Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 54 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Smoleńsk, zacieranie śladów?
PostNapisane: 28 mar 2011, 08:29 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7565
Lokalizacja: Podlasie
Polska strona nie dysponuje protokołem z czynności podejmowania poszczególnych elementów wraku tupolewa. Nie wiadomo, czy Rosjanie w ogóle go sporządzili. A powinni - wskazują specjaliści

Kokpit zniknął nie tylko z raportu


Raport MAK nie wspomina o użyciu na miejscu katastrofy na Siewiernym śmigłowca transportowego. Do czego była potrzebna maszyna? Według jednego z naszych rozmówców, który pracował w Smoleńsku - śmigłowcem, z charakterystycznymi żółtymi linami o udźwigu do 3 ton, 11 kwietnia został przetransportowany kokpit tupolewa. Dokąd? Nie wiadomo. Na pewno nie na betonową wylewkę, na której "zrekonstruowano" wrak polskiej maszyny.

Relacje świadków oraz nieliczne zdjęcia i filmy zarejestrowane przez przypadkowe osoby znajdujące się w okolicach lotniska Siewiernyj 10 kwietnia 2010 roku pozwalają sądzić, że w wyniku uderzenia w ziemię kokpit wprawdzie został zniszczony, ale nie w takim stopniu, by nie był on rozpoznawalny. W samym raporcie Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego uznano, że przednia część kadłuba z kabiną załogi została całkowicie zniszczona. Relacje osób przybywających tuż po zdarzeniu pozwalają sądzić, że kabina pilotów, której nie widać na żadnej fotografii przedstawionej w raporcie Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK), nie została całkowicie zniszczona, a z pewnością nie została rozbita na "małe trudno identyfikowalne fragmenty" - jak uznał MAK. Jeszcze 2 września 2010 roku podczas konferencji prasowej prokurator Ireneusz Szeląg, szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej, mówił, że widział kokpit, ale z uwagi na empatię nie chciał szerzej rozwinąć tematu. - Jeżeli chodzi o stan kokpitu, to ja widziałem kokpit, natomiast państwo pozwolicie, że z pewnych względów, kierując się empatią i pewną wrażliwością, pozwolę sobie nie wypowiadać się na ten temat - mówił prokurator Szeląg. Powodem takiej powściągliwości był zapewne zakres zniszczeń kabiny, jednak - jak się okazuje - identyfikowalnej dla osoby niebędącej ekspertem lotniczym.
Prokurator Szeląg zapewnił wówczas, że prokuratura otrzymała protokoły miejsca zdarzenia wraz z dokumentacją fotograficzną, i stan ten jest udokumentowany.
W ocenie pełnomocników osób poszkodowanych w katastrofie takie zapewnienie prokuratora było na wyrost. Ich zdaniem, do Polski dotarła jedynie część protokołów, a dokumentacji fotograficznej praktycznie nie ma albo nie została ona udostępniona. - Nie chcę oceniać, jakimi materiałami dysponuje prokuratura, ale ja takiej dokumentacji nie widziałem - zaznaczył mec. Bartosz Kownacki. Na brak takiej dokumentacji wskazywali też polscy eksperci w uwagach do raportu MAK. Jak zaznaczono, Rosjanie nie udostępnili stronie polskiej dokumentacji fotograficznej i filmowej wraku samolotu z miejsca zdarzenia przedstawiającej przebieg przemieszczania szczątków i przebieg rekonstrukcji wraku samolotu. Polscy eksperci z dokumentacją "fotograficzną miejsca zdarzenia, w tym zdjęć wykonanych bezpośrednio po zaistnieniu katastrofy oraz filmów z miejsca katastrofy" mogli zapoznawać się tylko w siedzibie MAK.
Spostrzeżenia prokuratora Szeląga dotyczące faktu istnienia kokpitu znajdują potwierdzenie w relacji dr. płk. rez. Antoniego Milkiewicza, pilota i głównego inżyniera wojsk lotniczych, specjalisty z zakresu badań wypadków lotniczych, który w pierwszych dniach po katastrofie pracował w Smoleńsku. Milkiewicz w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" przyznał, że "kokpit, czyli kabina samolotu, którą zajmują piloci, leżał zmiażdżony na powierzchni ziemi" w pobliżu centropłatu samolotu. W jego ocenie, ta część samolotu została zabrana z miejsca katastrofy wraz z pozostałymi fragmentami następnego dnia po katastrofie. Nieco inaczej tę kwestię opisuje MAK, który w raporcie zaznaczył, iż "w okresie od 13.04.2010 do 16.04.2010 zostało wykonane przeniesienie fragmentów samolotu na przygotowany plac i rozłożenie elementów konstrukcji samolotu w rzeczywistym obrysie (rysunek 37), rozkładanie oprzyrządowania pilotażowego i radioelektronicznego według systemów, rozkładanie elementów systemu sterowania samolotem".
Z pewnością zarys kabiny pilotów można także zaobserwować na filmach wykonanych przez świadków katastrofy bezpośrednio po zdarzeniu - 10 kwietnia 2010 roku. Co się z nią stało później? Nie wiadomo. Amatorskie analizy filmów wskazują na obecność nad miejscem tragedii helikoptera wyposażonego w mocne liny umożliwiające podnoszenie dużych ciężarów, o udźwigu do 3 ton. Raport MAK o użyciu takiego sprzętu podczas akcji ratowniczej nie wspomina. Mając na uwadze relację dr. Milkiewicza, który pracował w Smoleńsku od 11 kwietnia 2010 roku, można założyć, że kokpit został wywieziony, ale w pierwszym dniu po zdarzeniu. Dokąd? Tej kwestii raport MAK nie podejmuje. Co więcej, Rosjanie uznali, że kabina pilotów samolotu Tu-154M została całkowicie zniszczona. W ocenie MAK, "w następstwie tego, że samolot zderzył się z ziemią, w odwróconym położeniu względem do osi podłużnej, nosowa owiewka kadłuba samolotu, oszklenie kabiny załogi, górna część kadłuba od wręgi 4-tej do 67A zostały zniszczone całkowicie, rozbite na małe trudno identyfikowalne fragmenty". MAK, opisując rozmieszczenie elementów samolotu, uznał też, że "przednia część kadłuba z kabiną załogi jest całkowicie zniszczona. Fragment nosowej części kadłuba z przednią golenią podwozia znajduje się w odległości 397 m od progu pasa startowego". Taki opis Rosjanie podparli zdjęciami elementów nosowej części samolotu oraz wraku, który został odtworzony na płycie lotniska z rozrzuconych fragmentów. Na żadnym z nich kokpitu nie widać.
W ocenie Ignacego Golińskiego, byłego członka Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, publikowane zdjęcia wraku Tu-154M sugerują, że kokpit samolotu został całkowicie zniszczony w czasie katastrofy. Jednak - jak przyznał - doświadczenie podpowiada, że nawet jeśli samolot spada na dziób, to zachowują się pewne elementy kokpitu nadające się do analiz, jak np. prędkościomierz, wysokościomierze itp. - Wierzę, że kabina pilotów została w czasie wypadku mocno zniszczona, ale z drugiej strony nie sądzę, by nic z niej nie pozostało - ocenił. Ponadto gdyby kabina pilotów rozpadła się na "trudno identyfikowalne fragmenty", to nasuwa się pytanie, na jakiej podstawie Rosjanie uznali, że w chwili katastrofy w kabinie pilotów był obecny gen. Andrzej Błasik i skąd pochodzą oraz jakie są na to dowody. Goliński zgodził się z tezą, iż w czasie katastrofy poszycie samolotu w miejscu kabiny pilotów zostało mocno zniszczone, a już po wypadku z kabiny pilotów wyciągnięto wszelkie urządzenia w celu dokonania ich badań. Jednak w takim wypadku powinien powstać protokół opisujący wykonane czynności. To, czy w pierwszej kolejności zostanie wykonana pełna rekonstrukcja wraku, a następnie wybrane będą elementy do badań, zależy od przyjętej przez kierującego badaniami metodologii. - Na pewno przy wyciąganiu poszczególnych elementów z wraku samolotu powinno się spisać protokół, co i w jakim celu zostało wyjęte. Trzeba tu jednak pamiętać, że zanim przystąpi się do jakichkolwiek prac, należy wykonać, bez ruszania elementów samolotu, dokładną dokumentację fotograficzną i filmową miejsca katastrofy - podkreśla Goliński.

Marcin Austyn

NASZ DZIENNIK 2011-03-28

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk, zacieranie śladów?
PostNapisane: 31 mar 2011, 11:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31678
Kto nami rządzi? Na marginesie "Listu z Polski" Pilisa

Dopiero dziś wieczorem zobaczyłem film "List z Polski", dzięki udziałowi w spotkaniu promocyjnym książki pod tym samym tytułem, Mariusza Pilisa i Artura Dmochowskiego. Pokaz filmu był pomysłem podjętym przez organizatorów w ostatniej chwili, dobra niespodzianka!
To był pierwszy film o katastrofie smoleńskiej. Powstał dzięki telewizji holenderskiej, jest obecnie pokazywany w innych krajach Europy i za oceanem. Żadna z telewizji polskich nie była nim, ani nadal nie jest nim zainteresowana. Film ma ponad milion wejść w internecie, co znaczy że łatwo mógłby zdobyć pięciomilionową widownię. Żadna stacja jednak nie chce go pokazać, nie chce na nim zarobić. Dlaczego tak się boją tych pieniędzy zarobić?

Film jest pokazywany jak za czasów PRL, na spotkaniach w malych salach, klubach, domach kultury. Czasem nagle władze zmieniają w ostatniej chwili salę albo odmawiąją jej udostępnienia. Czasem nagle następuje awaria prądu albo inne problemy techniczne. Dzisiaj przeszkadzał, plątał się przed prowadzącymi spotkanie Mariuszem Pilisem i Bronisławem Wildsteinem jakiś dziennikarz nie wiadomo skąd, fotograf, który nie mógł przestać błyskać fleszem. Czy miał zlecenie na zdjęcie Wildsteina dłubiącego w nosie?
Film "List z Polski" to taka "pigułka" wiedzy o katastrofie smoleńskiej i jej kontekście, przeznaczona dla widza holenderskiego, dla europejczyka nie patrzącego dotąd dalej niż po Berlin. Holendrów wciskał w fotele. Mnie pozwolił on upewnić się, że myśląc o słabości gwarancji bezpieczeństwa naszego kraju, nie staję się szaleńcem czy idiotą. Dla wszystkich musi być uderzające również to, że mimo iż film ten był robiony ponad pół roku temu, nasz stan wiedzy w ogóle się nie zmienił: wszystkie pytania wciąż pozostają bez odpowiedzi, wszelkie wątpliwości nadal są zasadne. Nic nie wiemy. Poza tym, że coraz to jest odsłaniane kolejne kłamstwo. Mamy więc coraz to większą wiedzę jedynie o rozmiarach kłamstwa, jakim nas mamiono.

Książka zawiera zapis wywiadów, bogaty materiał, który siłą rzeczy nie zmieścił się w filmie. Myślę, że dopiero i film, i książka, pokazują pełen dramat sytuacji posmoleńskiej, w jakiej się znaleźliśmy. Putin przejął śledztwo, przetrzymuje nasze "czarne skrzynki", powoduje niszczenie wraku i zacieranie śladów, upowszechnia w opinii światowej fałszywe tezy w sprawie przyczyn katastrofy. Nie ma właściwie żadnej odpowiedzi naszego państwa, rządu, wobec Rosji. Trudno nie zapytać, kto nakłada embargo na takie filmy, kto filtruje informacje, kto nami rządzi?

http://notatnikmieszczucha.salon24.pl/2 ... ski-pilisa


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk, zacieranie śladów?
PostNapisane: 14 cze 2011, 16:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31678
Towarzysz Parulski

Kiedyś w sensacyjnym artykule zamieszczonym w „Wprost” tamtejsi dziennikarze z rozbrajającą szczerością przyznali się do tego, iż w ich rękach jest kilkadziesiąt tomów akt smoleńskiego śledztwa. Autora przecieków nigdy nie poznaliśmy, a podwładni towarzysza Parulskiego wykorzystali to, jako pretekst do wydania zakazu pełnomocnikom rodzin ofiar tragedii smoleńskiej na sporządzanie fotokopii z akt sprawy.

Kiedy zbliżały się święta Bożego Narodzenia w 2010 roku w Gazecie Wyborczej ukazał się niemal w całości oparty na przeciekach z prokuratury artykuł cyngla Czuchnowskiego zatytułowany „Jak znaleziono ciało Lecha Kaczyńskiego”.

Funkcjonariusze z Czerskiej w jakiś cudowny sposób zdobyli dostęp do „ściśle tajnych” kilkudziesięciu zdjęć i filmów nakręconych na miejscu katastrofy przez funkcjonariuszy BOR, a znajdujących się w aktach.

Jakby tego było mało, dzisiejszy artykuł w Gazecie Wyborczej zatytułowany „Café pod agentem” to nic innego jak kontrolowany kolejny przeciek z prokuratury mający na celu dobicie prokuratora Pasionka.

Co jeszcze musi się stać, aby szef wojskowej prokuratury wojskowej generał Parulski został wywalony w końcu na zbity pysk?

Tropienie agentów „wrogiego mocarstwa” i przecieków do „Rzeczpospolitej” i „Naszego Dziennika” w sytuacji, kiedy prokuratura wojskowa od samego początku jest nieszczelna i uprawia grę przeciekami to kuriozum i pokaz wyjątkowej hipokryzji i zakłamania.

A co do agentów obcych państw to mam pytanie do towarzysza Parulskiego. Czy wszczęto śledztwo wobec pułkownika Edmunda Klicha? Wiadomo dziś ze stuprocentowa pewnością, że został on uaktywniony w godzinach przedpołudniowych 10 kwietnia 2010 roku nie przez jakiekolwiek organy polskiego państwa, ale otrzymał telefonicznie rozkaz prosto z Moskwy od człowieka Putina, niejakiego Morozowa.

Czy bierność organów ścigania w tej sprawie jest podyktowana tym, iż akurat w tym przypadku chodzi o „Bratnie mocarstwo” zaprzyjaźnione z polskimi elitami i propagandystami z Czerskiej i Wiertniczej?

Czy może z tych samych powodów nikt nie bada, dlaczego szef kancelarii premiera Tomasz Arabski spotykał się przed tragedia smoleńską z funkcjonariuszami rosyjskiego państwa poza protokołem dyplomatycznym w jednej z moskiewskich restauracji?

http://kokos.salon24.pl/315450,towarzysz-parulski


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk, zacieranie śladów?
PostNapisane: 14 cze 2011, 19:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31678
Wiemy, co stało się z materiałami USA ws. Smoleńska

Służba Kontrwywiadu Wojskowego już w kwietniu 2010 otrzymała od zagranicznych partnerów tajne zdjęcia satelitarne okolic smoleńskiego lotniska i przekazała je prokuraturze - poinformował departament prasowo-informacyjny SKW.

"Służba Kontrwywiadu Wojskowego informuje, że już w kwietniu 2010 r., w ramach współpracy z jedną ze służb partnerskich NATO, otrzymała materiały niejawne pochodzące z rozpoznania satelitarnego związane z katastrofą samolotu Tu-154M pod Smoleńskiem. Materiały zostały niezwłocznie przekazane Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie" - napisano w komunikacie dla mediów.

SKW podkreśla, że "bez zwłoki przekazała do Prokuratury informacje otrzymane od instytucji zagranicznych mogące mieć związek z katastrofą smoleńską 10 kwietnia 2010 roku".

W poniedziałek prokuratura poinformowała, że uznaje za zakończoną sprawę pomocy prawnej w związku z katastrofą smoleńską. Według wtorkowej "Rzeczpospolitej" komunikat prokuratury świadczy, że "jedna z państwowych instytucji przez kilka miesięcy przetrzymywała dowody z USA w sprawie katastrofy smoleńskiej".

Szef prowadzącej śledztwo smoleńskie Wojskowej Prokuratury Okręgowej płk Ireneusz Szeląg pytany o zarzut "Rzeczpospolitej", odpowiedział pytaniem: "Skąd wiadomo, że to było przetrzymanie?". Nie ujawnił żadnych szczegółów powołując się na najwyższą klauzulę tajności.

Rzecznik Naczelnej Prokuratury Wojskowej płk Zbigniew Rzepa ujawnił w poniedziałek, że już w marcu br. USA poinformowały, iż wszelkie materiały dotyczące katastrofy przekazały Polsce już w początkowym okresie śledztwa.

30 czerwca ubiegłego roku Polska wystąpiła do władz Stanów Zjednoczonych o udzielenie międzynarodowej pomocy prawnej. Polska postulowała o przekazanie m.in. wszelkich informacji będących w gestii strony amerykańskiej dotyczących okoliczności katastrofy 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku.

11 stycznia br. do WPO wpłynęło pismo wydziału spraw karnych Biura Spraw Międzynarodowych Departamentu Sprawiedliwości USA będące odpowiedzią na wniosek Polski. Strona Polska uznała odpowiedź strony amerykańskiej za niewystarczającą, o czym poinformowano władze amerykańskie pismem 3 lutego 2011.

17 marca 2011 r. do WPO wpłynęła kolejna odpowiedź wydziału spraw karnych - Biura Spraw Międzynarodowych Departamentu Sprawiedliwości USA, w którym strona amerykańska ponownie poinformowała, że "Stany Zjednoczone przekazały agendom rządu polskiego, już w początkowym okresie śledztwa, wszelkie materiały dotyczące katastrofy smoleńskiej, jakimi dysponowały, i w tej chwili władze USA nie posiadają żadnych innych informacji w tym zakresie".

Jak powiedział w poniedziałek Rzepa, WPO zwróciła się wtedy do kilku organów i instytucji państwowych, w tym do szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, o przekazanie wszelkich materiałów uzyskanych od organów bądź agend Stanów Zjednoczonych Ameryki związanych z okolicznościami katastrofy.

W następstwie tego pisma WPO otrzymała "od jednej z instytucji państwowych pakiet dokumentów niejawnych" - poinformował rzecznik NPW.

Dodał, że dokumenty te dołączono do akt wydzielonych śledztwa. Ponadto uzyskano od Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego pakiet materiałów związanych z prowadzonymi we współpracy z organami władz USA oraz producenta badaniami zapisów urządzeń TAWS i FMS, które włączono do akt głównych śledztwa. Innych materiałów nie uzyskano.

Jak przyznawał w 2010 r. prokurator generalny Andrzej Seremet wniosek o pomoc do Departamentu Sprawiedliwości USA dotyczył udostępnienia ewentualnie posiadanych przez stronę amerykańską zapisów nasłuchów "rozmów w przestrzeni". Media spekulowały, iż we wniosku prokuratorzy mieli prosić m.in. o sprawdzenie, czy istnieją naukowe i techniczne możliwości "wygenerowania sztucznej mgły", bo chcieli zweryfikować "spiskowe" teorie na temat przyczyn katastrofy Tupolewa.

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title, ... omosc.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk, zacieranie śladów?
PostNapisane: 30 cze 2011, 09:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31678
Raport Macierewicza, raport Millera

Z cała świadomością odpuściłem sobie wczoraj udział w dyskusji na temat przedstawionych w mediach wyników prac zespołu Antoniego Macierewicza oraz przeciekłych do mediów skrawków raportu Ministra Millera. Po pierwsze dlatego, że w jednymi i drugim przypadku mamy do czynienia z nawet nie z niepełnym materiałem a z tezami opartymi na wynikach prac. Po drugie zaś dlatego, że przy obecnym stanie wiedzy dużo ciekawszym zdawało mi się obserwowanie reakcji na upublicznione i ujawnione efekty obu postępowań zmierzających do wyjaśnienia przyczyn zdarzeń z 10 kwietnia ubiegłego roku.

Z tej perspektywy świadome czy tez przypadkowe wyprzedzenie przez zespół Macierewicza prezentacji rezultatów pracy zespołu rządowego było strzałem w dziesiątkę. I wcale nie dlatego, że teraz druga strona będzie musiała się zmagać z twierdzeniami zawartymi w materiałach zespołu poselskiego. Wręcz przeciwnie! Właśnie dlatego, że druga strona ostentacyjnie dała do zrozumienia, iż z tym materiałem „zmagać” się nie ma najmniejszego zamiaru. Szczególnie wartościowa z punktu widzenia Antoniego Macierewicza była reakcja Premiera. Stwierdzenie „mamy wszyscy wystarczająco dużo zajęć poważnych i na tych zajęciach będziemy się koncentrować” z pozoru sprytnie ustawiło dyskusję nad materiałem przygotowanym przez parlamentarzystów PiS. Z pozoru. Bo jeśli jeszcze tę, arogancka jak by nie patrzeć wypowiedź uzupełnić o następne, bardzo surowe: „natomiast (to są) partyjne, propagandowe materiały - bo przecież mieliśmy okazję wysłuchiwać wielu relacji z pracy pana posła Macierewicza”* mamy do czynienia z… Nie z rzeczowym dialogiem z opozycją a z insynuacją. Bo tak chyba można nazwać ostra opinię na temat czegoś, czego nie tylko się nie widziało na oczy ale i widzieć się nie ma zamiaru.

Tak przy okazji, wobec zwyczajowego, lekceważącego „ mamy dużo zajęć” aż prosi się złośliwa uwaga, że w tej sytuacji mógłby pan Premier wydłużyć sobie tydzień pracy z trzech do czterech a może i pięciu dni. I wtedy może by mu czasu „styknęło”.

Z punktu widzenia rywalizacji PO i rządu z PiS-em w sprawie katastrofy smoleńskiej na korzyść opozycji zagrał też niezawodny pan Niesiołowski. „To są brednie - tłumaczy wicemarszałek Sejmu - a Macierewicz jest kandydatem do badań psychiatrycznych.”** Tu też można by zauważyć złośliwie, ze wypowiedź pana Marszałka przesiąknięta jest fachowością specjalisty, który o umysłowych fiksacjach wie wszystko. Z autopsji.

Złośliwość złośliwością. Czemu sądzę, że te, PiaRowsko zdające się być świetnie dobranymi reakcje polityków rządu i Platformy wcale nie zasługują na taki aplauz. Przede wszystkim z racji tego, że przed nami jeszcze prezentacja raportu Ministra Millera. Gdy to nastąpi…

Gdy to nastąpi trudno będzie panu Tuskowi atakować opozycję, że ma gotowy pogląd na raport nie koniecznie znając jego treść. Trudno będzie reagować na zarzuty nie odnoszące się do raportu merytorycznie. Szczególnie zaś trudno będzie odpierać personalne, adresowane choćby do pana Millera, zarzuty o stronniczość. Bo Antoni Macierewicz BYĆ MOŻE ma kłopoty z psychika i BYĆ MOŻE nie powinien kierować pracami zespołu. Natomiast pan Miller NA PEWNO jest osobą, która jest stroną w sprawia i znajduje się przecież w kręgu osób potencjalnie odpowiedzialnych za to, co zdarzyło się w Smoleńsku i NA PEWNO nie powinna prowadzić śledztwa w SWOJEJ sprawie. Nemo iudex in causa sua…

Jeśli więc domagający się od opozycji „konstruktywnej postawy” Premier olewa jej wysiłki jak najbardziej zrozumiałe z uwagi na znaczenie sprawy to niech się nie dziwi, jeśli ta sama opozycja w podobny, nie koniecznie rzeczowy sposób podejdzie do tego, co wypichci Miller i jego ekipa.

Na koniec taka scenka, która znakomicie ilustruje poziom dyskusji na temat wyników prac zespołu Macierewicza. Oto w TVN24 pani Olejnik na wspomnianą okoliczność przesłuchała europosła Cymańskiego. Oglądałem tylko fragment. tak więc najpierw (w tym fragmencie) Stokrotka Moja Ulubiona pojechała brutalnie po Cymańskim zauważając, że Macierewicz miał ograniczony dostęp do materiałów źródłowych więc jego wiedza jest wątpliwa po czym… Po czym sama, na zasadzie „jest powszechnie wiadomym” wyjaśniła panu Cymańskiemu co było przyczyna katastrofy. jakby sama miała taki dostęp do tych tajnych źródeł, jakiego Macierewicz nigdy miał nie będzie. Bo ona jest przecież Redaktor a on tylko poseł RP.

Tak to jest i już pewnie będzie z tą naszą oficjalną wersją tragedii smoleńskiej, że „jak było naprawdę” wiedzieć będzie tylko Stokrotka Moja Ulubiona i paru jej kolegów, Macierewicz będzie w „psychuszce” a Miller dostanie jakąś tam cywilną wersję „drugiej gwiazdki”. Jakiego „Orła Białego” na przykład. Cokolwiek by jeszcze ujawniono i napisano w tej sprawie…



* http://fakty.interia.pl/fakty_dnia/news ... za,1659630

** http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/ ... acyjna____

http://rosemann.salon24.pl/320085,rapor ... rt-millera

I jeden z komentarzy:

Antoni Macierewicz to najwyższej klasy specjalista od raportów. Człowiek niesłychanie skrupulatny, uczciwy. To perła. Całe lata walki z komunistami. Doswiadczenie sejmowe, podejmowanie się najtrudniejszych zadań w okresie po 89 roku. J. Kaczyński wiedział, kogo wystawić do przewodniczenia Zespołowi sejmowemu. I dlatego jest po roku 89 dalej z taką zaciekłoscią zwalczany przez postkomunę. Widać to teraz jasno. A co do raportów. Raport Macierewicza jest doskonały. Pokazuje fakty. I niech ktoś, kto uważa, ze te fakty są nieprawdziwe, poda go do sądu, lub w inny sposób udowodni to. Nie ma takiego. dlatego wolą mówić, że nie czytają. A raport Millera? Dlaczego Tusk wyznaczył do wykonania tego zadania Millera, przecież bezposrednio winnego tej katastrofy, bo nadzorował BOR. Myslę, ze dlatego, iż Miller jest mgr inż. po AGH, Wydziale Automatyki i Elektroniki. Pewnie jedyny inzynier, po studiach technicznych w rzadzie. I wg mnie jego raport bedzie naszpikowany elementami technicznymi, udawadniajacymi tezy rzadu i Rosjan. Przeciętny obywatel nic nie będzie z tych "analiz" rozumiał. Bo jak moze powstać prawdziwy raport bez oryginalnych dowodów? I tak, bedzie ten raport Millera funkcjonował, dopóki specjaliści go nie rozszyfrują. Ale to pewnie już po wyborach. Wiec spełni swoją rolę.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk, zacieranie śladów?
PostNapisane: 26 lip 2011, 06:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31678
Antoni Macierewicz

Wpadł mi do ucha jakiś najnowszy sondaż, niestety nie potrafię za dużo o nim powiedzieć - w końcu od tego mam drugie ucho by mi taka propaganda nie zaprzątała zbyt wielu czasu.

Ale...

To co podano o tym że Jarosław Kaczyński jest tym któremu "Polacy" (cudzysłów bo określenie Polacy pojawia się zawsze w specyficznych chwilach takich agitek) nie ufają najbardziej ze wszystkich nie zdziwiło mnie.

Tak jak nie zdziwiło mnie gdy Jacek Kuroń, którego podobno lud kochał i wierzył mu w porywach do 90 procent zastartował w wyborach prezydenckich w którym pokwitował 8 (bodaj) procent i jazda do domu.

Ale kolejna wiadomośc była dość frapująca. Drugim któremu "Polacy" nie ufają jest Antoni Macierewicz. Mogę się mylić, bo jak pisałem do słuchania sondaży nie mam serca, ale zdaje się wczesniej jakos nie był "notowany". No a nawet jeśli to chyba nigdy z takim triumfem!

Myslę że rozpoczeła się kampania której celem jest przedstawienie Antoniego Macierewicza jako osoby najmniej wiarygodnej nad Wisłą.

Związek tej kampani z wydarzeniami najbliższych tygodni jest oczywisty.

Tak jak po publikacji Białej Księgi natychmiast (czyżby kurs szybkiego czytania?) rozległ się przekaz żeby tego nie czytać ani szybko ani wolno - tak przed publikacją raportu istnieje pilne zapotrzebowanie na to by Antoni Macierewicz był postrzegany postać nie tylko kompletnie niewiarygodna, ale wręcz synonim jakiegoś "obciachu".

Po prostu to zobaczmy. Twarde fakty przedstawione przez Macierewicza nie będa miały znaczenia. Chodzi o to by w ogóle nie słuchać a Macierewicza zwekslować "przecież to wariat - kto tam go czyta czy słucha"

http://zascianek.salon24.pl/326233,antoni-macierewicz


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk, zacieranie śladów?
PostNapisane: 04 sie 2011, 17:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31678
Ekshumacje.J.Miller - minister, figurant czy...

...pacynka na sznurkach Tuska ?

Komisja J.Millera, będąca w zasięgu materiału dowodowego jakim są znajdujące się wPolsce
Od stycznia 2011 Polska czekała na raport komisji J.Millera. W końcu, 29 lipca po wielu odraczaniach daty publicznej jego prezentacji dostała – niestety niepełny, w sporządzeniu którego komisja opierała się nie na oryginałach, a na kopiach czarnych skrzynek, na fragmentarycznej, budzącej wątpliwości i zastrzeżenia dokumentacji anatomopatologicznej, z braku wraku przedstawiła hipotezy odnośnie stopnia i rodzaju uszkodzeń Tu154M, nr boczny 101. Przyjmijmy, że z powodu przetrzymywania przez Moskwę oryginałów czarnych skrzynek do końca śledztwa rosyjskiego, komisja J.Millera nie miała szans przedstawić w raporcie wyników badań dokonanych na ich oryginałach. Przyjmijmy, że z powodów przetrzymywania przez Moskwę wraku Tu154M nr boczny 101, gnijącego na placu lotniska Smoleńsk-Sewiernyj komisja nie miała szans poddać specjalistycznym badaniom śledczym jego elementów.

Komisja ministra MSWiA, Jerzego Millera, miała jednak szansę wymóc na dysponentach decyzji o ekshumacji i powtórnej, już tylko polskiej sekcji zwłok, w tym przypadku na Naczelnej Prokuraturze Wojskowej taką decyzję, a być może nawet – we współpracy lub za pośrednictwem Prokuratora Generalnego RP, A.Seremeta, który jest zwierzchnikiem NPW, zadysponować wydanie przez nią zezwolenia na wykonanie ekshumacji ciał ofiar tragedii smoleńskiej !!!

Komisja J.Millera miała szansę włączyć do swego raportu dokumentację z przeprowadzonych przez polskich specjalistów, w polskich zakładach medycyny sądowej, sekcji zwłok ofiar smoleńskich z tej prostej przyczyny, że w odróżnieniu od oryginałów czarnych skrzynek i wraku, „oryginały” czyli ciała ofiar znajdują się w Polsce, pod polską jurysdykcją i zezwolenie na ekshumacje leży obecnie wyłącznie w gestii polskich organów śledczych. Dzięki temu raport byłby pełniejszy i wiarygodniejszy !

Komisja J.Millera, będąca w zasięgu materiału dowodowego jakim są znajdujące się w Polsce szczątki ofiar tragedii smoleńskiej, jednak z niego nie skorzystała.
DLACZEGO ???

Przepisy międzynarodowe o transporcie zwłok z państwa do państwa rzeczywiście stawiają wymaganie by transport zwłok przez granicę/granice odbył się w szczelnym, czyli zalutowanym pojemniku, umieszczonym we właściwej trumnie (co można sprawdzić wywołując w googlach pierwszą lepszą agencję pogrzebową z certyfikatem na międzynarodowy transport zwłok), ale przepisy te dotyczą tylko samego transportu (bez znaczenia - naziemnego, wodnego, powietrznego). W kraju pochówku transportowanej przez granicę/granice osoby zmarłej te przepisy tracą moc, natomiast dalsze postępowanie ze zwłokami regulują przepisy, obowiązujące w kraju, w którym ma odbyć się pochówek. Przepisy te jednak nie zabraniają rozhermetyzowania pojemnika jeśli wymaga tego np. śledztwo, prowadzone w ramach wyjaśnienia niejasnych przyczyn zejścia osoby zmarłej.

Organy polskie, prowadzące śledztwo smoleńskie, a w gestii których leży wydanie zezwolenia na przeprowadzenie ekshumacji i ponownej sekcji zwłok ofiar smoleńskich, a konkretnie instytucja zwana naczelną Prokuraturą Wojskową, względem zainteresowanych osób prywatnych, w tym przypadku rodzin i bliskich ofiar smoleńskich, nadużywała argumentu typu pojemnika ze zwłokami raz zalutowanego nie wolno otwierać. NPW na złożone przez rodziny ofiar wnioski o ekshumacje, dając wymijające odpowiedzi lub nie udzielając żadnych, nigdy i nigdzie nie podała - na podstawie jakiego dokumentu odmawia wydania zezwolenia, zasłaniając się dyżurnym i małowiarygodnymi, a wręcz nieprofesjonalnym wyjaśnieniem, że to dla dobra śledztwa, tajemnica śledztwa. WE tym przypadku rzecznik NPW, płk Rzepa pobił wszelkie rekordy pomysłowości w wymigiwaniu się NPW od odpowiedzi, zasłaniając się dyżurnym i sakramentalnym, ale po prawie 15-tu miesiącach cyrku „Parulski” już niestety śmiechu i funta kłaków wartym „nic mi nie wiadomo by NPW......” itd..

Dlaczego min.MSWiA, Jerzy Miller, od dnia powołania sejmowej komisji d/s badania przyczyn katastrofy smoleńskiej, której przewodzi (ciekawe, że daty powołania komisji nigdzie nie znalazłam, a o samej komisji brak jakiejkolwiek wzmianki w Wikipedii - http://pl.wikipedia.org/wiki/Katastrofa ... ia_polskie - nielegitymna, fikcyjna ?) do dziś nie wystąpił do NPW, do prokuratora generalnego RP z wnioskiem o przeprowadzenie ekshumacji ciał ofiar i dokonanie sekcji ich zwłok w celu uzupełnienia dokumentacji rosyjskiej i wniosków śledztwa tejże komisji ? Czy nie zrobił tego bo* :
1/ jako minister nie ma odpowiednich uprawnień
2/ jako minister MSWiA w kwestii smoleńskiej nie ma prawa współpracować z innymi resortami i wymiarem sprawiedliwości zwłaszcza
3/ respektuje narzucone przez bezpośredniego zwierzchnika polecenie :
a/ w żadnym wypadku nie wykraczać poza raport MAK
b/ w żadnym wypadku nie przejawiać własnej inicjatywy
c/ precyzyjnie wykonać rozkaz prezydenta FR, Miedwiediewa o ujednoliceniu raportu polskiego z raportem MAK
d/ nie żądać żadnych ekspertyz na dostępnych materiałach bo instalacja elektryczna w łazience prywatnego mieszkania jest pod opieką fachowców od mokrej roboty
e/ inne
4/ jest niekompetentny w dziedzinie praw, obowiązków i przywilejów ministra
5/ szef powiedział, że Rosja może się obrazić i wypowiedzieć wojnę Polsce
6/ inne

http://contessabalcanese.salon24.pl/330 ... gurant-czy


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk, zacieranie śladów?
PostNapisane: 16 sie 2011, 18:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31678
Przez wizjer

Program „Superwizjer”, jeśli chodzi o „sprawę Smoleńska” od samego początku stał twardo na gruncie niepodważalnej ruskiej narracji, choć, co trzeba przyznać, reprezentował stanowisko „socjalizm tak, wypaczenia nie”, a więc pozwalał sobie na pewne wybiegi, no niekoniecznie krytyczne wobec kanonicznego przekazu z Moskwy, ale nieco, prawda, drążące co poniektóre kwestie (http://superwizjer.tvn.pl/36952,kontrol ... detal.html). Generalnym zadaniem reporterów rządowej telewizji było dowiedzenie za wszelką cenę, iż 10-go Kwietnia do żadnego zamachu nie doszło, toteż nawet gdy wyruszono na poszukiwanie „świadków wypadku”, to „los chciał”, że byli to ludzie, którzy widzieli i słyszeli wszystko, tylko nie zamach (http://freeyourmind.salon24.pl/234632,film-swiadkowie). Z tego też powodu (tj. realizacji głównego zadania zwalczania „spiskowej teorii zamachowej”, o czym rządowa telewizja pamiętała już od pierwszych chwil swych relacji o „problemach z lądowaniem” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... tania.html)) zupełnie przypadkowo i niechcący reporterzy „Superwizjera” uzyskiwali efekt komiczny, a nawet wychodziło im mimowolnie odsłanianie jakiegoś drugiego dna w historii tragedii.

Gdy bowiem świadkowie z okolic garaży nieopodal smoleńskiego lotniska (http://superwizjer.tvn.pl/36814,podchod ... detal.html), opowiadali o tym, że „pewnie coś tam palą i butelka wybuchła”, to na pewno świadczyło to o tym, że żadnego zamachu na Siewiernym nie było, ale też, co czujni reporterzy jakoś przeoczyli, że żadnej katastrofy czy wypadku także nie było. Odgłos wybuchającej butelki to jednak nieco za mało jak na dźwiękowy efekt po upadku blisko stutonowego samolotu. Gdy z kolei dwie „pracownice pogotowia” z przejęciem opowiadały o tym, jak doliczyły się w przeciągu pół godziny 90 ciał na pobojowisku, które to ciała błyskawicznie ładowano pod białymi prześcieradłami na nosze („Nosiłyśmy ciała. Oni wszyscy byli przykryci. Położyli ich, przykryli i wynosili. Na noszach byli przykryci białymi prześcieradłami”), to nieco to odstawało nie tylko od tych relacji polskich naocznych świadków, którzy nie widzieli ciał (Bahr, Wiśniewski), widzieli kilka/kilkanaście ciał (Sasin), ale i od tej relacji innej „pracownicy pogotowia”, która w ogóle nie widziała całych ciał: „to nie były zwłoki tylko fragmenty ciał, krew, wnętrzności. Biegaliśmy między tym wszystkim i próbowaliśmy znaleźć chociaż jakieś ciało w całości.” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.c ... nkowe.html).

Wprawdzie kwietniowy „Superwizjer” pokazał filmik Koli, ale to, że nie widać na nim żadnych zwłok ani nawet fragmentów ludzkich ciał, nie zastanowiło reporterów (http://superwizjer.tvn.pl/36814,podchod ... detal.html). O wiele ważniejsze było to, że jakaś babcia na balkonie dopytywała chłopczyka na sąsiednim balkonie: „Sieriożenka, a gdzie to tak wybuchło?”, na co Sieriożeńka miał odpowiedzieć: „Wie pani, samolot spadł. (…) Słyszałem, że z delegacją z Polski i prezydentem.” Samego Sieriożeńki już nie widzieliśmy w „Superwizjerze”. Wprawdzie zamieścili wywiad z Michaiłem Osipienką z „Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych”, ale to, że mówi on o wywożeniu szczątków z pobojowiska... do Briańska, „gdzie czeka wasz samolot gotowy do odlotu” wcale nie zainteresowało reporterów, choć zdawałoby się, że najprościej jest szczątki wywozić bezpośrednio z Siewiernego.

Jakiś czas później reporterzy wzięli się nieco żwawiej za obalanie spiskowej zamachowej teorii, a zwłaszcza kwestii autorstwa filmiku Koli i udali się znowu do warsztatu samochodowego - za pierwszym razem spotkali i sfilmowali tylko bidnego Siergieja, za drugim, znalazł się Fomin, który ze szczerym uśmiechem na ustach zaprowadził reporterów do Safonienki uchodzącego w niektórych medialnych przekazach za Iwanowa. Materiał ten, sprawdzałem dzisiaj, jakoś zniknął ze strony Archiwum „Superwizjera” (http://superwizjer.tvn.pl/18,archiwum.html), na szczęście jest jeszcze na YT (http://www.youtube.com/watch?v=e0DKKLit ... re=related). Warto go zarchiwizować, gdyby kiedyś się okazało, że dla kogoś z rządowej telewizji utracił on wartość dokumentalną i należy go skasować. Nie wchodząc tym razem w szczegóły już przecież znanej dość dobrze sprawy, zwróciłbym tu uwagę na jedną rzecz – to, co zgodnie mówią Fomin i Safonienko, tj. że nie widzieli żadnych ciał. Fomin dodaje, na temat „operatora” (jak to twierdzi narrator materiału „Superwizjera”) Wiśniewskiego: „tędy szedł jakiś mężczyzna. Jeden z funkcjonariuszy OMON podbiegł do niego i uderzył go w twarz, zabrał mu kamerę. Jak to zobaczyłem, schowałem telefon i wszedłem do lasu” (Fomin śmieje się, a w głębi kadru za jego plecami stoi spokojnie ruski samochód milicyjny).

Oczywiście ta Fominowa wersja zdarzeń kłóci się z... filmikiem moonwalkera. Owszem ten ostatni niedługo po minięciu się z Fominem (stojącym z tyłu) i rozmowie ze „strażakiem”, zgina się w milczeniu, jakby mu ktoś przystawił „makarowa do łba”, ale przecież nie przestaje filmować i nie traci kamery.

Co natomiast ciekawego mówi wtedy Safonienko poza tym, że nie widział ciał? Także coś, co wcale nie zaintrygowało reporterów rządowej telewizji: „Gdy tylko wyszedłem na zewnątrz zobaczyłem błysk wybuchającego paliwa. Nikogo jeszcze nie było. Zobaczyłem tylko dziadka, którego widać na filmiku. Stał zszokowany. Nigdy wcześniej tego dziadka nie widziałem. Nie znam go, pewnie szedł tędy na daczę. (…) Tu wszędzie leżały części, paliły się. (…) Zapach paliwa był przerażający, po prostu wydawało się, że wszystko się zaraz zapali. Nie podchodziłem bliżej, ten zapach był straszny – w kilku miejscach się paliło. Nic więcej nie widziałem. Ciał żadnych nie widziałem. W ogóle nie przypuszczałem, że to samolot pasażerski, przecież to jest wojskowe lotnisko.”. Przypomnę, że kiedyś jedna z reporterek (na blogu u Pluszaczka) pisała, że filmik Safonienki pochodzi z godz. ca. 8.56. Jest to o tyle ważna informacja, że o 8.56 na materiale „polskiego montażysty”, jak doskonale wiemy, jest zupełnie inna historia aniżeli na filmiku Koli, który w tym właśnie czasie miałby być mniej więcej w tej samej okolicy, co Wiśniewski (pomijam już to, że wg Safonienki ruski „mechanik” miał być „minutę po katastrofie” na pobojowisku i to, że Wiśniewski zapewniał, że nie czuł żadnego zapachu paliwa). Mała rzecz, ale też nie wzbudziła żadnych podejrzeń u dziennikarzy śledczych. Jak bowiem o tej samej porze w tym samym miejscu mogą się dziać zupełnie odmienne wydarzenia, tym się już nasi zdolni dziennikarze nie kłopoczą. Mają ważniejsze sprawy.

Safonienko pytany o postaci widoczne na filmiku Koli za odwróconymi goleniami, twierdzi, że to wojskowi idący od strony lotniska. Problem tylko w tym, że to on miał iść od strony lotniska, za goleniami zaś (patrząc od strony filmującego) nie było lotniska, lecz pola. I dodaje jeszcze: „Ja myślałem, że to wojskowy samolot. Mnie się wydawało, że to strzela jakiś dodatek do amunicji albo jakiś sprzęt pękał. Coś takiego właśnie, ale ja nie wiem, co. (…) Ja nawet nie widziałem kabiny pilotów.” Safonienko dodaje filozoficznie, gdy kobitka z „Superwizjera” prezentuje mu na laptopie jego rzekomo film: „Każdy to widzi, co chce widzieć. Co widziałem ja, to widziałem.” (http://www.youtube.com/watch?v=PszmcgRd ... re=related (2. część dot. filmiku Koli). Ciekawa jest, na marginesie całej tej historii, wypowiedź płk. Rzepy (w tymże materiale), zapewniającego, że prokuratura chce przesłuchać autora filmiku. Głowę daję, że po dziś dzień tenże autor nie został przesłuchany.

http://superwizjer.tvn.pl/47287,ekstra_ ... detal.html

http://freeyourmind.salon24.pl/333650,przez-wizjer


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk, zacieranie śladów?
PostNapisane: 01 wrz 2011, 16:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niepoprawni.pl/blog/1230/kolejny ... w-nie-zyje

Ślady w sprawie smoleńskiego zamachu zacierają nie tylko polscy współorganizatorzy zbrodni, ale i rosyjscy. Zamach smoleński wciąż trwa, a mordercy wciąż mordują - czy to w Polsce, czy w Rosji.

Kopia artykułu:

KOLEJNY MORD ZWIĄZANY ZE SPRAWĄ SMOLEŃSKĄ!!! GEN. MORIEW NIE ŻYJE!!!
domaol, 31 sierpnia, 2011 - 15:06

Blog Jak podają rosyjskie media gen. Moriew, szef FSB w Twerze, w rejonie, gdzie służyli oficerowie mjr Ryżenko i płk Krasnokutski nie żyje, popełnił " samobójstwo"! To właśnie jego ludzie byli w Smoleńsku na lotnisku, kiedy doszło do katastrofy.
Moriew był jednym z najbardziej zaufanych ludzi W. Putina, jednak nikt już nie wierzy w samobójstwa w Rosji, i w Polsce, zwłaszcza ludzi powiązanych ze sprawą smoleńską. Generał K. Moriew maczał swoje brudne łapska w katastrofie śmigłowca, w którym zginął generał A. Lebiedź, dziś nieoficjalnie wszyscy wiedzą, że był to zamach. Miał też dużo wspólnego z zamachem na pociąg, który w listopadzie 2007r. jadąc z Moskwy do Sankt Petersburga wykoleił się, przez bombę podłożoną na torach w okolicach Bologoje (rejony Tweru). Jak zwykle za zamach oskarżono czeczeńskie bojówki, ale, jak wygląda prawda wszyscy wiedzą. Rosyjskie służby zabijają z zimną krwią swoich rodaków, pozorując zamach, byle tylko osiągnąć cel. Potem, czyli dodam naturalna kolej rzeczy giną osoby odpowiedzialne za wykonanie brudnej roboty, np. śmierć generała Iwanowa, a teraz Moriewa!! To normalna reakcja łańcuchowa w kraju, gdzie KGB, GRU, FSB sprawuje władzę. Tylko zaznaczę, że po zamachu w Smoleńsku, w Polsce dzieje się tak samo!!!!
Od 10 kwietnia 2010 r. życie w niewyjaśnionych okolicznościach straciło wiele osób! Warto przypomnieć śmierć generała J. Iwanowa, który był zastępcą szefa Zarządu Wywiadu (GRU), odpowiadał za zbieranie informacji na terenie Polski. W sierpniu wybrał się na urlop w Syrii, utonął podczas kąpieli. Jak podają rosyjskie media ok. 8 sierpnia 2010 r., ciało zostało odnalezione przez rybaków 13 sierpnia!!! Najbardziej rozbawia mnie fakt, że oficer GRU utonął, pływając...każdy wie, że do GRU dostają się osoby z perfekcyjną sprawnością fizyczną, potrafią perfekcyjnie pływać, nurkować, znają po kilka sztuk walk, są szkoleni, by przeżyć w najbardziej zagrażających życiu warunkach. Kiedy giną, to znak, że wykonali swoją brudną robotę, i GRU ich nie potrzebuje. Wtedy to rzekomo strzelają sobie w głowę, ma wyglądać na samobójstwo, ale dziś nikt się już nie nabierze na brudne gierki Rosjan, bo tam PRZYPADKI NIE ISTNIEJĄ!!!

domaol - blog


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk, zacieranie śladów?
PostNapisane: 22 wrz 2011, 15:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31678
"jak zacierać ślady zamachu w badaniu katastrofy lotniczej"

Douczanki dla premiera

Po prezentacji raportu komisji ministra Jerzego Millera na pytanie dziennikarzy o to, czego się dowiedziała z raportu, odparła: "Zrozumiałam, że załoga samolotu to grupa idiotów o cechach samobójczych. - Uwierzyła w to Pani? - Nie!".

...zaskoczył mnie i oburzył komunikat prokuratury wojskowej, że odrzuca hipotezę zamachu w katastrofie smoleńskiej

Z gen. bryg. rez. Janem Baranieckim, w latach 1997-2000 zastępcą dowódcy Wojsk Lotniczych Obrony Powietrznej, posiadającym duże doświadczenie w wyjaśnianiu przyczyn katastrof lotniczych, rozmawia Marcin Austyn

Dokumenty wytworzone przez Komisję Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego w czasie badania katastrofy smoleńskiej były wystarczające, by jednoznacznie zamknąć sprawę?
- Proszę pozwolić, że posłużę się tu fragmentem wypowiedzi jednej z osób, która straciła w Smoleńsku bliską osobę. Po prezentacji raportu komisji ministra Jerzego Millera na pytanie dziennikarzy o to, czego się dowiedziała z raportu, odparła: "Zrozumiałam, że załoga samolotu to grupa idiotów o cechach samobójczych. - Uwierzyła w to Pani? - Nie!".
Cóż więcej dodać? Niestety, z tego, co nam dotychczas pokazano, można wysnuć wniosek, iż komisja ministra Millera działała tak, jakby starała się uwiarygodnić większość matactw rosyjskich, a to już należałoby rozważać w kategoriach przestępstwa.

Skąd tak surowa ocena?


- Polska komisja pracowała praktycznie na szczątkowej, własnej wiedzy badawczej. Głosi natomiast, że miała wystarczający dostęp do miejsca katastrofy i dowodów badań będących w jurysdykcji rosyjskiej. Wiemy dobrze, że to nieprawda. Nawet sama polska prezentacja lotu jest niemal tożsama z prezentacją Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK). Nawet te celne, polskie fakty ze "ścieżki śmierci" minister Jerzy Miller zdewaluował uwagą o winie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, bo ten nie wskazał lotniska zapasowego! Kiedy bada się katastrofę, to się studiuje przepisy prawne i regulaminy. Tam wyraźnie jest określone, kto na szczeblu międzynarodowym organizuje loty i ustala lotniska zapasowe. Tego rodzaju wypowiedzi powodują wrażenie, że całą kancelarię premiera i co najmniej czterech ministrów obecnego rządu należałoby wysłać na szkolenie do któregoś z państw NATO.

Mimo braków docenia Pan polski dodatek do wyreżyserowanego przez MAK przebiegu lotu?
- Był to niewątpliwie cenny element. Jednak w tej części prezentacji aż się prosiło pokazać matactwa grupy dowodzącej z Moskwy wraz z grupą z wieży w Smoleńsku. To, jak zmuszała naszą załogę i rekomendowała jej rekonesans podejścia do lądowania. Pamiętamy znamienny i charakterystyczny dla Rosjan rozkaz tej grupy: "Sprowadzić ich do stu metrów i koniec". Należało tu bardzo wyraźnie pokazać i udowodnić, że lotnisko Siewiernyj powinno być zamknięte, najpóźniej po nieudanych próbach lądowania samolotu Ił-76. Tu można zadać pytanie, dlaczego ten samolot pojawił się właśnie w tym czasie, przecież mógł podchodzić wcześniej lub później - bezkolizyjnie, zgodnie z przepisami i nie naruszać praw lotu samolotu typu HEAD.

W zamian otrzymaliśmy negatywną ocenę wyszkolenia pilotów i działania 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Słusznie?
- Skupianie się nad przyczyną katastrofy jako błędzie w systemie szkolenia lotnictwa, obarczanie tym 36. SPLT i załogi samolotu jest manipulacją. Katastrofa CASY w Mirosławcu i ta katastrofa miały podłoże w złej organizacji lotów. Tę prawdę wykrzyczały dowody. Warto wiedzieć, że w historii powojennej lotnictwa polskiego mieliśmy serię katastrof i wypadków lotniczych z winy systemu szkolenia. To były błędy naboru podchorążych do szkoły lotniczej i metody szkolenia w latach 50. i 60. Podłożem tych przypadków były wojna w Korei i konflikt na Kubie. Pośpiech zawsze jest złym doradcą.
Obecne systemy szkolenia pilotów są dopracowane przez lata nauki i praktyki. Osiągnięcia w bezpiecznym lataniu w latach 90. w lotnictwie wojskowym były zauważone w świecie i porównywane z najlepszymi. Generalicja z NATO podziwiała wyszkolenie polskich pilotów i bardzo dobre wskaźniki bezpieczeństwa lotów. Niedomagania systemu szkolenia w lotnictwie to najczęściej wina bylejakości państwa.

Komisja mocno jednak wyeksponowała błędy w szkoleniu...
- Szkolenie to element, do którego zawsze można mieć jakieś uwagi. Dlatego też systemy szkolenia można i trzeba w sposób ciągły modernizować i wdrażać. Ale za tym muszą iść pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Przy każdym zakupie nowego sprzętu nie warto oszczędzać na wyposażeniu dodatkowym. W lotnictwie szczególnie. Brak pieniędzy na tłumaczenie instrukcji lotniczych jest szkolnym przykładem niekompetencji decydentów w wojsku i państwie. O ile uszkodzony czołg można zatrzymać na skraju drogi, przetłumaczyć instrukcję naprawy i rozwiązać problem, to pilot w takiej sytuacji może się tylko katapultować. Nikogo nie stać na tego rodzaju straty sprzętu.
Nawet w PRL lotnictwo Sił Zbrojnych posiadało wydział wydawniczy, w którym tłumaczono wszystkie instrukcje z języków obcych na język polski. Było to oszczędne, ponieważ tłumaczyli wojskowi, przy okazji doskonaląc język. Po uzyskaniu niepodległości wydział zlikwidowano z powodu... braku funduszy. Obecni decydenci uważają, że trzeba znać język na tyle, aby obejść się bez tłumacza. Oczywiście pieniędzy na rozwiązanie tego problemu nie ma! A na to, by znać biegle język obcy wraz z elementami techniki lotniczej, potrzeba i czasu, i pieniędzy.

Problem językowy - w sferze technicznej - doskwiera armii?
- W ostatniej dekadzie Polska zakupiła najnowocześniejszy sprzęt lotniczy i przeszkolenie pilotów i techników u producenta kupowanej techniki. Zakup w jednej kadencji kilku typów statków lotniczych to ogrom problemów techniczno-logistycznych i znów pieniądze grają tu ważną rolę.

Jest resort odpowiadający za armię. Mógł głośno mówić o problemach.
- Tyle że w sferze wojska bylejakość państwa rozpoczęła się najszybciej. Po prostu nie mieliśmy szczęścia do ministrów obrony. Byli to zazwyczaj ludzie z "dorobkiem" pacyfistów, a jeśli się czegoś nie kocha i jeszcze nie ma o tym pojęcia, to wynik musi być ujemny. Pan Bogdan Klich, już były minister obrony, zniszczył obronność Polski i jeszcze szczyci się swoim dyletanctwem. Z kolei nowy minister obrony, zanim zobaczył, jak wygląda żołnierz, rozwiązał 36. SPLT, elitarną, ale ograbioną z dorobku i budżetu jednostkę. Zlikwidować taki pułk to zbrodnia, bezsensowna, podobna do likwidacji żołnierzy z naboru, przy ujemnej kasie w budżecie MON. Szczęście, że mamy wybory. Dają one nadzieję, że coś się odmieni, także w wojsku.

Co ma Pan na myśli?
- Gardłowych problemów ze szkoleniem pilotów i techników jeszcze nie ma. Ale problemy są i będą, jeżeli nie uregulujemy w miarę szybko tych spraw i nie wprowadzimy odpowiednich przepisów oraz celowych funduszy w budżecie MON na ich rozwiązanie. Należy pamiętać o zaniedbaniach w dotychczasowych zakupach, remontach i częściach zamiennych, powiązaniach z bazą krajową. To wszystko trzeba naprawić. Po raporcie ministra Millera ogłoszono winę wojska i jego słabość. Tyle że zapomniano, iż słabość nie może nic urodzić, a słabość wojska to już klęska. W mojej ocenie, Wojsko Polskie zawsze było i jest mocne. Jeżeli są braki w wyposażeniu bytowym, to jednak są perspektywy rozwoju, dobre dowodzenie oraz szacunek, żołnierze z odwagą, poświęceniem i mądrością dokumentują swą moc. Słabość w katastrofie smoleńskiej nie wynikała ze słabości wojska, ale ze sposobu organizacji tego lotu.

Wróćmy do badań nad katastrofą. Czego w nich zabrakło?
- Już wcześniej na łamach "Naszego Dziennika" zwracałem uwagę na to, że zaskoczył mnie i oburzył komunikat prokuratury wojskowej, że odrzuca hipotezę zamachu w katastrofie smoleńskiej. Nie jestem ekspertem od zamachów, ale każdy żołnierz ma wrodzoną czujność, a także wpojone nauki przewidywania niebezpieczeństw w walce lub zabezpieczeniach obronnych. To ograniczone zaufanie do wszystkich działań ludzkich nie pozwala nam, wojskowym, lekceważyć lub a priori odrzucać możliwości zamachu w katastrofie smoleńskiej.
Proszę zwrócić uwagę, że planowany udział delegacji Narodu Polskiego z prezydentem RP na czele w obchodach 70. rocznicy zbrodni w Katyniu było przedsięwzięciem państwowym ogromnej wagi. Do takiego zadania przygotowują się rządowe zespoły planistyczne wszystkich ministerstw. Analizowane są, a przynajmniej powinny być, szczegółowe zadania, w tym zagrożenia bezpieczeństwa ze wszystkich kierunków i planowane są działania po zaistnieniu któregoś z tych zagrożeń.

W tym zbiorze jest także miejsce na zamach?
- Oczywiście! Zagrożenie zamachem tej operacji było ogromne, tak pod względem analizy przeszłości historycznej, składu osobowego delegacji, proponowanych celów pobytu delegacji, interesów państw organizujących i interesów innych państw Europy i świata. Te wszystkie kierunki zagrożeń sugerowały konieczność transparentnych badań wykluczających zamach od pierwszego momentu zaistnienia katastrofy. Takie badania były zarówno w interesie Federacji Rosyjskiej, jak i Polski. Dotąd nurtuje mnie pytanie: dlaczego tego nie zrobiono? Po zaistnieniu katastrofy smoleńskiej obserwowałem w mediach działania strony rosyjskiej. Od pierwszych minut uderzyła mnie pospieszna, ale metodyczna propaganda dezinformacyjna oraz metodyczna sztuka zacierania śladów. Oczywiście mieli dużą łatwość, ponieważ ze strony polskich urzędników i władz Polski nie było sprzeciwu. Co gorsze, widoczna była pomoc ułatwiająca działania Rosjanom. Przypomnę tu choćby interwencję polskiego konsula w niszczeniu i niepozwalaniu robienia zdjęć polskiemu reporterowi, ogłaszanie winy pilotów przez polskich ministrów, mataczenie przez polskie media czasu zaistnienia katastrofy czy okoliczności naprowadzania samolotu na lotnisko Siewiernyj itp. Obserwując te działania, wręcz nie można oprzeć się wrażeniu, że ktoś to planował i postępował zgodnie z harmonogramem.

Może jest to tylko wrażenie?
- Być może. Warto jednak przypomnieć pewne fakty z kwietnia 2010 roku.

Polski przewodniczący komisji badania wypadków lotniczych lotnictwa cywilnego, jako jeden z pierwszych, dociera do miejsca katastrofy samolotu na lotnisko wojskowe Federacji Rosyjskiej. Na to lotnisko, wcześniej, rosyjskie służby lotniskowe sprowadzają samolot polski o statusie HEAD, wbrew wszelkiej logice rozsądkowej. W tym czasie na lotnisku nie było delegacji Federacji Rosyjskiej przyjmującej delegację z Polski, zabezpieczenia dyplomatycznego z Polski i FR, brakowało środków logistycznych oraz BOR. Jednocześnie na lotnisku panowały warunki pogodowe poniżej minimum tego lotniska. Dosłownie kilka minut wcześniej zabroniono lądować samolotowi Federacji, ponieważ próba jego lądowania groziła katastrofą. W tych warunkach nakłoniono polską załogę do próbnego podejścia, błędnie informując z wieży o ścieżce i kursie lecącego samolotu. Po kilkunastu godzinach od zaistnienia katastrofy, mimo że na lotnisko przybył już z Polski przewodniczący wojskowej komisji, na czele polskiej grupy badawczej stawia się Edmunda Klicha. Prawda jest taka, że już po kilku dniach obserwacji wydarzeń związanych z katastrofą można było napisać scenariusz, "jak zacierać ślady zamachu w badaniu katastrofy lotniczej". Tak być nie powinno.

Ale teoria zamachu nie jest zbyt popularna. Uznawana jest wręcz za "oszołomstwo".
- O niczym tu nie przesądzam. Staram się też zrozumieć kapitulanctwo w tym zakresie, jeżeli komuś brakuje wyobraźni i doświadczenia. Często jednak słyszę wśród znajomych, wojskowych wysokiego szczebla: "Nie wierzę. Nie ma dowodów na zamach. To teorie spiskowe". Tyle że za chwilę te same osoby twierdzą, że to nic, że brak dowodów, bo musiały być naciski na załogę, aby lądować. Idąc wcześniejszym tropem, należałoby i tę teorię uznać za spiskową i zamknąć temat w kilka dni po katastrofie. Jestem przekonany, że współcześni Polacy, młodzi i wykształceni, podobnie jak wojskowi dowodzący w Iraku lub Afganistanie, widzą te rzeczy i nie dadzą się zmanipulować.

Do Moskwy wyjechali polscy eksperci. Badają urządzenia i szczątki samolotu. Ich działania mogą jednoznacznie odpowiedzieć na pytania o przyczyny katastrofy, w tym także o zamach?
- Przyczyny i sposoby zamachów można skutecznie badać tuż po zaistnieniu katastrofy lub po zebraniu i zabezpieczeniu do celów badawczych dowodów o istnieniu lub podejrzeniu zamachu, ze skutkiem katastrofy. Dowody to najczęściej próbki do badań chemicznych ziemi, drzew, ciał, otaczającej atmosfery, próbek zapachowych, nakręconych filmów i zdjęć z miejsca katastrofy. W przypadku katastrofy naszego samolotu praktycznie utraciliśmy większość możliwości dalszych badań z winy zaniedbań polskiego rządu.

Zatem nie można już nic odczytać ze szczątków samolotu?
- Tego nie powiedziałem. Nie możemy kapitulować. Rzeczywistość badawcza pozwala często, nawet po latach, znaleźć właściwą przyczynę katastrofy. Nie znamy dokładnego przebiegu ostatnich sekund lotu. Jednak gdyby w samolocie nastąpiła jakaś awaria, to być może udałoby się i w tych szczątkach znaleźć jej ślad. Trudno jednak mi przesądzać, w jakim kierunku pójdą te badania, gdyż nie znam ich założeń. Na pewno jest tak, że kiedy szuka się dokładnie, to są też wymierne efekty. Wiemy, że z miejsca katastrofy została zwieziona ziemia, więc tam z pewnością trudno będzie coś znaleźć. Dlatego też specjaliści - także od pirotechniki - powinni zainteresować się również drobnymi elementami samolotu, kluczami, rzeczami osobistymi, bo potencjalnie jeszcze tam można odnaleźć ślady.

Dziękuję za rozmowę.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=100


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk, zacieranie śladów?
PostNapisane: 14 paź 2011, 19:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niepoprawni.pl/content/msz-spali ... katastrofy

MSZ spaliło rzeczy ofiar katastrofy

Okazuje się, że dowód Tomasza Merty razem z innymi rzeczami osobistymi ofiar katastrofy smoleńskiej został spalony w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.
Jak wynika z ustaleń reporterów RMF FM worek z częścią rzeczy osobistych ofiar katastrofy smoleńskiej, który trafił do MSZ był w złym stanie i wydobywał się z niego nieprzyjemny zapach. Jeden z pracowników niższego szczebla wpadł zatem na pomysł, aby rzeczy ofiar zutylizować.(...)


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk, zacieranie śladów?
PostNapisane: 15 paź 2011, 07:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31678
Cytuj:
worek z częścią rzeczy osobistych ofiar katastrofy smoleńskiej, który trafił do MSZ był w złym stanie i wydobywał się z niego nieprzyjemny zapach. Jeden z pracowników niższego szczebla wpadł zatem na pomysł, aby rzeczy ofiar zutylizować.

Jeden z pracowników niższego szczebla....
wpadł na pomysł....
A kto trzymał przez długi okres dowody rzeczowe w worku, a nie położył ich na stole w pracowni do badań specjalistycznych?


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk, zacieranie śladów?
PostNapisane: 02 sty 2012, 20:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31678
W co gra Naczelna Prokuratura Wojskowa?

„W rosyjskiej opinii z sekcji zwłok Zbigniewa Wassermanna były błędy, nie poddają one jednak w wątpliwość głównych wniosków tej opinii” – poinformowała tuż przed świętami Naczelna Prokuratura Wojskowa.

Termin komunikatu wydaje się nieprzypadkowy. Liczono zapewne, że przedświąteczny nastrój oraz same święta wyciszą ten kuriozalny czy wręcz kompromitujący i haniebny komunikat.

Jak wiadomo ekshumacji i sekcji zwłok dokonano po niezwykle intensywnych prawnych naciskach pani mecenas Małgorzaty Wassermann, niestety dopiero po 16 miesiącach od tragicznej śmierci jej ojca. Przyciśnięci do muru prokuratorzy nie mieli wyjścia skoro przedstawiono im niepodważalne dowody na fałszerstwa w dokumentacji medycznej przesłanej przez stronę rosyjską.

Skąd tak łagodny komunikat Naczelnej Prokuratury Wojskowej skoro pani Małgorzata Wassermann po zapoznaniu się z dokumentacją sporządzoną przez polskich biegłych powiedziała:

"To są rzeczy, których Rosjanie nie zauważyli, jeżeli chodzi o wygląd zewnętrzny, bardzo duży opis, czego nie zauważyli, jeżeli chodzi o wewnętrzne obrażenia, opis, co Rosjanie zauważyli, a zauważyć nie mogli, bo albo tego nie ma, albo takich badań nie wykonali (...). Szacuję to na 2 czy 4 proc. zgodności z tym, co zawiera opinia polskich biegłych"

"Generalnie jest to poświadczenie od początku do końca nieprawdy. I w ogółach, i w szczegółach"

Wynika z tego olbrzymia bezczelność strony rosyjskiej i jakaś niezrozumiała jeszcze dzisiaj do końca ich pewność, że mogą łgać, mataczyć, fałszować, a nikt w Polsce nie będzie tego sprawdzał nie mówiąc już o nagłaśnianiu. I rzeczywiście z wydarzenia, które nie powinno schodzić z pierwszych stron gazet oraz „jedynek” we wszystkich stacjach telewizyjnych, sprawa wydaje się być niewygodna i spychana na margines przez jakiś decyzyjny ośrodek zawiadujący umysłami salonowych lokajów zwanych nad Wisłą dziennikarzami.

Małgorzata Wassermann powiedziała jeszcze coś ważnego i przerażającego:

"Myślę, że zwierzęta się lepiej traktuje niż traktowano ciała naszych bliskich i to również wynika z polskiej opinii"

Zawsze pisząc takie teksty, w których podaję przykłady skundlenia polskiej władzy, począwszy od ustawodawczej poprzez wykonawczą i sądowniczą, mam nadzieję, że coraz większa ilość rodaków przestanie nazywać ten PRL-bis, w którym żyjemy „demokratycznym państwem prawa”, jak wymaga tego poprawność polityczna.

Mówmy wprost bez zbędnych ozdobników i faryzejskiego odwracania kota ogonem serwowanego nam przez Czerską i Wiertniczą.

Prokuratura stała się zakładnikiem polskich celowych błędów i karygodnych zaniechań, poczynionych od pierwszego dnia, czyli 10 kwietnia 2010 roku.

Najwyższy rangą polski urzędnik państwowy, czyli minister zdrowia, Ewa Kopacz, która pojawiła się w Moskwie 11-do kwietnia, przyjęła w ciemno od strony rosyjskiej zapewnienie, że dokonano już wszystkich sekcji zwłok. Działo się to w momencie, kiedy wydobywano jeszcze szczątki ofiar zbrodniczego zamachu.

Czy osoba będąca lekarzem z zawodu mogła nie wiedzieć, że wykonanie 96 sekcji zwłok w tak krótkim czasie jest niemożliwe? Czy jest osobą tak głupią i nieodpowiedzialną czy może sądząc po późniejszych kłamstwach wygłaszanych z trybuny sejmowej, wyrachowaną cyniczką z premedytacją uczestniczącą w tym nieludzkim kłamstwie?

Sekcja zwłok Zbigniewa Wassermanna wykonywana we Wrocławskim Zakładzie Medycyny Sądowej trwała trzy dni.

Jak pamiętamy pogrzeby 20 ofiar katastrofy CASY pod Mirosławcem, która miała miejsce 23 stycznia 2008 roku odbyły się dopiero 18 lutego. Dlaczego tak późno? Otóż tyle czasu trzeba było, aby zidentyfikować ciała, dokonać sekcji zwłok i zgodnie z wojskową tradycją uszyć na ostatnią drogę mundury galowe dla zmarłych żołnierzy.

Czy Ewa Kopacz i polscy prokuratorzy to osoby upośledzone umysłowo czy raczej zwykli tchórze lub gorzej, uczestnicy kłamstwa stulecia?

Dodajmy do tego jeszcze fakt, że w przypadku tragicznej śmierci poza granicami kraju tak zwanego szarego polskiego obywatela, nawet, kiedy tam za granicą jest przeprowadzona sekcja zwłok to na miejscu w kraju rutynowo wykonuje się ją ponownie.

Jak to się stało, że 96 zalutowanych trumien w ekspresowym tempie spoczęło w ziemi i po 20 już miesiącach od tragedii prokuratura ciągle nie decyduje się na dalsze ekshumacje dokonywane z urzędu? Przecież polskie prawo nakazuje wykonanie sekcji zwłok przed pochówkiem w każdym przypadku śmierci nagłej.

Niestety z każdym dniem przybywa kolejnych środowisk, które będą w trosce o własne tyłki dołączać do rządzącego nad Wisłą układu, którego zadaniem jest niedopuszczenie do radykalnych politycznych zmian w Polsce. Przyczyną rozrastania się tej grupy jest zwykły strach o własne tyłki, którego powodem jest smoleńska zdrada, zaprzaństwo i zwykłe tchórzostwo.

Ten komunikat prokuratury wojskowej przytoczony na początku mojego tekstu przejdzie do historii kapitulacji państwa polskiego i kolejnej narodowej hańby oraz wstydu gdyż z blisko stu stron opisujących sekcję zwłok śp. Zbigniewa Wassermanna zgadza się z ruską wersją zapewne tylko to, że faktycznie jego zwłoki były w zalutowanej trumnie przywiezionej do Polski. Druga zgodność polega na tym, że rzeczywiście Zbigniew Wassermann już nie żył.

http://kokos.salon24.pl/377713,w-co-gra ... a-wojskowa


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk, zacieranie śladów?
PostNapisane: 19 sty 2012, 10:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31678
Który z ekspertów komisji Jerzego Millera "zidentyfikował" głos gen. Andrzeja Błasika? Nikt nie chce się przyznać

Polityczne ucho

- Raport komisji, załączniki i protokół są elementem pracy tak jakby zespołu biegłych. Jeśli członkowie komisji się pod tym podpisali, to wszystko, co jest tam napisane, jest napisane zgodnie z ich sumieniem i wiedzą. Ponieważ jest to praca zespołowa, nigdy żaden zespół nie ma zwyczaju mówić "pan X, pan Y" - kwituje w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" dr inż. Maciej Lasek, w Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego zastępca przewodniczącego podkomisji lotniczej.
Dopytywany o to ppłk pil. mgr inż. Robert Benedict, szef podkomisji lotniczej, relacjonuje, że "wszyscy członkowie komisji jednomyślnie i jednogłośnie zgodzili się z tym, że te trzy wypowiedzi należą do pana gen. Błasika". Chodzi o frazy przypisywane przez KBWLLP dowódcy Sił Powietrznych: "250 metrów", "100 metrów" i "Nic nie widać?". Jednak który konkretnie z członków komisji rozpoznał głos gen. Błasika? - Cała komisja się z tym zgadzała. Komisja była całym ciałem, więc wszystkie 34 osoby, które były w komisji, zgodnie zgodziły się z tym, że to są wypowiedzi pana gen. Błasika. Każdy z tymi nagraniami się zapoznawał i każdy te nagrania miał do swojej dyspozycji - zaznacza Benedict.
Dzień po katastrofie, tj. 11 kwietnia 2010 r., nagrania z rejestratorów Tu-154 odsłuchiwali ppłk dr inż. Sławomir Michalak, Waldemar Targalski oraz prokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej płk Zbigniew Rzepa. Towarzyszyło im kilku przedstawicieli strony rosyjskiej. W rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Michalak i Targalski przyznali, że przesłuchanie nie odbywało się w pomieszczeniu do tego przystosowanym - było to zwykłe pomieszczenie biurowe z oknem wychodzącym na ulicę. Również jakość nagrania nie była najlepsza. - Korespondencja radiowa była czysta. Ale zapis z kabiny słaby. Przyczyną tego jest rozmieszczenie mikrofonów w kabinie, hałas w kabinie. Jeden z mikrofonów jest tuż obok wylotu powietrza z nawiewu. Cały czas słychać charakterystyczny świst. Wydaje mi się, że rozmieszczenie mikrofonów nie jest najwłaściwsze - relacjonował ppłk Michalak. Przyznał przy tym, że odczytano 70-90 proc. informacji. Wypowiedź Targalskiego była bardzo podobna. Ekspert przyznał, iż nie wie, kto dokładnie rozpoznał głos dowódcy Sił Powietrznych. - Co mogliśmy, to odczytaliśmy. Całe dwa tygodnie, które tam spędziłem, i potem następne, pracowaliśmy z ppłk. Michalakiem i płk. Rzepą na odsłuchiwaniu. Przy czym, o ile z korespondencją radiową nie było większych problemów, o tyle już tzw. głosy tła, czyli to, co wychwytują mikrofony umieszczone w kabinie, było bardzo niewyraźne i złej jakości - przyznawał Targalski. I dodał, że strona rosyjska polegała na ich odczycie nagrań z kokpitu. - To, co nam udało się odczytać, MAK uznał za pełną deszyfrację tego rejestratora CVR - zaznaczył.
- Ja też słuchałem w Moskwie tych nagrań, bo byłem tam akurat najdłużej z tej ekipy, która pełniła funkcje doradców przy akredytowanym - tłumaczył Benedict. Nie potrafił skonkretyzować terminów swego pobytu. - Oj, proszę panią, to badanie zakończyło się, miałem kilka innych kolejnych badań w swojej działalności. Po prostu jedno zakończyłem i koniec. Ja już do tego tematu nie wracam. To są rzeczy, które zostały zamknięte, komisja została rozwiązana i temat się skończył - mówi. - Nie mogę tego umiejscowić. Odsłuchiwałem nagrań w tym momencie, kiedy Rosjanie dopuścili nas do odsłuchiwania tych nagrań w Moskwie - tłumaczy Benedict. Jak przyznaje, odczyt odbył się "w miejscu, w którym MAK prowadził odsłuch i odpis korespondencji". - Było to pomieszczenie, gdzie znajdowały się komputery i oprogramowanie. Nie była to kabina dźwiękoszczelna, było to pomieszczenie, w którym pracowali specjaliści MAK - opisuje Benedict. Jak zaznacza, nie było z nim wtedy płk. Mirosława Grochowskiego, który w tym czasie był w Warszawie. - Było nas kilka osób i kilka osób miało możliwość zapoznania się z tymi nagraniami - mówi szef podkomisji lotniczej, nie precyzując, kto z nim był. - Nie muszę tego powiedzieć - ucina krótko. Pytamy więc wprost, czy osobiście rozpoznał głos gen. Andrzeja Błasika - Nie, nie rozpoznałem pana gen. Błasika z uwagi na to, że co prawda pracowałem z nim wcześniej, ale nie byłem tak dużym znawcą głosu, by móc to określić - zaznacza ekspert.

Miller: Kontekst sytuacyjny wystarczy
W sprawie odkrywane są kolejne warstwy. Wyszło na jaw, że komisja Millera wykorzystała odpis opinii sporządzonej przez policyjnych ekspertów i samodzielnie uzupełniła stenogramy. Były minister, dziś wojewoda małopolski Jerzy Miller przyznał w rozmowie z radiem RMF FM, że to członkowie komisji wyjaśniającej przyczyny katastrofy smoleńskiej, a nie biegli z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji przypisali gen. Błasikowi słowa, które padły w kokpicie tupolewa. Indagowany o to, że w analizie krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych bynajmniej nie zidentyfikowano głosu gen. Andrzeja Błasika, o obecności którego w kokpicie mówił firmowany przez Millera raport, odpowiedział: "To nie ja twierdzę, że pan gen. Błasik był w kokpicie, tylko ciało generała zostało znalezione w kokpicie po katastrofie i w związku z tym to nie wymaga dowodu ze strony komisji". Zapytany z kolei, kto przypisał słowa wypowiedziane w kokpicie gen. Błasikowi, Miller odparł, że eksperci policyjni je odczytali, lecz ich nikomu nie przypisali. Oraz że w kabinie padły nie tylko słowa dotyczące wysokości, ale również inne - witających się osób, czyli członków załogi i wchodzącego generała. - W związku z tym z całego kontekstu zdarzeń w tym dniu i wszystkich okoliczności, które były znane, komisja uzupełniła tę nierozpoznaną osobę, przypisując ten głos generałowi Błasikowi - przyznał się Miller.


Pod rygorem karnym
Prokuratura nie komentuje ustaleń i wypowiedzi członków Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego. - Komisja to odrębny organ prowadzący sprawę związaną z wypadkiem lot
niczym. Prokuratura prowadzi własne postępowanie karne, nie komentuje ustaleń komisji - powiedział kpt. Marcin Maksjan z Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Oba dokumenty - i raport Millera, i opinia krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych - są materiałem dowodowym w śledztwie. Z tym że opinia fonoskopijna wykonana przez ekspertów IES różni się od raportu m.in. tym, że była sporządzana pod odpowiedzialnością karną - biegli byli uprzedzeni o odpowiedzialności karnej za ewentualne uchybienia, czyli m.in. podanie nieprawdziwych danych.
Jeśli zostanie uznane to za konieczne, prokuratura może zwrócić się do biegłych IES o uzupełnienie ekspertyzy fonoskopijnej z Tu-154M. Może wezwać tych samych biegłych, którzy ekspertyzę sporządzali, lub też powołać nowych. Umożliwia to kodeks postępowania karnego, a konkretnie art. 201 kpk. - Każda ekspertyza zlecona przez prokuraturę może być w toku śledztwa uzupełniona. O jakie elementy - to już decyzja prokuratora prowadzącego śledztwo - mówi kpt. Maksjan. Opinia zamówiona na potrzeby śledztwa prokuratorskiego musi spełniać trzy kryteria: jasność (wnioski i sposób dochodzenia do nich są zrozumiałe), niesprzeczność (musi być zachowany związek przyczynowo-skutkowy) i pełność (daje wyczerpującą odpowiedź na wszystkie postawione pytania).

Anna Ambroziak

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po05.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Smoleńsk, zacieranie śladów?
PostNapisane: 20 lut 2012, 10:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31678
MON zaciera ślady

Resort obrony odmawia ujawnienia harmonogramu wyjazdów członków komisji Jerzego Millera do Moskwy i Smoleńska.

O dokumentację wyjazdów do Federacji Rosyjskiej "Nasz Dziennik" zapytał Departament Prasowo-Informacyjny Ministerstwa Obrony Narodowej. Ten najpierw zwlekał z odpowiedzią pełne ustawowe dwa tygodnie, po czym przysłał lakoniczny komunikat z odmową udzielenia informacji. Mniejsza już o złośliwe przeciąganie. Do tego przywykliśmy w kontaktach z instytucjami rosyjskimi. Najgorsze jest to, że resort obrony ukrywa fakty ważne dla oceny pracy wielu państwowych organów. I to bez żadnych podstaw. Kiedy zwracaliśmy się do MON, interesował nas czas i miejsce pobytu polskich przedstawicieli w Rosji w 2010 roku, czyli wtedy, kiedy przebywał tam polski akredytowany wraz z grupą 23 współpracowników, kiedy jeździli do Rosji członkowie komisji Millera, swoje czynności wykonywali prokuratorzy wojskowi. Wszystkie te osoby w ten czy inny sposób podlegają ministrowi obrony narodowej. Chcieliśmy wiedzieć dokładnie, w jakich dniach poszczególne osoby przebywały w Rosji. Każdy wyjazd to delegacja służbowa, a z nią wiążą się pewne procedury. Resort powinien posiadać odpowiednią dokumentację, choćby po to, żeby rozliczyć koszty podróży i pobytu swoich pracowników poza granicami państwa. Dysponując takim zasobem informacji, można dużo się dowiedzieć o najważniejszym etapie badania katastrofy, tj. gdy polscy eksperci mieli, wprawdzie ograniczony, ale jednak, dostęp do wraku, oprzyrządowania samolotu czy zapisów czarnych skrzynek. Znacznie zawęziłaby się też lista osób, które mogłyby odpowiadać za fałszywą identyfikację głosu gen. Andrzeja Błasika w zapisie rejestratora. Nasi rozmówcy z grona osób wyjeżdżających po 10 kwietnia 2010 r. do Rosji często nie pamiętają dokładnie, kiedy i gdzie byli, mylą im się rosyjskie instytucje, a także kto z nimi współpracował. A oficjalne delegacje służbowe pozwalałyby zweryfikować te niepewne świadectwa.
Ministerstwo obrony ma jednak inne zdanie. "Prace Komisji badające zdarzenia lotnicze zawsze mają charakter niejawny". Ale to nieprawda. Rozporządzenie Ministra Obrony Narodowej z 26 maja 2004 r. w sprawie organizacji zasad funkcjonowania Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, na które powołuje się anonimowy przedstawiciel MON, mówi jedynie, że "działalność Komisji w czasie badania wypadku lub poważnego incydentu lotniczego ma charakter niejawny". Istotne są słowa "w czasie badania". Tymczasem MON samo przyznaje, że "badanie katastrofy samolotu Tu-154M zostało zakończone".
Ministerstwo jednak w ogóle kwestionuje prawo dziennikarzy do interesowania się pracami Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego. "Pytania Pana Redaktora sprowadzają się do szczegółowego warsztatu pracy Komisji i dociekliwości na zasadzie prowadzenia kontroli, do której uprawnione są inne organy" - czytamy w odpowiedzi z resortu. Tak jakby środki społecznego przekazu, a poprzez nie społeczeństwo, nie miały prawa kontroli instytucji publicznych w formach przewidzianych przez prawo. - Dziennikarze odgrywają bardzo istotną rolę w informowaniu opinii publicznej o tym śledztwie, ale chodzi również o patrzenie władzy na ręce. Wszelkie informacje, które mogą pomóc dziennikarzom w relacjonowaniu tego śledztwa, w tym nieprawidłowości, powinny być absolutnie jawne - mówi poseł Mariusz Antoni Kamiński (PiS), wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Obrony Narodowej.
Zdaniem posła Bartosza Kownackiego (SP), prawnika i członka tej samej komisji, przyczyny odmowy nie są wcale formalne. - Mogą być dwa powody odmowy, które przychodzą mi do głowy. Pierwszy jest taki, że w MON panuje gigantyczny bałagan i oni sami nie mają tych danych. A drugi, jeszcze gorszy, to taki, że boją się podać prawdę, ponieważ polscy przedstawiciele tak naprawdę wcale w Rosji nie byli tyle, ile powinni, i tam, na miejscu, merytorycznie nie badali tej sprawy. A to podważałoby wiarygodność komisji Millera - komentuje.
W liście z ministerstwa jego autorzy odnoszą się w zasadzie tylko do członków Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego. Pomijają zupełnie akredytowanego Edmunda Klicha i zespół jego współpracowników, a nie wszyscy należeli do komisji Millera. Tak samo brak jest argumentów za utajnieniem pobytów w Rosji prokuratorów wojskowych. Są oni żołnierzami zawodowymi i ich wyjazdy służbowe za granicę także powinny być rejestrowane w MON.

Klich ceduje na Tuska
Ale resort skoncentrował się na KBWLLP i powołuje się na dwa dokumenty. Pierwszy to instrukcja bezpieczeństwa lotów lotnictwa Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej. Jak się dowiedzieliśmy w Dowództwie Sił Powietrznych, jest ona przeznaczona tylko "do użytku służbowego", więc nie możemy zapoznać się z jej treścią. Drugi dokument to wspomniane rozporządzenie z 2004 roku. Z tym, że MON wskazuje na paragraf, który pojawił się znacznie później, 27 kwietnia 2010 roku. Został on wprowadzony ad hoc, z myślą o badaniu katastrofy smoleńskiej, co jest nawet wyraźnie w zmieniającym dotychczasowe regulacje rozporządzeniu ujęte. Korekty naniesione przez Bogdana Klicha po katastrofie sprowadzają się do podporządkowania komisji badającej zdarzenia lotnicze w szczególnych sytuacjach bezpośrednio premierowi. W ramach tego postanowiono także, że to "Prezes Rady Ministrów podejmuje decyzję w przedmiocie udzielenia informacji o przebiegu i rezultatach badań prowadzonych przez Komisję".
Oznaczałoby to według interpretacji ministerstwa, że poza dokumentami, które opublikowano, czyli raportem i protokołem z prac komisji Millera, nic więcej nie może zostać ujawnione opinii publicznej. Bartosz Kownacki nie ma wątpliwości, że to błędny argument. - Te pytania nie dotykają informacji, które nawet po zakończeniu prac Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego mogłyby pozostać objęte klauzulą tajności ze względu na interes państwa. Niejawność prac komisji, po pierwsze, obowiązuje tylko w trakcie jej pracy, a po drugie, nie obejmuje takich kwestii jak pytania "Naszego Dziennika". Nie ma żadnego logicznego uzasadnienia, żeby nie podać tych informacji. Pobyt urzędnika w delegacji po zakończeniu sprawy nie może być objęty żadną klauzulą tajności, chyba że wykonywano jakieś działania operacyjne, ale to przecież nie ta instytucja - ocenia Kownacki. Podobne zdanie ma również Mariusz Antoni Kamiński, który jest gotów podjąć działania w tej sprawie jako wiceszef komisji obrony. - Wszystko, co dotyczy śledztwa smoleńskiego, w tym wyjazdy zagraniczne przedstawicieli Polski, powinno być jak najbardziej przejrzyste, żeby dziennikarze i wszyscy obywatele mogli mieć do tego dostęp. Nie widzę żadnego powodu, żeby te informacje miały nie zostać ujawnione. Niewykluczone, że Komisja Obrony Narodowej mogłaby się tą sprawą również zająć - stwierdza parlamentarzysta.
Danych o wyjazdach służbowych swoich członków nie chroni jakoś specjalnie działająca równolegle komisja cywilna, czyli Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych. Wprawdzie biuro prasowe ministerstwa transportu jest przerażone ewentualnym wnioskiem o udostępnienie akt rozrzuconych wśród wszystkich delegacji pracowników resortu, ale nie ma jakichś szczególnych zastrzeżeń. Ma to pewne znaczenie, gdyż polski akredytowany Edmund Klich i część członków komisji Millera w 2010 roku pracowała w PKBWL. Co więcej, w pracy akredytowanego i jego współpracowników zastosowanie mają zasady cywilne, a nie wojskowe, ponieważ MAK badał katastrofę według reguł cywilnych, czyli załącznika 13 do konwencji chicagowskiej.

Posłowie chcą informacji
Może jednak organy rządowe po prostu nabrały wody w usta i na wszelki wypadek w ogóle nie chcą mówić o Smoleńsku. Tak sądzi poseł Ludwik Dorn. - Być może chcą coś ukryć w tej sprawie, ale może też być tak, że wprowadzono dyrektywę o nieinformowaniu o czymkolwiek, co jest związane z katastrofą smoleńską, po tym, co już zostało podane do wiadomości publicznej. Zauważmy, że cokolwiek dotąd powiedzieli, to zaraz dezawuuje to ich własne działania. Tak było, gdy po ekspertyzie Instytutu Ekspertyz Sądowych sami ujawnili, że w opinii Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Komendy Głównej Policji także nie rozpoznano głosu gen. Błasika. Inny przykład to gdy pan Maciej Lasek przyznał, że nie było opinii materiałoznawczej o skrzydle tupolewa i brzozie - sądzi były marszałek Sejmu. Dziwi go odmowa udostępnienia informacji "Naszemu Dziennikowi". - Uzasadnienie jest pozbawione sensu. Ministerstwo bez żadnych podstaw reglamentuje informacje, które mogą mieć ważny wymiar publiczny i słusznie budzą zainteresowanie dziennikarzy - stwierdza Dorn.

Piotr Falkowski

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po03.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 54 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /