Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 144 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 6, 7, 8, 9, 10  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 19 wrz 2013, 18:19 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3279
http://ural.kp.ru/daily/24470/630330/#commen

Досье KP.RU
Юлия ЧАСОВНИКОВА
(9 Апреля 2010, 16:10)
Лех Александр Качиньский Комментарии: 1
Президент Польши, юрист, политик (18 июня 1949 - 10 апреля 2010)
1949 – в Варшаве в семье офицера появились на свет братья-близнецы Лех и Ярослав Качиньские. Разница между ними составила 45 минут.
1962 – Лех, будучи еще ребенком, вместе с братом попробовал себя в кинематографе. Мальчики снялись в очень популярном после фильме-сказке "О тех двоих, которые украли Луну".
По окончании школы, Лех поступает в Варшавский университет, где заканчивает юридический факультет и получает степень магистра (1972).

1971 – будущий президент Польши решает переехать в Сопот и заниматься научными трудами в Гданьском университете.
1971-1997 – поднимается по карьерной лестнице в сфере науки. Работает в университете Гданьска.
1977 – задумывается о политической карьере и вступает в Комитет защиты рабочих, из которого потом «появился на свет» профсоюз «Солидарность». Становится соратником тезки - Леха Валенсы. Эта деятельность (антисоветская) в то время считалась подпольной, поэтому Качиньский рисковал.
1980 – Лех защищает Кандидатскую диссертацию по трудовому праву. Параллельно добивается авторитета среди политических соратников. И становится делегатом первого национального съезда «Солидарности». В этом же году рождается дочь Марта Дубинецкая, которая участвует в предвыборной кампании отца. Как только Качиньский побеждает, Марта разводится и выходит замуж за сына политического противника папы, Марека Дубинецкого.

Август того же года – становится юридическим советником забастовочного движения Гданьска.
1983-1984 – руководит профсоюзом «Солидарность».
1988 – назначен секретарем Всепольской комиссии «Солидарности», затем членом президиума, затем первым замом председателя.
1989 – будущий президент Польши избирается народом в сенат.
1990 – юрист защищает докторскую диссертацию. Становится лидером партии «Соглашение» центристских сил.
1991 – Лех Качиньский заседает в сейме. В это же время политик возглавляет Бюро национальной безопасности в канцелярии президента Польши.
1992-1995 – видный политик польского государства назначен руководителем Центральной аудиторской комиссии. Параллельно избирается председателем Верховной контрольной палаты.
2000-2001 – работает в правительства Ежи Бузек министром юстиции.
2001 – Лех объединяется с братом-близнецом, и вместе они создают партию «Закон и справедливость» (ЗиС). В этом же году, эта политическая сила, будучи дебютанткой на выборах, получила 9,5% голосов избирателей.
2003 – Ярослав Качиньский сменяет брата на посту председателя ЗиСа.
2002 – Лех Качиньский избирается мэром Варшавы. На этом посту принимает решение переименовать одну из варшавских площадей в площадь имени Джохара Дудаева (лидера чеченского сепаратистского движения 1990-х годов, первый президент самопровозглашённой Чеченской республики Ичкерия).
Март 2005 – политик заявляет о намерении баллотироваться на пост президента Польши. Граждане ждут, что в случае победы ЗиС на парламентских выборах Ярослав станет премьер-министром. Но брат будущего президента заявляет, что взглавит правительство только если Лех проиграет на выборах.
23 октября 2005 – Лех Качиньский избирается президентом Польши.
Реализует проамериканскую линию во внешней политике. Правда, более независим. Оказывал поддержку Америке в вопросе размещения ПРО в Восточной Европе, не смотря на протест большинства поляков. Испортил отношения с Германией, допустив многократные антинемецкие высказывания в духе «вечной вины» за преступления во время Второй мировой войны. Улучшил отношения с Украиной, опустив пункт признания вины украинских националистов за геноцид польского народа во время Второй мировой войны.
Политика по отношению к Росси резко ухудшилась. Как только Качиньский пришел к власти, сразу заявил:
- Мы всегда рады видеть президента Путина у себя, - намекая на то, что не поедет в Россию, так как российские лидеры реже посещают Польшу, чем польские лидеры — Россию.
Полностью поддерживал президента Грузии Михаила Саакашвили во всех его «начинаниях».
10 апреля 2010 – разбился на самолете под Смоленском. С ним рядом находилась супруга, экономист Мария Качиньская (Мацкевич), которая была старше мужа на 6 лет.


Tłumaczenie Google

Julia Chasovnikova(April 9, 2010, 16:10)

Lech Aleksander Kaczyński Komentarze: 1
Prezydent RP, prawnik, polityk (18 czerwca 1949 - 10 kwietnia 2010)
1949 - w Warszawie w rodzinie oficera urodziły bracia bliźniacy Lech i Jarosław Kaczyński. Różnica między nimi wynosił 45 minut.

1962 - Lech jako dziecko, on i jego brat próbował swoich sił w produkcji filmowej. Chłopcy wystartował w bardzo popularny po filmowej opowieści "o dwóch, którzy ukradli księżyc".

Po szkole, Leh wchodzi na Uniwersytet Warszawski, Wydział Prawa, gdzie kończy się i tytuł magistra (1972).

1971 - przyszły prezydent Polski decyduje się przenieść w Sopocie i zrobić pracę naukową na Uniwersytecie Gdańskim.

1971-1997 - wzrost w szeregach w dziedzinie nauki. Pracuje na Uniwersytecie Gdańskim.

1977 - odbija się na jego karierze politycznej i wchodzi Komitet Ochrony pracowników, z których następnie "urodzonych", Związek Zawodowy "Solidarność". Ally staje imiennik - Lech Wałęsa. Działalność ta (anty-sowiecki) w momencie uznano za metro, więc ryzyko Kaczyński.

1980 - Lech broni pracę doktorską z zakresu prawa pracy. Równolegle, szukając prestiżu wśród politycznych zwolenników. I to staje się delegatem na I Krajowy Zjazd "Solidarności". W tym samym roku, córka, marzec Dubinetskaya, który bierze udział w kampanii swojego ojca. Po Kaczyński wygrywa, Martha rozwodzi i poślubia syna przeciwnika politycznego ojca, Marek Dubinetskogo.

Sierpnia tego samego roku - jest radcą prawnym z ruchu strajkowego w Gdańsku.

1983-1984 - prowadzony przez związek zawodowy "Solidarność".

1988 - powołany sekretarz Ogólnopolskiego Komitetu "Solidarność", a następnie członkiem Prezydium, a następnie pierwszy zastępca przewodniczącego.

1989 - przyszły prezydent Polski wybrany przez ludzi w Senacie.
1990 - prawnik obronił pracę doktorską. Staje się liderem partii "Umowa" sił centrowych.
1991 - Lech Kaczyński zasiada w Sejmie. Jednocześnie polityk kieruje Biura Bezpieczeństwa Narodowego w Kancelarii Prezydenta RP.

1992-1995 - wybitny polityk polskiego państwa szefem Centralnej Komisji Rewizyjnej. Równolegle, został wybrany prezesem Najwyższej Izby Kontroli.

2000-2001 - praca w rządzie minister sprawiedliwości Jerzy Buzek.
2001 - Lech sprzymierza się ze swoim bratem bliźniakiem, i razem stworzyć partii "Prawo i Sprawiedliwość" (ZIS). W tym samym roku, to siła polityczna, jako debiutant w wyborach, zdobył 9,5% głosów.

2003 - Jarosław Kaczyński zastąpił brata jako ZiS przewodniczący.

2002 - Lech Kaczyński został wybrany prezydentem Warszawy. W tej roli, postanawia zmienić nazwę jednego z placów na terenie Warszawy imieniem Dudajewa (przywódca separatystycznej Czeczenii przepływu 1990, pierwszy prezydent samozwańczej Czeczeńskiej Republiki Iczkerii).

Marca 2005 r. - polityk deklaruje zamiar kandydować na prezydenta Polski. Obywatele oczekują, że w razie zwycięstwa w wyborach parlamentarnych ZIS Jaroslav się premier. Ale brat przyszłego prezydenta powiedział, że rząd tylko wtedy vzglavit Lech przegrać wybory.

23 października 2005 - Lech Kaczyński został wybrany prezydentem Polski.

Realizuje pro-USA linię w polityce zagranicznej. Jednak bardziej niezależne. Ameryka wspierała kwestii obrony przeciwrakietowej w Europie Wschodniej, mimo protestów większości Polaków. Uszkodzone stosunki z Niemcami, dzięki czemu wiele antyniemieckie uwagi w duchu "wiecznej winy" za zbrodnie w czasie II wojny światowej. Poprawa stosunków z Ukrainą, obniżenie jego punkt przyjmowania winy za ludobójstwo nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej w czasie II wojny światowej.

Polityka wobec Rosji uległa dramatycznemu pogorszeniu. Gdy do władzy doszli Kaczyńscy, powiedział kiedyś:

- Zawsze cieszę się, że prezydentowi Putinowi na - sugerując, że nie pojedzie do Rosji, a rosyjscy przywódcy rzadko odwiedził Polskę, niż polskich liderów - rosyjskich.

W pełni obsługiwane gruziński prezydent Micheil Saakaszwili we wszystkich jego "działalności".

10 kwietnia 2010 - by samolot rozbił się w pobliżu Smoleńska. Z jego strony była żona, ekonomistka Maria Kaczyńska (Mackiewicz), która była starsza od męża o 6 lat.

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 03 gru 2013, 20:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Smolensk jak matrix cz.II

Dzisiaj nie zamieszczam typowych dialogow mistrza z uczniem poniewaz to co sie znajduje w niniejszej notce traktuje jako dodatek do poprzedniej.

Zgodnie z poprzednia notka, idac sciezka rozumowania zakladajacego, ze wszyscy uczestnicy wydarzenia o nazwie "Katastrofa smolenska" dzialali racjonalnie (czyli zgodnie z matematycznym modelem teorii gier) zaczalem szukac materialow , ktore potwierdzily by ten tok myslenia.


Nie trwalo to dlugo, zaledwie kilka dni, gdzy odkrylem material dziennikarski z 29 kwietnia 2010 roku. Podaje do niego link:

http://www.infiniteunknown.net/2010/04/ ... ash-plane/

Wskazuje on na fakt, iz w samolocie byly tylko 4 osoby, gen.Blasik + 3 zolnierzy pulku lotniczego. Istnieje prawdopodobnie material dzwiekowy z rozmowy pilotow z wieza, ktory byc moze zostal przekazany dziennikarce przez chor.Musia (niezyjacego). W kazdym razie dziennikarka Jane Burgermeister slyszala to nagranie , z kokpitu, w ktorym wieza pyta: "ile osob jest na pokladzie?", a samolot odpowiada : "u nas czetyrje cielovieka".

Powstaje pytanie: A gdzie reszta osob? Zapytajmy moze p. A.Macierewicza i p. Laska oraz p.Tuska i p.Kaczynskiego. Oni znaja prawde tylko ja ukrywaja.

Dodatkowo prosze obejrzec material reporterski tej samej dziennikarki pod linkiem:

http://www.infiniteunknown.net/2010/04/ ... uth-video/

Material ten jest jeszcze wczesniejszy bo z 19 kwietnia 2010, co ma sens, poniewaz sa tutaj pewne zalozenia lub domysly, ktore uzyskuja wiecej swiatla w kolejnym materiale z 29 kwietnia.



Zalecam rowniez przeczytanie komentarzy do tych informacji, poniewaz rzucaja one sporo swiatla na tzw. "nozyce Golicyna" i ich wykorzystaniu w tworzeniu mitu smolenskiego.



Od siebie moge dodac nastepujaca uwage:

Teoria gier i psychologia sa wykorzystywane w sluzbach specjalnych w bardzo duzym zakresie. Moze malo kto wie ale wlasnie naprowadzanie rakiet na cel odbywa sie glownie za pomoca regul tej teorii. Oprocz zastosowan matematycznych ma ona jednak wiele do powiedzenia w analizowaniu zachowan ludzkich oraz planowaniu dzialan na przyszosc.

Czy ktos z Panstwa bral kiedys udzial w poligonie wojskowym? Otoz w sytuacji poligonowej kazda ze stron, dajmy na to A i B (jezeli jest tylko dwoch grajacych) dazy do przejecia dowodztwa przeciwnika. Jezeli to sie nie udaje to wtedy nastepuje walka na oddzialy i bronie. Jezeli sie udaje to przeciwnik, ktorego dowodztwo zostalo przejete poddaje cala armie i rzady w panstwie.

Jeseli przypatrzymy sie uwaznie temu co sie stalo z polskim rzadem po katastrofie smolenskiej, mozemy chyba przyjac zalozenie ze tak sie wlasnie stalo. Chyba, ze nie chcemy miec juz oczu ani uszu ani innych narzedzi postrzegania, bo lepiej nic nie widziec i nic nie slyszec.

Mam nadzieje, ze ten material podziala terapeutycznie, chociaz oznaczac moze czesciowa dezintegracje. Wg znamienitego polskiego psychologa , Kazimierza Dabrowskiego , dezintegracja pozytywna oznacza jednak zrobienie jednego kroku w kierunku uzdrowienia chociaz proces dochodzenia do pelnej integracji moze byc dlugi i meczacy.

http://antybauman.salon24.pl/552431,smo ... trix-cz-ii


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 06 gru 2013, 20:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Rekonstrukcja burt tupolewa - tych najważniejszych - ani burta B, ani C nie jest burtą A

„Katastrofa smoleńska” jest jedynie „wytworem” medialnym i zasadniczą częścią Kłamstwa Smoleńskiego.

Temat podejmowany był już dość dawno w opracowaniu „Inwentaryzacja na Siewiernym”, „Dowód smoleński – kadłub” i ostatnio w dwóch częściach analizy pt. Gubałówka to nie Giewont”. Dojrzewał… i jest.

Analiza ta podsumowuje definitywnie wątek z fragmentem prawej burty i szczątkowo zachowanym na niej napisem „Republic of Poland”.

Nie pozostawia też złudzeń – tej burty na polance przy Siewiernym nie było – ani w pierwszych chwilach „po” ani nawet później, w kolejnych dniach po 10.04.2010.

Przedmiotem analizy będą trzy fragmenty burt samolotowych przypominających ze względu na malowanie (kolor biały i czerwone paski) rządowego tupolewa.

Fragment A

Fragment A (zdjęcia powyżej) – fragment który nie zaistniał fizycznie (brak jakiejkolwiek dokumentacji zdjęciowej i filmowej) w miejscu podawanym jako miejsce „katastrofy”, z widocznym fragmentem napisu Republic of Poland. Jest nim ścianka boczna bez „sufitu” z wgniecionym dnem (na nim stoi) i zachowanymi, nie rozbitymi ani łomem, ani wybuchami – oknami w liczbie siedem (7). Na tej burcie wyraźnie widoczne są pod oknami dwa czerwone paski, węższy wyżej, a pod nim szerszy (bardzo istotny w dalszej części analizy, gdyż powtarza się w następnych fragmentach B i C).

Fragment B

Fragment B (zdjęcie powyżej) – nie było go w takiej postaci w początkach „katastrofy” (brak w dokumentacji – w zapisie filmowym i na zdjęciu z mapy satelitarnej MAK – obszar między końcówką ogona, silnikiem i statecznikami – część wschodnia polanki, patrz „Dowód smoleński – kadłub”). Część zaistniała w efekcie ewolucji inscenizacji na polance przy Siewiernym. Trudno stwierdzić, czy nie jest to fragment pozostały po niszczeniu wraku przez spasatieli, a będący wcześniej fragmentem C – burty stojącej za rosochatym drzewkiem w pobliżu złomu udającego pozostałości po kokpicie i części bagażowej. Jego cechą charakterystyczną jest otwór po luku bagażowym i zachowany u góry wzdłuż całego fragmentu szeroki czerwony pas za którym jest dość równo ucięty.
Fragment B Nie jest więc fragmentem A, gdyż nie posiada okien (zdjęcie jeszcze na polanie) oraz także posiada – jak fragment A – szerszy czerwony pas, który się w takim razie dubluje. Dwa różne w wyglądzie fragmenty burty nie mogą posiadać jednocześnie tego samego pasa. Pochodzą zatem z dwóch różnych samolotów.

Po nim też poznajemy, że sterta złomu (zdjęcie nr 4 z porównania niżej) udająca kokpit i część z lukiem bagażowym ułożona przez spasatieli nie pochodzi od jakiegokolwiek tupolewa – (luk bagażowy o innym kształcie niż w tupolewie).

porównania

Po porównaniu fragmentu B z rzeczywistym obrazem burty samolotu nr. 101 zauważamy, że ten fragment nie jest autentycznym, co zauważył jeden z blogerów. W zniszczonym fragmencie B, luk bagażowy sięga do czerwonego pasa, a więc inaczej niż w oryginale.

ten fragment nie jest autentycznym

Fragment C, którego nie ma i nie było na bocznej płycie Siewiernego – zdewastowany i wyeksponowany w stosowny sposób na przytoczonym zdjęciu. Trzeba zwrócić uwagę, że ścianka ta po lewej stronie, na zdjęciu 1 i 2 z zestawu poniżej różni się kształtem zniszczeń oraz tłem (gęstwina leśna i wolna przestrzeń z nielicznymi drzewkami).

Fragment C

Fragment ten stał na polanie przy Siewiernym za rosochatym drzewkiem i stertą złomu, udającą kokpit z lukiem bagażowym (Gubałówka to nie Giewont). W sposób mylny nazwano go „burtą z napisem Republic of Poland”. Jego okna (w liczbie siedem) po załamaniu nad szerszą czerwoną linią są opadnięte.
Można tu zapytać – gdzie jest wąski czerwony pas jeśli załamanie burty następuje od razu nad szerokim paskiem i zaraz potem „wiszą” okna? Brak kontynuacji ścianki z napisem. Na filmie Marii Dłużewskiej i Joanny Lichockiej pt. „Mgła”, burta ta z widocznym spodem, jest przez Rosjan przewrócona na ziemię.

burta z widocznym spodem


Poniżej pojedyncza strzałka wskazuje dolną część luku bagażowego zakrytego pierwszymi trzema opadniętymi oknami od lewej strony.

część luku bagażowego

Poniższy rysunek potwierdza miejsce położenia fragmentu C w samolocie tupolew. A czerwone strzałki wskazują to samo miejsce z wcześniejszego zdjęcia.

miejsce położenia fragmentu C


Zdjęcie z zaznaczeniem omawianych fragmentów burt:
Ścianka ta (C), może też być fragmentem w tylnej części za skrzydłem (bok prawy, miejsce wskazane na zdjęciu) lub fragmentem B powiększonym o część okienną. Jednak tej pewności nie mamy z powodów przytoczonych wcześniej.

bok prawy


Widzimy, że ani burta B, ani C nie jest burtą A – ma ona także – przypomnijmy - dobrze widoczny szeroki czerwony pas i pochodzi z innego miejsca w kadłubie. Części A i B mają szeroki czerwony pas – „wspólny”, który powinien być tylko na jednej z nich.

Takim sposobem, otrzymujemy „krzyżówkę” fragmentów burt (A i C,B) które zaistniały odrębnie i niezależnie od siebie w różnych miejscach (polanka i boczna płyta Siewiernego) ale nie zaistniały razem w jednym miejscu. Mamy do dyspozycji zdublowane fragmenty samolotów i inne, nie zdublowane ale różne – inne na polanie, inne na Siewiernym, brak tych z polany na Siewiernym i brak tych z Siewiernego na polanie.

Niemożliwe też, by fragmenty te pochodziły tylko z jednego samolotu co zostało powyższym udowodnione.

Na podstawie przytoczonych i znanych powszechnie zdjęć i dokumentacji technicznej można z całym przekonaniem potwierdzić, że mieliśmy na polance przy lotnisku XUBS mistyfikację z zamianą i wymianą części samolotowych.

„Katastrofa smoleńska” jest jedynie „wytworem” medialnym i zasadniczą częścią Kłamstwa Smoleńskiego.

inne powiązane tematycznie
http://cudwcielonegoducha.neon24.pl/pos ... -smolensku
http://cudwcielonegoducha.neon24.pl/pos ... iii-kadlub
http://cudwcielonegoducha.neon24.pl/pos ... siewiernym
http://arkanoego.net/index.php/2013/10/ ... e-giewont/
http://freeyourmind.salon24.pl/549943,iluzja

http://arkanoego.net/index.php/smolensk ... niejszych/

Zdjęcia w oryginale.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 09 gru 2013, 21:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
FLESZ! (SMOLEŃSK: NOWE FAKTY I TROPY)


"Samolotu nr 101 - TAM – na tej przeklętej polanie, nie było"

"Brzoza była złamana 5 kwietnia albo nawet kilka dni wcześniej"

"Exif tego zdjęcia to data wykonania – 09.04.2010r. godz. 12:29:36. Otrzymujemy zatem dowód na wymianę złomu samolotowego z jednego na inny” : „"Na polanie 9.04.2010r. nie mógł leżeć samolot który jeszcze nie doleciał, ani nawet nie wystartował. O ludziach nie wspominając.”

"Odmienny stan kwiatostanów części ułamanej i zakorzenionej dowodzi ,że część odłamana miała już kłopoty wegetacyjne jesienią 2009 roku"

"Czy to co widzimy na nieprzykrytym fragmencie to skóra? NIE"

"PLF 101 mógł 10 Kwietnia nadlecieć na XUBS od zachodniej strony (kursem 79)"

"Cześć elementów powbijanych w pień jest wyraźnie stara"

Szczegóły (linki, daty) znajdują się pod notką dokumentacyjną: http://noweczasy.salon24.pl/550713,smol ... tualizacje


FLESZ! będzie publikowany w miarę napływania nowych materiałów;
byłbym wdzięczny kol.kol. Blogerom za wszelkie sugestie w tym względzie.

http://noweczasy.salon24.pl/553155,fles ... ty-i-tropy







FLESZ! (SMOLEŃSK: NOWE FAKTY I TROPY)


"Samolotu nr 101 - TAM – na tej przeklętej polanie, nie było"

"Brzoza była złamana 5 kwietnia albo nawet kilka dni wcześniej"

"Exif tego zdjęcia to data wykonania – 09.04.2010r. godz. 12:29:36. Otrzymujemy zatem dowód na wymianę złomu samolotowego z jednego na inny” : „"Na polanie 9.04.2010r. nie mógł leżeć samolot który jeszcze nie doleciał, ani nawet nie wystartował. O ludziach nie wspominając.”

"Odmienny stan kwiatostanów części ułamanej i zakorzenionej dowodzi ,że część odłamana miała już kłopoty wegetacyjne jesienią 2009 roku"

"Czy to co widzimy na nieprzykrytym fragmencie to skóra? NIE"

"PLF 101 mógł 10 Kwietnia nadlecieć na XUBS od zachodniej strony (kursem 79)"

"Cześć elementów powbijanych w pień jest wyraźnie stara"

Szczegóły (linki, daty) znajdują się pod notką dokumentacyjną: http://noweczasy.salon24.pl/550713,smol ... tualizacje


FLESZ! będzie publikowany w miarę napływania nowych materiałów;
byłbym wdzięczny kol.kol. Blogerom za wszelkie sugestie w tym względzie.

http://noweczasy.salon24.pl/550713,smol ... tualizacje


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 15 sty 2014, 21:49 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Niejasności smoleńskich jest wielokrotnie więcej niż znanych i pewnych faktów.
Z tych niejasności powstają domniemania, a fakty które znamy raczej tym domniemaniom nie zaprzeczają.
Mroczna i ponura to zbrodnia, i mroczna, i ponura jest prawda o niej. Prawda którą raczej odgadujemy niż poznajemy.


Świadkowie wylotów 10-04. „Końcóweczka”


Medytacje smoleńskie 9: „końcóweczka”


http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... neks-3.pdf, s. 38)

(aneks-3 do „Czerwonej strony Księżyca”)

10. Świadkowie wylotów 10-04

T. Szczegielniak, jedyny okęcki świadek, jakiego udało się na przestrzeni dwoch lat przesłuchać Zespołowi Macierewicza, tak jakby innych osob na warszawskim lotnisku do przepytania już nie było, ma drobne problemy z podaniem precyzyjnej chwili odlotu tupolewa: a to 7.17, a to 7-ma, a to 7.23 (http://freeyourmind.salon24.pl/398929,t ... e-okecia-2). Ma rownież drobne problemy z podaniem dokładnej godziny swego przybycia na Okęcie: a to „po piątej”, a to „między piątą a szostą”. Te problemy są o tyle zrozumiałe, że (co gorsza) Szczegielniak nie jest w stanie nic powiedzieć nawet na temat odlotow dziennikarzy, przesiadania się ich do drugiego jaka-40, jak i rozruchu silnikow tupolewa, a przecież, przybywszy po piątej, powinien był to chyba zauważyć, mimo swej krzątaniny w terminalu.

Natomiast nie ma Szczegielniak żadnych problemow z zapewnieniem, że widział „wszystkich wsiadających do tupolewa”, „wszystkie osoby, ktore leciały”: „I tak widziałem praktycznie wszystkie osoby, ktore... ktore tym samolotem leciały, jak wchodziły na... na terminal... yyy... na ten... i szły do samolotu”- aczkolwiek dodaje też po chwili: „nie wszystkie osoby, ktore wsiadały do samolotu, obserwowałem, bo, no mieliśmy określone obowiązki yyy... podczas yyy... mmm... tego pobytu na lotnisku, więc trudno było każdą osobę, ktora wsiada do samolotu, obserwować, widzieć”.

Z tego zestawienia fragmentow zeznań trudno więc wywnioskować, czy Szczegielniak widział wszystkich, ktorych widział (i ich uważa za wszystkich, co lecieli), czy też wszyscy, ktorych widział Szczegielniak, to byli „wszyscy wsiadający” do tego tupolewa, ktorego Szczegielniak widział (i na tej podstawie zapewnia on, że widział wszystkich odlatujących).

Tak czy tak świadek „widział wszystkich”, ale „nie każdą osobę widział”. Był po piątej, lecz roszad z jakami ani grzejącego silniki tupolewa, nie zauważył. Twierdzi, że nie miał kontaktu z załogą tupolewa, zaś wysiadających z aut „prezydenckich” obserwował z oddali, więc, co pewne, nie miał styczności też z Prezydencką Parą - aczkolwiek dodaje, że wraz z innymi osobami krzątającymi się przed odlotem: „Musieliśmy te materiały jakby posortować, podzielić bezpośrednio, dać rownież identyfikatory, ponieważ to było dziewięćdziesiąt parę osob” (co by znaczyło, iż wlicza także załogę i Parę Prezydencką z towarzyszącymi jej borowcami, no bo kogo w ramach tych „dziewięćdziesięciu paru osob”?). Można by spytać: to gdzie „praktycznie” Szczegielniak się krzątał (zwłaszcza że wspomina w pewnym momencie, jak pamiętamy: „cały czas byłem wtedy w tym hanga... w termin... na terminalu”) (http://clouds.salon24.pl/399036,byl-sob ... kecie-2010)?

Co też ciekawe, drugi naoczny świadek okęcki, a były doradca Prezydenta, A. Klarkowski, opowiada nie tylko o terminalu: „Gdy wchodziłem do dworca lotniczego, był tam taki niesamowity tłok, że ludzie odpowiedzialni za kontrolę pasażerow błyskawicznie ich odprawiali. Pamiętam, jak hala odlotow zapełniała się tłumem ludzi. Duchowieństwo wszystkich ordynariatow polowych, generalicja w mundurach reprezentacyjnych, pozostali goście rownież w odświętnych strojach. Czułem się trochę wyobcowany, ponieważ byłem jedyną osobą, ktora nie leciała, nie licząc osob odpowiedzialnych za organizację, tych, ktore m.in. wręczały baretki”

(http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po07.txt).

Hangar, terminal, hala odlotow, co jeszcze? To już kwestie do wyjaśnienia w ramach dalszych przesłuchań nie tylko tych urzędnikow państwowych (może na międzynarodowym procesie usłyszymy ich ponownie wraz z M. Grodzkim, M. Martynowskim i innymi „świadkami z Okęcia”?). Nie lepiej więc (aniżeli u Szczegielniaka) wygląda sytuacja z Klarkowskim

(http://freeyourmind.salon24.pl/397440,tajemnice-okecia). Miał przybyć o 6.10 na Okęcie

(http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po07.txt), czyli skądś wiedział (w przeciwieństwie do cytowanego wcześniej Świądra i innych osob), iż odlotu tupolewa o 5-tej nie ma, lecz nie podaje, skąd to wiedział. Może od Sasina? Ten wprawdzie o tym, co się działo na warszawskim lotnisku, nic nie wiedział (jak zapewniał podczas posiedzenia ZP), ale to, że „prezydencki” samolot nie leci o 5-tej ani o np. 6.30

(http://wyborcza.pl/1,76842,7826286,Dlac ... sniej.html), raczej wiedział. To musiał wiedzieć, skoro (jak opowiada autorkom książki „Mgła”) będąc w Smoleńsku rano 10 Kwietnia wybrał się nie na Siewiernyj, na ktorym był Ruskom wraz z M. Wierzchowskim i A. Kwiatkowskim zgłoszony (wg relacji Szczegielniaka), by czekać na prezydencką delegację, tylko na blisko godzinną wycieczkę po mieście, by zwiedzić „centrum, sobor i mury obronne”, nim przybył do Katynia („Mgła”, s. 39).

Klarkowski widział wszystkich, tak jak Szczegielniak, a „z blisko 39 osobami rozmawiał”, choć na pytanie, o ktorej przyjechał Błasik, już nie jest w stanie precyzyjnie odpowiedzieć: „Dokładnie nie pamiętam, ale wydaje mi się, że kiedy przyjechałem na dworzec lotniczy, to już na miejscu była cała generalicja. Mogli przyjechać już dużo wcześniej.” I dodaje: „Poza tym ten dworzec ma specyficzną strukturę - żeby wszyscy mogli się w nim pomieścić, musieli się polokować w rożnych salonikach. Chciałem porozmawiać chwilę z Krzysztofem Putrą i zorientowałem się, że wszyscy marszałkowie byli w saloniku na gorze. Generalicja natomiast była w innym miejscu. Tam cały czas była rotacja, rożne osoby zmieniały swoje miejsca, chciały ze sobą porozmawiać, ktoś kogoś spotkał po wielu latach, więc ruch, proszę sobie wyobrazić, był bardzo duży. Ja rownież chciałem porozmawiać ze swoimi znajomymi, nie miałem możliwości spotkać wszystkich, a tym bardziej słyszeć każdej rozmowy.”

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po07.txt



Klarkowski ponadto nie widział Sasina na Okęciu, jak zapewniał w wywiadzie dla TV Trwam (wspominając zdumienie 10 Kwietnia tym, iż głowny prezydencki akustyk figuruje na liście ofiar katastrofy, skoro nie leciał z Okęcia) w lutym 2011. Nie widział też roszad z jakami. Widzieć miał Protasiuka i Błasika przed odlotem, aczkolwiek nie wspomina, że widział śp. min. W. Stasiaka, ktory (wg Szczegielniaka) jako ostatni (przed Parą Prezydencką) miał wsiadać na pokład tupolewa.

Klarkowski, co także bardzo ciekawe, miał mieć przez chwilę rozetkę, ktorą (znow wg Szczegielniaka) wpinano tylko odlatującym, ale przekazał ją śp. min. M. Handzlikowi: „złapał mnie za klapy płaszcza... zerwał, więc wyrwał mi rozetkę: słuchaj, właśnie ja tutaj nie zdążyłem, nie mam rozetki, a muszę mieć rozetkę, tobie tutaj niepotrzebna, oddaj mi swoją rozetkę, przypnij mi, bo chcę jechać do Smoleńska właśnie, tak jak wszyscy właśnie z tą rozetką. I właśnie oddałem mu swoją rozetkę, ktorą miałem. Zabrał właśnie, ucieszył się. No i zaczęliśmy właśnie luźne rozmowy, czekając na pana Prezydenta” (http://freeyourmind.salon24.pl/397440,tajemniceokecia).



Niestety, ZP nie przeprowadził ani konfrontacji Klarkowskiego i Szczegielniaka, ale nawet tego pierwszego nie przesłuchał, tymczasem byłoby o co pytać. Klarkowski wszak twierdzi, że stojąc przy schodkach i czekając na Prezydenta, odbywał przerożne pogawędki lub też przysłuchiwał się rozmowom Błasika i Handzlika, a nawet... rozmawiał z samym Prezydentem, choć krotko: „Pan prezydent wraz z ochroną przyjechał w ostatniej chwili i zamieniliśmy właściwie jakieś zdawkowe zdania. Miałem takie wrażenie, że wicemarszałek Jerzy Szmajdziński czekał w saloniku do ostatniej chwili na prezydenta. On jako jeden z ostatnich wszedł do samolotu”

(http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po07.txt).

Klarkowski przez blisko kwadrans do czasu przybycia Prezydenta konwersował i przysłuchiwał się wojskowo- lotniczo-inwestycyjnym rozmowom obok trapu, przy czym, tu uwaga, stał bardzo blisko swych interlokutorow, bo już od dłuższego czasu pracowały silniki mającej odlecieć maszyny, jak wynika z jego relacji. Prowadzący program TV Trwam wszak pyta: „Panie Andrzeju, stoi pan z min. Handzlikiem, obok gen. Błasik – w jakiej odległości?” - na co Klarkowski: „...No sądzę, że to była odległość poł metra. Po prostu. Proszę pamiętać, że ten samolot jest bardzo głośny – ten Tu – tak, że, jeżeli się rozmawia, to trzeba być obok siebie, bo silniki, no, jednak są tak hałaśliwe, że, żeby prowadzić rozmowę, to trzeba być, no, blisko, obok siebie. Tak, że ja miałem, powiedziałbym, no, bezpośredni kontakt (śmiech) z tymi osobami, tak, że, no, w związku z tym, no, jak mowię, no, gdybym zauważył, że ktokolwiek, no, nie wiem, no... wykazuje jakieś objawy, no, nie wiem, zaniepokojenia, czy po prostu, no, niezborności funkcjonowania, czy, czy, broń Boże, jest pod wpływem jakiejś tam... czego-, czegokolwiek..., to po prostu... bym to odczuł, widział, no” („Polski Punkt Widzenia”, 28-02-2011,

cz. 1, 12'58''; por. też http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... =po06.txt;

http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/maria- ... ezydencka-

para-tuz-przed-wylotem_174010.html).

Natomiast w millerowcowym Załączniku 4 możemy przeczytać, iż załoga uruchomiła silniki tupolewa dopiero po wejściu Prezydenta na pokład, tj. o 7.14 (http://mswia.datacenterpoland.

pl/protokol/ZalacznikNr4-TechnikaLotniczaIJejEksploatacja.pdf, s. 13): „Przed godz. 05.00 (UTC – przyp. F.Y.M.) w samolocie zajęli miejsca ostatni pasażerowie, a po przybyciu Prezydenta RP meldunek o gotowości załogi i sprawności samolotu do wylotu złożył Dowodca Sił Powietrznych. Po zajęciu miejsca w samolocie przez Prezydenta RP o godz. 05.14 załoga zaczęła uruchamiać silniki, o godz. 05.16 sprawdziła sterowanie (wg oświadczeń personelu technicznego nie zgłosiła uwag do jego funkcjonowania) i o godz. 05.17 rozpoczęła kołowanie na drogę startową. Załoga nie zgłosiła żadnych nieprawidłowości w trakcie kołowania. Start samolotu nastąpił o godz. 05.27.”

Pewne, że Klarkowski nie mogł w lutym 2011 znać treści Zał. 4, bo ten dokument jeszcze wtedy nie istniał, zaś „komisja Millera”, lepiąc swoj Załącznik w następnych miesiącach, mimo że skrupulatnie odnotowywała relacje ludzi z 36 splt i BOR, to chyba nie wsłuchała się w zeznania tego okęckiego świadka, rekonstruując „uruchamianie silnikow tupolewa” 10-04.

Najdalej jednak – choć niestety także nie udało się go do tej pory przesłuchać Zespołowi – zaszedł kolejny świadek, ktory „wszystkich wylatujących widział”, wspomniany Martynowski z kancelarii Prezydenta, skoro nie tylko dotarł osobiście na pokład tupolewa, ale nawet przycupnął na jednym z foteli (mimo iż statek powietrzny miał być, jak wiemy choćby z relacji Szczegielniaka, zapchany po brzegi: „samolot był wypełniony yyy... praktycznie do ostatniego miejsca” -

(http://freeyourmind.salon24.pl/398929,t ... e-okecia-2, więc mogłby Martynowski zająć komuś miejsce)). W kilkuminutowej relacji nagranej dla Portalu Smoleńsk (dostępnej na YT), świadek ow opowiada, jak dzielił go włos od chwili wylotu tupolewem (od 1'50''):

„Byłem w hotelu na miejscu po te Rodziny (Katyńskie – przyp. F.Y.M.) o godzinie 5.30-5.40... I poźniej pojechaliśmy razem wspolnie już busem... na lotnisko Okęcie. (...) Nie pamiętam już dokładnie (kto był przewożony – przyp. F.Y.M.) natomiast z Hotelu Belweder

(http://www.prezydent.pl/bip/majatek-kan ... -belweder/)

była to na pewno p. Anna Walentynowicz, (...), p. Leszek Solski, p. Wojciech Seweryn, yyy... Natomiast z Hotelu Ibis http://www.ibishotel.com/pl/booking/hotels-list.shtml) były to 4 osoby – w tej chwili akurat nie pamiętam (uśmiech). (...) Na lotnisku jeszcze nam zostało trochę czasu – każdy z nas jak mogł tak pomagał. Przynosił herbatę ciepłą, kawę, jakieś cia... ciastka. W ten sposob staraliśmy się umilić państwu, ktorzy czekali na odlot i na Prezydenta. Natomiast poźniej już o godzinie... prze-, przed siodmą ja osobiście odprowadzałem jedną z tych osob do samolotu, dlatego że sama by sobie nie poradziła (przed siodmą, skoro o 7-mej już wszyscy siedzieć mieli na miejscach? - przyp. F.Y.M.).

Wszedłem do samolotu. Zaczęli poźniej wchodzić wszyscy do tego samolotu, stąd, żeby się nie przeciskać, usiadłem na miejscu. Usiadłem na miejscu i czekałem aż wszyscy wejdą, no, pamiętam tą – tę godzinę, bo spojrzałem na zegarek, była to godzina 7.02, yyy..., a z tego, co ustalaliśmy, o godzinie 7-mej miał samolot już wyruszyć do Smoleńska, stąd dokładnie pamiętam tą godzinę. Wowczas jak zobaczyłem 7.02, zacząłem już właściwie troszeczkę panikować. Mowię: już, już muszę na siłę wyjść, bo wiem, że, wiedziałem, że jeżeli Prezydent już przyjechał w tym momencie, to zaraz samolot odleci, bez względu na to, czy ja będę tam w środku, czy, czy nie będę. Dlatego tą, tą godzinę szczegolnie pamiętam. (...) W granicach 7.10-7.15 (przybył samochod z Prezydentem – przyp. F.Y.M.) już n-nie patrzyłem na zegarek, ale jeszcze rozmawialiśmy yyy... na samym lotnisku z p. min. Stasiakiem, ktory czekał właśnie na... Prezydenta przed samolotem (to trochę inaczej niż u Klarkowskiego – przyp. F.Y.M.). (...)

Oczywiście p. Prezydentowa Maria Kaczyńska (towarzyszyła Prezydentowi podczas wsiadania – przyp. F.Y.M.) i wtedy pan... doradca, doradca Prezydenta p. Klarkowski odprowadził już do samych drzwi, do sam..., do samych yyy... schodkow Parę Prezydencką i wowczas czekaliśmy tylko do samego odlotu. (Na pytanie o obecność Błasika i Protasiuka przy wejściu do samolotu MM odpowiada zupełnie zaskakująco – przyp. F.Y.M.) Tego niestety, niestety nie widziałem, bo byłem za daleko, gdzieś w odległości 200 metrow... czyli od, od saloniku, gdzie, gdzie wchodzą... yyy... goście – tak że postaci z tej odległości nie mogłem o-odrożnić. (...) Właściwie w saloniku czeka-, czekaliśmy – jeszcze kolega nasz zrobił ostatnie dwa zdjęcia przed wylotem, ktore w Internecie teraz krążą. Czekaliśmy aż odlecą. Wowczas udaliśmy się już każdy w swoją stronę. Ja wtedy yyy... udałem się na dworzec zachodni, z ktorego odjeżdża-, odjeżdżałem autobusem. Dopiero w autobusie się dowiedziałem, co się stało – o godzinie 9-tej (o 9-tej podawano, co się stało? - przyp. F.Y.M.). (...) Tak, tak, widziałem (jak tupolew startował i odleciał – przyp. F.Y.M.), bo czekaliśmy do samego końca. Jeszcze, jeszcze machaliśmy rękoma. Wiedzieliśmy, że pewnie nikt nam nie, nie... nie odmach-, nie odmachnie (uśmiech), nie, przepraszam za zająknięcie się - yyy... na pewno nikt nam nie będzie yyy... machał, natomiast, no, my postanowiliśmy w ten sposob zareagować. (...) Nie, nie, tam media w ogole nie były puszczane – tak że mediow nie było (to dziennikarze nie odlatywali tamtego ranka? - przyp. F.Y.M.)”



Jak nietrudno się domyśleć z tej lakonicznej opowieści, Martynowski (dalej jako MM) przybywszy po delegatow do hotelu o 5.30-5.40 też wiedział (jak Klarkowski, a w przeciwieństwie do dziennikarzy i innych osob), iż „prezydencki tupolew” nie odlatuje o 5-tej ani o 6.30 (w przypadku tej ostatniej pory wylotu musiałby wziąć na pewno większy zapas czasu). Jednakże z wypowiedzi MM wynika też, że bus spod hoteli (mimo iż zabierano osoby w podeszłym wieku i wolno poruszające się przecież) przybył na warszawskie lotnisko dużo przed siodmą, była wszak jeszcze okazja do przynoszenia „herbaty ciepłej i ciastek”, a potem spokojnie odprowadzano przedstawicieli Rodzin Katyńskich do samolotu. MM zapamiętał szczegolnie, bo wielokrotnie to powtarza, „tę godzinę 7.02” (moglibyśmy ją nazwać godziną Martynowskiego, na cześć tego jedynego urzędnika państwowego, ktory wtedy jeszcze ekskluzywnie był... na pokładzie „prezydenckiego tupolewa”), tym niemniej, co rownie zastanawiające, w dość szybkim tempie z pokładu Tu-154M znalazł się (bez oglądania za siebie) 200 metrow od samolotu, tak że nie był już w stanie rozpoznać wszystkich osob stojących przy trapie.

Na szczęście rozpoznał Klarkowskiego oraz Parę Prezydencką w przeciwieństwie do Błasika i Protasiuka. Tych ostatnich jednak, jak wiemy, rozpoznał na szczęście Klarkowski, więc zeznania pięknie się zazębiają. Wroćmy jednak jeszcze ze świadkiem MM (z saloniku i terminalu, z ktorych oglądał odlot) na pokład tupolewa. MM wchodzi „przed siodmą”, a po nim dopiero wchodzą „wszyscy”, ktorych on, usiadłszy sobie, przeczekuje, by się nie przeciskać przez tychże wchodzących. Jest godz. 7.02, a mimo że MM świetnie wie, iż na 7-mą zaplanowano odlot, a w związku z tym jest ewidentnie po czasie i MM może zaraz polecieć wraz z delegacją, gdy nadjedzie Prezydent (a ten ponoć już nawet nadjechał), bo wtedy nie wolno już wysiąść z rządowego statku powietrznego – MM sobie spokojnie siada i przeczekuje. MM siada, przeczekuje, tak jakby nie chodziło o międzynarodowy wylot albo... jakby od tej „siodmej dwie” było jeszcze sporo czasu do faktycznej godziny wylotu (tylko skąd by to MM wiedział?).

Oczywiście za chwilę MM „troszeczkę spanikuje”. Spanikuje podejrzewam tak, jak osoba, ktora na dworcu kolejowym wniosła komuś bagaże do przedziału i obawia się, słysząc gwizdek i okrzyk konduktora za oknami, że pociąg zaraz wraz z nią ruszy i odjedzie, nim zdąży ona zeskoczyć na peron. Ale czy na Okęciu wtedy, tzn. o „siodmej dwie” w sobotę, jest jakikolwiek powod do panikowania „troszeczkę”? Czy czasem nie krąży „po płycie lotniska” wiadomość, że tym samolotem 10 Kwietnia nie leci Prezydent, tylko... „prezydenckim jakiem” albo że wylot zostanie znacznie opoźniony? Jeżeli zaś znacznie opoźniono by wylot (vide „godzina Czabana”), to załoga musiałaby sporządzić rownież nowy „plan lotu”, gdyż poprzedni zostałby unieważniony. Chyba że... świadkowi MM dobrze zapamiętała się godzina, tylko jedna ze wskazowek, ta dłuższa, nieco się przesunęła w pamięci z biegiem czasu (może podobnie i Klarkowskiemu, co po powrocie z lotniska położył się spać, a może i Szczegielniakowi)? I była to godzina np. 6.02, gdy MM „zasiadł w fotelu na pokładzie tupolewa”, a, że tak powiem, z biegiem lat zrobiła się z niej „siodma dwie”. No ale to by była wtedy już zupełnie inna smoleńska historia.

W filmie „W milczeniu” (0'36'') mąż śp. K. Doraczyńskiej p. K. Wasita opowiada: „Przyjechałem około pierwszej w nocy – Kasia była na nogach. Zrobiłem jej kanapki... (długie milczenie – przyp. F.Y.M.) I pojechała.” W książce J. Andrzejczaka („96 końcow świata”) czytamy: „Wrociłem o 1.00 w nocy z koncertu w Bytomiu - wspomina ich ostatnie wspolne godziny jej mąż, Krzysztof Wasita. - Wstaliśmy o 3.30, zrobiłem Kasi kanapki. Powiedziała:"Krzyniu zobacz, czy przyjechał już po mnie samochod". Samochod przyjechał o 4.00” (s. 44).

Czy K. Doraczyńska wyjeżdżałaby nocą na lotnisko, gdyby wylot „prezydenckiego tupolewa” miał być o 7-mej lub jeszcze poźniej? W filmie „Smoleński lot” zaś, jak już przypominałem p. J. Przewoźnik mowi: „Andrzej przed godziną siodmą wychodził (...) wyjeżdżał na lotnisko”. Czy K. Doraczyńska i A. Przewoźnik nie mieli lecieć tym samym „prezydenckim tupolewem”? (Por. też http://zestawienia.salon24.pl/345471,34 ... -na-okeciu).

http://fymreport.polis2008.pl/wp-conten ... neks-3.pdf

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=100


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 14 lut 2014, 12:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Możliwości kłamstwa smoleńskiego się wyczerpały. To już koniec fałszywych tropów, fałszywych raportów, fałszywych oświadczeń smoleńskich.
Sytuacja wprawdzie się nie wyjaśnia, a nawet jakby komplikuje, ale jedno jest pewne. Ekipa Tuska już nie ma swobody w fałszowaniu faktów. A nam mimo wszystko coraz wyraźniej ukazuje się to, za co inż. Wróbel musiał zginąć. Przed zbrodnią na nim zdążył powiedzieć, że na smoleńskiej polanie nie leżą szczątki Tu 151 nr. 101.


Gdyby było inaczej…

Opublikowany 14/02/2014 przez dawidpolski

W artykule „Aneks do Rekonstrukcji”, analizującym poszczególne połacie fragmentów burt samolotowych udowodniono, że na polanie smoleńskiej nie było fizycznie samolotu nr boczny 101 w momencie „Zdarzenia” określanego przez komisje, raporty i media czasem „godziny: 8:56, 8:39″ czasu polskiego, którym miała lecieć państwowa Delegacja – w składzie 96 osób na pokładzie dnia 10.04.2010r.

Nie jest ustalone natomiast – jak i skąd, wrak (40% całości) sygnowany jako nr. boczny 101 znalazł się na płycie bocznej lotniska Siewiernyj w stanie widocznym na dokumentach filmowych.Zestawienia w tymże artykule pokazano tak, że prościej już nie można. Na przykładzie rozbitego dzbanu, lub np. klocków lego można uzyskać obraz, że poszczególne fragmenty powinny pasować do siebie „na styk” bez wzajemnego nakładania się na siebie – jeśli pochodzą (fragmenty) z jednego dzbana, czy analogicznie samolotu.

Jak ustalono, części kadłuba „przy kokpitowe” mają wspólny fragment – mianowicie szerszy czerwony pas biegnący wzdłuż boku całego samolotu rządowego TU 154M nr 102 i 154B2 nr boczny 101. Zatem nie pochodzą z jednego samolotu, lecz z trzech (dwa na polanie i jeden na płycie Siewiernego).

Fragmenty samolotu, które rozpoznano jako pochodzące z dwóch różnych samolotów, w tym innego tupolewa niż nr. 101 z polany smoleńskiej na tej płycie nie zalegają. (poza zgniecioną „kapsułą-noskiem” z części dziobowej JAK’a leżącej na płycie Siewiernego obok lewego silnika – jego losy opisano w „Nosek JAK’a”).

Nastąpiła więc mistyfikacja na polanie z fragmentami dwóch różnych samolotów, ale nie z tym właściwym - który leży obecnie na płycie Siewiernego.

Jeśli udowodniono, że na polance smoleńskiej leżącej wzdłuż ogrodzenia oddzielającego ją od Smoleńskich Zakładów Lotniczych SMaZ zajmujących się utylizacją starych i wysłużonych egzemplarzy samolotów nie było fizycznie słynnego TU 154 M nr 101. to cała narracja brzozowo-wybuchowa prowadzi w ciemny zaułek smoleńskie śledztwo, bo niemożliwe by specjaliści od lotnictwa, inżynierzy i profesorowie i znawcy budowy samolotów faktycznego stanu rzeczy nie dostrzegali.

„Badanie” od tyłu ciągu wydarzeń opartych na fałszywych zapisach czarnych skrzynek jest co najmniej niekonsekwencją i ma swoje „drugie dno”, np. dotąd nie rozstrzygnięto, które skrzynki były prawdziwe – w czerwonej obudowie, czy pomarańczowej, a ostatnie zwrócenie się prokuratury do strony rosyjskiej o prawdziwe i nie uszkodzone zapisy – graniczy z absurdem.

Ktoś zapyta: ale jak…, to niemożliwe…, przecież ustalono…, Archeolodzy wykryli…, itd.

Oczywiście jeszcze nie wiemy jak to się stało, że w stanie szczątkowym wypatroszony wrak leży na płycie Siewiernego – czy jego dewastacja nastąpiła na skutek wybuchu, pożaru, czy pocięcia. Wiemy, że nie stało się to na polanie smoleńskiej.

To jest pewne. Jak zginęli ludzie być może częściową odpowiedź daje „Mieszczanin” (Gorojanin) a także Wlad Igorjev na blogu http://vlad-igorev.livejournal.com/ (drastyczne). Odpowiedzi należy też szukać w publikacjach na temat ekshumacji zamieszczonych na stronie prof. Dakowskiego http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=100

Na filmie montażysty Wiśniewskiego uwagę przykuwa miejsce na północnym skraju polany, gdzie „uwijają się” strażacy. W stosie przykrytym pianą gaśniczą – widocznym na filmie Wiśniewskiego prawdopodobnie leżała część ciał. Następnie, w dalszym etapie ewolucji makabrycznej inscenizacji, ciała te zostały rozprowadzone, rozrzucone po polanie… (operator Wiśniewski i ambasador Bahr wcześniej ciał i szczątków ludzkich na polanie nie widzieli).

Gdyby byłaby to prawdziwa katastrofa i faktycznie samolot z Delegacją spadł na polanę smoleńską wszystko byłoby proste i dawno zakończone.

Yurko

http://www.youtube.com/watch?v=r1zkwStI4Fg

http://arkanoego.net/index.php/2014/02/ ... o-inaczej/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 14 kwi 2014, 09:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Grube nici 10. 04. 2010

Materiał poniższy był opublikowany na blogu Zygmunta Białasa w końcu listopada 2013. Ponieważ jednak są osoby, które wchodzą na mój blog i na kilka innych, także z zagranicy, zwłaszcza Rosji, a nie korzystają z blogu Z. Białasa zamieszczam go u siebie.
Dyskusje w swoim czasie odbyły się, więc jeśli ktoś jest zainteresowany nimi to zapraszam - linki poniżej
http://zygumntbialas.neon24.pl/post/102 ... molenskiej

http://zygmuntbialas.salon24.pl/551738, ... molenskiej

Pod artykułem Zygmunta Białasa zatytułowanym „Brak dowodów na odlot Tu –154 M z Okęcia”, link: http://zygmuntbialas.salon24.pl/546756, ... 1-z-okecia - pojawiły się ciekawe komentarze. Postanowiłem odnieść się do nich w osobnej notce. W trakcie pisania jednak refleksje na bazie cytowanej poniżej uwagi blogera @ WTC 154M rozrosły się na tyle, że zmuszony jestem na tym poprzestać, przynajmniej gdy chodzi o jeden artykuł, choćby dlatego, by nie znużyć czytelnika, a wątków nie było zbyt dużo. Swoją drogą uwagi, do których chciałem przede wszystkim się odnieść to kilka innych, ale "utknąłem” już na pierwszej. W artykule kilka uwag jest tak sformułowanych, jakbym miał przechodzić do innych komentarzy. Czytelnicy wybaczą, że już tego nie zmieniam i poprzestanę tylko na tym wstępie.

Poprosiłem Zygmunta Białasa o umieszczenie moich uwag na jego blogu. Pretekst mam, gdyż jest to odniesienie do dyskusji pod jego postem. Niemniej wyjaśnię, że nie mogę (i może nie chcę, ale nie chcę to znaczy, że też nie mogę) regularnie moderować dyskusji na swoim blogu, dlatego uwagi trolli, albo i nawet wartościowe wypowiedzi miałyby moje odniesienia fragmentaryczne lub opóźnione. Ponadto od dawna uważam, że powinna być nawet jedna porządna witryna ludzi uczciwych, gdzie byłyby tego rodzaju dyskusje (bez tracenia zresztą czasu dla trolli, czyli z dostępem dla osób sprawdzonych), a nie rozrzucone po blogach. Zaś jeśli już tego nie mamy, to jest blog, na którym są obecnie najlepsze uwagi dotyczące Matriksa 10.04.2010, niech więc to będzie na nim, aby konsolidować miejsca i ludzi.


Na początek może jednak wątek nieco osobisty, i cytując klasyka "opowiem wam inną przygodę moją” -odniesienie się niejako do clou samego artykułu poprzez wątek portalu Pomnik Smoleńsk, zdjęć i materiału filmowego tam zamieszczonych, sygnowanych przez Zuzannę Kurtykę.
Gdy Zuzanna Kurtyka umieściła na portalu zdjęcie kilku osób, których nie można rozpoznać, i materiał filmowy pokazujący kołowanie samolotu, podkreślając że daje to po to, aby nie było więcej spiskowych teorii, iż samolot nie odleciał z Okęcia, poczułem, że się ze mnie kpi i to dość grubo. Osoba tak inteligentna jak Zuzanna Kurtyka doskonale zaś musi zdawać sobie z tego sprawę. Utworzyłem więc konto na portalu Pomnik Smoleńsk, zalogowałem się i dałem komentarz, którego sens w skrócie był taki: „Dlaczego Pani, Pani Zuzanno, żartuje sobie z nas pokazując zdjęcie i film, mające być dowodem na odlot delegacji, na którym nie widać nie tylko całej delegacji, ale nawet jednego, rozpoznawalnego jej członka. O co tu chodzi?”. Mimo że forma była jak widać wyważona, krótka była moja "kariera” na portalu Pomnik Smoleńsk. Komentarz został bardzo szybko usunięty, a konto zablokowane. Dostałem też informację mailową od niejakiego Artura z tegoż portalu, informującą o zablokowaniu konta, o moich tutaj prawach i jakichś tam możliwościach odwołania czy coś w tym rodzaju. Z czego nie korzystałem.
Oto jaka wolność słowa objawiła się zaraz na początku w środowisku, które walczy z sowietyzacją Polski, walczy o wolność słowa, walczy o wolne media itp.

Wątku omawianego w artykule i wiele razy też wcześniej omawianego w notkach i komentarzach u różnych blogerów, jak napisałem, nie będę tutaj rozwijał i przechodzę do komentarzy. Ściślej: niektóre z komentarzy, do których się odniosę, traktują o zdjęciu "z Okęcia”, ale zwracają już uwagę nie na sam oczywisty fakt nierozpoznawalności osób, dodatkowo fotomontażu, tylko na to, dlaczego jest to"szyte tak grubymi nićmi” (określenie moje, ale oddaje sens), i dlaczego jest to tak słabe i to mnie właśnie tutaj interesuje.
Bloger @WTC154M pisze: "Te zdjęcia „Z Okęcia” wyszły z photoshopa. Wygląda, że robił je amator. Do tego używał małego monitora. Czy to specjalnie tak zostało zrobione? Tak się zastanawiam".

Wyróżnienie kolorem pochodzi ode mnie. No właśnie. Cały czas, od początku mamy do czynienia z maskirowką –demaskirowką, by użyć zakorzenionego już od dawna określenia „maskirowka”... Mamy z nią do czynienia w przypadku samego bytu znanego nam tylko wirtualnie pod nazwą Siewierny, jak i relacji z Katynia, dojazdu do Smoleńska pociągiem, Okęcia, Warszawy ogólniej i innych rzeczy.
Za dużo jest tego wszystkiego, by w jednym skromnym materiale wymienić choćby rzeczy tylko charakterystyczne. Z bytu medialnego Siewierny na przykład - omawiane wielekroć trumny. Pisząc "byt medialny" mam na myśli także zdjęcia z Sieci, nie tylko materiały i relacje prezentowane w głównych i pomniejszych mediach, zwłaszcza zaraz po katastrofie. Używam zaś określania "byt medialny” w dużej mierze dlatego, że poznawaliśmy to jako zdarzenie wirtualne, dowolnie nam przedstawiane i fałszowane, zaś do tej pory nie mamy nikogo wiarygodnego, kto byłby na mitycznym miejscu "Siewierny” z przyległościami, zrobił topografie terenu, zmierzył odległości, zbadał szczegóły terenu, porównał z mapami itd. Miała być, jak wiemy, jedna taka osoba. To profesor Marek Dulinicz, jeden z najwybitniejszych polskich archeologów, który wraz z ekipą współpracowników chciał udać się na miejsce. Co zostało uniemożliwione przez zabójstwo oficjalnie będące wypadkiem samochodowym.

Trumny zaś są z jednej strony uwiarygodnieniem miejsca poprzez emocjonalny przekaz, że na pewno "wsie pogibli”, skoro niosą trumny, z drugiej zaś pokazaniem, że żadna delegacja w samolocie w tym miejscu nie zginęła, bo właśnie niosą trumny, a na miejsce katastrofy nawet służby Bantustanu trumien nie będą znosić, do tego w jarmarcznych albo burdelowych kolorach - jak kto woli.
Taką maskirowką - demaskirowką będą te materiały z Okęcia, będą nietrzymające się kupy, gdy je zestawić razem – relacje Kaczyńskiego (nieco szokujące skądinąd, że nikt tego nie zrobił – w miarę wyczerpującego zestawienia relacji J. Kaczyńskiego. Pod artykułem zamieszczam próbkę). W tej kategorii będzie sepsa występująca u trzech osób związanych z tzw. Smoleńskiem, każda związana w innym charakterze, choć w podobnym tonie, tak więc niejako przekrojowo, każda jednak jako miejsce śmierci delegacji spowodowanej zamachem lub porwania jej tam wskazująca Siewierny. To operator Knyż, Jadwiga Kaczyńska, Kazimierz Nowaczyk. Dodatkowo info o sepsie mitycznego nieco operatora Knyża to tylko pusta informacja mająca charakter legendy przy równoczesnych informacjach o zamordowaniu go we własnym mieszkaniu. W przypadku Jadwigi Kaczyńskiej informację o sepsie media podawały przed "katastrofą smoleńską”, zaś Jarosław Kaczyński sytuuje ją jakby nigdy nic po "katastrofie”. Jarosław Kaczyński (czy też na przykład siły nowego Wspaniałego Świata poprzez niego) nie musiał podawać tej informacji. Tymczasem on drażni nią chcących myśleć. Dodatkowo w tym kontekście „Wyborcza” na swojej stronie internetowej jeszcze do niedawna tuż obok informacji o zgonie Jadwigi Kaczyńskiej w dniu 17 stycznia 2013 utrzymywała informację o jej zgonie w dniu 11.04.2010.
http://cyprianpolak.salon24.pl/553385,w ... ej-z-11-04


"Czy to specjalnie tak zostało zrobione? Tak się zastanawiam" - pisze @WTC 154M. Właśnie. Można sobie to pytanie zadać w wielu wypadkach. A jeśli specjalnie w poszczególnym przypadku, przypadkach, jaki to ma cel? Jaki ma cel na przykład dezawuowanie własnej, innej relacji w przypadku Jarosława Kaczyńskiego, gdy opowiada jak w piątkowy wieczór dwaj bracia Kaczyńscy stali po obu stronach łóżka mamy, a ona odwracała głowę na przemian raz na jednego syna, raz na drugiego. Z innych relacji wiemy, że Jadwiga Kaczyńska miała być w tym czasie nieprzytomna i o tym mówi materiał filmowy z osobą przedstawianą jako Jadwiga Kaczyńska, wywiad prasowy, jak i inne relacje. Jarosław Kaczyński mógł przecież, wydaje się nie dodawać tego szczegółu. Sytuacja w której kochający synowie zmuszają ciężko chorą matkę, mającą być zresztą nieprzytomną do takiego nadwerężania sił, że obraca się raz na jeden bok, a raz na drugi i tę czynność powtarza ileś tam razy, jest oczywiście absurdalna. Byliby po prostu po jednej stronie łóżka.

W dalszych komentarzach jest nawiązanie do filmu "Różyczka”. Nim do tego przejdę, zaznaczę, że w omawianym przypadku też możemy znaleźć tropy: literacki i nawiązujący do niego filmowy. Dwóch braci Kaczyńskich po obu stronach łóżka to jak "Alicja po drugiej stronie lustra” Lewisa Carolla. Jadwiga Kaczyńska obracając głowę raz na jednego, raz na drugiego, widzi to samo (bliźniacy). Dwóch braci po obu stronach łóżka (lustra), takich samych, to jeden Kaczyński. Jest więc tylko jeden. (Nawiązanie do „Alicji po drugiej stronie lustra" jest też w „Matrixie”. W innym miejscu tego filmu "łyżka nie istnieje”. Ta scena zresztą koresponduje ze sceną z lustrem). Uwiarygadnianie istnienia Lecha Kaczyńskiego w sferze publicznej, w miejscu publicznym 9 kwietnia znika więc. I to przedstawione przez samego J. Kaczyńskiego. Jarosław Kaczyński o sepsie mamy i jej śmierci dowiaduje się przez telefon, mimo że w obu przypadkach miał być - jak sam podaje - w szpitalu u mamy tuż przed zdarzeniami, a w przypadku śmierci dosłownie prawie właśnie wyszedł ze szpitala. Uwiarygodnienie? Nie. Nie chcę przez to jednak sugerować, że J. Kaczyński to jakiś nasz człowiek, człowiek wolności, prawdy i społeczeństwa otwartego, i mówi do nas między wierszami jako człowiek dobrej woli.

Na ten temat pisałem trochę tutaj - post z S24 został usunięty przez administrację. Materiał ukazał się też: http://cyprianpolak.blogspot.com/2013/0 ... iej-w.html oraz http://gazetawarszawska.com/2013/03/12/ ... czynskiej/

Profesor Mirosław Dakowski mówi na przykład, że i komisja Millera, Lasek, prokuratura wojskowa, informując iż brzoza ma raz tyle wysokości, raz tyle, za innym razem jeszcze inaczej (na przykład 666 – prokuratura wojskowa. Zresztą oczywiście zwracamy jeszcze uwagę na sama liczbę, której konotacja nawet mało oczytanemu człowiekowi jest znana - to już ode mnie), pokazują, że katastrofy nie było i mówią inaczej: "My nie możemy powiedzieć jaka jest prawda”. Zaznacza przy okazji, że nawet uczeń znający twierdzenie Talesa odczyta jednoznacznie konkretną wysokość – czy to złamania czy całego drzewa. Jak widzimy, pytanie, czy coś jest specjalnie partolone w przypadku szeroko pojętego Smoleńska, dotyczy wielu aspektów i tylko o tym można by wydać obszerną książkę.
Dorzucę może jeszcze kwestię pociągu /pociągów do Smoleńska. Jak wiemy, twierdzono, że około 60 posłów PiS pojechało tym pociągiem (dokładnej listy brak, a wymieniana ilość osób podlega wahaniom od ponad 50 do ponad 60). Więcej tutaj:

http://cyprianpolak.salon24.pl/401991,l ... -smolenska

Są jednak z tej podróży dwa filmy, które demaskują brak w pociągu nie tylko kilkudziesięciu posłów PiS, ale brak jakiegokolwiek posła lub posłanki PiS. Żeby było śmieszniej, filmy te nie są kręcone przez profesjonalnych dziennikarzy, tylko są filmami niejako amatorskimi. Niejako, bo jeden sygnuje ks. Zawiślak współprowadzący mszę w Katyniu, a więc osoba nieprzypadkowa, a drugi - niejaki Szymura, osoba związana z telewizją, ale żeby było śmieszniej, podobnie jak ks. Zawiślak "prywatnie" wraz z synem kręcą swój film. W filmie sygnowanym przez ks. Zawiślaka są materiały takie same jak z podróży rodzin katyńskich w roku 2009, a więc należy uznać, że te same, czyli film choćby w tym aspekcie jest fałszowany.

W filmie Szymury też są różne dziwne rzeczy, ale zwrócę uwagę na wypowiedź Szymury do widzów sugerującą drugie dno całej historii (też nie zakładam bynajmniej, że występuje on jako człowiek dobrej woli). Występuje on zresztą na przykład na zagadkowym zdjęciu, mającym obrazować (jak się można tylko domyślać) halę dworca zachodniego przed wyjazdem, gdzie co się dzieje, trudno powiedzieć, bo wygląda na to, że robione jest sztuczne zamieszanie, sztuczne napięcie, pełno służb i skonsternowani członkowie rodzin katyńskich, skonsternowani oprócz pana Szymury, który też do nich ma się zaliczać, on jednakże jest pogodny i zrelaksowany. Zdjęcie zresztą jest bardzo małej rozdzielczości i małe w dostępnym formacie. Jest na nim sztuczne światło – pozapalane świetlówki, tak że nie wiadomo, czy to jest kręcone o innej porze, jak na dworze jest ciemno (przypominam, że pierwsze informacje o wyjeździe pociągu sygnowały jego wyjazd na godzinę 22:00 w piątek), czy też jest to zdjęcie po przyjeździe pokazywane jako przed wyjazdem, czy też z innego wyjazdu rodzin katyńskich (2009, lub 2011). Czy też zresztą całkowicie fikcyjna ustawka, a nie zdjęcie z realnego zdarzenia, czego jednak nie zakładam, ale i wykluczyć na tym etapie nie można. Zresztą na "amatorskim”, a jakże, sfilmowaniu odjazdu pociągu na peronie jest pusto, nie widać więc żadnego tłoku, no i osób odprowadzających. Do tego filmu zresztą sukcesywnie dodawane były materiały zdjęciowe, aby zniwelować wrażenie pustki. Tak więc materiał, będąc w Sieci ubogacał się stopniowo. Grube nici - maskirowkę - demaskirowkę mamy tutaj na przykład w książce wydanej niemal rok po 10 kwietnia, a mianowicie w "96 końców świata”, gdzie jak gdyby nigdy nic widnieje informacja, że na pociąg wyjeżdżający w piątek wieczorem odprowadzał córkę Joannę sam organizator wizyty Andrzej Przewoźnik. Cytowałem to w utworzonym przez siebie indeksie dotyczącym książki: "W piątkowy wieczór (sic!) odprowadził ją na dworzec kolejowy w Warszawie”) s. 51. To właśnie Przewoźnik podawał mediom godzinę wyjazdu pociągu –dokładnie 22:00, link: http://cyprianpolak.salon24.pl/491294,9 ... elnieniami

Uzupełnię może jeszcze, że sprawę relacji J. Kaczyńskiego, kwestię drażnienia przez"Wyborczą” wspomnianym wpisem, pociąg do Smoleńska, traktuję tutaj jako przykłady. Nie chodzi mi tutaj o wyjaśnianie, tylko o podanie przykładów "grubych nici” maskirowki –demaskirowki, czy rzeczy na zasadzie "widzicie ,ale boicie się powiedzieć –tabu!”. Są bowiem inne ciekawiące mnie od pewnego czasu rzeczy, ale po łebkach ich nie można przedstawiać, a obszernie nie mogę. Jako przykłady i odniesienie do pytania, któremu nadaję charakter ogólny "czy te grube nici są robione specjalnie po to, aby było widać szwy”, nadają się jak najbardziej.
A oto próbka relacji J. Kaczyńskiego i mój komentarz, zamieszczony w marcu 2012 roku na blogu FYM-a pod postem "Zagadka prezydenckiego fotografa":

JK: "Jeszcze w czwartek obiecywał mi, że pojedzie pociągiem."
Jeszcze w czwartek? W czwartek była już wizyta na Litwie!
JK: "Potem nagle zmienił zdanie, bo musiał lecieć na Litwę i bał się, że nie zdąży z przygotowaniami."
Potem? Kiedy "potem", skoro potem było już po wymienionym czwartku.
JK: "Długo się z nim spierałem, ale nie doszło między nami do awantury."
Jeszcze w czwartek Lech Kaczyński obiecywał. Potem długo się jeszcze spierali.
Shit! Por.: http://wiadomosci.wp.pl/title,Zawiesile ... caid=1e128

http://cyprianpolak.blogspot.com/2014/0 ... -2010.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 26 maja 2014, 14:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Cymes Mordor i Smoleńsk - finał dwudziestolecia

Wywiad z Krzysztofem Michałowskim (nick: @CyprianPolak), autorem książki "Damy radę, panie pułkowniku!", badającym wydarzenia 09 - 10 kwietnia 2010 roku i zajmującym się aktualnymi sprawami społeczno - politycznymi


Zygmunt Białas: Na pewno czyta Pan na bieżąco notki blogerów, zajmujących się badaniem tragedii smoleńskiej. Jak Pan ocenia starania autorów tych tekstów?
Cyprian Polak: Na początek dwa słowa wyjaśnienia, dlaczego taki tytuł: Określenia Cymes Mordor zacząłem używać jeszcze w 2010 roku. Nie wiedziałem wtedy, kim są sprawcy. Okazuje się że moja intuicja była trafna. Te dwa słowa pokazują sprawców. Zaś "Smoleńsk - finał dwudziestolecia” to tytuł mego blogu na Nowym Ekranie od początku, czyli od lutego 2011. I też nie wiedziałem wtedy, że to finał dwudziestolecia w większej mierze niż przypuszczam.

Odpowiadając na Pana pytanie, odniosę się tu tylko do blogerów, którzy uznają fakt inscenizacji na Siewiernym, bo do innych nie warto. Nikt uczciwy, kto zajmuje się tym przez cztery lata, nie może sądzić, że Delegaci w komplecie zginęli w Tu-154 101 tuż przy Siewiernym, w powietrzu: bądź to na skutek zamachu, bądź z innej przyczyny. Owszem, mogą tak sądzić osoby niezorientowane. Ale nikt, kto się w to wgryzł, nie może wierzyć w oficjalne wersje Macierewicza & Company, i drugiej strony tego samego medalu wyrażającego się teraz przedstawicielstwem Komisji Laska. Musiałby być imbecylem, ale w takim razie nie potrafiłby sklecić na piśmie paru zdań. A tego nie widzimy.

Jeśli chodzi zaś o blogerów uznających inscenizację na Siewiernym, to jest na pewno różnie. Niestety niezależnych ludzi wśród nich, reprezentujących tylko siebie, jest bardzo mało. A ponieważ w ogóle blogerów i komentatorów wychodzących z tego poglądu mocno ubyło, to znaczy nie piszą i nie komentują w ogóle lub mało, toteż ilość niezależnych badaczy 10.04.2010. ledwie w tej chwili kilka osób na całą Polskę, ale i świat, jest dramatycznie mała. Tym samym starania te nie mogą być zadowalające i ze względu na to, że ludzi ubyło i ze względu na to, że wśród tych co zostali, niezależnych i reprezentujących tylko siebie, jest jako się rzekło mało. Oczywiście pisząc o tych paru osobach nie mam na myśli tych komentatorów, którzy rzadko lub bardzo rzadko pojawiają się na blogach. Chodzi mi o osoby, które mniej lub bardziej, ale cały czas pchają ten wóz z napisem 10.04.2010.

Uważam, że powinno być kilka osób mających istotne wsparcie innych, które zajmowałyby się tym zawodowo. Każda partyzantka musi przekształcić się w formacje bardziej zwarte, inaczej ginie. To oczywiście też nie rozwiązuje sytuacji, bo najistotniejsza jest recepcja w społeczeństwie. Można robić nie wiadomo jak dobre opracowania, cóż z tego jeśli będą dla garstki, a "watahy” w tym przypadku nie rosną. Oczywiście dobrze jest, że prawda się pojawia, i cały czas kłuje w oczy, choćby w wersji okrojonej, czyli inscenizacji, ale bez Okęcia itd.

Społeczeństwo przecież dostało informację w dniu 16 października 2012, że na Siewiernym była inscenizacja, jest tam samolotowy złom, a niektóre ciała dla okazania zostały dowiezione martwe. I że w Rosji robi się takie fikcyjne katastrofy. Zostało to zaprezentowane w „Wiadomościach” TVP 1, w głównym wydaniu, przynajmniej wobec 3,5 miliona widzów. Taka jest przeciętna oglądalność „Wiadomości” o 19.30.

Było to prawdopodobnie jednak znacznie więcej, ze względu na mający się odbyć mecz z Anglią (sławetne potem widowisko na wodzie) tuż po nich. „Wiadomości” te nie tylko nie zostały zarchiwizowane i udostępnione w internecie, ale ja osobiście nie natrafiłem na żadną osobę, która, pojawiając się na blogach inscenizacji smoleńskiej, pisałaby, że wtedy pierwszy raz się z tym zetknęła i zaczęła szukać. Sam fakt inscenizacji jest wystarczający, żeby patrioci zwłaszcza, porzucili obecną klasę polityczną, tu szczególnie PiS, i zaczęli szukać nowych ludzi i budować nowe formacje.

Mamy więc problem ze społeczeństwem. Oczywiście nie dotyczy to tylko naszego. Można powiedzieć problem ze społeczeństwami, bo wobec bezczelnych działań skierowanych przeciwko ludzkości ogólnie, jak na przykład chemtrails, miażdżąca większość zachowuje się podobnie jak ci oglądający wspomniane Wiadomości”. Nie dociera do nich. Widzi Pan, jeśli piszemy naukową pracę, pisaliśmy na przykład magisterską, to obkładaliśmy się jakąś ilością innych prac, które dookreślały naszą pracę. Podobnie jak chciałbym wiedzieć, jak to działa, że w sytuacji kiedy 3,5
mln ludzi słyszy taką hipotezę, ledwie może kilkuset zaczyna poszukiwać informacji. I to nie mamy tego śladu.

Jeśliby Pan rozmawiał z pięćdziesięcioma albo ze stoma przypadkowymi osobami (to znaczy w 50, albo stu przypadkach ), wiem co mówię, to okaże się najprawdopodobniej, że każda z tych osób pamięta, lub przypomni sobie, że rosyjski bloger (bloger Gorożanin iz Barnauła - Anton Sizych) miał pokazywać w sposób niegodny zdjęcia naszych ofiar, ale żadna z tych osób nie wie, co mówi na temat katastrofy, co zostało właśnie dla 3.5 miliona ludzi (lub więcej) przedstawione. Mamy więc problem ze społeczeństwem (ze społeczeństwami).

Podobnie zresztą było w przypadku audycji z sierpnia 2011 o inscenizacji i Okęciu w Radiu Maryja. Słuchało przynajmniej milion osób i do miażdżącej większości nie dotarło ani nie zasiało wtedy wątpliwości wobec strony reprezentowanej przez Macierewicza. Wobec takiej sytuacji działania blogerów, choćby wszyscy byli uczciwi, niewiele pomogą. Trzeba jednak powiedzieć że podstawowe rzeczy zostały już powiedziane, pokazanei to do końca lata 2011. I Siewierny i Okęcie. Jest to aż nadto informacji dla przeciętnego Kowalskiego, choć ludzie oczywiście chcą rozumieć kto, dlaczego i po co, jak już dowiedzą się o podstawowych faktach.

Jest to pytanie do uczciwych socjologów społecznych. Czy na przykład ktoś, kto poczytał trochę o inscenizacji i Okęciu 10 kwietnia i nawet przekonał się o mistyfikacji i także zbrodni, może być tak samo przekonany jak osoba, która poświęciła na to 3 tysiące i więcej godzin. A przede wszystkim czy w związku z tym może być skuteczny w swoich postawach politycznych i społecznych.Przy tym wszystkim trzeba powiedzieć że zadziwiające jest, iż więcej Polaków wie o mistyfikacji WTC niż o mistyfikacji 10.04.2010. Po drugie część osób, które wiedzą o mistyfikacji WTC i są do niej dość przekonane, ma problemy z przekonaniem się do mistyfikacji 10.04.2010. Mam tu na myśli oczywiście zwykłych obywateli, nie osoby publiczne, jak pewien ex-poseł.

Blogerzy inscenizacji smoleńskiej powszechnie nie byli zainteresowani w nawiązywaniu kontaktów z ludźmi z Zachodu, zajmującymi się WTC, w tym i rodzinami ofiar. Niektórzy z tych ludzi doskonale rozumieją, że nie jest to tylko zamach przeciwko Amerykanom, ale przeciw ludzkości i krok do jeszcze gorszych rzeczy w przyszłości. Moglibyśmy znaleźć wśród uczciwych ludzi zajmujących się WTC, w tym dziennikarzy, znaleźć bardzo dobrych sprzymierzeńców. I byłoby to autentycznie za wolność Naszą i Waszą.

Wracając więc do blogerów zajmujących się 10.04.2010. (wymieniłem już jakich biorę pod uwagę), u większości nie widzimy potrzeby kompleksowego szukania prawdy. Dodatkowo nawet ci uczciwi, i także ci, którzy się wycofali, prywatnie pomijają pewne rzeczy sygnalizowane od początku. Nie przeze mnie od początku, bo ja do inscenizacji Okęcia i innych rzeczy dochodziłem stopniowo, ale dostawali je i drogą mailową. Oto przykład dość wczesnej odpowiedzi cenionej i przeze mnie blogerki: "A po co ktoś miałby to robić?” – ręce opadają.

Jestem w tej chwili jedyną (a może ściślej byłem do teraz jedyną, bo nie ma potrzeby, abym to kontynuował) od pewnego czasu osobą w całym internecie, która zwraca uwagę na niektóre rzeczy. Piszę na przykład, że zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego ze Smoleńska jest fotomontażem lub podfałszowane - zero odzewu. Pokazywałem niedawno, że "Wyborcza” nadal utrzymuje wpis o śmierci Jadwigi Kaczyńskiej z 11 kwietnia 2010, monitowałem wtedy poprzez blog i PW blogerów i
polityków, pisujących na S24 o zajęcia stanowiska i tylko ja.

Dziwnym zbiegiem okoliczności „Wyborcza” wpis niedawno, i dopiero teraz usunęła. A ktoś wtedy napisał w tym sensie, abym się nie napinał, bo mogę stracić urodę. Miło skądinąd, że uważa się mnie za przystojnego, ale taka wyjątkowość w pokazywaniu pewnych spraw wcale mnie nie cieszy. Bliskie to jest raczej egzystencjalnemu odczuciu absurdu.

Piszę, że wszystkie dostępne wspólne zdjęcia i filmy braci Kaczyńskich są albo wyraźnie, albo monstrualnie nawet fałszowane, w niektórych przypadkach przynajmniej podejrzane, i nie ma odzewu. Myślę, że jak widać wyraźnie, że coś jest fałszowane, to trzeba to pokazać. (Wnioski
to rzecz druga). Inaczej szybko nas zapędzą do tego obozu koncentracyjnego na całej Ziemi. Problem był już wielki przy fałszowanych materiałach z Jadwigą Kaczyńską lub brakach tutaj. Ale jeszcze większy mają prawie wszyscy przy fałszowanych zdjęciach stewardes ze specpułku, Janeczka, generalicji.

Podsumowując: efekty są niezadowalające przede wszystkim dlatego, że większość nie jest niezależna. Dodatkowo problemem są inne czynniki i ograniczenia, przede wszystkim to, że "watahy nie rosną”. Ale oczywiście lepsze to niż nic i prawdę trzeba pisać. I chwała tym, którzy nadal to czynią.

Zygmunt Białas: Czy w takiej sytuacji wierzy Pan, że prawda o wydarzeniach 9- 10 kwietnia 2010 roku będzie kiedykolwiek znana?
Cyprian Polak: Ależ ona już jest znana i to od dawna. Ściślej jej część, ale zasadnicza. Natomiast pytanie o to, czy jakieś władze w najbliższej przyszłości ujawnią dostępną im wiedzę na ten temat, plus prokuratura i inne państwowe czynniki to inna sprawa. Możliwe jest, że gdyby nawet do władzy doszedł niezależny rząd, złożony z Polaków, bez masonerii i agentury (co byłoby też jakimś rodzajem cudu), też nie byłby skłonny tego ujawniać. Prawdopodobnie równałoby się to otwartej walce ze służbami i z wojskiem, przede wszystkim z masonerią w tych szeregach. A i innymi konsekwencjami międzynarodowymi. Jeśli nie miałby odpowiedniego zaplecza, raczej nie mógłby tego zrobić.

Sytuacja jest jednak bardzo dynamiczna. Nowy Wspaniały Świat zbliża się tak szybkimi krokami, a opór społeczny na świecie szybko rośnie, tak że możliwie są różne scenariusze. Raczej nie wydaje mi się, aby była powtórka z Gibraltarem. Nic dwa razy w historii nie zdarza się tak samo. A podjazdowa na razie wojna światowych potęg sprawia, że możliwie są różne scenariusze i to w bliskim czasie.

W przypadku Polski ważna jest modlitwa, szczególnie krucjata różańcowa, która u nas wygląda opłakanie. O skuteczności modlitwy, i oddawanych cierpień (w tym duchowych spowodowanych tym niesłychanym precedensem), nawet nielicznej grupy ludzi, podkreślanej oficjalnym protestem świadczyć może sprawa najazdu Knesetu na Polskę. Dzięki modlitwie przede wszystkim Pan Bóg położył swój Palec i szanowną małżonkę przewodniczącego Knesetu szlag (by użyć staropolskiej formuły) trafił. I cała heca nie wyszła.

http://zygumntbialas.neon24.pl/post/109 ... iestolecia


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 17 cze 2014, 09:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Trzy telefony prezydenta o 8.20, 10 kwietnia 2010

Kilka zdań wstępu: (jak ktoś niecierpliwy może pominąć, albo przeczytać później).

Rzecz można przedstawić skrótowo, ale i z drugiej strony wymaga obszerniejszego opisania, a uprecyzyjnienie tego i uszczegółowienie plus kontekst i zwrócenie szczególnie uwagi na sprawę szycia grubymi nićmi tragedii 10. 04. 2010, tak by szwy były widoczne, to materiał na kilka artykułów.

Zacząłem rzecz wprawdzie w ten sposób, aby zawrzeć ją w jednym materiale, ale obszerną. Porzucam tę w części już zaawansowaną pracę i przechodzę do wersji skrótowej (o ile około 6 stron znormalizowanego maszynopisu uznamy za wersję skrótową...).

Powodów jest kilka: Nie mam możliwości, po czterech latach, jako wolontariusz, przy dodatkowo prawie zerowej aktywności nie blogujących i nie komentujących czytelników pisać bardzo pracochłonne materiały. Ponadto pytanie jest dla kogo? Tym paru osobom można przesłać e - mailem. Po trzecie materiał ten winien pojawić się przynajmniej już na jesieni roku 2011. I tak czekam do dziś, czekam.. W tej sytuacji takie rzeczy powinno się pisać dla siebie i dla garstki znajomych, ale nie z powodu obaw spowodowanych niewygodnym tematem (choć te zagrożenia oczywiście są), ale trochę tak jak pisał staropolski pamiętnikarz „ Sam sobie gędę, sam wesół będę”. Bowiem umieszczanie na blogu i na portalu tego materiału, który powinien być od trzech lat w sieci otrąbiany przez niezależne osoby, zwiększa tylko egzystencjalne odczucie absurdu, w dodatku jest niewychowawcze wobec 99, 99 procent społeczeństwa.

Zobligowany byłem jednak aby to umieścić w internecie, w jakiejkolwiek formie, z tego przede wszystkim powodu że kwestia telefonu prezydenta do Jarosława Kaczyńskiego o 8.20 i tylko tego telefonu pojawia się ciągle pod wszystkimi artykułami Zygmunta Białasa dotyczącymi Okęcia, pod którymi komentuję i ciągle muszę pisać to samo i sprostowywać, a nie ma materiału o trzech telefonach o tej samej porze, o tej samej minucie, do którego można się odwołać. (Długofalowo oszczędzę więc sobie niejako czasu) Mimo wszystko, materiału nie byłoby może, gdyby nie to, że jest w kontekście „grubych nici” o których ostatnio, a szczególnie od jesieni piszę.
Dla porządku dodam że był materiał blogu Free Your Mind zatytułowany
„Dwa telefony o 8. 20 (6.20 UTC)” we wrześniu 2011
http://freeyourmind.salon24.pl/345728,2 ... 0-6-20-utc

, ale dwa to nie trzy, a jak zobaczymy kwestia trzeciego telefonu i tego kto miał być odbiorcą jest tu szczególnie ważka, ale i istotność informacji o trzecim telefonie posiada jeszcze inne konteksty. Kwestia trzeciego telefonu wyszła w trakcie komentarzy pod wspomnianym artykułem, ale nowy materiał traktujący o trzech telefonach nie ukazał się.

_________________________________________________


Każdemu wiadomo o telefonie który miał wykonać prezydent
Lech Kaczyński do swego brata Jarosława Kaczyńskiego o godzinie 8. 20 z telefonu satelitarnego, z pokładu samolotu.
Nie ma nawet potrzeby o tym przypominać. Każdy też pamięta to że rzecz pojawiła się zaraz po „katastrofie” i podawana była z jednoznacznym czasem.
Dodajmy tylko dla porządku że informacja pojawia się 11 kwietnia. Wywiadu udziela wtedy Adam Bielan dla RMF FM:
„Rzecznik i europoseł Prawa i Sprawiedliwości zdradził, że prezydent zadzwonił z pokładu samolotu do brata Jarosława Kaczyńskiego o godzinie 8.20. Poinformował, że "wszystko idzie tak, jak miało iść". – ( kolor ode mnie - C. P. To moje ulubione zdanie w tej historii) .Prezes pytał, czy już wylądowali. Prezydent odpowiedział, że nie, że lądują za kilkanaście minut. To było - jak rozumiem - dwadzieścia kilka minut przed katastrofą - opowiadał Bielan.”
http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju, ... 11516.html

(Można by nawet domniemywać że wiadomość pojawiłaby się i 10 kwietnia, ale wedle tego co nam przekazano, Jarosław Kaczyński udał się do Smoleńska i Bielan mu towarzyszył).


Informacja o telefonie o 8.20 była potwierdzana, jak wiemy, przez Jarosława Kaczyńskiego i podawana też i przez niego dokładna minuta rozpoczęcia rozmowy:


Na przykład lipiec 2010.
"Później zadzwonił o 8.20. Myślałem, że już wylądował i dzwoni ze Smoleńska. Bardzo rzadko dzwonił z telefonu satelitarnego z samolotu. Powiedział mi, że z Mamą wszystko w porządku i poradził, bym się przespał. Pamiętam doskonale, że użył określenia: ‘bo się rozpadniesz’. (…) Tak wyglądała ta
bardzo krótka rozmowa".
http://www.radiomaryja.pl/bez-kategorii ... o-bliznie/

(Dodam tylko, że późniejsze modyfikacje i ewolujące opowieści mające miejsce w wielu przypadkach matriksa 10.04. 2010, nie interesują mnie, gdy idzie o bycie bliżej prawdy.)


Jednak już 13 kwietnia ukazuje się relacja doktora Smoszny, oficjalnie jednego z trzech lekarzy prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
http://m.wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosc ... stety.html

„Nie uwierzyłem w tę wiadomość... Przecież o 8.20 dzwonił do mnie prezydent” – mówi Smoszna.


W trakcie relacji używa jeszcze określenia „około”
„Około 8.20 zadzwonił do mnie prezydent, pytał o stan mamy. Udzieliłem mu informacji, uspokoiłem go, pan prezydent był pogodny.”


W książce W książce "Cała prawda o Smoleńsku" – P. Bugajski, J. Kubrak s. 23 „ Zadzwonił do mnie o 8.20.”Powtarza się to i w innych relacjach, w tym książkach.
W tym kontekście jednorazowe użycie określenia „około”, przy powtarzającym się wyraźnie: 8.20, należy traktować jako dookreślenie tego, że nie było to 8.20: 00 tylko na przykład 8.20 i 15 sekund.


Doktor Smoszna to osoba, która bardziej niż przeciętny Polak pamiętała o telefonie do Jarosława Kaczyńskiego właśnie o 8.20. I musiała zdawać sobie sprawę ..z pewnej niezręczności całej sytuacji, nazwijmy to tutaj delikatnie. W momencie gdy cała Polska wie o telefonie prezydenta do brata o 8.20 on udziela wywiadu i podaje ten sam czas, tę samą minutę.


Zresztą dziennikarz przeprowadzający rozmowę nie zwraca uwagi na tę oczywistą rzecz. Nie pyta czy się nie pomylił, bo jak wszystkim wiadomo prezydent dzwonił do brata o ósmej dwadzieścia. Zagajenie o to przy podawaniu minuty było oczywiste i ze strony samego Smoszny. Na przykład tak:
„Wszyscy wiemy że pan prezydent dzwonił do brata o 8.20. Do mnie dzwonił chwilę wcześniej”. Czy jakoś podobnie. To, że chwilę wcześniej jest oczywiste bowiem prezydent najpierw musiał zapytać lekarza o stan mamy, a potem dopiero, w następnym telefonie powiadomić o tym Jarosława Kaczyńskiego.


Smoszna powinien jednak powiedzieć w takim wypadku że prezydent dzwonił do niego przed 8.20. Tym bardziej że dziwności i niejasnej, a przez wielu domyślnej grozy „katastrofy smoleńskiej” do 13 kwietnia już, czy nawet dwunastego ( kiedy najprawdopodobniej miała miejsce ta rozmowa – o ile oczywiście Smoszna był do niej potrzebny) było dostatecznie już dużo i za dużo. Człowiek prezydenta, do tego lekarz wojskowy, powinien to skonsultować. Jako człowiek zaufania prezydenta mógł się też spodziewać że jacyś przeciwnicy Jarosława Kaczyńskiego i to na dużym forum medialnym zaczną sobie pokpiwać z tego albo podrywać autorytet śp. prezydenta lub Jarosława mówiąc choćby o bałaganie, albo że Jarosław coś pomylił itd.

A może jednak nie, może doktor Smoszna wiedział że choć będą i politycy którzy będą oskarżać Jarosława że ma krew brata na rękach, to nie wzruszą ramionami nad dwoma telefonami prezydenta o tej samej porze. I nie będzie też dziennikarzy, którzy choćby będą chcieli się to starać uściślić.

Telefon do doktora Smoszny, choć w potężnym medium, a potem w innych i książkach, nie był paradoksalnie równocześnie przedmiotem zainteresowania mediów. Do dzisiaj cytuje się tylko telefon do Jarosława Kaczyńskiego.
Również powszechnie zignorowali go blogerzy. Jak to możliwe że uszedł uwagi wszystkich, czy prawie wszystkich. Co gorzej zignorowali go blogerzy, którzy uznali inscenizację na Siewierny. Niektórzy mogli nie natrafić, ale prawie wszyscy? Przez ponad rok, aż dopiero sprawa telefonu do Smoszny znalazła miejsce w artykule FYM, ale znowu nie jako materiał z 13 kwietnia 2010, tylko z wydanej później książki i tym samym o wiele mniejszym zasięgu, więc i o nie takiej ważkości.

.......................
No dobrze.
Jeden telefon, drugi, w tym samym czasie. Może ktoś coś pomylił. Rozmowy były zresztą krótkie. Złożyło się, zdarzyło.
Obaj panowie nie zarzekają się co do dokładnego i precyzyjnego czasu tak, że byłoby niezbicie jasne iż rozmowy nakładają się na siebie.
Powiedzmy : może się to jeszcze zdarzyć, choć jest to dziwne.


Jednak w marcu 2011 ukazuje się książka: „96 końców świata”.
I w niej na stronie 9 : „ Prezydent dzwonił do córki tuż przed katastrofą. Dokładnie o godzinie 8.20. Ich ostatnia rozmowa trwała cztery minuty. Co można powiedzieć przez 240 sekund?”.


To jest kropka nad „i”.


Jeden telefon, drugi, ale trzeci pokazuje grube nici całej sprawy. I jest podobny do innych celowo widocznych szwów 10. 04. 2010. Nie będę się powtarzał przytaczając dla przykładu niektóre z nich. Zapraszam do tego materiału:

http://cyprianpolak.blogspot.com/2014/0 ... -2010.html


Kpinę z czytelnika i z rozumu podkreśla ostatnie cytowane zdanie „ Co można powiedzieć przez 240 sekund?”.
To co powiedziano. To co powiedziano można było powiedzieć.
Dziennikarze nie interesują się tym co powiedział prezydent do córki. Nie interesują się tym blogerzy. Nikt się nie interesuje tym telefonem, nie dziwi i nie pyta.
Podobnie jak nikt nie pytał dlaczego „Wyborcza” utrzymuje wpis informujący że Jadwiga Kaczyńska zmarła 11 kwietnia 2010. Wobec poruszanego tematu wszyscy internetowcy wyzywający Michnika od sowieckich kanalii nabierali wody w usta. Taka okazja by mu dowalić..
Zaś autor książki przypomina dziecko, które zadało przy mnie pytanie w autobusie i samo sobie odpowiedziało.”
Mamo ile jest domów na świecie?
Dziewięć tysięcy,
a może więcej?”.
Tylko co urocze, miłe i zabawne w przypadku dziecka nie jest już oczywiście takie w przypadku dorosłych, a zwłaszcza wobec kpiny z rozumu w tak niebywałej tragedii.


Czy trzeba to coś jeszcze dodawać, a propos trzeciego telefonu?
Podkreślać że Marta Kaczyńska nie tylko jak mało kto wie o telefonie do stryja, ale i doskonale wie że telefon do niej koliduje nie tylko z telefonem do stryja, ale i Smoszny. Że gdyby nawet prezydent dzwonił do niej o 8.20 (dokładnie!) i rozmawiał cztery minuty, a nawet 240 sekund (więc też bardzo dokładnie choć już bez słowa „dokładnie”) to powinna się zdziwić zaraz po 10.04 podawaną informacją o telefonie do stryja o 8.20, a zaraz potem informacją o telefonie do Smoszny o 8.20.
Czy może trzeba podkreślać że gdyby autor napisał coś takiego bez zgody Marty Kaczyńskiej to zrobiłaby się niezła chryja?
Zresztą nie wiem i wcale nawet nie twierdzę czy tę informację podała dokładnie Marta Kaczyńska. Autor, osoby odpowiedzialne za książkę, te siły co za nią stały wiedziały, że Marta Kaczyńska nie będzie protestować wobec takiej rewelacji, a i ona sama wie że nie ma protestować i się na to zgadza. Lub też powiedziano jej że ma tak powiedzieć i bynajmniej nie sugeruję tu jakiegoś przymusu.
Rzecz jest podana celowo tylko w tej książce, a nie jest w ramach na przykład wywiadu w jakiejś „Gali” by nie „przegiąć”, bo taki trzeci telefon o długości w dodatku czterech minut (Dokładnie! czuj duch) i do samej Marty Kaczyńskiej przeczytany przez jakieś sto tysięcy czytelników byłby już nazbyt dużą lekkością bytu medialnego „katastrofy smoleńskiej”. Dodatkowo wypadałoby go cytować i innym portalom. Sytuacja byłaby więc trochę niezręczna... A tak w książce, którą kupiło w najlepszym przypadku kilka tysięcy osób ( a tak myślę że dwa tysiące to maksimum) – ujdzie i jest widoczne w taki sposób w jaki miało być. Tak to się robi.

Trzy telefony o tej samej porze pokazują fikcyjność każdego z nich. Nie było więc żadnego.
Nawet fałszowanego do Jarosława Kaczyńskiego, jak przypuszczali niektórzy zakładając że Jarosław myślał że rozmawia z bratem, ale mógł to być głos wcześniej nagrany i puszczony przez służby, lub użyty syntezator mowy.

Na stare oburzenia typu : Jak to, to co, niby Jarosław miałby kłamać? Zginął jego brat itd. itd. odpowiem że przecież Jarosław wcale się nie stara uwiarygadniać tego przekazu. Przecież to wynika z artykułu. Podobnie i Marta Kaczyńska. Zostawiając na boku płotkę Smosznę. Kto kłamie, ten stara się uwiarygodnić.
Jest tak zresztą i w innych miejscach.

Piszę o tym na przykład we wspomnianym tekście Grube nici 10. 04. 2010.
(Do wyboru)
http://cyprianpolak.salon24.pl/577321,g ... 10-04-2010


http://cyprianpolak.blogspot.com/2014/0 ... -2010.html


http://dakowski.pl/index.php?option=com ... Itemid=100

Zresztą nikomu nie jest tajno że wiele osób zajmujących się matriksem 10.04. 2010 uważało że Delegaci ( mniejszość, większość) może żyć, to samo może dotyczyć prezydenta. I ja należałem do tej grupy.
Teraz jednak jeśli chodzi o prezydenta, od pewnego czasu nie zastanawiam się nad tym, jak się zastanawiałem, żyje czy nie żyje. Jeśli nie żyje, czy szczątki są na Wawelu, czy też jak przypuszczaliśmy,[ nie ma ich tam i w takim razie gdzie są?


Nie zastanawiam się nad tym od pewnego czasu, a będę dopiero ewentualnie do tego wracał, gdy dowiem się dlaczego wspólne zdjęcia bliźniaków i filmy z nimi są powszechnie fałszywkami.

Przypomnijmy może słowa człowieka z tamtej strony, ich człowieka, Michała Kamińskiego: (tym razem cytat z pamięci);
„Jarosław Kaczyński patrzy w lustro i codziennie śmieje się widząc że są jeszcze ludzie, którzy mu wierzą.”


Uczciwi Polacy nie pozwólcie więc robić z siebie głupków. Żydzi wami gardzą widząc jak łykacie ich grube nici, jedząc potrawę, którą wam przygotowali. A im bardziej grube i bezczelne są szwy, tym wy bardziej udajecie że ich nie ma, z odprężeniem ludzi z „Wehikułu czasu” Wellsa. Wiedzieli oni że względny i pozorny dobrobyt okupiony jest ucztą u kanibali, co jakiś czas pożerających grupę ludzi. Jednak było to dla nich tabu.
Podobnie i wy gdy przed oczami stawiane są wam coraz dziwniejsze i bezczelniejsze matriksy 10. 04. 2010 (i nie tylko 10. 04. 2010) nie piszecie na ścianach „Mane, tekel, fares” tylko TABU.

............................................................................................................................................................................................................

Uzupełnienia:


1. Oficjalny dokument rządowy, badający katastrofę, której nie było, dokument komisji Millera na temat telefonów o 8.20 ( na stronie 51) :
Wedle nich było jedno i miało mieć miejsce 8.21:40. (naszego czasu)"System telefonu satelitarnego był wyposażony w przenośne słuchawki i mógł być wykorzystywany zarówno przez pasażerów, jak i załogę samolotu. W trakcie lotu samolotu Tu-154M w dniu 10.04.2010 r. zarejestrowano trzy transmisje wykonane za pomocą telefonu satelitarnego o godz.: 5:15, 5:46:59 i 6:21:40 (czyli 7:15, 7:46:59, 8:21:40 naszego czasu - C.P.) Z analizy zapisu zawartego w pokładowym rejestratorze dźwięków w kabinie samolotu nie wynika, by załoga korzystała z telefonu satelitarnego w ciągu ostatnich 30 min lotu." .


2. Informacje o doktorze Smosznie jako o lekarzu prezydenta pojawiają się dopiero po 10 kwietnia 2010.


3. W trakcie poszukiwań blogerskich pod artykułem FYM „Dwa telefony o 8.20” na bieżąco znikały niektóre materiały w przypadku poszukiwań danych o trzech lekarzach prezydenta, lub zostawały w okrojonej formie. W tym przypadku dobrze to śledziłem, bowiem brałem w tym udział jako komentator pod nickiem Czasami Pyta (jednorazowo do tej pory nie pod swoim nickiem i przez krótki czas, zostałem zresztą szybko zablokowany na blogu FYM). Widać po tym jak nie ma ludzi (jakby powiedział klasyk).


4. Ogół komentatorów pod wspomnianym postem zignorował trzeci telefon, telefon do Marty Kaczyńskiej, a dyskusja zaczęła schodzić w innym kierunku, choć materiał był ciekawy a wnioski..jeszcze ciekawsze. Smosznę podobnie jak niektóre postaci związane z prezydentem, szczególnie Sasina można było pokazać jako osoby, które się nie sprawdziły, względnie podejrzane, bardzo podejrzane itp.
Wodzu jednak musiał być czysty. A i Marta Kaczyńska oczywiście też.
Trzeba było ich bronić przed nimi samymi.
Ku chwale ojczyzny.


5. Dwa komentarze. Zamilkłej blogerki Liberty pod wspomnianym wpisem FYM i Kisiela :


@CzasamiPyta
i chyba wszystkie rozmowy trwały cztery minuty...
LIBERTA24.09.2011 14:01293322

@CzasamiPyta
Może te trzy rozmowy odbyły się równolegle.
KISIEL25.09.2011 12:0095611999

6. Był też telefon 8.19 - 8.20 . Miała dzwonić Izabela Tomaszewska do męża.


autor: KKA, tvn24.pl 13.05.2010 14:48Nie tylko pre­zy­dent roz­ma­wiał przez te­le­fon chwi­lę przed ka­ta­stro­fą - po­da­ły "Fakty" TVN. Roz­mo­wę prze­pro­wa­dzi­ła też jedna z urzęd­ni­czek w jego kan­ce­la­rii
Iza­be­la To­ma­szew­ska, sze­fo­wa Ze­spo­łu Pro­to­ko­lar­ne­go pre­zy­den­ta, z te­le­fo­nu sa­te­li­tar­ne­go w tu­po­le­wie tuż przed ka­ta­stro­fą dzwo­ni­ła do swo­je­go męża.
Jak mówi Jacek To­ma­szew­ski, był to stały zwy­czaj jego żony. Za­wsze, gdy sa­mo­lot star­to­wał, dzwo­ni­ła do domu, by o tym po­in­for­mo­wać, a po lą­do­wa­niu wy­sy­ła­ła SMS-a. Tym razem jed­nak było tro­chę ina­czej.
- Ten te­le­fon, który otrzy­ma­łem o 8.19 (kolor C.P.) w so­bo­tę 10. kwiet­nia, nie był jej. Był to pew­nie sa­te­li­tar­ny te­le­fon pana pre­zy­den­ta - mówi w "Fak­tach" Jacek To­ma­szew­ski. Dodał, że roz­mo­wa nie trwa­ła długo.
- Po­wie­dzia­ła mi tylko: je­stem w sa­mo­lo­cie. Ja na to za­da­łem py­ta­nie: Do­pie­ro teraz? Prze­cież mie­li­ście star­to­wać o siód­mej. Ona już nie od­po­wie­dzia­ła mi na to py­ta­nie, w tle sły­sza­łem ja­kieś głosy i to wszyst­ko. No i oczy­wi­ście nie do­sta­łem SMS-a z ko­mu­ni­ka­tem: orzeł wy­lą­do­wał - mówił To­ma­szew­ski.
http://www.fakt.pl/Przerwana-rozmowa-z- ... 850,1.html




Parę innych linków:


http://media.wp.pl/kat,1022941,opage,14 ... aid=112b97


http://www.fakt.pl/Lech-Kaczynski-dzwon ... aid=112c0d

Zeznanie J. Kaczyńskiego w prokuraturze na temat rozmowy z prezydentem Link. Skan.

http://m.onet.pl/_m/5e98cb7580432a5f78b ... 1e,0,1.jpg

Mój artykuł związany z tematem, z roku 2011

http://cyprianpolak.salon24.pl/341399,k ... molenskiej

http://cyprianpolak.blogspot.co.at/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 02 lip 2014, 15:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Trzeba odnotować ten „sukces”

Opublikowany 01/07/2014 przez dawidpolski Na „Niezależnej” http://niezalezna.pl/42685-rosjanie-pod ... liza-zdjec ukazał się materiał wart uwagi wszystkich, którym na sercu leży wyjaśnienie zbrodni smoleńskiej nazywanej przez „patriotyczne” media (za Rosjanami) „katastrofą smoleńską”. Jak widać, zauważono oszustwo czyli podmianę kompletów czerwono-pomarańczowych czarnych skrzynek.

To pewnie przełom, choć wniosków nie widać poza samym stwierdzeniem oszustwa.

Ponad cztery lata badań (tych oficjalnych) idzie w czambuł. Umordowano się a tu klops. Nie te skrzynki, nie te zapisy…

i nie ten samolot, choć redaktorzy Niezależnej nie odważyli się w ten sposób podsumować „sensacyjnej” wiadomości.

http://arkanoego.net/index.php/2014/06/ ... pokladzie/

Zapewne dzięki temu, że wyszukiwarka Google nie widzi strony www.arkanoego.net redaktorzy nie zdołali dotrzeć do analiz i porównań na tym blogu. (Oficjalnie)

/Y/

http://arkanoego.net/index.php/2014/07/ ... en-sukces/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 20 lip 2014, 17:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Jak zabić całą generalicję za jednym zamachem?

23 stycznie 2008 zginęlo 20 wojskowych w katastrofie lotniczej w Miroslawcu: jeden general, sześciu pułkowników, sześciu majorów i czterech kapitanów Poskich Sił Powietrznych. Dwa lata póżniej zginęło zgnęło pięciu generałów i jeden admirał w tzw. Katastrofie Smoleńskiej.

Katastrofa w Mirosławcu miała zmienić zasady wspolnych podróży polskich wyższych oficerów. Z pewnością musiały powstać nowe dyrektywy. Jak ich nie znam ale od 10 IV 2010 ciągle zadaje sobie pytanie jak sześciu najwyzszych oficerow w Polskich Siłach Zbrojnych moglo znależć się na pokładzie jednego samolotu? To pytanie zadawało mi wielu ludzi poza Polską. Zawsze czułem ogromne zażenowanie probując znależć sensowna odpowiedź. Coś tam bąkałem o awarii samolotu na Okęciu, o zmianach w ostatniej chwili. Konfabulowałęm aby obniżyć poziom mojego zażenowania.

Wg. oficjalnej wersji wyleciały dwa samoloty. Jeden Jak z dziennikarzami i jeden Tupolew ze wszystkimi co zgineli. Dlaczego częsć z generałów nie byla w Jaku, którym lecieli dziennikarze? Przecierz dziennikarze chcieli lecieć z Prezydentem. Jan Pośpieszalski z pewnośćią przesiadłby sie do Tupolewa i odstąpil swoje miejsce z Jaka powiedzmy szefowi Sił Zbrojnych, gen. Gągorowi. Jak to planowano, jak to aranżowano na Okęciu? I najważniejsze, KTO?


A jak wiemy Okęcie pozostaje tematem tabu. Praktycznie nie wiemy o wydarzeniach na Okęciu nic. Nie ma materialow filmowych, nie ma zeznań, nie ma świadkow. Temat Okęcia jest unikany zarówno przez czynniki rządowe jak i przez ZP Atoniego Macierewicza. Gazeta Polska nie opublikowala zadnego śledczego artykuly o Okęciu. Gdy dowiedzialem się, ze reżyser Krauze nie dostanie pieniedzy na film o Smoleńsku to sie ucieszyłem, gdyz wiem, ze nie byłoby w tym filmie Okęcia, a bez Okęcia nie ma Smoleńska. Nie ma prawdy o 10 IV 2010.

Odpowiedż na tytułowe pytanie “Jak zabić całą generalicję za jednym zamachem?” jest prosta: nalezy ich wpierw umieścić w jednym samolocie. Ta odpowiedz jednak wymaga wyjasnienia jak po tragedii w Mirosławcu udało się tego dokonać. No, jak? To nie cywil-banda, to Wojsko.Wracamy do Okęcia. Bez Okęcia nie poznamy prawdy. Czy faktycznie wszyscy generałowie byli w Tupolewie? Dopóki nie będzie niepodwazalnych dowodów na taki fakt ja pozostaje przy swoim przekonaniu: TO BYŁ ZAMACH. To jest więcej niż przekonanie. To jest pozytywny dowód. Tak, dowód jak w przypadku: jeśli nie przestawisz alibi idziesz siedzie! Mierząc wszystkie brzozy w Oblasti Smolenskiej nie poznamy prawdy. Posiadaczami prawdy są ci co mają wiedzę o Okęciu.

http://orog.salon24.pl/578357,jak-zabic ... m-zamachem


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 28 lip 2014, 06:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
„Analitycy” sugerują, że w Smoleńsku zestrzelono pusty samolot?

Opublikowany 26/07/2014 przez dawidpolski Nie, oni o tym nie mówią, że był pusty. Gdy pisze się lub mówi o Tupolewie i Smoleńsku wszyscy mają jedno na myśli: jeden samolot i jedną „katastrofę smoleńską”. Oni tak właśnie podają, by każdy tak myślał.
I tego trzyma się też „Niezależna” (http://niezalezna.pl/57671-analityk-wyw ... estrzelony) przytaczając ostatnie analityków ukraińskich „sensacyje”.

(Chyba że Analitycy mają na myśli lot z Prezydentem Kaczyńskim 9 kwietnia z Wilna bo widać, że nie wiedzą co spadło na polanę smoleńską. Annonymouse.pl napisał, że alert z 9 kwietnia 2010r. o szykowanym zamachu na samolot Unii Europejskiej dotyczył właśnie tego zdarzenia, wątek ten podejmował też rosyjski bloger Gorojanin.)


„Jeśli ten samolot nie wrócił z Wilna – to Delegacja nie mogła nim lecieć… 10.04.2010. Musiałaby skorzystać z innego samolotu lub nie wylecieć wcale…”

Już na wiele sposobów udowodniono, że nie było katastrofy smoleńskiej. Epatowano nie tak dawno bezczeszczonymi burtami jakiegoś tupolewa na filmach głównie Anity Gargas. Nikt jednak z tej ekipy mającej środki finansowe i mobilność nie pokwapił się, by porównać złom z polanki ze złomem zalegającym na bocznym Siewiernym.

A to robi dużą różnicę bo jest tak: Pokazane burty przez reżyserkę A. Gargas – nie ma ich na bocznej płycie Siewiernego – chodzi o niektóre z nich. Oba źródła są zbieżne – „Raport MAK” i zdjęcia w nim zawarte z obrazem na filmie S. Wiśniewskiego.

Porównując fragmenty samolotu leżące na bocznej płycie Siewiernego (zwiezione ponoć z polanki) z tymi, które sfotografowano na polance przed zwiezieniem, trzeba dojść do wniosku – jeśli chodzi o główne kluczowe fragmenty – na polanie schowany za rosochatym drzewkiem przy stercie nazywanej „szczątkami kokpitu” – burta ta, a raczej ścianka ze zwisającymi siedmioma oknami pochodzi konstrukcyjnie z tego samego miejsca w samolocie co burta tak często pokazywana w TV z zachowanym fragmentem napisu Rep of Poland – ale ma inny kształt, jest inaczej uszkodzona, ma inną powierzchnię.
Udowodniono to w analizach na blogu http://arkanoego.net/

Mamy więc do czynienia nie tylko z samą zamianą wraku jako takiego, ale przynajmniej z dwoma różnymi samolotami lub ich większymi czy mniejszymi fragmentami w dwóch różnych miejscach (płyta lotniska i polanka) jeśli chodzi o sam złom lotniczy oraz nie rozpoznane dotąd miejsce destrukcji 101ki i polankę na której rosyjscy technicy krajobrazu urządzili inscenizację z wcześniej przygotowanego złomu obrzuconego „wybuchowym” błotem – czyli z oszustwem i mistyfikacją na niespotykaną skalę.

Prawda ta kompromituje media publiczne i prywatne – funkcjonariuszy zwanych dziennikarzami, kompromituje polskie władze i komisje, parlamentu nie pomijając.

Prościej rzecz ujmując – porównane części nazwane w moich analizach na blogu http://arkanoego.net/ - burtą A i C pochodzą z dwóch różnych samolotów, choć z tego samego konstrukcyjnie, miejsca. Nie ulega to żadnej wątpliwości.

Ta Prawda jest nie do podważenia przez jakiekolwiek spekulacje medialne czy komisyjne.

Jeśli 96 osób z Delegacji dn. 10.04 wyleciało 101ką, to samolotu a tym samym ludzi w nim się znajdujących nie było na polance przy lotnisku Siewiernyj i tym samym ich nie zestrzelono w rejonie TAWS 38 czy nad samą polanką.

Byłyby ciała, od razu…

Cała reszta – obrazy pokazane np na filmie e-ostrołęka to jedna wielka mistyfikacja.

Burty C z polanki nie ma na złomowisku na bocznej płycie Siewiernego, a burty A (ze 101ki) nie było na polanie, co potwierdzają filmy, w tym film S.W. oraz samo zdjęcie satelitarne opublikowane w raporcie MAK.

Potwierdza się zatem pierwsze spostrzeżenie amb. Bahra i montażysty S.W., że ciał 96 osób nie było na polanie.

Do zbadania pozostaje – czy samolot 101 został zniszczony na terenie Zakładów Lotniczych SMAZ’u (przez płot od polanki), czy też poddany został destrukcji w jakimś nieodległym miejscu czy też tak jak sugerują „ruskie przecieki” – zestrzelony na Litwie (z samym prezydentem) 9 kwietnia. Zamalowane przez Rosjan ślady działania wysokiej temperatury na fragmencie A mogą nam wiele powiedzieć gdyby zostały zbadane przez kompetentnych fachowców.

Kluczowa sprawa – śmierć ludzka – jak faktycznie zginęło 96 osób? Czy na skutek „polowania z nagonką”, czy przez użycie gazów trujących, w Polsce czy w Rosji? Czy wszyscy zginęli jednakową śmiercią?

Poszlaką może być tajemnica bestialskiego zbezczeszczenia zwłok śp Anny Walentynowicz, legendy „Solidarności” na drodze pomiędzy Moskwą a Warszawą już po rozpoznaniu ciała przez rodzinę.

Jest niestety tak, że blogerzy wiele już dawno odkryli i napisali, ale rzesza ludzi czeka na media jak na wyrocznię by potwierdziła…

Inne odniesienie. Niezależna podała http://niezalezna.pl/57703-washington-t ... -i-boeinga za „The Washington Times”:

- „w chwili, gdy TU-154 M usiłował wylądować w Smoleńsku samolot należący do KGB wyłonił się z mgły i zaczął krążyć nisko nad lotniskiem, tak jakby miał lądować. W końcu jednak odleciał. Rosjanie nigdy nie wyjaśnili, co tam robił.”

Wszystko należy rozpatrywać w konkretnym kontekście i mieć na uwadze wszystkie dane, a nie tylko te wyrywkowe. Napisałem kiedyś z dużą dozą ostrożności o tym, że IŁ mógł zrzucać ciała i złom (patrz inscenizacja e-ostrołęka) wszak inscenizacja została udowodniona. Ten „szmer, potem trzask i krzyk” to mogło równie dobrze być – „modlitwa, otwarcie klapy IŁa i krzyk spadających ludzi…”

/…/

Pytanie, czy prawdziwy jest ruski przeciek o zestrzeleniu samolotu z Prezydentem Kaczyńskim w drodze powrotnej do Polski z Wilna?

Bo jeśli było jak mówią ruskie przecieki, że jeden samolot poleciał pusty – 10.04.2010, a 9tego drugi został zestrzelony to co to z Okęciem? Z ludźmi?

A może właśnie nie polecieli już – tylko zostali dotransportowani do Moskwy np po otruciu gazem – przez Smoleńsk – i może tylko część osób, bo część była już na miejscu?

Mogło być jeszcze tak jak Igorjev pisał – ściągnęli na bok Tupolewa po awaryjnym lądowaniu, następnie szturm, użycie gazów bojowych i na noszach pod prześcieradłami wynosili …

„Wylot” pozostaje więc nadal mroczną zagadką. O „pustym samolocie” i naziemnych wybuchach pierwszy pisał inż Cierpisz w zamach.eu.

Yurko

Poniżej materiał graficzny dokumentujący opisane porównania burt A i C

http://arkanoego.net/wp-content/uploads ... e_wewn.jpg

http://arkanoego.net/wp-content/uploads ... 2/zdj1.jpg

http://arkanoego.net/wp-content/uploads ... prawie.jpg

http://arkanoego.net/wp-content/uploads ... owisku.jpg
http://arkanoego.net/wp-content/uploads ... /zdj0.jpeg
http://arkanoego.net/wp-content/uploads ... burtaB.jpg
http://arkanoego.net/wp-content/uploads ... /klapa.jpg to zestawienie innego blogera

http://arkanoego.net/wp-content/uploads ... tanie3.jpg
http://arkanoego.net/wp-content/uploads ... zeniem.jpg

http://arkanoego.net/index.php/smolensk ... niejszych/

http://arkanoego.net/index.php/2014/02/ ... nstrukcji/

http://arkanoego.net/wp-content/uploads ... 4%85ce.jpg

rzeczywista przestrzeń „katastrofy” http://arkanoego.net/wp-content/uploads ... %99cia.jpg

http://arkanoego.net/wp-content/uploads ... eczona.jpg
ta sama ścianka
http://arkanoego.net/wp-content/uploads ... sek4i5.jpg
i z innego kierunku – gdzie ten lasek?
http://arkanoego.net/wp-content/uploads ... zestaw.jpg
ewolucja, złomu przybywa, drzew ubywa
http://arkanoego.net/wp-content/uploads ... %B3wn2.jpg
jeszcze raz zestawienie z drzewkiem, po wycięciu drzewka i rysunek skąd to jesthttp://arkanoego.net/wp-content/upl ... urta_C.jpg
przypasowany samolot do ułożenia tej ścianki
http://arkanoego.net/wp-content/uploads ... BC_MAK.jpg
Bardzo ważny zestaw – wyodrębniona część wspólna obu kawałków po wyskalowaniu proporcjonalnym i dopasowaniu we właściwe miejsce

http://arkanoego.net/wp-content/uploads ... e_wewn.jpg
obie burty jeszcze raz od wewnątrz – konstrukcyjnie pochodzą z tego samego miejsca w samolocie TU 154
http://cudwcielonegoducha.neon24.pl/pos ... iKategorie: Uncategorized. Autor: dawidpolski. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

http://arkanoego.net/index.php/2014/07/ ... y-samolot/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 21 sie 2014, 13:23 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Punkty węzłowe (1) „historii pozytywnej” Zbrodni Smoleńskiej

Free your mind 18.08 2014

Niedawno pewna zacna osoba pytała mnie, jakie węzłowe punkty „historii pozytywnej” bym wymienił, jeśli chodzi o 10 Kwietnia. „Pozytywnej” (historii), a więc takiej, która nie jest po prostu negowaniem (oficjalnych) wersji „brzozowo-beczkowej” i „wybuchowo-zamachowej”, lokujących tragedię w pobliżu smoleńskiego Siewiernego, na tamtejszym wysypisku śmieci przylotniskowym (Tam (…) był jeden wielki śmietnik. (…) [T]ych śmieci różnych, puszek i innych elementów było dużo – opowiada przed ZP montażysta S. Wiśniewski[1]).

Szczegółowo o tych rozmaitych „węzłowych punktach” pisałem w moich opracowaniach, zwłaszcza w Suplemencie, który (zainteresowanych odsyłam do lektury[2]) stanowi jakby „zwieńczenie” paroletnich analiz oraz dyskusji, jakie na moim blogu się toczą odnośnie do 10-04 – tu zatem będę ogólnie sygnalizował te zagadnienia. Ogólnie i w miarę skrótowo. Dziś trzy z takich „węzłów”. Mają one ten podstawowy walor badawczy, iż można je drążyć „na własną rękę”, jeśli się o tych sprawach wie. Można też, to dodatkowy walor, weryfikować te kwestie „u źródeł” – tj. pytać o nie na publicznych spotkaniach (tudzież przy innych okazjach) ekspertów, specjalistów, znawców, katastrofologów, analityków i syntetyków, zarówno tych spod znaku najwybitniejszych na świecie uczonych zebranych wokół min. A. Macierewicza, jak i tych, którym wybitności się w szkole Macierewicza odmawia (ze względu na niebadanie „wątku trotylowego” itp.), a zebranych w „komisjach” min. J. Millera i dr. M. Laska.

Komunikacja „Ziętas”-„Korsaż”

Każdy, kto czytał „stenogramy CVR”, bez względu na to, w której ich wersji – wie świetnie, że nawigator PLF 101 kpt. A. Ziętek podczas lotu z 10-04 komunikuje się radiowo z „Mińskiem” i „Moskwą”, ale już nie ze „Smoleńskiem”. Tymczasem por. A. Wosztyl, dowódca jaka-40 (PLF 031), znający przecież osobiście członków załogi „prezydenckiego tupolewa”, wedle tego źródła[3], miał zeznać przed wojskowymi prokuratorami (10 Kwietnia po powrocie do Polski), że to właśnie Ziętek prowadził rozmowę radiową z kontrolerem prawdopodobnie wieży w Smoleńsku. Śladu po tej rozmowie radiowej, na pierwszy rzut oka nie ma w żadnych „stenogramach”, ale gdy się głębiej w nie wejdzie, to coś ciekawego się znajdzie, o czym za chwilę.

Nie wiem, czy po latach Wosztyl potwierdziłby to zeznanie, a nawet gdyby potwierdził, to czy by nie tłumaczono tego oficjalnie jakąś kolejną „pomyłką” podczas słuchania radiowej komunikacji 10 Kwietnia. Tak samo, jak wyjaśniano „pomyłkę” z dosłyszanym przez załogę PLF 031 komunikatem o zgodzie „Korsaża” na zejście na wysokość 50 metrów (Tam słychać 100 metrów – twierdzi min. A. Seremet w jednym z wywiadów sprzed dwóch lat. – Gdy odtworzyliśmy im [członkom załogi „Wosztyla” – przyp. F.Y.M.] nagranie, dostrzegli sprzeczność i przyjęli to do wiadomości[4]). Jest to, nawiasem mówiąc, niezła logika rozumowania ze strony prokuratury – przedstawianie świadkom spreparowanego materiału dowodowego jako bardziej wiarygodnego aniżeli zeznania świadków, tak by przekaz z tego „materiału” potraktowali oni jako „obowiązujący” w rekonstrukcji zdarzeń z przeszłości. Ale mniejsza z tym, nie z takimi wszak cudami na kiju mamy w przypadku „śledztw i badań” do czynienia ([Kiedy brzoza była badana?] Prokuratorzy oglądali ją bezpośrednio po katastrofie[5]).

Jakie ślady komunikacji „Ziętas”-„Korsaż” można by wskazać (zakładając, że Wosztyl trafnie wskazał na Ziętka jako inicjatora korespondencji PLF 101-XUBS)? Nawigator PLF 101, porozumiewając się z „Mińskiem”, konstruuje w pewnym momencie „dwujęzyczny” komunikat: Minsk-Control, Polish Air Force 1-0-1, dobroje ranieco, flight level three-three-zero, over Mińsk [w wersji z CVR-3 jest: dobre rance – przyp. F.Y.M.]. I takie „dwujęzyczne” komunikaty, anglo-ruskie znajdujemy też w wypowiedziach płynących z „Korsaża” (przykładowo: Polish Foxtrot one-zero-one, ostatok topliwa. Topliwa skol’ko u was? albo: Papa-Lima-Foxtrot one-two-zero-one, na Korsażie tuman, widimost’ czietyrjesta mietrow. (…) Four-zero-zero meters)[6]. Pojawiają się one, zgodnie z oficjalną narracją, podczas korespondencji mjr. A. Protasiuka z wieżą szympansów, ale nie pasują one do niej. Czemu? Z tego powodu, że Protasiuk posługuje się biegle ruskim i konsekwentnie używa określenia polskij sto odin – ani razu nie wypowiadając żadnego zwrotu/oznaczenia/liczebnika/znaku literowego etc. po angielsku. Konstruktorzy „zapisów CVR” upchali więc to, co zapewne było fragmentem korespondencji „Korsaż”-„Ziętas”, upchali pośród tego, co w „stenogramach” przyjęło postać rozmowy radiowej Protasiuka z „wieżą”/„wieżami” XUBS. (Na nienaturalność i nielogiczność różnych elementów tej rozmowy już zwracałem w moich analizach uwagę – przypomina ona czasem „gadanie dziada z obrazem”, tj. „wieża” mówi jedno, Protasiuk drugie – lub odwrotnie.)

Zauważmy też, że tuż po korespondencji Ziętka z „Moskwą”, a tuż przed nawiązaniem łączności ze „Smoleńskiem”, ppłk R. Grzywna, czyli drugi pilot, wypowiada uwagę: Pamiętaj, w metrach – na co „Ziętas” odpowiada: Tak, tak, tak – jakby właśnie szykował się do kolejnego (po wcześniejszych z „Moskwą” i „Mińskiem”) radiowego połączenia. (Po czym, jak wiemy z oficjalnej narracji, mówić do „Korsaża” zaczyna ni stąd ni zowąd, tj. bez żadnej informacji do pozostałych członków załogi, bez żadnej zapowiedzi[7], Protasiuk). Ta uwaga Grzywny o metrach, kierowana ewidentnie do Ziętka, jest zupełnie zrozumiała w kontekście tego, jak chwilę temu, w komunikacji z „Moskwą”, nawigator podał m.in.: at 3900 feet over ASKIL (tak jakby tupolew był na wysokości ca. 1300 m[8]), na co zresztą „Moskwa” nie zareagowała prośbą o powtórzenie/skorygowanie wypowiedzi, a więc, czy na pewno podana została prawidłowa wysokość przelotu nad punktem ASKIL, czyli granicą białorusko-ruską. Grzywna więc przypomina Ziętasowi, by ten posługiwał się metrami, a nie stopami w komunikacji ze „Smoleńskiem” – ale…, no właśnie, ale tej komunikacji w „stenogramach” brak. Nie ma też jakiejkolwiek prośby nawigatora, by to Dowódca przejął korespondencję radiową – ani nawet jakiejkolwiek nieudanej próby tej komunikacji „Ziętas”-„Korsaż”, próby, która tłumaczyłaby to, że właśnie Protasiuk bierze na siebie porozumiewanie się z „kontrolerami”.

Ale jest jeszcze jeden ślad oprócz tych wymienionych wyżej w samych „stenogramach CVR”. Istnieją bowiem – upublicznione z dużym opóźnieniem (strona polska miała nagrania już w drugiej połowie kwietnia 2010, lecz nie opublikowała „stenogramów” wraz z tymi z rozmowami z kabiny pilotów PLF 101) – „zapisy z wieży” Siewiernego.

W nich zaś pojawiają się dwie zaskakujące, jeśli się je zestawi ze sobą, uwagi „kierownika lotów” z XUBS P. Plusnina. Pierwsza dotyczy tego, że polski pilot ma w ogóle nie znać ruskiego języka (żeby on był gotów do odejścia na zapasowe, no, dowiedzieć się, ile ma paliwa, dlatego, że on po rosyjsku praktycznie nic nie rozumie– godz. 9:54 rus. czasu), druga – że polski pilot jak najbardziej zna ruski (Ja zaraz (…) słyszałem, że (…) tego, Polak, dobrze mówi po rosyjsku – godz. 10:13 rus. czasu). Nie trzeba wielkiego psychologa ani nawet takiego pomniejszego psychoanalityka specjalizującego się w odtwarzaniu zawartości świadomości pilota w „końcóweczce” (z takimi badaniami z kręgu parapsychologii lotniczej mieliśmy do czynienia w „raporcie MAK”), by spostrzec, że te dwie uwagi Plusnina nie mogą odnosić się do jednej osoby, lecz do dwóch. Pomijam już w tym miejscu to, że oba te komunikaty Plusnina pojawiają się w „zapisach z XUBS” zanim, tak, zanim (oficjalnie) dojdzie do korespondencji PLF 101-„Korsaż” (ta bowiem o 10:23 ma się zacząć). To, że Ziętas słabo znał ruski, nie jest tajemnicą – (nawet w „stenogramach CVR” można znaleźć na to potwierdzenie, gdy nawigator pyta o jakieś „słówka” Protasiuka) – i pasowałoby to do pierwszej uwagi Plusnina. Druga zaś mogłaby się odnosić do Protasiuka. Tym niemniej chwile, w których Plusnin wypowiada te swoje opinie o nieznajomości/znajomości ruskiego, całkowicie się kłócą z oficjalną narracją – wtedy bowiem „nie ma” jeszcze PLF 101 nad Smoleńskiem i „nie nawiązała się łączność” radiowa między załogą a „Korsażem”.

Kurs lądowania – „posadocznyj”

Każdy, kto oglądnął z uwagą ten wywiad z Macierewiczem (http://www.youtube.com/watch?feature=pl ... HlOFkDaKAI od 8’57’’ materiału) z maja 2011, a więc na parę miesięcy przed zakończeniem prac KBWLLP, pamięta, że pojawia się tam problem kursu lądowania PLF 101. Prowadzący rozmowę stwierdza, całkiem słusznie, że ruscy „kontrolerzy” właściwie nie podają załodze PLF 101, jakim kursem, z jakiego kierunku ma ona podchodzić do lądowania. Gwoli ścisłości należałoby tu wtrącić, że Plusnin przekazuje Protasiukowi komunikat: kurs 79 (co mogłoby znaczyć, że chodzi o zachodni kierunek podejścia na Siewiernyj), ale mniejsza teraz z tym.

Co jednak powiada wtedy szef ZP na uwagę dziennikarza? Otóż konstruuje on zupełnie bałamutne wyjaśnienie, mające rzekomo dowodzić, że załodze musiano zaproponować wschodni kierunek podejścia: Ale jest pogłos tego – jest reakcja na to. Rzeczywiście, nie ma takiego meldunku ze strony wieży, a przynajmniej nie jest nam znany, ale jest odpowiedź ze strony drugiego pilota, który mówi kapitanowi Protasiukowi: „Byłoby lepiej, gdybyśmy lądowali z drugiej strony”, czyli dostali informację, że mają lądować z tej. Więc musiała być jakaś taka wymiana, wymiana zdań, że nakierowano ich właśnie na ten, na ten próg, na tak zwaną… podejście z 26-go… pasa.

Jeśliby faktycznie „kontrolerzy” otwarcie poinformowali załogę PLF 101, tak jak zawiadamiali załogi „Wosztyla” i „Frołowa”, że „posadocznyj” to właśnie „2-5-9”, czyli, iż należy podchodzić do lądowania na smoleńskie Siewiernyj ze wschodu – to nie byłoby żadnego powodu do „wycinania” takich komend z zapisów rozmów (w post-produkcji). Idealnie bowiem wzmacniałyby oficjalną narrację. Problem w tym, że ani Protasiuk, ani „kontrolerzy” w żadnym komunikacie w trakcie radiowej korespondencji PLF 101-„Korsaż” nie używają słowa „posadocznyj” – ani oznaczenia „2-5-9”. Co gorsza, dla wywodu Macierewicza, wedle „stenogramów” wypowiedź Grzywny: Tu jakby było dwa-pięć-dziewięć, byłoby nawet lepiej, bo by było nie pod słońce, pojawia się ponoć o 10:20 rus. czasu, a więc na 3 minuty przed połączeniem PLF 101-„Korsaż” i na 2 minuty przed połączeniem z „Moskwą”. Nie ma więc mowy (przynajmniej wedle oficjalnych danych), by uwaga drugiego pilota odnosząca się do możliwego wschodniego kursu podejścia, pojawiła się w trakcie korespondencji ze „Smoleńskiem”. Gdyby i tego było mało, to świadczy ta wypowiedź Grzywny o tym, że lecąc, mają dobrą pogodę i ze względu na nią (tj. by nie lądować „pod słońce”, czyli z zachodniego kierunku), woleliby podchodzić od wschodu.

„Priwod”[9] i „zaginiona” karta podejścia z zachodnim kursem lądowania

Tym, w czym wyjątkowo zgodne są wszystkie „raporty”, specjalistyczne opracowania, „książki śledcze”, bumagi, „komisje katastrofologiczne” etc. (a propos wydarzeń, które miały się rozegrać 10 Kwietnia w okolicach lotniska Siewiernyj), a co wciąż uchodzi uwadze opinii publicznej, jest to, iż przedstawiana jest w nich wyłącznie jedna strona ruskiego medalu. Akurat właśnie wschodnia – tak więc w żadnym „raporcie” nie jest podawany schemat/karta podejścia na Siewiernyj od zachodniej strony (a więc kursem 79) mimo że – o czym pisze i MAK, i KBWLLP – polscy piloci dysponowali kartami podejścia uwzględniającymi i kierunek 259, i 79, a nie jedną, tą z 259. Wschodni kurs smoleńskiego wojskowego lotniska to zarazem ten, na który, zdaniem szefa ZP „naprowadzano” PLF 101 „na śmierć”. Wprawdzie w rozmowie „niezależnej” linkowanej wyżej tenże Macierewicz twierdzi, że od zachodu mógł podchodzić tupolew wiozący D. Tuska 7-go kwietnia, od zachodu lądowały 10-go samoloty „po katastrofie” – ale nie bierze szef ZP pod uwagę takiego możliwego scenariusza, że skoro zachodni kierunek był bezpieczniejszy (ze względu choćby na ukształtowanie terenu) i skoro 7-go drugim pilotem Tu-154M był Protasiuk, to i z tego kierunku załoga PLF 101 mogłaby dokonać kontrolnego zajścia również 10-04. Taka opcja nie wchodzi, naturalnie, w grę, bo nijak nie wprasowuje się w katastrofologiczną narrację – ani tę autorstwa KBWLLP, ani tę ZP. Nie po zachodniej stronie wszak „spadł tupolew” – zachodniej strony więc się „nie bada” – tam „nic nie ma”[10].

A przecież kilka przesłanek za rozwiązaniem z zachodnim zajściem PLF 101 przemawia, choć tego typu scenariusza nie znajdziemy w oficjalnych egzegezach. Wśród „danych FMS-a”, co ujawniał jako pierwszy już „raport MAK”, którego autorzy przytaczając to, pukali się w czoło, punktując „nieprzygotowanie polskich pilotów”, była dana wskazująca na wklepanie do nawigacyjnego komputera współrzędnych dalszej zachodniej radiolatarni Siewiernego (oznaczanej jako DRL1 – nie mylić z łudząco podobnym oznaczeniem DRL, czyli dalszej wschodniej NDB). Ta zachodnia miała być usytuowana w odległości niespełna 4 km od zachodniego progu pasa[11] (nie muszę przypominać, że PLF 101 także leciał z Polski od zachodu, w stosunku do XUBS). Jak uważni czytelnicy „stenogramów” w ich wersjach KBWLLP i NPW wiedzą zaś (w wersji pierwszej tego nie ma), Protasiuk po komunikacie „kontrolera Ryżenki” mówiącym, że podchodzą do dalszej radiolatarni i są na kursie, ścieżce w odległości 6 km od progu pasa – odpowiada po rusku: Czietyrje[12] – jakby korygował „kontrolera”, podając właściwą odległość, i zarazem w ten sposób – właściwy kierunek, zachodni.

Cytowana wcześniej wypowiedź Grzywny (interpretowana na opak przez Macierewicza) także może być śladem (planowanego) zajścia od zachodu: Tu jakby było dwa-pięć-dziewięć, byłoby nawet lepiej (…). Po pierwsze: jakby było, mówi 2P, a więc załoga oczekuje na to, że taki komunikat ze strony „wieży” dostanie. Po drugie: jakby było – a więc: nie jest. Jeśliby bowiem iść za przywołanym wyżej rozumowaniem Macierewicza (które wprowadza w błąd), lecz je „naprostowując”, czyli jeśliby przyjąć, że wypowiedź Grzywny pojawia się już podczas korespondencji z „kontrolerami” smoleńskimi (mamy wtedy odpowiednio wcześniejszy przylot PLF 101 w okolice XUBS i istotną modyfikację całości „zapisów” oraz „historii smoleńskiej”[13]), to by znaczyło ni mniej ni więcej tylko to, że już polscy piloci dostali od „kontrolerów” polecenie zajścia na Siewiernyj od zachodniej strony. Co więcej, byłoby takie polecenie całkowicie uzasadnione, gdyż widok z kokpitu i/lub kabiny pasażerskiej szczątków tupolewa na polance samosiejek przed lotniskiem postawiłby wszystkich na pokładzie na równe nogi.

Poza tym, co można wywnioskować z (momentami niemalże histerycznych) zachowań szympansów, ci ostatni mogli się obawiać, że załoga PLF 101 wyląduje brawurowo, jak piloci PLF 031 (stąd też kursu lądowania 2-5-9 załodze „prezydenckiego tupolewa” nie podano), wtedy zaś trudno byłoby uruchomić inscenizację „katastrofy lotniczej” przy XUBS. Ktoś może powiedzieć, że przecież o 10:30 rus. czasu Ziętas komunikuje: Kurs lądowania 2-5-9 jest ustawiony. Owszem, taka wypowiedź jest w „stenogramach” – ale też zaraz po niej, także o 10:30, pojawia się polecenie Plusnina: polskij odin-nol’-odin, kurs siem’diesiat diewiat’. Protasiuk kwituje: Kurs siem’diesiat diewiat’. Polskij sto odin. I co jeszcze ciekawego się dzieje wtedy? Ktoś w tle w kabinie pilotów sobie powtarza: siem’diesiat diewiat’ (por. CVR-2, Zał. 8, s. 93; w CVR-3 i CVR-1 brak tej wypowiedzi). Może to właśnie Ziętek korygujący wcześniejsze ustawienie? Później wszak, jak wiemy, Plusnin nie podaje załodze żadnych dodatkowych komend dotyczących kursu, zresztą kurs 79 to ostatnie polecenie (tego typu) przekazane załodze PLF 101 (5 minut wcześniej jest kurs 40[14]) – zaś po tymże poleceniu Protasiuk oznajmiać ma w kabinie: Podchodzimy do lądowania. W przypadku nieudanego podejścia odchodzimy w automacie. Przypomnę zaś, że załodze PLF 031, czyli jaka-40, „kontrola” przekazuje kolejno[15] kursy: 30, „posadocznyj 2-5-9”, 60, 10, 79[16], które każdorazowo załoga kwituje. Ktoś powie, może piloci PLF 101 po prostu wiedzieli od początku, jak należy lecieć, a w związku z tym nie trzeba im było „wszystkiego mówić” tak jak ich kolegom z „Wosztyla”. Może. A może po prostu załoga PLF 101 leciała w inny sposób aniżeli podaje to oficjalna narracja.

Ktoś może nieustępliwie twierdzić: a co w takim razie z „trzecim zakrętem”, o wykonywaniu którego komunikuje Protasiuk (Wypołniajem trietij, polskij sto odin), kwitując polecenie Plusnina? Zakładając, że nie jest to zbitka wypowiedzi uzyskana z montażu komunikatów Protasiuka z 7-go kwietnia (kiedy to właśnie on, jako 2P, prowadził korespondencję z „Korsażem”[17]) i z 10-go (polskij sto odin) – to czy komunikat ten musiałby oznaczać podejście od wschodniej strony? Czy PLF 101, lecąc np. od południowego wschodu, czyli od lotniska Jużnyj (punkt RALOT był wpisany do planu lotu[18]), nie mógłby wykonać podejścia, okrążając Siewiernyj od północy, kierując się na zachód, a następnie podchodząc z zachodu na wschód?

Niezmordowany doc. S. Amielin, który zjadł zęby na badaniu drzewostanu smoleńskiego po wschodniej stronie XUBS, w swej bezcennej, fachowej książce zamieszcza – zgodnie oczywiście z oficjalną ruską wykładnią – schemat podejścia na Siewiernyj od wschodu, dla ułatwienia wszystko rozpisując potencjalnemu czytelnikowi/laikowi, na czerwono. Tak by ten ostatni nie miał wątpliwości, gdzie co jest/co jak ma być. Widzimy zatem, co unaoczniają nam czerwone strzałki[19], w jaki sposób „po kręgu” XUBS można by lecieć, by podejść od wschodniej strony, a przylatując z punktu ASKIL.

Amielin jednak nie zaznacza zapobiegliwie, że „zwrot czerwonej strzałki” można zmienić, a więc, że po tymże kręgu nadlotniskowym XUBS można lecieć także w przeciwnym kierunku – tak, by podchodzić (np. przyleciawszy od punktu RALOT) od zachodniej strony. W takim scenariuszu „trzeci zakręt” byłby tu, gdzie Amielin zaznaczył „2” na czerwono, zaś czwarty zakręt prowadziłby na prostą od zachodniej strony Siewiernego. Niby drobiazg, a robi różnicę.

Ktoś powie: ale przecież „wiemy na pewno” z „badań”, że PLF 101 leciał z ASKIL prosto/od razu na XUBS, a nie kierował się na żadne smoleńskie Jużnyj, ni punkt RALOT. No, może „wiemy na pewno”, lecz to właśnie wcale nie jest „na pewno, na pewno” przesądzone. Nie przypominam sobie żadnej relacji z Katynia, by słyszano lecącego tupolewa nad chmurami (a tym bardziej widziano)[20].

Ale nawet, jeśliby załoga „prezydenckiego tupolewa” zrezygnowała z przelotu z ASKIL do RALOT (w żaden sposób tego w kabinie nie komunikując ani sobie, ani żadnym „kontrolerom”), to i tak – zgodnie z „danymi FMS-a” – po ASKIL miała wklepać do komputera pokładowego punkt DRL1[21], a więc… zachodnią dalszą radiolatarnię – priwod na kursie 79. Nie powinienem na koniec przypominać tego, jak Plusnin po trzykroć dopytuje PLF 101 o wysokość 500 metrów (czy już zajęli), jakby miał problemy ze zlokalizowaniem „prezydenckiego tupolewa” - ani tego, że parokrotnie coś się dzieje z „radarami” w wieży szympansów (Plusnin: Gdzie on, kurwa, teraz jest? (…) kurwa, gdzieś tu powinien być. (…) na razie nie widzę. (A) – Nie widzisz go, tak? (Plusnin) – Tak, zniknął). Ale warto przypomnieć, że kiedyś przed laty (w maju 2010) Nasz Dziennik dotarł do „apokryficznej wersji”… końcóweczki „stenogramów CVR”[22], w której miało się pojawić stwierdzenie Protasiuka: Nie. Nie siadamy.

Ciekawe, czy odnajdzie się ono w wersji CVR-4, nad którą prace rozpoczęto pod auspicjami NPW.

--------------------------------------------------------------------------------

[1] http://freeyourmind.salon24.pl/416196,p ... nwalkera-1

[2] https://yurigagarinblog.files.wordpress ... lement.pdf

[3] http://rebelya.pl/post/2798/zeznania-po ... by-nie-sch

[4] http://wyborcza.pl/1,76842,11576169,Pro ... _bylo.html

[5] http://wyborcza.pl/1,76842,11576169,Pro ... _bylo.html

[6] Takie hybrydowe komunikaty pojawiają się na linii: PLF 031 – „Korsaż”, ale w tym wypadku są one uzasadnione, bo zarówno piloci mówią anglo-ruszczyzną, jak i „kontrolerzy” takim łamańcem im odpowiadają.

[7] Takiej choćby: „chłopaki, może ja pogadam, bo Ziętas może mieć problemy ze zrozumieniem poleceń”. Nie ma żadnej reakcji zdziwienia załogi na to, że Protasiuk podejmuje/podjął się konwersowania z „Korsażem”. Nawet gdyby załoga się umówiła (np. przed lotem), że taki będzie scenariusz, a więc, że przed Smoleńskiem to pierwszy pilot przejmie radiowe obowiązki nawigatora – to powinien być ślad takiej umowy podczas rozmów w kabinie.

[8] Zwracała na to uwagę w swej pierwszej książce „komisja płk. Latkowskiego”.

[9] http://freeyourmind.salon24.pl/541428,priwod

[10] http://freeyourmind.salon24.pl/565166,p ... sy-plf-101

[11] Wedle wyliczeń „komisji płk. Latkowskiego”, której przedstawiciele byli w Smoleńsku, mierząc niemal każde drzewo z okolic Siewiernego, była to odległość 3,6 km.

[12] Na uwagę zasługuje to, że w „stenogramach MAK”, które prezentują „dialogi szympansów”, wypowiedź Protasiuka jest podana jako… polskie Cztery, które słychać w „wieży”. Por. pdf open_micr, s. 38. Natomiast w Zał. 8 do „raportu Millera” (s. 202), po Protasiukowym Czietyrje jeszcze dwukrotnie w wieży jest powtórzone przez kogoś (jedną lub dwie osoby) Czietyrje…

[13] Zgodną z hipotezą wcześniejszego wylotu PLF 101. Pisałem o niej sporo w Suplemencie.

[14] Protasiuk jednak, zauważmy, nie kwituje tu, że chodzi o polskij sto odin.

[15] Jeśliby wierzyć „zapisom z XUBS”, bo żadnych „stenogramów rozmów z kokpitu PLF 031” nigdy nie opublikowano, choć mogłyby być znakomitym materiałem dowodowym w ramach śledztwa związanego z 10-04. Sprawa „wykasowania się” (o ile faktycznie do niego doszło, tj. o ile nie zabezpieczono szpuli z rejestratora fonicznego PLF031 i nie założono innej w drodze powrotnej z XUBS na EPWA) zapisu czarnej skrzynki jaka-40 jest o tyle intrygująca, że przecież prokuratura wojskowa prowadziła śledztwo przeciwko załodze PLF 031, która miała „wbrew poleceniom wieży” („zakazującym lądowania”) przyziemić na Siewiernym. Zapis z CVR jaka-40 byłby więc materiałem, który wiele mógłby pomóc w wyjaśnieniu sprawy „złamania przepisów” i „pogwałcenia zasad bezpieczeństwa”.

[16] Tu zapewne 79 jako tzw. trawers lotniska, jeśliby PLF 031 nie podchodził od zachodu.

[17] Jakiś diabeł smoleński sprawił, a może tylko pech, że nie upubliczniono żadnych „stenogramów z wieży” XUBS z dnia 7-04-2010, które obrazowałyby i pracę „kontrolerów”, i komunikację z załogami. I pozwoliłyby porównać to z „zapisami” z 10-04.

[18] http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... -lotu.html

[19] http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... elina.html

[20] To, że PLF 101 miałby lecieć w okolicach Katynia, to nie jest mój wymysł. „Obrazuje” to ruska mapka z „czerwoną trajektorią” zamieszczona w „raporcie MAK” (por. ilustr. na s. 156 w pol. wersji; por. też http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... portu.html). Na wysokości Katynia PLF 101 miałby być koło 10:28 rus. czasu, co gdyby było prawdą, powinien odnotować P. Prus z TVP, wchodząc o 8:30 pol. czasu na antenę telewizji podczas porannego serwisu i opowiadając o przygotowaniach do uroczystości katyńskich. Mapka w „raporcie MAK” jest tak sprytnie skonstruowana, że polecenie Plusnina z godz. 10:30 rus. czasu: Polskij 101, kurs 79 – pojawia się już, gdy „samolot” zbliża się do „drugiego zakrętu” nadlotniskowego kręgu. W ten sposób „konstruktorzy” mapki nadają frazie kurs 79 (powiedzianej i przez Plusnina, i przez Protasiuka) jednoznaczną interpretację, a więc, że chodzić może wyłącznie o trawers lotniska, o lot kursem przeciwnym do wschodniego kierunku lądowania. Mała rzecz (w dezinformacji), a cieszy. Gdyby bowiem piloci taki komunikat usłyszeli będąc dużo niżej „na mapce” – np. na południowy zachód od lotniska, to mogliby po takim poleceniu po prostu skierować się na XUBS na DRL1, czego, rzecz jasna, moskiewska legenda „nie przewiduje” – w żadnej „wersji”.

[21] http://freeyourmind.salon24.pl/546341,r ... -a-plf-101

[22] http://yurigagarinblog.wordpress.com/20 ... maja-2010/

http://freeyourmind.salon24.pl/601328,punkty-wezlowe-1


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 21 sie 2014, 13:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Punkty węzłowe (2) ZBRODNI

jaką blokadę miał/mógł widzieć montażysta chwilę po katastrofie ??

Free your mind 20.8 2014

Przypomnę hasłowo, o jakich elementach „smoleńskiej łamigłówki” pisałem w notce[1] rozpoczynającej cykl pt. Punkty węzłowe.

Były to

1) „zniknięta” z „zapisów CVR” korespondencja nawigatora kpt. A. Ziętka ze „smoleńską wieżą”,

2) brak korespondencji radiowej (między PLF 101 a „Korsażem”) na temat wschodniego kursu lądowania, czyli „posadocznego 2-5-9”,

3) „zniknięta” z oficjalnej dokumentacji (MAK, KBWLLP etc.) karta z zachodnim kierunkiem podchodzenia do lądowania na XUBS[2]. Karta „zniknięta” mimo że, po pierwsze: załoga PLF 101 miała do FMS-a wklepać punkt nawigacyjny DRL1, tj. namiary na zachodnią dalszą NDB (po wklepanym punkcie ASKIL), mimo że, po drugie: Plusnin podaje kurs 79, mimo że, po trzecie: załoga „prezydenckiego tupolewa” dysponowała kartami podejścia zarówno z KM 259, jak i 79[3].

Ktoś jednak mógłby spytać – co chciano by w ten sposób, tj. poprzez „zniknięcia” czy „braki” ukryć? Odpowiedź: odmienny (od oficjalnego) przebieg wydarzeń z 10-04. Taki np., że przylot PLF 101 w okolice PLF 101 zaszedłby dużo wcześniej (w stosunku do moskiewskiej legendy), a załoga po wykonywaniu holdingu i oczekiwaniu na dalsze polecenia „kontroli”, przeprowadziłaby w końcu kontrolne zajście od zachodniej strony – i skierowałaby się na „zapasowe lotnisko”[4]. Zrazu zresztą, jak wiemy, sytuowano w relacjach medialnych czasowo przylot PLF 101 i „katastrofę” niedługo po odlocie „Frołowa”[5]. Podejrzewano nawet, iż mogło dojść do kolizji tych dwóch samolotów w strefie lotniska[6]. Dopiero na przestrzeni tygodni (po 10-04) odcinek czasowy między „Frołowem” a „Protasiukiem” się zdecydowanie wydłużył.

Dziś kolejny, pokaźny „węzeł” – z nieco innego niż poprzednio zestawu „smoleńskich” osobliwości, choć także z „lotnictwem smoleńskim” związany. Jaki?

Brak grozy na filmie S. Wiśniewskiego z „miejsca katastrofy”

Każdy, kto ten film oglądał w wersji „bez zagadywania” antenowego (chłodnym okiem[7]), powinien dostrzec brak grozy na wideo polskiego montażysty, przedstawiającego się zresztą „strażakom” jako rieportier (ja rieportier, eto moja robota)[8]. Znamy na pamięć wypowiedzi SW z moonfilmu, ale być może znając je „aż za dobrze”, nie dostrzegamy ich niezwykłości lub nawet egzotyczności.

Oderwijmy się na chwilę od montażysty i jego księżycowego wideo. Spróbujmy się zastanowić nad jedną kwestią. Jeślibyśmy weszli na teren jakiejś rzeczywistej katastrofy lotniczej (niedługo po upadku samolotu), to jak byśmy się zachowywali, spotkawszy tam ratowników, strażaków etc.?

Nawet, jeśli mielibyśmy możliwość filmowania, to pytalibyśmy od razu: co się stało? Co z ludźmi poszkodowanymi? Czy ktoś może jest ranny? Jak do tego wszystkiego doszło? Kto samolotem przyleciał?

Co więcej – natychmiast staralibyśmy się zawiadomić jak najwięcej osób o wypadku – jeśli mielibyśmy przy sobie telefon[9], zwłaszcza jeśli bylibyśmy pracownikami publicznej telewizji, której wozy transmisyjne, dziennikarze i operatorzy, zjechali gremialnie do danego kraju, by transmitować/relacjonować poważne państwowe uroczystości, a ów wypadek z tymi uroczystościami byłby związany.

Wiśniewski nic takiego, spośród wyżej wymienionych rzeczy, nie czyni. Do nikogo nie telefonuje po stwierdzeniu, że to polski samolot. Nikogo nie powiadamia. Żadnego z powyższych pytań, będąc na „miejscu katastrofy”, nikomu SW nie stawia. A przecież nie jest „gapiem”, co się przypadkowo zaplątał w okolicy (akurat z kamerą). Jest nie tylko montażystą, który z pasji dokumentalisty miał filmować mgłę smoleńską[10] – i akurat na niego jakoś „wypadło”, że się znalazł w pobliżu „miejsca wypadku”. SW ma być przede wszystkim, jak sam twierdzi, świadkiem – świadkiem wprawdzie we mgle gęstej jak mleko, ale naocznym świadkiem tej właśnie „lotniczej katastrofy”, na której miejsce przybywa. I właśnie do swojego „świadkowania” SW wcale na pobojowisku nie nawiązuje. Wcale. Nie mówi „strażakom” ani FSO/FSB/OMON-owcom, że właśnie widział, jak samolot nadlatuje i spada, a następnie się rozbija.

Nie mówi Ruskom, że z okna swego hotelowego pokoju obserwował „zdarzenie”, że spostrzegł, iż coś się niepokojącego dzieje z samolotem – i dlatego zaraz przybiegł ze swej montażowni, porzucając pilne telewizyjne obowiązki związane z szykującą się transmisją katyńską. Stanowiłoby to wszak znakomite wytłumaczenie pojawienia się rieportiera na „miejscu katastrofy”, jeśli (jak sam zaznacza) nie zabrał ze sobą żadnych dokumentów, nawet prasowej akredytacji[11] – i mogłoby mu pozwolić nawet dłużej pozostać na miejscu. Z wrażenia nie wziąłem paszportu ani nic – ale tu w komórce są numery do ludzi z redakcji TVP, mógłby się usprawiedliwiać przed mundurowymi. Brzmiałoby to całkiem naturalnie – reporter w nerwach jedynie złapał rutynowo za kamerę i pognał z pobliskiego hotelu filmować.

Tak więc Wiśniewski, wynurzywszy się z lasku po „wędrówce przez stawy”[12] (lasku, którego poszycie, co słychać po stąpaniu, jest wyjątkowo suche, jak na mgłę jak mleko),po prostu filmuje „wrakowisko”. Nie inicjuje z nikim konwersacji, choć wokół jest sporo osób. Nie pyta: Czto słucziłos’? – mimo że jest przez „strażaków” i innych funkcjonariuszy widziany, jeśli nie obserwowany (Kto tam snimajet?).

Ba, jeden ze „strażaków” mija Wiśniewskiego, kierując się w stronę wozu, nadarza się więc znakomita okazja do rozmowy o „zdarzeniu”[13]. A tu nie. Krótka wymiana zdań między „strażakiem” a SW dotyczy tylko samego filmowania (Nie snimaj nicziego…), nie zaś tego, co mogło się stać i komu. Tenże montażysta ponadto, będąc na polance samosiejek pośród szczątków, nie ma zielonego pojęcia, „co to za samolot”. Wie tylko, że „to polski samolot”, co zresztą słychać na moonfilmie (z dodatkowym: ja p…lę, to nasz). Twierdzenia te (tj. o niewiedzy świadka, co był/mógł być to za samolot) pojawiają się w wielu publicznych wypowiedziach montażysty/operatora[14], nie tylko tych przed marsowym obliczem ZP.

Ale, uwaga, SW nie pyta też nikogo na „miejscu katastrofy”, czy nie jest to np. prezydencki samolot Albo czy nie są to szczątki samolotu z prezydencką delegacją. Nie pojawia się w dialogach z Ruskami na pobojowisku słowo „prezydent” ani „prezydencki”, a powinno. Tak jakby… nie był to dzień przylotów statków powietrznych prezydenckiej delegacji. Jakiż bowiem polski samolot mógłby się pojawić w Smoleńsku rano/przedpołudniem w dniu 10 Kwietnia, który nie byłby z prezydencką delegacją związany? Jakiż polski samolot – skoro SW siedzi w pokoju hotelowym (wedle jego relacji) jeszcze nim nastał świt, by godzinami wyczekiwać na przyloty z Polski[15]? Owszem, gdyby na polance samosiejek leżał ruski statecznik – to faktycznie SW mógłby nie wiedzieć, co to za szczątki/jakiego samolotu i kto nim przybył. Jeśliby jednak moonwalker waciował w hotelu od świtu, chcąc sfilmować przyloty prezydenckiej delegacji, jeśliby (po katastrofie) z kamerą wpadł na miejsce, gdzie znajdowałyby się fragmenty polskiego samolotu – jeśliby wreszcie to był faktycznie 10 Kwietnia – to musiałyby być zupełnie inne reakcje i SW, i ludzi, których spotkał, filmując. Musiałoby być bardzo nerwowo. I o wiele bardziej naturalnie. Nawoływania, bieganina, szukanie rannych, wydzwanianie za kimś, sprowadzanie pogotowia, próby reanimowania kogoś, wyciągania spod fragmentów wraku itd. A nie taki leniwy spokój.

Wiśniewski wprawdzie mógłby nie wiedzieć, który z samolotów prezydenckiej delegacji, „spadł” (przyjmując na moment, że byłby świadkiem tego upadku i że dysponowałby informacjami, iż polska delegacja zostanie podzielona na różne statki powietrzne[16]) – ale nie mógłby nie mieć świadomości, z jakim polskim samolotem ma do czynienia. Nie mógłby nie wiedzieć, że to któryś z samolotów z kimś z delegacji[17]. O resztę zaś powinien dopytać Rusków, znalazłszy się na miejscu. Moonwalker jednak właśnie o nic tam nie pyta.

Nawet na zupełnie prostej, ludzkiej zasadzie gdybania, jak mogło dojść do wypadku: piloci za nisko zeszli? Może jakaś awaria była na pokładzie? Gdyby poza tym było to autentyczne miejsce i czas realnej katastrofy, to widać byłoby pokiereszowane ciała, rozsypane rzeczy, fotele z pasażerami do nich przypiętymi, eleganckie ubrania, mundury (członków załogi, Dowódców), sutanny itd. – już nie mówiąc o tym, że pożar byłby o wiele większych rozmiarów. A przy tym żaden z uczestników akcji na takim terenie nie stałby z papierosem przy strażackim wozie.

A propos mundurów polskich wojskowych – uczestników delegacji prezydenckiej z 10-04. Płk dr E. Klich, który owego dnia przybywa jakiem-40 (bn. O45[18]) na Siewiernyj i wieczorem, po dwóch godzinach siedzenia w samolocie[19], zostaje wraz z paroma jeszcze osobami zaprowadzony do „czarnych skrzynek” – opowiada następująco o tym, co widział: Tak, Morozow nas do nich zaprowadził. Na szczęście w samolocie założyłem kalosze, bo półbuty zostawiłbym na pierwszych metrach. Tam było straszne bagienko i do tego ten widok, wyjątkowo przygnębiający: rząd trumien, porozrzucane mundury, niektóre w dobrym stanie. Pamiętam, że widziałem jeden porucznikowski, prawdopodobnie nawigatora Artura Ziętka. Idąc, musiałem patrzeć pod nogi, bo bałem się, by nie nadepnąć na jakieś ciało. Wreszcie dochodzimy do rumowiska, Morozow pokazuje nam ogon samolotu i dwa rejestratory.[20] Klich, przypomnę, z prokuratorami wojskowymi i innymi ludźmi, idą wtedy do „zony Koli” od strony „przebitego muru” lotniska.

Konia z rzędem temu, kto jakikolwiek mundur pośród „lotniczych szczątków” jest w stanie znaleźć na filmie Wiśniewskiego. Albo też jakikolwiek rzeczowy ślad pozwalający na przyporządkowanie danej rzeczy – prezydenckiej delegacji. Tego typu śladów nie ma właśnie nawet w „zonie Koli”, do której trafia SW[21], wywijając już kamerą na różne strony podczas „zatrzymania” przez FSO, FSB, OMON etc., nie mogąc filmować. Nigdzie nie ma ani niczyjego (polskiego) munduru, ani sutanny, ani garnituru, ani płaszcza, ani wieńca, ani książek, ani torebek damskich, ani „dyplomatek”, ani laptopów, ani reklamówek z upominkami, ani telefonów komórkowych – ani wielu innych charakterystycznych przedmiotów, które przecież (chaotycznie rozproszone po takim, jak głosi oficjalna narracja, upadku samolotu połączonym z całkowitą dezintegracją kadłuba) „rzucałyby się w oczy” jako swoiste konkrety pozwalające mówić, że to prezydencki tupolew – że to jego są szczątki. I że to 10-04.

Min. J. Sasin, który na posiedzeniu ZP zapewnia, że obszedł całe „miejsce katastrofy” (po swym przybyciu z borowcami z Katynia), twierdzi, że nie widział 96 ciał, lecz kilka (może kilkanaście, powie potem). I nie był w stanie ich zidentyfikować[22]. Zakłada on też wtedy, że pozostałe ciała „są w samolocie”, tzn. przykryte lotniczymi fragmentami. Ale, co zastanawiające, nikt z ZP nie pyta Sasina, czy widział jakiekolwiek przedmioty należące do ofiar „katastrofy” – ubrania, rzeczy osobiste itd. – sam Sasin też nic na ten temat nie wspomina[23]. Nie pamięta? Czy może nie widział? Czyżby wszystko to także „skrywało” się, jego zdaniem, pod wrakiem tudzież „w samolocie”?

Możliwe – legenda oficjalna jest jak worek z gumy i wszystkie nonsensy można w niej upychać. Jednakże i to, co miało być widoczne dla osób przybyłych na polankę samosiejek, nieco, a może bardzo, odbiega w swym opisie od tego, co widać na materiale wideo Wiśniewskiego. Sygnalizowałem to w Suplemencie, ilustrując to tam zdjęciami. Napomknę tu o jednym makabrycznym elemencie, o którym mówi A. Kwiatkowski, adiutant Sasina, który nadbiega w okolice „miejsca katastrofy” od tej strony, co jakiś czas wcześniej, M. Wierzchowski[24].

Od tej, dodajmy, od której SW „nie mógł” już filmować, a gdzie miał być – jak obrazowo stwierdziła na posiedzeniu ZP pos. M. Zuba, która 10 Kwietnia „nie zdołała” odwiedzić Siewiernego po mszy w Katyniu – „plac usypany zwłokami”. Kwiatkowski opowiada w książce Mgła[25], że widzi tam (wraz z Sasinem?) bezgłowy „korpus ludzki w jakimś swetrze” leżący na szczycie rumowiska[26]. Uważny widz, który przeanalizował kadry znajdujące się na wideo Wiśniewskiego, wie, że „korpus w swetrze” widoczny jest jako leżący za rumowiskiem, po stronie, po której wędruje moonwalker[27]. Teleportacja „korpusu”? Czy może podczas przemarszu montażysty (słynne potem na cały świat) „miejsce katastrofy” dopiero było w fazie aranżowania, dopracowywania szczegółów (gdzie co dać, by zadziałało na przybywających niczym straszydło w „gabinecie grozy”)? Musiano wszak bardzo precyzyjnie zaplanować, od której strony, którędy, kto - będzie mógł dobiec (np. z urzędników czekających na delegację na lotnisku[28]) i co będzie mógł ów ktoś zobaczyć – by zadziałał na niego efekt „pierwszego wrażenia”[29]. Ale zarazem, by miejsce było dostatecznie dobrze przesłonięte, by mogący się zbliżyć od drugiej strony fotoreporterzy, operatorzy, dziennikarze, mogli dostrzec głównie „odwrócone koła” wśród drzew itp. „ikony katastrofy”.

W mało znanym wywiadzie z 10-04 (który już linkowałem[30]), kiedy to montażystę otacza kwiat polskiej żurnalistyki[31], pojawia się taka uwaga kierowana do SW: Podobno on krążył nad… Moonwalker odpowiada zaś krótko: Bardzo możliwe. I dodaje: Bo ja słyszałem, że… myślałem, że to inny samolot, bo to trudno powiedzieć, ja nie jestem znawca, nie potrafię określić po dźwięku silnika, czy to jest ten sam, czy inny. Najważniejszy wydaje się ten początek: Bardzo możliwe.

Bardzo możliwe, że PLF 101 krążył nad (lotniskiem? Smoleńskiem?). Tak jakby SW wtedy jeszcze sam dokładnie nie wiedział, jaką wersję wydarzeń ma on, jako „naoczny świadek katastrofy smoleńskiej”, głosić/potwierdzać[32]. Czy tę ze wcześniejszym przylotem PLF 101 nad XUBS i parokrotnym podchodzeniem do lądowania[33]? Czy może tę ze spóźnionym (o godzinę w stosunku do zgłoszonej clarisem godziny startu) przylotem i „katastrofalnym nurkowaniem w zdradliwym jarze”(nurkowaniem w gęstej mgle, bo jakżeby inaczej)? SW mówi dziennikarzom o fotelach i rzeczach osobistych (tam fotele, nie fotele, rzeczy jakieś osobiste, jakieś tam, powiedzmy, zeszyty, kartki, ubrania, to tak), a przy bramie do kamery[34] opowiada, że sądził, iż to jakiś pusty samolot – tak jakby foteli i rzeczy osobistych nie widział…

Na koniec uwaga a propos bramy i najsłynniejszego wywiadu SW. Moonwalker zdaje się go udzielać wtedy, gdy stoi już kordon funkcjonariuszy uniemożliwiający dziennikarzom dotarcie w pobliże „miejsca wypadku”. Po czym można tak stwierdzić? Np. po tym, jak Wiśniewski mówi reporterce (najprawdopodobniej wtedy Superstacji), wskazując ręką na okolice stacji benzynowej (i odpowiadając na pytanie: Czy służby tutaj na miejsce szybko przybyły?): Nic, no, podejrzewam, że oni byli zaraz za mną, bo zobaczyłem, że jakaś blokada, to wiesz, biegiem przez to, a tu, wiesz, się nie da przejść, bo tu jest błoto, mokradła, to...

Pytanie zasadnicze: jaką blokadę miał/mógł widzieć montażysta, skoro wypadł z hotelu z kamerą chwilę po katastrofie, której miejsca nie mogła zrazu znaleźć ani straż pożarna, ani pogotowie, ani tym bardziej FSB, FSO, OMON-owcy wraz z innymi mundurowymi tworzący „zwarte zabezpieczenie”, gdy zjechali dziennikarze z Katynia?

[1] http://freeyourmind.salon24.pl/601328,punkty-wezlowe-1
[2] Można ją wciąż znaleźć pod wywiadem z chor. R. Musiem na tej stronie: http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju, ... 38702.html
[3] O tym informują dokumentacje katastrofologiczne MAK i KBWLLP.
[4] Po szczegóły takiego scenariusza odsyłam do lektury Suplementu (https://yurigagarinblog.files.wordpress ... lement.pdf).
[5] http://wyborcza.pl/1,105743,7752603,Odr ... wanie.html
[6] http://stary.naszdziennik.pl/index.php? ... d=po01.txt
[7] Można by zresztą przeprowadzić kiedyś „eksperyment”: zaprezentować film SW komuś, kto go nigdy nie widział i kto nie wie o „katastrofie smoleńskiej”. Reakcje takiej osoby mogłyby być interesujące. Trudno jednak byłoby taką (dorosłą) osobę znaleźć, wszak media całego świata ten materiał pokazywały. Jeśli ktoś chce sobie go odświeżyć, tu jedna z wersji moonfilmu: https://www.youtube.com/watch?v=iQ_5PrVDl9g (z dołączonym „drugim początkiem”, tym zarejestrowanym do „strzału drzewa”, ale z wyciętym fragmentem ścieżki dźwiękowej zawierającym zdanie: Ja p…lę to nasz! – wypowiedziane na wcześniejszej wersji podczas filmowania statecznika i okolic).
[8] W książce P. Kraśki (Smoleńsk. 10 kwietnia 2010, s. 214) znajdują się podziękowania za udostępnienie materiałów (zdjęciowych) dla montażysty i operatora TVP Sławomira Wiśniewskiego. Tym niemniej, gdy SW szamocze się z OMON-owcami (jak i wcześniej, gdy rozmawia ze „strażakiem”), nie mówi, że jest reporterem polskiej telewizji. Nie powołuje się na instytucję, na którą chyba powinien się powołać w takiej sytuacji. Zwłaszcza jeśliby miał stosowną akredytację. Warto dodać, że do rangi „reportera Telewizji Polskiej” awansowała go (Wiśniewskiego, bo kogóż by innego) „komisja Laska”, powołując się na niego przy delikatnym kwestionowaniu teorii maskirowki: Już w pierwszych minutach po katastrofie na miejscu wypadku był obecny reporter Telewizji Polskiej, który filmował miejsce upadku samolotu, por. https://yurigagarinblog.files.wordpress ... lement.pdf (screen na s. 255). Wprawdzie w rozmowie z A. Klarenbachem (http://www.tvp.info/1658974/opinie/wywi ... -i-plakal/) Wiśniewski twierdzi, że pułkownikowi FSB tłumaczył, że jest z polskiej telewizji – ale, niestety, rozmowa z tym pułkownikiem nie została przez SW zarejestrowana w żaden sposób.
[9] SW na posiedzeniu ZP przyznaje, że miał telefon komórkowy z możliwością filmowania. Poza tym, to właśnie drogą telefoniczną (ściślej, SMS-em) miał się moonwalker dowiedzieć, jakiej katastrofy był świadkiem. Ale to nie SW zawiadamia TVP o „katastrofie smoleńskiej”, lecz TVP informuje o niej tegoż SW. Ktoś „sceptyczny” może przywołać jednak scenę sprzed bramy Siewiernego, kiedy wyłania się w kapturze SW i mówi do red. W. Batera: Na pewno samolot się rozwalił, bo tam byłem (http://yurigagarinblog.files.wordpress. ... atynia.pdf) – tym niemniej nigdzie (w żadnym z wywiadów ani wystąpień publicznych) SW nie wspomina, by po pobycie na „miejscu katastrofy” zatelefonował/zaesemesował do kogokolwiek z informacją, że spadł prezydencki samolot albo nawet spadł polski samolot.
[10] Na ile realna jest na materiale SW ta mgła (a nie np. uzyskana w postprodukcji), pisałem w opracowaniu: https://yurigagarinblog.files.wordpress ... reaker.pdf
[11] http://freeyourmind.salon24.pl/599119,akredytacja
[12] http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... stawy.html
[13] Na posiedzeniu ZP pojawia się wprawdzie opowieść o jakiejś rozmowie SW z jakimś strażakiem „na temat wypadku” – nie słyszymy jej jednak na materiale zarejestrowanym na „miejscu katastrofy” (http://freeyourmind.salon24.pl/416196,p ... nwalkera-1 [P]óźniej pytałem tego strażaka [SW nie precyzuje, niestety, którego i kiedy, skoro zaraz po zatrzymaniu wyprowadzono go z pobojowiska – przyp. F.Y.M.] – bo oni myśleli, że się wydarzył wypadek na szosie. Tam jest zaraz szosa wylotowa ze Smoleńska. I ta straż jechała tą szosą, a tam nie da się po prostu zjechać, bo jest dość wysoki (…) nasyp. (…) I musieli zawrócić i pojechać od strony lotniska.
Jak pamiętamy, SW przywołuje tę (domniemaną) rozmowę w kontekście spóźnionego przyjazdu „straży” (Dlaczego oni przyjechali tak późno, mimo tego, że byli tak blisko?) – ale jest to zgoła absurdalne postawienie sprawy. Trudno mówić o spóźnieniu „straży”, skoro na moonfilmie od pierwszych kadrów „wóz strażacki” w głębi polanki samosiejek spokojnie stoi (a nie np. dojeżdża) i krzątają się już „strażacy” po pobojowisku (w wywiadzie pod bramą lotniska SW mówi: zaraz chwilę przyjechała jedna straż, ale bardzo miernie im to szło – tak jakby filmował jeszcze przed pojawieniem się straży, co jest nieprawdą). Można więc spokojnie założyć, iż od jakiegoś czasu na „miejscu katastrofy” są – a nie że przyjechali tak późno. Właśnie z wideo SW nie możemy się dowiedzieć, kiedy dokładnie „strażacy” przyjechali tym pierwszym wozem – ani więc, czy przyjechali tak późno – czy może… tak wcześnie. Innymi słowy, czy „strażacy” nie byli czasem na „miejscu katastrofy” jeszcze zanim ją ogłoszono za pomocą, dajmy na to, wycia jakiejś syreny. A propos, SW w żadnym z wywiadów nie wspomina o tym, by słyszał lotniskowe syreny, które niby miały zawyć zaraz po „upadku samolotu”. Piszę niby, gdyż o wyciu syren wspomina por. Wosztyl w majowym (2010) ekskluzywnym wywiadzie dla Czerskiej Prawdy: Akurat z wieży wyszedł jakiś człowiek. Zapytaliśmy, gdzie jest tupolew. – Odleciał – odpowiedział. Byliśmy w szoku. Jak to? Nie słyszeliśmy silników odlatującego tupolewa! [Nie wiedział, że samolot prezydencki się rozbił?] Nie wiem. Dosłownie kilka sekund potem zawyły syreny alarmowe (http://wyborcza.pl/1,76842,7913721,Tupo ... .html?as=3) - ale nie wspomina o wyciu syren amb. J. Bahr (po „ruchach na płycie” miał się zorientować, że „coś się stało”) ani M. Wierzchowski (miał sądzić, że „chyba wylądowali”). Ten ostatni, jak zapewnia na posiedzeniu ZP, ma jednak słyszeć „syrenę leśną” już… na „miejscu katastrofy” (http://freeyourmind.salon24.pl/482537,syrena-lesna), lecz z kolei tej „syreny leśnej” nie usłyszymy na księżycowym filmie Wiśniewskiego. Moonwalker zaś, w wywiadzie zamieszczonym w książce Musieli zginąć (s. 90), klaruje (dziennikarzom śledczym szkoły Macierewicza) ‘zagadnienie syreny’ taką ezopową mową: O 8:56 włączono syreny alarmowe, ale straż przyjechała wcześniej – remiza jest 200-300 m od miejsca katastrofy. Na moim materiale filmowym słychać taki dziwny dźwięk, to właśnie syrena straży pożarnej. Ja i straż pojawiliśmy się na miejscu w zbliżonym czasie. [Na filmie Andrieja Mendrija słychać taki przeciągły odgłos, jakby sygnał pociągu.] To właśnie odgłos syreny straży pożarnej.
Już pomijając to, że „odgłos syreny pożarnej” na moonfilmie to nie jest „jakby sygnał pociągu” z filmiku Koli, zauważmy, że SW mówi: o 8:56. Gdyby to była prawda, co do 10-04 i gdyby SW filmował owego dnia na „miejscu katastrofy”, to przecież dźwięk syren alarmowych powinien się zarejestrować na moonfilmie, skoro o 8:55:22 moonwalker jest jeszcze z kamerą w pobliżu „ogona tupolewa” (por. http://yurigagarinblog.wordpress.com/20 ... 5/kadr-sw/).
[14] W opracowaniu Elementarz smoleński proponowałem określenie leśny operator: http://yurigagarinblog.files.wordpress. ... es-fym.pdf

[15] W wywiadzie dla Rzeczpospolitej (http://www.rp.pl/artykul/460798.html) SW twierdzi nawet, że sądził, iż nasza delegacja wylądowała już bezpiecznie [„godzinę wcześniej” – przyp. F.Y.M.], gdyż miał słyszeć jakieś lądowanie.
[16] Por. http://freeyourmind.salon24.pl/326062,z ... -widzialem Pamiętając, że tutaj schodzą te samoloty rządowe, mówię, to zrobię sobie zdjęcia jako dokumentację – opowiada SW na gorąco dziennikarzom przybyłym z Katynia. I dodaje: Akurat stałem w oknie, mówię: „Kurde, taka mgła, to ja nic nie zrobię, d… blada.” Nagle widzę… znaczy przede wszystkim głównie słyszę, bo to mgła jako gęste środowisko lepiej dźwięk roznosi… Słyszę taki typowy dźwięk lądującego samolotu, ale jak na mój gust, to jest coś nie tak.
Nie wchodząc w dalsze szczegóły barwnej opowieści moonwalkera z 10-04, warto zwrócić uwagę na to, że SW nie wspomina tu o zdjęciu i wyłączeniu kamery stojącej dotąd na parapecie. Na końcóweczce mgielnego sitcomu, czyli parapetowego „dokumentowania mgły”, jak wiemy z prezentacji w sejmie przed ZP (por. też http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... dziny.html), nie słychać też żadnego: Kurde, taka mgła, to ja nic nie zrobię, d… blada. Jest to jeszcze jeden z dowodów na to, że SW konstruuje swą legendę smoleńską na przestrzeni dłuższego czasu. Na 10 Kwietnia nie jest ona w pełni przygotowana, co do wszystkich detali. Dodatkową ciekawostką z tymże mało znanym wywiadem SW z 10-04 jest to, iż – uwaga – dziennikarze nie zwracają się do polskiego montażysty przez ty. Używają grzecznościowej formy pan (np. A jak pan dobiegł na to miejsce, to samolot płonął? Albo: No, dobrze, dobrze, niech pan…), co w środowisku ludzi mediów należy do rzadkości, zwłaszcza gdyby to miał być ktoś „z branży” (wśród pytających słychać J. Olechowskiego z TVP Info). Byłoby raczej: weź, Sławek, opowiedz dokładnie, co widziałeś, jak tam było – albo byłyby głosy niedowierzania: Co ty pitolisz, stary, że ciał nie było widać – to niemożliwe! Por. też wywiad A. Klarenbacha (TVP Info) z SW, który też zwraca się do montażysty per pan (http://www.tvp.info/1658974/opinie/wywi ... -i-plakal/). Zwróćmy też uwagę na relację J. Mroza (pozaantenową, w TVN24), o której wspominałem w notce: http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... ecret.html - Mróz nie mówi swoim ówczesnym kolegom z redakcji, że np. jakiś facet z TVP był świadkiem „katastrofy”. Natomiast na filmie Kruczkowskiego Na własne oczy (od 20’11’’ materiału wideo) SW w zarzuconym na głowę kapturze podchodzi przy głównej bramie XUBS do Batera, przedstawiając się jako ktoś z… Wiadomości TVP (moonwalker mówi: Na pewno się samolot rozwalił, bo tam byłem. Wiśniewski, „Wiadomości”, panie redaktorze Bater (i wyciąga rękę do uścisku). Jest to warte odnotowania w kontekście tego, co SW opowiada na posiedzeniu ZP, że nie mówił „strażakom” i ruskim bezpieczniakom, że jest „montażystą” telewizyjnym, bo „mogliby nie zrozumieć” i z tego względu przedstawiał się jako rieportier. Bater zresztą po tym krótkim przywitaniu z Wiśniewskim, mija go, nie wchodząc z nim w rozmowę, zapewne wziąwszy go za wariata i zaczyna się wykłócać z funkcjonariuszami FSB ubranymi na czarno. Przy czym SW może zostaje wzięty przez dziennikarzy za wariata, ale jego film wcale jako wariacki nie zostaje przez media potraktowany. Nadawany jest z całkowitą powagą jako reportaż „powypadkowy” – bez jakiejkolwiek weryfikacji.

[17] Zakładając, że nie wiedziałby ile samolotów miałoby przylecieć (dwa, trzy etc.) ani że nie wiedziałby, iż „dziennikarski jak-40” już wylądował na Siewiernym (bo np. mgła byłaby już tak wielka, iż nie można było tego stwierdzić z oddali, a nikt z redakcji TVP nie wysłałby do Wiśniewskiego żadnego SMS-a z taką wiadomością) – to musiałby SW wiedzieć, że polski samolot to statek powietrzny z grupą osób z prezydenckiej delegacji.
[18] Tym, który rankiem 10 Kwietnia ma na Okęciu „awarię” i nie mogą nim odlecieć dziennikarze: http://freeyourmind.salon24.pl/346023,s ... cze-i-inne
[19] Rosjanie kazali nam czekać w samolocie – opowiada w książce Moja czarna skrzynka, s. 22. – Wszyscy się niecierpliwiliśmy, ale co mogliśmy zrobić? Miałem przedrzeć się przez Rosjan i sam chodzić po lotnisku, żeby jeszcze mnie tam zastrzelili? W końcu to wojskowy teren.
[20] Moja czarna skrzynka, s. 23.
[21] http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... -koli.html
[22] On [A. Duda z KP telefonujący do JS – przyp. F.Y.M.] mówi do mnie: „Jacek, czy widziałeś ciało Prezydenta?” Więc ja mówię, że nie widziałem. On mówi: „Rozejrzyj się, czy znajdziesz ciało Prezydenta?” Więc ja zacząłem tam trochę chodzić tak pomiędzy tymi częściami, ale stwierdziłem, że tak naprawdę nie jestem w stanie tutaj ani nikogo zidentyfikować, ani (…). Wiedziałem, że na pokładzie było 96 osób [tej wiedzy nie przekazał JS od razu po „katastrofie” do mediów, które jeszcze przez parę godzin 10 Kwietnia nie mogły ustalić konkluzywnie, ile osób (i kto dokładnie) było na pokładzie „prezydenckiego samolotu” – przyp. F.Y.M.], a widziałem zaledwie kilka ciał (…) które były rozrzucone, więc stwierdziłem, że tak naprawdę większość ciał znajduje się gdzieś tam w, prawda, w samolocie, prawda, czy (…) pod tymi częściami samolotu (…) (http://freeyourmind.salon24.pl/404659,2 ... asina-cz-1).
[23] Chyba że weźmiemy na serio przedziwną opowieść Sasina z filmu Syndrom katyński, gdzie mówi on o dzwoniących komórkach na „miejscu katastrofy”, kiedy „wynoszono ciała”. Ta opowieść Sasina okraszona jest w ruskim filmie fragmentem wideo Wiśniewskiego z… dzwoniącymi komórkami.
[24] Por. parę ujęć tu: http://yurigagarinblog.wordpress.com/20 ... ia-z-xubs/
[25] Pamiętam moment, w którym zorientowałem się, że to chyba to miejsce. Tam byli różni ludzie, byli strażacy, którzy jeszcze dogaszali takie jakby niewielkie ogniska. Nie było widać śladów żadnych wybuchów, ale jeszcze tu i tam się paliło. Byli ludzie z jakichś służb ratowniczych, medycznych… nie wiem, może mieli nosze, nie pamiętam dokładnie. W każdym razie oni opuszczali już ten teren. Na wprost mnie było jakieś rumowisko i tam na szczycie zobaczyłem coś dziwnego… to była taka postać… korpus ludzki w jakimś swetrze… bez głowy… i wtedy zawróciłem. I pomyślałem sobie, że tak naprawdę nie jest możliwe, żeby po tych wszystkich miejscach chodzić. Tam była woda, błoto, były porozrzucane szczątki, jakieś pościnane brzózki. Wycofałem się również dlatego, że tak naprawdę nie było gwarancji, że nie chodzę po szczątkach ludzkich, że nie chodzę po moich koleżankach i kolegach. (Mgła, s. 96-97).

[26] W książce Mgła (s. 48) Sasin opowiada: Te ciała, które leżały, nie były w stanie umożliwiającym rozpoznanie. Widziałem ciała w nienaturalny sposób powykręcane czy z pourywanymi głowami na przykład. To mnie uderzyło bardzo mocno, widziałem kilka ciał, które miały urwane głowy, więc to było… coś takiego, co było wspólną cechą.

[27] Por. https://yurigagarinblog.files.wordpress ... lement.pdf ilustracje zamieszczone na s. 249-251.
[28] Przypomnę, że Bahr i jego kierowca G. Kwaśniewski, jak też M. Wierzchowski (twierdzący, że z nimi jechał autem, choć bardziej prawdopodobne wydaje się, że pojechał z T. Turowskim, skoro Bahr z Kwaśniewskim ostatecznie szli od ul. Kutuzowa na pobojowisko) udają się na „miejsce katastrofy” zaRuskami. To ci ostatni niejako „wskazują, którędy” się należy kierować, tzn. „gdzie spadł prezydencki tupolew”. Czemu tak się dzieje? Czemu niezbędni są „przewodnicy” na tych „drogach do wypadku”? Bo nie widać z oddali żadnego wielkiego, czarnego dymu, jaki powinien się pojawić po (niedawnym) rozbiciu się pasażerskiego samolotu. Wierzchowski na posiedzeniu ZP zaprzecza, by widział dym ani jakiekolwiek inne oznaki katastrofy ([AM] (…) nie widział pan, nie wiem… [MW] Nie. [AM] …kłębów dymu, czegokolwiek, błysku? Nic? [MW] Nic. (http://freeyourmind.salon24.pl/401203,t ... -smolenska). Jest to rzecz o tyle zdumiewająca, że mimo tylu wtedy świadków w okolicy, nikomu nie udało się (ani z okien hotelu Nowyj, ani z ul. Kutuzowa, ani z żadnej innej strony) sfotografować z oddali dymu wskazującego miejsce, gdzie „spadł samolot”. No bo do tego, że nikt w Smoleńsku nie zdołał złapać w obiektyw „prezydenckiego tupolewa” (przed „katastrofą” i w jej trakcie), się zdążyliśmy przyzwyczaić.

[29] Z punktu widzenia ruskiej psychologii wojskowej zapewne „widok trupa” ma działać tak piorunująco. Elementem dodatkowo „zniechęcającym” przybyszy do „penetrowania terenu” („powypadkowego”) i „niezdrowej ciekawości” mają być połacie głębokiego błota, w którym elegancko ubrani, by nie rzec, wypicowani od stóp do głów, urzędnicy państwowi („panowie z Polski” w nomenklaturze sowieckiej) nie będą chcieli brodzić. Półgębkiem wspomina o tej ostatniej kwestii Wierzchowski

(por. http://freeyourmind.salon24.pl/401203,t ... -smolenska: Ja poszedłem za nimi [osobami w białych fartuchach biegnącymi na „miejsce katastrofy”, tzn. wskazującymi Wierzchowskiemu „drogę” – przyp. F.Y.M.], znaczy, pobiegłem. Ciężko to nazwać biegiem. [AM: No tak, ja wiem. Przy takim terenie, to jest…] Trudno, no. Przy tym… Każdy gdzieś tam, mimo wszystko, ma odruch tego, żeby będąc w garniturze…). Niemniej jednak, jak pamiętamy, tenże Wierzchowski, wpadłszy w okolice pobojowiska, ma wołać, może to nie ten samolot? oraz może to nie oni? To z kolei mogłoby świadczyć o tym, że „efekt pierwszego wrażenia” nie został dopracowany w stu procentach. Jednak obszar tego, co faktycznie jest widoczne na „miejscu”, pozostanie utajniony (nie licząc wypowiedzi „ujawnionej” po trzech latach od tragedii: Co to za manekiny? E. Jasiuk z ambasady – por. http://wiadomosci.wp.pl/kat,1329,title, ... aid=1134c0). Od czego jednak są media, które epatując widza „widokiem odwróconych kół za drzewami” dopowiedzą resztę o „katastrofie”, a nawet o jej „miejscu”. No i od czego będzie makabryczny cyrk z trumnami „załadowywanymi” przez pół dnia? Nikt chyba nie sądzi, że skoro zwieziono tyle trumien, to na „miejscu wypadku” nie byłoby tylu ciał.
[30] http://freeyourmind.salon24.pl/326062,z ... -widzialem
[31] Scenki te pewnie fragmentarycznie pokazał J. Kruczkowski w filmie Na własne oczy – por. http://yurigagarinblog.files.wordpress. ... atynia.pdf s. 28-29.
[32] SW nie mówi w odpowiedzi ani: Tak, oczywiście, że krążył – słyszałem jak dwukrotnie/trzykrotnie/czterokrotnie podchodził do lądowania – ani też: Ależ skąd, wcale nie krążył – w ogóle nie krążył, tylko przyleciał gdzieś o 8:56/8:40/8:38 i od razu się rozwalił podczas lądowania.
[33] Por. infografiki tu: http://yurigagarinblog.files.wordpress. ... olensk.pdf s. 59.
[34] https://www.youtube.com/watch?v=yifz6Se52kE od 2’15’’ materiału wideo.

http://freeyourmind.salon24.pl/601607,punkty-wezlowe-2


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk - katastrofa, czy jej inscenizacja?
PostNapisane: 22 paź 2014, 11:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Punkt węzłowy (5) - NPW albo "brzoza warszawska"

Jeśliby ktoś spytał mnie, który z punktów węzłowych historii związanej z tragedią z 10-04, jest tym największym „supłem”, który na razie nie został ani przecięty, ani rozwiązany, to odrzekłbym: praca polskich prokuratorów wojskowych (tudzież instytucji z nimi związanych, szeroko rzecz ujmując), którą możemy określić kryptonimem „warszawska brzoza” (analogicznie do „brzozy smoleńskiej”). Na stronie NPW mamy czarno na białym podane, że: W pierwszych dniach po katastrofie przebywający na miejscu zdarzenia polscy prokuratorzy wojskowi nie prowadzili samodzielnie żadnych czynności procesowych[1]. Koresponduje to zresztą intrygująco z tym twierdzeniem prok. gen. A. Seremeta, który w wywiadzie dla Czerskiej Prawdy (kwiecień 2012) stwierdził (a propos „brzozy smoleńskiej”), iż prokuratorzy widzieli ją bezpośrednio po katastrofie. Niestety bowiem, nie tylko Seremet „bezpośrednio po katastrofie” nie widział żadnej brzozy w Smoleńsku, ale też żaden z prokuratorów wojskowych z Polski.

Nawiązując zaś do tego enigmatycznego cytatu ze strony NPW należałoby powiedzieć po prostu, nieco go korygując, iż 10 Kwietnia „na miejscu zdarzenia” prokuratorzy wojskowi z Polski nie prowadzili żadnych czynności procesowych – nawet niesamodzielnie. Jak pisałem w notce o KBWLLP[2], płk dr E. Klich, z którym paru prokuratorów wojskowych zabrało się owego dnia do Smoleńska na Siewiernyj jakiem-40 (045; tym, co rankiem miał mieć „awarię” na Okęciu) ponoć o godz. 15:30, wspominał, że z delegacją znad Wisły musiał najpierw przeczekać na pokładzie po wylądowaniu dwie godziny. Tak długo trwały „formalności”. Następnie zaś delegacja ta udała się na krótką wieczorną wycieczkę po polance samosiejek z gospodarzami, gdzie przy „ogonie tupolewa” zostały polskim przedstawicielom przez tychże gospodarzy „okazane czarne skrzynki”. Te zaś potem nocą, jak opowiadał z kolei płk Z. Rzepa, poleciały w kartonach do Moskwy (i płk. Rzepą między innymi też)[3]. I tyle, jeśli chodzi o jakiekolwiek „oględziny” po „katastrofie” na „miejscu zdarzenia”.

Tym niemniej to nie byłby pełny obraz sytuacji z 10-04, ponieważ, przynajmniej wedle poczynionych w 2010 r. ustaleń P. Nisztora i K. Galimskiego, (którzy już od bardzo długiego czasu nie zajmują się „sprawą”, tak jak i inni przedstawiciele mediów zależnych i niezależnych, pokornych i niepokornych), prokuratura wojskowa w godzinach popołudniowych 10-04 wysyła ludzi na Okęcie[4]. Lotnisko to wprawdzie oficjalnie „miejscem zdarzenia” żadnego nie było, ale akurat od niego jakieś „czynności procesowe” się zaczynają. Pewnie dlatego że Wojskowy Port Lotniczy był o te kilkaset kilometrów bliżej niż np. XUBS, ktoś może powiedzieć. Albo też dlatego, że na stołecznym lotnisku było więcej do zabezpieczenia, prawda. Tak się bowiem złożyło, jak już historia „smoleńsko-warszawska” nam pokazała na przestrzeni minionych lat, że o ile zdjęć wschodniej części Siewiernego (rzecz jasna „po katastrofie”, bo z czasem „sprzed” niej jest nieco gorzej i z zachodnią częścią tego lotniska w dn. 10-04 także) upubliczniono sporo – o tyle zdjęć WPL z czasów wylotów delegacji jest tyle co nic. Z tego ostatniego wynika, że fotosy WPL zabezpieczono tak dobrze, że aż za dobrze. I ktoś niegramotny mógłby podejrzewać, że NPW coś ukrywa przed ludźmi, jakby cokolwiek do ukrycia mogło być. Mimo upływu czasu zresztą „wątek okęcki” pozostaje pilnie strzeżony nie tylko przez NPW, ale i zaprzyjaźnione media z lewej i prawej strony oraz wszystkie środowiska polityczne, zarówno rządowe, jak i opozycyjne. Uwaga „wszystkich” niezmiennie spoczywa na „końcóweczce” oraz polance samosiejek.

Hipnoza społeczna trwa w najlepsze, aczkolwiek, i samą polankę samosiejek z popołudniowych (lokalnego czasu) godzin 10-04 okrywa mgła tajemnicy wojskowej, ponieważ do dziś nie wiadomo, kto, jakie i ile zdjęć pobojowiska wykonał – wraz z ewentualnymi fotografiami ciał podczas „ewakuacji” prowadzonej rzekomo od godz. 15-tej rus. czasu (za pomocą czerwonych i fioletowych trumien). Prawdopodobnie byli to borowcy (z Katynia), lecz – znów zgodnie z ustaleniami Galimskiego i Nisztora – ich materiały utajniono[5] (tak jak wiele innych dokumentów, ustaleń etc.[6]). Co w takim razie z kłębiącymi się w okolicach remizy strażackiej i bocznej bramy Siewiernego żurnalistami i operatorami, którzy mogliby zrobić mnóstwo zdjęć aparatami, komórkami, kamerami etc.? Legenda głosi, że nie mogli oni o własnych siłach dotrzeć do polanki samosiejek, tak szczelny był kordon ruskich mundurowych wokół „miejsca katastrofy”. Ale przecież nie jest to do końca prawda, bo, jak pamiętamy, kamery – także polskiej telewizji – towarzyszyły politykom (zarówno rządowym, jak i opozycyjnym) na pobojowisku i, co należy zdecydowanie podkreślić, kamery te były w pobliżu ciał. Przynajmniej tych trzech, które w jakiś sposób, „wyeksponowano” (R. Kaczorowskiego, L. Kaczyńskiego i K. Putry), a nie „ewakuowano” w godzinach popołudniowych. Czy w takim razie nie mogły te telewizyjne kamery – zwłaszcza na potrzeby czynności procesowych – dokładnie sfilmować wyglądu i stanu tychże ciał? Czy też ktoś, np. krzątający się owego wieczoru w Smoleńsku P. Kowal, dopilnował, by operatorzy nie dokumentowali tego? To pytania, które czekają na odpowiedzi.

Wracając jednak na polską ziemię i podchodząc do sprawy „czynności procesowych” i ich utajniania nieco naokoło (a tylko takie drogi zawiłe funkcjonują w przypadku historii z 10-04 – te najprostsze bowiem są zabarykadowane i zabetonowane przez instytucje „badawczo-śledcze”) na koniec. Musimy się przenieść nieco w czasie, do marca 2012. Podczas posiedzenia ZP z udziałem M. Badena, amerykańskiego specjalisty z dziedziny medycyny sądowej, którego NPW nie dopuściła do udziału w czynnościach procesowych związanych z poekshumacyjnym badaniem paru ciał ofiar, sen. B. Gosiewska wspomina taki, zaskakujący nie tylko dla niej, jak sądzę, epizod (związany z jednym z wojskowych prokuratorów):

powiedziałam, że to jest nieludzkie postępowanie prokuratury, jeżeli teraz, po dwóch latach, z urzędu zarządza ekshumację i nie pozwala mi do zespołu biegłych włączyć nawet jednego biegłego na mój wniosek. Tylko zespół jest ustawiony od początku do końca przez biegłych prokuratury[7]. Prokuratura stwierdziła, że ona ma wszystkich biegłych, wszystkich specjalności i nie jest możliwe włączenie kolejnego biegłego ze Stanów Zjednoczonych. Natomiast ta wypowiedź moja [telewizyjna – przyp. F.Y.M.], szefa i z-cę szefa prokuratury doprowadziła do tzw. szewskiej pasji. W momencie, kiedy pojawiłam się z tym ostatnim wnioskiem, w momencie, kiedy ciało było już ekshumowane – z prośbą o wykonanie badań, tak naprawdę rozmowa po kilku minutach kurtuazyjnych zamieniła się w dosyć, czy w bardzo emocjonalne ze strony panów prokuratorów przesłuchiwanie mnie, co i dlaczego ja mówię w mediach. I tutaj panowie stwierdzili oczywiście, że wykonanie badań sekcyjnych prywatnie jest niemożliwe, że jeżeli ja coś będę robić na własną rękę bez ich zgody, to będzie to przestępstwo, natomiast na moje pytanie do szefa prokuratury, który stwierdził, że on musi strzec prawa – zapytałam, dlaczego nie pociągnął do odpowiedzialności tych, którzy nie dopilnowali solidnych badań w Moskwie bądź w Polsce po przylocie trumien. Usłyszałam odpowiedź, która mnie naprawdę zdumiała. Pan prokurator stwierdził: „przecież pani wie, że Rosja to suwerenne państwo” i po pewnym momencie wahania stwierdził: „muszę, ja muszę to powiedzieć: to jest mocarstwo”. I myślę, że to jest w świetle jeszcze wypowiedzi wcześniejszych premiera naszego rządu, który mówił o tym, że nie ma powodu do tego, żeby nie ufać Rosjanom – jeżeli połączymy te fakty, jeżeli po katastrofie smoleńskiej były takie głosy, żeby palić znicze poległym bolszewikom, bardzo szybko pomnik wybudowano, w krótkim czasie…

[I teraz najistotniejsze – przyp. F.Y.M.]

I jeszcze to, co mnie zszokowało – to w pewnym momencie z-ca prokuratora, który tak naprawdę tam jest od początku, bo pan prokurator jest przez krótko – dosyć emocjonalnie wykrzyczał, że „ja wiem, że wy mnie uważacie na… mnie za zdrajcę, ale… i człowieka, który działa na zlecenie obcego mocarstwa, ale tak nie jest!” Ja się zastanawiałam, dlaczego człowiek niepytany, sprawa zupełnie inna, porusza takie kwestie? Ja nigdy nie posądzałam żadnego z prokuratorów o to, że jest zdrajcą, nie używałam takich słów (…).

Można odnieść wrażenie, że rozmowa ta prowadzona jest na różnych poziomach, sama Gosiewska zauważa zresztą, iż prokurator mówi o czymś, o co go nie pytała ani nie posądzała – tak jakby nie do końca kierował swoje słowa do samej Gosiewskiej. Tak jakby trochę mówił do… nas, tj. tych ludzi poza, by tak rzec, kręgami wtajemniczonych. Pytanie jednak, kiedy „brzoza warszawska” zostanie przełamana – kiedy zacznie na jaw wychodzić to, co się naprawdę z Delegatami stało. Jeszcze bowiem parę miesięcy, a upłynie 5 lat od „zdarzenia”. A może scenariusz (rozpisany ponad politycznymi podziałami) jest taki, że następne 5 lat będzie to samo, co widzieliśmy/słyszeliśmy/czytaliśmy do tej pory? Czyli scholastyczne, choć gasnące z roku na rok z racji „zmęczenia materiału”, spory między smoleńskimi „wypadkowcami” a „wybuchowcami”? Z węzłami w „węzełkowej” historii związanej z 10-04 jest tak, że niektóre z nich to rozmaite „zbiegi okoliczności”, a niektóre to sploty celowych działań różnych instytucji i środowisk dbających o to, by hasło „ludziom nic nie mówimy” pozostało jak najdłużej aktualne. Pytanie, kiedy zacznie na jaw wychodzić to, co się naprawdę 10 Kwietnia stało, jest też w istocie pytaniem o to, o czym wspomniał przed dwoma laty ów prokurator wojskowy w powyższej rozmowie z Gosiewską – bo przecież rzecz nie sprowadza się wyłącznie do samej tragedii Delegatów i jej ujawnienia, ale właśnie też do zdrady, która z tą tragedią (i tuszowaniem prawdy o niej) jest związana. I pytanie, kiedy zdrada ta zacznie wychodzić na jaw, jest chyba najpoważniejsze.


--------------------------------------------------------------------------------

[1] http://www.npw.gov.pl/491-Czynnociproce ... trofy.html
[2] http://freeyourmind.salon24.pl/605527,p ... ria-kbwllp
[3] http://freeyourmind.salon24.pl/489924,gora-z-gora
[4] Kto naprawdę ich zabił?, Warszawa 2010, s. 107: Pierwszymi czynnościami prokuratury po katastrofie było zlecenie Żandarmerii Wojskowej zabezpieczenia m.in. dokumentacji rozbitego Tu-154M, znajdującej się w 36.SPLT. Między 13:45, a 17:50 na terenie 1 Bazy Lotniczej i 36. pułku pracowała ekipa dochodzeniowo-śledcza z Żandarmerii Wojskowej wraz z ambulansem kryminalistycznym. W tym samym czasie ok. 14:00 zabezpieczono też listę pasażerów i zaczęto przesłuchiwać świadków. Zaczęto od żołnierzy 36. SPLT, którzy przygotowywali samolot do wylotu do Katynia oraz funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu zabezpieczającego lotnisko, z którego wystartował prezydent. W dniu katastrofy przesłuchano także kontrolerów lotu z Polskiej Żeglugi Powietrznej oraz pilotów Jaka-40, który 10 kwietnia z dziennikarzami na pokładzie wylądował na lotnisku Siewiernyj.
W tym cytacie wyjątkowo ciekawie wygląda informacja o zabezpieczeniu listy pasażerów „ok. 14:00”. Czyżby dopiero o tej godzinie ta lista była „gotowa”? To znaczy, „zweryfikowana”. Galimski z Nisztorem, jak widać, nie wspominają też, by NPW przesłuchała 10-04 A. Kołacz-Sarnowską z prezydenckiej kancelarii, która miała lecieć z dziennikarzami, a która chyba w KP pracuje do dziś. Nie wygląda też na to, by NPW zabezpieczyła rejestratory właśnie pochodzące z jaka-40 044, a jaka jest historia wciąż nieupublicznianych „taśm z jaka” (zarejestrowanej na magnetofonie korespondencji radiowej innych załóg już po wylądowaniu „Wosztyla”), to też już aż za dobrze wiemy.
[5] Do pierwszych raportów funkcjonariuszy BOR z miejsca katastrofy dołączone były wykonane przez nich telefonem komórkowym zdjęcia oraz film. Materiałom nadano klauzulę „tajne”. Jeden z nich wykonał również fotografie czarnych skrzynek odnalezionych przez Rosjan. „W mojej ocenie wyglądały na nieuszkodzone. Zdjęcia te później wieczorem pokazałem Ministrowi Obrony Narodowej i Ministrowi Sprawiedliwości.” (Galimski, Nisztor, Kto…, s. 106).
[6] Mgła tajemnicy wojskowej okrywa nawet prace KBWLLP, zaś wojsko posyłało psychiatrę wojskowego do E. Klicha (o czym on wspomina M. Krzymowskiemu w Mojej czarnej skrzynce) podczas „badań katastrofy”.
[7] Jak ujawni sam A. Macierewicz pod koniec tego posiedzenia (co też warto przypomnieć): prokuratura nie wyznaczyła ani jednego biegłego mającego choćby jednorazowe doświadczenie w badaniu ofiar tragedii lotniczych – chociażby jednego (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... haela.html). Oczywiście Macierewiczowi nie przejdzie przez usta taki wniosek, że może to niewłączanie ani jednego biegłego od katastrof lotniczych ma związek z tym, iż w katastrofie lotniczej dana osoba, której ciało poddawano medyczno-sądowym badaniom, nie zginęła – o czym nie tylko NPW, ale i ZP może doskonale wiedzieć. No ale „ludziom nic nie mówimy”.

http://freeyourmind.salon24.pl/608789,p ... warszawska


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 144 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 6, 7, 8, 9, 10  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 18 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /