Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 305 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8 ... 21  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 02 wrz 2011, 16:42 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://bialczynski.wordpress.com/2011/0 ... anik-1872-–-1926-wynalazca-telewizji-filmu-barwnego-fotografii-barwnej-i-paru-innych-rzeczy/

Ciekawe, ilu ludzi w Polsce wie, że telewizję wynalazł Polak, Jan Szczepanik? Jeśli ktoś powie, że więcej, niż 1/1000, to nazwę go optymistą. Ale to jest właśnie przykład, jak rzetelnie ukrywa się przed nami fakty mogące podnieść poczucie dumy narodowej. I to dotyczy dosłownie wszystkiego, co związane z Polską - od historii najdawniejszej do dziś. Można w ciemno założyć że przeszłość Polski i dokonania Polaków są nieporównanie bardziej znaczące, niż to jest zapisane w umysłach Polaków. Bo skuteczne przemilczanie wielkich dokonań naszych przodków to jedno z najbardziej udanych i największych dokonań wrogów Polskich.

Kopia artykułu:

Wielcy Polacy: Jan Szczepanik (1872 – 1926) – wynalazca telewizji, filmu barwnego, fotografii barwnej i paru innych rzeczy
Opublikowany w nauka, Słowianie przez bialczynski w dniu 31 Sierpień 2011

Obrazek

Jak małą wagę przywiązuje się w Polsce do tego co naprawdę wartościowe, pokazuje przykład osoby wielkiego polskiego wynalazcy Jana Szczepanika. W PRLu uczono, ze telewizja w Polsce zaczęła działać po wojnie. To nie jest prawdą. telewizja działała w Warszawie już w roku 1936. Na dodatek to Polak jest wynalazcą telewizji w ogóle.
Mało kto z was słyszał na pewno to nazwisko – Jan Szczepanik

Tym którzy chcą poznać tę wielką postać polecam przede wszystkim strony oficjalne miasta Tranowa gdzie żył ten wielki człowiek i skąd pochodzi poniższy wstęp do artykułu i zdjęcie:
http://www.tarnow.pl/index.php/pol/Nauk ... ki-Edison/

Obrazek
Pierwsza na świecie automatyczna maszyna tkacka – wynalazek Jana Szczepanika



Szczepanik – Polski Edison

Przed stu laty o jego wynalazkach pisała prasa w całej Europie. Genialny samouk, człowiek, którego wynalazek uratował życie królowi Hiszpanii Alfonsowi XIII przez lata był związany z Tarnowem. Tutaj w Katedrze wziął ślub z ukochaną Wandą, tutaj pracował nad pierwszymi na świecie kolorowymi fotografiami. W Tarnowie przyszły na świat i wychowywały się jego dzieci. Ostatnim życzeniem Jana Szczepanika było, by umarł w Tarnowie – spoczął na Starym Cmentarzu.
Pisał i przyjaźnił się z nim Mark Twain i Kazimierz Przerwa – Tetmajer. W jego pracowni w Wiedniu gościł cesarz, a car rosyjki zabiegał o spotkanie ze Szczepanikiem. Tytan pracy – tak mówili o nim w rodzinie.
Dzięki jego pomysłom mamy teraz telewizję, film kolorowy i… kamizelki kuloodporne.

Po raz pierwszy w sieci!
Zapraszamy do obejrzenia serwisu o tej niezwykłej osobie. Znalazły się w nim niepublikowane dotąd w Internecie archiwalne fotografie, dokumenty, patentu oraz nagrania, w tym m.in. wspomnienia Marii Zboińskiej – córki Jana Szczepanika zmałej w 2005 r. Po raz pierwszy w Internecie publikujemy po polsku opowiadanie Marka Twaina o „Polskim Edisonie”.

Obrazek
Jan Szczepanik był pierwszym wynalazcą na świecie barwnej fotografii i barwnego filmu ruchomego, oraz oczywiście taśmy do tego rodzaju fotografii i filmu a także papierów barwnych do fotografii


Dla zachęty także fragmenty niezwykłych ciekawostek o wynalazcy

Zbyt krwawy film
Mrążące krew w żyłach sceny oglądali widzowie jednego z pierwszych kolorowych filmów Jana Szczepanika. Kamerą zarejestrowany został reportaż z operacji chirurgicznej w szpitalu Langbeck – Virchov. Projekcja filmu była wielkim sukcesem wynalazcy. Naturalne obrazy i barwy, widok otwartej jamy brzusznej, sącząca się krew, wywołały w wielu widzach gwałtowne przeżycia. Nie brakowało przypadków, że kobiety mdlały przerażone realistycznymi obrazami.

Skandal na zawodach balonowych
Szczepanik chętnie brał udział w akcjach propagujących technikę. Pewnego dnia wraz z przyjacielem Franzem Habrich’em wzięli udział w pokazach lotów balonowych w Wiedniu. Każdy z nich przygotował na tą okazję specjalne widowisko. Szczepanik zrzucał z balonów drobne pakunki umieszczone na spadochronach, chcąc przez to zademonstrować, na jaką odległość mogą się one w ten sposób przemieścić.
Habrich wpadł na inny pomysł. Wspólnie ze Szczepanikiem wzbił się balonem w powietrze, po czym kazał wynalazcy schować się w koszu, a z balonu spuścił linę, do której przymocowana była kukła przypominająca Szczepanika. Habrich manipulując liną sprawiał wrażenie, jakby to prawdziwy człowiek wykonywał akrobacje w powietrzu. Po wylądowaniu publiczność zareagowała oburzeniem obwiniając Szczepanika, że tym pokazem próbował wzniecić rozgłos wokół swojej osoby.

Więcej na stronie: http://www.tarnow.pl/index.php/pol/Nauk ... i-anegdoty

Obrazek
Demonstracja kamizelki kuloodpornej Jana Szczepanika




Jan Szczepanik (ur. 13 czerwca 1872 w Rudnikach k. Mościsk – zm. 18 kwietnia 1926 w Tarnowie), polski wynalazca zwany „polskim Edisonem” i „galicyjskim geniuszem”. Opisany w dwóch artykułach przez Marka Twaina.

Nieślubny syn Marianny, córki rolników ze Zręcina k. Krosna. Wychowany przez Salomeę i Wawrzyńca Gradowiczów w Krośnie, gdzie uczęszczał do szkoły ludowej. Następnie uczył się w gimnazjum w Jaśle i seminarium nauczycielskim w Krakowie. Do 1896 r. pracował jako nauczyciel w podkrośnieńskich wsiach – najpierw w Potoku, następnie w Korczynie i Lubatówce.
Owiany był otaczającą go sławą europejskiego wynalazcy. Jednocześnie pochłonięty swoją pracą uchodził w Tarnowie za dziwaka i człowieka nauki. Całe dnie spędzał w pracowni. Z małżeństwa miał pięcioro dzieci. Syn Andrzej urodził się w Wiedniu w 1904r. W 1907r. podczas wakacji spędzanych przez Szczepaników w Skrzyszowie k. Tarnowa, Andrzejek utopił się w studni. W 1906r. urodził się w Tarnowie syn Zbigniew . Bardzo uzdolniony, uczył się w III gimnazjum i studiował nauki techniczne, nie ukończył jednak studiów.
Następny syn Jana i Wandy Szczepaników, Bogdan urodził się w Tarnowie w 1908r. Ukończył III gimnazjum. Był uzdolniony malarsko, utrzymywał się na emeryturze ze sprzedaży własnych obrazów, miał w Warszawie wystawy indywidualne. W 1912r. urodził się w Tarnowie trzeci syn Szczepaników, Bogusław. W czasie okupacji aresztowany przez gestapo za pracę konspiracyjną, sadzony w Berlinie i przetrzymywany w więzieniu we Wronkach, gdzie został zamordowany. W 1914r. urodziła się jedyna córka Jana Szczepanika, Maria.
W 1936r. poślubiła ona późniejszego inżyniera budownictwa Andrzeja Zboińskiego, podówczas studenta Politechniki Lwowskiej. Po II wojnie Zboińscy przenieśli się do Tarnowa, gdzie mąż Marii był budowniczym fabryki Tamel.
W okresie I wojny światowej odkryciami Szczepanika interesował się przemysł niemiecki. Miał wykonać na zamówienie rządu niemieckiego gigantyczny gobelin długości kilkudziesięciu metrów. Gobelin ten miał przedstawiać apoteozę wielkich zwycięstw Niemiec. W 1916r. odwiedzano go w Tarnowie, by przedstawić rysunki projektantów niemieckich. Gobelin miał być tkany dzięki konstrukcjom Szczepanika. Rychłe klęski Niemiec przerwały ten projekt. Po I wojnie interesował się filmem. Był prekursorem wielu technik w tej dziedzinie sztuki. Synowie Szczepanika Bogdan i Zbigniew kontynuowali po jego śmierci pracę nad filmem barwnym.
Był pasjonatem nauki. Miał kilkusettomową bibliotekę. Po I wojnie mieszkał nadal w Tarnowie.

Jest autorem 50 wynalazków i kilkuset opatentowanych pomysłów technicznych z dziedziny fotografii barwnej, telewizji, barwnego tkactwa i innych. W 1897 opatentował telektroskop, urządzenie do przesyłania ruchomego obrazu kolorowego wraz z dźwiękiem na odległość, protoplastę dzisiejszej telewizji. W latach 1918-1925 opracował system filmu barwnego, wysoko ceniony za bliskie realizmowi oddawanie kolorów. Pracował także nad odtwarzaniem filmu dźwiękowego. Udało się mu stworzyć kamizelkę kuloodporną z jedwabnej tkaniny z cienkimi blachami stalowymi. Wynalazek ten przyniósł Szczepanikowi sławę, ponieważ obronił przed zamachem króla hiszpańskiego Alfonsa XIII, który w ramach wdzięczności udekorował Szczepanika najwyższym odznaczeniem państwowym. Podobnie zamierzał uczynić Mikołaj II, jednakże Szczepanik z pobudek patriotycznych odmówił przyjęcia orderu, a sam car obdarował go wówczas złotym zegarkiem wysadzanym brylantami.

Obrazek


Artykuł Marka Twaina o Janie Szczepaniku

English: „The Austrian Edison Keepeing School Again” – Mark Twain
Polski: „Austriacki Edison Ponownie w Szkole” – Mark Twain
Według artykułu w „Freie Presse” okazuje się iż Jan Szczepanik, młody wynalazca „telektroskopu (urządzenia do oglądania na duże dystanse) jak i innych cudów nauki, przeżył osobliwą przygodę przy udziale państwa.
Wiedeń jest gotowy, by radować się kiedykolwiek jest ku temu sposobność, a ta wydaje się być taką. Trzy czy cztery lata temu, kiedy Jan Szczepanik miał dziewiętnaście czy dwadzieścia lat, był nauczycielem w Morawskiej wiosce, z pensją – nie pamiętam sumy, ale nie ważne: nie było tego tyle żeby zapamiętać. Jego głowa była pełna wynalazków i w swoim wolnym czasie, zaczął je konstruować. W niedługim czasie udoskonalił pomysłowy wynalazek zastosowania fotografii do projektowania wzorów – takich jakie wykorzystuje się w przemyśle tekstylnym, przez co doprowadził do zmniejszenie zwyczajowych nakładów czasu, pracy i pieniędzy nałożonych na działy krośniarskie, prawie do zera. Chciał zawieść swój wynalazek do Wiednia i tam go sprzedać, a ponieważ nie uzyskał urlopu, wyjechał bez niego. To spowodował że stracił swoje miejsce prac, ale rynku nie zdobył. Kiedy skończyły się mu pieniądze, wrócił do domu gdzie został przyjęty z powrotem do pracy. Po jakimś czasie, ponownie zdezerterował i pojechał do Wiednia gdzie poznał kilka osób, które pomogły mu, a swój wynalazek sprzedał do Anglii i Niemiec za sporą sumę. Podczas ostatnich kilku lat prowadził eksperymenty nad delikatnymi tkaninami. Jego najbardziej znaczącym dokonaniem jest jego telektroskop, urządzenie, które wielu zdolnych ludzi – włącznie z Panem Edisonem – a przynajmniej tak mi się wydaje – próbowało skonstruować, z nadzieją ewentualnego sukcesu. 15 lat temu pewien Francuz był bliski rozwiązania tego trudnego i zawiłego problemu, ale nie opanował jednego istotnego elementu i przyznał się do porażki. Eksperymenty Szczepanika z projektowaniem wzorów ujawniły my ów istotny element. Udoskonalił swój wynalazek, a Francuski syndykat wykupił go i przedstawi go na Francuskiej Wystawie Światowej z nadzieją zarobienia fortuny kiedy wystawa zostanie otwarta.
Jako nauczyciel, Szczepanik był zwolniony ze służby wojskowej. Kiedy zakończył swoją pracę nauczyciela, jako człowiek wykształcony, mógł zapisać się jako wolontariusz na jeden rok; ale zapomniał o tym a przez to uzyskał „przywilej” oraz konieczność odbycia trzech lat służby w wojsku. Jeden z urzędników odkrył dług wynalazcy wobec swojego kraju, i podjął wszystkie kroki niezbędne do tego, aby państwo odzyskało to co było należne. Na pierwszy rzut oka, wydawało się że nie ma sposobu aby pomóc wynalazcy (i państwu) z opresji. Władze nie chciały zabrać młodego mężczyzny z jego wielkiego laboratorium, gdzie popychał całą ludzkość na drodze ku powodzeniu i podbojom naukowym, ani zawiesić operacji w jego umysłowym Klondike na trzy lata w czasie pokoju, w trakcie których zadawał by pustemu powietrzu cios swoim bagnetem, ale takie było prawo i cóż mieli począć. Był to trudny problem ale władze pracowały tak długo aż znalazły gdzieś zapomniane prawo które dostarczyło lukę – dużą jak i długą, z tego co widzę. Przez ten łut szczęścia Szczepanik zostaje ocalony od wojska ale ponownie zostaje nauczycielem; a to jest wystarczająco malowniczy balet, kiedy się go bliżej przeanalizuje. Musi powracać do swojej wioski co dwa miesiące i uczyć w swojej szkole przez pół dnia – od wczesnego poranka do południa, i jeżeli dobrze zrozumiałem opublikowane warunki, musi dotrzymywać tego obowiązku do końca swego życia! Mam taką nadzieję, przynajmniej dla romantycznej poetyczności tego wszystkiego. Ma dwadzieścia cztery lata, jest mocnej i zwartej budowy i pochodzi z przodków przyzwyczajonych do tego aby widzieć śluby swoich prawnuków. Jest prawie pewne iż dożyje wieku dziewięćdziesięciu lat. Mam taką nadzieję. To 66 lat użytecznych usług w szkole. To daje mu szansę uczyć 396 pół-dni, dokonać 396 podróży koleją w tamta i 396 podróży powrotnych, 396 razy zapłacić za nocleg i wyżywienie w wiosce i najprawdopodobniej stracić 1200 dni pracy w laboratorium – inaczej mówiąc 3 lata i 3 miesiące. Dodatkowo już jest winny trzy lata z tego samego powodu To zostało pominięte; zawiadomię o tym władze. Być może będzie możliwe uzyskanie kompromisu na tym kompromisie poprzez odsłużenie 3 lat w wojsku i zaoszczędzeniu jednego; ale nie wydaje mi się że tak się stanie. Ten rząd „trzyma na nim wiek”; posiada cos co się, w gremiach finansowych, fachowo określa jako „dobrą rzecz”, i wie co jest ta dobrą rzeczą kiedy ją widzi. Znam tego wynalazcę bardzo dobrze, i ma on moje współczucie. To jest przyjaźń. Ale ja zamierzam wykorzystać swoje wpływy w rządzie. To jest polityka.
Szczepanik wyjechał do swojej wioski w Moravii przedwczoraj aby „odsiedzieć” swoje po raz pierwszy. Wcześnie wczoraj wyjechał do szkoły w finezyjnej karocy, która była wypełniona owocami, ciastami, zabawkami i różnego rodzaju drobiazgami, rarytasami i niespodziankami dla dzieci, i został powitany na drodze przy szkole przez nauczycieli z graniczących regionów, maszerujących w kolumnach, razem z włodarzami wioski na czele, został on przywitany entuzjastycznym powitaniem godnym człowieka, który rozsławił nazwę ich wioski, z godnością doprowadzono go do skromnych drzwi które zamknięto przed nim, jako dezerterem, trzy lata wcześniej. Z takich oto materiałów tka się romanse; a kiedy romantyk dał z siebie wszystko, nie ulepszył nie namalowanych faktów. Szczepanik odłożył nudne podręczniki i poprowadził dzieci w świątecznym tańcu poprzez zaczarowane krainy nauki wynalazków, tłumacząc im niektóre z ciekawych rzeczy które wynalazł, jak również prawa które rządzą procesami ich budowy i działania, zagadnienia te ilustrował obrazkami i modelami jak i innymi pomocami do pełnego zrozumienia ich fascynujących zagadek. Po tym były zabawy i rozdawanie owoców i zabawek i rzeczy; a po tym ponownie więcej nauki, łącznie z opowieścią o wynalezieniu telefonu jak i wytłumaczenie jego charakteru i praw, ponieważ skazaniec przyniósł ze sobą telefon. Dzieci zobaczyły to cudo po raz pierwszy, i osobiście zbadali jego właściwości i potwierdzili ją.
Potem szkołę „wypuszczono”; nauczyciel dostał swój certyfikat, podpisany, podbity, opodatkowany itp.itd., powiedział dowidzenia i odjechał w swojej karocy przy okrzykach dzieci, ” Do widzenia!” („Au Re-voir!”), które powrócą do swoich codziennych zajęć dopóki powróci w sierpniu i ponownie odpieczętuje swoją kolbę naukowej wody-ognistej.
Mark Twain
Esej ukazał się w 1898 r. w kwartalniku The Century, tłum. Rafał Podsiadło
Data : 1898
Źródło : http://www.tarnow.pl/szczepanik/twain.php , orginally „The Century”, 1898

Obrazek
Jan Szczepanik


Artykuł o spotkaniu Jana Szczepanika z Markiem Twainem
http://histv2.free.fr/szczepanik/twain3.htm

Obrazek
Jan Szczepanik


Mark Twain o Janie Szczepaniku Londyn – 1904
http://bialczynski.files.wordpress.com/ ... s-tif6.gif

http://bialczynski.files.wordpress.com/ ... krolog.jpg

Strona prywatna warta odwiedzenia:
http://www.jan.private.pl/wyn.html
Jan Szczepanik (fragment);
Z chwilą utworzenia Urzędu Patentowego w Polsce, Szczepanik wynalazki swoje opatentował przede wszystkim w kraju.

Towarzystwo do eksploatacji filmu barwnego Jana Szczepanika wysłało operatora filmowego do Szwajcarii celem nakręcenia filmu krajoznawczego w przełęczy Jungfrau pt. „Przełęcz”. Był to pierwszy film długości około 600 metrów wykonany kamerą Szczepanika. Film ten wypadł bardzo dobrze, prasa zamieściła, wiele pochlebnych opinii o wynalazku i wróżyła mu znakomitą przyszłość.

Według systemu Szczepanika zrealizowano kilka krótkich filmów barwnych. Demonstrowane były: medyczny, krajoznawczy (alpejski) i fabularny. Jednakże finansistów przerażały duże koszty wyświetlania filmów barwnych systemem Szczepanika, tak, więc ostatnie lata wynalazcy były bardzo trudne.

U schyłku życia.

Wkrótce stan zdrowia zaczął budzić poważne obawy. Rozwijająca się choroba nowotworowa czyniła szybkie postępy. W 1926 r. żona wynalazcy Wanda wraz z najstarszym synem Zbigniewom wezwani telegraficznie do Berlina, zastali już chorego w stanie krytycznym. Jan Szczepanik wyraził chęć powrotu do domu w Tarnowie. Żona zdecydowała się na przewiezienie ciężko chorego do kraju. Udało się dowieźć chorego do Tarnowa, gdzie dnia 18 kwietnia 1926 r. — otoczony rodziną – zmarł.

Tak zakończył swe życie wybitny przedstawiciel polskiej myśli technicznej.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 15 paź 2011, 22:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2011/10/15/epar-–-zwycieska-technologia-i-dekady-xxi-wieku/

Największy wynalazek I dekady XXI wieku jest dziełem polskim.

Kopia artykułu:

EPAR – zwycięska technologia I dekady XXI wieku
Posted by Marucha w dniu 2011-10-15 (sobota)

Od 4 do 7 października w Sztokholmie trwały obchody 125-lecia istnienia Towarzystwa Wynalazczego Szwedzkiej Królewskiej Akademii Nauk (SUF), które jest najstarszą tego typu organizacją na świecie. W tym samym czasie został również zorganizowany przez Międzynarodową Federację Organizacji Wynalazczych (IFIA) Czwarty Międzynarodowy Dzień Wynalazców. Podczas jubileuszowego spotkania postanowiono wybrać najwybitniejsze osiągnięcia wynalazcze minionej dekady.
Nie liczyliśmy na najwyższe wyróżnienie – przyznaje Przemysław Łągiewka, prezes Centrum Badawczo-Rozwojowego EPAR Sp. z o.o. – chcieliśmy jednak zmierzyć się z najlepszymi. Cieszył nas sam fakt, że nasza technologia została zakwalifikowana do grona pretendentów rozważanych przez międzynarodowe jury. Każdy z 82 krajów członkowskich IFIA mógł zgłosić 3 projekty technologiczne, które oceniał jako generujące największe korzyści dla rozwoju ludzkości. Do zaprezentowania swoich wynalazków zaproszono 42 kraje. Skromność wynalazców z Kowar okazała się jednak nieuzasadniona, gdyż IFIA uznała, że to właśnie EPAR zasługuje na tytuł „Best Invention of the First Decade of 21st Century” (Najlepszy Wynalazek I Dekady XXI wieku).
Ta nagroda jest dla nas niezwykle cenna – mówi Łągiewka i tłumaczy, że po raz kolejny w okresie ostatnich dwóch lat polska myśl techniczna wygrała z konkurencją z Niemiec, Anglii, Japonii, USA czy Szwecji. Dzięki tym zwycięstwom wzrasta prestiż polskiego środowiska naukowego, a ponadto coraz bardziej uzasadnione jest przekonanie o tym, że technologia EPAR może stać się atrakcyjnym polskim towarem eksportowym.
Międzynarodowe uznanie dla technologii EPAR (Wystawa Inventions Geneva, Międzynarodowa Wystawa Wynalazków i Innowacji w Warszawie, Międzynarodowe Targi Wynalazców IIFME w Kuwejcie, Targi Brussels INNOVA) nie kończy się jednak tylko na medalach i nagrodach. W 2011 wspólnie z polskimi partnerami Project EPAR rozpoczął praktyczne wdrażanie rozwiązań opartych na innowacyjnej technologii w postaci m. in. barier drogowych oraz odbojnic portowych. W najbliższym czasie przygotowywane są również wdrożenia w branży górniczej i sportowej.

http://newworldorder.com.pl (tamże zdjęcia i filmy wideo)

Zob. też: http://marucha.wordpress.com/2011/01/06 ... i-powraca/




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 10 lis 2011, 18:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2011/11/10 ... -himalaje/

Jak Polacy stworzyli lotnictwo Pakistanu - wiedza ta była przez dziesięciolecia zakazana, a generał Turowicz do dziś w ogóle nie jest w Polsce znany.

Kopia artykułu:

Chwała polskich orląt większa niż Himalaje
Posted by Marucha w dniu 2011-11-10 (czwartek)

Stary samolot transportowy o ciężkawej sylwetce czeka na pasażerów na lotnisku w Islamabadzie. Pakistańczycy z technicznej obsługi mówią mi, że polecę słynną Dakotą DC-3, najpopularniejszym samolotem transportowym na świecie. Oprócz mnie są sami mężczyźni, w szarawarach i grubych, z ostrej wełny „kurtach”. Wszyscy też jakby w klubowych czapkach, z takiej samej grubej, wełnianej tkaniny, trochę jak w berecikach, wywiniętych naokoło głowy w gruby wałek. Wielu z tych dostojnych panów, brodatych, o ostrych góralskich rysach, ozdobiło sobie te bereciki, wpinając kwiatki nad uchem – pomarańczowe aksamitki… Będziemy lecieć w Hindukusz, do małej miejscowości Chitral, wysoko w górach, u stóp najwyższego szczytu tego pasma, Tiricz Miru (7706 m n.p.m.). W pogotowiu czekają już moje aparaty fotograficzne i kamera.

Obrazek
Gen. Władysław Józef Marian Turowicz, wizerunek z pomnika w Karachi


Trasa lotu, wytyczona dokładnie nad ponad 400-kilometrową doliną górską, owiana jest czarną legendą. U jej zwieńczenia czeka zapora, przełęcz Lowari – wysoka na 3200 m n.p.m. i wąska – samolot musi nad nią przelecieć, by ominąć strome góry i urwiska. Jeśli nad przełęczą zawiśnie mgła, przesmyk zamienia się w pułapkę… Bywało, że piloci „nie trafiali” w przełęcz i wtedy…, ale to na pewno nam się nie przytrafi, pocieszałam się.

Nagle z zamyślenia wyrywa mnie steward, zdecydowanie podaje mi ramię, mówiąc: „Lady pozwoli, kapitan prosi do kabiny, natychmiast!” – zabrzmiało groźnie. Nie miałam szans na jakikolwiek opór, zdążyłam jedynie zabrać aparaty. Ledwie zamknęły się za mną drzwi kabiny, kolejna niespodzianka. Drugi pilot wstaje, salutuje i zwraca się do mnie ze słowami: „Lady pozwoli, pani podobno z Polski, dlatego mamy zaszczyt prosić, by tutaj, w kabinie, była pani świadkiem, jak latają pakistańscy piloci, uczniowie generała Turowicza! On jest naszym bohaterem. Gdyby nie on, nie umielibyśmy pilnować granic naszej ojczyzny. I teraz mamy okazję, by się mu odwdzięczyć, by mogła pani zobaczyć, jak my wspaniale latamy. Zrobimy specjalny nalot na tę Lowari Pass, obejrzy pani całą jej wyniosłość i podstępność”.

Poczułam wielką dumę z tego, że jestem Polką, uczucie zakazane w czasach PRL, ale kto to jest lub może był gen. Turowicz, nie miałam pojęcia.

W PRL skazany na niebyt
Gdy po miesiącu wróciłam z gór do Islamabadu, w swojej młodzieńczej naiwności pobiegłam do Ambasady PRL, by spytać ambasadora o gen. Turowicza. Myślałam, że może dadzą mi jakiś adres, że opowie mi swoją historię, zrobię zdjęcia i powstanie piękny reportaż, który przywiozę ze sobą do kraju. Po zadaniu przeze mnie pytania ambasador pobladł i sztywno odpowiedział, że nigdy o takiej osobie nie słyszał, nikt taki nie mieszkał nigdy w Pakistanie, a piloci na pewno coś zmyślili… W Polsce też nikt niczego o generale nie wiedział…

Szukałam… i dopiero w 2004 roku, gdy byłam w Karaczi, zostałam zawieziona na grób generała – katolicki, z krzyżem, z poruszającym napisem nagrobnym… Gdy pierwszy raz usłyszałam o gen. Władysławie Turowiczu, on jeszcze żył! Zmarł 8 stycznia 1980 roku. Och, gdyby tylko podano mi wcześniej jego adres, gdyby nie okłamano mnie w ambasadzie, w polskiej ambasadzie… gdyby.

Od czasu lotu nad Lowari Pass generał żył jeszcze 5 lat, trzymał się świetnie. Choć na emeryturze, wciąż pozostawał przyjacielem dowództwa sił powietrznych Pakistanu – PAF (Pakistan Air Force), był jedynym tej rangi wojskowym obcego pochodzenia, w dodatku katolikiem, w dziejach tego państwa. Cieszył się sławą i szacunkiem nie tylko wśród pilotów, ale w całym Pakistanie.

W 2004 roku spotkałam jego żonę, Zofię Turowicz – pilotkę, instruktorkę szybownictwa, kobietę niezwykłej dzielności. Wówczas nie posiadałam stosownego sprzętu, by nakręcić o niej film, nagrałam więc jedynie króciutki wywiad. Dzięki staraniom śp. prof. Janusza Kurtyki, prezesa IPN, i dzięki wsparciu szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego ministra Władysława Stasiaka wróciłam tam ponownie w 2008 roku. Film zamówiła ówczesna szefowa TV Polonia Agnieszka Romaszewska-Guzy, ale dysponowała bardzo skromnym budżetem. Inne redakcje takiego filmu po prostu nie chciały. Bez pomocy prof. Kurtyki i ministra Stasiaka nie pokonałabym barier finansowych, film nigdy by nie powstał. Polska telewizja nie znajdowała uzasadnienia dla realizacji projektu o polskim bohaterze!

Przygotowania trwały rok…
W Islamabadzie pomagał nam ambasador RP dr Krzysztof Dębnicki i… cały Sztab Generalny Pakistańskiej Armii, dowództwo PAF i wszelkie specjalne służby. Kraj udręczony terroryzmem był niebezpieczny dla zagranicznych dziennikarzy, często zdarzały się porwania dla okupu.

Marzyłam o zdjęciach lotniczych. Są niewyobrażalnie kosztowne – godzina lotu śmigłowcem to minimum 30 tys. dolarów. Dostałam taki lot „w prezencie” od pilotów PAF, otrzymałam wszystko, czego pragnęła dusza filmowca: lot nad Himalajami, lot nad Hindukuszem. Bo to było przecież dla ich narodowego bohatera, dla gen. Turowicza, dla Polaka.
- Miałam 19 albo 20 lat, gdy zaczęłam latać na Olimpii, w Inowrocławiu. To był szybowiec. Moja miłość, pasja! – ożywia się podczas nagrania pani Zofia Turowiczowa, zdomu Szczecińska, pilot Aeroklubu Warszawskiego, przyjęta w poczet szybowników, gdy miała zaledwie 21 lat. Urodzona 15 maja 1916 r. w Warszawie, była absolwentką Politechniki Warszawskiej z 1939 roku. Jej narzeczony, Władysław Turowicz, także warszawiak i absolwent tej samej uczelni, ze względu na słaby wzrok nie mógł zostać pilotem, został więc oficerem technicznym. Urodził się na Syberii w Zudyrze 23 kwietnia 1908 roku z rodziców zesłańców. Wojna rozdzieliła narzeczonych. On, oficer, przedostał się do Rumunii. Ona odprowadzała samoloty z Okęcia, by nie wpadły w niemieckie ręce. Ostatnim z nich sama odleciała do Rumunii i tam się odnaleźli. Wzięli ślub na uchodźstwie, pracowali w Anglii dla RAF – sił lotniczych Wielkiej Brytanii, tam urodziły się ich dwie córki. Jak wszyscy Polacy, piloci także, walczyli w alianckich armiach, ale znadzieją, że walczą o wolność Europy i Polski.

Po zakończeniu wojny nie mieli dokąd wrócić. Szybko dotarły wiadomości o represjach wobec tych, którzy zdecydowali się na powrót do Polski Ludowej… tylko niektórzy piloci mogli znaleźć pracę w zawodzie, najczęściej w transporcie towarowym albo w logistyce naziemnej, i to na najgorszych warunkach. Tam, w Anglii, też nikt już Polaków nie potrzebował. Rozjeżdżali się więc po świecie: do Stanów Zjednoczonych, Kanady, Indii, Afryki…

Historyczna misja w Pakistanie
W 1947 roku powstaje Pakistan w wyniku oddzielenia się od Indii. Ten ogromny kraj, o powierzchni 800 tys. km kw i granicach długości 7 tys. km, nie miał armii, lotnictwa, policji, wszystko trzeba było tworzyć od zera. Najpilniejszą potrzebą było strzeżenie granic, zwłaszcza tych ciągnących się przez wysokogórskie łańcuchy 7-8-tysięczników, na pograniczu zIndiami, w spornym Kaszmirze albo na granicy z Chinami, krajem o potężnej armii. Natychmiast po uzyskaniu niepodległości zapewnienie bezpieczeństwa terytorium stało się najważniejsze.

Quaid-e-Azam, przywódca Pakistańczyków i nowego islamskiego kraju, przywiózł w tym celu pilotów brytyjskich zRAF… To właśnie wraz znimi przyleciał kpt. Władysław Turowicz z dobraną przez siebie ekipą 30 polskich pilotów. Lecieli zAnglii właśnie Dakotą DC-3, wylądowali w Karaczi. Był rok 1949, kpt. Turowicz rozpoczął realizację pierwszego projektu. W Risalpurze pod Peszawarem powstała pierwsza szkoła lotnictwa na rzecz nowo powstałych Sił Powietrznych Pakistanu.

Szkołę od podstaw tworzyli Polacy, począwszy od budowy pawilonów mieszkalnych dla kadry zrodzinami, przez sale wykładowe, po miejsca treningu technicznego… Kadeci mieszkali w miasteczku namiotowym. Uczyli się latania, najpierw na szybowcach. W szkole były dwie instruktorki kobiety – śliczne, dystyngowane – pani Maria Mikulska i pani Turowiczowa – ewenement w kraju muzułmańskim, obie pilotki, instruktorki, biegłe w szkoleniu bardziej niż ich mężowie, pilot i oficer techniczny! To było nie do uwierzenia dla muzułmańskich chłopców.

Wspominam go jak ojca
Quaid-e-Azam był niezwykle wnikliwym człowiekiem. Podobno wystarczało mu przez minutę popatrzeć w oczy drugiej osoby, by wiedzieć, kim ona jest. Gdy spotkał Turowicza, spojrzał mu w oczy i już wiedział, że to cenny człowiek dla Pakistanu! – Quaid-e-Azam dokonał trafnego wyboru. Turowicz żył dla Pakistanu, tam mieszkał, pracował i tam umarł. Oni obaj byli wielkimi ludźmi! – wspomina płk PAF S. Ahtesham A. Naqui, były kadet, uczeń kpt. Wacława Banacha i kpt. Władysława Turowicza.
- Dla nas, kadetów, polscy oficerowie byli nie tylko nauczycielami, instruktorami, ale byli dla nas jak bracia. Po wojnie zostałem sam, miałem 19 lat, nie miałem nic. Turowicza pamiętam do dziś, jakby był moim drugim ojcem. Polacy byli zupełnie inni niż Anglicy. Serdeczni, troszczyli się o nas, chłopców, po wojnie na ogół wychudzonych i niedożywionych. Najbardziej nas budowało to, że choć mogli jeść posiłki w swoich kwaterach, to woleli być znami, szczególnie gen. Turowicz wszystkie posiłki jadł z kadetami. Jak w jednej rodzinie – wspomina dziś płk Naqui.

- Kossakowski, Hedinger, Kaczmarek, Wolański, Banach… jest tu cała ich lista w książce, którą przygotowuję do druku. Banach to mój pierwszy instruktor – wspomina M. Akhtar, marszałek PAF. – Latałem na Tiger Moth, od niego rozpoczęła się moja kariera pilota, w 1950 roku wykonałem swój pierwszy lot solo. Kapitan Banach wyszkolił mnie i nauczył odwagi, szybkości decyzji. Nie używał zbędnych słów, był precyzyjny, był pasjonatem latania. Przy nim latanie również dla mnie stało się nie tylko zawodem, ale do dziś jest moją miłością i wielką pasją.

Asghar Khan, marszałek PAF, wybitny polityk pakistański, pierwszy szef Sztabu Generalnego PAF, tak mówi o swoich przyjaciołach, pilotach polskich: – Wielu znich służyło w Królewskich Siłach Powietrznych Wielkiej Brytanii, dziwne, że po wojnie już ich tam nie chciano… A byli wspaniałymi ludźmi, o wysokiej kulturze, byli wybitnymi pilotami! Pomogli Pakistanowi zapanować nad bezpieczeństwem granic, a nasze lotnictwo wojskowe tworzyli od podstaw. Z wojskowego lotnictwa wywodzili się też pierwsi piloci pakistańskich linii pasażerskich. Szkoda, że i tu u nas już niewielu o tym pamięta.

Na polecenie Quaid-e-Azama utworzono zręby akademii lotniczej. Nosi nazwę Szkoła Sokołów. Jej symbolem jest złoty sokół, ptak znajwyższych gór, znany z wielkiej wytrzymałości i odwagi. Jak blisko kojarzy się ta nazwa ze Szkołą Orląt w Dęblinie! To nie przypadek.

Dziś Szkoła Sokołów kształci kilkuset pilotów, techników, mechaników, nawigatorów i innych specjalistów. Są tam również kobiety, i nikt się już temu nie dziwi. Uchodzą za wyjątkowo odważne, zdeterminowane w osiąganiu celów bojowych, oddane interesom ojczyzny. Latają m.in. na F-17…

Specjalista wysokiej klasy
Turowicz był inżynierem mechanikiem, imponował wielu specjalistom znajomością budowy konstrukcji lotniczych. Remontował stare samoloty. Słynny był wyremontowany przez niego Fox Moth, który własnoręcznie pokrył płótnem. W Risalpurze czekano, czy Turowicz sam odważy się na tej maszynie polecieć… Poleciał, latał wiele godzin, choć nikt inny nie ośmielił się zaryzykować.

Sława i prestiż zawodowy Turowicza wzrastał. Jako szef obsługi technicznej PAF ponosił w stu procentach odpowiedzialność za stan techniczny i w 97 procentach za niezawodność samolotów. Te 97 procent zwyczajowo przyjmuje się, biorąc pod uwagę ryzyko zawodności techniki…, bo oczywiście nie człowieka tej klasy co Turowicz.
Rodzina Turowiczów zamieszkała na stałe w Karaczi. On sam – w szkole w Risalpurze, tu szkolił i rozwijał akademię. – Choć Polacy i my, Pakistańczycy, należymy do odmiennych kultur, mamy wiele wspólnych cech, wspólnych wschodniemu rodzajowi ludzi – mówi Ahmad Rafi, dowódca skrzydła PAF. – Polacy byli uprzejmi, delikatni, uważni, serdeczni, mieli poczucie humoru. Nie byli dla nas obcokrajowcami – dodaje Kamal Ahmad, gen. brygady PAF. – Mieli takie same prawa, takie same przywileje jak Pakistańczycy, bez wyjątków. Niestety, z ubolewaniem muszę wyznać, że Polacy pracujący na tych samych stanowiskach co Brytyjczycy dostawali o połowę niższą zapłatę, za tę samą pracę, w tej samej randze… Mieliśmy wyjątkową okazję, by uczyć się od tak doborowych profesjonalistów. Oto na naszych oczach 30 polskich oficerów zostało dowódcami dywizjonów transportowych, dywizjonów myśliwskich. Szkolili nawigatorów, łącznościowców, byli instruktorami i wychowawcami następnych roczników, najbardziej bojowych pilotów w Azji! – taką opinię przechowuje w sercu M. Akhtar.

- Nasz kraj był wtedy całkiem nowym, dopiero organizującym się krajem – mówi marszałek Asghar Khan. – Bez pomocy zzewnątrz nic nie udałoby się zbudować. Polacy oddawali nam wszystkie swoje umiejętności, wiedzę, doświadczenie. Wtedy nasz kraj nie podlegał manipulacjom politycznym, budowaliśmy go, by był mocny i bezpieczny. Dziś tak wielu polityków wykorzystuje religię do własnych, nieuczciwych celów i tu leży przyczyna naszych obecnych dramatów… My, muzułmanie, i wy, chrześcijanie, powinniśmy żyć w wielkiej przyjaźni, łączy nas wiara w Boga.

W Polsce wciąż zapomniany…
A promień światła, który słońce rzuci,
na szumnej morza igrając topieli,
nie tonie, tylko w tęczę się rozdzieli,
i znowu w niebo, skąd wyszedł, powróci…
Ta polska strofa wyryta jest na grobie gen. Władysława Turowicza, w sercu Karaczi, w przeszło 180-milionowym muzułmańskim kraju, gdzie żywa jest legenda dowódcy i jego pilotów. Wielu znich służyło tu po kilkanaście lat. On jeden wraz zżoną pozostał tu do kresu dni.

Oprócz unikatowych zdjęć filmowych w 2008 r. wykonaliśmy ponad 3 tys. fotografii, uzyskaliśmy prawo kopiowania wszelkich archiwaliów ze zbiorów Zofii Turowiczowej i innych byłych pilotów PAF. Muzeum lotnictwa PAF w Karaczi podarowało archiwalia na rzecz filmu TVP i na wystawę, która miała powstać w IPN, przy ewentualnej współpracy zMinisterstwem Obrony Narodowej i ze szkołą w Dęblinie. Miał być też album… Tydzień po naszym przylocie ktoś decydujący wówczas o losach tych unikatowych zbiorów dokumentacyjnych w IPN powiedział wprost: „Mnie ta wystawa nie obchodzi!”.
Film nasz „Polskie orlęta na pakistańskim niebie” znany jest poza granicami Polski, wędruje na pokazy festiwalowe, prezentowany był w NATO, opisywany w prasie pakistańskiej, nagradzany w Hollywood… Pakistańczycy wciąż składają hołd swemu generałowi, Polakowi urodzonemu na zesłaniu na Syberii. Jego nazwisko wciąż wymawiają bezbłędnie, choć od śmierci polskiego oficera, a ich bohatera minęło 30 lat.
W 2008 roku historyk IPN odnalazł zapisy SB na temat generała i jego żony. W Polsce nie ma innej dokumentacji osiągnięć tego legendarnego Polaka, a jedynie ta, sporządzona przez I Departament MSW (wywiad) – nr OCH-002349/70. Akta osobowe polskich pilotów znajdują się w Anglii, podlegają brytyjskim przepisom, są wciąż niedostępne dla polskich badaczy…

W Polsce wciąż odbierane jest nam prawo do znajomości własnych bohaterów, do poznawania autorytetów, postaci historycznych, tak jak przez ponad pół wieku poddawano obróbce i karłowaceniu poczucie naszej narodowej godności i świadomości. Efekty tego są wciąż żywe, choć zburzyliśmy dawno pomniki Dzierżyńskiego czy Lenina…

Obrazek
Przełęcz Lowari


Anna T. Pietraszek reżyser, dokumentalista
http://naszdziennik.pl/index.php?dat=20 ... d=my23.txt

Zdjęcia m.in.: ttp://thekarachiwalla.com/2011/10/06/ci ... -turowicz/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 16 lis 2011, 17:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30733
Prof. Jan Czochralski i krzem
Kto jest jednym z najbardziej znanych na świecie polskich uczonych?

Czy wiecie, którego z polskich uczonych najczęściej wymienia się w literaturze światowej?

Czy wiecie, że nazwisko polskiego profesora jest prawdopodobnie na pierwszym miejscu spośród najczęściej wymienianych w publikacjach związanych z elektroniką?

Czy wiecie kto to był Jan Czochralski?

A znacie największych światowych wynalazców? Pewnie znacie i na pierwszym miejscu wymienilibyście Thomasa Edisona, bez którego na pewno doskwierałby nam brak żarówki.

Tymczasem był taki uczony i wynalazca, któremu zawdzięczamy niemal całą elektronikę. Bez niego nie byłoby wszystkich tych urządzeń, w sercu których znajdują się układy z krzemu - telewizorów, komputerów, telefonów, robotów, kuchenek mikrofalowych, zegarków kwarcowych i wielu innych nowoczesnych urządzeń . W dodatku ten uczony był Polakiem. Nazywał się Jan Czochralski.

Czasem bywa tak, że naukowe odkrycie wyprzedza swoją epokę historyczną. Spośród plejady najbardziej znanych za granicą polskich naukowców, właśnie to dotyczy Jana Czochralskiego. Jeden z jego wynalazków dzisiaj jest wykorzystywany przy produkcji półprzewodników przez największe koncerny produkujące elektronikę, takich jak amerykańskie Intel i Motorola, IBM i AMD, koreański Samsung albo japoński NEC. Metodą wynalezioną przez Czochralskiego wytwarza się cały współczesny krzem, z którego produkuje się diody, tranzystory i czipy układów scalonych.

Obrazek
In 2006 the Polish Materials Science Society, the Polish Society for Crystal Growth and the Polish Academy of Sciences joined with the European Materials Research Society to establish the International Chapter of the Jan Czochralski Award.

Obrazek
Transistor inventors William Shockley (seated), John Bardeen, and Walter Brattain, 1948.

NajnowszePolitykaNaukaKulturaHistoria04.11.2011 19:36
35 opublikowana w: A elita !, Dla Warszawiaków, Energia w praktyce., Głos oddolny, KTO CZYTA NIE BŁĄDZI, Magia raz!, Media-Watch, Notki Nieuczesane, NOWY PARDON, OKOLICE NAUKI, Polityka Praktyczna., Rodzynki z zakalca, Salonik Kameralny, SalonowaWataha, Stary Salon, Wiedza Rozum Nauka., Wolnobieżny Świat, Złote Usta Prof. Jan Czochralski i krzem
Kto jest jednym z najbardziej znanych na świecie polskich uczonych?

Czy wiecie, którego z polskich uczonych najczęściej wymienia się w literaturze światowej?

Czy wiecie, że nazwisko polskiego profesora jest prawdopodobnie na pierwszym miejscu spośród najczęściej wymienianych w publikacjach związanych z elektroniką?

Czy wiecie kto to był Jan Czochralski?

A znacie największych światowych wynalazców? Pewnie znacie i na pierwszym miejscu wymienilibyście Thomasa Edisona, bez którego na pewno doskwierałby nam brak żarówki.

Tymczasem był taki uczony i wynalazca, któremu zawdzięczamy niemal całą elektronikę. Bez niego nie byłoby wszystkich tych urządzeń, w sercu których znajdują się układy z krzemu - telewizorów, komputerów, telefonów, robotów, kuchenek mikrofalowych, zegarków kwarcowych i wielu innych nowoczesnych urządzeń . W dodatku ten uczony był Polakiem. Nazywał się Jan Czochralski.

Czasem bywa tak, że naukowe odkrycie wyprzedza swoją epokę historyczną. Spośród plejady najbardziej znanych za granicą polskich naukowców, właśnie to dotyczy Jana Czochralskiego. Jeden z jego wynalazków dzisiaj jest wykorzystywany przy produkcji półprzewodników przez największe koncerny produkujące elektronikę, takich jak amerykańskie Intel i Motorola, IBM i AMD, koreański Samsung albo japoński NEC. Metodą wynalezioną przez Czochralskiego wytwarza się cały współczesny krzem, z którego produkuje się diody, tranzystory i czipy układów scalonych.



In 2006 the Polish Materials Science Society, the Polish Society for Crystal Growth and the Polish Academy of Sciences joined with the European Materials Research Society to establish the International Chapter of the Jan Czochralski Award.

Jan Czochralski w 1916 r. został autorem genialnego odkrycia - sposobu hodowania dużych monokryształów metali. Współcześnie metodą Czochralskiego hoduje się monokryształy krzemu dla przemysłu półprzewodników. Ale ta metodyka znalazła swoje rewelacyjne zastosowanie dopiero w 50-tych latach, po skonstruowaniu tranzystora przez Waltera Brittaina, Johna Bardeena i Williama Shockleya. Za wynalazek tranzystora cała trójka otrzymała nagrodę Nobla z Fizyki w 1956 roku. Juliusa Lilienfelda pochodzącego spod Lwowa, który uważał się za Polaka pominięto.



Transistor inventors William Shockley (seated), John Bardeen, and Walter Brattain, 1948.

Dzisiaj bez metody Czochralskiego nie da się wyobrazić rozwoju elektroniki i produkcji przedmiotów sprzętu gospodarstwa domowego, informatyki, w "sercu" których znajdują się krzemowe chipy.

Jan Czochralski zajmował się wieloma zagadnieniami hutnictwa i metaloznawstwa ale w historii został zapisany jak wynalazca metody hodowli monokryształów.

Istota metody jest prosta: mały kryształ krzemu, zarodek, opada w stopioną masę, następnie powoli wirując wyciąga się ze stopionej masy. Powolne wyciąganie ze stopu kapilary z zarodkiem krystalicznym (czyli małym kryształkiem) umożliwia uporządkowane narastanie kolejnych warstw kryształu.

W efekcie otrzymuje się tzw. monokryształ, a więc materiał o szczególnie cennych własnościach fizycznych. Przy tym odbywa się tzw. rekrystalizacja - stopiona masa polikrystalicznego krzemu przekształca się w bardzo czysty krystaliczny krzem, posiadający strukturę, nadającą się do tworzenia układów mikroelektronicznych.

Współcześnie kryształy krzemu, mające długość 2 metrów i wagę ponad 100 kg przy średnicy 300 mm stanowią podstawowy (i na razie niezastąpiony) materiał do produkcji różnego typu układów scalonych. A z czasem procesy hodowli monokryształów krzemu ulepszano się i postępowała ich automatyzacja, tak że teraz udaje się otrzymywać kryształy o średnicy nawet 450 mm i o masie ponad 250 kg. Zautomatyzowane i skomputeryzowane urządzenia Czochralskiego ze względu na zaawansowanie procesu wykorzystują obecnie najwyższe możliwości współczesnej techniki.

Jak przebiegają poszczególne etapy procesu produkcyjnego konkretnych procesorów firmy Intel można obejrzeć skrótowo pod następującymi adresami:

How-an-Intel-CPU-is-created-From-Sand-to-Silicon-Making-of-a-Chip

How an Intel CPU is created

JAK POWSTAJĄ PROCESORY

Zawartość krzemu w zewnętrznych strefach Ziemi wynosi prawie 27% . Krzem jest drugim po tlenie najbardziej rozpowszechnionym pierwiastkiem. Jeden atom krzemu przypada na 4 inne atomy. Różne odmiany polimorficzne Związku krzemu zwane krzemionką (SiO2) stanowią większość skał tworzących skorupę ziemską.

Odkrycie Czochralskiego z 1916 r. i znaczące udoskonalenie dokonane przez Teala i Little’a w 1948 r. zapewniło Janowi Czochralskiemu znaczącą pozycję we współczesnej nauce. Znalazł stałe miejsce nie tylko w historii nauki, ale przede wszystkim we współczesnej terminologii naukowej. Użycie metody opracowanej przez Czochralskiego nie tylko do hodowania półprzewodników, ale także innych materiałów, i to na skalę przemysłową, zmieniło naszą cywilizację. Wprowadzenie nazwiska Czochralskiego do nazwy metody stało się także hołdem kolejnych pokoleń za jego wielkie odkrycie. Dzięki jego odkryciu mogła dokonać się najważniejsza rewolucja XX wieku. I nie była to jakaś tam rewolucja październikowa, a elektroniczna. Radio, telewizja, komputery, lasery, telefony i hardware związany z informatyką, to tylko kilka przykładów skutków tej rewolucji.

- Czy Polska ma w tę rewolucję znaczący wkład?

Ma! A to za sprawą prof. Jana Czochralskiego, który wymyślił metodę krystalizacji poprzez wsadzanie zarodka do roztopionej materiału i powolne wyciąganie go w górę!

Jednym słowem, metodą wymyśloną przez Czochralskiego wytwarza się dziś prawie cały światowy krzem, z którego robione są diody, tranzystory i układy scalone. Prawie w każdym urządzeniu, w jego środku tkwi kawałek krzemu wyhodowany metodą Czochralskiego. I na tym krzemie zbudowane są najnowocześniejsze układy elektroniczne.

Najczęściej wymienianym w światowej literaturze naukowej polskim uczonym jest Jan Czochralski! I nadal będzie jeszcze długo. Pojawia się w nazwie najpowszechniej stosowanej metody otrzymywania monokryształów. Niestety, dziwnym zrządzeniem losu Jan Czochralski i jego osiągnięcia były w PRL przemilczane przez dziesięciolecia. Nie wymieniały go podręczniki, nawet te dla szkół wyższych.

"Metoda Czochralskiego" swoją karierę zawdzięcza rewolucji naukowej związanej z odkryciem tranzystora i wprowadzeniem półprzewodników do elektroniki. Więcej, bez metody Czochralskiego nie byłoby dzisiaj elektroniki tak wszechobecnej w naszym życiu. Tą właśnie metodą otrzymywane są monokryształy krzemu dla układów scalonych, będących sercem wszelkich współczesnych urządzeń elektronicznych: komputerów, telefonów komórkowych, cyfrowych aparatów fotograficznych, czipowych kart bankomatowych i wielu urządzeń codziennego użytku, o których nawet nie wiemy, że w środku mają nowoczesny układ scalony na krzemie "wyhodowanym" metodą Czochralskiego. Nie bez powodu nazywa się twórcę metody "ojcem elektroniki".

Bez wynalazku profesora Jana Czochralskiego niemożliwy byłby postęp cywilizacyjny w obecnym kształcie.

Aktualnie Intel buduje najnowocześniejszą fabrykę procesorów na swiecie na pustyni w pobliżu Chandler w Arizonie.Pierwsze procesory z nowego zakładdu mają wyjechać w 2013 roku. Intel od razu zamierza przygotować linie technologiczne do procesu technologicznego 14 nm. I to wszystko na krzemie otrzymywanym metodą Czochralskiego!Intel announced plans to open a $5B USD semiconductor fab, dubbed Fab 42. Fab 42 will be located in the desert, near Chandler, Arizona. The new fab will create chips on an incredibly small 14 nanometer process, shrunk considerably from the 32 nm process that current-generation Intel CPUs are constructed on.

Obrazek
Intel's new 14 nm Fab42 will be located outside Chandler, Arizona. It will cost as much as $5B USD . The chips manufactured at the plant will have transistors that are less than half as long as those found in current generation chips.


Fab42 Intela będzie najbardziej zaawansowanym obiektem technologicznym na świecie, gdzie produkuje się wafle krzemowe!

Era krzemu trwa i ma się dobrze!

Do wyścigu technologicznego przystąpiły wspólnie dwa giganty IBM i 3M (Minnesota Mining and Manufacturing). IBM i 3M łączą swe siły, by wspólnie opracować kleje, które pozwolą na tworzenie "półprzewodnikowych wież". Ich celem jest stworzenie nowej klasy materiałów, umożliwiających warstwowe łączenie nawet do 100 układów scalonych. W ten sposób mogłyby powstać chipy składające się z wielu procesorów i układów pamięci, zamkniętych w pojedynczej obudowie. Miałyby być one nawet 1000-krotnie bardziej wydajne niż obecnie wykorzystywane układy.

„Nasi naukowcy mają zamiar stworzyć materiały, które pozwolą na umieszczenie olbrzymiej mocy obliczeniowej w nowej obudowie - krzemowym drapaczu chmur”- powiedział Bernard Meyerson, wiceprezes IBM-a ds. badawczych.

Umowa pomiędzy IBM a 3M przewiduje, że pierwsza z tych firm będzie odpowiedzialna za stworzenie procesu pakowania półprzewodników, a druga za rozwój i produkcję materiału do ich łączenia.



Podobno już jest wspólnie opracowana technologia klejenia półprzewodników, która pozwala połączyć ze sobą nawet sto płytek półprzewodnikowych. W ten sposób powstaje stos krzemowy, w którym materiał pełniący funkcję kleju jest jednocześnie izolatorem. Dzięki temu efektywnie można odprowadzać ciepło, co pozwala uniknąć przegrzania takiego elektronicznego "wieżowca" zbudowanego z wielu chipów.

Czy krzemowi grozi konkurencja? Czy zostanie wyparty przez nowe lepsze materiały bądź nowocześniejsze technologie zapewniające lepszą miniaturyzację podzespołów?

Oczywiście postęp jest nieuchronny i pojawią się nowe podzespoły zbudowane na nowych materiałach! Wspomnę tylko o grafenie i o elektronice plastikowej.

Krzem stał się materiałem – hitem XX wieku dzięki prof. Janowi Czochralskiemu. I pozostaje nim nadal w XXI wieku. Jaki materiał będzie następcą krzemu w elektronice? Kto wie?

Prawdopodobnie grafen może okazać się materiałem XXI wieku.



Profesorowie Geim i Novoselow dostali Nobla za wytworzenie grafenu zwanego freestanding, czyli niedużego płatka, który można było zobaczyć pod mikroskopem, zmierzyć i odkryć jego fantastyczne właściwości. Płatki te są jednak wytwarzane metodą odrywania od bloczku grafitowego za pomocą taśmy klejącej, a ich powierzchnia nie przekracza dwóch tysięcznych milimetra kwadratowego, dlatego nie bardzo się nadają na produkcję przemysłową w mikroelektronice

Polscy uczeni z Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych wynaleźli i opatentowali na całym świecie metodę przemysłowej produkcji grafenu opracowaną w Polsce. Współpracują z polskimi uczonymi podjęli grafenowi Nobliści Geim i Novoselow.

Na razie jesteśmy jedyni i jak dobrze pójdzie - w co gorąco wierzę - to może być przełom w zastosowaniu na większą skalę produkcji grafenu. Polska metoda jest dużo bardziej użyteczna, elastyczna i powinna się lepiej sprawdzać w przemyśle - przewiduje współpracownik polski uczony Włodzimierz Strupiński.



Polish team claims leap for wonder material graphene

Aktualnie zadaniem ITME w ramach projektu koordynowanego przez European Science Fundation, zatytułowanego „Graphene Transistor” jest opracowanie technologii wytwarzania grafenu o jakości umożliwiającej otrzymywanie tranzystorów wysokich częstotliwości

Jak twierdzą naukowcy, grafen może być materiałem XXI wieku, który wyprze technologie krzemowe. Grafen może zdominować dziedzinę tzw. Flexible electronics (elektronikę elastyczną) wykorzystującą dotychczas tworzywa sztuczne. – Grafen może mieć zastosowanie także w produkcji składanych przezroczystych ekranów dotykowych. To wyzwanie, przed którym stoi dziś elastyczna elektronika – mówi polski uczony prof. Baranowski. – Zamiast w laptopie, na jednej foli możemy mieć dostęp do Internetu, GPS, telewizji i innych funkcji. Dzięki wykorzystaniu konstrukcji grafenowej takie urządzenie będzie bardzo dobrze pracować – dodaje.

Zdaniem wielu uczonych nie jest możliwa taka miniaturyzacja zespołów elektronicznych na bazie krzemu, jak w przypadku grafenowych mikroprocesorów.

Nowe grafenowe mikroprocesory będą mniejsze, oszczędniejsze i znacznie szybsze niż dotychczas używane krzemowe.

W niedalekiej przyszłości czeka nas przejście z procesorów krzemowych na procesory wykonane z grafenu. Niektórzy mogą zapytać czy potrzebna jest taka zmiana? Oczywiście ta zmiana jest nieunikniona, ponieważ już niedługo wykorzystamy możliwości krzemu do granic możliwości. Uczeni twierdzą, że produkowanie tranzystorów tzw. CMOS z krzemu w procesie technologicznym mniejszym niż 7 nm jest niemożliwe na masową skalę. Jeżeli użyjemy grafenu do produkcji procesorów zamiast krzemu to jest możliwa produkcja tranzystorów nawet w procesie technologicznym 0,5 nm.

Najnowsze doniesienia naukowe mówią, że grafen można domieszkować innymi pierwiastkami w celu nadania mu pożądanych w mikroelektronice cech.

Obrazek
A close-up, three-dimensional image of a single nitrogen atom in a sheet of graphene - a material made of carbon atoms arranged in a honeycomb pattern. The larger nitrogen atom sticks out above its carbon neighbors and contributes about half of its extra electron to the graphene lattice, changing its electronic properties. The image was made with a scanning tunneling microscope.


Na podstawie przeprowadzonych badań okazało się, że grafen jest materiałem, który można domieszkowaći i precyzyjnie kontrolować jego właściwości elektroniczne.

Theanne Schiros, a surface scientist at the Department of Energy’s Energy Frontier Research Center at Columbia University:

“Now we see that doping is a strategy that can be applied to graphene cleanly and robustly,” she said, providing a potential way to create high-quality graphene films for use in electronic applications.

22 września 2011 roku pojawiła się jeszcze jedna najnowsza informacja. Fizycy z Georgia Institute of Technology uzyskali najwyższej jakości warstwy grafenu, które są warstwami epitaksjalnymi. Oznacza to, że mogą na nich być budowane przyrządy półprzewodnikowe o najwyższej jakości.

Przyrządów elektronicznych na grafenie, jednak jeszcze nie ma.

A grafen jest materiałem, którego wytrzymałość, elastyczność, przezroczystość, przewodnictwo stanowi potencjalny i cenny materiał dla następnej generacji przyrządów elektronicznych. Grafenowe warstwy ułożone według wzoru plastra miodu są też 1000 razy bardziej wytrzymałe niż stal.

Niestety, na pojawienie się przyrządów grafenowych musimy poczekać jeszcze pewnie kilka ładnych lat! Niektórzy przewidują, że grafenowe procesory pojawią się w masowej produkcji w 2022 roku.

I już na koniec dwa słowa o elektronice plastikowej, czy polimerowej.

Słyszymy takie nazwy: elektronika plastikowa, energooszczędne elastyczne ekrany, diody OLED, inteligentne nalepki, plastikowe pamięci elektroniczne, e-papier, i wiele innych.

Brzmi to interesująco, lecz musimy trzymać się realiów. Jedną z głównych przeszkód w budowie bardziej skomplikowanych układów elektronicznych z plastiku jest niewielka szybkość przełączania się polimerowych tranzystorów. W niektórych zastosowaniach nie powinno to przeszkadzać, tym niemniej w niedalekiej przyszłości producenci mikroprocesorów z pewnością będą wybierać tradycyjną technologię. Jedyny obecnie wyobrażalny sposób wykorzystania zalet polimerów to rozwiązania mieszane, a więc małe i szybkie krzemowe jądro wykonujące trudne obliczenia oraz tanie i energooszczędne plastikowe półprzewodniki do prostszych zadań. Wbrew niektórym sensacyjnym informacjom, do mikroprocesorów czy nawet bardziej skomplikowanych układów scalonych z plastiku jeszcze długa droga. Intel, który uczestniczył w rozwoju technologii pamięci plastikowych, wycofał się z tej dziedziny całkowicie.

Osobiście muszę podkreślić, że wątpię czy kiedykolwiek uda się masowo stosować plastikowe tranzystory. Zwrócę uwagę tylko na jeden problem:

Krzem jest monokryształem i daje się go oczyścić metodą Czochralskiego to czystości 0.9999999999 a nawet 0.999999999999. W przypadku plastiku jesteśmy szczęśliwi, jeśli mamy czystość 0.9999. Wątpię wiec, żeby z tak zanieczyszczonego materiału dało się coś zrobić w wielkiej skali integracji.

I już reasumując, można przypuszczać, że w pierwszej połowie XXI wieku era krzemu w elektronice będzie trwała nadal. A prof. Jan Czochralski będzie nadal najczęściej wymienianym Polakiem w publikacjach naukowych związanych z elektroniką.

http://zbigwie.salon24.pl/349731,prof-j ... ki-i-krzem


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 01 gru 2011, 21:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30733
O SKRZYDŁACH, BRZOZACH, MASKIROWCE I O POLSCE

Od jakiegoś czasu nie biorę udziału w tak zwanym obywatelskim śledztwie smoleńskim. Dlaczego? Bo inni robią to lepiej, szybciej, i bardziej fachowo. Są lepsi, sprawniejsi, również intelektualnie, w rozwiązywaniu łamigłówek i tropieniu śladów. Polecam Państwu tekst Amelki w najnowszym „Polis”:

http://www.polis2008.pl/index.php?optio ... Itemid=344.

Polecam wszystkie teksty w najnowszym „Polis”, w tym FYM-a polemikę z moim tekstem, ale na tekst Amelki chciałbym zwrócić szczególną uwagę, bo ten tekst jest świadectwem jak sprawni intelektualnie potrafią być Polacy, i w jakim stopniu przewyższają inne narody zachodu w rozumieniu i czytaniu Rosji, która w komunikacji ze swoimi poddanymi, przyjaciółmi i wrogami posługuje się szczególnym rodzajem kodu; kodu niezrozumiałego na Zachodzie.

Miałem takie osobiste doświadczenie rozmowy, w której człowiek Zachodu prosił mnie o wytłumaczenie jakiegoś fragmentu rosyjskiej literatury. Opowiedziałem o czym to jest, tak jak to ja odebrałem w trakcie lektury, na co on się strasznie zdziwił, bo on tam nic takiego nie wyczytał. Dla zrozumienia rosyjskiego luda, tej bardzo złożonej, mrocznej kultury trzeba przez setki lat sąsiadować, okupować i być okupowanym, pić wódkę i jeść śledzia.

Nie uczestniczę w śledztwie smoleńskim, ale chętnie natomiast służę łamami (czy blog ma te „łamy”?) swojego bloga wszystkim, którzy to czynią, i jestem za tę ich robotę szczególnie wdzięczny.

A jako pewnego rodzaju świadek ich tytanicznym wysiłków, w bardzo wzruszający sposób polskich, w rozumieniu najszlachetniejszego rysu polskiej kultury, który nie pozwala być cynicznym i obojętnym w obliczu niesprawiedliwości i krzywdy, bez względu na wszelkiego rodzaju koszty i obciążenia (również potworne obciążenie psychiczne), pozwalam sobie od czasu do czasu skomentować stan tych naszych wysiłków; dzisiaj komentarz wywołany tekstem FYM-a:

http://freeyourmind.salon24.pl/369431,k ... go-wypadku.

Wiemy, że w grupie ludzi intelektualnie i moralnie zdolnych do zmierzenia się z tragedią smoleńską; z tymi, na których ta tragedia nie podziałała tak jak sobie ktoś umyślił, że zadziała, bazując na błędnej ocenie Polaków, jako już strawionej i wyplutej (żeby nie brnąć w obscena) masy humanoidalnej, kierującej się w życiu najprostszymi instynktami z dominującą rolą strachu, powstały dwa, zasadnicze i pozornie przeciwne sobie stanowiska.

Pierwsze bazuje na materiale, który mamy. Dostaliśmy od kagiebistów z Rosji. Komputer pokładowy i jego zapisy, zapisy TAWS, innych rejestratorów lotu. I tyle, bo żadnych materialnych dowodów nie dostaliśmy do dzisiaj, jakby ktoś nie wiedział. Na podstawie tych zapisów komisja Anodiny (Morozowa) i Millera (Morozowa) dostarczyła nam raport w różnych wersjach językowych.

Z jakichś powodów nie udało się dostosować tych zarejestrowanych danych do opublikowanej wersji wydarzeń; tych lansowanych od 10 kwietnia 2010 roku i z uporem maniaka powtarzanych przez słabo opłacanych funkcjonariuszy, a opłacanych po to, żeby osobom odpowiedzialnym nie stała się krzywda.

Przypomnijmy te tezy dla porządku. Polska to kraj idiotów, i żadne najbardziej fachowe i wyspecjalizowane szkolenie nie jest w stanie zrobić z idioty nie-idiotę. Polak jest generalnie śmiertelnym zagrożeniem dla otoczenia, szczególnie w zderzeniu z techniką. Dodatkowo najczęściej jest pijany (albo skacowany), więc to, że różnego rodzaju duże maszyny, którymi Polacy kierują nie rozbijają się setkami zawdzięczamy szczególnym względom Opatrzności. Kiedyś było dużo lepiej, bo mieliśmy wypracowane latami procedury sowieckie, jak wiadomo najbezpieczniejsze na świecie, a potem przyjęliśmy amerykańskie, a wiadomo, że kowboje nie mają za dużego szacunku do bezpieczeństwa własnego, swoich rodzin, narodu i globu. No a że trafiło na idiotów, to myśmy te procedury doprowadzili do stanu podręcznika dla samobójców.

W tę wersję wierzy spora grupa sowieckich i post-sowieckich agentów, bo to ich zawód, kilku nieudaczników zarobiło pieniądze na propagowaniu tej wersji; jest grupa ludzi ubogich umysłowo - jak jedna z moich znajomych, która rozesłała spam z pytaniem, czy jeśli wiemy, co stanie się z Tico (tu zdjęcie Tico na drzewie) po zderzeniu z drzewem, to czy Tupolewa na drzewie można już sobie dopowiedzieć? I z natychmiastową odpowiedzią, że to powinien umieć sobie dopowiedzieć każdy, kto miał w szkole średniej fizykę. Odpisałem, że wszystko święta prawda, ale czy – dajmy na to, czołg albo Tir też się zachowuje zgodnie z prawami „tej fizyki”, i czy skoro znajoma tak udanie żongluje główkuje piłką pingpongową, to czy nie chciałaby spróbować z jakimś elementem składowym Stonehenge?

Nie odpisała już nigdy z czego wnoszę, że albo już mnie nie lubi albo spróbowała i nie żyje.

I jest jeszcze grupa ludzi, która nie wierzy, ale twierdzi, że wierzy, bo doświadczyła okupacji albo tajniacy złamali im życie, i oni nie chcą przyjąć do wiadomości, że to się może powtórzyć (wrócić), a całe dwadzieścia lat złudzeń i wiary w kontynuacje serialu „Dynastia” nad Wisłą, było tylko złudzeniem, bo nikt nie wpłaci za nich 3,000,000 złotych kaucji jakby co, ani 300,000, ani 30,000, a i z 3,000 pewnie byłby kłopot, 300 dałoby radę, a jakby 30 to nawet nie trzeba by od sąsiadów pożyczać.

Z jakichś, nieznanych mi powodów odczyty tych wszystkich urządzeń nijak się nie chcą zgodzić z tą oficjalną wersją. I tu mam pierwszą zagwozdkę – dlaczego nie chcą? Przypomnijmy, że dane odzyskane z urządzeń pokładowych (przyjmijmy, że tego Tupolewa i w tym Smoleńsku) były na tyle niekompatybilne z realizacją polskiego podżyrowania wersji o idiotach dla idiotów, że polska komisja sama musiała się zamienić głowami z motyką, i od pewnego momentu zamiast rekonstruować trajektorię lotu według zapisu, cyrklem i linijeczką mierzyła sobie na ekranie różne rzeczy widoczne na tak zwanej wystawie zdjęć niejakiego Amielina (największego naukowego, żyjącego, smoleńskiego autoritieta) - znanego w Okręgu Smoleńskim przyjaciela lokalnych oddziałów Specnazu.

Ten mityczny Amielin „zapłodnił” swoją wizją wykonaną amatorskim aparatem fotograficznym nie tylko przywołaną komisję z motykami zamiast głów, ale również wielu ludzi, którzy nie zapłodnieni nie zrealizowaliby się literacko, a zapłodnieni się zrealizowali i weszli na stałe do panteonu twórców totalitarnej propagandy. Przy realizacji zadań której trzeba mieć naprawdę motykę zamiast twarzy.

I tym właśnie zapisom parametrów, które nie pasowały komisji Millera dla podparcia hańbiącego raportu (hańbiącego członków tej komisji i naród jako wspólnotę) zaczęli przyglądać się specjaliści, którzy z racji odległości nie są narażeni na tę przedziwną klątwę smoleńską, za sprawą której archeolog ginie, jeden z najwybitniejszych specjalistów od lotnictwa cywilnego też, badań fonograficznych nie można zakończyć od roku, o badań związanych z sekcją zwłok jednej z ofiar od trzech miesięcy, bo czyjaś tam choroba... Czy tam urok...

I z tych badań wyłania się obraz, z którego nijak się nie da poskładać serwowanej przez idiotów idiotom narracji, i już dziś można postawić taką tezę (bazując na tych, otrzymanych od kagiebistów nośnikach):

Jakkolwiek nie wyglądał albo wyglądał lot i katastrofa Tu-154 w Smoleńsku, nie przebiegał on tak jak opisuje to tandem Morozow/Miller. Co więcej, ich wersja jest wewnętrznie sprzeczna, a prezentowane przez nich „wyniki dociekań” powstały w efekcie manipulacji przyjętymi jako rzeczywiste danymi. Ta manipulacja była świadoma i celowa, bo praca wytworzenia łże-raportów była w gruncie rzeczy trudniejsza niż zwyczajne ustalenie prawdy.

Przecież jeśli katastrofa (rzeczywista lub rzekoma) odbyłaby się według idiotycznej wersji, to nic łatwiejszego niż przekazać dane dwóm – trzem ośrodkom na świecie, niech odczytają i musi się zgadzać i w Moskwie i Paryżu, i w Warszawie, i w Ohio, bo nie ma innej możliwości. Prezydent-generał-pilot-brzoza-beczka-bum, kokpity, fotele w mikrony, wiatr je wywiewa, 50% zostaje w postaci dwóch-trzech kawałków i tysięcy drzazg, bo tak jest. Sprawa zamknięta, wiemy o sobie jako o narodzie to co powinniśmy wiedzieć, a Rolex od półtora roku gorąco zachęca, żeby poprosić o szybką aneksję Niemców, albo Ruskich, albo Czechów, Słowaków, Litwinów, Kosowarów, wsio rawno, byle szybciej zanim wyprodukujemy kolejne nieszczęście.

Ale jest problem, bo nie chce wyjść tak jak w tych rysowankach i animacjach Morozowa z Millerem. Animacja jest tutaj zresztą szczególnie ucieszna (albo byłaby gdyby nie upiorność tej całej sprawy), bo ona jest – że się zapytam na podstawie czego? Tak konkrietno? Wzoru na tapecie na Kremlu? Jakiegoś szczególnie fajnego odcinka załogi G (był taki film)? Nikt nie wie. Chyba najpierw był scenariusz, a potem ktoś na szybko zrobił w 3D.

I tutaj zbliżamy się do zaprezentowani drugiego z przyjętych stanowisk, świetnie ujętego w linkowanej przeze mnie notce FYM-a powyżej, i w kontekście tej drugiej teorii, zwanej różnie: teorią 2M, „maskirowki”, etc...

Zanim przejdę do jej omówienia, to najpierw sformułuję zarzut, który fenomenalnym skądinąd i ponownie świadczącym o skali naszych narodowych możliwości badaniom otrzymanych zapisów się stawia właśnie z jej perspektywy. Najprościej ująć go tak:

Po co badać ruskie dane, skoro on są z samej definicji „ruskiej danej” fałszywe?

Nic co weszło z łapy kagiebisty nie odpowiada prawdzie, już choćby dla sportu, a cóż jeśli mówimy o poważniejszych rzeczach. System sowiecki jest oparty na kłamstwie, i system polskiego kundlizmu też. Jest oparty na kłamstwie wielkim i bezczelnym.

Prawda? Prawda.

Ale ja uważam, że badać trzeba. Dlaczego? Otóż jeśli ktoś – jak mówi teoria 2M, rozsypał trochę lotniczego złomu w podsmoleńskich krzakach, to to wyjdzie w badaniach. Po prostu nie da się tego wszystkiego złożyć do kupy, to znaczy wykonać drogą żmudnych obliczeń rekonstrukcji przemieszczania się bryły samolotu w jakikolwiek fizycznie wytłumaczalny sposób. I będzie to dowód.

Silny i mający swoje konsekwencje polityczne. Bo każdy może ze strachu przed konfliktem na niewyobrażalną skale udawać, że Rosja to jest normalne państwo demokratyczne, tylko trochę inne, bo bukwami pisane, ale kto da technologie? Kto pozwoli je kraść? A przecież technologicznie, jak nie ukradnie, to się rozpadnie, i dotyczy to wszelkich komunistycznych państw-patologii.

Może wyjdzie z tych badań jak w śledztwie w sprawie Litwinienki, który według Moskwy zakrztusił się herbatą, czy inną ością, bo Moskwa była zbyt zacofana, żeby przewidzieć, że ten ich kagiebowski „majstersztyk” z polonem nie dość, że da się wyśledzić jak się ma pojęcie o nauce, to na dodatek dowieść, gdzie i kiedy wyprodukowany? Nie jest to wykluczone, to znaczy nie można tego na tym etapie wykluczyć, dopóki badania się nie zakończą. To by znaczyło, że jednak oni stoją na cywilizacyjnie niskim poziomie i po prostu chrzanią robotę, jak w Budionnowsku, przy wysadzaniu własnych obywateli, czy właśnie w przypadku Litwinienki.

A jeśli jednak nie?

To tutaj zaczyna się pokusa kalkulacji. Ja ją dostrzegam, ale jednocześnie zastrzegam, że Boże uchowaj nie podejrzewam profesorów pracujących na modelach o uleganie takiej pokusie. Jeśli się pojawi, to wyjdzie z kręgów politycznych. Mając taki dowód w ręku (a więc mając udowodnione, że to co leży na ziemi w stanie jakim leży nigdy nie było samolotem, chyba że zadziałała na samolot siła ze źródła nieznanego nauce powodujące parowanie aluminium) można na Rosję wywierać presję. I ta presja może spowodować, że Moskwa uzna, że bardziej jej się opłaca odpuścić sobie Polskę i jej zastepy agentów w Polsce, niż brać na siebie odium masowego, i nieznanego w dziejach cywilizowanych krajów morderstwa dokonanego na pokojowej delegacji, do tego żałobników. Mogą ogłosić (a już to sugerowali podnosząc latem tego roku rzekomą konieczność przeprowadzenie dodatkowych badań pirotechnicznych na wraku), że bomba owszem, ale w Warszawie. A jak przyziemiło to się rozerwało. I niech sobie „Polactwo” duma, co zrobić z tym fantem. Można założyć, że „Polactwo”, kiedy tylko zauważy, że matołectwo miejscowe nie korzysta już z kurateli Moskwy, kiełbasy jak nie było tak nie ma, to rozerwie na strzępy; tak bez sądu, dla zasady, a świat się tym tyle przejmie co losem Ceausescu, jego żony, i innych Kadafich, o czym uczciwie przypomniał prezydent Obama podczas swojej ostatniej wizyty w Warszawie.

I tu jest węzłowy problem w naszym sporze. Bo taka, ewentualna kalkulacja, nie jest już wcale taka szlachetna jak pobudki, które nami wszystkimi kierują. Bo ubrudzimy się godząc na kłamstwo, które daje nam pewne korzyści. Duże korzyści, kolejną szansę na zmiany, ale jednak kłamstwo. Jest częściowa sprawiedliwość, ale ten bilans dobro-zło, prawda-kłamstwo jednak zostaje zachwiany. Trochę to tak jakbyśmy poszli, dajmy na to w 1990, na ugodę, że w Katyniu strzelali ci z PZPR, UB, SB, WSW więc mamy moralne prawo ich sobie powywieszać. Korzyść cywilizacyjna nieprawdopodobna, ale skoro piszę dla „Miasta Pana Cogito” to nie po herbertowsku, nie po chrześcijańsku, nie po europejsku...

I mamy teraz rdzeń tej drugiej teorii, której najwybitniejszym twórcą jest mój kolega z Miasta Pana Cogito, FYM, i którą można spróbować sprowadzić do dosyć prostego zabiegu myślowego.

Jeśli 10 kwietnia wszystkie możliwe wysoko wyspecjalizowane służby dwóch państw NIE DZIAŁAŁY W OGÓLE, to ktoś wcisnął przycisk i je wyłączył. Zauważmy. 10 kwietnia nie działają: media, bo nie ma ich na Okęciu, kamery na Okęciu, kamery w Smoleńsku, nie działa wywiad, kontrwywiad, satelity nie robią zdjęć, latarnie, radary,lotnisko, służby medyczne obydwu krajów, BOR się pałęta bez sensu po lesie, sztab antykryzysowy się zawiesza, specjaliści od katastrof znikają jak sen złoty, służby dyplomatyczne nie działają, prawnicy nic nie wiedzą... amba jak to się mówiło w mojej szkole. Jakby Kononowicz by prorokiem – nie ma nic.

I jesteśmy tutaj w lepszej sytuacji intelektualnej niż w przypadku „inteligentnego projektu”, bo żadnej transcendencji nie trzeba zakładać. Obracamy się pośród ludzi, którzy podejmują decyzję i są świadomi swoich działań.

Jeśli do tego dodamy te godziny zmontowanych ordynarnie zeznań lekarek i ratowniczek sowieckich, które potem znikają przechodząc łagodnie w niebyt z bytu; tych strażaków, którzy byli pa minucie i jednoczenie po pół godzinie tworząc jakieś nieistniejące equlibrium, w którym czas i miejsce nie odgrywa już żadnej roli, to tak – drogi FYM-ie masz rację. To jest montaż, to jest maskirowka, bo po cholerę ktoś by się biedził by się z tymi wszystkimi manipulacjami, gdyby to prawda idiotów dla idiotów była prawdziwa, a wszyscy nieprzyjaciele putinowskiej Rosji w Polsce polegli w jednej sekundzie z własnej winy? Można robić defiladę w Moskwie (i w Warszawie), bo Rosjanie mieli nieprawdopodobnego farta w historii, jak nigdy, i pozamiatane z dopustu Bożego. Mamy kontrakt na gaz, Nord Dtream, Eurazję z Gruzją, no co tam się duszy Kozaka zamarzy...

Teraz proszę, wszelkie instytucje jawne i tajne, zapraszamy na Siewiernyj, pobadajcie sobie kliniczny dowód na skretynienie narodu. Róbcie konferencje w Pasadenie i w Curacao, nasz wielebny Morozow was zaszczyci i objaśni nie ukrywając sowieckiej satysfakcji z jakimi to niebezpiecznymi debilami przyszło wam współmieszkać na tym globie.

Ale mamy problem, Houston :) Jakbym się z Tobą, FYM-ie, nie zgadzał w tym przeczuciu, w tym drobiazgowym zbieraniu poszlak, w narzucającej się pełną oczywistością obrazie sowieckiego kłamstwa, bliźniaczego z tymi wysadzonymi rosyjskimi blokami i ze złapanymi kagiebowcami targającymi worki z hexogenem, jakbym nie rozmawiał z tymi Rosjanami, Ukraińcami, Łotyszami, i każdym, kto to wschodnie plugastwo zna, bo go doświadczył, więc wie.. Nie mamy twardych dowodów. Mamy twarde poszlaki. I tu jest druga trudność... Proces poszlakowy zawsze pozostawia przestrzeń na wątpliwości. Bo może raz na biliard przypadków się wydarzyło? Wyparowało, znikło, może z tymi czarami to tak nie do końca przesada... Może bilokacja i dematerializacja są fizycznie możliwe, może...

I to by było tyle na ten temat. A czułem się w obowiązku zaprezentować swoje stanowisko, bo wielu moich Czytelników mnie o to pyta. Wczoraj zetknąłem się też z czymś, z czym nie sądziłem, że się zetknę, a mianowicie z posądzeniem o nieczystość intencji, więc wykładam uczciwie, żeby nie było już wątpliwości.

Uważam też, że wszystkie próby, te płynące ze szlachetnego serca, wiedzy, doświadczenia, zmierzające do dotarcia do ludzi z informacją, że są okłamywani i że nie mogą pozostawać w stanie kłamstwa, bo uschną, zdegenerują się, są warte wspierania, wszelkiej pomocy i zachęty. Ale nie możemy pozwolić się dzielić; żadna z tych dróg – czy to falsyfikacji ruskich „dez”, czy to żmudnego zbierania poszlak absolutnie i w żadnym punkcie się nie wyklucza. Boli „ciemniaków” tak samo dotkliwe. I potęguje ich strach... I dobrze...

http://hekatonchejres.salon24.pl/369471 ... i-o-polsce


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 14 sty 2012, 11:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30733
80 lat po pierwszej polskiej wyprawie polarnej nasi naukowcy rozszerzają swoją działalność w dziewiczych obszarach Arktyki i Antarktydy

Na biegunach Ziemi

Tysiące kilometrów od Polski, na ziemiach pokrytych tylko lodem i śniegiem, polscy naukowcy od wielu lat prowadzą badania stanowiące ważny wkład w rozwój światowej nauki. Rok 2012 jest dobrą okazją do przypomnienia ich dokonań. Przypada w nim bowiem 80. rocznica pierwszej polskiej całorocznej wyprawy polarnej na Wyspę Niedźwiedzią i 75-lecie ekspedycji na Grenlandię.

Nie byłyby one jednak możliwe bez wcześniejszych wypraw dwu najsławniejszych polskich polarników - Henryka Arctowskiego i Antoniego Dobrowolskiego. Obaj brali udział w zorganizowanej w 1897 r. przy pomocy Belgijskiego Towarzystwa Geograficznego ekspedycji, która dotarła rok później na Antarktydę. Byli pierwszymi Polakami na najzimniejszym kontynencie świata. Ponad 30 lat później, gdy Polska odzyskała niepodległość, Dobrowolski jako dyrektor Państwowego Instytutu Meteorologicznego zainicjował pierwszą polską wyprawę polarną znacznie bliżej - na Wyspę Niedźwiedzią w należącym do Norwegii archipelagu Svalbard, poza północnym kołem podbiegunowym.

Piłsudski na Spitsbergenie
Była wiosna 1932 roku. Polska nie dość, że wciąż dźwigała się po wojennych zniszczeniach i 123 latach zaborów, to jeszcze mocno odczuwała konsekwencje wielkiego kryzysu światowego. Mimo to zdecydowano się na zorganizowanie wyprawy na wyspy, które choć widniały na mapach, to jednak były mało rozpoznane. Pierwsza historyczna ekspedycja obrała sobie za cel Wyspę Niedźwiedzią.
Co gnało naszych rodaków na nieznane wyspy położone niedaleko bieguna północnego, skute lodem i pokryte tylko śniegiem? - Polska, po latach zaborów, miała aspiracje stać się znaczącym w świecie państwem, przynajmniej w dziedzinie nauki. Podstawą do tego stały się badania zapoczątkowane przez naszych zesłańców syberyjskich jeszcze pod koniec XIX w. - tłumaczy prof. Piotr Głowacki, zastępca przewodniczącego Komitetu Badań Polarnych Polskiej Akademii Nauk oraz kierownik Zakładu Badań Polarnych Instytutu Geofizyki PAN.
W historycznej wyprawie uczestniczyli polscy podróżnicy: Czesław Centkiewicz, Władysław Łysakowski i Stanisław Siedlecki. Jej efekty są do dziś cenione przez polskich naukowców. - Polska wyprawa z 1932 r. była jedyną, która zimowała wtedy na Svalbardzie - podkreśla prof. Głowacki. Dla nauki znaczenie miały zwłaszcza kolejne wyprawy - w 1936 i 1938 r. na Spitsbergen - największą wyspę archipelagu Svalbard. Podczas tej pierwszej polska grupa naukowców-eksplorerów przemierzyła na nartach cały Spitsbergen - z północy na południe. - Odkrywali wtedy i skartowali (nanieśli na mapy) nowe tereny, czego dowodem są polskie nazwy widoczne na międzynarodowych mapach, szczególnie w rejonie południowego Spitsbergenu. Dzięki temu dziś można tam znaleźć pasmo górskie po norwesku brzmiące Pilsudskifjella czy szczyty górskie: Kopernikusfjellet i Ostra Bramatoppen - przypomina prof. Głowacki.
Owocem tych badań i wypraw było także założenie pierwszej całorocznej polskiej stacji polarnej na Spitsbergenie, co nastąpiło jednak wiele lat później - w 1957 r., ale z inicjatywy uczestnika pierwszych wypraw - prof. Stanisława Siedleckiego. W okresie stanu wojennego, w 1982 r., niedaleko stacji wzniesiono krzyż, który upamiętnia pierwszą polską wyprawę. "50 lat temu zimowała na Wyspie Niedźwiedziej pierwsza Polska Wyprawa Polarna. 25 lat temu prof. Stanisław Siedlecki zbudował Stację Naukową w Isbjornhamna. W czwartym roku pontyfikatu Papieża Polaka Jana Pawła II my, Polacy pracujący w Hornsundzie, uczestnicy wypraw polarnych, wznieśliśmy ten krzyż dla upamiętnienia 50-lecia naszej działalności w Arktyce. Niech ten symbol będzie dowodem woli naszego istnienia i nadziei. Jeszcze Polska nie zginęła!" - napisano w akcie erekcyjnym krzyża ustawionego na Przylądku Wilczka.
20 lat po utworzeniu stacji na Spitsbergenie powstała druga polska całoroczna stacja polarna - na Wyspie Króla Jerzego u wybrzeży Antarktydy. Badania prowadzone w obu placówkach przyczyniły się do rozwoju zarówno polskiej, jak i światowej nauki.

Rocznicę uczczą... podróżnicy
Niestety, PAN nie przewiduje oficjalnych obchodów 80. rocznicy pierwszej polskiej wyprawy polarnej. - Na razie nie są planowane żadne uroczystości. Natomiast w tym roku mija też 75. rocznica największej polskiej wyprawy polarnej na Grenlandię i to wydarzenie chcielibyśmy bardziej uczcić - tłumaczy stanowisko PAN prof. Piotr Głowacki.
Początek polskich badań polarnych chce natomiast świętować czworo podróżników i polarników. 15 marca wyruszą na miesięczną wyprawę - Torell Expedition, na Spitsbergen. - Przemierzymy przede wszystkim Ziemię Torella [południowa część Spitsbergenu - przyp. red.]. Nie dotrzemy natomiast na Wyspę Niedźwiedzią. Nie zachowały się tam żadne ślady tej pierwszej, historycznej wyprawy - tłumaczy Marcin Klisz, polarnik, podróżnik, na co dzień pracownik naukowy Instytutu Badawczego Leśnictwa w Warszawie, jeden z uczestników ekspedycji. Podróżnicy chcą dolecieć samolotem najpierw do stolicy Svalbardu - Longyearbyen, a stamtąd - już na nartach wyruszyć do polskiej stacji polarnej w Hornsundzie, i wrócić w ten sam sposób. - Do pokonania będziemy mieli ok. 400 km w obie strony. Przemierzymy je na nartach śladowych - ujawnia szczegóły wyprawy Marcin Klisz. Chcąc poczuć realia historycznej wyprawy swoich poprzedników, podróżnicy będą ciągnąć za sobą sanki z ekwipunkiem.
Uczestników wyprawy przywitają polscy naukowcy z 34. Polskiej Wyprawy Polarnej PAN do Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie, prowadzący tam obecnie badania.
Do stacji w Hornsundzie polscy podróżnicy dotrą prawdopodobnie pod koniec marca, kiedy na wyspie rozpoczyna się wiosna. Nie oznacza to, że temperatury z pewnością wzrosną powyżej zera, ale na pewno spowijające obecnie Spitsbergen ciemności rozproszy słońce. Nad Spitsbergenem wzejdzie najprawdopodobniej 12 lutego, kończąc trwający od 29 października okres nocy polarnej, rozświetlanej od czasu do czasu jedynie niezwykłymi, malowniczymi zorzami polarnymi i światłem Księżyca.
Ciemnościom nie zawsze towarzyszą jednak kojarzone z Północą tęgie mrozy. Doktor Adam Nawrot, kierownik liczącej obecnie 10 osób 34. Polskiej Wyprawy Polarnej PAN do Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie, geomorfolog i glacjolog, wspomina, że jeszcze niedawno temperatura w rejonie stacji wynosiła... 0 st. C. Dopiero przed świętami Bożego Narodzenia obniżyła się do -15 st. C. - Baliśmy się nawet, że święta Bożego Narodzenia nie będą białe - relacjonuje, dodając, że na szczęście spadło trochę śniegu, który cienką warstwą pokrył ziemię. Mimo to wszyscy cieszyli się spędzonymi razem świętami, choć były one nieco rozbite - Pasterka została odprawiona... 6 grudnia pod krzyżem na Przylądku Wilczka, gdy do stacji przylecieli śmigłowcem z odwiedzinami: przedstawiciel gubernatora Spitsbergenu, miejscowy pastor i ks. Mirosław Książek z katolickiej parafii w Tromso w Norwegii.

W krainie białego "misia"
Tacy goście pojawiają się co jakiś w stacji, która położona jest na terenie norweskiego parku narodowego. - Dlatego turyści mogą nas odwiedzać, tylko dysponując przepustką wydaną przez gubernatora Spitsbergenu - zastrzega Adam Nawrot. W pozostałe rejony wyspy są organizowane wycieczki, także z Polski, tyle że statki wiozące turystów przypływają raczej do Longyearbyen, skąd można się udać w różne ciekawe zakątki archipelagu. - Osoby przyjeżdżające po raz pierwszy powinny poruszać się w zorganizowanej grupie - ostrzega dr Nawrot. Nie tylko naukowcy, ale także turyści muszą zawsze pamiętać, że znajdują się w królestwie białego niedźwiedzia polarnego. To sympatycznie wyglądające zwierzę może być bardzo niebezpieczne. Jego ofiarą niestety często padają osoby, które o tym zapominają. Dlatego wszyscy poruszający się po terenach parku narodowego nie rozstają się z bronią - zwykle karabinem i pistoletem sygnałowym, który najczęściej wystarczy, by odstraszyć "misia". Polscy naukowcy zabierają też ze sobą obowiązkowo przenośne radio i telefon satelitarny. Z takim wyposażeniem codziennie, na nartach lub skuterze śnieżnym (zimą), wypuszczają się na pobliskie lodowce, gdzie prowadzą badania i obserwacje.
Jak sobie radzą, gdy słońce wcale nie wstaje? - Rano dyżurny budzi wszystkich. Codziennie jedna osoba pełni dyżur, przygotowując śniadanie i obiad dla wszystkich. Nasłuchuje też radia, przez które mamy kontakt z przepływającymi statkami oraz osobami w terenie - opowiada dr Nawrot.
W szesnastu pokojach mieszczących się w głównym budynku stacji może naraz przebywać nawet 25 osób, które mają do dyspozycji także kuchnię, salon-mesę, sześć laboratoriów, radiostację, pokój medyczny, dwie łazienki oraz magazyny żywności i sprzętu gospodarczego, broni itp. Stacja zasilana jest prądem wytwarzanym w odległej o 50 m elektrowni wyposażonej w trzy agregaty diesla, pracujące na zmianę nieprzerwanie przez całą dobę. Bez tej elektrowni trudno byłoby nie tylko prowadzić jakiekolwiek badania, ale nawet przetrwać w surowym polarnym klimacie, gdzie ciężko nawet o drewno na ognisko.
Mimo to biała kraina lodu i śniegu nieustannie przyciąga naukowców, a także podróżników. - Nie spotkałem osoby, która po przyjeździe na Spitsbergen nie zakochałaby się w tej pięknej krainie - mówi z nostalgią dr Nawrot. Jego sentyment jest zapewne tym większy, że właśnie podczas misji w polskiej stacji poznał swoją żonę i tam również oświadczył się jej. Obecnie razem pracują w polskiej stacji, choć w różnych dziedzinach i najczęściej - w różnych miejscach. Pani Liliana Keslinka-Nawrot jest biologiem i ornitologiem. - Zajmuję się ekologią ptaków morskich, głównie najliczniejszym na Spitsbergenie alczykiem - wyjaśnia.

Żywioły i wiedza
Choć obecnie wraz z rozpoczęciem nocy polarnej wyspę okryły niemal "egipskie ciemności", to jak mówi kierownik wyprawy, nie sparaliżowało to działalności polskich naukowców. - Prowadzone cały rok badania obejmują głównie takie dziedziny, jak: sejsmologia, magnetyzm ziemski, badania jonosfery, a także glacjologiczne, oraz badania hydrochemiczne lodu i wody - wyjaśnia. Kilka razy dziennie dokonywane są też pomiary meteorologiczne, a ich wyniki wędrują do Instytutu Meteorologicznego w Norwegii, który m.in. na ich podstawie opracowuje całościową prognozę pogody dla tego obszaru, a także innych terenów, na których pogodę duży wpływ wywiera zimne polarne powietrze.
Doktor Nawrot podkreśla, że także polska nauka czerpie duże korzyści z prowadzonych od lat badań polarnych. - Dzisiejsze ukształtowanie powierzchni terytorium Polski jest skutkiem zlodowaceń sprzed ok. 15 tys. lat. Dzięki obserwacjom prowadzonym w Arktyce możemy zrozumieć, jak się to odbywało i jakie procesy kształtowały współczesny wygląd naszego kraju - tłumaczy.
Prowadzone m.in. na Spitsbergenie badania dowodzą, że klimat Ziemi wciąż się zmienia, choć dr Nawrot przyznaje, że nie ma żadnego dowodu, by był to skutek działalności człowieka. - Zmiany klimatu są w przeważającej mierze naturalne. Prowadzone od wielu lat badania wskazują, że wahania temperatur na Ziemi były w przeszłości i nadal będą występować. Obecnie widoczna jest faza ocieplenia i cofanie się lodowców - tłumaczy naukowiec.
Oznacza to, że wielkie strategie walki z emisją dwutlenku węgla środowisk ekologów i Unii Europejskiej wynikają jedynie z... interesów, którymi się kierują.

Skarby pod lodem
Interesy przyciągają na tereny polarne także kraje, które prowadzą tam obecnie badania. O zagospodarowanie szelfu pod dnem Morza Barentsa, zawierającego m.in. gigantyczne złoża ropy i gazu, Rosja i Norwegia przez wiele lat toczyły spory. Kończące je porozumienie o wykorzystaniu złóż podpisano dopiero w 2010 roku. Na północy Spitsbergenu Norwegowie już od lat eksploatują złoża węgla kamiennego.
Na co mogłaby liczyć Polska? - W naszym zasięgu pozostaje ewentualnie przyszła eksploatacja hydratów metanu - tłumaczy prof. Głowacki. Nad ich eksploatacją firmy gazowe jednak dopiero się zastanawiają. Dopóki dostępne będą złoża gazu konwencjonalnego, to one będą eksploatowane w pierwszej kolejności. Polski naukowiec zaznacza, że dzięki obecności w Arktyce i badaniom polarnym Polska wraz z Francją, Hiszpanią, Holandią, Niemcami, Wielką Brytanią i Włochami ma status obserwatora wśród ośmiu państw tworzących Radę Arktyczną (USA, Kanada, Rosja, Norwegia, Dania - Grenlandia, Islandia, Szwecja i Finlandia). - Aktualnie prowadzą one różne zabiegi dyplomatyczne w sprawie podziału praw do ewentualnej eksploatacji surowców pod dnem morskim oraz żeglugi w Arktyce - zaznacza prof. Głowacki.
Dzięki prowadzeniu badań w okolicach Morza Barentsa Polsce przysługują też limity połowowe, głównie dorsza i halibuta w tym rejonie. Problem w tym, że zdziesiątkowana polska flota rybacka, w której przetrwały głównie małe jednostki, wykorzystuje je tylko w niewielkiej części. Polska nie wykorzystuje też limitów połowów kryla na morzach okalających Antarktydę. Również tam znajdują się złoża ropy i gazu. Tyle że obowiązujące obecnie porozumienia w ramach Układu Antarktycznego nie pozwalają na ich eksploatację do 2041 roku.

Z Warszawy na "Warszawę"
Najbardziej widocznym znakiem polskiej obecności w rejonie bieguna południowego jest Polska Stacja Arktyczna im. H. Arctowskiego na Wyspie Króla Jerzego założona w 1977 roku. Henryk Arctowski prawie 100 lat wcześniej dopłynął na pokładzie statku "Belgica" nieco dalej - do Ziemi Grahama na Półwyspie Antarktycznym.
Polska stacja jest jedną z 50 podobnych placówek, utrzymywanych na Antarktydzie przez 20 państw świata. Obecnie przebywa na niej 11 Polaków - naukowców i pracowników technicznych. W przeciwieństwie do ich kolegów ze Spitsbergenu nie mają żadnych trudności pogodowych podczas pracy, bo na Wyspie Króla Jerzego... dzień trwa właściwie całą dobę. - Teraz mamy lato polarne. Przez 21-22 godziny świeci słońce, a potem zapada szarówka, która pozwala jednak na czytanie książek na dworze - opowiada z humorem Adam Latusek, mikrobiolog i alpinista. Przyznaje, że niektórzy jego koledzy reagują na to rozregulowaniem typowego cyklu dobowego. - Ale mnie akurat dobrze się śpi - dodaje.
Jak wygląda polarne lato u brzegów najzimniejszego kontynentu świata? - Ostatnio było +9 st. C. Gdy topi się lód i śnieg, robi się kolorowo. Wyłania się zieleń, a gdzieniegdzie na pomarańczowo barwią się porosty - opisuje zmieniający się szybko krajobraz wyspy. Jednak zimą temperatura obniża się do ok. -20 st. C. Czy to dużo jak na okolice koła podbiegunowego? - O wiele zimniej jest na kontynencie, w rejonie bieguna południowego - tłumaczy Adam Latusek. Temperatury spadają tam nawet do -90 st. C.
Polscy naukowcy badają obecnie lodowce położone w pobliżu stacji. W ten sposób pochodzący z Warszawy mikrobiolog trafił na... "Warszawę". Taką bowiem nazwę, nadaną przez polskich badaczy, nosi jeden z lodowców. Adam Latusek zajmuje się badaniem... bakterii żyjących na lodowcach. Okazuje się bowiem, że istnieją takie ich szczepy, które przystosowały się do życia w krainie mrozu.
Po co je badać? - Wyniki tych badań mogą mieć zastosowanie w farmakologii, medycynie i genetyce. Nasze badania mogą też posłużyć do stworzenia swoistego rezerwuaru narzędzi biotechnologicznych - tłumaczy Latusek. Niektóre firmy dzięki temu produkują proszki do prania zawierające enzymy, które są w stanie usuwać tłuszcze z tkanin nawet w niskich temperaturach.
Zbierane podczas prowadzonych badań dane naukowcy przesyłają za pośrednictwem internetu, działającemu dzięki łączności satelitarnej, do Zakładu Biologii Antarktyki PAN w Warszawie. Sprawuje on nadzór nad działalnością placówki. Oprócz tych dwu stacji całorocznych kilka polskich ośrodków uniwersyteckich utrzymuje stacje zarówno na Antarktydzie, jak i na Spitsbergenie, w których badania prowadzone są okresowo. Wskazują one na coraz większe zainteresowanie polskich naukowców dziewiczymi terenami podbiegunowymi. Szkoda tylko, że nasza gospodarka wciąż nie bardzo umie wykorzystać dla rozwoju kraju pracę polskich badaczy w rejonach polarnych.

Mariusz Bober

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my17.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 19 sty 2012, 17:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2012/01/19 ... -potrafia/

Nawet w tych strasznych warunkach, jakie tworzą w Polsce antypolskie rządy Polacy potrafią rozwijać swą gospodarkę narodową. Wbrew temu, co wkładają nam do głów zawodowi kłamcy, kapitał ma narodowość, i to jak najbardziej. Dlatego tak waże jest, by i Polacy mieli swój kapitał.

Kopia artykułu:

Polacy też potrafią
Posted by Marucha w dniu 2012-01-19 (czwartek)

Szef koncernu Fiat Sergio Marchionne oficjalnie przyznał, że decyzja o przeniesieniu produkcji samochodu Panda z fabryki w Polsce do Włoch była podyktowana nie względami ekonomicznymi, ale politycznymi.
W tym samym czasie polski holding miedziowy KGHM poinformował, że kupuje za gigantyczną kwotę 9,44 mld zł kanadyjską firmę wydobywczą Quadra FNX, operującą również na złożach w USA i Chile. Dzięki temu KGHM zwiększy produkcję docelowo nawet o 50 proc., umocni swoją pozycję na globalnym rynku i stanie się czwartym producentem miedzi na świecie.
Te dwie informacje tylko na pozór nie mają ze sobą związku. W rzeczywistości pokazują, jak ważna jest budowa silnych polskich podmiotów, a to jest konsekwencją właściwej polityki gospodarczej państwa.

Panda nie dla Polski
Prezes koncernu Fiat bez ogródek powiedział, że decyzja o przeniesieniu produkcji nowej wersji samochodu Panda z Polski do Włoch nie miała motywu ekonomicznego ani przemysłowego. „Zrobiliśmy tak, bo uważamy, że naszym obowiązkiem jest oddać pierwszeństwo krajowi, w którym są korzenie Fiata” (!) – oświadczył szef motoryzacyjnego giganta z Turynu. Zrobił to podczas uroczystości oficjalnego uruchomienia produkcji Pandy w zakładach pod Neapolem, które specjalnie wyposażono w odpowiednie linie produkcyjne za 800 mln euro. Jednocześnie powiedział, że w Polsce w fabryce Fiata w Tychach „produkcja tego samochodu zostanie zakończona w nadchodzących miesiącach”. W praktyce oznacza to zwolnienia z pracy polskich robotników, a zatrudnienie włoskich. Nawet jeśli w ogólnym rozrachunku będzie to dla koncernu mniej korzystne. Ale, jak sformułował to Marchionne, w taki sposób Włochy mogą wyjść z kryzysu.

To gorzkie doświadczenie jest kolejnym przykładem, że dla gospodarki nie jest obojętne, kto jest dominującym właścicielem w kluczowych przedsiębiorstwach. W myśl zasady: „Mądrej głowie dość dwie słowie” powinno to być wystarczającym ostrzeżeniem, jakich decyzji państwo polskie ma unikać przy przekształceniach własnościowych. A mimo to rząd PO-PSL zachowuje się, jakby był głuchy i ślepy. W projekcie ustawy budżetowej na 2012 r. zapisano po raz kolejny bardzo wysokie wpływy z prywatyzacji, przekraczające 10 mld zł. Tym razem planuje się sprzedać większościowe udziały nie tylko w Grupie Lotos i PKP Cargo, ale także w spółkach energetycznych. Pod młotek ma iść poznańska Enea – jeden z największych producentów i dostawców energii w Polsce. Rząd chce się też pozbyć Kopalni i Zakładów Chemicznych Siarki Siarkopol w Grzybowie koło Tarnobrzega.
Megainwestycja Polskiej Miedzi

Władze polskiego holdingu miedziowego KGHM Polska Miedź SA podpisały umowę na zakup kanadyjskiego przedsiębiorstwa górniczego Quadra FNX. Jest to średniej wielkości firma wydobywcza zajmująca się pozyskiwaniem metali nieżelaznych. W 2010 r. wyprodukowała 115 tys. ton miedzi, zajmując 21. miejsce w rankingu światowym. Wydobywa też m.in. nikiel i złoto. Jej siedziba znajduje się w Vancouver i w Toronto, gdzie jest notowana na tamtejszej giełdzie. Obok kopalni w Kanadzie prowadzi także wydobycie w USA i Chile. Ma prawa do jednego ze złóż na Grenlandii, na którym trwają badania nad określeniem jego wielkości i opłacalności wydobycia. Polski koncern po przejęciu kontroli nad Quadra już w tym roku zwiększy swoją produkcję o 25 proc., a docelowo nawet o 50 proc. Dzięki temu z zajmowanej obecnie 10. pozycji stanie się 4. producentem miedzi na świecie.

Zakup zostanie dokonany za 9,44 mld zł. Ale to nie oznacza, że zabraknie pieniędzy na dywidendy dla właścicieli. Władze koncernu informują, że na ten cel będzie ponad 2 mld zł. Prawie jedna trzecia z tej kwoty trafi do budżetu państwa, który i tak sowicie zarabia na podatkach obrotowych i dochodowych płaconych przez KGHM. A przecież niewiele brakowało, aby to nie Polska Miedź rozwijała ekspansję na światowych rynkach, ale sama stała się ofiarą rozwoju konkurencyjnych przedsiębiorstw. Rząd Donalda Tuska w 2009 r. ogłosił chęć sprzedaży pakietu kontrolnego w dolnośląskim koncernie. Dopiero pod naciskiem stanowczych protestów pozbył się jedynie 10 proc., pozostawiając w rękach Skarbu Państwa ponad 31 proc. Przy rozproszonym akcjonariacie i odpowiednich zapisach w statucie pozwala to na zachowanie strategicznej kontroli. Jak widać, nie przeszkadza to, ale wręcz sprzyja dynamicznemu rozwojowi.

Polacy potrafią
Takich przykładów jest więcej. Można wskazać chociażby PKO BP i PKN Orlen. Ale również podmioty z polskim prywatnym kapitałem radzą sobie całkiem dobrze. Przykładem może być Atlas zajmujący się produkcją materiałów budowlanych, który skutecznie rozwija ekspansję m.in. na rynki wschodnie. Jesteśmy silni w produkcji stolarki. Grupa naszych firm, takich jak Fakro, Velux, Roto, Drutex, osiągnęła na tyle dobrą jakość swoich produktów, że Polska stała się największym eksporterem w Europie okien z PCV i drewna, a zwłaszcza okien dachowych. Sukcesy na zagranicznych rynkach zaczyna odnosić producent pojazdów szynowych Pesa Bydgoszcz. Najnowszym osiągnięciem jest wygrana w przetargu na dostawę 12 nowych zespolonych pociągów spalinowych dla niemieckiego przewoźnika Regentalbahn AG. Pojazdy wyprodukowane w Polsce pod nadzorem polskich inżynierów będą wozić pasażerów w Bawarii.

Podobnych przykładów jest więcej, ale ciągle za mało jak na kraj naszej wielkości. Ale mimo wielkiej emigracji i przejęcia wielu kluczowych przedsiębiorstw przez kapitał zewnętrzny dysponujemy ciągle dużym potencjałem do rozwoju własnej gospodarki. Nie da się jednak tego zrobić bez mądrej polityki państwa. Powinna ona być nastawiona na wspieranie rodzimych firm, zwłaszcza z grupy małych i średnich przedsiębiorstw. Ale też ważne są duże podmioty mające siedzibę w Polsce i działające na rynku europejskim, a nawet światowym. Szczególnie ważna jest aktywność państwa w zakresie systemu podatkowego i przekształceń własnościowych. Na tych polach rząd może wiele pomóc, ale podejmując złe decyzje, może też bardzo zaszkodzić.

Bogusław Kowalski

Artykuł ukazał się w tygodniku „Niedziela, nr 2/2012

http://sol.myslpolska.pl/2012/01/polacy-tez-potrafia/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 23 sty 2012, 16:38 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.bibula.com/?p=50472

Michał Boym był pierwszym polskim uczonym, który w XVII wieku badał Chiny.

Kopia artykułu:

Pierwszy polski uczony w Chinach: Michał Boym – ks. Jan Konior
Aktualizacja: 2012-01-22 9:15 pm

Michał Boym, Bu Mige卜彌各 (1612-1659)[1]

Wspomnienie dzieł przeszłości, jest najlepszym przewodnikiem do zadań przyszłości.
Antyczne przysłowie chińskie[2]

Sylwetka Michała Boyma[3]
Urodził się w 1612 roku we Lwowie[4]. Jego rodzina pochodziła z Węgier. Przybyła do Polski wraz z królem Stefanem Batorym. Ojciec Michała, nadworny lekarz Zygmunta III Wazy, wykształcony w Padwie, doktor medycyny i filozofii. Nic więc dziwnego, że zainteresowania medyczne należały do tradycji rodziny Boymów , z którą od dzieciństwa stykał się młody Michał. 13 sierpnia 1631 r. wstąpił do Towarzystwa Jezusowego w Krakowie. Otrzymał dobrą edukację filozoficzno-teologiczno-pedagogiczną. Opiekował się też chorymi w szpitalu przy kościele św. Szczepana w Krakowie, wykorzystując swoją dotychczasową wiedzę medyczną i doskonaląc się w niej jeszcze bardziej. We wrześniu 1641 r. otrzymał w Krakowie święcenia kapłańskie. Z pewnością na jego decyzję wyjazdu do Chin miały wpływ świetlane przykłady o. Wojciecha Męcińskiego SJ[5] i o. Andrzeja Rudominy SJ[6]. Pomimo wielkiego pragnienia i wielu starań o wyjazd na misje do China, jego podania były odrzucane dziewięciokrotnie, i dopiero za dziesiątym razem o. generał wyraził zgodę. W 1643 r. udał się z Lizbony do Macao, gdzie pozostał kilka miesięcy, ucząc się języka chińskiego. Następnie został skierowany do Ding’an 定安 na wyspie Hajnan 海南島. Tam rozpoczął swoje pierwsze badania nad florą chińską, roślinami, wpływem chińskiej medycyny na zdrowie. Według znawców był to jego najbardziej twórczy okres życia. Tam też dał początek swoim pracom Atlas Sinensis 中國圖畫, przygotowując się do wydania Medicus Sinicus 中國醫生. W tym też miejscu, zgromadził wielość materiału do Flora Sinensis 中國植物志. W 1648 r. dotarł do Singanfu, dzisiejszego Xi’anu 西安, gdzie sporządził kopię słynnego napisu na „kamieniu z Singrafu” 西安府[7]. W 1649 wrócił na dwór cesarza Yongliego 永力, aby pomagać o. Andreasowi Kofflerowi, a tym samym włączając się w politykę dworską. W listopadzie 1650 r. wyrusza w podróż, jako oficjalny ambasador dynastii Ming 明 do papieża Innocentego X, a także do chrześcijańskich władców europejskich. Przekazuje Stolicy Apostolskiej listy od cesarzowej Heleny, matki cesarza, od kanclerza Panga-Achilleusa. Celem jego misji było zapewnienie o lojalności Mingów wobec nauki Jezusa Chrystusa. Chciał też pozyskać poparcie w walce z Mandżurami. Z taką misją pojechał przez Macao , a następnie do Goa, ale ze względów politycznych, misja Boyma była dla Portugalii niewygodna, więc zabroniono mu opuszczać Goę. Czekając kilka miesięcy, złamał zakaz opuszczania Goa i 8 grudnia 1651 r. wyruszył do Europy drogą lądową przez Indie, Persję, Armenię, Turcję i na początku grudnia 1652 dotarł do Wenecji. Tutaj, dzięki poparciu francuskiego ambasadora hrabiego Renego, uzyskuje audiencję w senacie Republiki Weneckiej, pomimo, że Wenecja była nieprzychylnie nastawiona do jezuitów[8]. W senacie weneckim wygłosił mowę o stanie chrześcijaństwa w Chinach, jako ambasador cesarza, ubrany w chiński strój mandaryna. Dzięki swojemu wystąpieniu, rozpoczął starania o pomoc dla Mingów 明. Będąc pod opieką ambasadora francuskiego, uraził nuncjusza papieskiego, który w swoim sprawozdaniu do Stolicy Apostolskiej zaleca ostrożność jego poselstwa. Naraził się także Hiszpanii, która nie była w przyjazdnych stosunkach z Francją. Portugalia oskarżyła go o ucieczkę z Goa, co doprowadziło do napięć miedzy Stolicą Apostolską a Portugalią. Boym dodatkowo przekroczył jezuicką regułę zakonną (tj. publikacji o Chinach i rozesłanie ich do rektorów europejskich uczelni, bez zgody generała, w których wychwalał Konfucjusza, a jednocześnie bronił metod misyjnych Ricciego). To sprawiło, że generał[9] udzielił mu nagany, a Stolica Apostolska z podejrzliwością przyjęła jego misję, kwestionując autentyczność przywiezionych przez niego pism[10]. Z Rzymu został odesłany do Loreto, czekając aż trzy lata na audiencję u papieża Aleksandra VII, któremu przekazał listy oraz dary cesarzowej Heleny i wielkiego kanclerza Pang-Achillesua. 30 marca 1656, z Lizbony wypłynął do Chin. Niestety, nie powiodła się próba dotarcia na dwór cesarza Yongliego 永力. Umiera 22 sierpnia 1659 r.

Obrazek
Przedstawienie Pekinu i okolic, Michał Boym


Brevis Relatio 中國略記
Pismo to ukazało się w Zbiorze listów różnych (1767), tytułem -Relacja Księdza Michała Boyma, SJ, misjonarza prowincji polskiej o stanie chrześcijaństwa w tamtych krajach, uczyniona w Rzymie 1653 r. Ta relacja wygłoszona w Smyrnie, a nie w Rzymie, ale jak do tej pory nie udało się odnaleźć rękopisu, ani wydania włoskiego[11], na co zwraca uwagę Szczęśniak powołując się na Sommervogela SJ, a ten ostatni nawet twierdzi, że relacja została wygłoszona po polsku. Nie można się z tym zgodzić, raczej należy przyjąć, że był to język włoski.

Boym przedstawił stan chrześcijaństwa w Chinach, poszczególnych prowincjach, misji nestoriańskiej w VII wieku, wyróżnia Franciszka Ksawerego, ukazując także misjologiczny punkt zwyczajów cesarzy chińskich, według których „wiele z Majestatu swego tracą, gdy się cudzoziemcom pokazują” – Sommervogel. Wspomina również o o. Andreasowi Kofflerze, dzięki któremu cesarzowa matka przyjęła chrzest[12], zaś ochrzczona żona cesarza pzyjęła imię Anna[13]. Z jego relacji wynika, że kiedy Boym dotarł na dwór cesarski, to prawie cały był już ochrzczony. U Boyma widoczna jest topika biblijna: nawrócenia, cuda, chrzty, proroctwa, egzorcyzmy, kary, opis misji jezuickiej w Chinach, dekalog, katechizm, sztuka sakralna, wierzenia, sposoby myślenia ubiory, relacje dyplomatyczne, intineraria, opisy naukowe, podróż, religia, kultura, cywilizacja[14]. Wylicza dalej szczegóły swojej podróży, dane geograficzne i kulturowe. Ukazuje dekadentyzm i upadek ostatniej dynastii cesarzy chińskich.
Relacja Boyma liczy w przekładzie Juncewicza 8 stron i jest typową relacją podróżniczą, a wstęp i zakończenie wskazują na związek z kazaniem. Natomiast cały tekst stanowi antyczny schemat retoryczny z podziałem na exordium, narratio, argumentatio, refutatio, epilogus. W związku z powyższym należy, że „Michał Boym, zaadaptował na własny użytek strukturę kazania, aby przedstawić początek, rozwój i obecną sytuację Kościoła w Chinach”[15]. W całej relacji przewija się eklektyzm motywów gatunku wypraw podróżniczych, informacje encyklopedyczne o Chinach, opis geograficzny Cesarstwa Chińskiego, włączając w to aspekty kulturalne i cywilizacyjne. Głównym celem Boyma było przedstawienie chrześcijańskiej Europie faktyczny stan misji katolickiej w Chinach, natomiast „język i styl Brevis Relatio 中國略記 są wypadkową dwóch twarzy Boyma: jezuity, który naśladuje styl biblijny, i naukowca, który przekazuje wszystko to, co zobaczył, usłyszał i zbadał w Chinach. Rezultatem jest koegzystencja dwóch, zupełnie odmiennych od siebie, stylów”[16].

Flora Sinensis 中國植物志
Flora Chińska, jako utwór barokowy tamtej epoki przyciąga czytelnika ogromem bogactwa, zawartych tam informacji o Dalekim Wschodzie. Ukazuje niezwykła osobowość Boyma, jako podróżnika, naukowca, lekarza, botanika, polityka, dyplomatę i pisarza. Atrakcyjność jego dzieła opiera się na kontrastach: „swoje – obce, znane – nieznane”[17]. Bogata wiedza botaniczno-zoologiczna połączona z ilustracjami staje się fascynacją dla czytelnika, ponieważ varietas z wielu dziedzin, jak wspomniana już botanika, zoologia[18], medycyna chińska 中藥 w eliksirach młodości i długowieczności, ale również, sinologia, bo przecież autor opisywał znaki chińskie tworząc w ten sposób podręczny słownik chińsko-łaciński[19], a także historię, językoznawstwo, neolatynistyka, misjologia[20]. W tekście znajdują się również liczne walory literackie, użyte przez Boyma, a których nauczył się w edukacji jezuickiej[21]. Szkoły jezuickie z retoryki uczyniły główny przedmiot nauczania i podstawę edukacji, dlatego też nic dziwnego, że „zasady inwencji, dyspozycji i elokucji, jakiego Michał Boym przyswoił podczas swej edukacji w kolegiach jezuickich, stały się podstawą konstrukcji utworu i siłą porządkującą Florę chińską 中國植物志”[22]. Styl baroku mocno osadzony jest w dziele, zgodnie z założeniami baroku w sztuce retorycznej: movere, docere, delectare. Dobry retor, to nie tylko wszechstronnie wykształcony mówca, posiadający zdolności oratorskie, ale szlachetny per verba et acta, to vir bonus dicendi peritus. Edukacja jezuicka wyposażyła go w wiedzę o zasadach artis bene dicendi, „dzięki odebranemu wykształceniu i powołaniu do życia zakonnego niezaprzeczalnie osiągnął ideał mówcy w znaczeniu cycerońsko-kwintyliańskim”[23]. W XVII wieku, w retoryce, w terminologii łacińskiej obowiązywała nomenklatura stosowana w szkołach jezuickich. „Służyło temu pięć podstawowych pojęć, będących wyznacznikami kolejnych etapów powstawania mowy: inventio, dispositio, elocutio, memoria i actio”[24]. Wydaje się najbardziej prawdopodobne, że taką terminologię przyswoił sobie Boym, a którą zastosował we Flora Sinensis 中國植物志. Według Kwintyliana, dobry mówca, powinien zasługiwać na imię prawdziwego mędrca a Boym na podstawie i w oparciu o Brevis Relatio 中國略記 całkowicie zasługuje vir bonus.

Boymowi, we Flora Sinenesis chodziło o pomoc dla dynastii Mingów 明,dlatego też pomaga mu w tym stosowanie retoryki, poznanie człowieka i świata oraz pobudzenie ciekawości kulturą egotyczną dla Europejczyka.
Stronę tytułową Flory Sinensis 中國植物志 ozdabia fasada kościoła Il Gesu w Rzymie, a wieńczy go drzewo krzyża, w utworze najważniejsze, stanowiące ukoronowanie całego utworu, prze pryzmat którego spoglądał na Państwo Środka Boym. Tak też należy odczytać całe dzieło Michała Boyma w chrystianizacji Państwa Środka. A cały „utwór był ważnym krokiem w stronę dialogu między cywilizacji Wschodu i Zachodu, próbą wykazania, że mogą, że mogą się one od siebie uczyć z obustronną korzyścią, bez lekceważenia czy pogardy… Takie nastawienie było charakterystyczne dla misjonarzy Towarzystwa Jezusowego, którzy na obszarze Dalekiego Wschodu, pragnęli prowadzić chrystianizację metodą akomodacji”[25]. Cała jezuicka metoda akomodacji znajduje swoje korzenie w nauce swojego założyciela IgnacegoLoyoli, dla którego jedynym i najważniejszym celem była Omnia Ad Maiorem Dei Gloriam. To naczelne hasło jezuitów znajduje się również na drugiej karcie Flory Sinenesis 中國植物志.

China Illustrata 中國圖畫
Jest dziełem Athanasiusa Kirchera, niemieckiego jezuity, typowego naukowca gabinetowego, uczonego XVII wieku, o zainteresowaniach głównie naukami ścisłymi, choć i humanistyczne nie były mu obce żądny miłośnik wiedzy i Michała Boyma, który dostarczył mu niezbędnych materiałów na jego skompletowanie i wydanie. Oboje byli przyjaciółmi, pochłonięci tą samą pasją, która tworzy człowieka, jego cechy i osobowości, tj. badaniem rzeczy nowych, kontrowersyjnych i intrygujących[26], tj. ciągle tajemniczymi Chinami. Kircher, całkowicie pochłonięty swoją pasją, bo aż trudno uwierzyć, jak na owe czasy miał ponad 760 korespondentów na całym świecie – byli to przede wszystkim jezuiccy misjonarze, a jednym z nich był Michał Boym, który przyczynił się powstania China Illustrata 中國圖畫- Kirchera[27], gdzie ukazana jest obfita wiedza na temat Chin. To dzięki, Boymowi Kircher otrzymał liczne pamiątki z Dalekiego Wschodu, jego licznych podróży. Jak sam wyjajaśnia to pierwsze tłumaczenia Boyma, kamienia Syngrafu, stało się iskrą zapalającą umysł Kirchera, na dalsze badania i puszukiwania.

Już na samym początku China Illustrata, 中國圖畫 w przedmowie Proemium ad lectorem, możemy zauważyć, kto jest dostawcą źródłowym materiałów: Martino Martini, Michał Boym, Philip Grueber, Henrich Roth i Alber Dorville[28].
Całe dzieło Kirchera liczy 237 stron. Ukazuje kopie Michała Boyma i jego tłumaczenie i interpretacje kamienia z Syngrafu. Według Edwarda Kajdańskiego, znawcy Boyma, jest to poważna praca naukowa. Dalej znajdują się opisy krzyży znalezione na terenie Chin, dowody na istnienie chrześcijaństwa w Chinach (np. znaleziony żelazny krzyż w prowincji Honan 河南省, wiadomości dotyczący historii chrześcijaństwa w Chinach, zwyczaje w Chinach, w Tybecie i w Nepalu, niektóre listy Boyma, wykaz dzieł apostolskich jezuitów w Chinach, Catechismus Sinicus Michała Boyma, rysunki chińczyków z różnych stanów i regionów, z miejsc gdzie przebywał Boym, także swój autoportret w mingowskim stroju uczonego mandaryna. Niezwykle bogato przedstawiona została przyroda, roślina, zwierzęta, jeziora, rzeki, ptaki, owady. Widać ogromny wysiłek włożony w piktogramiczny język chiński, jego etymologię, łączy znaki, podając interpretację, a także romanizację tych znaków. W wydaniu Kirchera, China Illustrata 中國圖畫 znalazł się też pierwszy słownik języka chińskiego 1667[29] r., uważany przez wybitnego pioniera francuskiej sinologii Stephanusa Fourmont jako jedynego. Dzieło zamieszcza także cenne informacje o historii, polityce, geografii i kulturze Chin. Znajdują się informacje o zielonej herbacie 中國茶, ale też o żęn-szeniu, któremu czarowi nie uległ Kircher, jak twierdził Boym, aby go zażywał, celem przedłużenia życia. Wiedział bowiem, że nawet w Hortus Sinensis nie znajdzie żadnego lekarstwa na długowieczność (contra mortis non sit medecina in hortis). Znajduje się tutaj chińska róża – hibiskus mutabilis, o zmiennych kolorach, rano czerwona, wieczorem biała, a także „ziele nieśmiertelności”, zwane po chińsku „busicao” 不死草. Została tak nazwana nie dlatego, że przedłuża życie, lecz dla długowieczności jej samej, ponieważ nazywana jest: „roślina zielona przez dziesięć tysięcy lat”[30].

O samym dziele, które powstało w czasach odkryć geograficznych i czasów kontrreformacji, nowego stylu edukacji w kolegiach jezuickich, a także o ich autorach Athanasiusu Kircherze i Michałowi Boymowi, podsuwa nam słowa znany francuski pisarz Albert Camus: „Głębokie uczucia, podobnie jak wielkie dzieła, znaczą zawsze więcej, niż wyrażają świadomie”.

China Illustrata 中國圖畫 – utwór począwszy od botaniki, przechodząc przez zoologię, sinologię, językoznawstwo, historie, misjologię, geografię, neolatynistykę, a Michał Boym, autor pierwszego w Europie języka chińskiego[31], pierwszy botanik i zoolog, który opublikował swoje dzieła w oparciu o swoje doświadczenia i badania, jest pierwszym sinologiem, „zromanizował chinskie hieroglify, przetłumaczył nestoriańskie inskrypcje, kartografem, historykiem, politykiem, dyplomatą, poetą, lekarzem. Jest więc postacią wielką a niedocenianą, nieznaną nawet w swojej własnej ojczyźnie. Jego osobę i znaczenie działań docenił jednak Athanasius Kircher. Michał Boym ofiarował mu dorobek swojego życia, a w zamian za to otrzymał sławę. Kircher przez wykorzystanie jego naukowych dokonań przekazał tę spuściznę potomnym, ocalił od zapomnienia człowieka, który w ciekawy sposób potrafił łączyć dwie odmienne wielowiekowe tradycje: europejską i dalekowschodnią, a sam stworzył magnum opus”[32].

Na zakończenie warto zacytować Barona Richthofena, który w swojej klasycznej operze o Chinach wyśpiewuje piękną elegię na cześć misjonarzy: Musimy pamiętać o jezuitach z XVII i XVIII wieku, bez ich pracy i niemałych wyczynów, Chiny byłyby jeszcze dzisiaj niegościnną ziemią.

Abstrakt.
W 2009 roku minęła 350 rocznica śmierci najbardziej znanego, polskiego, jezuickiego misjonarza Dalekiego Wschodu i Azji Południowo-Wschodniej, podróżnika, przyrodnika, lekarza, farmakologa, filozofa, etnografa, geografa, filozofa, dyplomatę, teologa, pioniera europejskiej sinologii, a także pierwszego europejskiego polianisty – interpretatora dzieła Opisania świata Marco Polo. W tym roku, 2012, przypada 400 lat od jego narodzin we Lwowie. Dlatego też niniejszy artykuł, zgodnie z antycznym przysłowiem chińskim ma celu przypomnienie dzieł jego przeszłości, aby z kolei stał się przewodnikiem do zadań przyszłości. Osobiście uważam za ciekawe badania przyrodnicze M. Boyma, które skupiły się wokół „Hortus Sinensis” 中國花園 – ogrodu chińskiego, aby go najpierw poznać, tak jak się poznaje rośliny, kwiaty i drzewa swojego ogrodu, a następnie zakorzeniać i rozkrzewiać wiarę. W tym ogrodzie najpiękniejszym drzewem miało być drzewo krzyża. O. Boym spoglądał na naród chiński oczyma księdza – przyrodnika, jako na potencjalnie ochrzczony ogród chiński, który do tej pory nie pozwolił się ochrzcić, pomimo ogromnych wysiłków tylu misjonarzy na przestrzeni wieków.

Summary.
Invaluable worth for Christianity in China has Fr. Michał Boym SJ, a Polish Jesuit. Thanks to his ideas about sciences and inculturation he was three and half years ahead the Second Vatican Council. He joined Christianity with antique Chinese wisdom and native moral principles. He was missionary of China whose influence in empire court was so big that he was an official ambassador of Ming dynasty do Pope and European kings. He baptized Chinese empress and few courtiers. He wrote interesting works giving an account of China’s exotic as a botanic and he described richness of Flora Sinensis中國植物志. Inter alia, thanks to him, his friends Athanasius Kircher SJ wrote famous work „China illustrate”中國圖畫.


Ks. Jan Konior

Autor: Jan Konior, wykładowca Akademii Ignatianum w Krakowie, Wydział Filozoficzny, Instytut Kulturoznawstwa. Wykłada filozofie, religie, kultury Bliskiego i Dalekiego Wschodu ze szczegółnym uwzlędnieniem świata chińskiego.

[1] Ze względu na jego polskie korzenie wypada w paru słowach przedstawić sylwetkę Michała Boyma SJ – polskiego misjonarza w Chinach i ambasadora Państwa Środka w XVII w. Zadziwiająca jest jego misja dyplomatyczna śledzona na kartach „Flora Sinensis” 中國植物志, łacińska korespondencja dworu cesarza Jung Li z Kurią Rzymską w świetle zespołu archiwalnego „Legatio P. M. Boym 1644-1650”, Michała Boyma z jego badaniami przyrodniczymi zostały przedstawione w „China Illustrata” przez Athanasiusa Kirchera, który był protektorem M. Boyma, a także przyjacielem Aleksandra VII (1599-1667), papieża w latach (1655-1667) a także konstrukcja hybrydowa francuskiego przekładu „Brevis relatio” 中國略記 w świetle retoryki. Konferencji towarzyszyła wystawa malarstwa chińskiego.
[2] Por. M. D’Amato e D. Sala, Antichi Provervi Cinesi, La Sagezza dell’Oriente, Demetra 1997, s. 96.
[3] Art. o Michale Boymie został zaprezentowany w Sulejówku, 28 Xi 2011, podczas VI Spotkania osób zainteresowanych pomocą Kościołowi w Chinach, w którym uczestniczyły księża siostra z różnych zgoramadzeń, księża diecezjalni i świeccy. Mszy św. przewodniczył abp. Celestino Migliore, nuncjusz aspostlolski w Polsce wraz abp Hoserem i koncelebrującymi księżmi, oraz Chińczykami studiującymi w Polsce. W tym dniu zostąło założone Stowarzyszenie Sinicum i. Michała Boyma SJ, którego celem jest konkretna pomoc Kościołowi w Chinach.
[4] Por. Seria Sino-latinica, Studia boymiana, Bibliografia, cyt., ss. 12-14.
[5] Męczennik w Japonii.
[6] Jezuita polski w Chinach.
[7] Monument 西安府 przedstawiający początki chrześcijaństwa w Chinach, odkrytego w mieście Xi’an 西安 w 1623 r. Znany Chińczykom jako Ching-Chiao-Pei. Jest to kamienna płyta, na której widoczny jest napis w języku chińsko-syryjskim. W górnej części płyty widoczny jest mały krzyż, a poniżej tytuł w języku chińskim: „ Monument 西安府 o głoszeniu chrześcijaństwa w Państwie Środka”. Znajduje się tam ponadto około 2000 chińskich słów wraz z krótkimi napisami w języku syryjskim. Na brzegach płyty można zobaczyć zagadkową listę imion syryjskich, która do tej pory nie została wyjaśniona przez historyków. Ten słynny monument 西安府 zwrócił uwagę zachodnich uczonych – misjonarzy. Napisy na płycie już w 1625 r. zostały przetłumaczone na łacinę przez Nicholas Trigault SJ. Swoje tłumaczenie tekstu przysłał do Europy po r. 1626. Jednak potraktowano jego tłumaczenie z dużym niedowiarstwem i podejrzliwością, a przez niektórych uczonych został uznany za fałszerza Prawdą jest, że Boym osobiście podjął się tłumaczenia tych napisów, a którymi już wcześniej interesował się Kircher, który dokonał tłumaczeń inskrypcji syryjskich umieszczonych na płycie kamiennej. Tutaj też zawiera się polemika i sprzeciw Boyma z Nicholasem Trigaultem o domniemanym pobycie św. Tomasza w Chinach – zob. China Illustrata, w r. Causa et occasio huius operis. „Dopiero przywieziony przez Boyma odcisk napisu oraz łacińskie tłumaczenia tekstu opublikowane we Flora Sinensis oraz w China Illustrata A. Kirchera potwierdziły odkrycie Trigaulta” – zob. Seria Sino-latinica, Studia boymiana, red. A. W. Mikołajczak i M. Miazek, Gniezno 2004, cyt., art M. Miazek, „Flora Sinensis” – owoc barokowej retoryki, s. 163. Niezwykle interesująco historię monumentu 西安府 przedstawia P. Hermann, Siódma minęła, ósma przemija. Przygody najwcześniejszych odkryć. Warszawa 1959.Kiedy monument naprawdę został odkryty nie wiemy. Według Emmanuela Diaz’a oraz Leona Li, a także polskiego jezuity Andrzeja Rudominy – czas tego odkrycia przypada na 1623 r.
[8] Nie chodziło tylko o nie przychylne nastawienie do jezuitów, ale jednym z powodów, dlaczego Michał Boym był niewygodny Wenecji, a później Watykanowi, to nieuregulowany spór o ryty chińskie.
[9] W tym czasie urząd generała TJ sprawował Nickel Goswin (1584-1664). 21 marca 1652 r. został wybrany na generała Towarzystwa. Pod koniec życia (7 czerwca 1661 r. ) ciężko zachorował i otrzymał za zgodą papieża Aleksandra VII, a na wniosek kongregacji), jako wikariusza z prawami generała Giovanniego Paola Olivę. Wśród samych jezuitów nie było jedności. „Wśród jezuitów w Chinach istniały dwie opcje: jedna reprezentowana przez wiceprowincjała Lavara Samedo z Makao, który przychylił się do misji Boyma, wspierającego rodzimą dynastię Mingów 明, oraz druga – reprezentowana przez Adama Schalla von Bella z Pekinu, opowiadająca się za dochodzącą do władzy dynastią mandżurską. Każda ze stron wiązała swoje plany misyjne z innymi elitami rządzącymi” – zob. Seria Sino-latinica, Studia boymiana, red. A. W. Mikołajczak i M. Miazek, Gniezno 2004, cyt., art. K. Dziedzica, Geneza zespołu archiwalnego ARSI Jap. Sin. 77. Legatio P. Boym 1650-1664,s. 92.
[10] Por. Seria Sino-latinica, Studia boymiana, red. A. W. Mikołajczak i M. Miazek, Gniezno 2004, cyt., art. K. Dziedzica, Geneza zespołu archiwalnego ARSI Jap. Sin. 77. Legatio P. Boym 1650-1664,s. 94. “Sam Boym twierdził przed swoimi zwierzchnikami, że nie przekazał żadnych informacji ambasadorowi Francji w Wenecji (w sporze francusko-hiszpańskim Watykan popierał Hiszpanów). Dla podtrzymywania takiego stanowiska zmuszał go racja stanu, czyli reprezentowanie interesów zagrożonych na tronie cesarskim Mingów 明, co wiązało się z nagłośnieniem sprawy w Europie. Sytuacja była na tyle skomplikowana w Europie, że Boym musiał szukać wsparcia dla sprawy chińskiej z pominięciem Watykanu, gdzie w owym czasie nie rozwiązana była sprawa obrządku chińskiego i zwierzchnictwo Kościoła było negatywnie nastawione do posła-jezuity reprezentującego stanowisko o. Matteo Ricciego”.
[11] Zob. K. Sikora, Brevis Relatio Michała Boyma a De Bello Tartarico Historia Martina Martiniego, ss.121-127. Seria Sino-latinica, Studia boymiana, cyt.
[12] Helena – prawna żona ojca cesarza Yongliego 永力, z domu Wang 王. Ona jest autorką listów do papieża Innocentego X i generała Towarzystwa Jezusowego Francesca Piccolominiego. Prawdopodobnie zginęła w 1662 r. w drodze do Pekinu 北京, gdy cesarz został już zamordowany.
[13] Była prawną żoną cesarza Yongliego 永力, z domu Wang 王, matka następcy tronu Konstantyna. Tak jak Helena, najprawdopodobniej zginęła w 1662 r. w drodze do Pekinu 北京, gdy cesarz został już zamordowany.
[14] M. Dziedzic, Hybrydowość francuskiej wersji „Brevis Relatio” Michała Boyma w świetle retoryki, ss. 131-135, w: Seria Sino-latinica, Studia boymiana,cyt.
[15] Tamże, cyt. s. 133.
[16] Tamże, s. 134.
[17] Por. M. Miazek, Flora Sinensis, s. 151, w: Seria Sino-latinica, Studia boymiana, cyt.
[18] Boym dał się poznać jako świetny rysownik roślin i zwierząt.
[19] W tamtych czasach nie były wydane słowniki chińsko-łacińskie. Pierwsze słowniki tworzyli pierwsi misjonarze (jak pokazuje historia misji, nie tylko w Chinach, ale też w innych krajach. W czasie pobytu Boyma, były w użyciu podręczne słowniki chińsko-portugalski czy chińsko-francuski, ale na użytek misjonarzy, nie były raczej rozpowszechniane
[20] Wraz przyjazdem misjonarzy do obcych krajów, zdobyte doświadczenie i wiedza zrodziły nową naukę wiedzy – misjologię.
[21] Jezuici w swoich kolegiach , przez Ars rhetorica przekazywali wiedzę praktyczną w słowie pisanym i mówionym. Wykształcenie opierało się na Arystotelesie, Cyceronie, ecc.
[22] Por. M. Miazek, Flora Sinensis, …, dz. cyt.,s. 153.
[23] Tamże, s. 155.
[24] Tamże, s. 157.
[25] Tamże, s. 179.
[26] Por. E. Jarmakowska, China Illustrata, Aathanasiusa Kirchera wobec badań naukowych Michała Boyma, s. 186, w: Seria Sino-latinica, Studia boymiana, cyt.
[27] Tamże.
[28] Tamże, s. 190.
[29] Tamże, s. 197.
[30] Tamże, s. 199.
[31] Por. M. Kajdański, Michała Boyma, Opisanie Świata, wybór, tłumaczenie i opracowanie M. Kajdański, Volumen, Warszawa 2009, s. 75-82.
[32] Por. E. Jarmakowska, China Illustrata, Aathanasiusa Kirchera wobec badań naukowych Michała Boyma…, dz, cyt., s. 202.

E-mail: info103@polska-azja.pl
Strona www

Za: Centrum Studiów Polska-Azja (gru 20th, 2011)
http://www.polska-azja.pl/2011/12/20/pi ... chal-boym/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 27 sty 2012, 01:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2012/01/26 ... w-nazimek/

Polscy uczeni pod wodzą doktora Dobiesława Nazimka odkryli metodę taniej produkcji benzyny z CO2 - koszt produkcji litra benzyny to jakieś 30-40 groszy.

Kopia artykułu:

Dobiesław Nazimek
Posted by Marucha w dniu 2012-01-26 (czwartek)

Najpierw zajrzyjmy do Wikipedii:
dr hab. Dobiesław Nazimek (ur. 26 listopada 1945 w Rzeszowie) – profesor uczelniany Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej.
Tytuł zawodowy magistra chemii zdobył w roku 1969, zaś stopień naukowy doktora w roku 1976 na Uniwersytecie im. Marii Curie-Skłodowskiej. Habilitację w dziedzinie fizykochemii uzyskał w roku 1989, na swym macierzystym uniwersytecie. Od roku 1993 pełni funkcję kierownika Zakładu Chemii Środowiskowej UMCS.
Jest on także autorem i współautorem wielu publikacji, patentów oraz projektów reaktorów bezgradientowych[1].
Obecnie prowadzi badania nad sztuczną fotosyntezą[2].

Wybrane publikacje:
*Ewolucja materii, ewolucja środowiska, Wydawnictwo UMCS, Lublin 2001, ISBN 83-227-1833-0
*Ideal continuous stirred thermobalance reactor, Polish Journal of Applied Chemistry, in press. 3.D. Nazimek, W. Ćwikła-Bundyra, Influence of the precursors kind of catalysts on the course of a DENOX reaction, Catalysis Today 90 (2004)

Przypisy
1.Profil na stronach UMCS
2.Śląski dym przerobimy na benzynę

* * *

Dopiero zajrzenie do artykułów, jakie ukazały się na temat jego wynalazki, otwiera nam oczy, kim jest prof. Nazimek. Oto jeden z nich.
Czy CO2 zrobi z Polski drugi Kuwejt?
National Geographic (nr 3/2009) – 2009-03-30
„Paliwo ze spalin” – na pierwszy rzut oka to koncept z gatunku science fiction, ale przecież przyroda wykorzystuje podobny proces od miliardów lat. Rośliny uzyskują energię właśnie ze słońca, wody i ditlenku węgla. Nic dziwnego, że w laboratoriach nad sztuczną fotosyntezą pracuje wiele zespołów badawczych, m.in. w Japonii i Stanach Zjednoczonych. Jak dotychczas wysiłki badaczy rozbijały się o… wydajność. Jednak prof. Dobiesław Nazimek twierdzi, że znalazł rozwiązanie tego problemu. Na razie wszyscy muszą wierzyć profesorowi i jego współpracownikom na słowo, bo ich nowa metoda produkcji paliw z CO2 czeka na patent. Dopiero po jego uzyskaniu inni specjaliści będą mogli zapoznać się ze szczegółami i rzetelnie zrecenzować odkrycie.

Z prof. Dobiesławem Nazimkiem rozmawia Agnieszka Maderska.

Co takiego rewolucyjnego jest w Waszej metodzie, że udało się Wam niejako przechytrzyć entropię?
Ależ nie – uśmiecha się profesor – na globalną entropię nie ma mocnych, to przecież wartość termodynamiczna. Nam się udało zrobić dobrze dwie rzeczy. Stworzyć warunki do jak najefektywniejszego przebiegu procesu sztucznej fotosyntezy i znaleźć odpowiedni katalizator. Energię do procesu dostarcza wydajne źródło fotonów w zakresie UV, tak więc temperatura barwna reakcji jest odpowiednio wysoka. Rozwiązaliśmy też problem stosunkowo niskiego stężenia CO2 w fazie wodnej. Dzięki tym innowacjom zamiast 0,6 proc. mamy 15 proc. metanolu w odcieku (końcowym produkcie sztucznej fotosyntezy). Takie 15-procentowe „wino” oczywiście nie nadaje się jeszcze do baku. Trzeba uzyskany metanol odseparować od wody, a potem poddać procesowi tzw. MTG (methanol to gasoline, czyli „metanol w benzynę”). Dopiero tu otrzymuje się mieszaninę węglowodorów, z których składa się benzyna i olej napędowy.

I przed Panem nikt na to nie wpadł?
To nie tak. Pierwszą instalację MTG wybudowano w Nowej Zelandii już w 1985 r. Planowana jest budowa kolejnych, m.in. w Chinach i Mongolii. Dlatego śmieszy mnie, jak ktoś mówi, że z alkoholu nie można zrobić benzyny. To się robi na świecie, choć w Polsce nie. No, ale w naszym kraju nie lata się też na Księżyc, a to wcale nie oznacza, że takie loty są nierealne. W końcu 12 ludzi już na Księżycu było. I tu, i tu chodzi głównie o koszty. W Polsce uzyskanie 1 litra metanolu z metanu kosztuje 40 groszy. Warunkuje to cena surowca, czyli gazu ziemnego (to prawie czysty metan). Im droższy gaz, tym droższy metanol. Tymczasem wyprodukowanie 1 litra metanolu naszą metodą kosztuje 9-11 groszy. A tam, gdzie tani metanol, tam i tania benzyna.

Ile mógłby kosztować litr takiego „paliwa ze spalin”?
Tego nie wiem, ale cena produkcji jednego litra benzyny niepowinna przekraczać 30-40 groszy. Powiem więcej, gdyby wykorzystać cały ditlenek węgla, jaki produkują polskie fabryki, mielibyśmy nad Wisłą drugi Kuwejt. Z tej ilości surowca dałoby się wytworzyć cztery razy więcej benzyny i oleju napędowego, niż wynoszą potrzeby całej naszej gospodarki. I co ważniejsze, tankując takie paliwo do baku, nie odczułaby pani (a raczej – pani auto) żadnej różnicy. Patrząc na to od strony chemicznej, lewa strona równania jest co prawda inna, bo wprowadzamy inny komponent, ale po prawej otrzymujemy dokładnie taką samą mieszaninę węglowodorów, jaką uzyskuje się w procesie rafinacji ropy naftowej. Źródło powstania metanolu też nie ma znaczenia. Na cząsteczce tego alkoholu nie jest przecież nigdzie napisane „Ja jestem z ditlenku węgla”, a „Ja z gazu ziemnego”.

Długo pracowaliście nad tym wynalazkiem?
Pierwsze próby zaczęliśmy robić sześć lat temu. Wykazaliśmy, że proces jest możliwy, ale potem coś się zacięło. Mimo wysiłków otrzymywaliśmy to samo co inni. Bilans był zniechęcający. Już właściwie postawiłem na tym projekcie krzyżyk. I wtedy, w zeszłym roku, otworzyła mi się w mózgu jakaś klapka. Wiedziałem już, jak spowodować, żeby synteza była nie tylko możliwa, ale i efektywna. Próbki, które wysłaliśmy do akredytowanych laboratoriów, potwierdziły nasze przypuszczenia: mamy sukces!

Dlaczego udało się właśnie Wam w Lublinie?
Wydaje mi się, że to dzięki niesztampowemu myśleniu. W nauce bardzo często jak ktoś opublikuje pracę na dany temat, to inni za nim powtarzają badania. Tak wchodzi się w pewne koleiny myślowe, z których ciężko potem „wyskoczyć”. Ja też przez jakiś czas czułem, że zabrnęliśmy w ślepy zaułek. Nie mogliśmy wykombinować niczego oryginalnego.

Potrzebny był łut szczęścia?
W nauce zawsze są potrzebne szczęście i duża doza optymizmu. Inaczej badacz nigdy nic by nie zdziałał. Mało tego – moim zdaniem dobry naukowiec musi być także zarozumiały. To znaczy głęboko wierzyć w siebie i w to, co robi. Między uczonym a artystą różnica jest tylko w środkach wyrazu. I jeden, i drugi tworzy nowe rzeczy, obaj też potrzebują talentu, tak zwanej iskry Bożej. Nam jej nie zabrakło i temu zawdzięczamy sukces. Bo przecież nie weszliśmy do tej rzeki jako pierwsi; nie my wynaleźliśmy proces sztucznej fotosyntezy. Wielu pracowało nad tym przed nami. Nam udało się „tylko” ustalić dwa parametry: warunki do fotosyntezy i właściwy katalizator. Ale właśnie dzięki temu wyprzedziliśmy innych. Mieliśmy wtedy dwie drogi: albo piszemy artykuł do Science lub Nature, zyskujemy sławę i całemu światu pokazujemy, jak to się robi, albo patentujemy odkrycie i wtedy publikować możemy dopiero za 18 miesięcy. Zdecydowaliśmy się na to drugie.

Kiedy w takim razie będę mogła zatankować swój samochód benzyną wyprodukowaną Pańską metodą?
Wyliczyliśmy, że po to, by zakręcić kołem historii, potrzeba nam trzech lat i 100 mln złotych. W pierwszym roku chcielibyśmy tylko kontynuować badania. Teraz pracujemy na bardzo czystych składnikach. Nie wiemy, jak na przebieg procesu mogą wpłynąć, nieuniknione przecież w warunkach przemysłowych, zanieczyszczenia. Pytanie też, co by się działo, gdyby (tak jak to jest „w naturze”) CO2 był zmieszany z powietrzem. Dane wskazują, że wydajność przekształcania w metanol spada, ale proces biegnie. Aż się prosi, żeby dokładnie przebadać takie funkcje. Rok badań jest konieczny, żeby prawidłowo zaprojektować prototyp instalacji.
Trzeba też pamiętać o poprawkach, koniecznych przy każdej zmianie skali badań. To problem uniwersalny przy powstawaniu technologii. Weźmy choćby pani sweterek. Najpierw jego włókno opracowano w laboratorium, potem przetestowano w skali półtechnicznej, a dopiero na koniec zaczęto wytwarzać masowo.
Zdajemy sobie sprawę, że po drodze możemy napotkać wiele kłopotów, ale skoro radziliśmy sobie z nimi do tej pory, to nie ma powodu, by nie dać sobie z nimi rady w przyszłości. Zresztą, gdybyśmy nie wierzyli w sukces, nasza metoda nigdy nie wyszłaby z laboratorium.

Pan uważa, że lepiej, aby to był projekt państwowy (rządowy), czy może powinny się tym zainteresować prywatne spółki?
Moim zdaniem to powinien być strategiczny projekt rządu, a zarządzanie nim należy powierzyć nam, naukowcom. Oczywiście, to są pieniądze publiczne, społeczeństwo musi wiedzieć, na co są wydawane, ale to nie oznacza, że trzeba ujawniać całą technologię produkcji. Szukanie aprobaty dla naszego pomysłu na „paliwa z recyklingu” można przyrównać do akceptacji zamówień na uzbrojenie dla armii. Możemy powiedzieć: „Mamy pomysł na nowy czołg”, pokazać, jak będzie wyglądał czy objaśnić zasadę działania, ale niekoniecznie musimy ujawniać, jak chcemy go konstruować. To byłoby wysoce nierozważne.

Boi się Pan, że ktoś podkradnie Wasze rozwiązania?
Ktoś mądrze powiedział: bogaty kraj mógłby w ogóle nie robić badań, bo może sobie kupić wyniki. Polska do bogatych nie należy, więc musimy wszystko robić sami. Jeżeli poczekamy, aż inni wpadną na to samo (a stanie się tak na pewno, prędzej czy później), wtedy będziemy musieli wyłożyć grube miliony. Jest jeszcze inny, nie mniej ważny aspekt całego zagadnienia: budując nową gałąź przemysłu, naprawdę zwiększamy bezpieczeństwo energetyczne kraju. Stajemy się samowystarczalni, nie musimy nikogo prosić o odkręcenie kurka z gazem czy odblokowanie ropociągu. Naszym „kołem zamachowym” przestaje być ropa. Możemy korzystać z tego, co już mamy, czyli z węgla, a przy tym spełniać nawet najbardziej wyśrubowane normy Unii Europejskiej dotyczące emisji CO2. W dobie ogólnoświatowego kryzysu warto pamiętać i o tym, że produkcją nowego paliwa nie zajmą się przecież krasnoludki. To wielki przemysł tworzący miejsca pracy. Jak wyliczyli polscy i niemieccy przedsiębiorcy, z którymi się konsultowałem w tej sprawie – rynek pracy będzie wart 20 mld złotych już w trzecim roku realizacji projektu. Ale są też ludzie zainteresowani tym, by energia była jak najdroższa. Spotykałem się z nimi na obradach rządowej podkomisji ds. energetyki i z przerażeniem słuchałem ich wypowiedzi.

Co zatem się stanie, jeśli ministerstwo nie zdecyduje się na zainwestowanie 100 mln złotych?
Nawet bez rządowego wsparcia nasze badania będą kontynuowane. Wierzę, że nikt już nie wyleje naszych rozwiązań do ścieku. Jeśli nie uda się stworzyć projektu strategicznego, będziemy próbowali wprowadzać naszą metodę w życie innymi sposobami, np. zawierając prywatne porozumienia z przedsiębiorcami. Uważam jednak, że byłoby to z dużą szkodą dla całej idei. Po pierwsze: będzie więcej kosztować, po drugie (co bardzo ważne) – będzie dłużej trwać. Nasz zespół nie jest w stanie obsłużyć więcej niż jednego, dwóch projektów jednocześnie. Doba ma tylko 24 godziny, a mnie już nawet pies w domu nie poznaje.

Przecież z takim projektem można chyba z powodzeniem sięgnąć po fundusze unijne?
O, tak! Z tym, że jest pewien problem: struktury Unii to najlepszy wywiad gospodarczy świata. Starając się o finansowanie, trzeba dokładnie opisać wykorzystywaną technologię. Oczywiście, każdy recenzent (sam też nim jestem) podpisuje klauzulę, że niczego dla siebie nie wykorzysta. Ale im więcej ludzi się w taki projekt angażuje, tym większe ryzyko przecieku… Dlatego wiele koncernów swoich kluczowych technologii nawet nie patentuje, tylko zamyka „know-how” w szafie pancernej. Weźmy taką Coca-Colę. Rozlewnie napoju można spotkać w każdym zakątku świata, ale syrop powstaje tylko w jednym miejscu – w Stanach. I po dziś dzień nikomu z zewnątrz nie ujawnia się receptury. W naszym przypadku też chodzi o ogromne pieniądze i technologię, która może zmienić energetyczną mapę świata.

Gdzie ma szansę powstać pierwsza fabryka „spalinowego paliwa”?
W zeszłym roku prowadziliśmy rozmowy z kilkoma przedsiębiorstwami. Chcieliśmy, żeby udostępniono nam kawałek tzw. boczników gazowych (system oddzielający część gazów od głównego ich strumienia) niezbędnych do postawienia instalacji półtechnicznej. Najbardziej otwarte okazały się Zakłady Azotowe w Kędzierzynie-Koźlu. Tam zapytano nas tylko: jak szybko można to podłączyć. Nie było żadnych pytań w stylu „Czy się uda?”, „Czy warto?”. Dlatego myślę, że Kędzierzyn to prawdopodobna lokalizacja.
Załóżmy, że znajdzie się źródło finansowania i projekt zacznie żyć własnym życiem. Co wtedy? Ma Pan pomysł na kolejne badania?
Oczywiście, że tak. Ale niczego nie zdradzę, bo wtedy inni naukowcy też się na to rzucą. A ja znowu chcę być pierwszy.

http://www.wykop.pl/ramka/164302/paliwo ... w-nazimek/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 13 lut 2012, 20:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://news.astronet.pl/6932

Pierwszy polski satelita studencki wyrusza na misję

http://nauka.wiara.pl/doc/1078402.Polsk ... juz-nadaje

Polski satelita już nadaje

Około godziny 13 polska stacja naziemna odebrała pierwsze sygnały z polskiego satelity PW-Sat, który w poniedziałek przed południem został wyniesiony na orbitę przez rakietę Vega.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 21 lut 2012, 19:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://nauka.wiara.pl/doc/1083696.Super ... r-z-Polski

Superwydajny procesor z Polski

Zaprojektowany został w Bytomiu, a zostanie zaprezentowany na targach CeBIT w Hanowerze. To jedna z najważniejszych imprez w branży nowych technologii.

Opracowany w Bytomiu procesor umożliwia np. komputerowi wykonywanie większej liczby operacji w krótszym czasie, przy mniejszym zużyciu energii.
Ten procesor umożliwia wykonywanie większej liczby operacji w krótszym czasie, przy mniejszym zużyciu energii - a to kluczowe elementy w każdym zadaniu urządzenia elektronicznego" - podkreślił przedstawiciel Digital Core Design, gdzie powstał. Procesor jest ponad 56-krotnie szybszy od bazowego standardu Intela oraz o co najmniej 70 proc. bardziej wydajny od najlepszych konkurencyjnych rozwiązań.
Oznacza to, że stosując DQ80251 w zabawce elektronicznej, można przewidzieć dla niej więcej skomplikowanych funkcji, a baterie będą wystarczać na dłużej, niż przy innych procesorach. Podobnie sprawa przekłada się na bardziej skomplikowane urządzenia. Ważną zaletą opracowanego w Bytomiu procesora jest także brak potrzeby stosowania zewnętrznego chłodzenia, z reguły koniecznego np. przy współczesnych procesorach dla komputerów.
Architektura procesora DQ80251 została opracowana pod koniec ubiegłego roku w bytomskiej firmie Digital Core Design. Sam procesor jest już sprzedawany - na zasadzie sprzedaży licencji architektury. Klienci zgłaszają się do projektantów pytając o możliwość dostosowania procesora do ich potrzeb - po czym po przygotowaniu konkretnej konfiguracji kupują licencję, by zlecić produkcję u któregoś z wyspecjalizowanych w tym wytwórców.
Jak poinformował PAP Tomasz Ćwienk z Digital Core Design, flagowy obecnie produkt firmy zostanie zaprezentowany w dniach 6-10 marca na targach CeBIT - w ramach Polskiego Stoiska Narodowego. W pierwszych dniach imprezy goście targów będą mogli porozmawiać z projektantami bardzo wydajnego - w swoim standardzie - mikroprocesora.
Mimo że koncern Intel opracował podstawę standardu, w którym powstał DQ80251, jeszcze w latach osiemdziesiątych ub. wieku, to nadal jedno z najpopularniejszych rozwiązań wykorzystywanych w najróżniejszych urządzeniach elektronicznych - od satelitów, przez automatykę przemysłową, odbiorniki gps czy telewizory, po zabawki.
Choć nie jest to standard stosowany w komputerach osobistych, liczba produkowanych zgodnie z nim kontrolerów wielokrotnie przewyższa liczbę bardziej zaawansowanych urządzeń dla komputerów. Jego utrzymująca się popularność wynika m.in. z uniwersalności, niezawodności i możliwości rozbudowy. "Tylko nasza firma dostarczyła już na rynek ok. 250 mln takich procesorów" - zaznaczył Ćwienk.
Bytomska firma Digital Core Design - założona przez absolwentów Politechniki Śląskiej - działa od 1999 r. Jej głównym obszarem działalności jest projektowanie wyspecjalizowanych układów scalonych - jest producentem tzw. IP Core, czyli rdzeni oraz tzw. SoC, czyli kompletnych układów. Wśród jej klientów są m.in. Intel, Siemens, Philips, Toyota, Osram, General Electric, Silicon Graphics, Rafael czy Sagem.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 12 mar 2012, 18:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://info.wiara.pl/doc/1103089.Polacy ... ch-robotow

Polacy najlepsi w mistrzostwach robotów
DODANE 2012-03-12 14:02

Aż 13 medali: 5 złotych, 5 srebrnych i 3 brązowe, zdobyli konstruktorzy robotów z Polski, którzy w weekend brali udział w prestiżowych zawodach RobotChallenge w Wiedniu. Drugie miejsce w klasyfikacji zajęła Austria, która dostała 7 medali.

W wiedeńskich zawodach - uznawanych za największe i najbardziej prestiżowe w Europie - startują mobilne, samodzielne, własnoręcznie skonstruowane roboty. W tegorocznej edycji wzięło udział kilkuset uczestników z ponad 20 krajów, a rywalizowali oni w czternastu konkurencjach. Zawodnicy z Polski podczas zawodów zaprezentowali ponad 60 robotów.
Największym sukcesem dla Polaków zakończyła się konkurencja Line Follower, w której roboty muszą jak najszybciej pokonać trasę wyznaczoną na ziemi linią. Polscy zawodnicy zdobyli w tej kategorii wszystkie trzy miejsca na podium. Zarówno złoty i srebrny medal trafił w tej konkurencji do studentów Koła Naukowego Inżynierii Mechatronicznej Politechniki Wrocławskiej.
Z kolei w kategorii Micro Sumo złoty medal otrzymali m.in. Michał Gazda i Przemysław Elias, z Koła Naukowego "Integra" na Akademii Górniczo-Hutniczej, którzy zbudowali robota "Zwierzak". W tej kategorii w szranki stanęły roboty o wymiarach maksymalnych 5x5x5 cm i wadze do 100 g, których zadaniem było zepchnąć przeciwnika z maty. "Nasza konstrukcja różniła się od innych - miała po dwóch stronach rozkładane lemiesze, którymi mogliśmy atakować przeciwników - opowiedział w rozmowie z PAP Michał Gazda. - Na początku szło nam średnio, ale potem udało nam się dopracować algorytmy i wygrać w zawodach". Konstruktor dodaje, że konkurencja była spora - startowało aż 30 robotów z 7 krajów, więc konstrukcje były bardzo zróżnicowane.
Złoto otrzymały również polski robot Fast Foot, który zwyciężył w kategorii Humanoid Sprint. W tej konkurencji roboty humanoidalne, a więc o ludzkich kształtach, miały jak najszybciej pokonać wyznaczony odcinek idąc lub biegnąc. Z kolei R-BOT Sarmatic okazał się najlepszy w kategorii Puck Collect, w której udało mu się jak najszybciej zebrać i ułożyć na ringu małe kolorowe krążki. Z kolei konstrukcja ROBO-HOBBY.PL Drone jako jedyna otrzymała nagrodę w kategorii Air Race Autonomous - konkurencji dla robotów latających.
Zespoły z Polski okazały się lepsze niż twórcy robotów z Austrii (w sumie 7 medali), Czech (4 medale) czy Łotwy (3 medale).
Polacy wygrali klasyfikację medalową największych zawodów robotów mobilnych w Europie drugi raz z rzędu. W zeszłym roku w zawodach tych Polacy zdobyli 6 medali złotych, 4 srebrne i 4 brązowe.
RobotChallenge odbywa się od 2004 r. Od tego czasu startowało w niej już ponad tysiąc robotów z 31 państw. Szczegółowe wyniki zawodów dostępne są na stronie: www.robotchallenge.org/programm/ergebnisse/.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 11 kwi 2012, 14:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.astronomia.pl/wiadomosci/index.php?id=3037

"Miejsce Polski w kosmosie" już wkrótce!

Polscy astronomowie są w światowej czołówce. "Solaris" to jeden z największych projektów realizowanych przez naukowców z naszego kraju. Jest w nim wszystko - potężna wizja, duch przygody i nowoczesne technologie. To najlepszy dowód na to, jakie miejsce może mieć Polska w kosmosie. Prezentowany w Brukseli zachwycił elity świata polityki i nauki - 16 kwietnia pokazany zostanie w Polsce, w warszawskim kinie IMAX.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 16 kwi 2012, 11:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2012/04/15 ... ny-swiata/

Był taki Polak – mógł wznieść Polskę na wyżyny Świata
Posted by Marucha w dniu 2012-04-15 (niedziela)

Za zwrócenie uwagi na artykuł podziękowania dla p. P.E.1984 – admin

Tragiczne bywają losy genialnych wynalazców – inżynierów. Mogliśmy być potegą – i dupa z królika. Tak jest niestety do dzisiaj.

Przypadek, który opisuję wydaje się być nieprawdopodobnym – jednak taka jest prawda.
Rok 1971 – na wystawie w londyńskiej Olimpii stoją koło siebie komputery: brytyjski Modular One, maszyny amerykańskie i minikomputer polski K-202, zaprojektowany w roku 1969 przez Jacka Karpińskiego. Wszystkie maszyny są 16-bitowe. Mają 64 kB pamięci a K-202 ma aż 8 MB. Ponad milion operacji zmiennoprzecinkowych na sekundę. Pamięć ferrytowa zamiast pamięci na układach scalonych. Wielkość małej walizki – czyli powstałego w roku 1981 PC firmy IBM – model IBM 5150.
Warto jednak wiedzieć, że zbudowany przez IBM pierwszy pecet nie dorównywał K202.

Wszyscy pytają Karpińskiego jak to zrobił?
W tym samym roku 1971 K-202 zostaje wystawiony na Międzynarodowych Targach w Poznaniu. Jego stoisko znajduje się obok wystawionej 8-mio bitowej Odry Elwro.
Stoisko Karpińskiego odwiedza ówczesny I sekretarz PZPR Edward Gierek. Obiecuje pomoc. Do stoiska Elwro w ogóle nie podchodzi. No i zaczyna się – rozgrywka polityczna.
W tym samym mniej więcej czasie odwiedza Karpińskiego 2 inżynierów, przedstawicieli znaczących wówczas firm amerykańskich CDC i DEC. Pytają jak dokonał takiego cudu?
Karpiński powiedział im, żeby się sami domyślili – jednak po 2 dniach – kiedy niczego nie wymyślili odkrył przed nimi swoje rozwiązanie – nie zawracając sobie głowy jego opatentowaniem (chodził o tzw stronicowanie pamięci).

Jest rok 1972. Karpiński z Zakładem Minikomputerów rusza z produkcją. Spośród 30 pierwszych sztuk połowa trafia za granicę a pozostałe zainstalowane zostają w MSW, MSZ, Krajowej Dyspozycji Mocy, w Marynarce Wojennej, politechnikach i uniwersytetach, kilka sztuk tafia do biur projektowych i przemysłu ciężkiego. Użytkownicy są zachwyceni. Mówiło się również o jego zastosowaniu na statkach.
W produkcji było wtedy następnych 200 sztuk, portfel zamówień liczył 3000 sztuk.

Sytuacja wydaje się być doskonała. A jednak Karpiński zostaje wyrzucony z pracy, Zakład Minikomputerów zostaje zamknięty a 200 sztuk K-202 w trakcie produkcji zostaje „utopionych”. Mało tego, dostaje „wilczy bilet” nie pozwalając mu pracować w elektronice i informatyce.
Czemu?
1. Elwro zatrudniało wówczas 6 000 pracowników, Instytut Maszyn Matematycznych, gdzie pracował Karpiński tylko 200,
2. Wkład dolarowy do K-202 wynosił ok. 1800 $, do Odry ok. 30 000 $,
3. Elwro broniło własnej „pupy”, więc zwróciło się do ówczesnego premiera Polski, Jaroszewicza z prośbą o „pomoc”. No i tą pomoc dostali.
4. W roku 1970 ZSRR wystąpił z inicjatywą stworzenia jednolitego typu komputera dla Układu Warszawskiego. Zerżnęli projekt IBM-360 i nazwali go RIAD. W każdym kraju satelitarnym produkowany był wówczas jeden typ komputera – w Polsce RIAD 30, na Węgrzech RIAD 10, w NRD RIAD 20 a w Moskwie RIAD 50.
5. Ponieważ nikt w Polsce nie chciał sfinansować uruchomienia produkcji w Polsce, Karpiński uruchomił ją razem z Brytyjczykami, którzy na ten cel przeznaczyli odpowiednie środki finansowe oraz zajęli się sprzedażą K-202.

Warto wiedzieć, że komputery Odra z systemem RIAD wymagały dużego pomieszczenia, klimatyzowanego – a K-202 tego nie potrzebował.
W roku 1972 do Polski przyjechał z całą delegacją do Polski główny konstruktor RIAD-a – Ławronow. Obejrzał K-202 i powiedział: „niemożliwe, taka maszyna musi zająć całą ścianę dużego pomieszczenia”.
Spytał Karpińskiego: „Czy K-202 jest odporny na wstrząsy i czy wymaga klimatyzacji (tak jak Odry)?”
Karpiński powiedział mu, że można na nim łupać kamienie po czym wylał na K-202 szklankę wody. K-202 pracował spokojnie dalej.
Ławrow spytał go wówczas, czy można system przerobić na RIAD. Dowiedział się wtedy od Karpińskiego, że tak, tyle tylko, że poprzez emulację systemu z miliona operacji na sekundę pozostanie tylko 300 tys ale i tak będzie szybszy niż RIAD-y.

Ławrow zaprosił Karpińskiego żeby poprowadził seminarium w Moskwie. Niestety, pojechał za niego profesor Andrzej Janicki, dyrektor naukowy Instytutu Maszyn Matematycznych, wg Karpińskiego „wyjątkowa glizda”.
K-202 to tylko jeden z wielu pomysłów genialnego inżyniera, Karpińskiego.
Kim był Jacek Karpiński?
Urodzony 12 kwietnia 1927 r w Turynie – zmarł 21 lutego 2010 r we Wrocławiu.
Ojciec, Adam Karpiński, inżynier konstruktor (zginął w wyprawie na Nanda Devi – pierwszej polskiej wyprawie w Himalaje), matka profesor medycyny. Oboje zasłużeni w wojnie z bolszewikami w roku 1920.

W wieku 14 lat (wyglądał na starszego) wstąpił do Szarych Szeregów, batalion Zośka. Trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych. W pierwszym dniu Powstania Warszawskiego otrzymał kulę w kręgosłup, został sparaliżowany. Dzięki ogromnemu uporowi w procesie rehabilitacji wrócił do zdrowia (kula została w jego ciele).

Od 1946 do 1951 studiował najpierw na Politechnice Łódzkiej, później Warszawskiej.
Ponieważ chodził długo o kulach – ówczesne władze nie wsadziły go do więzienia ani nie zabiły za jego bohaterską przeszłość. Mimo wszystko bardzo długo był za nią prześladowany.
Wyrzucany z pierwszych miejsc pracy (jako sabotażysta) w końcu zaczął pracować w ZWUE T-12 na Żeraniu w Warszawie, jednocześnie pracując jako starszy asystent w Katedrze Elektrotechniki Politechniki Warszawskiej (1951 – 1954). W r. 1954 pracował jako inżynier badawczy w laboratorium przemysłu samochodowego na Żeraniu. W r. 1955 został adiunktem i kierownikiem pracowni w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki PAN.

Skonstruował w tym czasie maszynę AAH do długoterminowych prognoz pogody.
W 1959 r konstruuje maszynę AKAT-1 – pierwszy na świecie tranzystorowy analizator równań różniczkowych.
Rok później jako jeden z 6-ciu nagrodzonych zwycięża w ogólnoświatowym konkursie młodych talentów techniki organizowanym przez UNESCO.
Dzięki temu w latach 1961-1962 ma możliwość studiowania na Harwardzie i MIT w USA. O dziwo władze Polski zgodziły się na jego wyjazd.

Amerykanie szybko orientują się z kim mają do czynienia i Karpiński dostaje różne propozycje pracy w USA. Proszą go o pozostanie w USA ważni naukowcy. Odmawia. Wraca do Polski.
Czy to był jego błąd? Trudno to nam dzisiaj oceniać. Mógł zostać sławny i bogaty – mógł podkreślać, że jest Polakiem i sławić Polskę. Wybrał inaczej – niezależnie od sytuacji politycznej kochał Polskę.
Trudno mu się dziwić. Tak był wychowany – a 3 Krzyże Waleczne nie wzięły się z nikąd.
Ta decyzja skutkowała w jego życiu kolejną walką – trudniejszą niż ta z Niemcami.
Karpiński wraca do kraju, pracując w Pracowni Sztucznej Inteligencji Instytutu Automatyki PAN konstruuje Percepton, uczącą się maszynę, rozpoznającą otoczenie przy pomocy kamery – była to wówczas druga na świecie maszyna, oparta na sieci neuronowej 2000 tranzystorów.
Karpiński przechodzi następnie do pracy w Instytucie Fizyki Doświadczalnej Uniwersytetu Warszawskiego i w ciągu 3 tygodni konstruuje skaner do analizy fotografii zderzeń cząstek elementarnych na kliszach CERN.

Do obróbki tych zdjęć w latach 1965-1968 skonstruował w 11-osobowym zespole komputer KAR-65, pierwszy w Europie system asynchroniczny, ze zmiennym przecinkiem, 100 tys. operacji na sekundę. Maszyna ta pracowała w IFD 20 lat, co było rekordem światowym. Był on 30-krotnie tańszy niż 2 razy wolniejsze wtedy komputery Odra. Kosztował 6 mln złotych, podczas gdy każda Odra kosztowała 200 mln złotych.
I wreszcie K-202.
Nikt tego komputera w Polsce nie chciał produkować. Zjednoczenie MERA uznało , że projekt nie nadaje się do realizacji, bo gdyby taka technologia istniała to Amerykanie na pewno by ją już wykorzystywali.

Tymczasem w Londynie uznano, że to najlepsza konstrukcja logiczna na świecie. Produkcja K -202 ruszyła za pieniądze brytyjskie. Polski ponoć na nią nie było stać.
Brytyjczycy chcieli za wszelką cenę uruchomić produkcję u nich. Karpiński się nie zgodził, chciał by produkcja miała miejsce w jego ukochanym kraju – w Polsce.
Jeden z ważnych decydentów brytyjskich (były pilot RAF-u) zrozumiał go i wyraził zgodę.
MERA podpisała umowę z brytyjskimi firmami Data-Loop i MB Metals i stworzyła Zakład Mikrokomputerów. Jego dyrektorem został Jacek Karpiński.
Jak to się skończyło wiecie z tekstu powyżej.

Ale jako ciekawostkę warto wspomnieć i o tym, że kilku na wysokich stanowiskach towarzyszy partyjnych z PZPR próbowało Karpińskiemu pomóc. Szybko tracili stanowiska.
Mimo tak wrogiego stosunku zakładów Mery do K-202 próbują one skopiować tą maszynę. Udaje się to po 5-ciu latach i chociaż Mera 400 (tak się nazywała ta maszyna) jest dwukrotnie wolniejsza i wielokrotnie droższa od K-202 to jednak staje się ona polskim hitem eksportowym, produkowana jest od roku 1976 do roku 1987 wZakładach Systemów Minikomputerowych MERA w Warszawie.
W 1978 roku Karpiński ma już wszystkiego dosyć. Wynajął zrujnowaną chałupę pod Olsztynem i zaczął hodować świnie i kury. W 1980 zrobiono o nim reportaż – i znowu zaczęły się problemy. Ponoć Karpiński kradł kury z okolicy. Kompletne brednie. To jemu kradziono kury.
Po tym wszystkim Karpiński wyjeżdża do Szwajcarii i pracuje w znanej z profesjonalnych magnetofonów firmie Polaka, Kudelski.

Karpiński usiłował namówić Kudelskiego by przejść z technologii analogowej na cyfrową – bo w niej widział przyszłość. Ponieważ do tego nie doszło Karpiński stwierdził, że szkoda jego czasu i do spółki ze szwajcarskim matematykiem utworzył firmę Karpiński Computer Systems. Zrobił robota sterowanego głosem, pokazał go na wystawie w Zurychu – natychmiast znaleźli się inwestorzy ale szwajcarski wspólnik nie chciał się dzielić udziałami. Firma padła.

Będąc w Szwajcarii Karpiński stworzył Pen-Readera – skaner i oprogramowanie do czytania tekstu.
Karpiński wraca do Polski w roku 1990. Zachodziły wtedy w Polsce ogromne zmiany.
Zostaje doradcą ministra finansów ds. informatyki. Współpracuje z Balcerowiczem i Olechowskim. Ich następca jest „tak głupi, wg Karpińskiego”, że rezygnuje on z tej posady.
Postanawia produkować Pen-Readera w Polsce.
Oto jak się to skończyło, cytat z wywiadu w czasopiśmie CRN:
„Postanowiłem produkować Pen-Readera w Polsce. Znajomy polecił mi zakłady w Szczytnie. Tam wzięli się do roboty i wyprodukowali szybko partię 500 egzemplarzy. Miałem już zamówienia. Zacząłem starać się o kredyt, bo chciałem uruchomić własną produkcję. Założyłem dwie firmy: JK Computer Systems i JK Electronics. Potrzebowałem 800 tysięcy dolarów. Chciałem to wszystko zrobić z rozmachem, pewnie niepotrzebnie.

Trafiłem do banku BRE. Bank powiedział, że da mi kredyt, jeśli biznesplan zostanie przygotowany przez fachowca z Ministerstwa Przemysłu. Ministerstwo przysłało mi jakąś panią. Wyszło na to, że potrzeba 860 tysięcy dolarów. Zabezpieczeniem był mój dom w Aninie wyceniony na 350 tysięcy dolarów. Kredyt miał przyjść w trzech transzach. Pierwsza wynosiła 126 tysięcy dolarów.
Kupiłem maszyny, komponenty, zapożyczyłem się jeszcze u znajomych, wiedząc, że za parę tygodni przyjdzie druga, większa transza kredytu. Czekam, czekam. A pieniędzy jak nie było, tak nie ma.
Poszedłem do banku i pytam, kiedy będzie druga transza. A oni na to:
- A ma pan nowe zabezpieczenie?

CRN: Potraktowali dom jako zabezpieczenie tylko pierwszej transzy?
Jacek Karpiński: Nic o tym wcześniej, cholera, nie powiedzieli! Jeszcze nie zacząłem produkcji, a oni już weszli mi na konta. A że nie miałem czym płacić, zaczęli mi naliczać karne odsetki – 120 proc.! Sprzedałem Pen-Readery wyprodukowane w Szczytnie, dostałem na konto w Banku Handlowym 30 tysięcy dolarów. Sprawdzam stan konta – pusto. BRE zabrał. Zostałem kompletnie bez pieniędzy.
Żeby się ratować, zaprojektowałem kasy fiskalne. Zapożyczyłem się w paru bankach, otworzyłem zakład, byłem w przededniu produkcji. Jedno włamanie, drugie, trzecie – wszystko zniknęło. Po prostu rozkradli mi zakład. A miałem przecież ochronę!
Podpisałem umowę na produkcję tych kas z Libellą. Zorganizowałem im zakład produkcyjny od zera. Przysłali mi na dyrektora jednego z członków rady nadzorczej. I zaraz się okazało, że nie mam wstępu do zakładów. Makabra!

Zakłady były Libelli, ale projekty moje. Podpisałem umowę na produkcję z Apatorem. Zrobili prototypy, a ponieważ wszystko działało jak należy, zapadła decyzja o produkcji. I wtedy postanowili produkować płyty główne w Warszawie i zamówili od razu 3 tysiące.
- Panowie – mówię. – Tak się nie robi. Niech najpierw przygotują próbną partię, zobaczymy, do czego to się w ogóle nadaje. Przecież trzeba sprawdzić kooperanta.
Nie posłuchali. A w Warszawie spieprzyli wszystkie płyty, co do jednej. Okazało się, że ten sam zakład pracuje dla innego producenta kas fiskalnych, który ma siedzibę w tym samym budynku. Z mojego punktu widzenia to był ewidentny sabotaż.

CRN: W rezultacie stracił pan dom.
Jacek Karpiński: Sprawa kredytu w BRE ciągnęła się od 1996 do 2000 roku. W końcu wystawili mój dom przy Nawigatorów 11 na licytację. I sprzedali. za 200 tysięcy złotych! Tam była działka 2,5 tys. mkw. Jeszcze w 1996 był wyceniony na 350 tysięcy dolarów! Kupił go jakiś były policjant.
Miałem mieszkać w tym domu do kwietnia 2001 roku. W październiku 2000 roku nowy właściciel zażądał, żebym się wyprowadził. Powiedziałem, że nie będę się wyprowadzał na zimę. Komornik ustalił przecież, że mogę mieszkać do kwietnia.

Nowy właściciel nie miał co prawda wstępu do domu, ale miał za to wstęp do ogrodu. Zaczęły się świństwa. Najpierw pościnał wszystkie drzewa, potem sprowadził koparkę i rozorał wszystko tak, że nie było jak chodzić. Potem koparka uszkodziła dach. Przeprosił i obiecał, że naprawi – i w ramach tej naprawy zerwał cały dach. Siedziałem w pokoju i pracowałem. pod gołym niebem.
Jak padał deszcz, brałem parasol, a komputer przykrywałem folią. W końcu pozrywał mi koparką przewody elektryczne.
Któregoś dnia poszedłem do córki na kolację. A ten bezczelny łobuz przyjeżdża i mówi, że dom się zawalił! Rozjechał wszystko buldożerem! Wszystko zniszczył. Całą moją bibliotekę, wszystkie pamiątki, wyposażenie domu.
Nie pamiętam, ile razy pisałem do policji, prokuratury, żeby poskromili jakoś tego łobuza. Bez odzewu. Pisałem do inspekcji budowlanej. Przyjechali dopiero wtedy, jak już z domu nic nie zostało. Przecież było wyraźnie widać, że to wszystko zrobiono ciężkim sprzętem.

CRN: W jaki sposób znalazł się pan we Wrocławiu?
Jacek Karpiński: Jak mi zabrali dom, pomieszkiwałem w Aninie. Potem wyjechałem na pół roku do Szwajcarii, żeby tam robić na zlecenie nowy skaner. To jest specjalny skaner do sprawdzania ksiąg rachunkowych. Sczytuje liczby, przesyła do komputera, gdzie są prowadzone obliczenia. Ja z synem Danielem zajmowałem się tylko konstrukcją. Sprzedaż będą prowadzić Szwajcarzy.
Kiedy wróciłem, przyjaciółka namówiła mnie na przenosiny do Wrocławia. Mam stąd bliżej do synów. Dwaj mieszkają w Szwajcarii, trzeci, Daniel, przyjechał dwa lata temu do Wrocławia. Bardzo zdolny chłopak. Tak jak ja – elektronik i
informatyk. Będziemy razem robić wersję mobilną tego skanera.

CRN: Banki dały już panu spokój?
Jacek Karpiński: Niezupełnie. Jeszcze spłacam długi. Idzie na to jedna czwarta mojej emerytury.”
Jacek Karpiński, genialny wynalazca, inżynier, który mógł tak wiele osiągnąć, gdyby nie jego umiłowanie dla kraju, dla Polski, pod koniec swojego życia pracował przy stronach internetowych, żeby mógł przeżyć.

Zmarł w biedzie.
Piszę te słowa z ogromnym szacunkiem dla niego.
Mógł być wielki w świecie – chciał być wielkim w Polsce. Czy przegrał?

Andrzej Kusior, Stowarzyszenie Informatyka Podkarpacka
http://www.informatykapodkarpacka.pl/

http://akwedukt.nowyekran.pl/post/57678 ... yny-swiata


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polak potrafi, czyli wątek o zdolnym, utalentowanym Narodzie
PostNapisane: 19 kwi 2012, 13:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2012/04/10 ... matycznej/

Legenda i cud Polskiej Szkoły Matematycznej
Posted by Marucha w dniu 2012-04-10 (wtorek)

E. Kählerowi
Stanisławowi Michalskiemu
i Zygmuntowi Janiszewskiemu

W niniejszym artykule zastanawiam się nad istotą matematyki i opisuję dziwnie późne, bo dopiero w XIX wieku, pojawienie się szkół matematycznych (a przecież szkoły filozoficzne istniały już w klasycznej starożytności!). Próbuję uprzytomnić i uzmysłowić to cudowne zjawisko, jakim były narodziny Polskiej Szkoły Matematycznej (PSM) i jej życie we Lwowie i Warszawie. Nasza epoka straciła zmysł cudu, organ percypowania cudu jest w atrofii. Powiada się: „cudów nie ma – bo ich być nie może”, panuje lęk przed cudownością. Powstały całe filozofie i nauki starające się eliminować wydarzenia cudowne: historycyzm, socjologizm, psychologizm, ekonomizm. Cud – to pojawienie się i życie czegoś zupełnie nowego, nieoczekiwanego – i czymś takim było pojawienie się PSM.
Jedną z mych tez jest, że ów cud był przejawem większego cudownego procesu, jakim był renesans narodu, obudzenie się jego sił twórczych, zrozumienie i wiara w naukę (i sztukę) pielęgnowaną tu i teraz. Przejawem tego był niezwykły pęd do samouctwa, a owocem – niespotykane dotąd w świecie, bezprecedensowe wydawnictwo: Poradnik dla Samouków, dziecko Stanisława Michalskiego (I wyd. 1907, II – 1913/14). Najciekawszym jego tomem była Matematyka, redagowana i w dużej mierze napisana przez młodziutkiego, genialnego Zygmunta Janiszewskiego – ojca PSM. Nieprzypadkowa to koincydencja. Zapewne prace nad Poradnikiem nasunęły Janiszewskiemu ideę nowego nurtu w matematyce, nazwanego później – PSM. Ale PSM to nie tylko grupka młodych, genialnych ludzi, to także nowy styl życia i „pracy” matematycznej: atmosfera i aromat beztroskiej twórczej zabawy – radość tworzenia bez myśli o karierze naukowej i publikowaniu. Siedzibą i centralą owego życia była kawiarnia Szkocka we Lwowie.

Legenda PSM musiała powstać. Legenda to nie tylko baśniowy opis dokonań dawnych bohaterów – czy będą to mnisi buddyjscy, czy apostołowie i święci wschodniego Kościoła – to nie kronika życia mistyków suffijskich, czy cadyków chasydzkich, przygód „rycerzy okrągłego stołu” króla Artusa – poszukiwaczy świętego Graala. W legendzie żyje wielki impuls, który powodował owych bohaterów do czynów niezwykłych, ważnych dla całej ludzkości. Dlatego legenda chce być opowiadana i czytana. Zapomnienie o owych dokonaniach i cierpieniach to bardzo poważna choroba – amnezja. Ulegają jej nie tylko poszczególni ludzie, lecz całe narody. Praca niniejsza jest także próbą przeciwdziałania owej amnezji.

Czym jest matematyka?
Istnieje szereg bardzo poważnych trudności ujęcia istoty matematyki (m.), a oto najpoważniejsze z nich:
1. M. współczesna jest niemal niedostępna dla nie-matematyka i to głównie z powodu niesłychanego bogactwa pojęć – są ich tysiące! Nawet specjaliście jakiegoś działu m. trudno porozumieć się z kolegą pracującym w innym dziale. M. była i jest wiedzą ezoteryczną.
2. Panuje – nie tylko wśród „profanów” – zupełnie fałszywe wyobrażenie o m., np. że komputery usuną potrzebę uczenia się jej.
3. Powyższe punkty pokazują dobitnie, że jest niemal niemożliwe – w krótkim artykule, przeznaczonym przecież dla szerszego kręgu odbiorców – dać wyobrażenie o naturze szkoły matematycznej.
4. W szerokich kręgach naszego społeczeństwa panuje „legenda PSM”, która, niestety zupełnie odbiega od istoty i historii PSM.
Mimo powyższych trudności, obiekcji i niebezpieczeństwa „szargania świętości” podaję następującą charakterystykę: M. jest: a) językiem i b) pismem, c) sztuką, d) życiem idei i, oczywiście, e) nauką f) logosem fizyki.

M. jest bardzo bogatym językiem w pojęciu, jakie wypracowała współczesna hermeneutyka, zbliżonym do prastarej, symboliczno-mistycznej teorii języka. Dopiero język tworzy rzeczywistość, bez języka nie ma rzeczywistości. Na pytanie: kto mówi językiem, Heidegger odpowiada: „mowa (język) mówi”. Innymi słowy Logos (mowa) kształtuje rzeczywistość, przez człowieka mówi Logos. Mało tego: Logos jest potęgą, która jednak potrzebuje „współpracowników” w nieprzerwanym tworzeniu rzeczywistości (creatio continua). Świat idei nie jest gotowy, jest raczej nie uformowaną potężną energią, zespołem kiełków idei ( logoi spermatikoi – logosy nasienne), które do swego pełnego ukształtowania potrzebują ludzkości. Jeszcze inaczej: owe kiełki idei „chcą” być poznawane i kształtowane, „chcą” się rozwijać, „poszukują” gleby i szansy rozwoju. Jest nią ludzkość, przede wszystkim potencjalni twórcy: poeci, artyści, filozofowie, uczeni. W przypadku dziwnego logosu, jakim jest m. – potrzebują i poszukują ludzi zwanych matematykami. Ale, podobnie jak inne języki (np. j. polski, czy muzyka), do przekazywania twórczej energii konieczni są także „zwyczajni ludzie” (rodzice przekazujący dziecku mowę ojczystą, nauczyciele muzyki, matematyki). Przecież nawet największy matematyk potrzebował nauczyciela „szkolnej matematyki”.

Ale nie każdy język dysponuje pismem! M. nie da się pomyśleć bez niezwykle bogatego pisma, nie ma m. bez tysięcy znaków ( często zwanych „symbolami matematycznymi” ). Jak podkreślał Kähler – matematyka jest pismem.

Skoro m. jest życiem idei – rozwijających się, zapładniających nawzajem, umierających, rodzących się na nowo w nowej postaci – to zrozumiałe staje się jej wielkie znaczenie dla filozofii. Platonicy zdawali sobie zawsze sprawę, że najlepszym – o ile nie jedynym – dostępem do świata idei (kosmos, noetos), propedeutyką filozofii jest matematyka. Legendarny napis przy wejściu do „akademii platońskiej” głosił: „- Niech nie wkracza tu nikt, kto nie zna geometrii (matematyki)”. Może teraz nie wyda się zaskakująca piękna wypowiedź Kählera (z r. 1939):

M. jest organem poznania i niesłychanym usubtelnieniem języka potocznego. Wznosi się z języka potocznego i świata wyobrażeń jak roślina z gleby, a jej korzeniami, są liczby i proste wyobrażenia przestrzenne. Nie wiemy jeszcze jaka to treść domaga się języka matematyki. Nie możemy nawet przeczuwać, w jakie dole i głębie pozwoli spojrzeć ludziom to duchowe oko, jakim jest matematyka.
Udział człowieka w życiu idei nazywa się poznawaniem. Największy ma tematyk XX stulecia, Hermann Weyl, podkreślał zawsze jedność matematyki. i fizyki (był on także wybitnym fizykiem i interesującym filozofem!). Jedność ta, dla dawnych pokoleń była tak oczywista, że fizyków do niedawna jeszcze nazywano „geometrami” lub „matematykami”. Dla wielu matematyków, a także fizyków wieku (w tym, niestety, dla PSM), jedność ta przestała być oczywista. Stąd częste zdziwienie i zachwyt dla „niezrozumiałej adekwatności matematyki i fizyki” (E. Wigner). Ostatnia znów wybitni matematycy i fizycy są świadomi jeśli nie jedności, to zapładniającej roli owych „dwóch różnych nauk”. Interesująca jest w tym względzie ewolucja spojrzenia wielkiego Einsteina na matematyk. Młody Einstein miał do matematyki stosunek niechętny (słabo ją znał), później zaś uważał (fałszywie!), że „w fizyce naprawdę twórczym elementem jest matematyka”.

Czym jest Szkoła matematyczna?
Zasadniczą cechą wszelkiej szkoły jest relacja nauczyciel – uczeń, czy też mistrz – uczeń. Nie wszystkim było dane mieć prawdziwego nauczyciela mistrza). Trzeba sobie uprzytomnić, że każdy człowiek ma dwojakiego rodzaju rodziców i przodków: biologicznych oraz duchowych – właśnie nauczycieli. Ta druga, „pionowa” (w odróżnieniu od pierwszej „poziomej”) relacja nazywa się filiacją. To, co powiedziane było o życiu idei i roli ludzi w owym procesie czyni pojęcie filiacji niemal oczywistym. W życiu idei matematycznych musimy rozszerzyć pojęcie nauczyciela – mistrza, duchowego ojca” także na ludzi nie spotkanych bezpośrednio. Dla wielu matematyków dużo ważniejsze były publikacje nieżyjących już badaczy (interesująca jest analogia z podstawową ideą ezoteryki żydowskiej „Szkoły – objawienia Proroka Eliasza”), niż ich kontakt z żyjącymi, nie zapładniającymi ich duchowo nauczycielami uniwersyteckimi. Tradycja matematyczna jest zatem filiacją. A więc dla twórczości matematycznej nie jest konieczna „szkoła matematyczna”, która – jak wspomnieliśmy – jest rzadkim zjawiskiem w życiu m., trwającym ponad 2590 lat.
Każda ze szkół ma swych ojców, ma swą tematykę badań, styl pracy. Na czym polegał cud powstania, specyficzność PSM? Wielkie, płodne idee, ważne inspiracje potrzebują przygotowanego gruntu, są to właśnie kiełki, nasiona, które chcą wzejść w umysłach i sercach ludzi. Często rolę ich pełnią outsiderzy, nie należący da żadnego „establishmentu”, a więc nie wyżsi urzędnicy ani też członkowie hierarchii wyższych uczelni. Mocne, sztywne struktury akademickie – aczkolwiek pożyteczne, a nawet konieczne – bardzo silnie kształtują swych członków i często patrzą podejrzliwie na zupełnie nowe koncepcje, czy idee. Przykładów jest legion: kościoły i sekty, medycyna uniwersytecka patrząca niechętnie na „ medycyny alternatywne” (np. homeopatię, akupunkturę), historia psychoanalizy. czy jungowskiej psychologii głębi, przemysł farmaceutyczny bojkotujący różnego rodzaju preparaty ziołowe, homeopatyczne itp. Tak zapewne było zawsze, tak jest i „być musi”. Nowe jest zupełnie obce i niedoskonałe, pozornie słabe, ale żyje w nim niezwykła duchowa siła. Wczesne chrześcijaństwo zwalczane było przez ówczesny establishment – synagogę. Gdy okrzepło i stało się potężną instytucją, zwalczało bezwzględnie wszelkie nowe ruchy, nazywając je herezjami. Młody chasydyzm zwalczany był zajadle przez rabinat, który nie cofał się nawet przed fałszywymi donosami do władz carskich.

Życie i działalność Stanisława Michalskiego
jest przejmującą ilustracją powyższych ogólnych rozważań. Młody inżynier, absolwent politechniki moskiewskiej, Wołyniak – organizuje jeszcze w Moskwie bibliotekę Związku Młodzieży Akademickiej. Biblioteka mieściła się w sali rysunkowej Politechniki, a „bibliotekarz miał dużo kłopotu z doborem książek i lektury dla kolegów”. Jeszcze bardziej odczuwał potrzebę wskazówek, gdy przybył w roku 1890 do Warszawy, gdzie jako mody inżynier pracował w fabryce Rudzkiego. Później, gdy przeniósł się na „Kolej Wiedeńską”, zaczął sprawować nieoficjalną funkcję „kolejowego ministra oświecenia publicznego”. Jeszcze wcześniej zajął się legalną pracą oświatową, którą właściwie rozwinął i pozostawił na należytym poziomie. Był duszą i, przez dziesiątki lat, sekretarzem Towarzystwa Dobroczynności w Warszawie – instytucji założonej przez J.T. Lubomirskiego w roku 1861. „Wszystkie prace, do których wchodził młody inżynier, nabierały mocy i barwy i stawały się ważnymi placówkami kulturalnymi. Michalski umiał w nie wlać energię, wolę wytrwałą pracę” (podkr. K. M.). Czytelnie stały się szybko ośrodkiem pracy dziesiątków i setek ludzi dobrej woli, którzy niezależnie od przekonań, prowadzili wspólną pracy oświatową.

Trzeba uprzytomnić sobie atmosferę tamtych czasów w Kongresówce. Warszawa i całe Królestwo żyło niezwykle intensywnym życiem podziemnym. Świetne ujęcie problemów i atmosferę tamtych czasów zawdzięczamy klasycznej dziś już monografii Bogdana Cywińskiego Rodowody Niepokornych. (Pamiętam, jak na kilka lat przed napisaniem owej słynnej książki, przyszedł do mnie jej Autor, proponując mi współpracę nad nią. Musiałem mu wtedy odmówić – nie byłem kompetentny, a nadto zajęty pisaniem monografii i podręczników matematycznych, pracą nad budową nowej katedry. Częściowo spłacam ów „dług” niniejszym artykułem.) Wystarczy wspomnieć w tym miejscu „Latający Uniwersytet” (dokładniej: „Kursy Lotne Naukowe”). Te tajne wykłady na poziomie uniwersyteckim były osobliwością Królestwa i trwały do roku 1905. (Idea odżyła w czasie okupacji hitlerowskiej, nigdy młodzież nasza nie uczyła się z takim zapałem i oddaniem, z dosłownym narażeniem życia. Dane mi było – jako studentowi – brać udział w tym niezwykłym wydarzeniu!)

Pamiętajmy, był to okres polskiego „pozytywizmu”, „organicznej pracy od podstaw”, samouctwa. Zdawano sobie jasno sprawę, że „nauka to potęga”, że nie będzie Polski bez polskiej kultury i nauki.
Ofiarność i bezinteresowność owej epoki jest niemal nie do pojęcia dziś, gdy panoszy się malkontenctwo, jałowa zawiść i „prywata”. Na tamten grunt padały nasiana rzucane i pielęgnowane przez Michalskiego i jego współpracowników. Kiełkowała w nim idea Poradnika dla Samouków, pracowała w jego podświadomości i długo go męczyła. „Michalski od najwcześniejszej młodości miał aspiracje naukowe, jakąś romantyczną tęsknotę do nauki. Zajmował się w szkole wyższej gruntownie matematyką, a później tęsknił za psychologią i pedagogiką. Początki idei Poradnika zrodziły się w 1897 r. Pomógł mu Aleksander Hefllich, prokurent bankowy i ideowy pracownik czytelni bezpłatnych, obejmując techniczną organizację wydawnictwa. Obaj stworzyli bezinteresowną spółkę wydawniczą, której celem miało być wydanie Poradnika, obliczonego na 3-4 tomy. Mimo że idea Poradnika leżała niemal na ulicy, to jednak zrozumienie zasad przyszłego wydawnictwa spotykało się z dużym oporem specjalistów. Poradnik od razu stał się ośrodkiem impulsów, tętniącym nowym życiem. Mieszkanie Michalskiego przy ulicy Nowogrodzkiej przekształciło się w istną siedzibę naukową. Schodzili się tam wszyscy, proszeni i nieproszeni, uczeni i dyletanci, młodzież szukająca wiedzy i pomagająca w pracy. Wydawnictwa nabrało rozgłosu, zwłaszcza po wydaniu – z pomocą Kasy Mianowskiego – I tomu. Książka, wydana w 2,5 tys. egzemplarzy, rozeszła się w ciągu 1-2 miesięcy, wywołując powszechny entuzjazm i niecierpliwe wyczekiwanie reszty tomów.

Dla nas niezwykle cenne jest porównanie pierwszego wydania Poradnika z drugim. Pierwsze jest jeszcze bardzo skromne, stosunkowo mało ambitne, bardzo elementarne, zwracające się do szerokiej rzeszy czytelników, mających jedynie podstawowe przygotowanie. Wydanie drugie jest dziełem zupełnie nowym, przede wszystkim zaś tom poświęcony matematyce. Dopiero to dzieło zadowoliło Michalskiego w zupełności. Nie byłoby ono jednak do pomyślenia bez niezwykłej, twórczej inicjatywy młodziutkiego Zygmunta Janiszewskiego.

Narodziny Polskiej Szkoły Matematycznej
Niedługo po zakończeniu II wojny światowej zaczął działać, oficjalnie już, Uniwersytet Warszawski. Było nas około 30 studentów sekcji matematyczne-fizycznej wydziału „matematyczno-przyrodniczego”, bez podziału na lata studiów. Pamiętam niewiele wykładów kursowych i monograficznych oraz dwa seminaria (w tym jedno na bardzo elementarnym poziomie). Na wykłady z matematyki i fizyki uczęszczali wspólnie studenci chcący poświęcić się matematyce bądź fizyce. Seminarium Matematyczne gnieździło się w trzech maleńkich pomieszczeniach odstąpionych gościnnie przez Instytut Fizyki Doświadczalnej. Jeden pokój zajmowała biblioteka z księgozbiorem Samuela Dicksteina, przeniesiona z Pałacu Staszica, drugi służył wykładom monograficznym i seminariom, trzeci był wspólnym gabinetem naszych wybitnych nauczycieli: Sierpińskiego, Kuratowskiego, Borsuka, później Nikliborca i Mazura.

W tym czasie dane mi było spotkać się z niezwykłym człowiekiem, przyjacielem Janiszewskiego i Michalskiego, wielkim badaczem lodów, geologiem, Stanisławem Bronisławem Dobrowolskim. Człowiek ten był ucieleśnieniem niezwykłej epoki, w której powstał m.in. Poradnik dla Samouków i rodziła się Polska Szkoła Matematyczna. Ów starszy już wówczas człowiek promieniował pogodną, pozytywistyczną wiarą w naukę, która stanowiła dla niego prawdziwą religię. Gdy Dobrowolski dowiedział się, że chcę poświęcić się matematyce, opowiedział mi o swym spotkaniu z Janiszewskim, kiedy był świadkiem bólów porodowych PSM. Postaram się wiernie oddać słowa Dobrowolskiego, bo nie chciałbym, by zeszły ze mną do grobu:
Było to na kilka lat przed wybuchem I wojny. Lato spędzałem w zaprzyjaźnionym dworze. Było tam sporo młodych ludzi, pogodna atmosfera. Młodzi flirtowali, chodzili na wspólne spacery; wieczorami grali w karty, tańczyli. Pojawia się tam któregoś dnia miody matematyk, Zygmunt Janiszewski. Byłem jedynym, które chciał go wysłuchać, »rozmawiać z nim«. Tygodniami chodziliśmy po dworskim parku, polach, lesie, a Janiszewski mówił do mnie. Wylewały się z niego matematyczne pomysły, idee. Niewiele z tego rozumiałem, ale zdawałem sobie sprawę, że muszę go słuchać, towarzyszyć mu w jego deliberacjach, bo inaczej on oszalałby. Dziś, po przeszło czterdziestu latach widzę, że byłem przy narodzinach Polskiej Szkoły Matematycznej.

Opowiadanie to uprzytamnia niemal dotykalnie działanie idei, tutaj: matematyki. Jej przemożne parcie przypominało stan opętania wielkiego twórcy. Możemy sobie wyobrazić, jak szczęśliwe chwile przeżywał Stanisław Michalski mówiąc Janiszewskiemu o idei Poradnika i widząc, że iskra zapala się wielkim płomieniem, że przyświecająca mu idea nabiera kształtów i siły, o której nawet w najśmielszych swych marzeniach nie śnił.

Dar bogów
Powróćmy na koniec do charakterystyki matematyki, by podkreślić jej jedność jako organicznej całości życia idei. Matematyka jest całością wzajemnie powiązanych i oddziałujących na siebie organów, którymi są poszczególni matematycy, ich ugrupowania, szkoły. Tak tłumaczy się fakt, że: 1) konstrukcja lub odkrycie matematyczne dokonane przez jednego matematyka, czy ośrodek badawczy, niemal jednocześnie zostaje dokonane przez innych, mimo braku zewnętrznych kontaktów; 2) gdy jakaś teoria matematyczna dojrzeje, rozwinie się, pojawiają się nieznane dotąd i nieoczekiwane powiązania z odległymi dotychczas działami matematyki; 3) ale jedność ta nie jest czymś gotowym i nie zagrożonym. Musi być ustawicznie odnawiana, przekazywana, przeżywana. Na skutek swego ogromu współczesna matematyka jest stale zagrożona rozpadem, dezintegracją, utratą wspólnego języka. Interesujące, że pomocna w integracji jest i dziś fizyka – jej teoretyczne-magmatyczne problemy.
Ciągłość i trwałość matematyki jest gwarantowana w dużym stopniu tym, że matematyka jest także pismem. Jak już wspomniałem, ezoteryczność współczesnej matematyki związana jest z setkami (tysiącami?) znaków matematycznych, które nie wtajemniczonemu nic nie mówią, jak hieroglify, czy nuty. Rzeczywiście, owe „symbole” przypominają nieraz pismo obrazkowe, hieroglify, czy pismo chińskie, które, studiowane przez długie lata, zaczynają coraz pełniej przemawiać do badacza, pozwalają mu mówić owym językiem, zwanym matematyką, a w szczególnych przypadkach utalentowanych matematyków rozwijać ten język i pismo.

Zawsze, we wszystkich religiach i ich mitach wiedziano, że język i pismo są darami bogów. Może najpiękniej przedstawia to mitologia Greków. Sztuki, kunszty, nauka są darem Muz (stąd musiké); poeta, matematyk, jest tylko organem Muzy: poprzez niego śpiewa ona, sławiąc boski twór Kosmosu (jeszcze wielki Kepler wiedział, że „matematyka jest archetypem piękna świata”). Wielce wymowne jest, że muzy są dziećmi Zeusa i tytanki Mnemosyne (pamięci, przypomnienia). Przewodnikiem Muz – musagetem – jest Apollo, one zaś są jego organami i wysłanniczkami (angeloi). Z początku było ich trzy: Mneme (pamięć, wspomnienie), Melete (ćwiczenie – praxis), Aoide (pieśń, śpiew). I tak matematykę tworzy człowiek entusiasmowany (czyli napełniony bogami), dzięki Pamięci-Wspomnieniu (Mneme), ustawicznym ćwiczeniom – Praxis (Melete) i śpiewaniu czyli sztuce-kunsztowi-poezji (Aoide), tj. pracom-publikacjom, wykładom będącym pismem-literaturą, nieraz kunsztem-sztuką, dającą wzruszenie nie tylko estetyczne. Dziś zapomnieliśmy, że matematyka jest darem-podarkiem, wymagającym pamięci i ustawicznego ćwiczenia-przypominania – anamnezją, tradycją, która „nie jest konduktem pogrzebowym, lecz ciągiem zmartwychwstań – rodzenia się w nowej postaci”.

Na zakończenie przytaczam piękną formułę, nad którą pracowały przez 150 lat – począwszy od Riemanna – pokolenia największych matematyków. Nosi on mianu wzoru Wolperta.

Obrazek

Krzysztof Maurin
Krzysztof Maurin (ur. 1923) jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego. Był twórcą i kierownikiem Katedry Metod Matematycznych Fizyki U.W. Jego najważniejsze prace to monografia Metody przestrzeni Hilberta (1959), Analiza, Methods of Hilbert’s Spaces (1967), General Eigenfunction Expensions and Unitary Representations of Topological Groups (1968). W 1981 wydał tom drugi z serii Offene Systeme.

http://gnosis.art.pl/numery/gn10_maurin_ legenda_i_cud.htm

[/i]


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 305 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8 ... 21  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 8 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /