Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 306 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 16, 17, 18, 19, 20, 21  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 18 mar 2017, 16:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.portalmorski.pl/statki/techn ... obronnosci

Naukowcy PG na rzecz innowacji w obronności
WTOREK, 24 MAJA 2016 11:57 AL / REL

Obrazek
Hydro-Sub (Ilustr. PG)


Od wielu lat trwa dyskusja na temat struktury komponentu morskiego Sił Zbrojnych RP, których zdolności zależą w znacznym stopniu od wyposażenia ich w sprzęt możliwy do wykorzystania w morskim rejonie działań obronnych. W dyskusji tej biorą także udział zespoły badawcze Politechniki Gdańskiej. Głos naukowców z uczelni jest bardzo istotny, gdyż są oni autorami gotowych koncepcji bezzałogowych pojazdów morskich.
Jeden z zespołów prowadzących prace w zakresie rozwoju zaawansowanych technologii, a także projektowania innowacyjnych platform i obiektów pływających dla gospodarki oraz obronności państwa działa na Politechnice Gdańskiej już od kilku lat. Od samego początku kieruje nim dr hab. inż. Mirosław Gerigk, prof. nadzw. PG, z którym współpracują naukowcy i doktoranci wspomnianej uczelni. Wspólnie stworzyli oni już kilka koncepcji bezzałogowych pojazdów morskich o różnym przeznaczeniu.
Obecnie zespół prowadzi prace nad stworzeniem obiektu, który budzi duże zainteresowanie potencjalnych użytkowników. Mowa tu o dwustanowym bezzałogowym pojeździe nawodno-podwodnym "Hydro-Sub". Docelowo obiekt ten będzie wyposażony m.in. w podsystemy kodowanej komunikacji oraz nawigacji powietrznej i podwodnej. Będzie posiadał pokładowe źródła zasilania w energię, umożliwiające wykonanie nawet kilkugodzinnych misji, a także pobieranie energii ze stacji podwodnych. Elementem rozwoju opracowanej koncepcji pojazdu jest projekt realizowany przez konsorcjum, którego liderem jest Politechnika Gdańska, przy wsparciu finansowym Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR).
Pożądaną cechę zaawansowanego bezzałogowego pojazdu wykorzystywanego przez morskie siły specjalne i marynarkę wojenną stanowi także jego trudnowykrywalność (ang. stealth).
- "Stealth" to nie tylko zdolność obiektu do odbijania i pochłaniania promieniowania radarowego poprzez zastosowanie odpowiedniego kształtu i pokrycia powierzchni zewnętrznej obiektu - wyjaśnia prof. Gerigk. - Chodzi też o zapewnienie pojazdowi napędu w postaci bardzo cichego silnika elektrycznego, który nie emitowałby hałasu, a konstrukcja pojazdu nie nagrzewałaby się. Dodatkowo, poruszając się pod wodą, pojazd taki wprowadzałby niewielkie "turbulencje" wody opływającej kadłub pojazdu, a kolor powierzchni pojazdu byłby dostosowany do barwy wody otaczającej pojazd.
Naukowcy z zespołu prof. Gerigka doskonale o tym wiedzą. Dlatego opracowali koncepcję innowacyjnego obiektu "stealth", którego robocza nazwa to "Podwodny wodolot".
Niektóre z projektów zespołu są wciąż przedmiotem prac badawczych. Inne weszły już w fazę projektowania wstępnego. Wszystkie stanowią jednak odpowiedź na prognozowany rozwój wielu kluczowych technologii oraz ich zastosowanie zarówno w ogólnie pojętej obronności, jak i w gospodarce.
Więcej o wymaganiach i wykorzystaniu innowacyjnych bezzałogowych pojazdów morskich znaleźć można w artykule autorstwa prof. Gerigka, który ukazał się w kwietniowym wydaniu Pisma PG - Forum Społeczności Akademickiej. Zagadnienia te będą również tematem prelekcji prof. Gerigka podczas Międzynarodowej Konferencji Naukowo-Technicznej "Technologie morskie dla obronności i bezpieczeństwa", organizowanej w Gdańsku w dniach 20–22 czerwca br. przez Politechnikę Gdańską, Akademię Marynarki Wojennej, Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Centrum Techniki Morskiej S.A., Akademię Obrony oraz Wojskową Akademię Techniczną, w ramach targów BALT-MILITARY-EXPO 2016.

rel (Politechnika Gdańska)


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 22 mar 2017, 09:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://narodowcy.net/polska/polski-wyna ... re-grafenu

Polski wynalazek na miarę grafenu
21 marzec 2017

Obrazek

Niezwykle prosty przepis na elastyczne arkusze złożone jedynie z nanorurek węglowych lub grafenu - o precyzyjnie dobranych właściwościach - opracowali badacze z Politechniki Śląskiej. To rozwiązanie, które może się przydać np. do skutecznego odprowadzania ciepła w elektronice.

"Odkryliśmy, jak przygotować właściwie dowolnie duży, elastyczny arkusz złożony z nanomateriałów węglowych - czyli z nanorurek albo z grafenu. I to o takich właściwościach, jakie akurat są nam potrzebne" - mówi w rozmowie z PAP Dawid Janas z Politechniki Śląskiej. Badania jego zespołu ukazały się w czasopiśmie "Materials and Design".

Badacz przypomina w rozmowie z PAP, że wcześniej istniało już kilka metod robienia takich arkuszy z nanomateriałów węglowych, ale żadna z nich nie pozwalała na dokładne kontrolowanie struktury materiału węglowego i jego właściwości. "W naszej metodzie możemy przygotować arkusz z precyzyjnie wybranych nanorurek - dokładnie o takich właściwościach, jakie są nam potrzebne" - mówi. Jak dodaje, takie tanie, lekkie nanorurkowe płachty przydać się mogą np. w elektronice - do odprowadzania ciepła w komputerach - zamiast elementów miedzianych - czy np. do odladzania skrzydeł samolotów.


NANORURKOWY BIGOS

Nanorurki węglowe to maleńkie ruloniki z pojedynczej warstwy węgla - coś jakby grafen zwinięty w rurkę o średnicy nanometrów (milionowa część milimetra). Właściwości pojedynczych nanorurek są na tyle unikalne, że wzbudzają w badaczach spore nadzieje. Mimo jednak, że struktury takie znane są od ponad dwóch dekad, to problemem było to, jak je wykorzystać. Wprawdzie łatwo je produkować, ale jest pewien problem - w procesie tym powstaje mieszanka nanorurek o różnych właściwościach. Znajdują się tam i nanorurki, które przewodzą prąd lepiej niż miedź, i nanorurki o cechach półprzewodników, i nanorurki o dużej oporności. W takim "bigosie" unikalne cechy poszczególnych nanorurek przestają mieć znaczenie. Dopiero od 2-3 lat wiadomo, jak można segregować nanorurki i wydzielać spośród nich te o pożądanych właściwościach termicznych, mechanicznych czy elektrycznych. Dotąd jednak nie było jeszcze sposobu na to, by takim wyselekcjonowanym nanorurkom nadać spójną strukturę i z proszku otrzymać elastyczny arkusz.

A to właśnie udało się badaczom z Politechniki Śląskiej. Pokazali oni, jak proszek z nanorurkami o jednolitych właściwościach zmienić w dużą płachtę, którą np. można nałożyć na inną powierzchnię. Na razie badaczom udaje się uzyskiwać arkusze o rozmiarach A4, ale w odpowiednio wyposażonym laboratorium można będzie produkować płachty dowolnie duże, o wybranym kształcie i grubości. "Jeśli więc np. chcemy mieć materiał półprzewodnikowy, który przyda się do budowy elementów komputera, jesteśmy w stanie wyłuskać nanorurki o takich właściwościach i przygotować z nich duży arkusz" - powiedział.


PRZEPIS NA NANORURKI

Dr Janas opowiada, że przepis na arkusz nanorurek jest bardzo prosty. Bierzemy czarny proszek - czyli odpowiednio wyselekcjonowany nanomateriał węglowy - i mieszamy go z białym proszkiem - etylocelulozą, substancją wiążącą stosowaną w przemyśle spożywczym. Do tego dodajemy rozpuszczalnik organiczny. W ten sposób powstaje farba. Farbę napylamy na tworzywo sztuczne, np. polietylen. Powstaje w ten sposób cienka warstwa, która słabo przylega do podłoża. Arkusz można odczepić od podłoża po prostu kilka razy je wyginając. Aby pozbyć się etylocelulozy, która ciągle znajduje się w arkuszu, płachtę wystarczy podpalić - nawet przy użyciu zapalniczki. Etyloceluloza z całego arkusza w sekundę czy dwie zostaje spalona. W ten sposób otrzymujemy elastyczną, spójną płachtę, która składa się z tych samych nanorurek, które wcześniej miały postać proszku. Nanorurki są trochę jak długie kable. Substancja wiążąca sprawia, że ich struktury splątują się ze sobą i nawet jeśli etylocelulozę się usunie, nanorurki już splątane pozostają.


NIESZABLONOWE MYŚLENIE

"Można powiedzieć, że podpalenie arkusza zapalniczką to dość prymitywna metoda pozbywania się etylocelulozy. Ale bardzo skuteczna! Byliśmy bardzo zdziwieni, że ten polimer całkowicie się utlenia, nie zostawiając po sobie śladów w materiale. A taki ogień jest zupełnie niegroźny dla nanorurek ani grafenu" - opisuje dr Janas. "Na początku szukaliśmy składników na nanorurkową farbę, która będzie w stanie dobrze przywrzeć do naszego podłoża. A wyprodukowaliśmy farbę, która od podłoża łatwo odchodzi. Myśleliśmy, że to problem. Ale potem zaczęliśmy myśleć szerzej" - dodaje.

Porównuje, że podobnie było w firmie, która pracowała nad supermocnym klejem. Przez przypadek opracowano tam klej słaby. Zamiast jednak wyrzucić przepis do kosza - znaleziono dla niego zastosowanie - wymyślono karteczki samoprzylepne. "Pomyśleliśmy, że może i tu można znaleźć jakieś niestandardowe zastosowania" - opowiada. I dodaje, że jego zespół już wpadł na kilka takich pomysłów, gdzie elastyczne płachty nanorurek przydadzą się bardziej niż pokrycie na stałe związane z podłożem. Zdaniem dr. Janasa taki arkusz nanorurek można np. wykorzystać, by odprowadzał ciepło z laptopów. "W komputerach znajduje się dużo miedzi, która m.in. odprowadza ciepło z procesora" - zwraca uwagę badacz. Według niego, jeśli miedź zastąpiono by tam arkuszem z nanorurek, mogłoby to się okazać rozwiązaniem i tańszym, i lżejszym.

"Myśleliśmy też, że takich płacht z nanostruktur węgla można byłoby użyć np. do odladzania skrzydeł samolotów. Elastyczne płachty można byłoby np. położyć na skrzydłach samolotu, ogrzewać je elektrycznie i w ten sposób sprawnie usuwać lód" - zastanawia się badacz. Ma nadzieję, że znajdą się firmy zainteresowane wdrożeniem tych rozwiązań. Dr Janas badania nad nanorurkami rozpoczął na Uniwersytecie Cambridge. W ubiegłym roku wrócił do Polski w ramach programu POLONEZ Narodowego Centrum Nauki.

http://naukawpolsce.pap.pl
Aleksander Sienicki


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 23 mar 2017, 10:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wysokienapiecie.pl/technologie/2 ... oza-ziemia

Polski wynalazek posłuży pod ziemią i... poza Ziemią
Krystian Kowalewski

Obrazek

Induktory wykorzystuje się w niemal każdym zasilaczu czy transformatorze. To dzięki nim możemy zasilać sprzęty prądem o wysokim napięciu. Technologia opracowana przez polskich naukowców może znacząco zwiększyć wydajność tych urządzeń.
Producenci induktorów borykali się dotychczas z poważnym problemem – efektywność urządzeń znacząco spadała w maszynach nagrzewających się do wysokich temperatur. Rozwiązanie bolączki znaleźli naukowcy z Instytutu niskich Temperatur i Badań Strukturalnych PAN. Opracowali innowacyjną metodę produkcji induktorów z wykorzystaniem materiałów miękkich magnetycznie, dzięki czemu mogą one pracować w praktycznie każdych warunkach atmosferycznych. Tym samym, tworzy się induktory o niespotykanej dotychczas trwałości. Rozwiązanie było już testowane w warunkach rzeczywistych.
Z problemem przegrzewających się induktorów konfrontowała się dotychczas chociażby branża górnicza, gdzie wykorzystywane maszyny oprócz wysokich temperatur, pracować muszą w specyficznych, podziemnych warunkach. To tam w pierwszej kolejności powinny znaleźć zastosowanie nowe rozwiązania.
Jak wskazuje sama nazwa, chodzi przede wszystkim o indukcję magnetyczną. To jej poziom decyduje o wartości mocy przetwarzanej przez induktor. Dla zwiększenia ilości mocy przetwarzanej w możliwie najmniejszym urządzeniu wykorzystuje się opór elektryczny. Bez tego, maszyny bardzo szybko przepalałby się, chłonąc zbyt duże ilości energii.

W produkcji induktorów używa się dziś materiałów o wysokim oporze - polimerów i tworzyw sztucznych. Opór tych tworzyw spadał jednak znacząco wraz ze wzrostem temperatury. Polscy naukowcy postanowili je zatem… wyeliminować. W zamian stosuje się metodę spiekania ceramiki pod wysokim ciśnieniem. Od strony chemicznej, urządzenie składa się wyłącznie z żelaza i azotku boru.
Innowacyjne rozwiązanie znajduje się już w fazie komercjalizacji. Naukowcy powołali spółkę Nanoceramics, która złożyła wnioski patentujące wynalazek w ośmiu krajach. W ubiegłym roku spółka, jako jedna z 23 polskich startupów otrzymała nagrodę w prestiżowym konkursie MIT Enterprise Forum Poland, gdzie punktowane są przede wszystkim praktyczne walory urządzenia.
Przypomnijmy że ten sam MITEF wspólnie z PGNiG szuka w Polsce kolejnych takich startupów.
Induktory Nanoceramics mogą mieć zastosowanie nie tylko na Ziemi. Dzięki odporności na promienie UV i niewielką masę są idealnymi urządzeniami do wykorzystania w przestrzeni kosmicznej. Tym samym, polscy uczeni zyskują możliwość dołożenia kolejnej cegiełki do eksploatacji Układu Słonecznego.
Obecnie spółka sprzedaje wyłącznie licencje na produkcję, sama bowiem możliwości produkcyjnych nie posiada. W przyszłości ma się to jednak zmienić.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 26 mar 2017, 19:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kopalniawiedzy.pl/promieniowanie ... rowe,24642

Polacy pomogą zrozumieć procesy z wnętrza gwiazd
3 czerwca 2016, 14:13 | Astronomia/fizyka

Polscy fizycy zbudują elementy urządzenia, które będzie najsilniejszym laboratoryjnym źródłem promieniowania gamma. Eksperyment w europejskim ośrodku badawczym ELI-NP ma pomóc m.in. w lepszym zrozumieniu procesów zachodzących we wnętrzach gwiazd, w tym związanych z powstawaniem tlenu – informuje Uniwersytet Warszawski.
Już za około dwa lata, w 2018 r., fizycy będą próbowali dokonać eksperymentów laboratoryjnych, które pozwolą zwiększyć naszą wiedzę dotyczącą m.in. procesów astrofizycznych związanych z powstawaniem tlenu. W przyrodzie takie procesy zachodzą we wnętrzach gwiazd. Fizycy co prawda nie odtworzą w laboratorium warunków panujących w gwieździe. Znaleźli jednak inny sposób na zbadanie natury tych procesów. Część aparatury, która to umożliwi, skonstruują fizycy z Uniwersytetu Warszawskiego.
Tlen jest pierwiastkiem niezbędnym do życia na Ziemi. Powstał w reakcjach termojądrowych we wnętrzach gwiazd, a potem na skutek wiatrów gwiazdowych i wybuchów supernowych rozprzestrzenił się wśród materii międzygwiazdowej, z której kilka miliardów lat temu powstało Słońce wraz z Ziemią i Układem Słonecznym. Gdy gwiazda w swoim wnętrzu przemieni większość wodoru w hel, to właśnie hel staje się głównym "paliwem" w dalszych reakcjach termojądrowych. Gdy połączą się trzy jądra helu, może powstać jądro węgla, a gdy dołączy do niego kolejne jądro helu, powstaje jądro tlenu i emitowane jest promieniowanie gamma.
Tlen to w zasadzie "popiół" z termojądrowego "spalania" węgla. Ale jaki mechanizm powoduje, że węgiel i tlen tworzą się w gwiazdach zawsze w mniej więcej tej samej proporcji: 6 do 10? - zastanawia się dr Chiara Mazzocchi z Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego.
Naukowiec tłumaczy, że gwiazdy ewoluują etapami. W pierwszym etapie przekształcają wodór w hel, w drugim hel w węgiel, tlen i azot, w kolejnych mogą powstawać jeszcze bardziej masywne pierwiastki. Tlen tworzy się z węgla w fazie spalania helu. Teoretycznie produkcja tlenu mogłaby zachodzić nieco szybciej. Wtedy, gdy w gwieździe zabrakłoby już helu, i przeszłaby ona do kolejnego etapu swej ewolucji, proporcje między ilością węgla i tlenu byłyby inne.
Kwestię tę chcą zbadać naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego i innych instytutów z międzynarodowego konsorcjum ELI-NP (Extreme Light Infrastructure – Nuclear Physics). Nie wytworzą jednak warunków panujących we wnętrzu gwiazdy, czyli reakcji termojądrowej przekształcającej węgiel w tlen i fotony gamma. Zamiast tego będą starali się zaobserwować reakcję odwrotną: zderzenie fotonów o dużej energii z jądrem tlenu i rozpad tegoż na jądra węgla i helu. Dobre poznanie tego mechanizmu pozwoli ulepszyć istniejące modele teoretyczne syntezy termojądrowej.
Eksperyment będzie przeprowadzony w ośrodku ELI-NP w Rumunii. Polacy przygotowują dla niego detektor eTPC. Już wykonano pierwsze testy wersji demonstracyjnej detektora. Głównym elementem detektora jest komora wypełniona gazem zawierającym dużo jąder tlenu (przykładowo może to być dwutlenek węgla). Taki gaz pełni rolę tarczy, przez którą będzie przenikać wiązka promieniowania gamma. Niektóre fotony gamma zderzą się z jądrami tlenu i wytworzą jądra węgla i helu. Powstałe w ten sposób cząstki będą naładowane elektrycznie i zjonizują gaz. Za pomocą pola elektrycznego, odpowiednich elektrod detekcyjnych i specjalistycznych procesorów FPGA naukowcy chcą odtworzyć tory lotów cząstek w przestrzeni. Według przewidywań, będzie można codziennie rejestrować do 70 zderzeń fotonów z jądrami tlenu.
Dla eksperymentu w ELI-NP przygotowujemy detektor eTPC, rodzaj komory dryfowej z projekcją czasu. Detektor ten jest unowocześnioną wersją wcześniejszego detektora, skonstruowanego w Instytucie Fizyki Doświadczalnej FUW i z powodzeniem sprawdzonego przez naszych naukowców m.in. przy pierwszej na świecie obserwacji rzadkiego procesu jądrowego: rozpadu dwuprotonowego - mówi dr Mikołaj Ćwiok z Uniwersytetu Warszawskiego.
Projekt realizowany jest wspólnie z naukowcami z ośrodka ELI-NP/IFIN-HH (Magurele, Rumunia) oraz University of Connecticut (USA). W grupie warszawskiej, kierowanej przez prof. Wojciecha Dominika, zaangażowani są fizycy i inżynierowie z Zakładów Cząstek i Oddziaływań Fundamentalnych oraz Fizyki Jądrowej, a także studenci Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego: Jan Stefan Bihałowicz, Jerzy Mańczak, Katarzyna Mikszuta oraz Piotr Podlaski.
Extreme Light Infrastructure (ELI) to projekt badawczy o budżecie 850 mln euro. Został wpisany na Europejską Mapę Drogową Infrastruktury Badawczej. W jego ramach powstaną trzy ośrodki (w Czechach, w Rumunii i na Węgrzech), w których będą odbywały się badania dotyczące oddziaływania światła z materią. Będą stosowane największe moce wiązek fotonów, różne długości fali, a skale czasowe będą na poziomie attosekund, czyli miliardowych części jednej miliardowej sekundy. W ośrodku rumuńskim w Magurele koło Bukaresztu trwają prace nad dwoma źródłami promieniowania. Będą to laser o dużej intensywności promieniowania oraz silne źródło monochromatycznego promieniowania gamma.

Źródło: Nauka w Polsce
http://naukawpolsce.pap.pl/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 02 kwi 2017, 19:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2016/06/0 ... ni-swiata/

Polacy głodni świata
Posted by Marucha w dniu 2016-06-08 (środa)

Badali nieznane lądy, zgłębiali tajemnice przyrody, marzyli o zakładaniu nowych państw. Część z nich już za życia doczekała się zaszczytów, inni umarli jako życiowi bankruci. Każdego z nich śmiało można jednak zaliczyć do panteonu największych podróżników XVIII i XIX stulecia.

Obrazek

Na Madagaskar pojechał jako kolonizator, wrócił stamtąd jako król. Przyjaźnił się z Benjaminem Franklinem, okpił carycę Katarzyną II, owinął wokół palca dworzan Ludwika XV. Choć kiedy umierał od zbłąkanej francuskiej kuli, miał zaledwie 40 lat, jego życiorysem – jakkolwiek banalnie to brzmi – można by obdzielić kilka osób. Czasem aż trudno oprzeć się wrażeniu, że bardziej przypominał bohatera awanturniczej powieści drogi niż człowieka z krwi i kości.

Obrazek

Ale Maurycy Beniowski żył naprawdę. Na świat przyszedł w 1746 roku, nieopodal Trnavy. W jego żyłach płynęła krew słowacka, węgierska, on sam jednak bardzo mocno podkreślał, że czuje się Polakiem. W wieku 20 lat przystąpił do konfederacji barskiej. Ów związek szlachty za cel stawiał sobie uwolnienie Rzeczpospolitej od rosyjskich wpływów i… króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, który im ulegał.
Beniowski rychło wpadł w ręce Rosjan, a ci zesłali go na koniec świata. Dosłownie, bo dalej niż na Kamczatkę młody szlachcic trafić nie mógł. Jednak ledwie tylko postawił stopę na tamtejszej ziemi, zaczął snuć plany ucieczki. Wspólnie z innymi zesłańcami zorganizowali bunt i uprowadzili statek „Święty Piotr i Paweł”. Rosjanie rzucili się w pogoń, ale uciekinierów nie dopadli.
– Żołnierze szukali ich na południu, tymczasem oni skierowali się na północ. Potem zawrócili i popłynęli w stronę Japonii. Beniowski biorąc rosyjski żaglowiec, a potem gubiąc pogoń po prostu carycę Katarzynę ośmieszył – podkreśla Jerzy Romejko, polski podróżnik, współzałożyciel Fundacji im. Maurycego Beniowskiego.
Po liczny perypetiach Beniowski dotarł do Makau, gdzie wsiadł na francuski statek. W 1772 roku zameldował się w Paryżu. Snując fantastyczne opowieści o swoich przygodach, zauroczył tamtejsze salony, a potem dwór Ludwika XV. Dostał propozycję wstąpienia na francuską służbę i skwapliwie z niej skorzystał. Rok później znów był w drodze. Tym razem jako dowódca regimentu piechoty, który miał podporządkować Francuzom Madagaskar.
Sprawy szybko jednak przybrały nieoczekiwany obrót. Beniowski bowiem zdobył u miejscowych tak wielki szacunek, że obwołali go królem wyspy. Nowy władca pragnął ten stan usankcjonować, aby nikt nie uznał go za pirata. Francuzi nie chcieli jednak o tym słyszeć. Podobnie Austriacy i Amerykanie, których Beniowski przekonywał, że Madagaskar może się stać doskonałą bazą wypadową do konfrontacji z Brytyjczykami. Nie pomogła mu nawet przyjaźń z jednym z ojców-założycieli Stanów Zjednoczonych – Benjaminem Franklinem.
W 1779 roku Beniowski wrócił na Madagaskar i trafił w zupełnie nową rzeczywistość. Jego stronnicy stracili na znaczeniu, rosły za to wpływy Francuzów. Król wyspy postanowił o nią zawalczyć i przypłacił do życiem. Zginął w potyczce, która rozegrała się w 1786 troku.
Zostały po nim „Pamiętniki”, które w XVIII-wiecznej Europie zyskały status bestselleru. Beniowskiego uwiecznił w poemacie dygresyjnym Juliusz Słowacki, zaś po latach Malgasze uczcili go nadając jego imię jednej z ulic Antananarivo. W stolicy Madagaskaru stanął też pomnik polskiego podróżnika.
Jerzy Romejko wraz z grupą znajomych od lat podąża śladami Beniowskiego.
– Trzy lata temu szukaliśmy jego śladów w Ochocku, podróżowaliśmy przez Syberię śladami zesłańców, wcześniej byliśmy na Madagaskarze – wspomina Romejko. – Wszędzie, gdzie docieramy, a także w Polsce staramy się krzewić wiedzę o Beniowskim. Na pewno był nietuzinkową postacią, człowiekiem odważnym, ciekawym świata, a jednocześnie na ten świat otwartym. Myślę, że mógłby się stać wzorem dla współczesnych podróżników – dodaje.


Rok w lodowym piekle

Świat na fotografii jest czarno-biały, ale delikatnie wpada w szarawy błękit. Na tle sięgającej po horyzont lodowej pustyni odcina się żaglowiec. Przy nim ledwie dostrzegalna sylwetka człowieka. Trudno powiedzieć, co tam robi – z tej odległości przypomina kropkę postawioną na dopiero co zapisanej karcie.

Obrazek

Zdjęcie wykonał amerykański fotograf Frederick A. Cook. Wchodzi ono w skład pierwszej w dziejach serii, która przedstawia Antarktydę. Dokumentuje też jedną z pierwszych wypraw na ten kontynent. Kluczową jej postacią był Polak – Henryk Arctowski.
Jeśli porównać go do Beniowskiego, łatwo dojść do wniosku, że obydwu podróżników dzieliło praktycznie wszystko. Arctowski to typ naukowca: pracowity, systematyczny, doskonale wykształcony. Wyprawy, w których brał udział w niczym nie przypominały na poły awanturniczych eskapad Beniowskiego.
Jego charakter najlepiej chyba oddaje inne znane zdjęcie. Arctowski wygląda na nim, jak szacowny starzec z długą, siwą brodę, trochę nieobecny, na chwilę tylko oderwany od piętrzących się na biurku papierów. Jednak choć różniło ich tak wiele, mieli ważną cechę wspólną. To swego rodzaju gen przygody i wiążąca się z nim gotowość do podjęcia ryzyka, które pozwoli podążać za własnymi marzeniami.
Arctowski urodził się w Warszawie w 1871 roku. Na uniwersytetach w Liege i Paryżu studiował matematykę, fizykę, geologię i chemię. Jako 22-latek podjął pracę na pierwszej z tych uczelni, a dwa lata później poznał barona Adriena de Gerlache de Gomery’ego, który zaraził go pomysłem wyprawy na Antarktydę. Sprawa niełatwa nie tylko ze względu na odległość, ale też pieniądze. W Belgii niewielu chciało na taki cel łożyć, ponieważ fundusze stamtąd szerokim strumieniem płynęły do Kongo – afrykańskiej kolonii króla Leopolda II. Trochę pieniędzy udało się wyrwać od Brukselskiego Towarzystwa Geograficznego, sporo uzbierał też sam Arctowski, prowadząc wykłady.
Za zgromadzoną sumę pomysłodawcy wyprawy kupili w Norwegii stary statek wielorybniczy, przebudowali go i nadali mu nazwę „Belgica”. W sierpniu 1897 roku żaglowiec opuścił Antwerpię. W skład jego załogi wchodzili Belgowie, Norwegowie, dwóch Polaków, Amerykanin i Rumun. Najstarszy z uczestników wyprawy liczył sobie zaledwie 32 lata…
Pół roku później „Belgica” dopłynęła do Antarktydy, a dokładnie 2 marca 1898 jednostka została uwięziona w okowach lodu na Morzu Bellinghausena. Podróżnicy spędzili tam przeszło rok. W tym czasie temperatura często spadała do minus czterdziestu stopni Celsjusza, wiał porywisty wiatr, brakowało jedzenia (ratowało ich między innymi mięso pingwinów), na niewiele zdały się też próby wyrąbania w lodzie kanału, który pozwoliłby „Belgice” wyrwać się z pułapki i wypłynąć na otwarte morze. Ostatecznie jednak udało się im wyjść z opresji cało i na początku listopada 1899 wrócić do Antwerpii.
Arctowski przeżył jeszcze potem blisko 60 lat. Mieszkał i pracował w odrodzonej Polsce, a potem w Stanach Zjednoczonych, gdzie ostatecznie zmarł. W tym czasie podróżował jeszcze choćby na Spitsbergen oraz Lofoty, ale to wyprawa na Antarktydę pozostała największą przygodą jego życia. Była ona pierwszą w historii naukową ekspedycją w tamte strony. Jej uczestnicy prowadzili tam badania geologiczne, meteorologiczne, oceanograficzne, czy glacjologiczne. Udokumentowali je w dziesięciotomowej encyklopedii, która stała się fundamentem dla współczesnych badań krain polarnych.
Sam Arctowski pozostawił po sobie blisko 400 publikacji w trzech językach. Zmarł w 1958 roku w Waszyngtonie, ale z zgodnie z ostatnią wolą został pochowany w Warszawie.
Dziś imię największego polskiego polarnika nosi stacja badawcza na Wyspie Króla Jerzego oraz jeden z okrętów Marynarki Wojennej RP. Na Spitsbergenie odnaleźć można górę i lodowiec Arctowskiego, zaś na Antarktydzie nazwane na jego cześć półwysep i zatokę.
Na łożu śmierci podróżnik przyznał, że kiedy podejmował kolejne wyzwania, zawsze towarzyszyła mu myśl o Polsce.


Afryka kocha Sobieskiego

„Zamierzając w kwietniu przyszłego roku wyruszyć do kameruńskiej zatoki (Afryka Zachodnia) i pozostawiwszy w górach tegoż imienia stację geograficzną, puścić się na Wschód kontynentu dla stwierdzenia istnienia jezior Liba i ich hydrograficznego połączenia z zachodnim oceanem, z radością powitałbym pomiędzy zjednoczonymi siłami mej wyprawy towarzysza podróży z ojczystej niwy, który zechciałby podzielić ze mną trudy i owoce. Przeciąg czasu niezbędny dla ekspedycji oceniam na jeden rok mniej więcej, udział zaś materialny wynosić będzie 2000 rs. (5,000 franków)”.
Ogłoszenie tej treści ukazało się w 1881 roku na łamach warszawskiego czasopisma „Wędrowiec”. Zamieścił je 20-letni zaledwie młodzian z Kalisza – Stefan Szolc-Rogoziński. Wszystkim, którzy chcieli go słuchać tłumaczył, że jego wyprawa przysłuży się cierpiącej pod zaborami Polsce, ponieważ przypomni o niej światu. Szolc-Rogoziński zyskał gorące poparcie między innymi Bolesława Prusa i Henryka Sienkiewicza, ale dostało mu się na przykład od Aleksandra Świętochowskiego, pisarza, filozofa i działacza społecznego, jednej z najbardziej poważanych osób w ówczesnej Warszawie.

Obrazek

Tymczasem Szolc-Rogoziński choć młody, miał już całkiem spore, podróżnicze doświadczenie. Kilka lat wcześniej jako oficer marynarki na pokładzie rosyjskiej fregaty odbył podróż z Kronsztadu do Władywostoku, po drodze odwiedzając między innymi Maroko. Teraz miał zamiar wrócić do Afryki na dłużej i zapuścić się w najmniej zbadaną jej część.
Ostatecznie z niemałym trudem udało mu się zebrać pieniądze, za które kupił statek „Łucja Małgorzata”. Na jego rufie wywiesił banderę Francji i flagę armatora z wizerunkiem warszawskiej Syrenki, po czym w połowie grudnia 1882 roku opuścił port w Hawrze i skierował się na południe.
Szolc-Rogozińskiemu towarzyszyli geolog Klemens Toczek i specjalista od meteorologii Leopold Janikowski. Niedługo potem ekspedycja dotarła do wybrzeży Kamerunu.
Od miejscowych – między innymi za sześć fuzji, tuzin czerwonych czapek, tużurek, cylinder i trzy kapelusze – podróżnik kupił położoną tuż przy brzegu wysepkę Mondoleh. Wspólnie z towarzyszami zbudował tam bazę, z której organizował wyprawy w głąb lądu. Badał wybrzeże tej części kontynentu, dorzecze Mungo, odkrył jezioro Słoniowe, wspólnie z Janikowskim zdobył też najwyższy szczyt Kamerunu – wulkan Fako (dziś bardziej znany jako Kamerun).
– Szolc-Rogoziński powtarzał, że w tym zakątku Afryki zbuduje Nową Polskę. A jednocześnie nie zamierzał prowadzić podbojów. Do Kamerunu nie wybrał się z armią, z mieszkańcami tych ziem żył w przyjaźni. Jeden z kacyków stwierdził nawet, że chciałby mieć takiego zięcia – opowiada Dariusz Skonieczko z Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie, który niespełna dwa lata temu wziął udział w wyprawie śladami polskiego podróżnika.
– Czasem międzykulturowe zbliżenie przybierało zaskakujące formy. – W rocznicę wiktorii wiedeńskiej Szolc-Rogoziński zorganizował na przykład paradę, podczas której miejscowi wiwatowali na cześć króla Jana III Sobieskiego – wyjaśnia Skonieczko.
Idylla nie trwała jednak długo. Wkrótce w Kamerunie pojawili się Niemcy, którzy zamierzali budować tam swoją kolonię. Szolc-Rogoziński nie chcąc oddawać im swojej ziemi, postanowił zawrzeć układ z Brytyjczykami. Zaczął pomagać im w pozyskiwaniu miejscowych kacyków. Ostatecznie jednak Brytyjczycy na własną rękę porozumieli się z Niemcami i z Kamerunu zrezygnowali. Szolc-Rogoziński został na lodzie.
Potem wrócił jeszcze do Afryki, by uprawiać kakao na plantacji, którą kupił na wyspie Fernando Po, ostatecznie jednak wszelkie jego plany spaliły na panewce. Zmarł w nędzy na skutek tragicznego wypadku, do którego doszło w Paryżu. W 1896 roku potrącił go tam konny omnibus.
Skonieczko przyznaje, że Szolc-Rogoziński długo był postacią niemal zapomnianą. Pamięć o podróżniku z Kalisza miała przywrócić wyprawa jego śladami.
– Odwiedziliśmy Kamerun, Gabon i Gwineę Równikową. Na Mondoleh trafiliśmy na podmurówkę budynku, który w przeszłości mógł być bazą wypadową dla uczestników wyprawy. Niestety, plantacja na Fernando Po już nie istnieje – informuje Skonieczko. Na styczeń planowana jest kolejna odsłona wyprawy.
– Chcemy dotrzeć do Wybrzeża Kości Słoniowej, Liberii oraz Nigerii – zapowiada Skonieczko. – Wkrótce gotowe będą książka i komiks o Szolcu-Rogozińskim, a na wybrzeżu Kamerunu, naprzeciw wysepki, gdzie wylądowała jego ekspedycja wmurowana zostanie pamiątkowa tablica – wylicza. Niedawno uczestnicy wyprawy odnaleźli też w Paryżu grób podróżnika. – Długo panowało przekonanie, że Szolc-Rogoziński spoczął w zbiorowej mogile. Okazało się jednak, że brat pochował go pod Paryżem. Chcielibyśmy, aby jego szczątki zostały ekshumowane i przeniesione na Powązki, bądź do rodzinnego Kalisza – zaznacza Skonieczko.


Hrabia na dachu Australii

Brytyjczycy mówili o nim po prostu: The Count – Hrabia. Przede wszystkim dlatego, że jego nazwisko okazało się zbyt trudne do wymówienia. Ale także dlatego, że nie trzeba było tutaj nic więcej dodawać. Trochę, jak w antycznej Grecji, gdzie zamiast wymieniać imię Homera, ludzie mówili o nim: Poeta. Paweł Edmund Strzelecki był postacią naprawdę dużego formatu. Przebojem zajął miejsce w panteonie największych podróżników swoich czasów. Żaden inny współczesny mu Polak nie zobaczył i nie odkrył tak wiele.

Obrazek

Strzelecki urodził się w 1797 roku w Głuszynie, która dziś jest dzielnicą Poznania. Studiował w Heidelbergu i Edynburgu, gdzie został dyplomowanym geografem oraz geologiem. Od wczesnej młodości śnił o dalekich podróżach.
Marzenie udało mu się zrealizować dopiero po trzydziestce. Stało się to, gdy odziedziczył ogromny majątek po swoim krewnym księciu Franciszku Sapiesze. W 1831 roku w obawie przed represjami, jakie mogły go dotknąć po upadku powstania listopadowego Strzelecki wyjechał z Polski. A już trzy lata później stał na pokładzie statku wyruszającego z Liverpoolu do Ameryki. Tak rozpoczął się pierwszy etap jego wielkiej podróży, która w sumie trwała dziewięć lat.
W Ameryce Północnej Hrabia prowadził badania przyrodnicze i poszukiwał minerałów. Efektem było odkrycie ogromnych złóż miedzi w Kanadzie. W Ameryce Południowej prócz poszukiwania minerałów, eksplorował wulkany, gromadził wiedzę na temat tamtejszego klimatu, gór, gleby. Trasa wyprawy biegła przez Brazylię, Argentynę, Chile, Urugwaj, Ekwador i Peru. Strzelecki zawitał też na Hawaje i Polinezję Francuską. Największą sławę zyskał jednak jako badacz Australii. Na kontynent ten dotarł w 1839 roku i łącznie spędził na nim cztery lata.
Mimo niemałego już obycia w świecie, do Australii Strzelecki jechał pełen obaw. Bardzo szybko jednak okazały się one płonne. W dzienniku podróży pisał: „Od czasu mego przyjazdu do Sydney nie mogę się nadziwić, czy naprawdę jestem w stolicy tej Botany Bay, którą opisywano jako „społeczność zdrajców”, jako najbardziej zdemoralizowaną kolonię znaną w dziejach świata, jako posiadłość, która rzuca raczej cień niż blask na brytyjską Koronę… Tego samego wieczoru, zachowując wszelkie środku ostrożności, ochraniając mój zegarek i sakiewkę, uzbrojony w kij, zszedłem na ląd… Tymczasem na ulicach Sydney panował niezmącony spokój, jakiego nie widziałem w innych portach Zjednoczonego Królestwa. Ani śladu pijaństwa czy bijatyk marynarzy, ani śladu prostytucji (…). Odtąd mam poczucie absolutnego bezpieczeństwa, a delikatny powiew łączy się z nastrojem i czarem samotnego spaceru!”.
W Australii Strzelecki zbadał Wielkie Góry Wododziałowe, zaś najwyższy ich szczyt (2228 m npm) nazwał imieniem Tadeusza Kościuszki. Powód? Przypominał mu kształtem Kopiec Kościuszki w Krakowie. Podróżnik przemierzył też Nową Południową Walię. Odkrył tam największe na świecie złoża węgla brunatnego, zaś krainę, gdzie się znajdowały na cześć miejscowego gubernatora nazwał Gippsland. Efektem wyprawy były między innymi dokładna mapa geologiczna Nowej Południowej Walii i Tasmanii oraz poświęcona Australii książka, którą wydał po powrocie do Londynu.
Wyprawa Strzeleckiego dobiegła końca w 1843 roku. W dowód uznania dziesięć lat później podróżnik został członkiem Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, otrzymał też tytuł lorda na brytyjskim dworze.
Hrabia zmarł w 1873 roku. Spoczywa Krypcie Zasłużonych Wielkopolan, która znajduje się w podziemiach poznańskiego kościoła św. Wojciecha. Pamięć o nim jest cały czas żywa, zwłaszcza w Australii. Tam imię Strzeleckiego nosi pasmo górskie, dwa szczyty, jezioro, rzeka, miasteczko. Na cześć polskiego podróżnika nazwane zostało nawet… piwo, które do niedawna warzone było przez jeden z australijskich browarów.


Króliki z Ameryki

Jako młody człowiek cudem uniknął szubienicy. Siedząc w ciemnej, wilgotnej celi warszawskiej Cytadeli pewnie nie przypuszczał nawet, że dane mu będzie żyć blisko sto lat, i że większość tego życia związana będzie z Rosją, do której po raz pierwszy trafi jako więzień.

Obrazek

Benedykt Dybowski urodził się w 1833 roku. Z wykształcenia był przyrodnikiem i lekarzem. Wiedzę zdobywał na uniwersytetach w Dorpacie, Wrocławiu oraz Berlinie. Kiedy wybuchło powstanie styczniowe został Komisarzem Rządu Narodowego na Litwę i Białoruś. Za to trafił do aresztu i został skazany na śmierć. I pewnie nie uratowałoby go nawet wstawiennictwo światowej sławy zoologów, gdyby ich apelu nie poparł sam kanclerzy Bismarck. Wyrok śmierci Rosjanie zamienili mu na 12 lat katorgi i zesłali na Syberię.
Dybowski nie załamał się. Wręcz przeciwnie – uznał, że dla niego, naukowca to szansa. Rozpoczął badania fauny w okolicach Czyty oraz w Górach Jabłonowskich. Potem prace kontynuował nad Jeziorem Bajkał, gdzie został przerzucony w 1867 roku.
Potężny zbiornik dla europejskich biologów był wówczas niemal zupełnie nieznany. Naukowcy uważali, że jest raczej ubogi przyrodniczo. Dybowski zadał temu kłam. Opisał przeszło setkę nieznanych wcześniej odmian skorupiaków i sześć nowych gatunków ryb. Zebrał tak wiele materiału, że sam nie był w stanie go opracować. Przesyłał go do Europy, gdzie pochylało się nad nim kilku innych naukowców.
Prace na Syberii prowadzone były często w ekstremalnych warunkach. W swoich pamiętnikach Dybowski wspominał: „Kilka tygodni z rzędu przebywaliśmy na lodzie jeziora bez namiotu, nocowaliśmy, ścieląc posłanie na powierzchni śniegów i lodów. Wróciliśmy do Kułtuka (wieś, w której mieszkał Dybowski – przyp. ŁZ) z obrzękłymi twarzami, z popękanymi ustami i z czerwonymi oczami”. W poszukiwaniu kolejnych okazów przyrodnik wyprawiał się na kilka kilometrów w głąb zamarzniętego jeziora. Chyba tylko on sam wiedział, jak wiele ryzykuje.
W kolejnych latach Dybowski badał jeszcze między innymi Kraj Amurski, północną część Mongolii, dotarł do Władywostoku. Daleki Wschód pochłonął go tak bardzo, że już po zakończeniu katorgi postanowił tam wrócić. Uzyskał zgodę rosyjskich władz i w 1879 roku został lekarzem okręgowym w Pietropawłowsku.
Po przyjeździe na Kamczatkę rzucił się w wir naukowej pracy, nie poprzestając jednak na tym. Budował szpitale dla trędowatych, wprowadził obowiązkowe szczepienia przeciw chorobom zakaźnym, za własne pieniądze kupił konie, renifery, kozy, a ze Stanów Zjednoczonych sprowadził króliki. Wszystko to podarował klepiącym biedę mieszkańcom Wysp Komandorskich.
W 1883 roku Dybowski wrócił do Lwowa i rozpoczął pracę na tamtejszym uniwersytecie. W tym też mieście założył Muzeum Zoologiczne, którego podstawą stały się zbiory podróżnika z południowej Rosji i znad Bajkału. Dybowski zmarł jako sędziwy starzec w 1930. W ten sposób spełniło się jedno z jego największych marzeń. Doczekał wolnej Polski.
W ubiegłym roku z inicjatywy znanego podróżnika Jacka Pałkiewicza w Pietropawłowsku odsłonięta została tablica ku czci Dybowskiego. – Mam satysfakcję, że w 150 rocznicę powstania styczniowego, mogłem przyczynić się do przypomnienia jednego z bohaterów, którzy kształtowali historię Polski i Rosji – mówił Pałkiewicz, cytowany przez „Rzeczpospolitą”.
Ludzie, którzy się z Dybowskim zetknęli wspominali go po prostu jako dobrego człowieka.


Polska poza schematem

Pięciu podróżników, choć listę pewnie można by wydłużyć. Różne charaktery i pasje, odmienne doświadczenia i aspiracje. Niełatwo znaleźć rzeczy, które ich łączą. A jednak są takie. Wyprawy, na które wyruszali zawsze były „po coś”. Dybowski, Strzelecki, Arctowski, nawet Beniowski nie byli wyłącznie kolekcjonerami wrażeń. Chcieli odkrywać nieznane lądy, wydzierać światu jego tajemnice nie tylko dla siebie, ale także dla innych.
Wśród owych „innych” szczególne miejsce zajmowali ich rodacy. Polska stanowiła dla nich wartość wyjątkową, choć sposób, w jaki skłonni byli postrzegać świat wykraczał poza wszelkie schematy.
To pozwala zaliczyć ich do panteonu największych podróżników końcówki XVIII i XIX wieku.

Łukasz Zalesiński

http://wdzieczni.onet.pl/polacy-glodni- ... tykul.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 04 kwi 2017, 10:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2017/04/0 ... po-polsku/

Stefan Banach – piękny umysł po polsku
Posted by Marucha w dniu 2017-04-02 (niedziela)


Stefan Banach w 1919 r. w wieku 27 lat (fot. http://kielich.amu.edu.pl/Stefan_Banach/ / )


Nienawidził biurokracji i nie był zainteresowany formalnym wykształceniem, dlatego nigdy nie ukończył studiów. Nie przeszkodziło mu to w zdobyciu kolejnych stopni naukowych – na obronę doktoratu zwabiono go podstępem.
Niekonwencjonalne zachowania szybko przejęli naukowcy z cieszącej się światową sławą lwowskiej szkoły matematycznej, która powstała wokół Stefana Banacha.
Zapisywali rozwiązania problemów matematycznych na stoliku w kawiarni i na serwetkach, nagradzając się za kolejne osiągnięcia alkoholem. Jeden z najwybitniejszych polskich naukowców przetrwał II wojnę światową pracując w laboratorium – karmił wszy na własnym ciele – pisze dr Konrad Morawski w artykule dla WP.
Znakomity polski uczony Stefan Banach był cenionym na świecie matematykiem, który do tej dziedziny nauki w pierwszej połowie XX wieku wprowadził grupę prac o fundamentalnym znaczeniu. Matematyka była największą pasją i sposobem na życie Banacha – ona ubarwiła też jego biografię, będącą dziś materiałem na opowieść w iście hollywoodzkim stylu.


Wykuwanie się talentu

Dzieciństwo przyszłego wielkiego autorytetu naukowego przebiegło w ciepłej atmosferze, choć Stefan Banach wychowywał się bez obecności biologicznych rodziców. Ten niezwykły talent matematyczny przyszedł na świat 30 marca 1892 roku w Szpitalu Powszechnym Krajowym im. św. Łazarza w Krakowie jako nieślubne dziecko ze związku Katarzyny Banach i Stefana Greczka. Oboje nie podjęli się obowiązku wychowania swego dziecka – Katarzyna Banach z biedy, w której żyła, zaś Stefan Greczek chciał założyć rodzinę pozbawioną nieślubnego dziecka, co zresztą skutecznie mu się udało.
W każdym razie oboje na swój sposób zadbali o los Stefana Banacha. Matka zapewniła mu przyzwoity pobyt pod opieką swojej przełożonej z pralni Franciszki Płowej, zaś ojciec doglądał rozwoju nieślubnego syna, aby po kilku latach ujawnić przed nim swoją tożsamość, a dwa lata przed jego śmiercią w liście napisanym w 1943 roku ujawnił też tożsamość matki.
Pozbawiony prawdziwej opieki rodzicielskiej Stefan Banach mógł nabawić się nieuleczalnych kompleksów na całe życie, ale skutecznym remedium na wszelkie niedostatki wychowania była w jego przypadku matematyka. Pasja i talent Stefana Banacha w tej dziedzinie ujawniły się jeszcze w pierwszej dekadzie XX wieku, gdy po ukończeniu Szkoły Ludowej w 1902 roku rozpoczął edukację w IV Gimnazjum im. Henryka Sienkiewicza w Krakowie (był to pierwszy samodzielny rok funkcjonowania tej placówki po odłączeniu się od ówczesnego Gimnazjum św. Anny).
W szkole gimnazjalnej stawiano zdecydowanie bardziej na humanistykę i lingwistykę, niż na przedmioty ścisłe, z których to Stefan Banach regularnie zbierał najwyższe stopnie, choć na ogół radził też sobie z pozostałymi zajęciami. Maturę zdał bez większego trudu w 1910 roku. Właśnie od tego czasu rozpoczyna się najbardziej niezwykły etap w życiorysie początkującego matematyka, ale paradoksalnie pierwsze lata po zdaniu egzaminu dojrzałości nie rokowały obiecująco.
Otóż Stefan Banach nie przywiązywał dużej wagi do instytucjonalnej roli placówek oświatowych, brzydził się biurokracją i stawiał przede wszystkim na samodzielną naukę. Dziś taką postawę definiuje się raczej pogardliwie. Zresztą sam Banach jeszcze w 1910 roku próbował podjąć studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale szybko z nich zrezygnował i przeniósł się z Krakowa do Lwowa, gdzie próbował studiować na tamtejszej Politechnice. Rezultat tych studiów było zaledwie zaliczenie tzw. egzaminu częściowego – w ten sposób Banach nigdy nie uzyskał dyplomu ukończenia studiów odpowiadających dzisiejszemu magisterium.
Przez kilka lat żył też w skromnych warunkach. Dorabiał we Lwowie udzielając korepetycji z matematyki, a w swoim czasie był także nadzorcą przy budowie dróg i zajmował się pracą w księgarni. Ponadto pewne kwoty na utrzymanie przesyłała mu Franciszka Płowa, ale ostatecznie ten etap jego życia we Lwowie zakończył się gwałtownie w 1914 roku, gdy w wyniku wybuchu wielkiej wojny powrócił do rodzinnego Krakowa.


Dynamiczny rozwój kariery

Stefan Banach nie został zmobilizowany do armii ze względu na wadę wzorku i leworęczność. Dlatego też po nieudanym epizodzie na Politechnice Lwowskiej mógł skupić się wyłącznie na samodzielnym studiowaniu matematyki. Jego talent dorównywał pasji związanej z rozwiązywaniem najtrudniejszych zagadnień – część badaczy jego biografii sądzi, że Banach jeszcze w Lwowie stał się dojrzałym naukowcem. Zawsze uczył się sam, a po powrocie do Krakowa dodatkowo prowadził ożywione dyskusje ze znajomymi, m.in. z Ottonem Nikodymem i Witoldem Wilkoszem, którzy wkrótce tak jak Banach zostali uznanymi matematykami.
O owym uznaniu częściowo zdecydował przypadek. Oto bowiem w 1916 roku spacerujący po krakowskich Plantach ówczesny doktor nauk matematycznych Hugon Steinhaus usłyszał rozmowę młodych matematyków: „Idąc letnim wieczorem 1916 roku wzdłuż Plant, usłyszałem rozmowę, a raczej tylko kilka słów; wyrazy całka Lebesgue’a były tak nieoczekiwane, że zbliżyłem się do ławki i zapoznałem z dyskutantami: to Stefan Banach i Otto Nikodym rozmawiali o matematyce. Powiedzieli mi, że mają jeszcze trzeciego kompana, Wilkosza”.
Następnie Steinhaus podjął ścisłą współpracę z owymi matematykami, a w szczególności z Banachem. Tak oto przypadek, który podobno jest czystą matematyką, często towarzyszył kolejnym latom życia Banacha. Matematyk – pozbawiony przecież sensownego dyplomu, ale wspierany przez Steinhausa – zaczął publikować już w 1919 roku. Zadebiutował na łamach „Biuletynu Akademii Krakowskiej” artykułem napisanym właśnie ze Steinhausem pt. „O zbieżności w przeciętnej szeregu Fouriera”.
Nie mniej przełomowy dla Banacha był rok 1920. Wtedy też opublikował artykuł w pierwszym tomie niezwykle doniosłego projektu „Fundamenta Mathematicae”. Uzyskał też pracę jako asystent na Politechnice Lwowskiej, a na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie obronił rozprawę doktorską pt. „O operacjach na zbiorach abstrakcyjnych i ich zastosowaniach do równań całkowych”.
Zresztą z ową obroną wiążę się niewiarygodna historia, którą najlepiej oddają wspomnienia profesora Andrzeja Turowicza:
„Banach […] gdy rozpoczął pracę we Lwowie, był już autorem wielu doniosłych rezultatów i wciąż uzyskiwał kolejne. Jednak na uwagi, że powinien wkrótce przedstawić pracę doktorską, odpowiadał, że ma jeszcze czas i może wymyślić coś lepszego, niż to, co osiągnął do tej pory. W końcu więc zwierzchnicy Banacha zniecierpliwili się. Ktoś spisał najnowsze rezultaty jego pracy, co zostało uznane za znakomitą pracę doktorską. Przepisy jednak wymagały również egzaminu.
Pewnego dnia zaczepiono Banacha na korytarzu Uniwersytetu Jana Kazimierza: ‚Czy mógłby pan wpaść do dziekanatu, są tam jacyś ludzie, którzy mają pewne problemy matematyczne, a pan na pewno potrafi im wszystko wyjaśnić’. Banach udał się zatem do wskazanego pokoju i chętnie odpowiedział na wszystkie pytania, nieświadom tego, że właśnie zdaje egzamin doktorski przed komisją specjalnie w tym celu przybyłą z Warszawy”.
Również w 1920 roku Stefan Banach zmienił swój stan cywilny. Poślubił bowiem Łucję Brus, a dwa lata później na świat przyszedł ich syn Stefan. Warto dodać, że w roku narodzin Stefana Banacha juniora jego robiący zawrotną karierę naukową ojciec zdołał się habilitować (czerwiec 1922), uzyskać nominację profesorką (lipiec 1922), a także objąć II Katedrę Matematyki Wydziału Matematyczno-Fizycznego w Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, którą kierował w sumie do 1939 roku, pełniąc przy tym wiele innych zaszczytnych funkcji (warta odnotowania jest szczególnie współpraca z Polską Akademią Umiejętności oraz zbudowanie prestiżu Polskiego Towarzystwa Matematycznego).
W drugiej połowie lat dwudziestych i w latach trzydziestych XX wieku pozycja Stefana Banacha ulegała stałemu wzrostowi. Był niezwykłą personą pośród międzynarodowego towarzystwa matematyków. Został doceniony za życia, co nie udało się wielu ważnym naukowcom.


Lwowska szkoła matematyczna

Stefan Banach to jednak nie tylko zestaw doniosłych faktów na temat błyskotliwej i niewiarygodnej kariery naukowej, ale także czołowa postać legendarnej socjety naukowej – lwowskiej szkoły matematycznej. To właśnie wokół Stefana Banacha i jego „odkrywcy” Hugona Steinhausa w latach 20. i 30. XX wieku skupiła się grupa utalentowanych matematyków zainteresowanych głównie zagadnieniami z zakresu analizy funkcjonalnej. Swe przemyślenia przelewali na papier czasopisma „Studia Mathematica”, które szybko stało się jednym z najważniejszych międzynarodowych wydawnictw naukowych dotyczących analizy funkcjonalnej.
Lwowska szkoła matematyczna to także wymiar wielogodzinnych dysput społecznych i naukowych, które swoje ujście znajdowały najczęściej w położonej na Placu Akademickim Kawiarni Szkockiej. W tym miejscu, wielbionym przez Stefana Banacha ze względu na wielobarwność przychodzących tam postaci i unikatowy klimat, tworzono i rozwiązywano skomplikowane problemy matematyczne.
W pierwszych latach działalności lwowskiej szkoły matematycznej owe problemy zapisywano na serwetkach i kawiarnianym blacie, później tę technikę usprawniono za pomocą zeszytu (nazwanego Księgą Szkocką) podarowanego matematykom od Łucji Banachowej. Oryginalne rozwiązania zadań zamieszczonych w zeszycie były wzajemnie honorowane, np. alkoholem, bekonem lub żywą gęsią. W taki sposób narodziła się wpływowa gałąź polskiej i de facto światowej matematyki.
W każdym razie klimat utworzony wokół matematyków ze Lwowa to nie tylko nauka. W Kawiarni Szkockiej Stefan Banach i inni naukowcy uwielbiali pić kawę i alkohol, oddawać się rozrywkom umysłowym, takim jak szachy, albo słuchać muzyki. Byli mistrzami swoich czasów. Ludźmi niezwykle utalentowanymi, oddanymi matematyce, wokół której rozgrywały się najważniejsze aspekty ich życia. Ludźmi, którzy zyskali międzynarodowe uznanie i którym istotny obszar matematyki tak wiele dziś zawdzięcza.
Niestety wielu uczonych z tego znakomitego pokolenia nie przeżyło II wojny światowej (m.in. Stefan Kaczmarz, Juliusz Paweł Schauder i Herman Auerbach), inni musieli się ukrywać i tymczasowo porzucić swoje zainteresowania matematyczne. Stefan Banach zdołał przetrwać w tym najmroczniejszym okresie w dziejach świata (był m.in. karmicielem wszy w Instytucie Badań nad Tyfusem Plamistym prof. Rudolfa Weigla), choć w rezultacie choroby płuc zmarł w ostatnim dniu sierpnia 1945 roku.
Być może kariera Banacha nabrałaby jeszcze większego blasku, gdyby przed wybuchem II wojny światowej przyjął intratną propozycję emigracji naukowej do USA. Polski matematyk odmówił jednak wysłannikowi słynnego twórcy cybernetyki Norberta Wienera, twierdząc, że nie ma takiej sumy pieniędzy, która skłoniłaby go do opuszczenia Polski, przyjaciół i ukochanego Lwowa. Spoczął właśnie we Lwowie na Cmentarzu Łyczakowskim w rodzinnym grobowców Riedlów.
Stefan Banach wniósł kapitalny wkład w rozwój polskiej i światowej matematyki. Był znakomitym umysłem, cenionym wykładowcą, autorem oryginalnych rozwiązań naukowych i twórcą podręczników dla szkół średnich. Stał się głównym twórcą analizy funkcjonalnej obowiązującej na całym świecie.
W matematyce utrwaliło się kilka pojęć nawiązujących do jego nazwiska, jak np. „Przestrzeń Banacha” albo „Paradoks Banacha-Tarskiego”. Stefan Banach doczekał się też wielu upamiętnień. Zarówno w środowisku naukowym, jak również w wielu innych prestiżowych instytucjach, takich jak Narodowy Bank Polski, albo w organach samorządowych.
Na temat jego życia napisano już kilka książek i kilkadziesiąt artykułów, ustanowiono też Medal im. Stefana Banacha, a także międzynarodową nagrodę jego imienia. W większości polskich miast Stefan Banach jest dziś obecny na pamiątkowej ulicy, w muzeum, w szkołach czy na pomnikach. Istnieje też w przestrzeni kosmicznej, ponieważ od 2001 roku jego imieniem oznaczono jedną z planetoid.

dr Konrad Sebastian Morawski dla Wirtualnej Polski

http://historia.wp.pl/title,Stefan-Bana ... &_ticrsn=3


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 06 kwi 2017, 18:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2016/06/1 ... z-gdanska/

Jan Heweliusz – książę astronomii z Gdańska
Posted by Marucha w dniu 2016-06-13 (poniedziałek)

Jan Heweliusz, obraz w gdańskim Ratuszu Staromiejskim
Mniej znany od Kopernika, ale nie mniej zasłużony dla rozwoju astronomii: gdański astronom Jan Heweliusz jest twórcą naukowej wiedzy o Księżycu.
Trzysta lat przed tym, jak człowiek postawił nogę na Księżycu, Jan Heweliusz zdołał dokładnie zbadać powierzchnię jedynego naturalnego satelity Ziemi.
Ten wybitny astronom urodził się 28 stycznia 1611, a zmarł tego samego dnia roku 1687.
W XVII wieku był księciem astronomii. Gdański astrofizyk, Robert Głębocki, znawca dorobku Heweliusza, przekonuje, że choć naukowiec stosował nieco przestarzałe, jak na owe czasy, techniki, dokonywał niezwykle dokładnych pomiarów. Badał prawie wszystko. Plamy na słońcu, powierzchnię księżyca, mierzył pozycję planet, a nazwy gwiazdozbiorów, które nadał, obowiązują do dziś.
Jan Heweliusz jest twórcą nauki o Księżycu i to jemu zawdzięczamy dokładne zbadanie powierzchni jedynego naturalnego satelity Ziemi.
Jednym z najważniejszych dzieł uczonego z Gdańska jest wydana w 1647 roku „Selenografia”. – Zawiera ona trzy trójkolorowe mapy Księżyca, odzwierciedlające obserwacje Heweliusza. Są to mapy niewielkie, ale bardzo szczegółowe – zapewnia profesor Andrzej Zbierski, astronom i historyk.
Heweliusz obserwował również komety – odkrył cztery z nich. Jako pierwszy dostrzegł, że nie poruszają się one po liniach prostych, ale tory ich ruchów są zakrzywione.
– Badał również położenie gwiazd i, jako zwieńczenie swej pracy, wykonał katalog 1564 gwiazd – mówi profesor Andrzej Zbierski, gość Doroty Truszczak.
Profesorowi Zbierskiemu zawdzięczamy także odkrycie grobu słynnego obserwatora nieba w kościele św. Katarzyny w Gdańsku.
– Mamy stuprocentową pewność, że to grób Heweliusza. Opatrzony jest wybitym złotymi ćwiekami monogramem z inicjałami „J.H.”. Jak zapewnia gość „Naukowego Wieczoru z Jedynką”, kości słynnego astronoma, zmarłego w wieku 76 lat, zachowały się w zaskakująco dobrym stanie.
Posłuchaj audycji „Jan Heweliusz – książę astronomii” [w oryginalnym artykule – admin]

(Am)

http://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/298179,Jan-Heweliusz-–-ksiaze-astronomii-z-Gdanska

* * *

JAN HEWELIUSZ – 28.01.1611 – 28.01.1687
Jan Heweliusz urodził się w Gdańsku. Pochodził z bogatej rodziny kupieckiej. Rodzice przeznaczyli go na stanowisko w zarządzie rodzimego miasta. W związku z tym odbył studia prawne w Holandii, Anglii i Francji.
Jeszcze przed wyjazdem interesował się obserwacjami astronomicznymi. W roku 1639 poświęcił część majątku rodzinnego na budowę własnego obserwatorium astronomicznego. Heweliusz zbudował olbrzymie przyrządy pomiarowe, przez co zdołał udoskonalić powtarzalną dokładność pomiarów pozycji gwiazd do jednej minuty w mierze łukowej „gołym okiem”. Tym samym przewyższył dokładność osiągniętą przez Tycho de Brahe.
Z pomocą swojej drugiej żony, Elżbiety, skompletował katalog gwiazd, który okazał się niezwykle kompletny. Niestety duża część informacji uległa zniszczeniu, kiedy to 26 września 1679 jego dom i obserwatorium się spaliły. Jego „Atlas Ciał Niebieskich”, stanowiący efekt pracy całego życia, został złożony i opublikowany pośmiertnie w roku 1690, przez jego żonę.
Na początku okresu 1670 – 1679 Heweliusz zaangażował się w tok gorącej polemiki z Johnem Flamsteedem, a później z Robertem Hookem, którzy uznawali, że tylko użycie teleskopów i mikrometrów pozwalało na dokładne określenie pozycji ciał niebieskich.
Rozejm został osiągnięty dopiero w roku 1679, kiedy to młody wówczas Edmund Halley, odwiedził Heweliusza w Gdańsku. Halley potwierdził, ze Heweliuszowy sposób pomiaru był tak samo dokładny jak inne współcześnie znane sposoby, łącznie z teleskopem pomiarowym, który przywiózł ze sobą z Anglii.
Heweliusz był znanym i szanowanym astronomem. W roku 1664 został przyjęty do angielskiego Royal Society, a w 1666 zaoferowano mu główną pozycję w nowo zbudowanym obserwatorium w Paryżu, której nie przyjął.
Heweliusz przeprowadził wiele obserwacji księżycowych, planetarnych i słonecznych. 22 listopada 1644 zaobserwował fazy planety Merkury. Heweliusz wykorzystał własne obserwacje plam słonecznych do określenia okresu obrotów słońca, z dokładnością większą niż osiągniętą przez poprzedników. Dał nazwę „faculae” jasnym regionom wokół plam słonecznych.
Jan Heweliusz zmarł 28 stycznia 1687 roku w dniu swoich 76 urodzin.

Marcin Gryszko

http://www.astronomia.biz.pl/jan-heweliusz.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 08 kwi 2017, 09:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://nauka.wiara.pl/doc/3220319.Paliwo-z-glonow

Paliwo z glonów?

W Polsce najczęstszym dodatkiem do benzyny jest obecnie etanol, a do oleju napędowego - estry kwasów tłuszczowych FAME

Jeszcze w tym roku w zakładzie głównym PKN Orlen w Płocku (Mazowieckie) ma zostać uruchomiona stacja doświadczalna, gdzie z wykorzystaniem dwutlenku węgla i wody poprodukcyjnej hodowane będą glony, służące do produkcji wyższej generacji biokomponentów paliw.
Reklama

To innowacyjny projekt płockiego koncernu, którego celem jest opracowanie technologii wytwarzania biopaliw, zgodnie z priorytetami wyznaczonymi przez unijną Dyrektywę o Odnawialnych Źródłach Energii na 2020 r.

Obecnie, w ramach przedsięwzięcia, zakończył się pierwszy etap prac badawczych na Uniwersytecie Szczecińskim i Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim, gdzie wytypowano odpowiednie szczepy glonów olejowych i taksonów okrzemek, które zostaną przeniesione do hodowli w stacji doświadczalnej PKN Orlen - poinformował płocki koncern, odpowiadając na pytania PAP, dotyczące przedsięwzięcia.

Jak zaznaczył PKN Orlen, trwa jeszcze proces przetargowy na wyłonienie wykonawcy budowy stacji doświadczalnej wraz z niezbędną infrastrukturą na terenie zakładu produkcyjnego spółki w Płocku, gdzie znajduje się największy w Polsce kompleks rafineryjno-petrochemiczny. "Jej uruchomienie zaplanowane jest jeszcze w tym roku" - zapowiedział płocki koncern.

PKN Orlen wyjaśnił, że w stacji doświadczalnej, która powstanie "hodowane będą glony olejowe i okrzemki z wykorzystaniem medium hodowlanego, jakim będą wody poprodukcyjne i gaz bogaty w dwutlenek węgla, pochodzący z jednej z instalacji produkcyjnych". "Głównym celem projektu jest ocena możliwości produkcji oleju z glonów i okrzemek w kierunku biopaliw drugiej generacji w warunkach rzeczywistych zakładu produkcyjnego w Płocku. Wyprodukowany doświadczalnie w płockiej rafinerii olej z glonów i okrzemek będzie badany pod kątem produkcji estrów, jak również biokomponentów syntetycznych" - zaznaczył PKN Orlen.

Według płockiego koncernu, "badaniom poddane zostaną wytłoczyny glonowe w kierunku zgazowania i fermentacji biogazowej, jak również pozostałość masy organicznej z okrzemek w kierunku polimerowym". "Po przeprowadzeniu tych badań będziemy mogli ocenić, jak przedmiotowa technologia może przyczynić się do realizacji przez PKN Orlen celów nakreślonych przez dyrektywy Unii Europejskiej" - wyjaśniła spółka.

PKN Orlen przyznał, że "jest jeszcze za wcześnie, aby mówić o komercjalizacji technologii", opracowanej w ramach innowacyjnego projektu wykorzystania glonów i okrzemek do produkcji wyższej generacji biokomponentów paliw.

Od 2014 r. obowiązuje nowelizacja ustawy o biopaliwach zakładająca, że od 2020 r. muszą one stanowić 10 proc. zużywanych w Polsce paliw. Nowela wdrożyła zapisy europejskiej dyrektywy, dotyczącej promowania energii ze źródeł odnawialnych. Zgodnie z tymi regulacjami, priorytetem jest premiowanie biopaliwa wytwarzanego z odpadów i produktów nieżywnościowych z zachowaniem zasad zrównoważonego rozwoju. Tylko komponenty spełniające kryteria zrównoważonego rozwoju będą zaliczane do realizacji Narodowych Celów Wskaźnikowych. W nowelizacji znalazła się m.in. rozszerzona lista komponentów, które mogą być uznane za biopaliwa.

W Polsce najczęstszym dodatkiem do benzyny jest obecnie etanol, a do oleju napędowego - estry kwasów tłuszczowych FAME.

W przypadku glonów, istotny jest duży ich przyrost, w stosunku do roślin lądowych, a w efekcie możliwość uzyskiwania większej ilości biomasy, służącej np. do wytwarzania biogazu, a także oleju, wykorzystywanego do wytwarzania biopaliw, pozbawionych związków siarki. Ważne jest także, że do swego wzrostu glony potrzebują dużych ilości dwutlenku węgla, co przy zastosowaniu odpowiednich rozwiązań technologicznych może być wykorzystywane, jako sposób redukcji emisji tego gazu do atmosfery.

PKN Orlen pracuje obecnie nad przeglądem swej strategii obejmującej lata 2014-17, która zakłada łączne nakłady na rozwój płockiego koncernu na poziomie 10,8 mld zł. Jednym z priorytetów aktualizacji celów strategicznych spółki będą różnego rodzaju przedsięwzięcia innowacyjne. Opracowane w ramach przeglądu strategiczne założenia mają być gotowe w drugiej połowie roku.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 11 kwi 2017, 09:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://nauka.wiara.pl/doc/3801365.Zbudu ... ch-podrozy

Zbudują kapsułę do superszybkich podróży?

Obrazek
Camilo Sanchez Tak by to - wedle jednej z koncepcji - mniej więcej mogło wyglądać


Nowy, superszybki środek transportu - kapsułę Hyperloop - chcą zbudować studenci z Politechniki Warszawskiej i Wrocławskiej. Dzięki niej podróż z Warszawy do Wrocławia może potrwać 23 minuty. Najpierw chcą przetestować ją w światowym finale konkursu organizowanego przez SpaceX.
Reklama

Hyperloop to zupełnie nowy środek transportu będący połączeniem między pociągiem a samolotem. "Wykorzystujemy do niego prędkość bliską połączeniom samolotowym, a wygodę pociągu czy nawet metra" - wyjaśnia PAP Piotr Niedziółka z zespołu Hyper Poland University Team.

Prace nad taką kapsułą prowadzą inżynierowie na całym świecie. Własny prototyp kapsuły Hyperloop przygotowują także studenci i absolwenci Politechniki Warszawskiej oraz Wrocławskiej z zespołu Hyper Poland University Team. "Pojazd może poruszać się z prędkością 1000 km/h, choć realnie może to być 900 km/h. Dzięki wszystkim pomysłom, które opracujemy, nasza kapsuła będzie w stanie pokonać dystans z Warszawy do Wrocławia w 23 minuty" - mówi Niedziółka.

Dzięki wykorzystaniu materiałów stosowanych w przemyśle lotniczym, np. stopów aluminium, magnezu, czy kompozytów węglowych, konstrukcja ma być bardzo lekka, a jednocześnie wytrzymała. Jej masa będzie sięgała około 290 kg. Napędzana silnikami elektrycznymi może poruszać się na kołach, a przy większej prędkości - za pomocą lewitacji magnetycznej. Dla zachowania bezpieczeństwa wyposażona jest w dwa niezależne systemy hamowania. Dodatkowo system elektroniczny czuwa nad pojazdem w trakcie jazdy i w razie potrzeby automatycznie uruchamia awaryjne procedury bezpieczeństwa.

Polscy studenci przygotowują pojazd z myślą o zawodach Hyperloop Pod Competition, organizowanych przez firmę SpaceX Elona Muska. Już znaleźli się w gronie 24 zespołów, które pod koniec sierpnia br. wezmą udział w finale konkursu w Stanach Zjednoczonych. Kapsuła - jeśli powstanie - zostanie więc przetestowana na torze testowym SpaceX w Los Angeles.

"Później projekt będzie rozwijany pod Warszawą na naszym małym torze testowym, który mamy nadzieję niedługo powstanie" - mówi Niedziółka. "Docelowo jest to projekt rozwojowy dla całej technologii Hyperloopa w Polsce" - dodaje.

Studenci z Hyper Poland University Team na swoim koncie mają już sporo sukcesów, m.in. udział w pierwszej edycji konkursu Hyperloop Pod Competition czy nagrodę za innowacyjność w zawodach Build Earth Live w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Na realizację swojego pomysłu potrzebują jednak wsparcia internautów i uruchomili zbiórkę na jednym z serwisów crowdfoundingowych odpalprojekt.pl. Jeśli uda im się zgromadzić 150 tys. zł będą mogli zbudować podstawową wersję kapsuły bez napędu.

Czy do takiej superszybkiej podróży będą potrzebne jakieś specjalne przygotowania? "Wiele osób obawia się o przeciążenia, które byłyby w kapsule, ale zupełnie niepotrzebnie. Jest to o tyle lepsze rozwiązanie od samolotu, że w przypadku tego środka transportu mamy pas startowy, na którym musimy się rozpędzić w bardzo krótkim czasie do prędkości powyżej 200 km/h. Tutaj (...) możemy rozpędzać się do tej prędkości na odległości 10-12 km" - wyjaśnił PAP Niedziółka.

Nad rozwojem technologii Hyperloop pracują obecnie naukowcy i inżynierowie na całym świecie, choć przede wszystkim dwie firmy Hyperloop One i Hyperloop Transportation Technologies. "Pozostałe to projekty pasjonatów, które czasami są znacznie lepsze niż projekty tych głównych firm" - mówi Niedziółka.

Jak tłumaczy Paweł Radziszewski z Hyper Poland University Team obecnie istnieją już wszelkie technologie, które pozwalają tworzyć taki nowy środek transportu. "Amerykańska firma chce zbudować go już za trzy lata, ponieważ szejkowie zamierzają zbudować pierwszy komercyjny tor dla pasażerów między Dubajem a Abu Zabi na Expo 2020" - wyjaśnia Radziszewski.

Ewelina Krajczyńska (PAP)


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 14 kwi 2017, 08:49 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://newsweb.pl/2017/04/13/ten-genial ... nie-znamy/

Ten genialny samolot z Mielca podbija świat. Cudze chwalimy, swego nie znamy?
Kwi 13, 2017

Obrazek

MIELEC Cudze chwalicie, swego nie znacie? Ten prosty, a zarazem niezwykle funkcjonalny samolot produkowany w Mielcu ma szansę podbić świat. Nie jest piękny, nie ma smukłej linii i kadłuba z tytanu. Nie bije rekordów prędkości ani zasięgu. Ale ta polska maszyna może być światowym hitem, bo doleci wszędzie, wyląduje nawet na skrawku pustyni lub arktycznej krze. Na dodatek może być samolotem osobowym, transportowym, ratowniczym, wojskowym albo VIP-owską salonką – pisze o nim popularny portal INN:Poland. M28 w wersji 05 ruszył na podbój rynków obu Ameryk i Afryki, wzbudził olbrzymie zainteresowanie potencjalnych nabywców. Jednak Mielec to nie tylko – jak mawiali politycy Platformy Obywatelskiej – “montownia”. Konstrukcja tego cudeńka lotniczego została bowiem w Mielcu udoskonalona do tego stopnia, że podkarpaccy pasjonaci lotnictwa pękają z dumy. Mielecki samolot powstał na bazie konstrukcji Antonowa (An-28). Rosjanie robili i robią bardzo dobre płatowce o dużej wytrzymałości i świetnych właściwościach pilotażowych, a że PZL Mielec uczynił z niego cudo (a uczynił), to już inna sprawa – komentuje jeden z czytelników publikacji INN:Poland. Pierwsza wersja samolotu M28, który został zaprojektowany w PZL Mielec i tam również jest produkowany, wzbiła się w niebo już w 1993 roku i od tej pory sprzedano setkę egzemplarzy, głównie siłom powietrznym USA. Ostatnia odsłona polskiego samolotu ma za zadanie podbić dużo większy rynek. Czy ma na to szanse? – Obecnie prezentowana wersja M28-05 to najnowsza ewolucja naszego samolotu – mówi w rozmowie z INN:Poland Dominika Bochnak, Kierownik Działu PR i Marketingu PZL Mielec. Przedstawiciele PZL Mielec, którzy udali się do Ameryk Południowej, Północnej oraz na czarny ląd, zaprezentowali możliwości maszyny klientom komercyjnym w Trynidadzie i Tobago, a w Brazylii odwiedzili Rio de Janeiro, Manaus i Brasilię. – Jesteśy bardzo zadowoleni z dużego zainteresowania pokazami samolotu M28 wśród komercyjnych firm transportowych oraz jednostek wojskowych na terenie Brazylii. Ten samolot ma największe możliwości załadunkowe w swojej klasie. Klienci szukają dynamicznego, wszechstronnego i taniego w eksploatacji samolotu, zaprojektowanego specjalnie do transportu cargo oraz pasażerów z nieutwardzonych pasów startowych oraz zrzutów spadochronowych lub ładunków na tereny dotknięte klęskami żywiołowymi w regionach górskich, na polanach w dżungli lub na wąskich plażach wyspiarskich – mówi Janusz Zakręcki, prezes zarządu PZL Mielec.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 17 kwi 2017, 18:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
POLSKA CIĘŻARÓWKA WZBUDZA ZACHWYT – WYWIAD Z JAROSŁAWEM REPIŃSKIM

Samochód polskiej firmy przewozowej „Repiński Transport i Spedycja” zwraca uwagę każdego, kto natknie się na niego zarówno na drodze, jak i na postoju. Grafika na ciężarówce jest bowiem artystycznym hołdem dla polskich lotników – bohaterów walczących w Bitwie o Anglię podczas II wojny światowej.

Obrazek

Obrazek


https://www.youtube.com/watch?v=0mWamQbw-d4

http://www.radiomaryja.pl/informacje/po ... repinskim/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 19 kwi 2017, 10:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wgospodarce.pl/informacje/35569- ... podarce.pl)

Plamy do lamusa ? Polska firma opatentowała specjalną technologię ograniczającą wchłanianie wody
opublikowano: 18 kwietnia 2017 roku, 10:07 | autor: Szymon Szadkowski

Polska firma opatentowała w całej Unii Europejskiej specjalne technologie ograniczające wchłanianie wody przez tkaniny oraz gwarantujące ochronę przed plamami. Dzięki rodzimemu wynalazkowi Cleanaboo i Cleanaboo+ coraz więcej rodzin w Polsce i za granicą cieszy się meblami, na których nie zostają zabrudzenia z czekolady czy tuszu, a plamy z wina czy kawy czyści zwykła chusteczka.
Technologia Cleanaboo
Sposób na zachowanie czystości tkanin? W przypadku mebli wypoczynkowych, rozwiązanie jest bardzo proste, wystarczy wybrać meble obite tkaniną w Cleanaboo. Technologia ta powstała w krakowskiej firmie Toptextil i w znacznym stopniu ogranicza wchłanianie płynów. Rozlana ciecz formuje się w krople i nie przenika do wnętrza tkaniny. W efekcie minimalizuje to ryzyko zniszczenia mebla poprzez ślady po sokach, kawie czy winie. Przy minimalnej pielęgnacji mebel wygląda jak nowy przez lata. Żeby usunąć rozlany płyn z tkaniny wystarczy za pomocą papierowego ręcznika lub ściereczki, kilkoma ruchami zetrzeć ciecz z tkaniny. I gotowe! Po plamie nie będzie ani śladu.
Technologia Cleanaboo+
Cleanaboo+ to druga, rozszerzona wersja technologii firmy Toptextil. To idealne rozwiązanie do rodzinnego salonu pełnego bawiących się dzieci i leniuchujących zwierzaków. Nie daje ona gwarancji tego, że plamy w ogóle nigdy nie powstaną, ale za to daje pewność, że za pomocą wilgotnej ściereczki uda się je skutecznie zlikwidować. Cleanaboo+ to profesjonalna ochrona przed plamami. Nie tylko chroni tkaniny przed rozlanymi płynami, ale również zabezpiecza przed śladami po długopisach, kredkach czy czekoladzie. Przędza, z której produkuje się tkaniny w technologii Cleanaboo+ zapezbieczona jest specjalną warstwą ochronną. Dzięki temu w łatwy sposób można pozbyć się plam, które do tej pory były określane mianem uciążliwych i ciężko usuwalnych.
Uznane w Polsce i Unii Europejskiej
Nasz kraj jest w światowej czołówce producentów mebli. Polskie firmy stale szukają innowacji i praktycznych rozwiązań, aby jak najwięcej osób wybierało właśnie rodzime produkty. Innowacyjne technologie Cleanaboo i Cleanaboo+, opatentowane w Polsce i w UE, ułatwiają zachowanie porządku milionom użytkownikom mebli tapicerowanych na całym świecie.
Nasze produkty dostarczamy klientom w całej Europie. Technolodzy tworzą tkaniny najwyższej jakości i bardzo innowacyjne, dlatego zdecydowaliśmy się opatentować nasze wynalazki nie tylko w Polsce, ale i w Unii Europejskiej. Oryginał jest tylko jeden – potwierdza Andrzej Moskała, prezes firmy Toptextil.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 20 kwi 2017, 18:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kierunki.info.pl/2016/06/klara-j ... matycznej/

Klara Jaskulska: Piękne umysły polskiej szkoły matematycznej
19 CZERWCA 2016 O 10:00 / KOMENTARZY (2)

John von Neumann, amerykański matematyk węgierskiego pochodzenia wielokrotnie próbował nakłonić Stefana Banacha do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych i podjęcia pracy dla amerykańskiego sektora militarnego. Ostatni raz przyjechał do Polski latem 1937 r., składając Banachowi propozycję nie do odrzucenia. Siedząc w kawiarni Szkockiej, Neumann położył przed Polakiem czek, który w miejscu na kwotę do wypłaty miał wpisaną tylko jedną cyfrę: jeden.
– Profesor Wiener prosił, żeby dopisać tyle zer, ile uzna Pan za stosowne – powiedział.
– To za mała cena, żeby opuścić Polskę – miał odpowiedzieć Banach.
To jedna z najbardziej znanych i najczęściej powtarzanych anegdot z życia genialnego lwowskiego matematyka. Banach, nieślubne dziecko niepiśmiennej góralki, stał się jednym z najważniejszych matematyków w historii, którego nazwisko jest wymieniane obok Euklidesa i Pitagorasa. Katedrę profesorską Banach objął mając trzydzieści lat, mimo iż nigdy nie ukończył studiów. Jego działalność naukowo – badawcza wywarła istotny wpływ na niemal każdą dziedzinę współczesnej matematyki. Zapoczątkował rozwój analizy funkcjonalnej, definiując nowy rodzaj przestrzeni, dziś nazywany przestrzenią Banacha (chociaż sam twórca nigdy nie użył tej nazwy). Należał on do tzw. lwowskiej szkoły matematycznej – grona wybitnych matematyków skupionych wokół Politechniki Lwowskiej, wśród których był m.in Stanisław Ulam. Zdolny słuchacz wykładów Banacha nie dorównał swojemu wykładowcy w przywiązaniu do rodzinnego Lwowa – w 1939 r. Ulam na zawsze wyjechał do Stanów Zjednoczonych, by tam zasłynąć jako współtwórca pierwszej na świecie bomby atomowej, a później także bomby wodorowej. Jest także znany jako twórca metody numerycznej Monte Carlo, mającej zastosowanie w rachunku różniczkowym i statystyce.
Stałym miejscem spotkań lwowskich matematyków była kawiarnia „Szkocka”, wewnątrz której przy brzęku kieliszków i w kłębach dymu spędzali oni długie godziny rozwiązując zagadnienia matematyczne. Nierozwiązane problemy początkowo zapisywali na serwetkach i blatach stołów kawiarnianych, później w tzw. Księdze Szkockiej, brulionie kupionym przez żonę Banacha i przechowywanym przez barmana kawiarni. Grupa Lwowskich naukowców wydawała pismo „Studia Mathematica”, drugie na świecie specjalistyczne pismo o tematyce matematycznej, w którym to m.in. została opublikowana praca Banacha o funkcjonałach liniowych, w której znajduje się twierdzenie o odwracaniu liniowych bijekcji (dziś znane jako twierdzenie Banacha) oraz o rozszerzaniu funkcjonałów liniowych, czyli tzw. twierdzenie Hahna-Banacha. W „Studia Mathematica” publikowali najważniejsi lwowscy matematycy, oprócz Banacha i Ulama także Stanisław Mazur, Władysław Orlicz, Hugo Steinhaus, Władysław Nikliborc, ale także Antoni Zygmund i Józef Marcinkiewicz – matematycy związani z Wilnem. Szczególnie pięknie zapowiadała się kariera ostatniego z nich. Urodzony w zamożnej rodzinie chłopskiej, Marcinkiewicz od młodych lat chłopięcych przejawiał zainteresowanie matematyką. Po zaledwie trzech latach studiów na Uniwersytecie Wileńskim zdobył tytuł magistra, przedstawiając w pracy nowatorskie wyniki na temat przybliżeń funkcji wielomianami trygonometrycznymi. W ciągu niespełna sześcioletniej kariery naukowej Marcinkiewicz opracował szereg zagadnień, które zostawiły trwały ślad w szeroko pojętej analizie matematycznej. Mając lat trzydzieści, otrzymał propozycję objęcia katedry profesorskiej na Uniwersytecie Poznańskim. Niestety nigdy jej nie objął – w chwili wybuchu wojny wstąpił do 2. batalionu 205 pułku piechoty, po kilkunastu dniach walk jako jeniec wojenny został wywieziony do obozu w Starobielsku i w 1940 r. zabity w Charkowie strzałem w tył głowy. Jego mordercy prawdopodobnie wiedzieli, jak potężny intelekt skrywa się w tym człowieku – z relacji świadków wynika, że Rosjanie oferowali Marcinkiewiczowi darowanie życia w zamian za współpracę. Mentor Marcinkiewicza, prof. A. Zygmund, znając doskonale fenomenalny umysł młodego matematyka, powiedział o nim: „Najcięższa indywidualna strata II wojny światowej”.
Lata wojenne przyniosły podobnie tragiczny los wielu lwowskim matematykom, rozstrzelanym z rąk niemieckich (m.in. na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie). Wielu uczonych pochodzenia żydowskiego emigrowało przed wojną do USA, ci, którym to się nie udało, zmuszeni byli się ukrywać (m.in. Hugo Steinhaus). Wielu profesorów, w tym Stefan Banach, w czasie wojny pracowało jako karmiciele wszy w niemieckim Instytucie Badań nad Tyfusem.
Wspominając wyżej, że założone we Lwowie czasopismo „Studia Mathematica” było drugim na świecie pismem specjalizującym się w konkretnych działach matematyki, nie sposób pominąć faktu, że pierwsze powstało w… Warszawie. W stolicy istniał drugi obok lwowskiego prężnie działający ośrodek matematyczny, skupiający wybitnych studentów i profesorów w tzw. warszawskiej szkole matematycznej. Uważany za założyciela Zygmunt Janiszewski rozwinął na gruncie polskim takie działy matematyki, jak topologia, teoria mnogości, teoria funkcji rzeczywistych. O jego nieprzeciętnym talencie matematycznym świadczy fakt, że promotorem jego pracy doktorskiej był Henri Lebesgue. Żołnierz Legionów Polskich, profesor Uniwersytetu Warszawskiego (katedrę objął w wieku 30 lat!) Zygmunt Janiszewski żył krótko, zmarł w wieku 32 lat na grypę hiszpankę, jednak pozostawił po sobie godnych następców: Władysława Sierpińskiego, Kazimierza Kuratowskiego, Stefana Mazurkiewicza i wielu innych. Wymienieni matematycy w czasie wojny polsko – bolszewickiej pod dowództwem płk. Jana Kowalewskiego (również matematyka, a także chemika i kryptologa) pracowali w Wydziale II Radiowywiadu, łamiąc szyfrogramy Armii Czerwonej i tym samym znacznie przyczyniając się do zwycięstwa polskich wojsk. Sukces polskiej kryptografii w roku 1920 uświadomił władzom wojskowym jak ważną bronią jest ta dziedzina, co było impulsem do utworzenia polskiego ośrodka kryptografii w Pyrach, w którym zatrudniono wybitnie zdolnych studentów matematyki – Henryka Zygalskiego, Jerzego Różyckiego i Mariana Rejewskiego (studenta S. Mazurkiewicza). To właśnie ci młodzi naukowcy (najstarszy miał wówczas 27 lat, najmłodszy 23) w 1932 r. opracowali technikę regularnego odczytywania szyfrogramów niemieckiej Enigmy i zbudowali jej pierwszą działającą kopię.
Niestety nie ma miejsca w tym krótkim tekście, żeby wspomnieć wszystkich wybitnych polskich matematyków, chociaż każdemu należałoby w ten sposób wznieść zasłużony pomnik. Faktem jest, że II Rzeczpospolita była kolebką światowej klasy matematyków, co może dziwić „w kraju, który nie miał tradycji w tej dziedzinie wiedzy, i w okresie, gdy kraj nasz po wyjściu ze 123-letniej niewoli i czteroletniej wyniszczającej wojny znajdował się w szczególnie trudnej sytuacji(…)” – jak pisał prof. Szurek. Wyżej wymienione nazwiska są pięknym świadectwem nieprzeciętnych zdolności tkwiących w narodzie polskim i niezaprzeczalnego wkładu w światową myśl matematyczną. Ważne jest, żeby każdy miał świadomość, że polska nauka to nie tylko Maria Skłodowska i Mikołaj Kopernik, ale także – a może przede wszystkim – genialna polska szkoła matematyczna, „pomnik o ogromnej doniosłości i wiekuistym pięknie” (J.-P.Kahane).

Klara Jaskulska

Źródło:
Kazimierz Kuratowski, 50 lat matematyki polskiej 1920-1970, 1973
M. Urbanek, Genialni. Lwowska szkoła matematyczna, 2014
R. Duda, Matematyka a dzieje myśli
Bolszewik złamany, wywiad z G. Nowikiem (archiwum gazeta.pl)
Witryna http://marianrejewski.pl, 09-06-2016


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 21 kwi 2017, 18:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://nauka.wiara.pl/doc/3182026.Zycie-bez-energii\

Życie bez energii?

Obrazek

materiały informacyjne anny karnkowskiej

Doktor Anna Karnkowska, biolog z Uniwersytetu Warszawskiego, odkryła organizmy żywe, które nie mają mitochondriów, czyli komórkowych elektrowni.

Dotychczas nikt nie wiedział o istnieniu takich jednokomórkowców. Mitochondria są tymi organellami, które dostarczają komórkom żywym energię niezbędną do funkcjonowania. Ta produkowana jest przy udziale tlenu. Tymczasem polska badaczka znalazła jednokomórkowce, które energię pozyskują w inny sposób, niż dotychczas sądzono. Te organizmy to znalezione w przewodach pokarmowych szynszyli bakterie z grupy Monocercomonoides. Opisane w prestiżowym piśmie „Current Biology” organizmy są pierwszymi i jedynymi dotychczas znanymi nauce eukariontami (czyli organizmami mającymi jądro komórkowe), które w ogóle nie mają mitochondriów.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 23 kwi 2017, 11:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://3obieg.pl/superobliczenia-polskich-fizykow

Superobliczenia polskich fizyków
Napisano 8 godzin temu | Brak komentarzy

Po raz pierwszy w historii polski zespół badawczy będzie pracował na największym europejskim superkomputerze Piz Daint. Grupa badawcza pod kierownictwem dr. inż. Gabriela Wlazłowskiego z Wydziału Fizyki Politechniki Warszawskiej będzie zgłębiać tajemnice nadciekłości i nadprzewodnictwa. I wierzy, że dokona przełomowego odkrycia.

– Staramy się stworzyć metodę, która byłaby w stanie bardzo dokładnie opisywać zachowania układów, które są nadciekłe lub nadprzewodzące – tłumaczy dr inż. Gabriel Wlazłowski. – Od wielu lat wiadomo, jak te równania wyglądają. Problem leży w ich rozwiązaniu – są one bardzo skomplikowane, dlatego potrzebujemy superkomputera do ich rozwiązania.

Na początku XX wieku holenderski fizyk Heike Kamerlingh-Onnes odkrył, że istnieją materiały, w których opór elektryczny całkowicie znika. Nazwał je nadprzewodnikami, a samo zjawisko nadprzewodnictwem. Jest ono osiągalne w niektórych materiałach, zwykle w bardzo niskiej temperaturze. Z kolei nadciekłość to stan materii, który charakteryzuje się całkowitym zanikiem lepkości. Co to oznacza? Mniej więcej tyle, że materia, która znajduje się w tym stanie, puszczona w ruch w dowolnym obiegu zamkniętym, może w nim krążyć bez końca, nie potrzebując do tego żadnej dodatkowej energii.

– Polega to na tym, że mamy cząstki układu, które mogą poruszać się bez tarcia – wyjaśnia dr inż. Gabriel Wlazłowski. – Jeśli te cząstki mają ładunek elektryczny, taki prąd płynie bez oporu i mamy do czynienia z nadprzewodnictwem. Ale możemy mieć też takie elementy układu, które nie mają ładunku, np. atomy i wtedy mówimy o nadciekłości.

Celem badań naukowych prowadzonych przez zespół dr inż. Gabriela Wlazłowskiego będzie sprawdzenie, z jaką dokładnością współczesna nauka potrafi przewidywać zachowanie nadprzewodników i nadcieczy. Okazuje się, że oba typy układów można opisać za pomocą jednej spójnej teorii – mechaniki kwantowej.

Chociaż równania matematyczne, które opisują nadprzewodnictwo i nadciekłość, znane są już od 60 lat, to ich pełne rozwiązanie ciągle stanowi ogromne wyzwanie dla nauki. Jedynie superkomputery wyposażone w setki tysięcy procesorów oraz dziesiątki tysięcy gigabajtów pamięci RAM są w stanie sprostać temu wyzwaniu.

– Główną barierą w rozwiązaniu tych równań były do tej pory niewystarczające jednostki obliczeniowe – mówi dr Wlazłowski. – Próbowano oczywiście rozwiązać te równania, jednak stosowano pewne przybliżenia i uproszczenia, co nigdy nie dawało pełnego obrazu badanych zjawisk.

Naukowcy z Wydziału Fizyki Politechniki Warszawskiej opracowaniem odpowiedniego oprogramowania do badania tych zjawisk zajmują się już od ponad 10 lat. W tym czasie już kilkukrotnie otrzymywali dostęp do innych superkomputów, nawet lepszych od Piz Daint znajdującego się w Szwajcarii.

– Lata ciężkiej pracy zaowocowały tym, że zbudowaliśmy takie narzędzia badawcze, którymi nikt inny nie dysponuje – mówi prof. dr hab. inż. Piotr Magierski – W tym momencie jesteśmy absolutnym liderem na świecie.

Politechnicy mają przeprowadzić swoje wyliczenia na szwajcarskim superkomputerze Piz Daint. Ma on ponad 200 tysięcy procesorów oraz prawie 420 tysięcy gigabajtów pamięci operacyjnej
Tags: fizyka, Gabriel Wlazłowski, Heike Kamerlingh-Onnes, mechanika kwantowa, nadprzewodnictwo, nadprzewodniki, nauka, nauka polska, nauka w polsce, news, Piotr Magierski, piz daint, politechnika warszawska, superkomputer, wydział fizyki

Pawel Pietkun


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 306 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 16, 17, 18, 19, 20, 21  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /