? Dlaczego natychmiast nie wysłano kompleksowej pomocy i przeróżnych specjalistów, nie zabezpieczono miejsca i nie sporządzono wszechstronnej, stosownej dokumentacji? Dlaczego nie doprowadzono nawet do tego, by Ruscy nie ruszali nic na „miejscu wypadku”, a już szczególnie ciał ofiar oraz sprzętu znajdującego się w samolocie, takiego jak rejestratory parametrów oraz rozmów w kokpicie?


Pomijamy „wyjaśnienie”: idioci-barany i szukamy innego. Próba (5) wyjaśnienia i zarazem odpowiedzi na powyższe pytania:na smoleńskim Siewiernym doszło do zamachu, a nie do wypadku. Obie strony, tj. ruskie władze oraz polskie doskonale o tym wiedzą, a skoro te ostatnie nie wszczynają alarmu (nie stawiają polskich wojsk w stan pogotowia, nie interweniują w Sojuszu Północnoatlantyckim), to znaczy, że jakiś współudział w tym zamachu mają. Przyjmując taki punkt widzenia, zakładamy, żew zbrodni brały udział (przynajmniej) dwie z wymienionych wyżej stron, toteż w ich interesie jest całkowite zatuszowanie sprawy.


Tym samym nieudzielanie pomocy, niewszczynanie poszukiwań osób zaginionych, niepilnowanie miejsca wypadku, dezinformacja, mataczenie etc., to logiczne i naturalne konsekwencje wynikające z konieczności takiego pokierowania „badaniami i śledztwem”, by prawda o zamachu nie wyszła na jaw. Jeśli poza tym do dyspozycji ma się ręcznie sterowane grupy specjalistów (w neo-ZSSR to nie nowość, w neopeerelu, jak się okazuje, też), to taka taktyka wydaje się zupełnie bezpieczna z perspektywy kooperantów zbrodni, może bowiem doprowadzić do pozornego wyjaśnienia wypadku i rychłego zamknięcia śledztwa (byliśmy tego świadkami w przypadku prac ruskiej „komisji MAK”, która błyskawicznie ustaliła „przyczyny katastrofy” - oraz w przypadku prac neopeerelowskiej „komisji Millera”, która powtórzyła z rozmaitymi drobnymi dodatkami to, co stwierdzili moskiewscy „badacze”).


Przyjmując jednak hipotezę zamachu na Siewiernym, stajemy przed koniecznością wyjaśnienia tego, 1) jak wygląda pobojowisko i szczątki na nim leżące, 2) jakie były relacje świadków, co z nich da się wywnioskować oraz 3) czy istnieją dowody przeprowadzenia zamachu właśnie tam. Sprawa ta jest o tyle trudna, że
a) schemat rozkładu szczątków jest taki, jakby samolot awaryjnie, twardo przyziemiał, natomiast
b) stan zniszczeń taki, jakby samolot uległ totalnej destrukcji za pomocą jakichś niesamowitych środków wybuchowych (rozproszkowane części, brak kokpitu i sporej partii kadłuba), przy czym
c) na częściach wraku nie ma śladów ognia ani śladów po koziołkowaniu fragmentów samolotu (zabłoconych części, roślinności, korzeni i gałęzi oblepiających szczątki) zaś niektóre części (kawałki skrzydeł) stoją niemal pionowo oparte o krzaki, co wydaje się ułożeniem mało prawdopodobnym po eksplozji,
d) na pobojowisku nie widać setki foteli oraz rzeczy i ciał rozrzuconych jak po (ewentualnej) eksplozji,
e) istnieją relacje (nie tylko polskich świadków) o braku ciał na pobojowisku oraz o braku odgłosu wybuchu oraz rumoru spadającej kilkudziesięciotonowej maszyny (co do tego ostatniego por. wypowiedź (czekającego na Siewiernym) Połtawczenki na wieczornej konferencji z 10 Kwietnia z udziałem Putina: „Практически мы не слышали даже, как самолет приближался, не слышали шума двигателя. Потом - удар, странные звуки, не характерные для крушения.” („Praktycznie nie słyszeliśmy nawet zbliżania się samolotu ani szumu silników. Potem uderzenie, dziwne dźwięki, nietypowe dla rozbicia się (samolotu)”);http://premier.gov.ru/events/news/10179/),
f) brak jakiegokolwiek fotograficznego śladu zamachu na Siewiernym (zdjęcia wysadzanego samolotu, filmiku z lecącym i wybuchającym nad Siewiernym tupolewem itd.), co jak na kilkusettysięczne miasto, w którym ludzie mają i aparaty, i komórki, i kamery, wydaje się dość zagadkowe. (Nawiasem mówiąc brak też jest jakichkolwiek zdjęć z przylotu polskiego tupolewa nawet, jeśliby się przyjęło ruską narrację z wypadkiem na Siewiernym).


Wyjaśnienie inne od dotychczasowych (a więc nr 6) niezrealizowania 21 w/w punktów może być też takie: nie było żadnego wypadku ani zamachu na Siewiernym. Polska delegacja została skierowana na inne lotnisko, a jakie były jej dalsze losy (czy na tym lotnisku została zaatakowana, czy też usiłowała uciekać przed zbrodniarzami i została zaatakowana później), to kwestia do ustalenia w osobnym śledztwie, odrzucającym w punkcie wyjścia całą kremlowską opowieść o tragedii z 10 Kwietnia. Na Siewiernym zaś urządzono mistyfikację katastrofy oraz miejsca powypadkowego po to, by stworzyć zupełnie fałszywy obraz zdarzenia i by ukryć prawdę o rzeczywistej, dokonanej z zimną krwią, zbrodni.


Takie (6) postawienie sprawy całkowicie zmienia postać rzeczy. W ten bowiem sposób – tj. jeślibyśmy przyjęli, że do żadnego wypadku z udziałem polskiej delegacji prezydenckiej na Siewiernym nie doszło – uzyskujemy jasne, klarowne i pełne wyjaśnienie nie tylko tego, dlaczego władze polskie nie zrealizowały w pierwszych godzinach tych w/w 21 punktów, ale też i tego, dlaczego ruskie władze, dysponując przecież wyspecjalizowanymi i świetnie wyposażonymi jednostkami MCzS (zaprawionymi w działaniach w przypadku pożarów, katastrof etc.), zachowywały się, jakby... do żadnego lotniczego wypadku tam nie doszło.


Nawet bowiem polskie oficjalne instytucje, takie jak prokuratura wojskowa i „komisja Millera” (sytuujące się jak najdalej od „hipotez zamachowych” oraz „teorii spiskowych”), zauważały w dokumencie, który nazwano skrótowo „Polskie uwagi do raportu MAK” (http://freeyourmind.salon24.pl/345616,uwagi-do-uwag), że: nie ma dokumentacji dotyczącej przebiegu akcji straży pożarnej oraz akcji służb medycznych. Zwracano też uwagę na zupełnie zdumiewającą, jak na skalę wydarzenia, opieszałość przylotniskowej straży oraz wysyłanie na „miejsce wypadku” jednego wozu strażackiego... z lotniska Jużnyj, tj. z drugiego końca miasta, który to wóz przybył po...44 minutach (dodajmy, że pierwszy wóz straży pojawić się miał 15 minut (!) po „wypadku”, zaś pierwsza z siedmiu karetka pogotowia... 29 minut po „wypadku”, w sytuacji, gdy szpital wojskowy w Smoleńsku mieści się przy - nieodległej od północnego lotniska - ul. Frunze).


W ramach hipotezy mówiącej o zamachu na Siewiernym (wyjaśnienie 5) całą tę postawioną na głowie akcję z przedziwnymi zachowaniami straży pożarnej oraz służb medycznych tłumaczy się zwykle tym właśnie, że opóźniano te działania, ponieważ doszło do zamachu, a w związku z tym poszkodowanym osobom nie chciano udzielić pomocy. Wyjaśnienie jednak może być o wiele prostsze (dość szybko przecież świadkowie dotarli na „miejsce wypadku” i mogli obserwować dalszy przebieg działań ruskich służb): nie urządzono natychmiastowej i spektakularnej akcji poszukiwawczo-ratowniczej i przeciwpożarowej z udziałem helikopterów MCzS itd. (wysyłanie niemrawej straży, która grzęźnie w błocie, a potem ślamazarnie polewa pobojowisko),



bo nie doszło na Siewiernym do żadnego wypadku i tam zwyczajnie brakowało wielu ciał ofiar. Trudno byłoby oczekiwać od lekarzy, by dokonywali oględzin miejsca wypadku, na którym nie ma ani rannych, ani zwłok.


Te ciała, jak wiemy z relacji świadków, jednak się potem pojawiły, z czego można wnioskować, że zostały dowiezione z innego miejsca (z tego, w którym wg wyjaśnienia nr 6 dokonano ataku na polską delegację). Mogły te ciała dowieźć wozy strażackie (dziwny pakunek przypominający zwłoki dźwigany jest na tzw. 3 filmiku ze Smoleńska, autorstwa I. Fomina (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... agaja.html))



i wozy MCzS (jak ten stojący w tzw. „strefie zero”, a uwieczniony na migawkach polskiego operatora R. Sępa towarzyszącego P. Kraśce (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... d-940.html),



których to przedstawicieli polskich mediów, tak jak i innych dziennikarzy, nie wpuszczono z kamerą na pobojowisko). Uwagę dodatkowo zwracają sprzeczne relacje przedstawicielek służb medycznych: jedne mówią, że były szczątki, a nie całe ciała – inne zaś twierdzą, że w ciągu 15 minut doliczyły się ok. 90 ciał (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... nkowe.html).


Przede wszystkim jednak blisko setki ciał nie widzieli polscy świadkowie przybyli na „miejscu wypadku” (ambasador J. Bahr nie widział ciał w ogóle, M. Wierzchowski mówi o kilku ciałach, J. Sasin wspomina o kilku do kilkunastu). Nie ma żadnych zdjęć ani migawek dokumentujących (jak to zwykle bywa przy katastrofach) wynoszenie zwłok w czarnych workach. 10 Kwietnia wydarzyło się wszak coś absolutnie bezprecedensowego, jeśli chodzi o akcje powypadkowe, Ruscy bowiem zwieźli ciężarówkami na „miejsce katastrofy” kolorowe trumny, z pomocą których, jak twierdzono oficjalnie, wynoszono ciała zabitych. A może wwożono?


Jeśli kogoś, kto twardo obstaje przy wyjaśnieniu nr 5, ten powyższy sposób rozumowania nie zadowala, to powinien (ten ktoś) umieć sobie wyjaśnić nie tylko kwestie budzące wątpliwości (wygląd pobojowiska, stan wraku, stan ciał większości ofiar niewspółmierny do „masakrycznej” skali katastrofy, „cudowne ocalenie” wielu kosztownych rzeczy spośród przedmiotów wiezionych przez pasażerów, brak dowodów itp.), ale także to, dlaczego, skoro by doszło do zamachu, nie było pożaru ani spektakularnej akcji ratunkowej z udziałem dziesiątek ludzi i najlepszego sprzętu? Gdyby zaplanowano zamach i wybuch właśnie na Siewiernym (pomijam już teraz kwestie huku, rumoru oraz np. stłuczenia się szyb w okolicznych budynkach), to zaplanowano by też „osłonową” akcję ratunkową, pokazującą, jak nieludzko się Ruscy starają, by wydobyć ciała ofiar „po wypadku prezydenckiego samolotu”. Byłyby migawki z helikopterami lejącymi wodą, z ratownikami wynoszącymi zwłoki w workach z płonącego kadłuba, wstrząsające i zarazem pełne podziwu dla ruskiej ofiarności komentarze dziennikarzy relacjonujących na żywo itd.


Ktoś może powiedzieć, że Ruskom się już nie chciało urządzać takiej akcji osłonowej, bo wystarczyło im w zupełności sprawne i szybkie otoczenie miejsca przez mundurowych oraz niedopuszczenie dziennikarzy zbyt blisko pobojowiska. Ruscy (kontynuować mógłby ten ktoś) kontrolowali sytuację, więc nie musieli bawić się w jakieś dodatkowe widowisko przeciwpożarowo-medyczne, bo wiedzieli, że najważniejsze jest odpowiednie zobrazowanie zdarzenia, czyli pokierowanie propagandowym, dezinformacyjnym przekazem w masowych mediach, no i dobranie właściwych ludzi do oficjalnego „śledztwa”.


W tym jednak problem, że właśnie na poziomie obrazowania zdarzenia cała historia zaczęła się od razu rozłazić, a więc Ruscy wcale takiej pełnej kontroli nad sytuacją nie mieli. To był zresztą powód, dla którego właśnie dziennikarzy trzymali na spory dystans. Spowodowało to, że nie pojawiły się zdjęcia ciał ofiar. Nie tylko więc były relacje świadków, mówiące o braku ciał (lub ich znikomej liczbie), ale też nie pojawiały się w mediach żadne dokumenty pokazujące zwłoki na pobojowisku (abstrahuję od jakichś podejrzanych zupełnie, ruskich wrzutek, na których nie wiadomo było do końca kto jest pokazany, co ani kto całość zmontował (http://freeyourmind.salon24.pl/217251,m ... fotomontaz)).


Zaczęły się więc „akrobacje propagandowe” i osobliwości ze zwłokami na pobojowisku tłumaczono tym, że „we wraku” była „kula ciał”. Oczywiście zdjęcia tejże mitycznej kuli, widzianej ponoć na własne głazy przez ruskiego strażaka, nigdzie nie opublikowano, ale sam obraz na pewno przemawiał do niejednej wyobraźni. Kłóciło się to wprawdzie z 1) tą opowieścią pracownic pogotowia, które na pobojowisku doliczyły się ok. 90 ciał, a nic o żadnej kuli nie wspomniały, 2) relacjami osób, które były przy wstępnej identyfikacji oraz przy identyfikacjach w Moskwie, że ciała były zabłocone – kłóciło się to także z faktem, że zwykle fotele należą do najlepiej przymocowanych elementów wyposażenia kabiny samolotu i potrafią nawet przetrwać więcej niż kadłub (http://freeyourmind.salon24.pl/310086,z ... olenskiego), ale nikt się tym nie przejmował. Podobnie było z opowieściami o „dzwonieniu komórek na pobojowisku”


Te makabryczne (i znowu „strażackie”) opowieści, takie jak te o „dzwonieniu komórek na pobojowisku” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... efony.html) (powielane potem choćby przez Sasina, który w zakłamanym do szczętu, ruskim filmie propagandowym „Syndrom katyński” opowiadał z powagą o tym, że telefony dzwoniły podczas wynoszenia ciał ofiar, choć przecież nie było go przy tym „wynoszeniu”!) oprócz swojej funkcji propagandowej (wzmacniającej moskiewską narrację) dowodziły, iż Ruscy improwizują, tj. na bieżąco „doklejają”, „łatają” swoją opowieść o zdarzeniu, bo zdają sobie sprawę, że z ich puzzli powstają różne obrazki, a nie jeden.


Niby bowiem przerażająca masakra, „lądowanie w położeniu plecowym” i w ciągu paru sekund totalne zniszczenie samolotu i pokiereszowanie ciał ofiar – z drugiej ekspresowa (jak na takie okoliczności wypadku) operacja znalezienia, wydobycia i przewiezienia ciał tychże ofiar do moskiewskiej kostnicy. Już 10-go Kwietnia wieczorem media ogłaszają, że wszystkie ciała zostały przetransportowane, przecież. Wprawdzie potem narracja się „cofnie” i nagle zaczną być odnajdywane „następne ciała” na pobojowisku, ale z relacji przedstawicieli „komisji Millera”, którzy nazajutrz po „katastrofie” mogli rozpocząć (trwające „cały dzień, do nocy”) prace na pobojowisku, wiemy, że NIE widzieli oni tam już żadnych zwłok. Jeśliby więc była taka masakra, jak to głoszono, to sam proces odnajdywania (na miejscu lotniczego wypadku) ciał i kompletowania zwłok trwałby przynajmniej kilka dni, a przy tym wymagałby wyjątkowo delikatnych prac, jeśli chodzi o przestawianie części wraku. Na pewno też nie mogłoby być mowy o wjeżdżaniu na takie pobojowisko ciężkich aut, dźwigów, gruzawików etc. Jak zatem możliwa była tak ekspresowa akcja ze znalezieniem i przewiezieniem ciał? Tak, że do wypadku na Siewiernym nie doszło, zaś ciała ofiar przewieziono z innego miejsca. Ilu ciał użyto następnie do inscenizacji wypadku, to rzecz do zbadania w czasie dalszych przesłuchań świadków oraz analizy dokumentacji z Siewiernego, sporządzanej ponoć przez polskich borowców.


Na koniec powiem tak, powołując się na tekst, w którym już tę sprawę szerzej omawiałem (chodzi o mój artykuł „Klamra katyńska” (http://polis2008.pl/index.php?option=co ... Itemid=346)): makabryczna inscenizacja na Siewiernym to nie żaden cyrk – to na zimno przeprowadzona akcja mająca ukierunkować uwagę i mediów, i opinii publicznej na fikcyjne miejsce wypadku, a zarazem odwieźć nas wszystkich od poszukiwań rzeczywistego miejsca tragedii. W tym więc względzie należy ją analizować jako szereg przestępczych działań zmierzających do ukrycia faktycznego przebiegu i autentycznego miejsca zbrodni.


http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... ane-z.html
http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... gadek.html
http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... fa-na.html


(powyższy tekst jest fragmentem mojej książki; jednym z początkowych jej rozdziałów)

http://freeyourmind.salon24.pl/369431,k ... go-wypadku


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 03 gru 2011, 16:03 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Rolexowi w odpowiedzi

Przezacny i piekielnie inteligentny Rolex ma jak zawsze rację (http://hekatonchejres.salon24.pl/369471 ... i-o-polsce), ale nie do końca :)


Pisze on bowiem tak: „Po co badać ruskie dane, skoro one są z samej definicji „ruskiej danej” fałszywe?” - co by sugerowało, iż hipoteza 2M (skrótowo h2M) danych ruskich nie bada. Nic bardziej błędnego – bada się w tym podejściu mnóstwo ruskich danych – ruskich, millerowskich, białoruskich i innych. H2M bada mnóstwo danych, powtarzam, ale sporą ich część traktuje jako dane sfałszowane, a więc mające na celu stworzenie fałszywego obrazu Zdarzenia. Powiedziałbym nawet więcej, to właśnie w tym podejściu odkryto, jak wiele danych związanych z oficjalną ruską narracją jest fałszywych, sprzecznych, naciąganych itd. Powiem jeszcze więcej: h2M wzięła się z... teorii zamachu na Siewiernym, o czym wielokrotnie przypominałem. Sam osobiście przez pierwsze pół roku śledztwa blogerskiego trzymałem się tej właśnie rekonstrukcji wydarzeń (jak każdy rozsądny Polak nie wierząc w żaden „lotniczy wypadek”) i dopiero w grudniu ub. roku zacząłem dokonywać stopniowej „rewizji” tej wersji wydarzeń.


Wystarczy bowiem – znając już doskonale rozmiary „kłamstwa smoleńskiego”, przeprowadzić następujące rozumowanie, uwzględniające następujące przesłanki:
1.Ruscy łżą,
2.Ruscy fałszują dane,
3.Ruscy tworzą zakłamaną wersję wydarzeń 10 Kwietnia.
Skoro więc 1), 2) i 3), i skoro(dodatkowo) 4) Ruscy upierają się na wszelkie możliwe sposoby, że doszło do tragedii właśnie na smoleńskim Siewiernym, to dlaczego mamy akurat to ich twierdzenie traktować jako prawdę?Może tam się to NIE wydarzyło? Może tam się wydarzyło coś zupełnie innego? Dlaczego nie wierząc Ruskom w tylu innych kwestiach, nagle mielibyśmy uwierzyć w tej PODSTAWOWEJ?


Przywołane wyżej określenie „kłamstwo smoleńskie” już się powoli przyjmuje w polszczyźnie, a naprawdę zjawisko i skala tego kłamstwa to temat na porządne, zespołowe opracowanie – w mojej książce zresztą stawiam postulat, by w niedługim czasie przystąpić do prac nad „Encyklopedią drugiego Katynia”, a więc dziełem zbierającym w całość nie tylko to, co w ramach śledztwa uda się ustalić, lecz także nieprawdopodobną i nieporównywalną (jeśli chodzi o ilość zaangażowanych mediów, pieniędzy, środowisk i sił itd.) nawet z kłamstwem katyńskim, machinę dezinformacji wokół zbrodni zamachu dokonanego na polskiej delegacji 10-go Kwietnia.


Masa zdjęć, zakłamanych relacji, fałszywych ekspertyz, trefnych dowodów, propagandowych wrzutek – to wszystko bombardowało nas przez wiele miesięcy przecież i nie powinno zostać zapomniane. W żadnym wypadku. Należy zebrać punkt po punkcie, nazwisko po nazwisku, wszystkich – nie bójmy się tego określenia, „kłamców smoleńskich” – ludzi, którzy postawili swój zawodowy prestiż, swoje zdolności po stronie Kłamstwa. Po stronie zbrodni. To zjawisko oddanej, świadomej i całkowicie przemyślanej służby kłamstwu można porównać tylko z czasami stalinowskimi. Zdumiewające może być to, że tylu młodych ludzi się w to włączyło – ale przecież wiedzieli, co czynią.


Nawet, jeśli ci wszyscy ludzie potem będą płakać i zarzekać się, że nie wiedzieli, nie chcieli, „wykonywali tylko polecenia” lub też „takie mieli źródła informacji” - to te wszystkie haniebne teksty, te wszystkie spekulacje o „debeściakach”, „jak nie wyląduję, to mnie zabije”, „wkurzy się, jeśli”, o naciskach, „pijanym Błasiku” itd. - wszystko to powinno zostać uwiecznione, by przyszłym pokoleniom pokazać – jak gigantyczną formę przyjęło osłanianie zbrodni zamachu na polskiej delegacji. O ile bowiem ruska dezinformacja to jedna strona medalu, o tyle spontaniczny i masowy udział mówiących i piszących po polsku, to ta druga strona medalu, co do której może łudziliśmy się (gdy doszło do tragedii), że jej w takim właśnie kontekście (zaatakowanej polskiej elity) nie ujrzymy.


Wracam jednak do meritum. Rolex powiada, że: „badać trzeba. Dlaczego? Otóż jeśli ktoś – jak mówi teoria 2M, rozsypał trochę lotniczego złomu w podsmoleńskich krzakach, to to wyjdzie w badaniach. Po prostu nie da się tego wszystkiego złożyć do kupy, to znaczy wykonać drogą żmudnych obliczeń rekonstrukcji przemieszczania się bryły samolotu w jakikolwiek fizycznie wytłumaczalny sposób. I będzie to dowód.”


Jako że napisałem wyżej, iż nie ma tu niezgodności między h2M a kwestią analizowania ruskich danych, to już nie będę się powtarzał, ale powiem teraz tak: a co to jest badanie? Jeśli potraktujemy pracę badawczą jako taką, która (mówiąc z grubsza) zmierza od prawdziwych przesłanek do prawdziwych wniosków – to czy możemy dojść do jakichś rzetelnych rezultatów, biorąc za punkt wyjścia sfałszowane dane? Biorąc takie dane za wyjściowe, możemy jedynie stwierdzić: coś się nie zgadza. Albo: coś jest nie tak. Czy jednak dojdziemy do prawdziwego wniosku? Czy odsłonimy prawdę o tym, co badane? Możemy stwierdzić, że coś jest nie tak w wynikach bądź też coś jest nie tak w danych. I tyle. Jeśli zaś wiemy, że dane są sfałszowane, to branie ich serio mija się z celem – one nas nie zaprowadzą do właściwego rozwiązania, one nam jedynie mogą podpowiedzieć, że: 1) istnieją inne dane, rzetelne oraz 2) komuś zależało na sfałszowaniu danych, a więc na ukryciu prawdy i na wprowadzeniu nas w ten sposób w błąd. Czy jednak w ten sposób odkrywamy Amerykę? I czy takie rezultaty skomplikowanych badań, to jednak nie za mało jak na (niedługo będzie) dwa lata od tragedii? Czy nie są potrzebne przesłuchania świadków i szukanie innych źródeł informacji aniżeli ruskie bumagi?


Jeśli widzimy sfałszowany banknot, to czy potrzebujemy po wielokroć sprawdzać, „czy na pewno jest fałszywy”? Jeśli ktoś nas wielokrotnie oszukał i okłamał, to czy przy kolejnej okazji uwierzymy mu na słowo? Jeśli znamy historię KGB (a chyba aż za dobrze), to wiedząc, kim jest Putin (nadzorujący „smoleńskie śledztwo” przecież) i jego wasale – musimy jeszcze raz testować, czy przypadkiem może nie jest tak, jak nam on i jego ludzie mówią?



Jeśli zatem ktoś fałszuje dane, to musimy radykalnie zmienić podejście do badań i zadać sobie pytania: dlaczego dane są fałszowane oraz co, za pomocą tychże fałszerstw jest ukrywane. Dlaczego Ruscy fałszują, to mniej więcej się domyślamy, no bo nikt z nas w żaden wypadek nie wierzy. Natomiast, co jest w ten sposób (za pomocą wyrafinowanych fałszerstw) ukrywane, to już nieco trudniej zrekonstruować, biorąc pod uwagę skalę systemu kłamstwa. Jeśli bowiem oglądałeś ruski „dokument” filmowy pt. „Syndrom katyński” to wiesz, o co mi chodzi.




Zatrzymajmy się zresztą na moment przy tym właśnie, iście neosowieckim, dokumencie. Polecam jego obejrzenie wszystkim, którzy tego jeszcze nie uczynili (na chomikuj.pl niektóre osoby cały ten załgany film mają do ściągnięcia; można więc poszukać). Zauważmy jedno: w tymże „dokumencie” całkiem sporo uwagi poświęca się... hipotezie zamachu na Siewiernym.



Są fragmenty filmiku Koli, są nawet... fragmenty analiz internautów z powiększeniami, śmiałymi komentarzami itd.



Czy więc Ruscy obawiają się hipotezy zamachowej? Nie. Oni niemalże „wychodzą jej naprzeciw”, pokazując, że świetnie wiedzą o jej istnieniu. Pokazana jest redakcja „Gazety Polskiej”, zamieszczony jest wywiad z T. Sakiewiczem, są fragmenty nawet filmu „Solidarni 2010”, choć oczywiście z zastrzeżeniem, że jeden z występujących to był aktor.


Można by niemalże pomyśleć, że Ruscy „nie mają nic do ukrycia”. He, he, jednak wiedzą już od dziesięcioleci, jak preparować przekaz propagandowy i o ile „nie boją się hipotezy zamachowej” ani nawet, ho, ho, strasznego filmiku Koli, to ani słowem nie wspominają o możliwej inscenizacji katastrofy i o scenariuszu z uprowadzeniem delegacji. A przecież to także jedna ze „spiskowych teorii”. I spisek tu owszem jest jak diabli, ponieważ ktoś zadbał o to, by przygotować atak na prezydencką delegację, a przedstawić go światu jako „lotniczy wypadek”. Co więcej, to właśnie gruntowne, żmudne blogerskie analizy filmiku Koli (frame by frame) wykazały, że widać na nim zawiesia do transportowania części samolotu. O tym także „Syndrom katyński” jakoś nie wspomina; ciekawe czemu, skoro to taka stara, głośna i znana w Sieci sprawa (jeśli ktoś do tej pory nie wie, o co chodzi, to odsyłam do ściągnięcia sobie filmiku stąd: http://fymreport.polis2008.pl/?p=3553 i do obejrzenia; fragment z zawiesiami jest wycięty, wykadrowany i nawet komputerowo wymodelowany przez jednego z blogerów). O braku zdjęć ofiar, o skandalicznej akcji strażacko-medycznej też nie ma ani słowa.


Rolex podsumowuje twierdząc, że „nie mamy twardych dowodów”: „Jakbym się z Tobą, FYM-ie, nie zgadzał w tym przeczuciu, w tym drobiazgowym zbieraniu poszlak, w narzucającej się pełną oczywistością obrazie sowieckiego kłamstwa, bliźniaczego z tymi wysadzonymi rosyjskimi blokami i ze złapanymi kagiebowcami targającymi worki z hexogenem, jakbym nie rozmawiał z tymi Rosjanami, Ukraińcami, Łotyszami, i każdym, kto to wschodnie plugastwo zna, bo go doświadczył, więc wie.. Nie mamy twardych dowodów.Mamy twarde poszlaki. I tu jest druga trudność... Proces poszlakowy zawsze pozostawia przestrzeń na wątpliwości. Bo może raz na biliard przypadków się wydarzyło? Wyparowało, znikło, może z tymi czarami to tak nie do końca przesada... Może bilokacja i dematerializacja są fizycznie możliwe, może...” - co jest powiedziane chyba trochę na wyrost, skoro autor sam na początku swego tekstu przyznaje, że dokładnie nie śledzi blogerskich dyskusji wokół śledztwa.


Tu znowu oczywiście pojawia się problem tego, co może uchodzić za dowód, dla kogo, no i na czym polega twardość takiego a nie innego dowodu. Czy Rolexowi chodzi o DOWODY ZBRODNI, czy może o DOWODY MASKIROWKI, bo to dokładnie 2 różne kwestie, 2 różne sfery? Jeśli chodzi o dowód zbrodni czy dowód zamachu – to śmiem twierdzić, że właśnie w przypadku hipotezy z zamachem na Siewiernym – brak go w ogóle. W tym więc względzie h2M jest na pozycji mniej więcej ex equo (choć, jak starałem się wykazać przy innej okazji, ruskie oddziały wojskowe i specsłużby ćwiczyły uprowadzenie i atak na pasażerski samolot – i to niestety nawet tupolew 154m – nie raz). Tym niemniej, jeśli chodzi o dowody makabrycznej inscenizacji, to jest ich w pracach blogerów mnóstwo, doprawdy multum. Co więcej, jak wynika z prac badawczych Albatrosa... z lotu ptaka, związanych z analizą zdjęć satelitarnych, nie ma potwierdzenia, by w okolicach Siewiernego doszło do pożaru 10-go Kwietnia w godzinach przedpołudniowych ruskiego czasu. Więc jak, bezśladowa katastrofa? Oczywiście brak pożaru zgadzałby się z wyglądem fragmentów wraku, na których nie ma ani ognia, ani smolistych smug. No ale jakby się dokonała eksplozja bez jakiegoś wybuchu i ognia?


Argument o „braku twardych dowodów” nie jest chyba na miejscu, w sytuacji, w której tyle instytucji (ze śledczo-badawczymi włącznie przecież) włączyło się w legitymizowanie i utrwalanie kłamstwa smoleńskiego. Niedawno nasunęło mi się w rozmowie z żoną porównanie „oficjalnego dochodzenia” z klasycznym scenariuszem takiego kryminału, w którym zabójstwa dokonuje policjant, śledztwo zaś prowadzi policja wyłącznie po to, by doprowadzić do udowodnienia, iż zaszedł wypadek, a więc by oddalić jakiekolwiek podejrzenia od tego policjanta.


Wydaje mi się, że ta metafora oddaje istotę rzeczy. Nie możemy więc w takiej sytuacji domagać się twardego dowodu zbrodni, skoro nawet na poziomie dowodów rzeczowych kontrolę sprawują ludzie, którym na wyjaśnieniu zbrodni wcale nie zależy – skoro mamy do czynienia z fałszowaniem dokumentów i ekspertyz, skoro rodzinom ofiar nie oddaje się rzeczy należących do bliskich, skoro specsłużby kładą łapy na nośnikach elektronicznych, a następnie popełniają kilkadziesiąt („pięćdziesiąt parę”, jak stwierdził p. A. Melak) „omyłek pisarskich” w dokumentach. Utarło się – całkiem zasadnie – mówienie o drugim Katyniu. Ja sam też tego określenia używam i sądzę, że należy je upowszechniać, bo trafia poniekąd w sedno tragedii, ale przecież o ile w przypadku pierwszego Katynia groby pomordowanych odkryli Niemcy i ściągnęli do ich oglądania przedstawicieli Międzynarodowego Czerwonego Krzyża oraz polskich świadków, takich jak F. Goetel czy J. Mackiewicz, a dopiero potem pojawiła się sowiecka komisja Burdenki – o tyle w przypadku drugiego Katynia, od razu zaczęto od prac „komisji Burdenki 2”.


Jak to wyglądało w praktyce, widzieliśmy (nie mogąc uwierzyć, oczywiście) na własne oczy. Do sekcji zwłok nie dopuszczono, materiały dowodowe przejęto i nie udostępniono Polsce, ciała w trumnach zalutowano, a resztę spowiła mgła smoleńskiego kłamstwa. Polskie instytucje zaś w podskokach klepnęły cały ten skandal, udając, że „wsio w pariadkie”. Wiedząc o tym doskonale, nie powinieneś, drogi Rolexie, stawiać tak sprawy (jak ja to odczytuję z Twojego tekstu), że bez twardych dowodów pozostajemy właściwie wciąż na ruchomych piaskach spekulacji.


Moim zdaniem, a wyrażam je w mojej książce, zwykli Polacy, blogerzy i komentatorzy (z różnych sfer zawodowych i z różnych kręgów środowiskowych), którzy zajęli się konsekwentnym przełamywaniem ruskiej dezinformacji, dokonali rzeczy niebywałej: doprowadzili do buksowania w błocie kłamstwa całej tej wielkiej machiny propagandowej.





Nie można oczywiście powiedzieć, że kłamstwo smoleńskie zostało już obalone – ale można stwierdzić na pewno, że ani zbrodniarze, ani ci, co ich osłaniają – nie mogą spać spokojnie, ponieważ ta właśnie mrówcza praca blogerów doprowadziła do wypracowania zupełnie nowego spojrzenia na tragedię, spojrzenia docenionego nawet przez znakomitego prof. J. Trznadla w jego tekście z jesieni 2011 (http://dakowski.salon24.pl/344309,zamac ... ol-hipotez), które to spojrzenie, piszę to dziś z rosnącym przekonaniem, nakazuje porzucić ruską dezinformację definitywnie i poszukiwać prawdy o tragedii polskiej delegacji nie na Siewiernym.


Niniejszy post jest niejako rozwinięciem tego, co było tu (oba teksty, no i tekst Rolexa, trzeba by czytać po kolei):

http://freeyourmind.salon24.pl/369431,k ... go-wypadku (na naszym forum jest to wpis wyżej (Aerolit)).

Tekst Rolexa jest poniżej:

http://freeyourmind.salon24.pl/369534,r ... odpowiedzi


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 03 gru 2011, 16:15 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
O SKRZYDŁACH, BRZOZACH, MASKIROWCE I O POLSCE

Od jakiegoś czasu nie biorę udziału w tak zwanym obywatelskim śledztwie smoleńskim. Dlaczego? Bo inni robią to lepiej, szybciej, i bardziej fachowo. Są lepsi, sprawniejsi, również intelektualnie, w rozwiązywaniu łamigłówek i tropieniu śladów. Polecam Państwu tekst Amelki w najnowszym „Polis”:

http://www.polis2008.pl/index.php?optio ... Itemid=344.

Polecam wszystkie teksty w najnowszym „Polis”, w tym FYM-a polemikę z moim tekstem, ale na tekst Amelki chciałbym zwrócić szczególną uwagę, bo ten tekst jest świadectwem jak sprawni intelektualnie potrafią być Polacy, i w jakim stopniu przewyższają inne narody zachodu w rozumieniu i czytaniu Rosji, która w komunikacji ze swoimi poddanymi, przyjaciółmi i wrogami posługuje się szczególnym rodzajem kodu; kodu niezrozumiałego na Zachodzie.

Miałem takie osobiste doświadczenie rozmowy, w której człowiek Zachodu prosił mnie o wytłumaczenie jakiegoś fragmentu rosyjskiej literatury. Opowiedziałem o czym to jest, tak jak to ja odebrałem w trakcie lektury, na co on się strasznie zdziwił, bo on tam nic takiego nie wyczytał. Dla zrozumienia rosyjskiego luda, tej bardzo złożonej, mrocznej kultury trzeba przez setki lat sąsiadować, okupować i być okupowanym, pić wódkę i jeść śledzia.

Nie uczestniczę w śledztwie smoleńskim, ale chętnie natomiast służę łamami (czy blog ma te „łamy”?) swojego bloga wszystkim, którzy to czynią, i jestem za tę ich robotę szczególnie wdzięczny.

A jako pewnego rodzaju świadek ich tytanicznym wysiłków, w bardzo wzruszający sposób polskich, w rozumieniu najszlachetniejszego rysu polskiej kultury, który nie pozwala być cynicznym i obojętnym w obliczu niesprawiedliwości i krzywdy, bez względu na wszelkiego rodzaju koszty i obciążenia (również potworne obciążenie psychiczne), pozwalam sobie od czasu do czasu skomentować stan tych naszych wysiłków; dzisiaj komentarz wywołany tekstem FYM-a:

http://freeyourmind.salon24.pl/369431,k ... go-wypadku.

Wiemy, że w grupie ludzi intelektualnie i moralnie zdolnych do zmierzenia się z tragedią smoleńską; z tymi, na których ta tragedia nie podziałała tak jak sobie ktoś umyślił, że zadziała, bazując na błędnej ocenie Polaków, jako już strawionej i wyplutej (żeby nie brnąć w obscena) masy humanoidalnej, kierującej się w życiu najprostszymi instynktami z dominującą rolą strachu, powstały dwa, zasadnicze i pozornie przeciwne sobie stanowiska.

Pierwsze bazuje na materiale, który mamy. Dostaliśmy od kagiebistów z Rosji. Komputer pokładowy i jego zapisy, zapisy TAWS, innych rejestratorów lotu. I tyle, bo żadnych materialnych dowodów nie dostaliśmy do dzisiaj, jakby ktoś nie wiedział. Na podstawie tych zapisów komisja Anodiny (Morozowa) i Millera (Morozowa) dostarczyła nam raport w różnych wersjach językowych.

Z jakichś powodów nie udało się dostosować tych zarejestrowanych danych do opublikowanej wersji wydarzeń; tych lansowanych od 10 kwietnia 2010 roku i z uporem maniaka powtarzanych przez słabo opłacanych funkcjonariuszy, a opłacanych po to, żeby osobom odpowiedzialnym nie stała się krzywda.

Przypomnijmy te tezy dla porządku. Polska to kraj idiotów, i żadne najbardziej fachowe i wyspecjalizowane szkolenie nie jest w stanie zrobić z idioty nie-idiotę. Polak jest generalnie śmiertelnym zagrożeniem dla otoczenia, szczególnie w zderzeniu z techniką. Dodatkowo najczęściej jest pijany (albo skacowany), więc to, że różnego rodzaju duże maszyny, którymi Polacy kierują nie rozbijają się setkami zawdzięczamy szczególnym względom Opatrzności. Kiedyś było dużo lepiej, bo mieliśmy wypracowane latami procedury sowieckie, jak wiadomo najbezpieczniejsze na świecie, a potem przyjęliśmy amerykańskie, a wiadomo, że kowboje nie mają za dużego szacunku do bezpieczeństwa własnego, swoich rodzin, narodu i globu. No a że trafiło na idiotów, to myśmy te procedury doprowadzili do stanu podręcznika dla samobójców.

W tę wersję wierzy spora grupa sowieckich i post-sowieckich agentów, bo to ich zawód, kilku nieudaczników zarobiło pieniądze na propagowaniu tej wersji; jest grupa ludzi ubogich umysłowo - jak jedna z moich znajomych, która rozesłała spam z pytaniem, czy jeśli wiemy, co stanie się z Tico (tu zdjęcie Tico na drzewie) po zderzeniu z drzewem, to czy Tupolewa na drzewie można już sobie dopowiedzieć? I z natychmiastową odpowiedzią, że to powinien umieć sobie dopowiedzieć każdy, kto miał w szkole średniej fizykę. Odpisałem, że wszystko święta prawda, ale czy – dajmy na to, czołg albo Tir też się zachowuje zgodnie z prawami „tej fizyki”, i czy skoro znajoma tak udanie żongluje główkuje piłką pingpongową, to czy nie chciałaby spróbować z jakimś elementem składowym Stonehenge?

Nie odpisała już nigdy z czego wnoszę, że albo już mnie nie lubi albo spróbowała i nie żyje.

I jest jeszcze grupa ludzi, która nie wierzy, ale twierdzi, że wierzy, bo doświadczyła okupacji albo tajniacy złamali im życie, i oni nie chcą przyjąć do wiadomości, że to się może powtórzyć (wrócić), a całe dwadzieścia lat złudzeń i wiary w kontynuacje serialu „Dynastia” nad Wisłą, było tylko złudzeniem, bo nikt nie wpłaci za nich 3,000,000 złotych kaucji jakby co, ani 300,000, ani 30,000, a i z 3,000 pewnie byłby kłopot, 300 dałoby radę, a jakby 30 to nawet nie trzeba by od sąsiadów pożyczać.

Z jakichś, nieznanych mi powodów odczyty tych wszystkich urządzeń nijak się nie chcą zgodzić z tą oficjalną wersją. I tu mam pierwszą zagwozdkę – dlaczego nie chcą? Przypomnijmy, że dane odzyskane z urządzeń pokładowych (przyjmijmy, że tego Tupolewa i w tym Smoleńsku) były na tyle niekompatybilne z realizacją polskiego podżyrowania wersji o idiotach dla idiotów, że polska komisja sama musiała się zamienić głowami z motyką, i od pewnego momentu zamiast rekonstruować trajektorię lotu według zapisu, cyrklem i linijeczką mierzyła sobie na ekranie różne rzeczy widoczne na tak zwanej wystawie zdjęć niejakiego Amielina (największego naukowego, żyjącego, smoleńskiego autoritieta) - znanego w Okręgu Smoleńskim przyjaciela lokalnych oddziałów Specnazu.

Ten mityczny Amielin „zapłodnił” swoją wizją wykonaną amatorskim aparatem fotograficznym nie tylko przywołaną komisję z motykami zamiast głów, ale również wielu ludzi, którzy nie zapłodnieni nie zrealizowaliby się literacko, a zapłodnieni się zrealizowali i weszli na stałe do panteonu twórców totalitarnej propagandy. Przy realizacji zadań której trzeba mieć naprawdę motykę zamiast twarzy.

I tym właśnie zapisom parametrów, które nie pasowały komisji Millera dla podparcia hańbiącego raportu (hańbiącego członków tej komisji i naród jako wspólnotę) zaczęli przyglądać się specjaliści, którzy z racji odległości nie są narażeni na tę przedziwną klątwę smoleńską, za sprawą której archeolog ginie, jeden z najwybitniejszych specjalistów od lotnictwa cywilnego też, badań fonograficznych nie można zakończyć od roku, o badań związanych z sekcją zwłok jednej z ofiar od trzech miesięcy, bo czyjaś tam choroba... Czy tam urok...

I z tych badań wyłania się obraz, z którego nijak się nie da poskładać serwowanej przez idiotów idiotom narracji, i już dziś można postawić taką tezę (bazując na tych, otrzymanych od kagiebistów nośnikach):

Jakkolwiek nie wyglądał albo wyglądał lot i katastrofa Tu-154 w Smoleńsku, nie przebiegał on tak jak opisuje to tandem Morozow/Miller. Co więcej, ich wersja jest wewnętrznie sprzeczna, a prezentowane przez nich „wyniki dociekań” powstały w efekcie manipulacji przyjętymi jako rzeczywiste danymi. Ta manipulacja była świadoma i celowa, bo praca wytworzenia łże-raportów była w gruncie rzeczy trudniejsza niż zwyczajne ustalenie prawdy.

Przecież jeśli katastrofa (rzeczywista lub rzekoma) odbyłaby się według idiotycznej wersji, to nic łatwiejszego niż przekazać dane dwóm – trzem ośrodkom na świecie, niech odczytają i musi się zgadzać i w Moskwie i Paryżu, i w Warszawie, i w Ohio, bo nie ma innej możliwości. Prezydent-generał-pilot-brzoza-beczka-bum, kokpity, fotele w mikrony, wiatr je wywiewa, 50% zostaje w postaci dwóch-trzech kawałków i tysięcy drzazg, bo tak jest. Sprawa zamknięta, wiemy o sobie jako o narodzie to co powinniśmy wiedzieć, a Rolex od półtora roku gorąco zachęca, żeby poprosić o szybką aneksję Niemców, albo Ruskich, albo Czechów, Słowaków, Litwinów, Kosowarów, wsio rawno, byle szybciej zanim wyprodukujemy kolejne nieszczęście.

Ale jest problem, bo nie chce wyjść tak jak w tych rysowankach i animacjach Morozowa z Millerem. Animacja jest tutaj zresztą szczególnie ucieszna (albo byłaby gdyby nie upiorność tej całej sprawy), bo ona jest – że się zapytam na podstawie czego? Tak konkrietno? Wzoru na tapecie na Kremlu? Jakiegoś szczególnie fajnego odcinka załogi G (był taki film)? Nikt nie wie. Chyba najpierw był scenariusz, a potem ktoś na szybko zrobił w 3D.

I tutaj zbliżamy się do zaprezentowani drugiego z przyjętych stanowisk, świetnie ujętego w linkowanej przeze mnie notce FYM-a powyżej, i w kontekście tej drugiej teorii, zwanej różnie: teorią 2M, „maskirowki”, etc...

Zanim przejdę do jej omówienia, to najpierw sformułuję zarzut, który fenomenalnym skądinąd i ponownie świadczącym o skali naszych narodowych możliwości badaniom otrzymanych zapisów się stawia właśnie z jej perspektywy. Najprościej ująć go tak:

Po co badać ruskie dane, skoro on są z samej definicji „ruskiej danej” fałszywe?

Nic co weszło z łapy kagiebisty nie odpowiada prawdzie, już choćby dla sportu, a cóż jeśli mówimy o poważniejszych rzeczach. System sowiecki jest oparty na kłamstwie, i system polskiego kundlizmu też. Jest oparty na kłamstwie wielkim i bezczelnym.

Prawda? Prawda.

Ale ja uważam, że badać trzeba. Dlaczego? Otóż jeśli ktoś – jak mówi teoria 2M, rozsypał trochę lotniczego złomu w podsmoleńskich krzakach, to to wyjdzie w badaniach. Po prostu nie da się tego wszystkiego złożyć do kupy, to znaczy wykonać drogą żmudnych obliczeń rekonstrukcji przemieszczania się bryły samolotu w jakikolwiek fizycznie wytłumaczalny sposób. I będzie to dowód.

Silny i mający swoje konsekwencje polityczne. Bo każdy może ze strachu przed konfliktem na niewyobrażalną skale udawać, że Rosja to jest normalne państwo demokratyczne, tylko trochę inne, bo bukwami pisane, ale kto da technologie? Kto pozwoli je kraść? A przecież technologicznie, jak nie ukradnie, to się rozpadnie, i dotyczy to wszelkich komunistycznych państw-patologii.

Może wyjdzie z tych badań jak w śledztwie w sprawie Litwinienki, który według Moskwy zakrztusił się herbatą, czy inną ością, bo Moskwa była zbyt zacofana, żeby przewidzieć, że ten ich kagiebowski „majstersztyk” z polonem nie dość, że da się wyśledzić jak się ma pojęcie o nauce, to na dodatek dowieść, gdzie i kiedy wyprodukowany? Nie jest to wykluczone, to znaczy nie można tego na tym etapie wykluczyć, dopóki badania się nie zakończą. To by znaczyło, że jednak oni stoją na cywilizacyjnie niskim poziomie i po prostu chrzanią robotę, jak w Budionnowsku, przy wysadzaniu własnych obywateli, czy właśnie w przypadku Litwinienki.

A jeśli jednak nie?

To tutaj zaczyna się pokusa kalkulacji. Ja ją dostrzegam, ale jednocześnie zastrzegam, że Boże uchowaj nie podejrzewam profesorów pracujących na modelach o uleganie takiej pokusie. Jeśli się pojawi, to wyjdzie z kręgów politycznych. Mając taki dowód w ręku (a więc mając udowodnione, że to co leży na ziemi w stanie jakim leży nigdy nie było samolotem, chyba że zadziałała na samolot siła ze źródła nieznanego nauce powodujące parowanie aluminium) można na Rosję wywierać presję. I ta presja może spowodować, że Moskwa uzna, że bardziej jej się opłaca odpuścić sobie Polskę i jej zastepy agentów w Polsce, niż brać na siebie odium masowego, i nieznanego w dziejach cywilizowanych krajów morderstwa dokonanego na pokojowej delegacji, do tego żałobników. Mogą ogłosić (a już to sugerowali podnosząc latem tego roku rzekomą konieczność przeprowadzenie dodatkowych badań pirotechnicznych na wraku), że bomba owszem, ale w Warszawie. A jak przyziemiło to się rozerwało. I niech sobie „Polactwo” duma, co zrobić z tym fantem. Można założyć, że „Polactwo”, kiedy tylko zauważy, że matołectwo miejscowe nie korzysta już z kurateli Moskwy, kiełbasy jak nie było tak nie ma, to rozerwie na strzępy; tak bez sądu, dla zasady, a świat się tym tyle przejmie co losem Ceausescu, jego żony, i innych Kadafich, o czym uczciwie przypomniał prezydent Obama podczas swojej ostatniej wizyty w Warszawie.

I tu jest węzłowy problem w naszym sporze. Bo taka, ewentualna kalkulacja, nie jest już wcale taka szlachetna jak pobudki, które nami wszystkimi kierują. Bo ubrudzimy się godząc na kłamstwo, które daje nam pewne korzyści. Duże korzyści, kolejną szansę na zmiany, ale jednak kłamstwo. Jest częściowa sprawiedliwość, ale ten bilans dobro-zło, prawda-kłamstwo jednak zostaje zachwiany. Trochę to tak jakbyśmy poszli, dajmy na to w 1990, na ugodę, że w Katyniu strzelali ci z PZPR, UB, SB, WSW więc mamy moralne prawo ich sobie powywieszać. Korzyść cywilizacyjna nieprawdopodobna, ale skoro piszę dla „Miasta Pana Cogito” to nie po herbertowsku, nie po chrześcijańsku, nie po europejsku...

I mamy teraz rdzeń tej drugiej teorii, której najwybitniejszym twórcą jest mój kolega z Miasta Pana Cogito, FYM, i którą można spróbować sprowadzić do dosyć prostego zabiegu myślowego.

Jeśli 10 kwietnia wszystkie możliwe wysoko wyspecjalizowane służby dwóch państw NIE DZIAŁAŁY W OGÓLE, to ktoś wcisnął przycisk i je wyłączył. Zauważmy. 10 kwietnia nie działają: media, bo nie ma ich na Okęciu, kamery na Okęciu, kamery w Smoleńsku, nie działa wywiad, kontrwywiad, satelity nie robią zdjęć, latarnie, radary,lotnisko, służby medyczne obydwu krajów, BOR się pałęta bez sensu po lesie, sztab antykryzysowy się zawiesza, specjaliści od katastrof znikają jak sen złoty, służby dyplomatyczne nie działają, prawnicy nic nie wiedzą... amba jak to się mówiło w mojej szkole. Jakby Kononowicz by prorokiem – nie ma nic.

I jesteśmy tutaj w lepszej sytuacji intelektualnej niż w przypadku „inteligentnego projektu”, bo żadnej transcendencji nie trzeba zakładać. Obracamy się pośród ludzi, którzy podejmują decyzję i są świadomi swoich działań.

Jeśli do tego dodamy te godziny zmontowanych ordynarnie zeznań lekarek i ratowniczek sowieckich, które potem znikają przechodząc łagodnie w niebyt z bytu; tych strażaków, którzy byli pa minucie i jednoczenie po pół godzinie tworząc jakieś nieistniejące equlibrium, w którym czas i miejsce nie odgrywa już żadnej roli, to tak – drogi FYM-ie masz rację. To jest montaż, to jest maskirowka, bo po cholerę ktoś by się biedził by się z tymi wszystkimi manipulacjami, gdyby to prawda idiotów dla idiotów była prawdziwa, a wszyscy nieprzyjaciele putinowskiej Rosji w Polsce polegli w jednej sekundzie z własnej winy? Można robić defiladę w Moskwie (i w Warszawie), bo Rosjanie mieli nieprawdopodobnego farta w historii, jak nigdy, i pozamiatane z dopustu Bożego. Mamy kontrakt na gaz, Nord Dtream, Eurazję z Gruzją, no co tam się duszy Kozaka zamarzy...

Teraz proszę, wszelkie instytucje jawne i tajne, zapraszamy na Siewiernyj, pobadajcie sobie kliniczny dowód na skretynienie narodu. Róbcie konferencje w Pasadenie i w Curacao, nasz wielebny Morozow was zaszczyci i objaśni nie ukrywając sowieckiej satysfakcji z jakimi to niebezpiecznymi debilami przyszło wam współmieszkać na tym globie.

Ale mamy problem, Houston :) Jakbym się z Tobą, FYM-ie, nie zgadzał w tym przeczuciu, w tym drobiazgowym zbieraniu poszlak, w narzucającej się pełną oczywistością obrazie sowieckiego kłamstwa, bliźniaczego z tymi wysadzonymi rosyjskimi blokami i ze złapanymi kagiebowcami targającymi worki z hexogenem, jakbym nie rozmawiał z tymi Rosjanami, Ukraińcami, Łotyszami, i każdym, kto to wschodnie plugastwo zna, bo go doświadczył, więc wie.. Nie mamy twardych dowodów. Mamy twarde poszlaki. I tu jest druga trudność... Proces poszlakowy zawsze pozostawia przestrzeń na wątpliwości. Bo może raz na biliard przypadków się wydarzyło? Wyparowało, znikło, może z tymi czarami to tak nie do końca przesada... Może bilokacja i dematerializacja są fizycznie możliwe, może...

I to by było tyle na ten temat. A czułem się w obowiązku zaprezentować swoje stanowisko, bo wielu moich Czytelników mnie o to pyta. Wczoraj zetknąłem się też z czymś, z czym nie sądziłem, że się zetknę, a mianowicie z posądzeniem o nieczystość intencji, więc wykładam uczciwie, żeby nie było już wątpliwości.

Uważam też, że wszystkie próby, te płynące ze szlachetnego serca, wiedzy, doświadczenia, zmierzające do dotarcia do ludzi z informacją, że są okłamywani i że nie mogą pozostawać w stanie kłamstwa, bo uschną, zdegenerują się, są warte wspierania, wszelkiej pomocy i zachęty. Ale nie możemy pozwolić się dzielić; żadna z tych dróg – czy to falsyfikacji ruskich „dez”, czy to żmudnego zbierania poszlak absolutnie i w żadnym punkcie się nie wyklucza. Boli „ciemniaków” tak samo dotkliwe. I potęguje ich strach... I dobrze...

http://hekatonchejres.salon24.pl/369471 ... i-o-polsce


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 05 gru 2011, 08:37 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
A o czym może świadczyć nadzwyczajna i nie zrozumiała opieszałość polskiej strony w badaniu smoleńskiej tragedii? O rosyjskich niezrozumiałych i alogicznych posunięciach w ogóle nawet nie wspomnę.

Koń śmieje z postępów smoleńskich prokuratorów


Znakomity plan był na początku tegorocznego początku lata . We współpracy z Rosją, w sierpniu polscy prokuratorzy mieli sporządzić końcowy protokół z złomowanych pozostałości polskiego samolotu TU-154 o numerze bocznym 101, na lotnisku Smoleńsk Północny. Plan zakładał we wczesnej jesieni przewiezienie części rozbitego samolotu do Polski.

No i nie wyszło. We wrześniu polscy biegli i kilku prokuratorów pobiegało sobie obok wraku. Żadnych próbek materiałów z wraku samolotu strona rosyjska nie pozwoliła zabrać ze sobą. Dokonano również fotodokumentacji poszczególnych części wraku i miejsca katastrofy. Dziw bierze, że dopiero po półtora roku, dokonano fotodokumentacji miejsca i rozbitego samolotu ! Jak jest wypadek drogowy z ofiarami śmiertelnymi, to do momentu przybycia prokuratora i wykonania przez biegłego dokumentacji fotograficznej, miejsce zdarzenia powinno pozostać nienaruszone.

W tym jednak wypadku jest zgoła inaczej. Polscy prokuratorzy nie dokonali dokumentacji fotograficznej miejsca katastrofy bezpośrednio po wypadku, lub w krótkim czasie po katastrofie. Dopiero jutro rozpoczną prace dotyczące lotniska i obiektów, które zawiera lotnisko Smoleńsk Północny.

Szanowni Państwo, może myślicie że robię z Was kpiny ? Nie to proszę Państwa jest dowód na ospałość Polskiej Prokuratury ! Jeśli proszę Państwa mieliście wypadek komunikacyjny w ubiegłym roku i dostaniecie materiał fotograficzny z miejsca zdarzenia, wykonany po upływie roku od czasu katastrofy, to koń by się uśmiał na taki materiał dowodowy obciążający Państwa !

Koń dalej śmieje ! Nie ma auta powietrznego zbadanego przez biegłych i zbadania miejsca katastrofy, którą jak Państwu wmawia się są Państwo sprawcami.

Nie jest natomiast do śmiechu widząc „ postępy „ polskiej prokuratury badającej przyczyny katastrofy prezydenckiego samolotu 101 w dniu 10 kwietnia 2010.

To jest nie wiem jak to określić ?

Po prostu powiem : NIE WIERZĘ WAM ! ! !

http://panama.salon24.pl/370387,kon-smi ... okuratorow




DO narodu dotarło już w kwietniu 2010, tylko do społeczności nie ma szans dotrzeć. Brak złudzeń.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 08 gru 2011, 11:30 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31706
Refleksje po lekturze "Zbrodni smoleńskiej"

Moja generalna uwaga po analizie tej książki została wyrażona w podsumowaniu całej recenzji (która w wersji poprawionej - znalazłem jakieś drobne literówki lub inne wymagające korekty sformułowania - jest dostępna tu: http://w618.wrzuta.pl/plik/8JG1aEzeuQN/ ... _your_mind): niezależni eksperci konstruując swoją książkę wybrali drogę nieco na skróty, chcąc za wszelką cenę udowodnić, że 10 Kwietnia na Siewiernym doszło do zamachu. Miał on, ich zdaniem, zostać przeprowadzony w dwóch etapach: najpierw poprzez zestrzelenie tupolewa za pomocą dwóch rakiet krótkiego zasięgu (wyposażonych w ładunki termobaryczne), a następnie poprzez pozorowaną akcję ratunkową, w trakcie której dokonano egzekucji, czyli dobito rannych. Pociski miałyby zostać wystrzelone przez któryś z MiG-ów 29, które operowały 10-go z bazy w Sieszczy nadlatując nad Siewiernyj od Szatałowa.


Nie będę tu streszczał mojej krytycznej kontrargumentacji, chciałbym bowiem teraz skoncentrować się nie na utyskiwaniu, ale na pozytywnych stronach tej książki, czyli krótko zebrać i zarazem skomentować (wskazując na pewne możliwości śledczej interpretacji) to, co jej autorom, zapewne podczas różnych rozmów w neo-ZSSR (wielka szkoda, że podczas podróży nie zahaczyli o Białoruską SSR, zwłaszcza o Mińsk i Witebsk) oraz podczas odsłuchiwania zapisu magnetofonowego z jaka-40 udało się ustalić – a co wnosi wiele cennych elementów do smoleńskiego dochodzenia. Zacznijmy od końca, czyli od tego, co się udało niezależnym ekspertom dowiedzieć na temat lotu załogi jaka-40. Na wstępie należy dodać (za autorami „Zbrodni smoleńskiej”), że materiał ten jest niekompletny, a więc załoga włączała/wyłączała magnetofon (i/lub też zapis został pokiereszowany później). To już nasuwa pytania: co, kiedy i z jakiego powodu zostało w nagraniu pominięte.


Jeśli chodzi o przelot PLF 031 (nr ogonowy 044) przez białoruską przestrzeń powietrzną, to na uwagę zasługuje to, że w pewnym momencie do załogi jaka-40 ktoś z mińskiej wieży (mimo porozumiewania się po angielsku) mówi: „do zobaczenia”. Oczywiście może to być „uprzejmość” ze strony kogoś z pracujących wtedy na tej wieży, ale też może być to „wyrwanie się” kogoś z... polskiej strony, kto (z jakichś względów) na tej wieży gościł i obserwował lot jaka-40.


Według niezależnych ekspertów (po przesłuchaniu taśmy z jaka-40) przed połączeniem się załogi PLF-031 z Korsażem doszło do wymiany komunikatów z centralą w Moskwie i jakimś zaskoczonym nadlatywaniem polskiego samolotu, zaspanym ruskim kontrolerem, który miał się odezwać po rusku, choć, jak zaznaczają autorzy „Zbrodni smoleńskiej...”, takiej (tj. w tym języku) korespondencji ruska kontrola obszaru nie prowadzi z zagranicznymi samolotami. Ta informacja nie byłaby niczym dziwnym, gdyby nie to, że patrząc na stenogramy z wieży szympansów (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... wiezy.html), to sprawa wygląda tak:


08:52:42 Як-40 Moscow-Control, Papa Lima Fox zero three one, good day, descent FL 3300 meters approaching ASKIL point.
08:52:56 РП Papa Lima Fox zero three onе. «Корсаж» вызывали?/ Papa Lima Fox zero three onе. «Коrsaż» wzywaliście?

(a więc, wg tychże stenogramów, na standardowy komunikat polskiej załogi skierowany do ruskiej kontroli obszaru w momencie wkraczania w ruską przestrzeń powietrzną odpowiada wieża szympansów z wojskowego lotniska w Smoleńsku - przyp. F.Y.M. - i dalej ma to niby być tak)


08:53:28 Як-40 Papa Lima Fox zero three onе, снижаюсь эшелон 3-3-0-0 метровю/ Papa Lima Fox zero three onе, schodzę na wysokość przelotową 3-3-0-0 metrów.
08:53:39 РП Papa Lima Fox zero three onе, занимайте эшелон 1500 с курсом 30 градусов./ Papa Lima Fox zero three onе, zajmujcie wysokość przelotową 1500 z kursem 30 stopni.


Co więcej, w dokumentacji „komisji Millera” powiedziane zostało, iż polska załoga otrzymała... nieprawidłową częstotliwość od mińskiej wieży i od razu połączyła się z Korsażem, a nie z centralą w Moskwie. Jak to zwykle w „baśni smoleńskiej” zagadka goni zagadkę, albo jak w matrioszce, po rozkręceniu jednej babuszki następna się ukazuje. „Komisji Millera” bowiem nie dziwowało, jakże to natowski samolot (jakim chyba był jak-40 polskich sił powietrznych) tak sobie wlatuje w ruską przestrzeń powietrzną i kieruje na ruskie wojskowe lotnisko bez choćby rutynowej wymiany komunikatów z moskiewską kontrolą obszaru. Podobnie niezależnych ekspertów nie dziwi to, iż w ruskiej kontroli pojawia się jakiś zaspany pracownik, który nie wie, co z polskim jakiem zrobić:


„Gdy Mińsk nakazał PLF-031 zejść na wysokość, która była jednocześnie dolną granicą strefy kontrolera w Moskwie, ten nie do końca wiedział, co zrobić z tak nisko lecącym samolotem, nie spodziewał się jego przylotu ze względu na opóźnienie i brak informacji z Mińska.Język rosyjski i angielski nie funkcjonują w przestrzeni powietrznej na równi i to angielski ma pierwszeństwo. Kontroler w Moskwie (czym innym jest wojskowy Smoleńsk) nie może prowadzić łączności w języku rosyjskim z samolotami, które nie są samolotami rosyjskimi lub białoruskimi. Złamanie tej zasady obrazuje zaskoczenie kontrolera wysokością przelotu i nagłym pojawieniem się Jaka-40.


Dwie minuty wcześniej w centrum koordynacji lotów w Moskwie pracę skończyła nocna zmiana kontrolerów, a w fotelu zachodniego kontrolera obszaru zasiadł wypoczęty, ale nie w pełni jeszcze wdrożony w swoje obowiązki kontroler.Wysokość 3600 m to taka, na której startujące albo odchodzące ze Smoleńska samoloty żegnają się z Korsarzem, przestawiają częstotliwość swoich radiostacji i kontaktują się z wieżą kontroli lotów w Moskwie. Maszyny nadlatujące z zachodu latają znacznie wyżej i dopiero zniżają się do wysokości 3600 m. W tabeli przelotów PLF-031 figurował pół godziny wcześniej, więc kontroler nie wiedział, co się dzieje. Może samolot ma problemy? Był na tyle zaskoczony, że powiedział: „A wyście już Korsarza wywoływali?” Załoga zaskoczona była tym pytaniem i komunikacją po rosyjsku w ogóle, przez co utrudnione było uzyskanie niezakłóconej i skutecznej wymiany informacji. Po zrozumieniu sytuacji kontroler polecił załodze skontaktować się ze Smoleńskiem.”


Pozostawiając jednak tę sprawę teraz na boku, chcę zwrócić uwagę na to, że pojawia się nowa „smoleńska zagadka”. Wedle odsłuchu niezależnych ekspertów załoga jaka-40 miałaby się skontaktować z moskiewską kontrolą obszaru i ta dopiero miała Wosztyla i jego kolegów przekazać Korsażowi – zaś wedle stenogramów z wieży szympansów (i wg opowieści „millerowców”) załoga jaka-40 od razu po wejściu w ruską przestrzeń powietrzną kontaktuje się z Korsażem (z pominięciem ruskiej centrali), zaś to zdziwienie wyraża po prostu Plusnin, który nie tylko słyszy, ale i odpowiada na anglojęzyczny komunikat załogi jaka-40: „Papa Lima Fox zero three onе. «Корсаж» вызывали?”.


No i bądź tu mądry – która wersja jest bliższa prawdy? Kto co tu pokręcił? Zarówno bowiem bezpośredni kontakt załogi jaka-40 z Korsażem (z pominięciem Moskwy) wydaje się mało prawdopodobny, jak i (sygnalizowana w „Zbrodni smoleńskiej...”) dezorientacja moskiewskiej kontroli obszaru. Gdzie bowiem jak gdzie, ale w ruskiej centrali dokładnie wiedziano (w dniu zamachu), co, kiedy i jakim korytarzem powietrznym leci z Polski na wschód.


Niezależni eksperci twierdzą, że Moskwa poleciła załodze jaka-40 skontaktować się ze Smoleńskiem, z kolei wg stenogramów z wieży szympansów: Korsaż nawiązawszy kontakt, podtrzymuje go już bez pośrednictwa ruskiej centrali. Jeśliby jednak, zgodnie z tym, co utrzymują autorzy „Zbrodni smoleńskiej...” tak było, jak oni twierdzą, to by znaczyło, iż te komendy, które w stenogramach/zapisach z wieży szympansów podane są jako odpowiedzi Plusnina na komunikaty załogi jaka-40 (przy przekraczaniu ASKIL) są po prostu dograne po 10-tym Kwietnia w celu sfałszowania ówczesnej korespondencji.


Druga ważna sprawa to ta, że piloci jaka-40 odnotowali obecność innych ruskich maszyn, bo rozmowy innych załóg były słyszalne ( „Problemów nastręczało radio. Ciągle się przebijały przez nie głosy z jakichś innych samolotów.Byli to piloci samolotów myśliwskich latający nad nieodległą Sieszczą, gdzie obudzili ze snu wielu świadków, bo nieczęsto Rosjanie urządzają sobie ćwiczenia w sobotę” - dz. cyt., s. 170). Wprawdzie pojawiały się jakieś drobniutkie ślady tego w stenogramach z wieży szympansów (w okolicach czasowych przekraczania ASKIL przez PLF-031):


08:54:05 Як-40 Desent one five zero meters.
08:54:12 Борт(нрзб)./(niezr.)


ale teraz już możemy być pewni, iż wojskowe lotnictwo ruskie było ożywione w czasie przylotu statków powietrznych z Polski.


Co do 8-go i 9-go kwietnia 2010 autorzy „Zbrodni smoleńskiej” twierdzą, że były wielokrotne wizyty tupolewów, które dokonywały próbnych podejść na lotnisku i odejść na drugi krąg (9-go aż trzy tupolewy!):


„Najbardziej zastanawiające są jednak loty wykonane 9 kwietnia, w przeddzień katastrofy. Te również odbyły tupolewy, ich właścicielem także była Rossiya. Dwa z nich miały status „Litiernyj K”, zaś trzeci „Litiernyj A”. Kto więc był tego dnia w Smoleńsku? Premier Putin czy prezydent Miedwiediew? Który z nich zdecydował się na potajemną wizytę na Siewiernym?”


Przypomnę, że w raporcie komisji Burdenki 2, na s. 81 w tabeli nie ma żadnej wzmianki o pracy wieży szympansów. Nie ma rubryki z 9-tym kwietnia, jakby nie tylko „magnetofony P-500” nie nagrywały na żadne mniej lub bardziej dziwne „szpule”, ale i jakby w ogóle wieża nie działała. To zresztą wcale nie jest niemożliwe. To wcale nie musi być nieprawda. Mogła bowiem tamtego dnia na Siewiernym w Smoleńsku działać druga wieża (http://freeyourmind.salon24.pl/352625,o ... mnej-wiezy).


9-go i 10-go kwietnia pojawiły się w Sieszczy oraz nad Smoleńskiem myśliwce MiG-29, które „wykonywały ćwiczenia”. 10-04 nad lotniskiem Siewiernyj strefa wcale nie jest więc „czysta”, tylko znajdują się w niej różne statki powietrzne i niewykluczone, że nie tylko ruskie myśliwce. Oficjalnie, jak piszą autorzy „Zbrodni smoleńskiej”, ruskie siły powietrzne zaprzeczają, by jakiekolwiek ćwiczenia wtedy się odbywały.


Z relacji świadków, do których dotarli niezależni eksperci, jedna jest ciekawa, mówi bowiem o spadaniu... kawałka samego skrzydła. Mógłby to być jeden z elementów „wybroski”:


„to był kawał blachy (nie samolot – przyp. F.Y.M.). Usłyszałem świst i zobaczyłem jak uderza w drzewo, w brzozę, to było skrzydło samolotu. (…) (końcówka skrzydła – przyp. F.Y.M.) bardzo szybko się kręciła. Wszystko było bardzo szybko, w mgnieniu oka. Ona odbiła się od brzozy, skręciła trochę i spadła w kierunku szosy. (…) (skrzydło leciało – przyp. F.Y.M.) bardzo szybko. Obracało się w prawo i leciało raz w górę, raz w dół. (…) Żadnej brzozy on (samolot – przyp. F.Y.M.) nie uderzył. Samo skrzydło. Ono uderzyło” (dz. cyt., s. 708).


Autorzy też mieli się dowiedzieć od pracowników pogotowia smoleńskiego, że tamtejsze karetki nie były wysyłane na lotnisko (gdyby to się potwierdziło, mielibyśmy dodatkowy trop w postaci karetek na Siewiernym... udających smoleńskie pogotowie). Ciekawy jest również trop z Turowskim, który (wraz z ruskimi funkcjonariuszami) miał, wedle zeznań świadków (nie jest podane czyich, ja przypuszczam, iż może chodzić o G. Kwaśniewskiego), odradzać Bahrowi wejście na pobojowisko i podchodzenie do wraku, bo, cytuję, „może p...ć paliwo”. Jak już pisałem w mojej recenzji, nie sądzę, by Turowskiemu i Ruskom chodziło o „p...cie paliwa”, lecz raczej o brak ciał na pobojowisku.


Niezwykle ważne są ustalenia niezależnych ekspertów dot. częstotliwości używanej w neo-ZSSR. Jeśli 90% ruskich wojskowych lotnisk rzeczywiście używa 124,0, to podszycie się w korespondencji z polską załogą pod siewiernieńskiego Korsaża (czy to przez drugą wieżę na smoleńskim wojskowym lotnisku, czy to przez wieżę z innego lotniska) było wyjątkowo łatwym do przeprowadzenia zabiegiem np. po drugiej rozmowie załogi tupolewa z załogą jaka-40, co poniżej spróbuję zrekonstruować. Taki Korsaż-2 (udający Korsaża-1) mógł zwyczajnie zakazać polskiej załodze lądowania na Siewiernym, w korespondencję mogłaby się włączyć ponownie moskiewska kontrola obszaru i zalecić skierowanie się na lotnisko zapasowe. Najprostszym rozwiązaniem byłby Witebsk (jako wariant zaplanowany i zarazem jako miejsce nieodległe od Smoleńska oraz Katynia).


Jest jedna informacja, której potwierdzenie ma olbrzymią wagę dla całej sprawy (mielibyśmy bowiem dodatkowe źródło danych do sfałszowanych zapisów CVR z 10 Kwietnia). Chodzi o to, czy polski tupolew nie odbył lotu rekonesansowego na Siewiernyj 9 kwietnia 2010. Jak wiemy z książki niezależnych ekspertów, 9-go kwietnia lądowały tam aż trzy tupolewy, dokonując różnych podejść do lądowania (filmowe nagrania tych podejść powinny być w materiale hotelowym moonwalkera S. Wiśniewskiego). Zapisano, iż były to maszyny Rossiji Airlines, ale ruskie bumagi nie muszą mówić pełnej prawdy. Jak natomiast pamiętamy z relacji p. Zdzisława Moniuszki, właśnie 9-go kwietnia załoga miała lecieć na Siewiernyj: „Dzień przed katastrofą (śp. Justyna Moniuszko – przyp. F.Y.M.) też była w Smoleńsku, tym samym samolotem” (http://lotniczapolska.pl/Odeszla-Justyn ... toku,12769).


Zestawmy teraz obok siebie starannie następujące puzzle (po godz. 8.20/10.20, kiedy były ostatnie telefony śp. I. Tomaszewskiej i L. Kaczyńskiego oraz kiedy PLF-101 przekroczył ASKIL i (przekierowany przez moskiewską kontrolę obszaru) nawiązał kontakt z Korsażem-1):


1.Dialog zarejestrowany w wieży szympansów (jest to już po wstępnej rozmowie Korsaża-1 z polską załogą – podkr. F.Y.M.):
10:27:11 РП Пожалуйста, диспетчера./Dyspozytora poproszę.
10:27:13 ТЛФ Вызываю./Łączę.
10:27:19 Дисп. Муравьев./Murawiew.
10:27:20 РП Анатолий Иванович, ну что с запасными?/Anatolu Iwanowiczu, co z zapasowymi?
10:27:22 Дисп. Ну Витебск, Минск, мы сейчас им скажем (нрзб)./ No,Witebsk, Mińsk, zaraz im powiemy.(niezr.)
10:27:24 РП Давайте побыстрее, а то он.../ Tylko szybciej, bo on jeszcze…
10:27:26 Дисп. Хорошо./Dobrze.


2. „Prezydencki samolot” o godz. 10.28 znika z radarów Korsaża-1. (Zachodzi to dość szybko po pierwszej wymianie komunikatów między PLF-101 a Korsażem-1):


10:28:27 РП Не проспать его, с курсом 40 идет, чтобы довернуть его вовремя. Где он б...дь сейчас?/Nie przegapić go, na kursie 40 idzie, żeby go zdążyć doprowadzić. Gdzie on k...a teraz jest?
10:29:05 РП Так, так, так, так, так, б...дь, где-то ж должен быть./Tak, tak, tak, tak, k...a, gdzieś powinien być.
10:29:10 А (нрзб)./ (niezr.)
10:29:20 РП Ё... твою мать, все один к одному, б...дь./ K..a twoja mać, wszyscy jeden w drugiego, k..a…
10:29:30 А (нрзб)./ (niezr.)
10:29:31 РП Ответил./Odpowiedział.
10:29:33 А (нрзб)./ (niezr.)
10:29:34 РП Где-то 25 километров, пока не наблюдаю./Gdzieś 25 kilometrów, na razie nie obserwuję.
10:29:38 А Ты его не видишь, да? / Ty go nie widzisz, tak?
10:29:39 РП Да, пропал./Tak, przepadł.
10:29:41 А (нрзб)./ (niezr.)
10:29:43 А Да./Tak.


3. Tupolew znika z radarów nie tylko po komunikacji z Korsażem-1, ale i w okolicach wymiany zdań załogi tupolewa z załogą jaka-40, w której to rozmowie pada to niezwykle ważne zdanie (o 10:29:40 wg „stenogramów CVR”): „Ił dwa razy odchodził i chyba gdzieś odlecieli.” Piloci tupolewa mają więc jasny obraz sytuacji: na Siewiernym nie ma iła-76 (z ekipą „mającą zabezpieczać prezydencką delegację”), a więc lądowanie tam nie ma sensu, bo najwyraźniej zaczęto przesuwać „uroczystości powitalne” na inne lotnisko. Po co mieliby tupolewem dokonywać „przeglądu lotniska”, jeśli zadaniem polskich pilotów było dowieźć delegację w miejsce, na którym odbędą się właśnie „powitalne uroczystości”?


4. (No i by zamknąć to zestawienie puzzli) – 4 kawałek (wg polskich odczytów kopii zapisów CVR) o 10:29:53 rus. czasu pada w kokpicie tupolewa taki komunikat (nie do końca wiadomo przez kogo wypowiedziany):


10:29:53 PLF-101: Zanim się zdecyduje, to może kartę byśmy zrobili w międzyczasie? Wszystko jedno, czy to będzie Mińsk, czy Witebsk.


Mamy z kawałków 1-4 odtworzoną chronologię, zaś to ostatnie zdanie sugeruje, iż komuś (Prezydentowi?) pozostawiono decyzję, co do wyboru białoruskiego lotniska zapasowego. Niewykluczone, że jest to zdanie wypowiedziane już po wstępnej korespondencji z Korsażem-2 (zakaz lądowania) i moskiewską kontrolą obszaru (zalecenie delegacji prezydenckiej powrotu do białoruskiej przestrzeni powietrznej). Może być też tak, iż w tej chwili dopiero włączyła się „druga wieża” lub ruska kontrola – coś jednak musiało się wydarzyć, co skłoniło załogę tupolewa do niekierowania samolotu na Siewiernyj.


Oczywiście, pozostaje pytanie: kto w takim razie prowadził dalszy dialog z wieżą szympansów, czyli Korsażem-1 (słyszany przez załogę jaka-40)? No i tego się musimy jeszcze dowiedzieć. Czy to robili Ruscy podający się za polską załogę, czy... jacyś oddelegowani do tego właśnie zadania, nasi zdolni rodacy. W oficjalnej relacji mówi się wszak o trzeciej jeszcze rozmowie załogi jaka-40 z załogą tupolewa, lecz jest to (jeśli trzymamy się „stenogramów CVR” skonstruowanych w Moskwie) wymiana raptem dwóch komunikatów:


10:37:01 PLF 031: Arek, teraz widać 200.
10:37:04 PLF 101: Dzięki.

No i jest jeszcze jedno pytanie: w którym momencie do tupolewa doleciały MiGi-29 jako „eskorta”?


http://w618.wrzuta.pl/plik/8JG1aEzeuQN/ ... _your_mind (wersja poprawiona)

http://freeyourmind.salon24.pl/371276,r ... molenskiej


I jeszcze kilka komentarzy:


1. nie mają wartości notatki spreparowane - te bowiem mają za zadanie skierowanie śledztwa na fałszywe tory,
2. w przypadku śledztwa wnioskuje się głównie ze skutków na temat przyczyn prawda? - ważne jest więc precyzyjne ustalenie najpierw: jak wyglądało miejsce zbrodni, co dokładnie się stało, a dopiero następnie rekonstrukcja przebiegu zbrodni; nie można jednak w ten sposób ustalać przyczyn, nie ustaliwszy skutków. Jeśli bowiem polski samolot nie przyleciał na Siewiernyj, a wiele na to wskazuje, to (przykładowo) analizowanie sfałszowanej trajektorii "lotu tupolewa" może doprowadzić nas najwyżej do tego, że uznamy iż: coś jest nie tak z tą trajektorią - nie zaś, że tupolew tam nie leciał (zakładamy bowiem milcząco, że właśnie leciał - skoro analizujemy trajektorię). Rozumie Pan?

Pozdr
FREE YOUR MIND



jestem coraz bardziej przekonany, że Witebsk jest właśnie "punktem zwrotnym", tj. węzłowym, w tym sensie, że

1) tam byłoby najprościej skierować delegację, by nie budziło to jej wątpliwości i zastrzeżeń (planowo przewidziane lotnisko zapasowe i położone niedaleko Smoleńska/Katynia)

2) tam można było skierować tę część delegacji (kilku Dowódców i jeszcze jakieś osoby, może z BBN (śp. A. Szczygło), MON (śp. S. Komorowski) itd.)) na "nieformalne spotkanie" z ruskim sztabem, które miało dotyczyć ruskiej wizyty wojskowych w Polsce) - na zasadzie: "w Witebsku sobie spokojnie porozmawiamy, a stamtąd dojadą wszyscy uczestnicy spotkania do Katynia".

Pytanie zatem, jaki samolot wyleciał z Okęcia PROSTO do Witebska - czy był to 1) jak-40 pilotowany przez śp. A. Błasika, czy 2) jakaś CASA (z polską załogą), czy też 3) jakiś samolot polskich linii cywilnych (bo "jak miał awarię"/ "CASA miała awarię"), czy (co wydaje mi się bardzo prawdopodobne) 4) jakiś "gościnny" rządowy ruski samolot? Ten ostatni wariant wydaje mi się prawdopodobny z tego powodu, że odpadałaby wtedy jakaś dodatkowa polska załoga - pilotowaliby Ruscy.

Witebsk jest też zwrotny/węzwłowy w "historii smoleńskiej" z 3) powodu: niewykluczone, że stamtąd próbowała polska delegacja uciekać na północ w stronę krajów nadbałtyckich i w poszukiwaniu osłony samolotów NATO. Jest jednak prawdopodobne także to, że cały zamach (lub jakaś jego część) został(a) dokonany(a) właśnie w Witebsku, ponieważ:

1) polska delegacja NIE spodziewała się żadnego zamachu, pamiętajmy, najwyżej jakichś trudności czynionych przez ruskich. Nawet więc, jeśli widziano by myśliwce eskortujące ją do Witebska, to zastanawiano by się jedynie: "o co Ruskom chodzi? Czy jakieś są znowu problemy na poziomie MSZ?", nie podejrzewając najgorszego, zwłaszcza że na lotnisku powinna była być, myślę, widoczna... kolumna samochodów oraz jakiś ił-76 - sprawiające pozory istnienia "delegacji oczekującej". Najgorsze można by podejrzewać wtedy, gdyby przestała działać łączność z kimkolwiek - np. z oczekującymi w Katyniu, z organizatorami uroczystości, z Wwą itp.

2) stąd, tj. z Witebska, nie było tak trudno przerzucać ciała ofiar.

Na pewno jednak jakiś opór musiała delegacja stawić i pokrzyżować plany czekistów, skoro Ruscy zniszczyli generalskie emblematy na mundurach. To jest jednak najtrudniejszy do odtworzenia przebieg zdarzeń,

pozdr
FREE YOUR MIND



Schodzimy na coraz głębsze poziomy badania ... no właśnie, czego?

Dezinformacji, informacji wymieszanych z dezinformacją?

Uformowały się dwie grupy blogerów zainteresowanych odkryciem prawdy o przebiegu Tragedii Smoleńskiej - wierzących w zamach przeprowadzony na Siewiernym ( dokładnie o godzinie 08:41:06 czasu warszawskiego) oraz niewierzących w opisywany nam przebieg takiego zamachu.

"Niewierzący" dwoją się i troją przy wyszukiwaniu kolejnych poszlak zaprzeczających scenariuszowi kreślonemu przez "wierzących". Tymczasem sprawę możnaby skwitować prościej - może niech "wierzący" zbiorą się kiedyś w sobie i najpierw wykażą, że ich wiara jest oparta na czymkolwiek więcej, niż mgławicowym zapisie FMS/TAWS.

Albo, że przynajmniej ten jeden zapis (FMS/TAWS) przeanalizowali dogłębnie, nie widzą w nim żadnych luk, ani sprzeczności, lot ze Smoleńska uważają za spójny i logiczny. Co więcej, są gotowi odpowiedzieć na wszystkie pytania związane z technicznymi aspektami tegoż przelotu. Na podstawie zapisu CVR, FMS/TAWS, ATM QAR.

Rozumiem taktyczne i propagandowe znaczenie badania trajektorii. Zwłaszcza trajektorii hipotetycznych ostatnich sekund lotu Tu-154M. Pojawiła się jednak spora grupa osób, która z badania hipotetycznej trajektorii malutkiego fragmentu (hipotetycznego) przelotu wnosi, nie wiadomo na jakiej zasadzie, że taki przelot faktycznie miał miejsce, że lot przebiegał dokładnie tak, jak to opisuje (rzekomo) FMS/TAWS, a w związku z tym, że samolot Tu-154M z 96 osobami na pokładzie rozbił się na lotnisku Siewiernyj o godzinie 08:41:06 czasu warszawskiego.

A skoro w coś takiego wierzą, to niech może spróbują to publicznie udowodnić. Z czego ich wiara wynika? Chętnie się dowiem.
MAREKTOMASZ


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 145 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5 ... 10  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /