Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 305 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 17, 18, 19, 20, 21  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 26 kwi 2017, 09:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://info.wiara.pl/doc/3838085.Para-w ... ast-spalin

Para wodna zamiast spalin

Obrazek
Justyna Liptak /Foto Gość Aleksandra Arciszewska i Bartłomiej Ząbek mają nadzieję na udany start w czasie tegorocznego Shell Eco-marathon w Londynie


Studenci Politechniki Gdańskiej przygotowują się do konkursu Shell Eco-marathon, który odbędzie się pod koniec maja w Londynie, a adresowany jest do młodych konstruktorów z całego świata.
Reklama

- Auta napędzane wodorem to nadal rzadkość, dlatego pomyśleliśmy, że podjęcie wyzwania i zbudowanie od podstaw takiego pojazdu będzie bardzo ciekawym doświadczeniem - mówi Bartłomiej Ząbek, prezes Międzywydziałowego Koła Naukowego "Eco CarPG".

W projekt zaangażowani są studenci różnych wydziałów Politechniki Gdańskiej. Owocem ich pomysłowości i pracy był trójkołowiec, który - jako pierwszy pojazd z Polski, napędzany wodorowymi ogniwami paliwowymi - wziął udział w SEM w 2014 r. w Rotterdamie.

- Prototyp był dużo cięższy, m.in. ze względu na aluminiową ramę oraz nadwozie z włókna szklanego i silnik umieszczony w piaście. Te rozwiązania zupełnie się nie sprawdziły. Tym razem naszym priorytetem było zredukowanie masy i oporów toczenia - wyjaśnia B. Ząbek.

Stąd w tym roku przy projektowaniu studenci postawili na włókno węglowe, z którego wykonane są bardzo cienkie i lekkie podwozie, a także nadwozie. - Zrezygnowaliśmy również z amortyzatorów, których ugięcie w czasie jazdy oznacza stratę energii, czyli wolniejszą jazdę - wyjaśnia Bartłomiej.

Do budowy nadwozia wykorzystali specjalną formę, arkusze włókna węglowego oraz żywicę. Ten proekologiczny pojazd powinien przejechać na 1 litrze wodoru ok. 300 km. Zasila go pakiet ogniw paliwowych o łącznej mocy 500 W, które wytwarzają z wodoru prąd zasilający silnik maxon 200 W. Konstruktorzy zastosowali również innowacyjny system odzyskiwania energii w czasie hamowania. Obecnie trwają testy układów, a już za kilka dni bolid spotkać będzie można na kampusie PG.

- Największy test czeka nas, oczywiście, dopiero w Londynie. Dystans, jaki musimy pokonać w czasie konkursu, to 16,5 km w ciągu 40 minut, czyli nasza średnia prędkość musi wynieść 25 km/h - tłumaczy Bartłomiej.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 07 maja 2017, 11:00 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wmeritum.pl/benzyna-plastikowych-odpadow/183185

Benzyna z plastikowych odpadów? Polacy zaszokowali swoim pomysłem świat
Opublikowano: 06 maja 2017

Na 64. Międzynarodowej Wystawie Innowacji w Barcelonie zaprezentowano przełomową technologię. Ekipa polskich badaczy, kierowana przez Adama Hańderka, proponuje pozyskiwanie olejów napędowych i benzyny z odpadów plastikowych, które nie nadają się do recyklingu. Pomysł spodobał się w Barcelonie i został uhonorowany jedną z głównych nagród oraz złotym medalem z wyróżnieniem.
Adam Hańderek i jego zespół jako pierwsi na świecie stworzyli technologię pozwalającą przerobić śmieci na benzynę i oleje napędowe, przestrzegając przy tym norm europejskich. Odkrycie to może w niedalekiej przyszłości przyczynić się do zlikwidowania problemów z coraz większą ilością śmieci na świecie.

O skali problemów najlepiej świadczą dane: co roku produkuje się około 311 milionów ton tworzyw sztucznych – 1/5 z nich ostatecznie kończy na wysypisku, często nie nadając się do recyklingu. Właśnie w obliczu problemów z rosnącymi stertami tego typu śmieci – nie nadającymi się do ponownego wykorzystania – pomysł Polaków może być przełomowy. Umożliwia spalanie zalegających na śmietniskach plastikowych toreb, ubrań, wykładzin i tym podobnych.
Polscy naukowcy już podjęli pierwsze rozmowy z potencjalnymi inwestorami, niebawem dowiemy się z jakim skutkiem.

Źródło: money.pl

Fot.: JirkaF/pixabay.com


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 10 maja 2017, 11:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://nauka.wiara.pl/doc/3873708.Polsk ... ed-dronami

Polski system do ochrony przed dronami
dodane 09.05.2017 11:00

System, który wykryje nadlatującego drona i nie pozwoli mu wlecieć na chroniony teren, opracowała polska firma Advanced Protection Systems. SafeSky potrafi wykryć drona nawet z odległości kilometra.
Reklama

Drony - bezzałogowe urządzenia latające - są od kilku lat powszechnie dostępne na rynku. Nie można wykluczyć, że takie urządzenia będą wykorzystywać terroryści, np. do przenoszenia ładunków wybuchowych czy broni. Poza tym drony są w stanie - ponad murami więzienia - przenosić np. telefony komórkowe czy narkotyki. Te bezzałogowe maszyny mogą też ułatwiać pracę hakerom przy włamaniach do sieci teleinformatycznych. Co więcej, dron może np. wlecieć na teren wojskowy i zdobyć poufne informacje albo podlecieć do okna i sfilmować kogoś w prywatnej sytuacji.

Takim zdarzeniom mógłby zapobiec system SafeSky opracowany przez polską firmę Advanced Protection Systems. "Zastosowanie czterech różnych czujników pozwala nam na skuteczne wykrywanie dronów z bardzo dużej odległości - nawet tysiąca metrów" - opowiada dr Radosław Piesiewicz z Advanced Protection Systems. System jest wyposażony w kamery, które zobaczą drona, w macierz akustyczną, która drona usłyszy, w radary, które drona wykryją, a także w detektory, które usłyszą transmisję sygnałów między dronem a operatorem.

"Po wykryciu drona skutecznie go neutralizujemy - to znaczy albo zmuszamy do powrotu do operatora, albo do wylądowania. Czyli nie pozwalamy mu wlecieć w strefę chronioną" - tłumaczy dr Piesiewicz.

"Można sobie wyobrazić, że jakby rozwijamy parasol nad danym obiektem" - opisuje. Podkreśla, że dron nie może się niepostrzeżenie przedrzeć na chroniony teren z żadnej strony. "My go zawsze wykryjemy" - zapewnia rozmówca PAP. Dodaje, że system działa w każdych warunkach - również w nocy i w niepogodę.

Według Piesiewicza z rozwiązania mogą korzystać nie tylko lotniska, rafinerie, duże zakłady chemiczne, obiekty rządowe, bazy wojskowe, ale i prywatni odbiorcy.

"My w zasadzie rynek współtworzymy z tylko kilkoma firmami na świecie" - zaznacza dr Piesiewicz i dodaje, że polski system jest tańszy niż rozwiązania zagraniczne, a jest co najmniej tak skuteczny, jak one.

Rozwiązanie prezentowane było na polskim stoisku narodowym podczas targów Hannover Messe 2017. Prace nad systemem dofinansowane były ze środków Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.



PAP


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 12 maja 2017, 12:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kopalniawiedzy.pl/zderzenie-jadr ... -PAN,26407

W zderzeniach jąder atomowych tworzą się „ogniste smugi”
wczoraj, 14:43 | Astronomia/fizyka

Obrazek

Przy wielkich energiach zderzenie masywnych jąder atomowych w akceleratorze generuje setki, a nawet tysiące cząstek, wchodzących między sobą w liczne interakcje. W Instytucie Fizyki Jądrowej PAN w Krakowie wykazano, że przebieg tego złożonego procesu można przedstawić za pomocą zaskakująco prostego modelu: ekstremalnie gorąca materia oddala się od miejsca kolizji rozciągając się wzdłuż pierwotnego toru lotu w smugi, przy czym im smuga bardziej odległa od osi zderzenia, tym większa jej prędkość.
Gdy dwa masywne jądra atomowe zderzają się przy wielkich energiach, powstaje najbardziej egzotyczna forma materii: zachowująca się jak płyn doskonały plazma kwarkowo-gluonowa. Z teoretycznych rozważań fizyków z Instytutu Fizyki Jądrowej Polskiej Akademii Nauk (IFJ PAN) w Krakowie wynika, że po zderzeniu plazma ta rozmywa się w smugi wzdłuż kierunku zderzenia, poruszające się tym szybciej, im bardziej są odległe od osi zderzenia. Model, jego przewidywania oraz efekty ich konfrontacji z dotychczasowymi danymi eksperymentalnymi przedstawiono w czasopiśmie „Physical Review C”.
Zderzenia jąder atomowych zachodzą ekstremalnie szybko i na odległościach liczonych w zaledwie setkach femtometrów (czyli w setkach milionowych części jednej miliardowej metra). Warunki fizyczne są wyjątkowo wyrafinowane i bezpośrednia obserwacja przebiegu zjawiska nie jest obecnie możliwa. W takich sytuacjach nauka radzi sobie konstruując modele teoretyczne i konfrontując ich przewidywania z danymi zebranymi w doświadczeniach. W przypadku omawianych zderzeń ogromnym utrudnieniem jest jednak fakt, że powstający w ich wyniku konglomerat cząstek to plazma kwarkowo-gluonowa. Interakcje między cząstkami plazmy są zdominowane przez oddziaływania silne i tak skomplikowane, że współczesna fizyka nie radzi sobie z ich ścisłym opisem.
Nasza grupa postanowiła skoncentrować się na zjawiskach elektromagnetycznych zachodzących w trakcie zderzeń, ponieważ są one znacznie łatwiejsze do wyrażenia w języku matematyki. W efekcie nasz model okazał się dostatecznie prosty, byśmy bez większych kłopotów mogli skorzystać w nim z zasad zachowania energii i pędu. Później przekonaliśmy się, że mimo przyjętych uproszczeń przewidywania modelu pozostają w co najmniej 90% zgodne z danymi eksperymentalnymi, mówi dr hab. Andrzej Rybicki (IFJ PAN).
Rozpędzone do dużych prędkości masywne jądra atomowe, obserwowane w laboratorium, wskutek efektów wynikających z teorii względności spłaszczają się w kierunku ruchu. Gdy dwa takie protonowo-neutronowe „placki” nadlatują ku sobie, zderzenie na ogół nie jest centralne: tylko część protonów i neutronów jednego jądra trafia w drugie, wchodząc w gwałtowne interakcje i formując plazmę kwarkowo-gluonową. Jednocześnie niektóre zewnętrzne fragmenty jądrowych „placków” nie napotykają na swej drodze żadnej przeszkody i kontynuują niezakłócony lot; w żargonie fizyków nazywa się je obserwatorami.
Nasza praca została zainspirowana danymi zebranymi we wcześniejszych doświadczeniach ze zderzaniem jąder atomowych, m.in. w akceleratorze SPS. Ze zbadanych przez nas efektów elektromagnetycznych pojawiających się w tych zderzeniach wynikało, że plazma kwarkowo-gluonowa porusza się z tym większą prędkością, im bliżej obserwatorów się znajduje, mówi dr Rybicki.
Aby odwzorować taki przebieg zjawiska, krakowscy fizycy postanowili podzielić jądra wzdłuż kierunku ruchu na szereg pasów – „cegiełek”. Każde jądro w przekroju wyglądało więc jak stos ułożonych jedna na drugiej cegieł (w modelu ich wysokość wynosiła jeden femtometr). Zamiast rozważać skomplikowane interakcje z użyciem oddziaływań silnych oraz zawiłe przepływy pędów i energii między setkami i tysiącami cząstek pochodnych, model redukował zagadnienie do kilkudziesięciu równoległych zderzeń, z których każde zachodziło między dwiema protonowo-neutronowymi cegiełkami.
Przewidywania modelu naukowcy z IFJ PAN skonfrontowali z danymi zebranymi dla zderzeń masywnych jąder atomowych w trakcie eksperymentu NA49 na akceleratorze SPS (Super Proton Synchrotron). Zderzacz ten znajduje się w ośrodku Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych CERN pod Genewą, gdzie do jego najważniejszych zadań należy obecnie rozpędzanie cząstek wstrzeliwanych do wnętrza akceleratora LHC.
Z uwagi na skalę trudności technicznych, wyniki eksperymentu NA49 są obarczone trudnymi do zredukowania czy wyeliminowania błędami pomiarowymi. W rzeczywistości dokładność naszego modelu może być więc nawet większa niż wspomniane 90%. To uprawnia nas do stwierdzenia, że nawet jeśli w zderzeniach działają jakieś dodatkowe, jeszcze nieuwzględnione mechanizmy fizyczne, nie powinny już w istotny sposób wpływać na teoretyczny szkielet modelu, komentuje doktorant Mirosław Kiełbowicz (IFJ PAN).
Po opracowaniu modelu zderzeń „ceglanych stosów”, badacze z IFJ PAN odkryli, że bardzo podobną konstrukcję teoretyczną, określaną jako model smug ogniowych, zaproponowała grupa fizyków z Lawrence Berkeley Laboratory (USA) i Centre d'Etudes Nucléaires de Saclay (Francja) – i to już w 1978 roku.
Dawny model smug ogniowych, o którym zresztą wspominamy w naszej publikacji, zbudowano pod kątem opisu innych zderzeń, zachodzących przy niższych energiach. My stworzyliśmy naszą konstrukcję niezależnie i dla innego przedziału energetycznego, mówi prof. dr hab. Antoni Szczurek (IFJ PAN, Uniwersytet Rzeszowski) i podkreśla: Istnienie dwóch niezależnych modeli, bazujących na podobnej idei fizycznej i dających dobrą zgodność z pomiarami w różnych zakresach energii zderzeń, zwiększa prawdopodobieństwo, że podstawy fizyczne, na których te modele zbudowano, są poprawne.
Krakowski model smug ogniowych dostarcza nowych informacji o ekspansji plazmy kwarkowo-gluonowej w wysokoenergetycznych zderzeniach masywnych jąder atomowych. Opis przebiegu tych zjawisk będzie dalej rozwijany w ramach kolejnego międzynarodowego eksperymentu, SHINE, który już się rozpoczął na akceleratorze SPS.
Badania grupy z IFJ PAN zostały sfinansowane z grantu SONATA BIS Narodowego Centrum Nauki.

Źródło: Instytut Fizyki Jądrowej Pan
https://www.ifj.edu.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 28 maja 2017, 09:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://3obieg.pl/polscy-programisci-na-podium

Polacy musieli uznać wyższość Rosjan. Ale faktem jest, że w informatyce Słowianie zdecydowanie dominują.

Kopia artykułu:

Polscy programiści na podium
27.05.2017

W finale 41. Akademickich Mistrzostw Świata w Programowaniu Zespołowym studenci Wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego 24 maja 2017 r. wywalczyli wicemistrzostwo świata.

Wojciech Nadara, Marcin Smulewicz i Marek Sokołowski po emocjonującej walce oddali pole drużynie Narodowego Uniwersytetu Badawczego ITMO z Sankt Petersburga.
W finałach prestiżowego ACM ICPC w Rapid City wzięły udział drużyny ze 133 najlepszych uczelni z całego świata. W eliminacjach startowało 46381 uczestników ze 103 krajów.
Zespoły studentów Uniwersytetu Warszawskiego nieprzerwanie od 1994 r. awansują do finałów ACM ICPC, co jest rekordem zawodów.

Źródło: PAP

Wiadomosci 3obieg.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 29 maja 2017, 18:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://tylkonauka.pl/wiadomosc/polscy-i ... usza-sie-g

Polscy inżynierowie stworzyli niewielkiego robota napędzanego światłem, który porusza się jak gąsienica
autor: John Moll (2016-08-19 13:40)

Korzystając z inteligentnych materiałów, naukowcy z Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego opracowali miniaturowego robota, który dzięki swojej giętkości wygina się i przemieszcza niczym prawdziwa gąsienica. Ten niepozorny wynalazek może mieć całkiem interesujące zastosowanie.

Nad projektem pracowali polscy uczeni we współpracy ze swoimi kolegami z włoskiego Instytutu LENS we Florencji. Dzięki wspólnej pracy i zastosowaniu technologii światłoczułych elastomerów, zbudowano pierwszego na świecie robota, który porusza się naśladując ruch gąsienicy w naturalnej skali. Urządzenie to czerpie energię oraz jest sterowany przy pomocy modulowanej wiązki lasera.

Dotychczasowe próby stworzenia tego typu mikrorobotów były ograniczone ze względu na trudności związane z ich zasilaniem oraz kontrolowaniem ich ruchu. Realizacja tego zadania była możliwa właśnie dzięki zastosowaniu nowych inteligentnych materiałów, w tym ciekłokrystalicznych elastomerów.

Ten jedyny w swoim rodzaju robot potrafi pełzać po płaskim podłożu, wspinać się na pochyłości, przeciskać przez wąskie szczeliny a także transportować obiekty o masie nawet sześciokrotnie większej od niego, popychając je przed sobą. Naukowcy mają nadzieję, że dzięki nowym elastomerom będzie można stworzyć roboty pływające na i pod powierzchnią wody, oraz mikrolotniki.

https://www.youtube.com/embed/wulyMNiakpU

Źródło:
http://www.fuw.edu.pl/informacja-prasowa/news4656.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 06 lip 2017, 08:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wgospodarce.pl/informacje/38242- ... podarce.pl)

Polscy naukowcy odkryli nowe właściwości oliwy i opatentowali je w USA
opublikowano: 5 lipca 2017 roku, 16:06 | autor: B R

Polscy naukowcy z Warszawskiego Uniwersytety Medycznego odkryli, że oleaceina, naturalna substancja zawarta w oliwie, może pomóc w leczeniu zawału serca czy udaru mózgu. Badacze otrzymali 20 czerwca br. amerykański patent na wykorzystanie tej substancji, a wyniki ich badań zostały opublikowane w międzynarodowym czasopiśmie „Phytomedicine” – poinformował w komunikacie WUM.
Jak czytamy w komunikacie zespół pod kierownictwem prof. Marka Naruszewicza - Kierownika Katedry Farmakognozji i Molekularnych Podstaw Fitoterapii WUM wykazał po raz pierwszy na świecie, że oleaceina występująca w oliwie z oliwek (tylko typu ekstra virgin) posiada unikalną właściwość przeciwdziałania pękania szyjnej blaszki miażdżycowej, co może zapobiegać wysokiej śmiertelności między innymi z powodu udaru mózgu.
Nasze badania dowiodły, że oleaceina hamuje efektywnie stan zapalny będący przyczyną rozpadu blaszki miażdżycowej, a jest to możliwe w związku z tym, że oleaceina może zmieniać funkcje komórek prozapalnych na działanie przeciwzapalne. Warto dodać, że udało nam się wyizolować oleaceinę w formie wolnej od zanieczyszczeń z liści ligustra pospolitego, które należą do tej samej rodziny co drzewo oliwne. To także zostało objęte patentem i znacznie przybliża możliwości uzyskiwania oleaceiny w formie przemysłowej, która posłuży do produkcji przyszłego leku. Wyniki naszych badań w dużej mierze wyjaśniają fenomen diety śródziemnomorskiej i fakt, że z ostatnich badań oceniających stan zdrowia różnych populacji wynika, że najzdrowsi są Włosi i to pod każdym względem – mówi prof. Marek Naruszewicz.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 11 lip 2017, 17:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2016/09/0 ... l-ameryke/

Polak, który oświetlił Amerykę
Posted by Marucha w dniu 2016-09-07 (środa)

Obrazek

Nasza historia pełna jest emigrantów, którzy w nowych krajach zrobili ogromne kariery, a w Polsce ledwie o nich pamiętamy. Są wśród nich inżynierowie i wynalazcy. Są ludzie biznesu. Są i tacy, którzy jedno połączyli z drugim.
Tak jak Erazm Jerzmanowski – „Polak, który oświetlił Amerykę”, a potem spakował zarobione miliony i wrócił budować ojczyznę.
Powstanie Styczniowe wygasło jesienią 1864 roku. Tak jak po wszystkich tragicznie zakończonych narodowych zrywach, tak i po tym za granicę popłynęła wielka fala emigrantów uciekających przed zemstą caratu. Z każdą kolejną taką falą z kraju znikała rzesza ludzi najbardziej ideowych, a często też najzdolniejszych. Tak było z Wielką Emigracją polistopadową. Podobnie było też z tą nieco mniejszą z 1864 roku.
Ale nie oznaczało to przecież, że ludzie tracili swoje zdolności. Raczej tracił je kraj, bo na nich samych na obczyźnie czekały nowe możliwości. Wśród nich najlepsze szkoły politechniczne tamtych czasów. Do ich absolwentów należą dziesiątki polskich inżynierów, których wyczyny przeszły do historii myśli technicznej, a nawet historii w ogóle. Szczególnie dobrze pamięta się o nich w Ameryce Łacińskiej. Przykład? Ernest Malinowski i zbudowana przez niego Centralna Kolej Transandyjska. Na ówczesne czasy: światowy cud techniki. Na dzisiejsze? Też.
W fali, która wypłynęła z Polski po Powstaniu Styczniowym znalazł się 20-letni Erazm Jerzmanowski herbu Dołęga. Chłopak jeszcze w 1862 roku uczył się w nowootwartym Instytucie Politechnicznym w Puławach, ale po wybuchu walk ruszył wziąć w nich udział i kolejne dwa lata spędził w oddziale dowodzonym przez Mariana Langiewicza. O jego powstańczych dokonaniach wiadomo niewiele.
Po zakończeniu walk znalazł schronienie w Galicji, która przygarnęła wówczas wielu byłych powstańców, a Austriacy internowali go w czeskim Ołomuńcu. Jeszcze w 1864 roku wyruszył dalej w świat i trafił do Francji. Tam bardzo pomogły mu tradycje i kontakty rodzinne, bo nazwisko Jerzmanowski nie było w tym kraju anonimowe.
Mężczyzna pochodził ze starej i zasłużonej dla kraju szlacheckiej rodziny. Tego samego herbu używał spokrewniony z jego dziadkiem Franciszek Jerzmanowski, działacz polityczny okresu Konfederacji Barskiej i Sejmu Czteroletniego, który w sejmie rozbiorowym mówił: „Lepiej, że przemoc to, co chciała słabszemu zagarnie, niż żeby zezwolenie choćby i wymuszone prawność jako nieprawność temu przymusowi przyznało”.
Jednak to nie on zapewnił Erazmowi ciepłe przyjęcie nad Sekwaną. To powstaniec zawdzięczał swojemu dziadkowi Janowi Pawłowi Jerzmanowskiemu, który należał do najbardziej zaufanych oficerów Napoleona. U jego boku tworzył Księstwo Warszawskie, a po abdykacji Cesarza towarzyszył mu w czasie zesłania na Elbę jako dowódca przybocznego szwadronu szwoleżerów. Francuzi dobrze go pamiętali.
Inżynier milionerem
To pomogło mu najpierw trafić do elitarnej Ecole de Mines, która we Francji jest odpowiednikiem naszego AGH, a później do Szkoły Inżynierii i Artylerii Wojskowej w Metz. Z niej trafił na front i w roku 1870 walczył jako oficer francuskiej armii przeciw Prusom, a zaraz po wojnie znalazł zatrudnienie w firmie Cypriena Tessie du Motaya, który wynalazł nowy sposób wytwarzania gazu do oświetlania ulic w miastach.
Jako jego reprezentant Jerzmanowski wyjechał w 1871 roku do Stanów Zjednoczonych. O tym jak przebiegała jego kariera w tym kraju napisano kilka peanów, ale ponieważ często przesadzano i powtarzano niezweryfikowane informacje, to najlepiej głos oddać komuś kto te wiadomości sprawdził. Zrobił to znany z zainteresowania osiągniaciami wybitnych polskich naukowców Sławomir Łotysz z Uniwersytetu Zielonogórskiego. Efektem jego pracy był opublikowany całkiem niedawno – przynajmniej jak na naukową miarę czasu – w czasopiśmie Instytutu Historii Nauki PAN „Analecta” artykuł pt. „Erazm Jerzmanowski. Gazowy baron i jego rola w amerykańskim przemyśle gazowniczym”.
Otóż po przybyciu do Stanów okazało się, że proces du Motaya jest obiecujący, ale wciąż jeszcze na tyle niedoskonały, że nie da się dla niego znaleźć dochodowych zastosowań komercyjnych. By tak mogło się stać, wymagał wielu usprawnień.
Jerzmanowski, sam przecież będący inżynierem, wiedział co trzeba zrobić i postanowił opracować konieczne udoskonalenia. W ciągu sześciu kolejnych lat zarejestrował sześć patentów, dzięki którym poprawiła się m.in. opłacalność stosowania tej metody, ale też – to najważniejsze – wszystko stawało się rozwiązaniem bardzo praktycznym. „The Evening Post” pisał później o jego badaniach: „Był to wynalazek Francuza Tessie du Motaya, ale Jerzmanowski rozwinął ideę wynalazcy od tego punktu, w którym je porzucił, i w końcu sprawił, że gaz wodny odniósł sukces komercyjny”.
Metoda była tańsza od dotąd stosowanej, a to dawało okazję, by wykorzystać pragmatyzm zarządców amerykańskich miast. Zauważyli to finansiści, którzy postanowili w ‚proces Jerzmanowskiego” zainwestować i w 1882 roku założyli Equitable Gas Company. Wśród wykładających pieniądze był jeden z Rockefellerów, a do udziałowców zaliczono niespełna 40-letniego polskiego inżyniera, który do spółki wniósł nie środki finansowe – tych nie miał dosyć – ale swoje patenty.
Spółka, na której czele przez kilkanaście lat stał Jerzmanowski, dzięki niższym kosztom nowego rozwiązania zdobyła kontrakty w Nowym Jorku. Zaczęto też tworzyć kolejne spółki, które podbijały rynki innych amerykańskich miast. Polski Słownik Biograficzny jako miejsca działalności biznesowej Erazma Jerzmanowskiego wymienia: Chicago, Baltimore, Indianapolis, Albany i szereg mniejszych miejscowości.
Gazownie były tak dobrze urządzone, że Alexander Humpreyhs, autor raportu o stanie tej gałęzi przemysłu w USA końca XIX wieku pisał o nich, że są: „prawdopodobnie najpiękniejszymi i najbardziej elegancko urządzonymi zakładami w kraju”. Niemal przez cały czas pracowano też nad kolejnymi ulepszeniami swojego procesu, a także rozwinięciem metod produkcji karbidu i Jerzmanowski ostatecznie dorobił się 17 różnych patentów.

Autor: Tomasz Borejza

http://ciekawe.onet.pl/nieprzecietni/po ... tykul.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 31 lip 2017, 16:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://historiamniejznanaizapomniana.w ... ik-w-azji/

Benedykt Polak – pierwszy polski podróżnik w Azji
Posted on 02/10/2016

Obrazek
Rycina przedstawiająca mnicha zakonu Franciszkanów (źródło historyfish.net) i mapa wyprawy (źródło: old.franciszkanie.pl)


Powszechnie uważa się, że wenecki kupiec Marco Polo był pierwszym Europejczykiem w XIII wieku, który odkrył Azję docierając do Chin. Jednak kilkadziesiąt lat wcześniej do Azji odbyła się dużo mniej znana wyprawa dwóch franciszkanów – legata papieskiego Włocha Jana da Pian de Carpiniego i tłumacza z Wrocławia Benedykta Polaka. Dzięki ich wyprawie udało się poznać kulturę, religie i obyczaje panujące w nowo wyrosłym imperium mongolskim, a także dokonać cennych odkryć geograficznych zapełniając białe plamy na europejskich mapach.


Początkowe życie Benedykta Polaka

Niewiele wiadomo o jego początkach życia. Urodził się ok. 1200 roku we Wrocławiu lub gdzieś w Wielkopolsce. Są pewne przesłanki wskazują, że był w młodości rycerzem. W około 1236 roku wstąpił do zakonu franciszkanów, przyjmując święcenia kapłańskie. Niewiadomo, czy imienia Benedykt jest tym, który otrzymał przy chrzcie, czy też po tym jak wstąpił do zakonu i przyjął święcenia kapłańskie. Prawdopodobnie jego imienia jest związane ze św. Benedyktem polskim pustelnikiem z XI wieku. Zgodnie zasadami głoszonymi przez św. Franciszka z Asyżu posiadany majątek rozdał ubogim. Większość z około dziewięciu lat swojego życia zakonnego przed wyprawą do Mongolii spędził poza murami klasztoru, dzięki czemu stał się doświadczonym wędrowcem, dobrze zorientowanym w geografii wschodniej Europy. Biegle władał łaciną oraz językiem staroruskim. Języki słowiańskie były wówczas dużo bardziej podobne do siebie niż współcześnie, ale mimo to swobodne porozumiewanie się nimi wymagało częstszego kontaktu i praktyki. Za kilka lat jego wykształcenie i umiejętność przydadzą się w wyprawie do Mongolii.


Wiedza Europejczyków o Azji

Na początku XIII wieku Europejczycy mieli mgliste pojęcie o ziemiach leżących na wschód od Morza Kaspijskiego. Na ówczesnych mapach były dość wiernie zarysowane jedynie południowe brzegi Azji, rozpoznane przez podróżników arabskich. Najlepiej świadczy o tym dokładna mapa znanych lądów sporządzona w 1154 roku przez arabskiego geografa Muhammada Al-Idrisiego dla króla Sycylii Rogera II. Niemal wszystko, co znajdowało się na wschód od wybrzeży Morza Kaspijskiego, stanowiło na niej terra incognita, czyli nieznane. Wyobrażenia o tym, co jest dalej, sprowadzały się do opisów dziwacznych stworów i dzikich ludów. Wcześniej wędrowano najkrótszą drogą lądową do Azji zwaną Jedwabnym szlakiem. Granicą znanego wówczas świata były Himalaje i Ural. Za tymi górami miały się rozpościerać legendarne krainy Madżudż i Sin, o których jeszcze w starożytności opowiadali kupcy. Jednak znaczenie Jedwabnego szlaku zmalało w VI wieku n.e. ze względu na napływ ludów tureckich do Azji Środkowej. W wyniku podbojów tureckich i mongolskich w następnych stulecia szlak ten przestał istnieć.


Inwazja Mongolska w Europie

Do Europy doszła wiadomość o opanowania perskiego Imperium Chorezmijskie przez tajemniczych najeźdźców z Mongolii. Jednocześnie w 1223 roku Mongołowie pojawili się na stepach pontyjskich pokonując połączone wojska ruskie i połowieckie w bitwie nad rzeką Kałką na nizinie nad Morzem Azowskim. Wnuk Czyngis-chana, Batu-chan w 1236 roku podbił Bułgarię Nadwołżańską i stepowy lud Połowców, a rok później podbijając księstwa: Riazańskie i Włodzimiersko-Suzdalski. W 1239 roku podporządkowali Królestwa Gruzji i Armenię. Mongołowie najechali także na Ruś Kijowska zakończenie złupieniem Kijowa 1240 roku, co doprowadziło do jej uzależnienia.


Mapa przedstawiającą inwazję Mongołów w latach 1223-1241, źródło: hist.science.free.fr


Po upadku Kijowa wojska Batu-chana zajęły kolejne miasta Księstwa halicko-wołyńskiego. Jego władca, Daniel Halicki uciekł na Węgry. To właśnie one były celem kolejnej kampanii Batu w Europie Wschodniej. Jednak w celu uniemożliwienia wysłania posiłków Węgrom Mongołowie najpierw zaatakowali pogrążą w rozbiciu dzielnicowym Polskę.

Obrazek
Bitwa pod Legnicą na miedziorycie Matthäusa Meriana Starszego z 1630 roku pod tytułem „Wielka klęska chrześcijan pobitych przez Tatarów”,, źródło: wikimedia commons


Siły dowodzącego najazdem Ordy 13 lutego 1241 roku splądrowały Sandomierz, a 22 marca Kraków, zaś 9 kwietnia zniszczyły wojska polskich książąt w bitwie pod Legnicą, przy czym dowodzący nimi Henryk II Pobożny zginął., co, w opinii wielu historyków, znacznie oddaliło moment zakończenia rozbicia dzielnicowego w Polsce. Po tym zwycięstwie siły Ordy ruszyły na Morawy, by dołączyć do armii działającej na Węgrzech.
Batu-chan wraz z Sübeetejem wkroczyli na Węgry przez Przełęcz Werecką, podczas gdy inna mongolska armia uderzyła na Siedmiogród. W bitwie stoczonej 11 kwietnia 1241 roku na równinie Mohi Mongołowie byli bliscy przegranej z wojskami króla Beli IV, ale ostatecznie zwyciężyli, gdy Sübeetej obszedł pozycje nieprzyjaciela nad rzeką Sajó przeprawiając się po moście pontonowym w dolnym jej biegu.

Obrazek
Bitwa na równinie Mohi 1241 r., źródło: Pinterest


Po zniszczeniu armii Beli Mongołowie spalili Peszt, po czym pozostali na Węgrzech przez lato i jesień, zamierzając widocznie w nich pozostać. W Boże Narodzenie 1241 roku zniszczona została Buda, a mongolscy zwiadowcy dotarli nawet pod Wiedeń Triest. Jednak Mongołowie wycofali się na wiosnę z 1242 roku związku ze śmiercią Ugedaja 11 grudnia 1241 roku. Mongołowie powrócili na krótko podbijając Bułgarię, a 26 czerwca 1243 roku odnieśli w bitwie pod Köse Dağ odnieśli zwycięstwo podporządkowując sobie turecki Sułtanata Rumu.


Papieska misja

Najazd Mongołowie był wielki zaskoczeniem dla Europejczykom przeciwko, którym nie byli się w stanie skutecznie przeciwstawić się. Królowie europejscy i papież zdawali sobie sprawę z realnego zagrożenia. Coraz bardziej uświadamiano sobie, że jedną z przyczyn kolejnych porażek w starciu z Mongołami był brak szczegółowych wiadomości o ich kulturze, obyczajach, wierzeniach, doktrynie wojennej i taktyce prowadzonych podbojów.
Nowy papież Innocenty IV najpierw apelował o zorganizowanie wyprawy krzyżowej przeciwko Tatarom. Jednak te wysiłki spełzły na niczym, ponieważ europejscy władcy europejscy byli ze sobą skłóceni walcząc o strefy wpływów. Nieprzerwanie trwała walka o dominację w Europie pomiędzy cesarzem Fryderykiem II a papieżem Grzegorzem IX. Od południa napierali Saraceni, którzy już na dobre zadomowili się w Hiszpanii. Rosnąca potęga egipskich mameluków zaczęła zagrażać istnieniu państw łacińskich. Trwały wyprawy krzyżowe i całe chrześcijaństwo na nich właśnie skupiło swoją uwagę. Związku z czym w 1245 roku papież rozpoczął przygotowania do wysłania emisariuszy do kontaktu z Mongołami. Realizację tego zadania powierzył franciszkanom i dominikanom, którzy prowadzili wówczas intensywną działalność misyjną na wschodzie Europy.
Politycznymi celami misji papieża było zaprzestanie przez Mongołów dokonywania najazdów, nawrócenie chana i jego poddanych na chrześcijaństwo oraz ewentualnie pozyskanie ich jako sprzymierzeńców w walce z muzułmanami w Ziemi Świętej. Aby zwiększyć szansę dotarcia posłów do celu, papież zdecydował się wysłać jednocześnie aż cztery swoje poselstwa (legacje) do stolicy Mongołów. Jednak trzy z nich, jedna franciszkanina Wawrzyńca i dwie dominikanów Ascelina z Lombardii i André de Longjumeau zakończyły się niepowodzeniem. Na czele czwartej legacji (jak się później okaże udanej) papież postawił na doświadczonego dyplomatę Giovannniego da Pian del Carpine znanego też jako Jan z Doliny Grabów. Był Włochem, jednym z pierwszych uczniów i towarzyszy św. Franciszka z Asyżu.


Początek wyprawy

Wyprawa rozpoczęła się 16 kwietnia 1245 roku we francuskim Lyonie, gdzie trwały właśnie ostatnie przygotowania do soboru, na którym dostojnicy kościelni zamierzali dyskutować między innymi o coraz poważniejszym zagrożeniu militarnym dla Europy ze strony Mongołów. Jako legat papieski 63-letni Jan di Piano Carpini wyruszył tego dnia na grzbiecie osła ze słynnym listem papieskim do wielkiego chana, znanym później pod nazwą Cum non solum. Za towarzysza miał brata Stefana z Czech. Ich droga wiodła najpierw przez Niemcy i Czechy. W Pradze Carpini i Stefan zostali przyjęci przez króla Wacława, tam też dołączył do nich kolejny czeski franciszkanin – brat Czesław. Carpini wraz z dwoma czeskimi zakonnymi dalej dotarli do Polski. Zatrzymali się we Wrocławia, gdzie miasto stało dla wyprawy właściwą bazą wypadową, dopiero tu nastąpiło odpowiednie wyekwipowanie jej uczestników. Carpini wcześniej przebywał w Polsce przez wiele lat, będąc prowincjałem tutejszego zakonu franciszkanów, nieźle znał język polski i przyjaźnił się z księciem Bolesławem Rogatką. Postanowił zabrać w dalszą podróż polskiego mnicha Benedykta Polak, którego poznał podczas pobytu w Polsce i z który mógłby teraz pełnić rolę przewodnika, sekretarza, tłumacza i eksperta w sprawach języka i obyczajów.
W listopadzie roku 1245 r., wyprawa wyruszyła spod wrocławskiego klasztoru franciszkanów (dzisiejszy plac biskupa Nankiera), kierując się najpierw Krakowa. Na Wawelu, podczas pobytu u Bolesława Wstydliwego papiescy posłowie spotkali się z goszczącym tam wówczas także księciem ruskim Wasylką Romanowiczem, który kontaktował się już z Mongołami i dzięki temu udzielił zakonnikom kilku cennych rad. Przede wszystkim przestrzegł ich, aby nie udawali się do Tatarów z pustymi rękami, gdyż według jego wiedzy w imperium mongolskim panuje olbrzymia korupcja i tylko kosztownymi prezentami dla różnych dostojników będą mogli utorować sobie drogę do stolicy. Ponadto wysłał z franciszkanami aż do Kijowa jednego swojego sługę. Księżna Grzymisława wsparła materialnie papieską wyprawę do chana mongolskiego, ofiarowując cenne futra jako swój dar dla tego władcy. Później Carpini zakupił jeszcze inne futra bobrowe z przeznaczeniem na łapówki, które miał zamiar po drodze wręczać domagającym się tego urzędnikom mongolskim.

Obrazek
Zamek Królewski w Łęczycy obecnie Muzeum Ziemi Łęczyckiej, fot. Wikimedia Commons


Na Boże Narodzenie 1245 r. legacja dotarła do Łęczycy, gdzie na dworze Konrada mazowieckiego franciszkanie spotkali się z przewodnikami przybyłymi z Rusi, którzy przekazali im wiedzę i doświadczenia z kontaktów z Mongołami. Rusini dysponowali bowiem już sporym bagażem doświadczeń, związanych z próbami porozumienia się ze wschodnimi najeźdźcami. Ich rady były podobne do tych udzielonych przez księcia Wasylkę. Konrad mazowiecki również zaopatrzył zakonników w bogate dary, głownie futra bobrowe i borsucze, których część została przeznaczona dla wielkiego chana, a reszta miała im pomóc w uzyskaniu życzliwości mongolskich urzędników i dowódców wojskowych. Tak wyposażeni udali się na zamek w Czersku i przepłynęli Wisłę, korzystając z tamtejszej przeprawy promowej. Potem wraz z rusińskimi przewodnikami starym kupieckim szlakiem wyruszyli na południe ówczesnej Rusi, by stamtąd dotrzeć do Mongolii. Na ich drodze znalazły się kolejno następujące grody: Liw, Drohiczyn, Zawichost, Horodło, Włodzimierz Wołyński, Łuck i Daniłów. Nie była to łatwa droga, gdyż według wspomnień legata papieskiego jechali w śmiertelnej obawie przed Litwinami, którzy robili tu często niespodziewane najazdy .
W Daniłowie uczestnicy misji zapadli na ciężką chorobę, ale mimo to polecili swoim przewodnikom, aby ich wieźli na saniach, ponieważ sami nie mieli sił, aby utrzymać się w siodłach. Po drodze zobaczyli na własne oczy zniszczenia dokonane przez Mongołów: liczne miasta zostały doszczętnie spalone, a ich mieszkańcy – wymordowani. W wielu miejscach leżały olbrzymie stosy ludzkich kości. W ten sposób przy ogromnym mrozie i wielkim śniegu udało im się pod koniec stycznia 1246 r. dotrzeć do Kijowa – miasta zdewastowanego niedawnym najazdem i w tym czasie uzależnionego od Mongołów. Tam, zgodnie z tym co poradził im w Polsce książę Wasylko, wymienili swoje konie europejskie na wytrzymalsze konie mongolskie, które były w stanie przeżyć podróż zimą przez środkowoazjatyckie stepy, gdyż nie potrzebowały obroku zadowalając się wyłącznie trawą, którą same wygrzebywały sobie pod śniegiem.


Podróż w stronę stepów

Posłowie opuścili Kijów 3 lutego 1246 roku i po 20 dniach dotarli do Kaniowa będącego już pod bezpośrednimi rządami Tatarów. Tam wycofał się z dalszej podróży brat Stefan. Podążając dalej na południe wkroczyli do kraju Kumanów i znaleźli się w pobliżu mongolskiego obozu wojskowego w okolicach Kachówki około 90 km od ujścia Dniepru do Morza Czarnego. Liczba uczestników wyprawy malała w tym czasie z dnia na dzień, gdyż stopniowo opuszczali franciszkanów Rusini, pełniący rolę przewodników. Następnie zakonnicy przez kilka dni przeprawiali się przez częściowo skutą lodem rzekę Dniepr. Zaraz potem spotkali patrolujący rejon wojowników mongolskich którzy uznali ich za szpiegów. Jednak wszystko zakończyło się szczęśliwie – podróżnicy otrzymali wojskową eskortę i skierowano ich w rejon Astrachania, gdzie przebywał Batu-chan, dowódca ordy liczącej 60 000 wojowników i namiestnik wielkiego chana. Brzegiem Morza Azowskiego i przez stepy Kumanii mnisi dotarli do delty Wołgi. W Saraju będącym stolicą Złotej Ordy zastali 4 kwietnia potężną armię, która wcześniej najeżdżała Bułgarię, Węgry, Ruś i Polskę Jednak uzyskanie audiencji u Batu-chana nie było sprawą prostą, ponieważ zakonnicy musieli tzw. próbę ognię. Jak później wspominał Jan z Grabowej Doliny:

„(…) Powiedziano nam, że powinniśmy przejść między dwoma ogniami. Tego żadną miarą nie chcieliśmy uczynić. Lecz powiedzieli nam: Idźcie spokojnie, ponieważ nie każemy wam przechodzić z innego powodu między tymi dwoma ogniami, jak tylko dlatego, ażeby jeżeli coś złego knujecie w myślach przeciw naszemu panu albo jeżeli niesiecie truciznę, ogień mógł usunąć wszelkie zło. Odpowiedzieliśmy im: Dlatego przejdziemy, abyśmy nie byli podejrzani o takie sprawy.”[1]
Batu-chan przyjął od zakonników przywiezione z Polski kosztowne dary w postaci skór bobrowych i borsuczych, a następnie pozwolił im na kontynuowanie podróży w głąb Azji. Jednak nakazał franciszkanom, by pozostawiali konie i służebnych, których mieli ze sobą. W Saraju zostali także bracia Czesław i C. de Bridża. W dalszą podrożyć mieli wyruszyć tyko legat papieski Jan di Piano Carpini oraz jego sekretarz Benedykt Polak. Otrzymali oni odpowiedni firman gwarantujący im opiekę chana, świeże konie i tłumaczy na język ruski.


Podróż przez Azję Centralną

W Wielkanoc 8 kwietnia 1226 roku rozpoczęła się najbardziej wyczerpująca część podróży. Trzy i pół miesiąca zajęło posłom dotarcie do Karakorum, ówczesnej stolicy chanów mongolskich. Najpierw na północ od Astrachania przeprawili się przez Wołgę. Jechali teraz całymi dniami, a niekiedy także nocą, pod eskortą przydzielonych im ordyńców. W ciągu 106 dni przebyli około 5 tysięcy kilometrów.
Benedykt został pierwszym polskim podróżnikiem, który przekroczył, a raczej przepłynął granicę innego kontynentu. Średniowieczni geografowie uważali, że granica Europy i Azji przebiega wzdłuż Wołgi. Kierując się dzisiejszymi umownymi ustaleniami, przyjmuje się, że stanowi ją rzeka Ural, która wówczas nosiła nazwę Jaik. Z notatek prowadzonych przez mnicha Benedykta wynika, że przeprawili się przez nią w kwietniu 1246 roku. Chociaż podróżnicy bardzo dokładnie opisali swą azjatycką trasę, jest ona dziś dość trudna do precyzyjnego odtworzenia ze względu na zmiany w nazewnictwie geograficznym, jakie zaszły w następnych wiekach, w których miały miejsce liczne przemieszczenia ludów, zwłaszcza koczowniczych plemion.

Obrazek
Stepy w zachodnim Kazachstanie, fot. wikimedia commions


Najczęściej przyjmuje się, że Carpini i Benedykt Polak jechali przez obszary dzisiejszego Kazachstanu, którego europejska część sięga niemal do Wołgi. Poruszali się wówczas przez Wielki Step ze średnią prędkością około 20 km na dobę, wliczając w to jednak liczne postoje, w tym najdłuższy, czteromiesięczny na dworze Gujuka. Natomiast w niektórych miejscach na Wielkim Stepie, gdy zmieniali zmęczone konie na wypoczęte nawet -57 razy dziennie, prawdopodobnie przemierzali ponad 100 kilometrów na dobę. Gdyby nie użycie takich właśnie regularnie zmienianych wierzchowców znajdujących się w dyspozycji doskonale działającej poczty mongolskiej, podróż zajęłaby wielokrotnie więcej czasu, a najprawdopodobniej nie byłaby w ogóle możliwa.
Ich dalsza droga wiodła nad Morze Kaspijskie i Jezioro Aralskie. a następnie kierowali się wzdłuż rzeki Syr-daria. Franciszkanie zauważyli, że Mongołowie nazywani w Europie Tatarami nie byli jednolitym narodem. Poza Mongołami właściwych w skład imperium wchodziło wiele innych ludów o różnej religii, językach i obyczajach. Docierając do granicy Białej Ordy, wkroczyli do ziemi Bisurmanów (muzułmanów). W swoich relacjach podróżnicy wymieniają położone nad brzegami tej rzeki miasto Yangikent (Jankink), oraz nieco dalsze miasta – Ornas (Orpar) i Barchin, które były zamieszkane przez turkijskich muzułmanów. Przed inwazją mongolska te ziemie należały do Imperium Chorezmu.


W kierunku Mongolii

Wyprawa z Ornas skierowała się na wschód wkraczając do kraju Karakijatów podbitych przez Mongołów, jednak przedtem mieli ciekawą i bogatą historię. Byli koczowniczym ludem wywodzącym się z Mandżurii, który w X wieku w wyniku udanej inwazji Chiny, ustanowił cesarską dynastię Lao. Jednak państwo przetrwało do 1124 roku, gdy zostało podbite przez inny koczowniczy lud Dżurdżenów. Karakitajowie poddali się, a przedstawicieli dawniej dynastii przetrwali Karakitaju i byli niezależni, aż do pojawienia się Mongołów. Po drodze Jan i Benedykt przekazywali kolejne łapówki mongolskich strażników w postaci futer. Tempo podroży narzucone przez eskortę mongolską była bardzo dla nich wyczerpująca. Zakonnicy minęli lekko zasolone jezioro Bałchasz, a następnie na przełomie maja i czerwca przemierzali góry Tarbagataj, piaszczystą pustynię Gurbantünggüt położoną w środkowej części Kotliny Dżungarskiej. Wędrując dalej dotarli 28 czerwca nad brzeg rzeki Irtysz w pobliżu Ałtaju, czyli znaleźli się na granicy ułusu wielkiego chana.
Po wkroczeniu do kraju Najmanów Benedykt zaproponował, aby przez góry przejechać konno, ale nie pozwolili na to Mongołowie, którzy uważali, że stoki są zbyt strome i niebezpieczne. Dlatego zmuszeni byli przeprawiać się przez Ałtaj Mongolski pieszo. Najmanowie w przeciwieństwie do tengryjskich Mongołów, czy turkijskich muzułmańskich, Najmanowie byli wyznawcami buddyzmu lub nestorianizmu – jednego z odłamów chrześcijaństwa. Podczas tej długiej wyprawy, zmęczeni mnisi z trudem utrzymywali się w siodłach, gdyż jechali od rana do nocy, a na olbrzymich bezludnych obszarach odżywiali się niemal wyłącznie prosem z solą.


Dotarcie do Karakorum

22 lipca 1246 roku posłowie dotarli wreszcie do letniej siedziby chana – Syra Ordy nad rzeką Ochron na południe od miasta Karakorum. Franciszkanie musieli czekać na audiencję, gdyż nieopodal odbywał się akurat wtedy wielki kurułtaj, czyli wybieranie wielkiego chana. Od śmierci Ugedeja trwało bowiem bezkrólewie.

Obrazek
Stupy w murze klasztoru Erdenedzuu chijd, fot. discovery-tours.com


Nowym władcą został wybrany Gujuk, najstarszy syn zmarłego władcy. Najpoważniejszym konkurentem do tronu był jeden z braci stryjecznych Gujuka – Batu. Carpini i Benedykt byli w tym czasie źle traktowani i omal nie umarli z głodu. W tak trudnych warunkach wyciągnął do nich pomocną dłoń ruski złotnik Kuźma, który potajemnie dostarczał im jedzenie, a potem dzięki niemu zostali odesłani do znajdującego się obok pałacu matki Gujuka Töregene-katun, która przez ostanie pięć lat sprawowała samodzielne rządy jako regentka imperium mongolskiego. Na dworze Gujuk-chana franciszkanie przebywali, aż cztery miesiące. Dzięki temu udało im się porozumieć i nawiązać kontakty z przybyłymi na intronizację licznymi poselstwami, m.in. z Kalifatu Bagdadzkiego, Sułtanatu Delhijskiego, Gruzji, Korei (królestwa Goryeo) i Chin. Było tam łącznie około 3 do 4 tysięcy wysłanników z niemal całej Azji. Wszyscy oni przywieźli ze sobą zwyczajowe dary dla nowego wielkiego chana, a ci z podbitych krajów – dodatkowo jeszcze daniny.
Intronizacja miała miejsce 24 sierpnia w Tumen Amgalant – Pałacu Dziesięciu Tysięcy Lat, zwanym także Żółtym Pawilonem. Uroczystość odbyła się w innym miejscu niż zgodnie zwyczajem i trwała tydzień. Carpini i Benedykt brali w niej udział i potem w swoich sprawozdaniach w zachwycie pisali o wielkim przepychu, o wielonarodowym charakterze dworu chana, o odbywających się tam wspaniałych ucztach i zabawach. Widzieli nieprawdopodobne bogactwa, m.in. około 500 zaprzężonych w konie i muły wozów wypełnionych po brzegi złotem, srebrem, kamieniami szlachetnymi, perłami, jedwabiem, złotogłowiem, drogocennymi skórami i futrami. Przypominający olbrzymi namiot pałac wielkiego chana mieścił aż 2000 osób, nakryty był białym jedwabnym złotogłowiem, a słupy, na których się wspierał, zostały obite zostały złotą blachą, przytwierdzoną również złotymi gwoździami. Tron władcy był misternie wyrzeźbiony z kości słoniowej. Gujuk podzielił się otrzymanymi kosztownościami ze swoimi krewnymi oraz z najwyższymi dostojnikami imperium mongolskiego.
Cesarz Gujuk (jak go tytułowali Carpini i Benedykt), według ich późniejszych opisów mógł mieć czterdzieści lub czterdzieści pięć lat albo i więcej. Był średniego wzrostu, bardzo roztropny, niezmiernie przebiegły, bardzo poważny i dostojny w zachowaniu. Przez cały okres pobytu w Karakorum mnisi znajdowali się pod czujną strażą mongolskich wojowników. Podczas uroczystości koronacyjnych byli po raz pierwszy przyjęci przez Gujuka, a dopiero 11 listopada zaproszono ich na drugą audiencję.

Obrazek
Miniatura z XIV wiecznego manuskryptu przedstawiająca prawdopodobnie Benedykta Polak i Jana da Pian del Carpiniego, pochodzi z zbiorów biblioteki narodowej w Paryżu, źródło: .benedyktpolak.org


Wielki chan okazał wielką życzliwość przybyłym franciszkanom, przyjął złożone mu dość skromne dary w postaci niewielu pozostałych skór bobrowych i borsuczych. Na początku życzliwy władca nakazał zgodnie z ceremoniałem odczytać list papieski, a także pozwolił też przybyłym mnichom wygłosić mowy misyjne. Po wysłuchaniu listu zmienił swój ton. Odmówił papieskiej propozycji przejście na chrześcijaństwa. Butny władca zagroził zniszczenie Europy, jeśli ile papież na czele wszystkich władców Europy, nie odda osobiście mu oni hołdu. W zamian za to oferował im pokój i nieagresję ze swojej strony. 13 listopada 1246 roku posłowie dostali list napisany w czterech językach po mongolsku, persku, turecku i łacinie. Pismo pełne było gróźb i propozycji poddania się pod opiekę Mongołów. Gujuk w tym liście ogłosił siebie cesarzem wszystkim wierzących. Wyraził też oburzenie, że ludzie Zachodu uznają swoją religię za jedyną prawdziwą, a innowiercami gardzą, gdyż według niego nie wiadomo, kogo Bóg obdarza swoją łaską. Jeszcze tego samego dnia, po otrzymaniu zezwolenia na powrót, posłowie wyruszyli w drogę powrotną.


Powrót do Europy

Carpini i Benedykt wracali 1 rok i 5 dni. Narzekali na trudy podróży przebiegającej podczas strasznej zimy. Niejednokrotnie musieli spać na stepie bezpośrednio na ziemi, w zagłębieniach terenu lub w zaspach śnieżnych. Nierzadko budzili się rano całkowicie przykryci śniegiem, który nocą został na nich nawiany przez silny wiatr. Azjatyckie mrozy przetrwali owijając się szczelnie bandażami. Na Wielkim Stepie znów żywili się tylko prosem, a pili wyłącznie wodę uzyskaną z roztopionego śniegu i podgrzaną w kotle nad ogniskiem. Chociaż jechali pośpiesznie, to jednak udało się im dokonać wielu cennych obserwacji ziem podbitych przez Mongołów. Cały czas pilnie sporządzali kroniki oraz opisy przebytych krain i spotkanych ludzi. Ze zdumieniem zauważyli, że Mongołowie nie jedzą chleba ani warzyw, aniowoców, ani roślin strączkowych, ani niczego innego niż mięso.

„(…) Jeżeli mają mleko klaczy, piją je w ogromnej ilości. Piją również mleko owcze, kozie a nawet wielbłądzie. (…) Latem natomiast, ponieważ mają pod dostatkiem mleka klaczy rzadko jedzą mięso.(…) Owi Tatarzy są ogólnie rzecz biorąc średniego wzrostu i dość szczupli z powodu (picia) kobylego mleka. (…) Twarze mają szerokie, policzki wystające. (…) O szatach ich należy wiedzieć, że mężczyźni i kobiety noszą jednakowe szaty. (…) Dzieci ich, skoro tylko ukończą dwa lub trzy lata, zaczynają jeździć konno, kierują końmi galopują na nich, są one bardzo zręczne a także odważne. (…) Domy ich zwą się namiotami i są okrągłe, wykonane z gałęzi i słupów. U góry mają okrągłe okno ze względu na dym, dach i wejście są z wojłoku. Różnią się jednak co do wielkości i mogą być ruchome..”[2]
Zakonnicy widzieli, jak Mongołowie bardzo dbają o przepowiednie, wróżby z lotów ptaków, czary i zaklęcia, jak wierni swoim zwyczajom dzielą się jedzeniem z przodkami oraz z Matką Ziemią i z Wiecznym Niebem. Usłyszeli też opowieści o tym, że groby wielkich chanów są starannie ukrywane, tak aby nikt nie mógł ich już nigdy znaleźć – zmarłego chowa się na obszarze bezludnym w naturalnym zagłębieniu terenu, przy czym starannie zasypuje się to miejsce i zakrywa je trawą. Jedynie Ugedej nakazał w testamencie zasadzenie na swojej mogile krzewu, który miał czuwać nad pokojem jego duszy. Papiescy wysłannicy zachwycali się też bitnością i organizacją mongolskiego wojska. Tak je opisywali:

„(…) przywdziewają złotogłowy i jedwabie, futra soboli i gronostajów. Zbroja jest piękna, znakomita, zrobiona ze skór bawolich. Bronią ich są miecze i maczugi ale – przede wszystkim – łuki. Są doskonałymi wojownikami i mogą zdziałać więcej niż inni bo, gdy zajdzie potrzeba, to mogą i miesiąc nie jeść, a ich konie postępują naprzód zadowalając się tylko trawą. Nie masz na świecie wojska bardziej wytrzymałego na trud i znoje, bitniejszego i tańszego, mają doskonałą organizację wojskową a sprawiedliwość u nich jest prosta i szybka. Za zabójstwo nie masz przebaczenia. Za nieposłuszeństwo, za rabunek – śmierć. Przecinają go mieczem na pół lub dostaje kije, gdy zrabował niewielką rzecz.”[3]
W maju 1247 roku franciszkanie dotarli nad Wołgę i spotkali tam czekających na nich współbraci. Podczas rocznego przymusowego pobytu w Saraju C. de Bridia najprawdopodobniej nauczył się języka mongolskiego i zdobył wiele cennych informacji na temat strategii i taktyki najazdów na Europę. Do Kijowa zakonnicy dotarli 10 czerwca. Ludność tego miasta wyszła im na spotkanie, a obecny tam wtedy książę Wasylko Romanowicz wyprawił ucztę na cześć papieskich posłów.
W lipcu podróżnicy byli już w Polsce, ale okazało się, że tutaj po 19 miesiącach prawie nikt już na nich nie czekał, ponieważ stracono dawno nadzieję, że jeszcze żyją. Kiedy jednak rozeszła się wiadomość o ich powrocie, zostali powitani jak bohaterowie. Mnisi wysłani przez ojca świętego do Tatarów, powracali bowiem mając przy sobie list, który władca mongolski skierował do papieża. Całe miasta wychodziły im naprzeciw, przyjmowano ich z honorami najpierw w Polsce, a później także na innych największych europejskich dworach, urządzano na ich cześć przyjęcia, proszono o opowieści, które często spisywano. Mnisi wędrując przez Niemcy dotarli do Renu, który przepłynęli promem, a 18 listopada 1247 roku dotarli do Lyonu. Przywitano franciszkanów jak ludzi cudem powracających z innego świata. Zakonnicy zdali papieżowi swe relacje, opowiedzieli wrażenia z podróży, wręczyli mu list od Gujuk-chana oraz notatki i opisy, które sami sporządzili.


Znaczenie papieskiej misji

W powszechnej opinii podróż taka była czymś całkowicie niezwykłym, bardzo niebezpiecznym, a mogli ją podjąć tylko ludzie wielkiej odwagi, wiedzy, kompetencji i wszelkich innych talentów niezbędnych do przeżycia w najtrudniejszych warunkach i sytuacjach. Mimo, że nie udało się nawrócić Gujuk-chana na chrześcijaństwo to ta wyprawa zakończyła sukcesem i miała ogromne znaczenie

Obrazek
Trasa wyprawy i powrotu Carpiniego i Benedykta, źródło:: old.franciszkanie.pl


Była to pierwsza europejska ekspedycja w głąb Azji. Bez jakichkolwiek map, bez podstawowych informacji członkowie wyprawy przebyli około 19 tys. km, z czego około 9 tys. km z Lyonu do Syr-Ordy i około 10 tys. km z powrotem. Podróż ta rozwiała wiele uprzedzeń. Upewniono się, że Tatarzy to lud okrutny, ale nie bez moralności. Franciszkanie wyraźnie docenili tamtejszą uczciwość i czystość rodzinną, ochronę życia kobiet i dzieci pokonanych wrogów oraz tolerancję religijną. Charakterystyczną cechą Mongołów był ich szacunek do posłów, na których nigdy nie napadano, lecz przeciwnie – raczej im pomagano w wypełnieniu misji. Dzięki wyprawie i sporządzonym przez mnichom notatkom udało się poznać kulturę, religie i obyczaje panujące w wielkim imperium mongolskim, taktykę ich i wojsk, a także dokonać cennych odkryć geograficznych zapełniając białe plamy na europejskich mapach. To też zapoczątkowało relacje dyplomatyczne i handlowe, pomiędzy zachodem, a wschodem.
Ta mało znana, ale znacząca wyprawa franciszkanów, co ciekawe odbyła się 7 lat przed narodzinami dużo słynniejszego podróżnika Marco Polo. Relacja Carpiniego i Benedykta Polaka o ogromnej doniosłości naukowej, autentyczności relacji i uprzytomnienia współczesnym rozległości krain jest uważana za jeden ze słupów milowych historii i geografii światowej. Autorytety w dziedzinie historii geografii oceniają podróż, w której wziął udział Benedykt, jako pierwszą i jedną z najważniejszych średniowiecznych wypraw Europejczyków do Azji. Mimo to jest wciąż niedoceniania. Aż do drugiej połowy XIX stulecia misja dwóch franciszkanów pozostawała niemal całkowicie zapomniana i nawet obecnie jest prawie nieznana. W ostatnich latach zaczyna się to zmieniać, choć nadal obce źródła, szczególnie włoskie mówią wyłącznie o osiągnięciach Carpiniego, nie wspominając ani o słowa udziale Benedykta, ani o szczególnej roli, jaką w genezie i realizacji wyprawy odegrała Polska i Polacy.

Obrazek
Tablica ku czci Benedykta Polaka na kościele św. Wincentego we Wrocławiu, fot. Wikimedia Commons


Benedykt Polak nadal pozostaje postacią mniej znaną niż Marco Polo, mimo że „Historia Tartarorum” spisana przez Benedykta jest uznawana przez historyków za bardziej rzetelną niż „Opisanie świata”. To dzieła naszego rodaka otwarły nowy rozdział nauk filologicznych oraz kulturoznawczych, znacznie przyczyniły się do poznania wnętrza Azji, a także stanowiły znakomite źródło informacji zarówno dla historyków, jak dla geografów i etnografów.

Autor: Jacek Czubacki

Literatura:
Ryszard Badowski: Odkrywanie świata – Polacy na sześciu kontynentach (pierwszy rozdział pt.: Mnich Benedykt w drodze do chana Mongołów), Wydawnictwo Pascal, 2001;
Benedykt Polak. Z Europy do Azji przez Kazachstan (1245–1247), Oficyna Olszynka, 2008
Benedykt Polak. Z Europy do Azji przez Kazachstan (1245–1247), Oficyna Olszynka, 2008
Robert Szyjanowski: „Wyprawa śladami Benedykta Polaka”, („Wrocławskie Studia Wschodnie”), Ośrodek Badań Wschodnich Uniwersytetu Wrocławskiego i Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Rocznik 9, 2005;
Benedykt Polak, Sprawozdanie, w: Spotkanie dwóch światów. Stolica Apostolska a świat mongolski w połowie XIII wieku. Relacje powstałe w związku z misją Jana di Piano Carpiniego do Mongołów, pod red. Jerzego Strzelczyka, Poznań 1993, s. 224–233.
Przypisy:
[1][2][3] Relacje franciszkanów z http://www.benedyktpolak.orgRelacje franciszkanów z http://www.benedyktpolak.org


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 02 sie 2017, 19:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kopalniawiedzy.pl/Hranicka-Propa ... wski,25278

Polak odkrył najgłębszą na świecie zalaną jaskinię
3 października 2016, 11:38 | Nauki przyrodnicze

Grupa pracująca pod kierunkiem Krzysztofa Starnawskiego odkryła najgłębszą na świecie zalaną jaskinię. Znajduje się ona w pobliżu czeskiego miasta Hranice i liczy sobie co najmniej 404 metry głębokości.
Hranicka Propast znana jest od dziesięcioleci, jednak nurkowie eksplorowali dotychczas jej górne części. Starnawski zdecydował się zejść niżej i dotarł na głębokość 200 metrów, do skalnego zwężenia. Wiedział, że ono tam będzie, gdyż w ubiegłym roku przepłynął przez zwężenie i wybrał się na głębokość 265 metrów. Musiał jednak później spędzić 6 godzin w kabinie dekompresyjnej, więc uznał, że dalsza eksploracja wymaga pomocy robota. zatem tym razem nie przepływał przez zwężenie, a wysłał robota, który przepłynął kolejnych 200 metrów w dół. To maksymalna długość kabla, który pozwala na operowanie robotem.
Dzięki Starnawskiemu wiemy, że Hranicka Propast ma co najmniej 404 metry głębokości. Nie wiadomo, jaka jest jej rzeczywista głębokość, gdyż robot nie dotarł do dna. Wiemy jednak, że Hranicka Propast jest najgłębszą zalaną jaskinią, a od dotychczasowej rekordzistki, włoskiej Pozzo del Merro, jest głębsza o co najmniej 12 metrów.

Autor: Mariusz Błoński

Źródło: PhysOrg
http://phys.org


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 18 sie 2017, 15:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.urania.edu.pl/wiadomosci/odk ... -3502.html

Odkrycie gwiazdy zmiennej typu Delta Scuti przez polskiego miłośnika astronomii
Wysłane przez tuznik w 2017-08-16 11:36

Obrazek

W nocy z 1 na 2 sierpnia 2017 roku Gabriel Murawski (20 letni miłośnik astronomii z PTMA Białystok) przeprowadził fotometryczne obserwacje gwiazdy HD 5843 leżącej w konstelacji Ryb. Okazało się, że to nowa gwiazda zmienna!

Gabriel Murawski przeprowadził obserwacje przy pomocy kamery ASI178MM-c, obiektywu Canon FD 300mm f/2.8L i montażu paralaktycznego EQ5. Około godziny 00:15 rozpoczął zbieranie materiału, kończąc o 02:00. W tym czasie zebrał 1300 klatek, które posłużyły do oceny jasności gwiazd znajdujących się w kadrze. Cel HD 5843 został wybrany nieprzypadkowo. Gabriel Murawski na podstawie archiwalnych obserwacji przez sondę Kepler (w trakcie misji K2) podejrzewał, że gwiazda może wykazywać zmienność.

Utrata dwóch kół kalibrujących pozycję sondy spowodowała, że pomiary są pełne błędów i nie mogą stanowić jako bezpośredni dowód zmienności gwiazd zmiennych. Aby sprawdzić czy obiekt faktycznie zmienia jasność, Gabriel przeprowadził jej dodatkowe obserwacje. Rejestrację HD 5843 wykonał przy pomocy filtra fotometrycznego V, który umożliwia porównanie z archiwalnymi obserwacjami.

W okolicy 2457967,468 (data Juliańska) zarejestrował minimum blasku, które zgadza się z przewidywaniami według danych z K2 (kampania C8). Korzystając z periodogramu określił okres 0.07902951 dni (113.8 minut), a wyznaczona epoka maksimum to HJD=2457405.2882. Gwiazda ma obecnie około 8.025-8.045 magnitudo, więc zakres zmienności jest niewielki (amplituda zaledwie 0.02 mag).

Tak mała różnica jest niezauważalna przez ludzkie oko, co pokazuje trudność w detekcji tego obiektu. Złapanie takiej zmiany blasku stanowi wyzwanie, gdyż jest to nieco trudniejszy cel niż tranzyt planety pozasłonecznej HD 189733 b (7.67 mag i spadek 0.028 mag, przy czym spadek jasności jest tam bardziej gwałtowny). Ze względu na typ widmowy A5 i dość krótki okres, gwiazda zmienna należy do typu DSCT (Delta Scuti).

To pulsujące gwiazdy zmienne, które są również wykorzystywane jako świece standardowe do wyznaczania odległości we Wszechświecie. Astronom amator posiadając własne obserwacje mógł skorzystać z archiwalnych danych (K2, HIPPARCOS oraz ASAS), na podstawie których wspomógł swoją rejestrację w celu potwierdzenia lub wykluczenia sygnału zmian blasku.

I w ten sposób stwierdził, że HD 5843 faktycznie wykazuje zmienność typu DSCT. Kilka dni temu AAVSO (ang. American Association of Variable Star Observers), czyli organizacja zrzeszająca obserwatorów gwiazd zmiennych nie tylko z Polski, ale i z całego świata, potwierdziła ostatecznie odkrycie i tym samym Gabriel Murawski stał się jej oficjalnym odkrywcą.

Gratulujemy młodemu astronomowi amatorowi odkrycia, życzymy dalszych sukcesów!

Opracował:
Adam Tużnik

Odcinek Astronarium nr.10 "Gwiazdy zmienne" do obejrzenia na YouTube:
https://www.youtube.com/embed/-MblryduP-E



Więcej informacji:
HD 5843- oficjalna publikacja na temat odkrycia
https://www.aavso.org/vsx/index.php?vie ... oid=512940

Na ilustracji:
Krzywa jasności dla głównego okresu według danych Keplera. Źródło: HIPPARCOS, ASAS/Gabriel Murawski (kod AAVSO: MGAB).


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 05 wrz 2017, 09:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wmeritum.pl/niesamowity-wyczyn-7 ... deo/198796

Niesamowity wyczyn 70-letniego Polaka. Właśnie po raz trzeci przepłynął ocean… kajakiem [WIDEO]
Opublikowano: 04 Wrz 2017

Obrazek

110 dób bez 2 minut – tyle trwała Trzecia transatlantycka wyprawa kajakowa Aleksandra Doby – czytamy na Facebooku polskiego podróżnika. Właśnie zakończył swoją wyprawę i po raz 3 przepłynął Ocean Atlantycki. Osiągnięcie imponuje tym bardziej, że w czerwcu 2016 roku po wypadku, podróżnik musiał przerwać wyprawę. Jednak po prawie roku powrócił i zrealizował cel.
3 września polski podróżnik Aleksander Doba zakończył swoją wyprawę kajakową przez Ocean Atlantycki. Ekstremalny wyczyn wzbudza podziw tym bardziej, że pan Aleksander 6 września będzie obchodził swoje 71. urodziny.
„To był niezwykle emocjonujący i trudny do przewidzenia finał podróży. Warunki pogodowe, silne prądy i wiatry spychające na skaliste wyspy, nie pomagały Olkowi w dotarciu do wybranego celu, którym był – po rozsądnej decyzji o rezygnacji z Lizbony- najpierw Le Havre, a potem Brest. Najważniejsze jednak osiągnął – PO RAZ TRZECI PRZEPŁYNĄŁ ATLANTYK!” – czytamy na profilu Aleksandra Doby.
Trzecia wyprawa przebiegała wyjątkowo burzliwie. Jeszcze w czerwcu 2016 roku w komunikacie prasowym Piotr Chmieliński poinformował, że III wyprawa Transatlantycka została zakończona. Wszystko przez poważny wypadek do którego doszło na wodach oceanu.
Jednak Aleksander Doba nie poddał się i powrócił po niespełna roku przerwy, żeby kontynuować wyprawę. 7 maja 2017 roku wyruszył z zatoki Sandy Hook w Nowym Jorku. Po kilku miesiącach cel udało się zrealizować i 2 września podróżnik dotarł już do Le Conquet, gdzie następnego dnia zakończył swoją wyprawę. Szczegółowy opis wyprawy można znaleźć na blogu podróżnika, pod tym adresem: Trzecia Wyprawa Transatlantycka.
http://www.aleksanderdoba.pl/wyprawy/tr ... tlantycka/

https://www.youtube.com/embed/3YHy5LUo5Xc
https://www.youtube.com/embed/ixmnf7_JVys

Aleksander Doba przepłynął Ocean Atlantycki po raz trzeci. Jednak to nie jedyny wyczyn na koncie polskiego podróżnika. Wśród licznych osiągnięć warto wymienić choćby kilka:
– Jako pierwszy kajakarz przepłynął całą Wisłę,
– Przepłynął Polskę po przekątnej: od Przemyśla, aż do Świnoujścia. Przedsięwzięcie zajęło mu 13 dni,
– Samotnie opłynął jezioro Bajkał, pokonując 1954 km w ciągu 41 dni.

Źródło: Facebook, aleksanderdoba.pl, YouTube,
Fot.: youtube.com/Aleksander Doba Screen


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 16 wrz 2017, 08:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kopalniawiedzy.pl/fale-spinowe-informacja,27036

Fale spinowe nowym rodzajem nośnika informacji?
14 września 2017, 13:45 | Technologia

Obrazek

Jak zaspokoić rosnące zapotrzebowanie na urządzenia zapisujące i przesyłające coraz większe ilości danych? Naukowcy z Instytutu Fizyki PAN proponują, aby jako nośnik danych wykorzystać tzw. fale spinowe. O rozpoczynającym się projekcie opowiada PAP jego kierowniczka - dr Ewelina Milińska.
Do przenoszenia i zapisu informacji wykorzystujemy obecnie przede wszystkim osiągnięcia elektroniki - która do przechowywania danych wykorzystuje ładunek elektronu. Z kolei w innej dziedzinie - spintronice - do wykonania tych samych zadań bada się możliwości wykorzystania spinu, czyli kolejnej fundamentalnej właściwości elektronu.
Naukowcy z Instytutu Fizyki PAN proponują jeszcze inne rozwiązanie: nośnikiem danych mogą być tzw. fale spinowe. Prace nad materiałami, które pozwolą na takie ich wykorzystanie, rozpoczęła dr Ewelina Milińska z Instytutu Fizyki PAN.
Czymże jest jednak tajemniczo brzmiąca fala spinowa? Jak sama nazwa wskazuje, związana jest ona ze spinem - czyli właściwością opisującą w dużym uproszczeniu ruch cząstek elementarnych (w tym elektronów) wokół własnej osi. To właśnie kierunki spinów elektronów składają się na moment magnetyczny atomów i decydują o całkowitym namagnesowaniu danego materiału. Naukowcy z IF PAN w swojej pracy wykorzystują możliwość wzbudzenia drgań spinów.
Wyobraźmy sobie materiał magnetyczny, w którym wszystkie spiny są jednakowo ukierunkowane - tłumaczy w rozmowie z PAP dr Milińska. - Jeśli odchylę jeden spin, to będzie próbował on wrócić do swojego punktu równowagi. Jednak jego ruch wychwyci już spin sąsiedniego elektronu - i on również się wychyli - opowiada. Przez wzajemne oddziaływanie między spinami to wychylenie - czyli zaburzone lokalnie namagnesowanie - będzie się rozchodziło w materiale, przyjmując formę fali. To właśnie nazywamy falą spinową.
Jeśli będziemy w stanie kontrolować rozchodzenie się fal spinowych w materiale - wpływać np. na ich szybkość czy amplitudę - to w parametrach fali spinowej możemy zapisać jakieś informacje - podkreśla dr Milińska.
Właściwość ta czyni kontrolę nad falami spinowymi atrakcyjnym celem dla technologii informacyjno-komunikacyjnych: fale spinowe są falami krótkimi (z długością fali od kilkudziesięciu do kilkuset nanometrów) i o częstotliwości w zakresie giga- oraz teraherców, co umożliwia projektowanie zminiaturyzowanych urządzeń, których jedna operacja wykonana będzie w czasie krótszym od 1 nanosekundy.
Urządzenia opierające swoje działanie na tych zjawiskach nie tylko powinny pracować szybciej i wydajniej, ale i mogą rozwiązać problem miniaturyzacji, na który napotykamy dzisiaj przy półprzewodnikach - mówi dr Milińska. - Dodatkowo, przy zjawiskach falowych nie mamy transportu ładunku, a w związku z tym eliminowany jest problem ciepła generowanego podczas pracy urządzenia. Naszym celem jest kontrolowanie tych oddziaływań wzbudzanych w materiale magnetycznym, co poza dużym potencjałem aplikacyjnym, jest też ciekawym zagadnieniem naukowym - dodaje fizyczka.
Nie jesteśmy jednak w stanie bezpośrednio kontrolować poszczególnych spinów - manipulacja parametrami fali spinowej musi się więc odbywać przez dobór odpowiedniego medium, w którym będzie się ona rozchodzić.
Tak więc, choć nowa dziedzina badań zajmująca się zjawiskami związanymi z falami spinowymi - magnonika - rozwija się szybko, do dalszych postępów niezbędne jest stworzenie nowych materiałów, wykorzystujących otwierane przez nią możliwości.
Poszukiwaniami optymalnego materiału do kontrolowania fali spinowej zajmie się dr Milińska i jej współpracownicy w ramach projektu, na który uzyskała finansowanie w ramach konkursu grantowego POWROTY Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.
Naukowcy planują stworzyć tzw. kryształ magnoniczny - czyli materiał magnetyczny o przestrzennie, periodycznie zmieniających się właściwościach. Stworzone w warunkach laboratoryjnych kryształy, tzw. metamateriały, mogą mieć wyjątkowe właściwości, niewystępujące w przyrodzie; w praktyce stwarza to możliwość pośredniej manipulacji falami spinowymi.
Jeżeli wzbudzę falę w jednorodnym materiale, to będzie się ona w nim rozchodziła z określoną częstotliwością i amplitudą - tłumaczy dr Milińska. - Jeśli jednak w tym samym materiale umieszczę barierę w postaci obszaru o zmienionych parametrach magnetycznych, to ta rozchodząca się fala będzie musiała ulec pewnej zmianie - dodaje. Periodycznie zmieniające się właściwości materiału mają pozwolić naukowcom uzyskać kontrolę nad parametrami wzbudzanej w krysztale fali spinowej.
Badania skoncentrowane będą na trzech grupach materiałów. Pierwszą będą heterostruktury kobalt/platyna - czyli nałożone na siebie warstwy tych pierwiastków. Taki układ będziemy następnie bombardować jonami - opowiada dr Milińska. - Za pomocą tego naświetlania chcemy stworzyć w materiale 'paski' lokalnie zmienionych parametrów magnetycznych. Ten właśnie magnetyczny wzór będzie modyfikować propagującą w nim falę spinową.
Materiały z drugiej grupy będą składały się z tych samych pierwiastków: kobaltu i platyny. Tym razem będą to jednak tzw. wielowarstwy - czyli kilkanaście lub kilkadziesiąt ultracienkich warstw, ułożonych jedna na drugiej. W wyniku różnego rodzaju oddziaływań w tych warstwach tworzy się tzw. paskowa struktura domenowa - czyli spontanicznie namagensowane obszary, w których występuje uporządkowanie momentów magnetycznych.
Prace naukowców dążą do uzyskania równoległego ułożenia pasków o namagnesowaniu wzajemnie prostopadłym. Taka struktura domenowa będzie mogła być łatwo zmieniona przez przyłożenie zewnętrznego pola magnetycznego, co znajdzie wyraz we właściwościach wzbudzonej w takim układzie fali spinowej.
Z kolei składnikami trzeciej grupy materiałów, którą będzie badać dr Milińska, będą kobalt oraz molibden: warstwa molibdenu będzie tutaj przedzielać dwie magnetyczne warstwy kobaltu. Za pomocą naświetlania naukowcy będą modulować oddziaływania właśnie pomiędzy warstwami magnetycznymi. Jest to zupełnie coś innego, ponieważ w tym przypadku kryształ magnoniczny, który powstaje, jest objętościowy - oddziaływania będą odbywać się między całymi warstwami magnetycznymi - mówi dr Milińska.
Obecnie najczęściej bada się jedno- lub dwuwymiarowe kryształy uzyskane przez strukturyzację w płaszczyźnie. Natomiast, jeśli w takim trójwymiarowym krysztale wzbudzimy fale, to - według naszych przewidywań - powinny się one zachowywać inaczej. Jeśli udałoby się nam kontrolować takie zmiany w objętościowym krysztale magnonicznym, byłoby to coś zupełnie wyjątkowego, co do tej pory było tylko przewidywaniem teoretycznym - podkreśla.
Dr Milińska chce również wykorzystać swoje badania do stworzenia sprawnego zespołu naukowego. Dzięki finansowaniu z FNP mamy dobre warunki pracy w nowej dziedzinie fizyki, w magnonice - stwierdza. W tym momencie zespół poszukuje osoby do pracy na stanowisku doktoranta. Projekt będzie realizowany w Instytucie Fizyki PAN we współpracy z prof. Andrzejem Wawro oraz grupami prof. Andrzeja Maziewskiego z Uniwersytetu w Białymstoku, prof. Macieja Krawczyka z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz dr Romana Bottgera z Helmholtz-Zentrum Dresden-Rossendorf (HZDR).

Autor: Katarzyna Florencka

Źródło: PAP - Nauka w Polsce
http://naukawpolsce.pap.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 12 paź 2017, 09:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://news.astronet.pl/index.php/2017/ ... esc-polek/

Dwie planetoidy nazwane na cześć Polek
Posted on 9 października 2017, 6:42 pm9 października 2017 by Redakcja AstroNETu 591 odsłon

Dwie planetoidy odkryte przez Polaków będą nosiły nazwy na cześć kobiet: zwyciężczyni olimpiady astronomicznej Zosi Kaczmarek oraz lekarki z Krakowa Marty Żołnowskiej – wynika z informacji opublikowanych przez Międzynarodową Unię Astronomiczną oraz Minor Planet Center.
Na niebie mamy od teraz planetoidę (486239) Zosiakaczmarek, wcześniej znaną jako 2013 BK16. Nazwa została nadana na cześć Zosi Kaczmarek, dwukrotnej laureatki Olimpiady Astronomicznej (w latach 2016 i 2017) oraz srebrnej medalistki 10. Międzynarodowej Olimpiady z Astronomii i Astrofizyki. Nazwa dla planetoidy była specjalną nagrodą za wygraną w polskiej olimpiadzie astronomicznej.
Planetoida 486239 Zosiakaczmarek została odkryta 13 grudnia 2012 r. przed dwóch Polaków: Michała Kusiaka i Michała Żołnowskiego. Obiekt krąży po orbicie w głównym pasie planetoid, w odległości 2,6 jednostki astronomicznej od Słońca (jedna jednostka astronomiczna to średnia odległość Ziemi od Słońca, czyli ok. 149 597 870 km). Okres orbitalny wynosi 4,2 roku, a szacowana średnica planetoidy to około 2 kilometry.
Druga z polskich planetoid również została odkryta przez Kusiaka i Żołnowskiego, 10 grudnia 2012 r. Międzynarodowa Unia Astronomiczna zaakceptowała dla niej propozycję nazwy na cześć żony jednego z odkrywców – Marta Żołnowska jest neurologiem dziecięcym w Krakowie i zajmuje się m.in. leczeniem pacjentów chorych na epilepsję oporną na leki.
Planetoida 2012 YX2 nosi teraz nazwę (486170) Zolnowska. Słońce okrąża co 4,05 roku po robicie odległej o 2,54 jednostki astronomicznej, w głównym pasie planetoid. Rozmiary obiektu to przypuszczalnie 2 kilometry.
To kolejne planetoidy z polskimi nazwami; wcześniej w tym gronie znalazły się m.in. planetoidy Iwanowska, Sierpc i LechMankiewicz.
W sumie naukowy zarejestrowali dotychczas w bazie Minor Planet Center dane obserwacyjne dla 740 tysięcy planetoid. Takie obiekty najpierw otrzymują oznaczenia prowizoryczne, a gdy orbita ciała jest już dobrze poznana, uzyskuje ono kolejny numer w katalogu. Zgodnie z najnowszym opublikowanym cyrkularzem MPC, liczba planetoid z nadanymi numerami przekroczyła pół miliona.
Numer 500 000. otrzymała planetoida oznaczona jako 2011 PM6, którą zidentyfikowano 4 sierpnia 2011 roku w ramach projektu Pan-STARRS. Planetoida ta obiega Słońce w głównym pasie planetoid pomiędzy orbitami Marsa i Jowisza. Jeden obieg wokół Słońca zajmuje jej niecałe 5,5 roku. Astronomowie szacują, że planetoida numer 500 000. ma średnicę około 2,5 kilometra.

Source : PAP - Nauka w Polsce
http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/ ... nazwy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 19 paź 2017, 15:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.deon.pl/po-godzinach/nauka-- ... macji.html

Nadchodzi przełom? Polski sposób na ultraszybki zapis informacji
/ Ludwika Tomala / pk 19.01.2017 09:18, aktualizacja 19.01.2017 09:29

Polsko-holenderskiemu zespołowi fizyków udało się ominąć barierę w szybkości oraz wydajności zapisu informacji. Dzięki temu dane na dyskach komputerowych można będzie zapisywać tysiąc razy szybciej niż teraz, a w dodatku komputery będą bardziej energooszczędne.

Polsko-holenderski zespół badaczy znalazł sposób, który sprawi, że zapis informacji w komputerach będzie o wiele bardziej wydajny. To tzw. technologia zimnego ultraszybkiego zapisu fotomagnetycznego. Przełomowe badania ukazały się w środę w prestiżowym piśmie "Nature".

"Dzięki naszemu rozwiązaniu bliską przyszłością może być komputer, który nie tylko będzie działał szybciej, ale i będzie zużywał mniej energii dzięki wydajniejszej pamięci. I tak np. dzięki zastosowaniu naszej technologii, grafiki 3D, których teraz renderowanie (przetwarzanie - przyp. PAP) trwa kilkadziesiąt minut, wygenerowałby się w kilka sekund. A laptop wytrzymałby bez ładowania dłużej" - opisuje w rozmowie z PAP jeden z autorów publikacji Krzysztof Szerenos, doktorant z Wydziału Fizyki Uniwersytetu w Białymstoku.

Chłodna kalkulacja

Jak jednak zaznacza młody fizyk, prawdziwy potencjał rozwiązania będzie szczególnie zauważalny w ogromnych serwerowniach czy centrach przechowywania i przetwarzania danych. Tam oszczędności - jeśli chodzi zarówno o czas, jak i o energię potrzebną do zapisywania i przetwarzania danych - byłyby naprawdę nie do pogardzenia.

"Obecnie aż 5 proc. globalnej produkcji energii elektrycznej jest pochłaniane przez takie centra IT, a wkrótce wzrośnie to do 7 proc." - informuje kierownik badań dr hab. Andrzej Stupakiewicz z Wydziału Fizyki UwB. Zwraca uwagę, że przy zapisie wydzielają się spore ilości ciepła - na tyle duże, że aby chronić dane, trzeba zużywać dodatkową energię na chłodzenie urządzeń.

Tymczasem, jak oceniają badacze z UwB, nowa metoda sprawi, że podczas zapisu informacji (a także i odczytu), temperatura nośnika informacji wzrośnie np. jedynie o 1 stopień C. W takiej sytuacji chłodzenie będzie zbędne. System działa w temperaturze pokojowej.

Świat zysku

Andrzej Stupakiewicz przypomina, na czym polega zapis informacji magnetycznej na dysku. "Możemy sobie wyobrazić, że jest tam mnóstwo malutkich magnesików. Każdy magnes ma biegun północny i południowy, czyli kierunek namagnesowania. Jeśli uda nam się obrócić jeden magnesik, zmieniamy jego wartość binarną - np. z 0 na 1. W ten sposób zapisujemy informację" - opowiada.

Dodaje, że w dostępnych na rynku pamięciach stan namagnesowania zmieniano najczęściej za pomocą pola magnetycznego albo prądu elektrycznego. Ta metoda nieuchronnie skutkowała jednak rozgrzewaniem materiałów. A to prowadzi do strat energii.

Poza tym dotychczasowe metody miały fizyczne ograniczenia, jeśli chodzi o szybkość zapisu - wiadomo było, że aby zmienić stan bitu w najszybszych obecnie pamięciach typu RAM potrzebne było kilka nanosekund (nanosekunda to miliardowa część sekundy). Nowa metoda pozwala obejść dotychczasową barierę związaną z szybkością zapisu.

Grantem w rynek IT

Badacze z Polski pokazali, że istnieje materiał nieprzewodzący (granat itrowo-żelazowy domieszkowany jonami kobaltu, YIG:Co), w którym stan namagnesowania można zmieniać za pomocą ultraszybkich impulsów światła, i to odwracalnie. Aby przełączyć jeden bit w takim materiale wystarczy jeden impuls lasera.

"W stosunku do obecnie stosowanych najszybszych pamięci możemy uzyskać tysiąckrotne zwiększenie prędkości zapisu i odczytu danych" - porównuje Andrzej Stupakiewicz. Materiały o strukturze granatu są dostępne na rynku i - zdaniem naukowców - nie byłoby problemów z ulepszeniem ich parametrów w celu optymalizacji zapisu i wykorzystaniu na skalę masową.

Impuls do poważnych oszczędności

Naukowcy informują, że przy zapisie 1 bitu informacji system zużywałby naprawdę niewiele energii - nawet 10 000 razy mniej niż wchodząca na rynek najnowsza technologia STT-MRAM, i nawet miliard razy mniej niż obecne dyski twarde.

Już od jakiegoś czasu wiadomo było, że można wykonać zapis magnetyczny za pomocą pojedynczych impulsów lasera. Przed dekadą grupa badaczy z Holandii odkryła materiał metaliczny o takich właściwościach. Jednak ze względu na bardzo silne pochłanianie światła, materiał ten znacznie nagrzewał się w trakcie zapisu. "Teraz, we współpracy z tym samym zespołem z Holandii, zademonstrowaliśmy, że istnieje magnetyczny dielektryk, który jest przezroczysty i nie nagrzewa się pod wpływem impulsów lasera, a zapis jest jeszcze szybszy" - opowiada Krzysztof Szerenos.

Badania zespołu z Białegostoku zostały przeprowadzone przy wsparciu Narodowego Centrum Nauki. Teraz Polacy - wspólnie z Holendrami - starają się o unijny grant na rozwój badań. W ciągu 5 lat chcą zbudować prototyp systemu wykorzystującego nową technologię zimnego ultraszybkiego zapisu fotomagnetycznego. Mają nadzieję, że wtedy nowe urządzenia mogą pojawić się na rynku nawet w ciągu 10 lat.

PAP - Nauka w Polsce


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 305 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 17, 18, 19, 20, 21  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 9 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /