Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 55 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Sami dbamy o nasze zdrowie.
PostNapisane: 25 sty 2018, 22:11 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3231
Pokaz diagnozy manualnej - Aliaksandr Haretski - Akademia Medycyny Regeneracyjnej



Poprzez proste uciski na ciało w określonych punktach mogliśmy zobaczyć jak reaguje (bólem) organizm w specyficznych miejscach, które odpowiadają wewnętrznym organom (serce, wątroba, nerki, kręgosłup itp.). Taka diagnozę może wykonać każdy z pomocą drugiej osoby aby wstępnie zweryfikować stan swego zdrowia.

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sami dbamy o nasze zdrowie.
PostNapisane: 21 lut 2018, 21:30 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3231
ODKRYCIE OCZYSZCZANIE PŁUC LECZENIE INFEKCJI


_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sami dbamy o nasze zdrowie.
PostNapisane: 25 maja 2018, 19:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31049
LECZNICZE WŁAŚCIWOŚCI WODY UTLENIONEJ
(CZĘŚĆ 1)

Obrazek

Lecznicze właściwości wody utlenionej - a właściwie nadtlenku wodoru w niej zawartego - to temat, o którym coraz więcej się słyszy. Na forach internetowych krążą opinie, że to doskonały środek zabijający beztlenową, patogenną mikroflorę, grzyby Candida itp. oraz ogólnowzmacniający układ odpornościowy. To niezwykle interesujące, ponieważ mówimy o zupełnie nowym zastosowaniu tej substancji - o przyjmowaniu wewnętrznym.

Temat wody utlenionej budzi szczególne kontrowersje również dlatego, że wywołuje skojarzenia z tematem wolnych rodników (atomów lub grup atomów, którym brakuje elektronów), o których wiadomo, że wywierają wysoce niekorzystny wpływ na tkanki organizmu poprzez swoją silną reaktywność.

Na początku roku 2008 nakładem Wydawnictwa Hartigrama ukazała się książka, która wszystko to, co dociera do ludzi jako nie do końca precyzyjnie sformułowane pogłoski, wyjaśni w sposób przystępny, dokładny i rzeczowy. Uczyni to językiem zrozumiałym dla większości ludzi.

Mowa o książce Iwana Pawłowicza Nieumywakina
"Woda utleniona - na straży zdrowia".


Obrazek


Przez wiele lat woda utleniona była znana jedynie jako doskonały środek antyseptyczny, stosowany do dezynfekcji ran. Informacje o stosowaniu wewnętrznym wody utlenionej nie przechodziły na ogół do opinii publicznej. Sama myśl, że wodę utlenioną możnaby (oczywiście w stanie rozcieńczonym) spożywać doustnie sprawiłaby, że co bardziej wykształceni z pewnością popukali by się w głowę, myśląc w tym czasie oczywiście o osobie, która rzuciłaby taki pomysł.

To jednak nie fikcja literacka, ale metoda, nad którą pracowało na przestrzeni naszego wieku wiele światłych osób potrafiących samodzielnie myśleć. I wykorzystywanie wody utlenionej to, jak pokazują relacje wielu ludzi, metoda skuteczna, co w bardzo przekonujący sposób wyjaśnia Iwan Nieumywakin. Lecz czy jest to wiarygodna osoba?

O autorze:
Obrazek


Iwan Nieumywakin to profesor medycyny, współtwórca tzw. medycyny kosmicznej - metod leczenia i wykonywania zabiegów w ekstremalnych warunkach panujących na orbicie okołoziemskiej. Jego wynalazki i opracowania od lat są wykorzystywane we współczesnych gabinetach lekarskich. Niewielu z nas, wykonując badanie pojemności płuc, wie, że na końcu ustnika, w który dmuchamy znajduje się wynalezione przez Profesora urządzenie o nazwie "Suchy spirometr". Profesor Nieumywakin swoją wiedzę zawdzięcza 50 latom pracy naukowej, wykonywanej we współpracy z najbardziej światłymi umysłami rosyjskiej nauki. Większość tego czasu poświęcił na badania mechanizmu oddychania, opracowywanie i testowanie nietypowych mieszanek oddechowych (zawierających np. hel i inne gazy) i wiele innych. Wszystko to sprawiło, że prof. Nieumywakin nabył ogromnego doświadczenia i wiedzy o wielu mechanizmach fizjologicznych organizmu.

Wiedzę tę wykorzystał praktycznie, opracowując unikalną metodę metoda leczenia przy użyciu nadtlenku wodoru (woda utleniona to 3% roztwór wodny nadtlenku wodoru). Była ona wykorzystywana od lat 50 ubiegłego stulecia do pokonywania rozmaitych dolegliwości u radzieckich kosmonautów oraz wysokich rangą urzędników państwowych. Teraz, kiedy technika ta została odtajniona, możemy bez przeszkód przeczytać o niej ze szczegółami w książce pt. "Woda utleniona - na straży zdrowia". Wygląda na to, że nikt nie wie o tym więcej od Nieumywakina. I nic w tym dziwnego - jest współtwórcą i wielkim popularyzatorem metody. Biorąc do ręki dzieło Iwana Pawłowicza Nieumywakina "Woda utleniona - na straży zdrowia", warto mieć świadomość tego, że traktuje ono o znanym i powszechnie stosowanym środku, dostępnym w aptekach za cenę jednego złotego. Mówi zatem o możliwościach leczenia przy pomocy taniego i nadspodziewanie skutecznego specyfiku (a takim jest niewątpliwie woda utleniona), na który każdy może sobie pozwolić bez uszczuplania domowego budżetu.

W dotychczas wydanych książkach autorzy zazwyczaj nie wyjaśniają, dlaczego woda utleniona działa tak wszechstronnie i czym zawarty w niej tlen różni się od tlenu cząsteczkowego, który wdychamy. Poza tym ich autorzy sądzą, że nadtlenek wodoru H2O2 (obecny w wodzie utlenionej) rozpada się na wodę i tlen cząsteczkowy. Jest to jednak po prostu nieprawda! Nadtlenek wodoru (składnik wody utlenionej) rozkłada się bowiem na wodę i tlen ATOMOWY.

Obrazek

Jakie konsekwencje pociąga za sobą ta różnica? O tym obszernie pisze Iwan Nieumywakin w swojej książce. Dość wspomnieć, że tlen atomowy jest ważnym czynnikiem pomagającym przywrócić i zachować zdrowie człowieka. Przyroda zadbała, by w naszym organizmie działał mechanizm obronny, nazywany układem immunologicznym. Jego komórki - leukocyty i granulocyty (odmiana leukocytów), wytwarzają nadtlenek wodoru, który w trakcie rozkładu produkuje tlen atomowy, bez którego nie zachodzi ani jedna reakcja biologiczna czy energetyczna.

Jednocześnie, będąc bardzo mocnym utleniaczem, niszczy on każdą patogenną mikroflorę - niezależnie od tego czy są to grzyby, wirusy, czy bakterie.

W wyniku złego odżywiania, zanieczyszczenia środowiska i innych szkodliwych czynników, układ odpornościowy ulega osłabieniu. Jego komórki nie są zdolne do likwidowania wszystkich zagrożeń. Autor traktuje przyjmowanie roztworu nadtlenku wodoru jako sposób na jego wspomożenie.

Chociaż naukowcy od dawna poważnie zajmują się zagadnieniem wpływu wody utlenionej na przebieg leczenia różnych chorób (gangreny, sączących i ropnych ran w chorobie popromiennej, chorób nowotworowych), badania te nie uzyskały szerokiego rozgłosu. Przyczyną tego stanu rzeczy jest zajadły sprzeciw ogromnego przemysłu wytwarzającego syntetyczne lekarstwa, jako jednej z głównych gałęzi biznesu, który przynosi wielkie dochody żerując na nieszczęściu ludzkim, oraz opór przedstawicieli tego przemysłu wobec podważania ich "autorytetu".

Jak twierdzi Nieumywakin - "Nie ma takiego zjawiska jak choroba jednego narządu - chory jest cały człowiek." I leczyć trzeba człowieka, a nie rękę, nogę czy wątrobę. Ponieważ podejście do człowieka, jako do całości (tzw. podejście holistyczne) jest się również teza Nieumywakina, głosząca, że "niezależnie od tego, jakimi cudownymi właściwościami dysponował by nadtlenek wodoru, to skuteczność jego oddziaływania na organizm będzie znacznie większa,

Zanim weźmiecie się za wodę utlenioną (i tym samym za zawarty w niej nadtlenek wodoru), konieczne jest oczyszczenie jelit, wątroby, stawów i krwi..." I również o tym profesor Nieumywakin pisze w swej książce. Podaje łatwe do zastosowania metody oczyszczenia organizmu, które bez nakładów finansowych można przeprowadzić w zaciszu domowym. No a potem - biegiem do apteki po wodę utlenioną...

Obrazek
Relacje osób, które stosują leczenie wodą utlenioną:


Szanowny Iwanie Pawłowiczu! Piszę z klinicznego szpitala wojewódzkiego w N. Jeden nasz pacjent cierpi na nowotwór żołądka - gruczolaka o małym stopniu zróżnicowania w IV stadium rozwoju. Leżał w centrum onkologicznym, gdzie stosowano odpowiednie leczenie i skąd został wypisany z rokowaniem przeżycia jeszcze jednego miesiąca, o czym poinformowano jego najbliższych. W naszej zaś klinice poddano chorego dwóm cyklom zabiegów endolimfatycznego wprowadzenia Fluorouracilu i Rondoleukiny. Dodatkowo aplikowaliśmy nadtlenek wodoru za pomocą aparatu "Izolda", ponieważ nie mamy skonstruowanego przez Pana urządzenia "Helios-1". Od przeprowadzonego przez nas leczenia upłynęło już 11 miesięcy, pacjent żyje i pracuje. Zadziwił nas i zainteresował ten przypadek. Niestety spotykaliśmy się z publikacjami o zastosowaniu nadtlenku wodoru w onkologii jedynie w literaturze popularnej i w Pańskich artykułach - wywiadach. (Autor listu prosił o nieumieszczanie jego danych)

Chcę podzielić się z Panem tym, co stało się ze mną w czasie, gdy zaczynałam zażywać wodę utlenioną (H2O2). Mam 73 lata, przeszłam zawał serca, udar mózgu, prawa strona [ciała] praktycznie nie działała, przez bóle kręgosłupa, stawów oraz w okolicy serca, z trudem poruszałam się po pokoju, fgłowę mogłam odwracać jedynie wraz z tułowiem a to i tak nie wszystko. Zaczęłam przyjmować fwodę utlenioną (H2O2) zgodnie z Pańskim zaleceniem. Po jakichś 2 tygodniach poczułam niewielką ulgę, a pod koniec miesiąca, jak gdyby rozluźniła się jakaś sprężyna, po czym praktycznie zanikły bóle w okolicy serca i w stawach. Minęło już 7 miesięcy, a ja czuję się jak 10 lat przed chorobą. Samodzielnie chodzę do sklepu, wykonuję gimnastykę a całe lato kopałam w ogródku. Nawet chodziłam na bosaka i od czasu do czasu chłostałam się pokrzywą. Teraz wszyscy moi sąsiedzi przeszli na taki sam tryb życia i zrozumieli, że nie wkładając wysiłku w swoje zdrowie, nie osiągnie się żadnego pożytku, tym bardziej od lekarstw, którymi nas tylko trują. Dziękuję Bogu, że jest Pan na świecie. Zdrowia Panu życzę i Pańskim współpracownikom. T. Gordiejewa, Kirow

Mam 64 lata. Mając 50 lat przeszedłem zawał, po półtora roku pojawiło się nadciśnienie, przy czym ciśnienie podniosło się do 250/140 mm słupa rtęci. Zanim skończyłem sześćdziesiątkę doszła arytmia z migotaniem komór, tachykardia napadowa, przerost prostaty, który przerodził się w guza prostaty. Od 52 roku życia mam grupę inwalidzką, i niezależnie od dużej ilości przyjmowanych lekarstw oraz leczenie w szpitalach , mój stan się pogarszał. W rezultacie miałem ciężką zadyszkę, z trudem chodziłem, w związku z napuchniętymi nogami nie byłem w stanie się schylić, poruszałem się wyłącznie z pomocą bliskich, pogarszała się pamięć a w głowie wciąż mi szumiało. Myślałem już o tym, by zakończyć swe życie na Ziemi, by nie męczyć siebie i najbliższych oraz lekarzy, którym od samego mojego widoku robiło się niedobrze. Na początku roku 2000 zapoznałem się z zaleceniami profesora Nieumywakina i zacząłem przyjmować wodę utlenioną (nadtlenek wodoru) według jego metody, a także zacząłem gimnastykować się na ile pozwalały mi siły, przyjmować naprzemienne prysznice, wychodzić niezależnie od pogody, czyli przestałem liczyć na osoby trzecie, zająłem się własnym zdrowiem, jak mawia Iwan Pawłowicz, całościowo.

W efekcie, obecnie (październik 2003 r.) uważam siebie za praktycznie zdrowego człowieka. Ciśnienie krwi spadło do 130-140/85-95 mm słupa rtęci, ekstracystole (nadkomorowe pobudzenia przedwczesne serca) oczywiście zdarzają się, ale nie zauważam ich, swobodnie chodzę, kręgosłup zgina się, wykonuję stanie w pozycji Świecy, staję na głowie, opuchlizna nóg ustąpiła. Ma rację profesor Nieumywakin: na zdrowie trzeba sobie samemu zapracowywać. Ja poświęcam na poranną gimnastykę i zabiegi około godziny, w ciągu dnia na spacer, bieg truchtem- 1-1,5 godziny.

Pozostały czas to praca na działce. Ale przecież mimo tego, że lat mi przybyło, czuję się o wiele lepiej niż nawet przed chorobą. Okazuje się, że wszystko jest bardzo proste, ale bez własnego wkładu pracy zdrowia nie będzie. Nie chodzę do lekarzy, a jeśli już się wybiorę, to oni dziwią się, że jeszcze żyję, bo według ich prognoz powinienem już dawno umrzeć. Mówię im, że nie doczekają się. Zresztą niektórzy z nich już umarli. I co się okazuje? Wielu, do których wcześniej się zwracałem nie mogło mi zalecić, co mam robić. Mógł to uczynić jedynie Główny Uzdrowiciel Narodowy Rosji. Jaki mam mieć teraz stosunek do oficjalnej medycyny, która porzuca pacjentów, dla których w ogóle istnieje?

Z szacunkiem i wdzięcznością za mądre i proste rady, których zastosowanie chorych zmienia w zdrowych. I.P. Potzorow, Lipieck

Na starość uzbierało się wiele bolączek i już wydaje się, że przywykliśmy do nich, ale ciągłe uczucie osłabienia, rozbicia, zmęczenia, nawet po nieznacznym wysiłku, uczyniły życie "nie do życia". Za radą I.P. Nieumywakina zaczęliśmy (ja i mąż) przyjmować wodę utlenioną (nadtlenek wodoru). Po pierwszych dziesięciu dniach niczego nie poczułam, ale potem zaczęły dziać się cuda. Jelita zaczęły wyrzucać z siebie coś niewyobrażalnego. Jakieś błonki, czerń, kamyki, i trwało to ponad tydzień. Wkrótce to samo zaczęło się u męża. Jeśli by Pan tylko wiedział, jak odżyliśmy, można by rzec, odmłodnieliśmy o 10-15 lat. Czy to możliwe, że to wszystko przez nadtlenek wodoru? W.I. Morozowa, Tomsk

Z całego serca dziękuję za zalecenie dotyczące zażywania wody utlenionej. Jestem inwalidą II grupy, mam 77 lat. 44 lata przepracowałem dla nauki. W 1990 roku przebyłem rozległy zawał serca. Od tamtej chwili cierpię na bóle dławicowe, nie mogłem przejść 5 minut od domu do Instytutu bez zatrzymywania się i zażycia nitrogliceryny. I to mimo faktu, że leczyłem się najnowocześniejszymi środkami. Rok temu stan gwałtownie się pogorszył i byłem zmuszony odejść na emeryturę. Przeczytawszy o korzystnym wpływie nadtlenku wodoru w informatorze "ZSŻ" , zacząłem przyjmować go codziennie. Po kilku tygodniach stenokardia, która jak wiadomo, związana jest z niedotlenieniem mięśnia sercowego, całkowicie znikła. Tlen z nadtlenku wodoru w pełni zaspokoił potrzeby serca. Stopniowo wykluczyłem przyjmowanie wszystkich lekarstw służących rozszerzeniu naczyń. Zażywając tylko nadtlenek wodoru, czuję się, wspaniale- jak by podmieniono mi serce. Z przyjemnością prowadzę samochód, latem pracowałem na działce, kopałem grządki, sadziłem, pielęgnowałem, zbierałem urodzaj. Obecnie bez wysiłku przechodzę dystans 5 km. Profesor G.P. Kutuzow, Łobnia

Opowiem o tym, jak w ciągu sześciu lat cierpiałam na astmę oskrzelową. Szczególnie w nocy było niedobrze. Nie mogłam spać, dusiłam się. A w tym informatorze przeczytałam wywiad z profesorem I.P. Nieumywakinem. Natychmiast uwierzyłam w nadtlenek wodoru i zaczęłam przyjmować go zgodnie z zaleceniami doktora. No i stał się cud. Astma oskrzelowa męcząca mnie tyle lat rozstała się ze mną. Jakież to szczęście, gdy człowiek się nie dusi i może prowadzić normalne życie! Walentyna K., Dimitrowgrad

Obrazek

Nie pomylę się, jeśli powiem, że każdy z nas najbardziej boi się udaru mózgu. I ja również się boję. Jakieś 20-25 lat temu zaczęło pojawiać się u mnie co jakiś czas obrzmienie lewego policzka, a przy nacisku na lewy policzek odczuwałam ostry ból, i jednocześnie powstawał stan zapalny lewego ucha i lewej powieki. Zwróciłam się do lekarzy. Otolaryngolog przepisał mi wibromasaż chorego ucha, a na wzrok i w celu zlikwidowania zaczerwienienia powiek zalecono mi zwykły masaż powiek przy pomocy szklanego pręcika. Kiedy po dwóch tygodniach przekonałam się o absolutnej nieskuteczności tych zabiegów, po prostu z nich zrezygnowałam. Straciłam tylko nadaremnie swój czas i niemal przegapiłam moment, kiedy jeszcze można było sobie pomóc. Wówczas to postawiłam sobie diagnozę - stan przedudarowy. I co teraz robić, jak się ratować? Zauważcie, że był to przełom lat 70-80. Zabroniona była Joga, oddychanie metodą Butenki, Borys Bołomow w więzieniu za swą książkę "Nieśmiertelność - to realne". Odszukiwano dysydentów, sadzano do więzień, a artykuły w "Zdrowiu" były jednakowe, nic nie mówiące i stereotypowo prostackie. Prosty rozum mógł się tym udławić a ja postanowiłam w pojedynkę stawić czoła mojej chorobie!

Pomocny okazał się mój zawód. Jestem inżynierem geologii i większość swego życia spędzałam w zdrowych warunkach. Mieszkaliśmy w namiotach bez telewizora, był za to stary radioodbiornik "Rekord" ,za pomocą którego wraz z kolegami słuchaliśmy "Radio Svoboda" [wolna Europa]. Bezlitośnie ją zagłuszano, ale my wśród piekielnego szumu staraliśmy się rozróżniać słowa. Na tej fali o 5.00 rano zawsze podawano ( i do dziś się podaje) wszelkie nowinki o zdrowiu nacji amerykańskiej. W jednej z tych audycji usłyszałam następujące (przytaczam niemal dosłownie): Udar nie zagraża tym, którzy regularnie dbają o zęby, z pomocą nadtlenku wodoru i wody pitnej.

Amerykańscy uczeni, którzy w ciągu 10 lat obserwowali dwadzieścia tysięcy pacjentów, doszli do wniosku, że to znacznie zmniejsza ryzyko wylewu krwi do mózgu. Od tej pory do dnia dzisiejszego przyjmuję wode utlenioną codziennie, przecież jest tania, łatwa w użyciu i dostępna jako środek do przemywania otwartych ran. Jest pomocna w leczeniu całkiem poważnych chorób i pozwala opierać się całej armii szkodliwych bakterii i wirusów. Jaki jest rezultat 20 lat wiernej służby nadtlenku wodoru? Zacznę od tego, że w wieku 64 lat mam wszystkie swoje zęby, wzrok stuprocentowy, czytam najdrobniejszy druk w "ZSŻ", dykcję mam wyraźną, pamięć bez zakłóceń, smak, węch i apetyt najwyższej klasy. Nie zostało nawet wspomnienie po chorobie ucha. Jestem bezgranicznie wdzięczna przypadkowo usłyszanej informacji. Zresztą, teraz już nasi uczeni twierdzą, że jeśli by nasze białe ciałka krwi nie produkowały nadtlenku wodoru (który produkują z tlenu atmosferycznego i wody), to Ziemia dawno już należała by wyłącznie do bakterii, wirusów, grzybów, pasożytów i innego świństwa.

Oczywiście, jeśli wraz z zastosowaniem nadtlenku wodoru prowadzić rozsądny tryb życia (a ja to wiem, bo zawód geologa uczy ascetycznego stylu życia), wymagający ciągłego treningu organizmu, to problemy zdrowotne gdzieś znikną. Mam 64 lata. W ciągu 40 lat bez przerwy miałam wysoki opad erytrocytów (OB.- 35-40 ml/h) [prawidłowy to 1-2/h]. Zasięgałam porady wszelkich lekarzy, próbowałam znaleźć przyczynę i wszystko na próżno. Doszłam do wniosku, że w czasie porodu zarażono mnie streptokokkiem, który znajduje się we krwi. Lekarze nie wiedzieli jak się go pozbyć. Przeczytawszy artykuły profesora I. P. Nieumywakina o nadtlenku wodoru, natychmiast w niego uwierzyłam i zdecydowałam się działać. Wykonałam oczyszczenie jelit i zaczęłam pić H2O2 według recepty. Po 10 dniach zrobiłam analizę krwi i nie uwierzyłam własnym uszom, gdy lekarz powiedział, że wszystkie wyniki są idealne. Nawet EKG było w normie, chociaż wcześniej pokazywało zakłócenia przewodzenia. Radość moja, rzecz jasna, nie miała granic. Cierpiałam 40 lat i w czasie 10 dni stałam się zdrowa. L. Jaśko, Wołgograd

Obrazek

Mój mąż przeszedł ciężki uraz mózgu. Jest inwalidą I grupy. Niedowład lewej strony, w tym i języka. Utrata zmysłu smaku, węchu, apetytu i sytości, wrażliwości na światło, mowę, pamięci itd., jest tego wiele. Sama jestem inwalidką II grupy: astma oskrzelowa, stenokardia, (wszystkie dolegliwości długo można wyliczać). Po wywiadzie z Nieumywakinem z dnia 26 marca zaczęliśmy przyjmować bez poradzenia się z lekarzami wode utlenioną. Zdecydowaliśmy, że nie mamy nic do stracenia, a nuż pomoże. I początek już jest! Mąż zaczął mówić, nie wypada mu już z lewej strony ust pożywienie, pojawiło się uczucie łaknienia i sytości, zaczął odróżniać smaki, poprawił się kolor skóry, zaczął zapamiętywać przystanki autobusowe. U mnie też są postępy, choć nie takie jak u męża. T. Wierbiło, Krasnojarsk

Mąż ma gruczolaka stercza. Przeszedł wszelkie operacje. Niezależnie od tego pogorszyło się oddawanie moczu i stan jelit. Po lekturze "ZSŻ" zaczął przyjmować nadtlenek wodoru. Skutek: Wartość znacznika PSA [ang. Prostate Specific Antigen, antygen gruczołu krokowego] obniżyła się z 6,6 do 2,0, co stanowi normę, unormowała się czynność pęcherza moczowego, nocą rzadko wstaje, a wcześniej zdarzało się to 3-5 razy. Jelita zaczęły normalnie pracować. L. Grinberg, Saratow

Od 35 roku życia cierpię na nadciśnienie, arytmię, zapalenie żył z towarzyszącym obrzękiem nóg. Po punkcji szpiku kostnego w ciągu 20 lat męczyło mnie zapalenie korzonków. Leczyli mnie, ale i tak chodziłam zgięta jak paragraf. Zaczęłam pić wodę utlenioną. Po pierwszym cyklu dziesięciodniowym niczego szczególnego nie zauważyłam. Za to po kolejnych dziesięciu dniach zaczęły dziać się cuda. Znikła arytmia, ciśnienie krwi, które nie spadało poniżej 160/100 wyniosło 120/90, obrzęki nóg z objawami zapalenia żył również znikły. Ale, co zadziwiające, wyprostowały się plecy i zaczęły czernieć włosy. Galina Konstantynowna, 65 lat, Moskwa

Zaznajomiwszy się z materiałami I.P. Nieumywakina o nadtlenku wodoru, zdecydowałem się napisać do Was. Pojawił się u mnie interesujący materiał potwierdzający teorię i praktykę profesora.Mnie osobiście 3% roztwór nadtlenku wodoru pomaga. Podam tylko jeden przykład. Po przeniesionym wylewie, pojawiło się u mnie wiele nieprzyjemnych, tak zwanych efektów pobocznych ordynowanych przez lekarzy medykamentów, które komplikowały i tak skomplikowaną już sytuację. Konkretnie, z pomocą wody utlenionej udało mi się uwolnić od brodawek, które pojawiły się w bardzo niewygodnym miejscu - w kroczu. Lekarze, do których się zwracałem, zaproponowali operacyjne usunięcie . Jednak przewidując powikłania mogące mieć miejsce w moim opłakanym stanie, zdecydowałem uciec się do nadtlenku wodoru.

Przed snem żona pomagała mi nałożyć tampony wykonane z papierowych serwetek namoczonych w 3% roztworze nadtlenku wodoru bezpośrednio na zaatakowane miejsca i pozostawiała je tam do rana. Powtarzałem te zabiegi w ciągu 3 tygodni. Jakież było moje zdziwienie, kiedy pewnego poranka odkryłem, że wszystkie brodawki znikły. Wcześniej usuwano mi je kilkukrotnie za pomocą przypalania jakimiś urządzeniami, ale one pojawiały się znowu w tych samych miejscach. Co zaś dotyczy stosunku działaczy medycyny oficjalnej do nadtlenku wodoru, to w większości jest to stosunek negatywny. I nie ma co się dziwić, sprzedaż drogich lekarstw jest o wiele bardziej zyskowna niż sprzedaż wody utlenionej. Poza tym nie zaprzestaje się prób nadtlenek wodoru z wszelkimi możliwymi nie działającymi dodatkami, I, wyobraźcie sobie, że ludzie kupują te śliczne buteleczki i pojemniczki, albowiem cieszą się one popularnością napędzoną za pomocą reklamy. Należy zauważyć, że we wszystkich tych produktach zawartość tlenu jest o wiele mniejsza niż w zwyczajnym nadtlenku wodoru (wodzie utlenionej).

Do tego zawartość tlenu to ważny aspekt. Iwan Pietrowicz Pawłow swego czasu powiedział, ze życie, to ciągła walka z niedotlenieniem.

Znane porzekadło uznanego na całym świecie uczonego dotyczy wszystkiego, co żyje na naszej planecie. Wiadomo, że nadtlenek może działać jak katalizator w plazmie i białych krwinkach. Ma zdolność do przenikania przez błonę komórkową erytrocytów zapewniając im dodatkową ilość tlenu. Zresztą komórki naszego ciała, które walczą z infekcjami, nazywamy granulocytami. One produkują nadtlenek wodoru i są jak by pierwszą linią obrony przed bakteriami i wirusami. Obecność w organizmie człowieka cząsteczek nadtlenku wodoru odgrywa ogromną rolę. Uczestniczą one w wielu procesach zachodzących w naszym ciele. Nie zamierzając rozwijać tu wykładu z mikrobiologii, chcę tylko nadmienić, że proteiny, karbohydraty, witaminy i minerały, by uczestniczyć w pełnieniu ważnych funkcji życiowych, nieodzownie wymagają obecności nadtlenku wodoru.

Nie przypadkowo w naukowej literaturze medycznej opublikowano ponad sześć tysięcy badań naukowych nad zastosowaniem nadtlenku wodoru, powtarzam - prostego, taniego i w znacznym stopniu wszechstronnego środka. Jednak oficjalna medycyna woli ten fakt przemilczać. Na całego za to reklamuje się szalenie drogie preparaty, efekt których nie został do końca zbadany a konsekwencje ich zażywania są niejasne. Tak, że, życzę Wam zdrowia. Nie spieszcie przyjmować lekarstw, nie mając o nich dokładnej informacji.

Woda utleniona to wielkie źródło tlenu atomowego, i do tego uczestniczy on w procesie niszczenia przez komórki krwi szkodliwych bakterii. Właśnie dlatego wciąż płukam usta mieszanką nadtlenku wodoru i szczerze mówiąc, czuję, że mój ogólny stan się poprawił.

Oprócz tego, jak już pisałem, udało mi się z pomocą właśnie nadtlenku pozbyć brodawek, które przeszkadzały mi w poruszaniu się, przez co życie znów się do mnie uśmiechnęło. Teraz jestem w stanie sam robić to, czego nie mogłem wcześniej. Wielkie dzięki redakcji i profesorowi Iwanowi Pawłowiczowi Nieumywakinowi. Popchnęliście mnie do skorzystania w procesie leczenia z wody utlenionej, i efekt, na szczęście okazał się pozytywny. ENGE, Kalifornia

Obrazek

http://www.vismaya-maitreya.pl/naturaln ... ionej.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sami dbamy o nasze zdrowie.
PostNapisane: 27 maja 2018, 08:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31049
WODA UTLENIONA
(CZĘŚĆ 2)

Obrazek

Na podstawie dużej ilości przeprowadzonych badań klinicznych i laboratoryjnych stwierdzono, iż z pomocą wewnętrznego wlewania nadtlenku wodoru (wody utlenionej) można z powodzeniem zwalczyć infekcje wirusowe, bakteryjne, grzybicze i pasożytnicze. Można w ten sposób również stymulować pracę systemu odpornościowego, przeszkadzając wzrostowi guzów. Wzbogacenie tkanek organizmu tlenem, co zachodzi podczas wewnętrznego przyjmowania roztworu wody utlenionej w postaci zastrzyku (kroplówki) czyni tę metodę korzystną podczas leczenia szerokiego spektrum zachorowań. Podczas wlewania roztworu wody utlenionej nie powinno się go mieszać z innymi środkami leczniczymi (ponieważ zachodzi ich utlenienie i dezaktywacja).

Mimo to, że potrzeba jeszcze wiele pracy, by uściślić kliniczne właściwości wody utlenionej, to już dzisiaj można wymienić choroby i rodzaje patogennych mikroorganizmów reagujące na leczenie wodą utlenioną. Właściwości te nie powinny nikogo dziwić, gdyż jak nadmienia w swojej książce Iwan Nieumywakin;

łyżka wody utlenionej dodana do szklanki wody całkowicie
eliminuje wszystkie znajdujące się w niej mikroorganizmy.


Obrazek

Woda Utleniona 3%


Działanie:
Woda Utleniona wchodzi w reakcję z krwią, ropą i tkankami martwiczymi. Wydzielający się tlen tworzy pianę i oczyszcza mechanicznie zaschłe, zropiałe rany, rozpulchnia strupy. Działa także odwadniająco, wybielająco i słabo bakteriobójczo. Roztwór 3% działa również pobudzająco na ziarninowanie.

Woda utleniona zabija nawet wąglika (wykorzystywanego jako broń biologiczna), którego jakiś czas temu tak bali się Amerykanie.

Dawkowanie wody utlenionej wg książki Iwana Nieumywakina "Woda utleniona na straży zdrowia":
Zażywać zaczynając od 1 kropli na dwie-trzy łyżki wody 3x dziennie przed jedzeniem lub 1,5-2 godziny po posiłku. Codziennie zwiększać dawkę o 1 kroplę, aż dojdziemy do 10 kropli. Przerwać kurację na 2-3 dni i podjąć ją znowu, ale już w dawce 10 kropli, robiąc przerwę co 1-3 dni. Niektórzy pacjenci nie robią przerw.


CHOROBY:

Obrazek


Alergia
Anemia
Astma
Arytmia serca
Bóle głowy
Cerebrastenia
Choroba Alzheimera
Choroba górska
Choroba naczyniowa mózgu
Choroba naczyń obwodowych
Choroba Parkinsona
Choroby sercowo naczyniowe
Choroby spowodowane wirusem Epsteinne-Barre
Choroby spowodowane wtargnięciem do organizmu wirusa HIV
Cukrzyca insulino-niezależna
Encefalopatia naczyniowa
Grypa
Kandydoza chroniczna układowa
Liszaj
Migrena (osłabienie czynności umysłowej na tle uszkodzenia
mózgu, neurastenia z przemęczenia umysłowego)
Opryszczka
Paradontoza
Przewlekłe obstrukcyjne zapalenie oskrzeli
Półpasiec (pasówka)
Rak z przerzutami
Reakcje alergiczne, powodowane działaniem otaczającego środowiska
Rozedma
Reumatoidalne zapalenie stawów
Skleroza rozsiana
Stenokardia, choroba wieńcowa
Zaburzenie mięśnia sercowego
Zapalenia wirusowe wątroby wszystkich typów
Zapalenie dziąseł
Zapalenie oskrzeli


BAKTERIE:

Obrazek


Legionella pneumophila
Treponema pallidum
Escherichia coli
Salmonella typhimurium
Mycobacterium leprae
Staphylococcus aureus
Pseudomonas aeruginosa
Campylobacter jejuni
Salmonella typhi
Streptokokki grupy B
Bacillus cereus
Actinobaccillus actinomyceemocomitans
Bakteroidy
Neisseria gonorhoeae


GRZYBY:

Obrazek


Histoplasma capsulatum
Candida albicans
Coccidioides
Paracoiccidioides
Blastomyces
Sporothrix
Mucoraceae
Aspergillus fumigatus
Coccodioides immitis


WIRUSY:

Obrazek


Wirus Epteinna-Barra
Wirus cytomegalii
Wirus immunodeficytu człowieka (powodujący AIDS)
Wirus Takaribe (Arenawirusy)
Wirus limfocytowego zapalenia opon i naczyń (LCMV)


PASOŻYTY (PIERWOTNIAKI):

Obrazek


Pneumocystis carinii
Plasmodium yoelii
Plasmodium berghei
Toxoplasma gondii
Nippostrongycus brasiliensis
Naegleria fowleri
Leishmania major
Schistosoma mansoni
Chlamydia, Chlamydia psittaci
Trichomonas vaginalis
Tepanosoma cruzi
Endameba histoclytica


NOWOTWORY:

Obrazek


Guz Ehrlicha
Neuroblastoma


INNE:

Obrazek


Oczyszczanie krwi od pestycydów.

Obrazek

Źródła:
"Woda utleniona na straży zdrowia", Iwan Nieumywakin,
"Lecznicze właściwości wody utlenionej", Wiliam Douglas

http://www.vismaya-maitreya.pl/naturaln ... a_cz2.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sami dbamy o nasze zdrowie.
PostNapisane: 29 cze 2018, 12:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31049
Dlaczego trzeba myć owoce, zwłaszcza cytrusy

Obrazek
fot. Morlawmina


Bakterie, pestycydy, konserwanty, woski, środki biobójcze - to wszystko znajduje się na owocach, które kupujemy. Owoce, zwłaszcza cytrusy, ale także warzywa, trzeba dokładnie myć. Opłukanie zimną wodą nie wystarczy.

Badania rynkowe pokazują, że aż jedna trzecia Polaków spożywa, lub wykorzystuje w kuchni niemyte warzywa i owoce. Tylko co piąta osoba zadaje się sobie trud opłukania produktów, które nie będą obierane przed spożyciem. Niestety, mycie owoców zimną wodą na niewiele się zda. Bakterie nic sobie z tego robią, a chemikalia często mają postać wosków lub oleju i zimna woda ich nie usunie.

Owoce cytrusowe, które trafiają do nas z importu, muszą być zabezpieczone przed psuciem się i szkodnikami, by w dobrym stanie przetrwać długi transport. Wśród substancji stosowanych do ich zabezpieczania najczęściej znajdują się przeciwgrzybiczny imazalil, tiabendazol, wosk pszczeli (E901), wosk carnauba (E903), szelak (E904), pestycydy i konserwanty z grupy E220-E237. Taki chemiczny arsenał, mimo, że dopuszczony do stosowania do żywności, nie pozostaje obojętny na nasze zdrowie - wywołuje np. alergie i biegunki.

Owoce i warzywa należy myć zawsze, nawet, gdy wydają się czyste, a już szczególnie wtedy, gdy chcemy je spożyć na surowo. Mogą być wolne od chemii, jednak z pewnością nie od bakterii i innych drobnoustrojów. Nawet czarne jagody lub poziomki bez przepłukania mogą stać się zaczątkiem bąblowicy wywoływanej przez tasiemce.

W pierwszej kolejności powinniśmy najpierw dokładnie umyć ręce. Do mycia owocó i warzyw można przygotować płukankę: do litra wody dodać pół szklanki octu winnego, jabłkowego lub zwykłego, albo 2-3 łyżki kwasku cytrynowego. W takiej mieszaninie powinniśmy płukać owoce i warzywa przez około 3 minuty.

Chcąc pozbyć się nadmiaru chemii, możemy przygotować płukankę w roztworze zasadowym. W tym celu, w litrze wody rozpuszczamy łyżkę sody kuchennej i ponownie płuczemy nasze produkty przez 2-3 minuty. Podczas tego zabiegu płyn najczęściej stanie się mętny, a czasem nabierze żółtawej barwy. Na jego powierzchni możemy zobaczyć tłuste plamy lub smugi. Płukanie najlepiej wykonać zaraz po zakupach, a warzywa i owoce przechowywać następnie w niskiej temperaturze.

Same cytrusy dobrze jest umyć gorącą wodą (60-70 stopni) i najlepiej szczoteczką. W ten sposób całkowicie pozbędziemy się z nich tiabenzdazolu i wosków. Przed krojeniem można przemyć je detergentem. Niestety, w warunkach domowych nie sposób w pełni wypłukać z nich imazalil.

(WA)

https://www.salon24.pl/u/zdrowie/675336 ... za-cytrusy


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sami dbamy o nasze zdrowie.
PostNapisane: 12 lip 2018, 11:29 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3231
Prof. Iwona Wawer - nalewki własnej produkcji.


_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sami dbamy o nasze zdrowie.
PostNapisane: 26 paź 2018, 20:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31049
Nieoceniony i niedoceniony ocet jabłkowy

Swego nie znacie, cudze chwalicie, nie wiecie nawet, ile tracicie. Tym jakże polskim sposobem nasz rodzimy ocet jabłkowy dotychczas nie doczekał się uznania, na jakie bez wątpienia zasługuje. Jego jedyną bowiem wadą jest to, że nie pochodzi zza siedmiu gór, zza siedmiu mórz, nie ma jakiejś dziwnej, trudnej do wymówienia nazwy, nie ma problemów z jego zdobyciem, no i nie kosztuje nie wiadomo ile. Jednym słowem: nasz ocet jabłkowy nie wywołuje tak pożądanego efektu placebo, jest więc niedoceniany, nierzadko wręcz pogardzany. Przykre to, ale jakże po polsku prawdziwe.

Moje osobiste doświadczenia z octem jabłkowym

Któregoś dnia zgłosili się do mnie młodzi rodzice z rocznym dzieckiem, na którego brzuchu i plecach pojawiły się czerwone, dość rozległe plamy, które utrzymywały się kilka dni. Zaniepokoiło to rodziców, więc poszli do lekarza, ten zaś przepisał dziecku antybiotyki i maść sterydową. Rodzice przeczytali niepożądane działania uboczne leków i bali się je zastosować, zwłaszcza że plamy nie powiększały się, a jedynie nie chciały zniknąć, więc zaraz po wizycie u lekarza zjawili się w moim gabinecie. Oglądnąłem plamy na skórze dziecka, zbadałem dłonią, i nie dopatrzyłem się niczego niepokojącego, więc zaleciłem nawilżanie ich octem jabłkowym. Tu pojawił się problem – rodzice nie mieli octu. Nie znam lepszego sposobu usuwania tego typu zmian skórnych, więc nie było rady – dałem im swój. Następnego dnia wpadła do mnie rozpromieniona matka dziecka. Z jej relacji wynikało, że zmiany skórne ustępowały niemalże w oczach, w miarę ich smarowania wacikiem nasączonym octem jabłkowym.

Ledwo zdążyła dojrzeć następna porcja octu, a tu znowu przyszli młodzi rodzice z dwuletnim dzieckiem, u którego pojawiły się czerwone, wybroczynowe plamy na pośladkach i udach. Pod dłonią wyczułem głębokie stany zapalne, więc tym razem także zaleciłem przemywanie chorobowo zmienionych miejsc octemjabłkowym, ale tym razem rozcieńczonym, i uprzedziłem rodziców, że na początku zmiany skórne mogą się zaognić. I znowu rodzice nie mieli octu jabłkowego, więc znowu dałem im swój. Tym razem trwało nieco dłużej, ponieważ pierwszego dnia zmiany nieco zaogniły się, ale zaraz po tym nastąpiło szybkie gojenie się skóry i po kilku dniach po plamach nie pozostało śladu.

Kolejny ocet jabłkowy musiałem oddać pewnej kobiecie z rozległymi zmianami zapalnymi skóry na łydce i stopie, więc trzeba było pilnie zastosować okłady z octu jabłkowego. Wtedy poszedłem po rozum do głowy i obecnie nastawiam dwa octy jabłkowe.

Rodzice dzieci z plamami na skórze i kobieta z chorą nogą nie byli osobami nieświadomymi. Wszyscy przeczytali dwa pierwsze tomy „Zdrowia na własne życzenie”, więc wiedzieli także o occie jabłkowym, ale sprawę zlekceważyli. Zupełnie inaczej jest teraz, gdy się przekonali o jego nadzwyczajnych właściwościach. Teraz nie tylko utrzymują żelazną rezerwę octu jabłkowego jako lek pierwszej pomocy, ale dodają go do herbaty i innych napojów zamiast cytryny, a także do potraw zamiast octu spirytusowego. Tak to już jest, że przekonanie się na własnej skórze jest najlepszą reklamą.

Podłoże determinuje rozwój drobnoustrojów

Wiem, że ocet powinien dojrzewać w ciemnym miejscu, sam o tym pisałem, ale u mnie stoi on na biurku. Dlaczego? Otóż fascynuje mnie, jaką naukę można wyciągnąć z prostego z pozoru procesu powstawania octu jabłkowego.

Pierwszego dnia są tylko obierki jabłek zalane słodką wodą, ale już na drugi dzień w zalewie zaczyna coś się dziać – rozpoczyna się fermentacja alkoholowa. Ale co to jest ta fermentacja alkoholowa? Z chemicznego punktu widzenia jest to rozkład węglowodanów pod wpływem enzymów wytwarzanych przez drożdże, z wytworzeniem alkoholu etylowego i dwutlenku węgla: C6H12O6 → 2C2H5OH + 2CO2. Niby wszystko jest jasne, a jednak nie jest. No bo skąd wzięły się owe drożdże, skoro dokładnie umyłem słoik i jabłka, a wodę przegotowałem? Wiadomo, z powietrza, w którym przebywają jako formy przetrwalnikowe.

Rzecz w tym, że powietrze pełne jest rozmaitych drobnoustrojów, a ja przecież nie wybierałem, które mają wejść do słoika, a które nie. Fenomen ten dawno temu wyjaśnił Pasteur stwierdzeniem: „Podłoże jest wszystkim, bakteria zaś niczym.” Jest to fundamentalne prawo natury mówiące, że aby drobnoustroje mogły się rozmnażać, potrzebują ściśle określonych (selektywnych) warunków, zwanych podłożem. Pożywka jest ważnym warunkiem hodowli drobnoustrojów, ale nie jedynym. Na przykład drożdże nie będą się rozwijać w cukrze, dopóki będzie on w cukierniczce. Także rozpuszczenie cukru w wodzie nie spowoduje wzrostu drożdży, ponieważ rozmnażanie wiąże się z koniecznością budowania nowych komórek, do tego zaś niezbędne są kwasy nukleinowe, białka, tłuszcze, mikroelementy oraz witaminy. Tych niezbędnych substancji budulcowych dostarczają drożdżom owoce. Inaczej mówiąc: drożdże dokonują rozbiórki komórek roślinnych, a z pozyskanego materiału, po odpowiedniej modyfikacji, budują swoje komórki. Proces metaboliczny, w którym materia o prostej budowie jest zamieniana na materię o budowie złożonej, zwie się anabolizmem. Produktami przemiany materii anabolizmu jest potrzebna do budowy komórek materia, toteż jego ostatecznym efektem jest zwiększenie ilości komórek. W przypadku organizmów wielokomórkowych jest to przyrost masy ciała, zaś w przypadku organizmów jednokomórkowych jest to ich rozmnożenie się, a więc wzrost ilości poszczególnych osobników, czyli także przyrost (ogólnej) masy.

Tutaj rodzi się pytanie: po co w takim razie drożdżom potrzebne są węglowodany, a więc ów cukier rozpuszczony w wodzie, którą zalewamy obierki jabłek? Otóż drożdże pozyskują z nich energię w innym procesie metabolicznym, zwanym katabolizmem, czyli przemianą materii na energię niezbędną wszystkim organizmom żywym do podtrzymywania funkcji życiowych. Prócz energii, produktami przemiany materii na energię są trujące wydaliny, zwane produktami przemiany materii. W przypadku drożdży jest to alkohol oraz dwutlenek węgla. Gdyby na tym etapie produkcji octu jabłkowego uszczelnić słoik i założyć rurkę fermentacyjną, która odcina dopływ powietrza, to otrzymamy wino jabłkowe.

Kolejny etap produkcji octu jabłkowego to kolejny dowód na to, że to podłoże determinuje rozwój drobnoustrojów, natomiast one same do gadania nic nie mają. Przenosi je ruch powietrza, albo inny „przewoźnik”, a gdy trafią na odpowiednie podłoże – rozmnażają się. Tym sposobem bakterie octowe trafiają na powierzchnię wina i rozmnażają się, wykorzystując zawarte w winie substancje budulcowe. Niezbędny jest im tlen, którym utleniają pobrany z wina alkohol i w ten sposób wytwarzają niezbędną do podtrzymania funkcji życiowych energię. Jako produkty przemiany materii na energię bakterie octowe wydalają wodę i ocet, czyli to, o co chodziło od początku.

Ktoś mógłby pomyśleć, po co w takim razie nadal obserwować kolejną zalewę, skoro i tak wyjdzie to samo – ocet. Przecież to nudne. Tymczasem dla mnie właśnie to jest fascynujące – ta niesamowita powtarzalność. Dobierają się dwa drobnoustroje – drożdże i bakterie octowe – i wespół produkują ocet. Nie dziwi mnie, że one się tam znalazły, wszak wiem, że są one wszechobecne w naszym otoczeniu, ale to, że właśnie one. Czyżby inne rodzaje drobnoustrojów, których w naszym otoczeniu jest bez liku, jakimś dziwnym trafem nie trafiły do słoika, tylko akurat te niezbędne do wytworzenia octu? Ależ trafiły, tylko że nie zastały w nim odpowiadającego im podłoża. Czy to znaczy, że w niezamkniętym szczelnie słoiku przez dwa tygodnie zbierają się wszystkie drobnoustroje przenoszone ruchem powietrza? Przecież są wśród nich nie tylko drobnoustroje wywołujące gnicie czy pleśnienie, ale także drobnoustroje chorobotwórcze. Tak jest w istocie – wszystkie te drobnoustroje trafiają do słoika, tylko że – nie znalazłszy tam odpowiedniego podłoża – nie rozwijają się, a następnie giną, o czym będzie później.

Organizm ludzki jako podłoże rozwoju drobnoustrojów

Podobnie jak w przypadku octu jabłkowego, rozwój wszystkich drobnoustrojów zdeterminowany jest przez podłoże, na które trafią. Dotyczy to także organizmu ludzkiego, który może (warunkowo) stanowić podłoże dla drobnoustrojów chorobotwórczych, dawniej zwanych bakcylami, a obecnie zarazkami.

Jest istotna różnica między martwym podłożem a żywym organizmem, wyposażonym w system odpornościowy, który nie powinien dopuścić do przeniknięcia jakichkolwiek zarazków do organizmu, nie mówiąc o ich swobodnym rozwoju. Tak przynajmniej stara się nam wmówić medycyna, ignorując przy tym fundamentalne prawo natury nakazujące organizmom wielokomórkowym szczególną dbałość nie tylko o ilość komórek, z których są zbudowane, ale nade wszystko o ich jakość.

Szkopuł w tym, że komórki niespełniające wymogów jakościowych (które należałoby usunąć) rozmnażają się, czyli że z upływem czasu jest ich coraz więcej. Szczególne znaczenie ma to w okresie wzrostu organizmu, istotą którego jest wzrost ilości komórek. Komórki rozmnażają się przez podział, a więc wskutek powielania cech, toteż właśnie w okresie wzrostu istnieje największe ryzyko, że z jednej zdefektowanej komórki rozwinie się spory fragment zdefektowanej tkanki. By temu zapobiec, natura wymyśliła choroby wieku dziecięcego.

Wbrew medycznej propagandzie, rola systemu odpornościowego nie jest jednowariantowa, sprowadzająca się jedynie do obrony organizmu przed zakażeniem drobnoustrojami chorobotwórczymi. To jednowariantowe i prymitywne rozumowanie ma nakłonić jednowariantowych i prymitywnych pacjentów i lekarzy do jednowariantowego i prymitywnego postępowania w przypadku chorób infekcyjnych – leczenia. W rzeczywistości kompetencje systemu odpornościowego są o wiele większe, a jedną z nich jest przyzwolenie na zainfekowanie organizmu zarazkami.

Po wyłączeniu systemu odpornościowego organizm staję się typowym podłożem dla drobnoustrojów, podobnie jak zalewa octu jabłkowego. Tutaj także mamy do czynienia z typowym w naturze selektywnym doborem drobnoustrojów, zdeterminowanym rodzajem podłoża, którym są żywe komórki. Z uwagi na silne zróżnicowanie komórek istnieje stosunkowo dużo rodzajów zarazków, ewolucyjnie przystosowanych do zasiedlenia poszczególnych tkanek. Zazwyczaj są to wirusy, które niczym drapieżniki atakują najsłabsze komórki powinowatych sobie tkanek.

Ostatecznym celem selekcji najsłabszych komórek jest wyropienie, czyli ewakuacja z organizmu w postaci wydaliny zwanej ropą. By to było możliwe, fragmenty komórek zabitych przez wirusy muszą ulec przetworzeniu przez kolejne drobnoustroje, analogicznie jak w produkcji octu jabłkowego alkohol jest przetwarzany na ocet. Przy niewielkiej ilości materiału komórkowego rolę tę spełniają komórki żerne systemu odpornościowego, które w istocie są niejako drobnoustrojami endogennymi, natomiast jeśli ilość materiału komórkowego przekracza wydolność przerobową komórek żernych, organizm chętnie posługuje się drobnoustrojami egzogennymi, zwanymi bakteriami chorobotwórczymi. Tutaj także obowiązuje fundamentalne prawo natury, zgodnie z którym podłoże decyduje o selektywnym rozwoju drobnoustrojów, dlatego – w zależności od rodzaju tkanki – mamy do czynienia z różnymi rodzajami bakterii: gronkowcami, paciorkowcami, pałeczkami, laseczkami, prątkami, krętkami, maczugowcami, i tak dalej.

Ostatecznym produktem współdziałania drobnoustrojów biorących udział w usuwaniu z organizmu najsłabszych komórek jest łatwa do wydalenia ropa, która najpierw trafia do krwiobiegu, a następnie w postaci typowej gęstej wydaliny jest ewakuowana do środowiska zewnętrznego. Najbardziej typową drogą wydalania ropy są gruczoły śluzowe błony śluzowej, głównie przewodu pokarmowego (czego na ogół nie widać), a także dróg oddechowych w postaci kaszlu i/lub kataru. Inne drogi ewakuacji ropy, jak ropne zapalenie migdałków bądź ropne wykwity skórne, należą do awaryjnych i w normalnych warunkach wykorzystywane są rzadko. Warto zwrócić uwagę, że jeśli już organizm zdecydował się ewakuować ropę w postaci owrzodzenia skóry, to pod żadnym pozorem nie należy tego leczyć. Najlepiej nic nie robić, ewentualnie przyśpieszyć ewakuację ropy poprzez nałożenie grubej warstwy maści ichtiolowej.

Tak oto, obserwując powstawanie octu jabłkowego, mając podstawową wiedzę przyrodniczą, łatwo możemy zrozumieć, jak fałszywa jest propaganda medyczna, każąca nam walczyć z naturą tylko po to, żeby nieustannie zwiększać i tak już nieprzyzwoicie wysokie zyski farmaceutycznych karteli.

Zakwaszanie podłoża

Po około dwóch tygodniach (plus, minus trzy dni) fermentacja w słoiku ustaje, zaś na jego dnie zbiera się osad białoszarych grudek, utworzony przez miliony komórek drożdży, które przez ten czas rozmnożyły się z niewielkiej ilości przyniesionych z powietrzem spor, a teraz wyglądają jak martwe. Jeśli spróbujemy płynu ze słoika, to okaże się, że jest kwaskowaty i słodki. Nie taki, jak na początku, ale jednak słodki, a więc to nie brak pożywki spowodował śmierć drożdży. Zresztą wcale nie są one martwe, tylko po prostu przestały być aktywne. Gdyby włożyć je do kolejnej zalewy, to natychmiast uaktywnią się na powrót. Więc co spowodowało, że podłoże przestało być korzystne dla rozwoju drożdży? Powodem jest kwaskowaty smak świadczący, że drożdże wespół z bakteriami octowymi zmieniły zalewę cukrową w roztwór kwasu octowego, który jest naturalnym konserwantem. Specyficznym konserwantem, ponieważ w tym stężeniu ma tę przewagę nad innymi konserwantami, że nie zabija komórek, a jedynie wstrzymuje ich aktywność.

Odcedzony ocet jabłkowy wydaje się być stosunkowo klarowny, ale w rzeczywistości pływają w nim miliony niewidocznych gołym okiem komórek drożdży i bakterii octowych. Po kilku dniach komórki drożdży opadają na dno tworząc białoszary osad, natomiast komórki bakterii octowych unoszą się ku powierzchni, gdzie zbierają się w białoszary kożuch. W zasadzie można to tak zostawić, albo przefiltrować przez sitko wyłożone papierowym ręcznikiem.

Zakwaszanie podłoża jest typową metodą konserwowania podłoża, stosowaną przez ludzki organizm, by nie dopuścić do niekontrolowanego rozwoju drobnoustrojów, jeśli przenikną pierwszą linię obrony, zwaną obroną nieswoistą. Nasze płyny ustrojowe – krew i limfa – są 0,9% roztworem soli (NaCl), która z chemicznego punktu widzenia jest solą* kwasu solnego i sodu. Słone, a więc kwaśne, są łzy, pot i mocz.

* Sole to grupa związków chemicznych powstałych w wyniku całkowitego lub częściowego zastąpienia w kwasach atomów wodoru innymi atomami. Do soli zalicza się wiele grup związków chemicznych, na przykład sole amonowe, sole potasowe, a także występujące tylko w naturze sole mineralne, potocznie zwane minerałami, ponieważ w ich skład wchodzą substancje mineralne, czyli makro- i mikroelementy.

Zakwaszanie pochwy

Zaskakująco skomplikowany sposób utrzymywania kwasowości podłoża spotykamy w pochwie, do której dostęp mają w zasadzie wszystkie drobnoustroje występujące w środowisku zewnętrznym, niczym do słoika osłoniętego gazą, jednak – w normalnych warunkach – dominują w niej bakterie kwasu mlekowego. Jak to jest możliwe? Otóż jest to efekt celowego działania organizmu kobiety, który dostarcza komórkom nabłonkowym pochwy duże ilości wielocukru glikogenu pełniącego rolę zwierzęcej skrobi. Nabłonek, podobnie jak naskórek, złuszcza się, a zawarty w nim glikogen staje się pożywką dla bakterii kwasu mlekowego, które jako produkty przemiany materii wydalają kwas mlekowy, czyli zakwaszają podłoże. To w zupełności wystarczy, by zahamować albo zasadniczo spowolnić rozwój pozostałych drobnoustrojów zasiedlających środowisko pochwy, najczęściej niekorzystnych, a czasami wręcz chorobotwórczych.

Lactobacillus acidophilus - bakteria zakwaszająca mleko

W normalnych warunkach w pochwie bytuje ponad 100 rodzajów drobnoustrojów, z czego zdecydowana większość to rozmaite gatunki bakterii, a wśród nich także Lactobacillus acidophilus – bakteria zakwaszająca mleko. Jej nazwa wywodzi się od łac. lacto – mleko, bacillus – laseczka i acidophilus – kwasolubny. Byłoby dziwne, gdyby tej bakterii nie było w pochwie, ponieważ jej formy przetrwalnikowe są wszechobecne w naszym otoczeniu. W naszym occie jabłkowym z pewnością też się znajdują, nie znaczy to bynajmniej, że ocet jabłkowy jest odpowiednim podłożem dla rozwoju bakterii zakwaszających mleko, gdyż wówczas otrzymalibyśmy kwas mlekowy zamiast octu. To samo dotyczy pochwy, w której, owszem, można znaleźć bakterie zakwaszające mleko, ale nie dlatego, że jest to ich środowisko, lecz dlatego, że systematycznie przenikają tam z powietrza.

Twierdzenie, że Lactobacillus acidophilus wchodzi w skład mikroflory pochwy jest kłamstwem powtarzanym przez producentów probiotyków tak często, aż wryło się w świadomość zwykłego zjadacza chleba jako prawda niemalże objawiona.

Mikroflora pochwy

Historia mikroflory pochwy jest długa i zagmatwana. W roku 1892 niemiecki ginekolog Albert Döderlein (1860 - 1941) opisał bakterie, które w pochwach zdrowych kobiet występowały bardzo licznie, zaś u kobiet z chorobami ginekologicznymi rzadko albo wcale. Były one podobne do występujących w kwaśnym mleku bakterii Lactobacillus acidophilus. W tamtych czasach mikroskopy były jeszcze dość prymitywne, więc nie pozwalały różnicować rodzajów bakterii na gatunki, toteż nadano im ogólną nazwę: bakterie (mylnie: pałeczki)* kwasu mlekowego. Szybko jednak zauważono różnice w hodowli bakterii pobranych z pochwy od bakterii pobranych z kwaśnego mleka, więc nadano im swoistą nazwę: pałeczki (bakterie) Döderleina, i na 100 lat o nich zapomniano.

Ponownie bakteriami Döderleina zainteresowały się koncerny produkujące probiotyki. Na ich zlecenie rozpoczęto wiele badań, których wyniki nie są publikowane, ze względu na tajemnicę handlową. Do publicznej wiadomości przenikają tylko wyniki tych badań, które zakończyły się fiaskiem – nie udało się stworzyć szczepów bakterii, które można hodować na skalę przemysłową i zastąpić nimi naturalną mikroflorę pochwy. Dobre i to, bowiem nawet ta szczątkowa wiedza pozwala wyciągnąć konkretne wnioski.

Prawidłową mikroflorę pochwy tworzą trzy gatunki bakterii z rodzaju Lactobacillus: L. crispatus, L. jenseniioraz L. gasseri. Bakterie te są symbiotyczne, a więc ewolucyjnie związane z nami, i odwrotnie, w związku z czym nie można ich hodować poza organizmem. Wiele laboratoriów genetycznych, na zlecenie koncernów produkujących probiotyki, stara się stworzyć genetycznie zmodyfikowane szczepy tych bakterii, które można by hodować w menzurkach i sprzedawać kobietom w celu odtworzenia mikroflory pochwy, ale na razie próby te spełzają na niczym. Szczepy bakterii sprzedawane dotychczas jako probiotyki potrafią jedynie przetrwać w środowisku pochwy kilkanaście dni, ale nie potrafią stworzyć specyficznej mikroflory.

Ważną, jeśli nie najważniejszą cechą przystosowującą symbiotyczne bakterie L. crispatus, L. jensenii oraz L. gasseri do życia w środowisku pochwy jest adhezja, czyli zdolność trwałego przylegania do nabłonka i do siebie wzajemnie, dzięki czemu tworzą one biofilm** bakteryjny pomiędzy ścianą a wnętrzem pochwy. Tym sposobem bakterie symbiotyczne pochwy odnoszą pierwszą korzyść, jaką jest bezpośredni dostęp do pożywki. Teraz pozostaje tylko zwalczenie konkurencji, czyli pozostałych bytujących w pochwie amatorów słodziutkiego glikogenu.

Pożywkę dla L. crispatus, L. jensenii oraz L. gasseri stanowią fragmenty złuszczonego nabłonka, które wykorzystują do budowy własnych komórek, natomiast glikogen jest im potrzebny wyłącznie do pozyskania energii. Produktem ubocznym przemiany glikogenu na energię jest kwas mlekowy, który bakterie wydalają do podłoża, zakwaszając je. W normalnych warunkach pH pochwy wynosi 3,5, więc jest zabójcze dla nieacidofilnych drobnoustrojów napływających ze środowiska zewnętrznego, dzięki czemu spora część konkurencji ginie. Pozostaje około 100 gatunków drobnoustrojów acidofilnych, a więc przystosowanych do życia w środowisku kwaśnym, wśród który znajduje się przeszło 20 gatunków bakterii z rodzaju Lactobacillus, m.in. L. acidophilus, które chętnie by się pożywiły złuszczonym nabłonkiem, ale na przeszkodzie stoi zapora biofilmu stworzonego przez bakterie symbiotyczne. Nie mając pożywki, nie mogą się rozmnażać, i tym sposobem bakterie symbiotyczne mają wszystkich konkurentów z głowy. Jak widzimy: to co robią bakterie symbiotyczne pochwy, robią dla siebie, a że przy okazji korzystają z tego kobiety... Na tym wszak polega symbioza.

* Nazwa „pałeczki” kwasu mlekowego jest myląca, ponieważ sugeruje, że mają one kształt pałeczek. W rzeczywistości są to bakterie (łac. bacteria – pałeczka) kwasu mlekowego, zaś kształt mają laseczek (łac. bacillus – laseczka).

** Biofilm (ang. film – warstwa) to warstwa drobnoustrojów trwale związanych z jakąś powierzchnią i ze sobą siłami adhezji, w wyniku czego tworzą niejako wielokomórkowy organizm. Biofilmy powstają w różnych miejscach, najczęściej na powierzchniach martwych będących w stałym kontakcie z wilgocią, na przykład rury kanalizacyjne, zanurzone w wodzie kadłuby statków, cewniki, a także na powierzchniach roślin, najczęściej na liściach, oraz na ciałach ludzi i zwierząt, najczęściej na błonie śluzowej i zębach, gdzie tworzą biofilm zwany nazębną płytką bakteryjną. Biofilmy glonów i bakterii powstają na powierzchni wód stojących, gdzie można je dojrzeć obserwując powierzchnię wody pod odpowiednim kątem.

Wnioski, których nie można nie wyciągnąć

Ekosystem pochwy uwarunkowany jest ścisłym wyścieleniem jej ściany biofilmem bakteryjnym, utworzonym przez trzy gatunki symbiotycznych bakterii kwasu mlekowego z rodzaju Lactobacillus: L. crispatus, L. jensenii oraz L. gasseri. Bakterie te silnie zakwaszają śluz wypełniający jamę pochwy, dzięki czemu staje się on zabójczy dla drobnoustrojów nieacidofilnych. Pozostaje jeszcze około 100 gatunków drobnoustrojów acidofilnych, a więc zdolnych do przeżycia w kwaśnym podłożu, a nawet do rozmnażania się, jeśli tylko znajdą w nim dostateczną ilość pożywki. Rzecz w tym, że bakterie biofilmu zużywają prawie wszystek glikogen już u źródła, więc do śluzu przenikają jedynie resztki. Ze 100 gatunków drobnoustrojów acidofilnych konkurujących o glikogen zawarty w śluzie wypełniającym jamę pochwy najlepiej przystosowane są bakterie zakwaszające mleko – Lactobacillus acidophilus.

Bakterie L. crispatus, L. jensenii oraz L. gasseri bytują na ścianach pochwy, gdzie tworzą trwały biofilm, w związku z czym nie występują w śluzie wypełniającym jamę pochwy. Oczywiście, że natura to nie karabin, więc nie musi być i nie jest perfekcyjnie precyzyjna, toteż nieliczne osobniki znajdują się, jeśli nie w każdym, to z pewnością w większości wymazów* z pochwy. Rzecz w tym, że bakterii tych nie można hodować in vitro, czyli poza organizmem, więc nie tylko w rozmazie**, ale także w posiewie*** wymazu z pochwy zdrowej kobiety dominują bakterie zakwaszające mleko – Lactobacillus acidophilus, natomiast w stanach patologicznych notuje się ubytek tych bakterii, z jednoczesnym wzrostem ilości drobnoustrojów niekorzystnych, głównie drożdżaków z rodzaju Candida.

Medycyna zawsze bierze skutek za przyczynę (taka to już dziedzina, ta medycyna), więc i w tym wypadku pokutuje medyczny pogląd, że przyczyną nieprawidłowej flory bakteryjnej pochwy jest niedobór bakterii zakwaszających mleko. To tak, jakby twierdzić, że przyczyną bezrybia jest brak ryb, a nie zatruta woda. Czy sprawę rozwiąże bezustanne zarybianie takiej wody? A tak właśnie postępuje medycyna, zalecając bezustanne badanie ilości bakterii mlekowych w pochwie oraz regularne ich uzupełnianie. Jest to jedna ze ściem, od których medycyna aż się roi. Bakterie zakwaszające mleko mogą być co najwyżej probierzem mikroflory pochwy, ale w żadnym wypadku nie mogą wpłynąć na jakość podłoża i bezpośrednio związaną z tym selektywną wybiórczość zasiedlających je drobnoustrojów!

* Wymaz polega na pobraniu próbki płynów fizjologicznych, wydzielin, wydalin bądź śluzu w celu zbadania składu pod kątem zawartych w niej komórek złuszczonego nabłonka bądź drobnoustrojów, głównie bakterii i grzybów.

** Rozmaz to kropla krwi, wydzieliny, wydaliny bądź śluzu rozprowadzona na szkiełku w celu wykonania badania mikroskopowego.

*** Posiew polega na przeniesieniu pobranego materiału biologicznego na odpowiednie (selektywne) podłoże umożliwiające wzrost drobnoustrojów w taki sposób, żeby wyhodować pojedyncze i odizolowane kolonie bakterii bądź grzybów.

Im dalej w las, tym więcej drzew

Snując rozważania nad słoikiem octu jabłkowego, w zasadzie mógłbym poprzestać na korzystnej roli zakwaszania podłoża. Wówczas pozostałaby myśl czysta – owo zauroczenie mądrością natury. Niestety, myśl mąci się, bo oto do głowy ciśnie się obrazoburcze pytanie: dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze? Nie ma rady – skoro powiedziało się a, wypadałoby także powiedzieć be. Ale uprzedzam: już nie będzie tak miło.

Ludzkość zna mnóstwo sposobów, żeby zniszczyć, albo chociaż rozchwiać, delikatną homeostazę między człowiekiem a ewolucyjnie związanymi z nim drobnoustrojami symbiotycznymi i komensalnymi. W tym względzie prym wiedzie medycyna, która wprawdzie nie dysponuje największą ilością sposobów, w każdym razie nie stosuje ich najwięcej, ale za to jej sposoby są bez wątpienia najskuteczniejsze. Toteż właśnie najlepiej będzie rozpatrzyć najlepiej poznany wariant medyczny.

Lekką rękąNajpopularniejszym i najskuteczniejszym sposobem niszczenia wszelkiej flory bakteryjnej są przepisywane lekką ręką wszystkim i na wszystko bakteriobójcze antybiotyki. Ktoś mógłby zapytać: co wspólnego mają antybiotyki podawane doustnie albo w zastrzyku z florą bakteryjną pochwy? Nie wiem, ile razy muszę powtórzyć, że błona śluzowa jest główną drogą wydalniczą organizmu.

Wyobraźmy sobie tę scenę martyrologiczną, gdy symbiotyczne, a więc zżyte z nami bakterie, przytulone do ścian pochwy, z dziecięcą ufnością nastawiają pyszczki w oczekiwaniu na słodziutki glikogen, a tu chlust – antybiotyk. Czy może być coś bardziej okrutnego?

Ale na zniszczeniu biofilmu bakteryjnego sprawa się nie kończy, bowiem gdyby nawet wszystkie tworzące go bakterie zostały zabite, to uzyskalibyśmy jałowość pochwy nowo narodzonej dziewczynki, u której już po trzech tygodniach samoistnie powstaje prawidłowa mikroflora pochwy. Wniosek stąd, że drobnoustroje lgną do podłoża, niczym w pułapkę, dopóki owo podłoże jest dla nich atrakcyjne.

Podobnie drobnoustroje biorące udział w powstawaniu octu wpadają do słoika, bo jego zawartość jest dla nich atrakcyjna. To właśnie miał na myśli Pasteur, gdy stwierdził, że podłoże jest wszystkim, bakteria zaś niczym. Dzisiaj wiemy, że jest to zasada uniwersalna i dotyczy wszystkich drobnoustrojów, nie tylko bakterii. Więc co należy zrobić, żeby bakterie L. crispatus, L. jensenii oraz L. gasseri ponownie nie zasiedliły pochwy? Trzeba obrzydzić im podłoże. Jak to zrobić? Są na to sposoby.

Antybiotyk podany dowolną drogą rozprzestrzenia się na cały organizm. Wkrótce potem pojawia się we wszystkich wydzielinach i wydalinach, w tym także w śluzie wydzielanym do przewodu pokarmowego, a dalej do jelita grubego zasiedlanego przez bakterie symbiotyczne, które – co oczywiste – giną wskutek kuracji bakteriobójczym antybiotykiem, to zaś pociąga za sobą katastrofalne konsekwencje. Przede wszystkim – ustają dostawy witamin produkowanych przez owe bakterie, a po wtóre – ich miejsce zajmują inne drobnoustroje, głównie drożdżaki Candida albicans. Komórki organizmu pozbawionego systematycznej dostawy ważnych witamin, z jelitem grubym przepełnionym drożdżakami, stają się coraz słabsze, w końcu wiele z nich obumiera, tworząc martwiczą tkankę.

Ten sam antybiotyk, który zabił bakterie jelitowe, zabił także bakterie pochwowe, a ich miejsce zajęły drożdżaki Candida albicans, które, jeśli tylko w ścianie pochwy pojawi się martwicza tkanka, natychmiast przechodzą metamorfozę w grzyba Candida albicans i wrastają w tę tkankę.

Organizm celowo dopuszcza do zajęcia martwiczej tkanki przez grzyba Candida albicans jako mniejsze zło, bowiem nie dopuszcza on do zasiedlenia tej tkanki przez inne drobnoustroje, z których każdy byłby groźniejszy od tego „naszego” grzyba. Szkopuł w tym, że grzyb Candida albicans nie dopuszcza żadnych drobnoustrojów, w tym także symbiotycznych bakterii pochwowych.

Na początku grzyb Candida albicans z reguły zajmuje niewielką powierzchnię ściany pochwy, więc wystarczy wymienić martwicze komórki na pełnowartościowe, czyli stworzyć mu nieprzyjazne podłoże, a sam się wyniesie. Wpierw jednak trzeba przywrócić prawidłową florę jelitową, usunąć ze ścian przewodu pokarmowego kolonie grzyba Candida albicans, które zapewne tam powstały na tej samej zasadzie, co kolonie na ścianach pochwy, no i systematycznie dostarczać organizmowi pełnowartościową żywność, z której będzie mógłby pobrać substancje niezbędne do regeneracji uszkodzonych tkanek. Rzadko kto to robi. Najczęściej ludzie zadowalają się lekami na niestrawność i jakąś modną dietą, wymyśloną tylko po to, by sprzedać leki zalegające półki nie tylko aptek, ale także sklepów spożywczych. To także przykład tworzenia podłoża, tym razem atrakcyjnego dla ludzi z gatunku Homo patiens.

Przy niewielkich koloniach grzyba, grzybica pochwy nie daje uciążliwych objawów, poza niewielkim dyskomfortem, do którego można się przyzwyczaić. Od czasu do czasu pojawia się swędzenie oraz serowate upławy wywołane przez zarodniki grzyba Candida albicans – drożdżaki. Zmienia się kwasowość śluzu, to zaś rzutuje na skład drobnoustrojów w wymazie, m.in. spadek ilości bakterii kwasu mlekowego – Lactobacillus acidophilus. Sztuczne uzupełnianie tych bakterii obniża kwasowość pochwy, co pozwala w miarę spokojnie doczekać okresu remisji, i jakoś jest.

Jeśli kobieta nie zmieni dotychczasowego trybu życia, a więc tego, który spowodował grzybicę pochwy, to każdy kryzys powoduje mniejsze lub większe powiększenie się kolonii grzyba Candida albicans, w rezultacie czego grzybica obejmuje coraz większą powierzchnię pochwy, w następnej kolejności srom, ujście cewki moczowej, a w końcu także drogi moczowe.

Pałeczki czy laseczki

A miało być o occie jabłkowym. Nie dacie wiary, ale najwięcej czasu w tej myślowej podróży zajęło mi rozszyfrowanie, dlaczego bakterie kwasu mlekowego przezywa się pałeczkami, mimo że są laseczkami. Nie chodzi bynajmniej tylko o słowo, bo to moglibyśmy sobie darować, czy tylko o kształt, bo to także moglibyśmy sobie darować. W końcu jaka to różnica – pałeczka? laseczka? Chodzi o coś zupełnie innego, a mianowicie o to, że w mikrobiologii są to dwie diametralnie różniące się między sobą grupy bakterii:

pałeczki (gr. bacterium) – Gram-ujemne* bakterie niemające zdolności tworzenia przetrwalników,
laseczki (łac. bacillus) – Gram-dodatnie bakterie mające zdolność tworzenia przetrwalników.
Jeśli dodamy, że obie grupy bakterii należą do innych typów – pałeczki do Proteobacterii, laseczki doFirmicutes – to okazuje się, że jedyne co je łączy to to, że są niewidoczne gołym okiem, i że należą do królestwa bakterii. Wszystko inne je dzieli.

Przy okazji tych poszukiwań dokonałem odkrycia. Otóż nazwa „pałeczki kwasu mlekowego” jest idiomem** – zwrotem językowym, którego nie można dosłownie przetłumaczyć na żaden inny język, a to dlatego, że w języku rodzimym nie można rozumieć go dosłownie. No to jak go należy, czy w ogóle można rozumieć? I tu jest pies pogrzebany!

Wyjaśnienie tego idiomatycznego fenomenu muszę rozpocząć od retorycznego pytania: czy dacie wiarę? Czy dacie wiarę, że przezwanie laseczek pałeczkami nie ma nic wspólnego z mikrobiologią uprawianą przez mikrobiologów – specjalistów zajmujących się zagadnieniami związanymi z drobnoustrojami? Wyjaśnienie tego zagadnienia okazuje się kuriozalne, ponieważ etymologia pałeczek nie jest terminem biologicznym, jakby się należało spodziewać, lecz semantycznym, czyli językoznawczym. Otóż etymologicznie pojęcie to pochodzi od łacińskiego słowa: bakteria, które po polsku znaczy: pałeczka. Innymi słowy: pałeczki kwasu mlekowego to po prostu bakterie kwasu mlekowego, które w istocie są laseczkami. Proste, nieprawdaż? A no, proste.

Dlaczego zatem, wprawdzie nie wszyscy, ale zdecydowana większość producentów i sprzedawców probiotyków uparcie przezywa je pałeczkami? W tym szaleństwie jest metoda, chciałoby się powiedzieć. Chodzi o celowe wprowadzenie w błąd, gdyby bowiem nabywca zorientował się, że bakterie zakwaszające mleko są Gram-dodatnimi laseczkami wytwarzającymi przetrwalniki, to zadałby sobie pytanie, po co ma kupować te bakterie, skoro są one wszechobecne w naszym środowisku; czy warto drzewo wozić do lasu? Tak więc „przerobiono je” na Gram-ujemne pałeczki, które przetrwalników nie wytwarzają, więc musi się je kupować.

* Barwienie metodą Grama opracował w roku 1884 duński bakteriolog Hans Christian Gram (1853 – 1938). Cała sztuka polega na wysuszeniu rozmazu i zabarwieniu go fioletem krystalicznym (tym samym, który używany jest do odkażania ran), a następnie przepłukaniu alkoholem etylowym. W zależności od budowy ścian komórkowych, do pewnych gatunków bakterii fiolet krystaliczny przenika i pozostaje po przepłukaniu (są Gram-dodatnie), do innych nie przenika, więc nie pozostaje po przepłukaniu (są Gram-ujemne), czyli nie są wybarwione, w związku z czym trudno je dostrzec pod mikroskopem. Dlatego rozmaz barwi się jeszcze raz barwnikiem kontrastowym, np. sokiem z truskawki, który nie zmienia intensywnego koloru fioletu, zaś bakterie niewybarwione zabarwia na czerwono.

** Idiom, idiomat, idiomatyzm – wyrażenie lub zwrot językowy, którego nie można rozumieć dosłownie ani dosłownie przetłumaczyć na inny język, np. biały kruk, rzucić okiem, piąte koło u wozu, owszem, zbić z pantałyku, zachodzić w głowę.

Specyficzne właściwości octu jabłkowego

Ależ to się rozwinęło... A miało być o occie jabłkowym. No to teraz już wracamy do tematu zasadniczego – octu jabłkowego, który zdążył dojrzeć, i jest już w butelce. Nie jest jakoś specjalnie kwaśny, prawie wcale, ale to nie ma znaczenia. Ważne jest to, że przestał pracować, mimo że pozostał w nim cukier, o czym świadczy lekko słodkawy smak, a to jest znak, że jako podłoże z jakiegoś powodu przestał być atrakcyjny dla drobnoustrojów wywołujących fermentację. Powodem tym są metabolity, czyli ocet, który jest zabójczy dla drobnoustrojów nieacidofilnych, zaś acidofilnych wprawdzie nie zabija, ale wstrzymuje ich rozwój, dzięki czemu jest on sam w sobie konserwantem, czyli substancją niepsującą się.

Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, by rany tudzież inne zmiany skórne odkażać środkami zabijającymi wszelkie żywe komórki, a więc nie tylko komórki drobnoustrojów, ale także komórki odkażanej tkanki, co z kolei przysparza martwiczych komórek będących pożywką dla bakterii ropnych i pasożytów. Ten kij ma po prostu dwa końce. Ocet jabłkowy zabija tylko komórki nieacidofilne, czyli nieprzystosowane do życia w podłożu kwaśnym. Pozostają jeszcze ewolucyjnie związane z nami drobnoustroje symbiotyczne i komensalne, które są acidofilne i są oportunistami, a więc potencjalnymi patogenami. Ich ocet jabłkowy nie zabija, ale nie pozwala im się rozmnażać. To w zupełności wystarczy, by organizm najpierw zastrupił, a w końcu zabliźnił ranę bądź inną zmianę skórną.

Niejeden mądrala pomyśli sobie w tej chwili: – Przecież ten sam efekt można osiągnąć stosując rozcieńczony ocet spirytusowy. Po co robić sobie kłopot ze zbieraniem obierek jabłek, kombinować z siatką albo patyczkami utrzymującymi obierki w zanurzeniu, czekać, aż ocet dojrzeje... Szkoda czasu i zachodu.

Ocet z obierek jabłek nie jest zwykłym octem, a nawet octem jabłkowym wykonywanym z całych jabłek. Jest on maceratem obierek jabłek, czyli skórek jabłek, w których nagromadzone są wszystkie wartościowsze substancje zawarte w jabłku. Są tam przeciwutleniacze oraz inne substancje czynne, chroniące miąższ przed negatywnym wpływem środowiska, a także garbniki, mikro- i makroelementy, witaminy i substancje witaminopodobne oraz rozmaite, nie do końca zidentyfikowane związki chemiczne sprzyjające szybkiej regeneracji komórek. Inaczej mówiąc: octu jabłkowego z obierek jabłek nie można zastąpić czymkolwiek innym, a nawet porównać z czymkolwiek innym. Dlatego nie można nie mieć go w domowej apteczce jako środek pierwszej pomocy.

Przykłady zastosowania octu jabłkowego

Kilka przykładów zastosowania octu jabłkowego zamieściłem już w pierwszym tomie „Zdrowia na własne życzenie”, ale to nie wyczerpuje tematu. Postanowiłem zatem zamieścić jeszcze cztery dobrze wypróbowane przykłady zastosowania tego cudownego specyfiku.

Przyśpieszanie oczyszczania

Chorzy chcieliby jak najszybciej powrócić do zdrowia (w czym nie ma niczego dziwnego), więc często zadają mi pytanie: jak by tu przyspieszyć oczyszczanie organizmu z toksyn (co jest fundamentalnym warunkiem zdrowia). Ja z reguły odpowiadam, że nie należy poganiać organizmu do zdrowienia, ponieważ on sam dobrze wie, co robi. Tym niemniej są wyjątki od tej zasady. Jednym z nich jest koktajl cytrynowy, który przyśpiesza oczyszczanie stawów, drugim ocet jabłkowy z wodą, który przyśpiesza oczyszczanie całego organizmu. W obydwu przypadkach należy pamiętać, że nie powinno się wdrażać dodatkowej metody oczyszczania, gdy trwają objawy oczyszczania spowodowane wdrożeniem mikstury oczyszczającej. Należy także liczyć się z reakcją Herxheimera, spowodowaną wzmożonym oczyszczaniem. Nie należy wówczas wpadać w panikę, co często się zdarza, lecz przetrzymać, jeśli są one do wytrzymania, albo po prostu przerwać poganianie organizmu ku zdrowieniu.

Ocet z wodą: Napełnić szklankę wodą, wlać do niej 2 łyżki stołowe (dla dzieci 1 łyżkę) octu jabłkowego i wypijać jeden raz dziennie w przerwie między posiłkami, tj. co najmniej 40 minut po posiłku i co najmniej 30 minut przed kolejnym posiłkiem. Kurację należy kontynuować przez 1 - 3 miesięcy.

Jeśli woda jest dobrej jakości, na przykład mineralna w szklanej butelce albo ze studni głębinowej, to może być nieprzegotowana. W pozostałych przypadkach wodę należy przegotować, najlepiej dzień wcześniej.

Z reguły woda powinna mieć temperaturę pokojową, bywają jednak sytuacje, że powinna być ciepła, na przykład gdy ktoś ma gardło wrażliwe na zimno albo chorobę wrzodową żołądka.

Octowy tron

Najlepiej do tego zabiegu nadaje się krzesło, ewentualnie fotel z miękkim tapicerowanym siedzeniem, w którym powstaje wgłębienie, gdy się na nim usiądzie. Siedzenie przykrywamy folią, na przykład reklamówką bądź workiem na śmieci, a na wierzchu rozkładamy papierowy ręcznik.

Odlewamy około 30 ml octu jabłkowego do metalowego kubka i podgrzewamy na wolnym ogniu, niedopuszczając do wrzenia. Gorący (ale nie parzący) ocet wylewamy na papierowy ręcznik, siadamy gołym ciałem i siedzimy 15 - 20 minut.

W przypadkach ostrych, gdy schorzenie jest bardzo dolegliwe, a zabiegi przynoszą ulgę, można wykonywać je codziennie, a nawet kilka razy dziennie, aż do ustąpienia dolegliwości. W przypadkach przewlekłych, gdy schorzenie nie jest szczególnie dolegliwe, zabiegi należy wykonywać jeden raz dziennie, albo raz na kilka dni, aż do całkowitego wyleczenia schorzenia.

Opisane zabiegi mają wszechstronne zastosowanie w schorzeniach dolnych partii ciała, takich jak:

wrzody oraz wszelkie zmiany chorobowe skóry pośladków,
hemoroidy, grzybice i guzki krwawnicze odbytu – wspomagająco albo zamiast okładów z tamponów nasączonych alocitem,
grzybica pochwy – wspomagająco do tamponowania tamponami nasączonymi alocitem,
zapalenie dróg moczowych – wspomagająco ze stosowaniem naparu ziołowego na drogi moczowe,
zapalenie prostaty – wspomagająco do naparu ziołowego na drogi moczowe,
grzybicze zapalenie sromu,
grzybicze zapalenie napletka – wspomagająco w leczeniu grzybicy napletka.

Trudno gojące się wypryski skórne

Na trudno gojące się wypryski oraz inne punktowe zmiany skórne należy nałożyć zamoczony w occie jabłkowym kwadracik wycięty z ręcznika papierowego i pozostawić go do wyschnięcia. Zabieg należy stosować jeden raz dziennie do całkowitego ustąpienia schorzenia.

Ukąszenia owadów, wysypki uczuleniowe

W przypadku pokąsania przez owady czy wysypek uczuleniowych, właśnie ocet jabłkowy powinien być środkiem pierwszej pomocy. Tak więc nie można nie mieć octu jabłkowego zawsze pod ręką.

Autor: Józef Słonecki

http://portal.bioslone.pl/porady-medycy ... t_jablkowy


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sami dbamy o nasze zdrowie.
PostNapisane: 26 paź 2018, 20:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31049
Ocet jabłkowy

Ocet jabłkowy może zastąpić dwa składniki mikstury oczyszczającej: alocit i sok z cytryny (wówczas octu jabłkowego powinno być dwa razy więcej od oleju). Ten wariant można zastosować doraźnie na początku wdrażania mikstury oczyszczającej u osób niemogących stosować soku z cytryny z powodu uczulenia na owoce cytrusowe.

Ocet jabłkowy jako zamiennik alocitu i soku z cytryny jest zalecany do mikstury oczyszczającej stosowanej profilaktycznie, czyli po dokładnym oczyszczeniu wszystkich odcinków przewodu pokarmowego z nagromadzonych w nim złogów.

Ponadto ocet jabłkowy ma wiele innych zastosowań, między innymi zewnętrznych i jako dodatek do napojów – herbaty, w której z powodzeniem zastępuje cytrynę, a także jako dodatek do wody, znakomicie poprawiający jej walory smakowe i zdrowotne.

Ocet jabłkowy jest dostępny w sklepach, ale, niestety, ma dość podłą jakość, toteż najlepiej wykonać go samemu. W warunkach domowych najłatwiej wykonać ocet jabłkowy z obierek jabłek.

Przepis: Jabłko należy umyć, dokładnie wytrzeć i odkroić ewentualne miejsca nadpsute, czyli wszelkie przebarwienia, a następnie obrać i zjeść lub użyć do wykonania koktajlu błonnikowego albo do innych celów kulinarnych, natomiast skórki z obranego jabłka włożyć do słoika zalanego do połowy posłodzoną wodą.

Do posłodzenia używa się jedną łyżkę stołową cukru na szklankę wody, ale ilość ta zależna jest od smaku jabłek – jabłka słodkie wymagają mniej cukru, natomiast jabłka kwaśne więcej. Prawidłowo posłodzony ocet powinien mieć przyjemny słodkawokwaśny smak, a prawidłowo wykonany także przyjemny zapach świeżych jabłek. Innymi słowy: ocet jabłkowy powinien być smaczny.

Słoik przykrywamy gazą, którą przymocowujemy gumką recepturką, i odstawiamy w ciemne, ciepłe miejsce.

Tak samo postępujemy z innymi jabłkami, aż uzbiera się tych obierek około ¾ słoika. Wówczas słoik napełniamy posłodzoną wodą, ale tylko do miejsca przewężenia słoika, ponieważ większy poziom wody spowodowałby zmniejszenie powierzchni, a więc mniejszy dopływ tlenu niezbędnego dla prawidłowego funkcjonowania bakterii octowych, którym do życia niezbędny jest tlen.

Następnie słoik odstawiamy w ciepłe, ciemne miejsce i po dwóch tygodniach odcedzamy gotowy ocet jabłkowy, który należy przelać do butelki z ciemnego szkła.

Ocet jabłkowy jest sam w sobie konserwantem i się nie psuje, toteż należy przechowywać go w temperaturze pokojowej.

Zalecenia techniczne: Typowym problemem w produkcji octu jabłkowego sposobem domowym jest pleśń, która wprawdzie nie wpływa na walory zdrowotne produktu, ale obniża jego walory zapachowe i smakowe. Przyczyna spleśnienia octu może tkwić w źle oczyszczonych skórkach jabłek, w których pozostały zarodniki pleśni, ale zdarza się to raczej rzadko. Najczęściej przyczyną spleśnienia octu jest pleśnienie obierek jabłek wystających ponad powierzchnię wody. Dlatego co dwa, trzy dni należy zdjąć gazę przykrywającą słoik i na chwilę zanurzyć wystające obierki, spłukując z nich pleśń.

Praktycznym rozwiązaniem jest wycięcie z plastikowej siatki (na przykład z sitka) krążka o średnicy nieco większej od średnicy słoika, która po włożeniu do słoika nie dopuści do wynurzenia się obierek jabłek. Zamiast plastikowej siatki można użyć patyczków, które powinny być nieco dłuższe od średnicy słoika, dzięki czemu będą w stanie utrzymać obierki jabłek w zanurzeniu.

Obrazek
słoik na ocet jabłkowy


Stosunkowo często na powierzchni octu pojawia się dwu-, trzymilimetrowy białawy kożuch. Jeśli nie ma on charakterystycznego zapachu pleśni, to jest to objaw prawidłowy, ponieważ ów kożuch tworzą bakterie octowe.

Ocet jabłkowy sam w sobie jest konserwantem, toteż jego przechowywanie nie wymaga warunków chłodniczych. Można go przechowywać w temperaturze pokojowej, chroniąc przed światłem.

Autor: Józef Słonecki

http://portal.bioslone.pl/porady-medycy ... t-jablkowy


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sami dbamy o nasze zdrowie.
PostNapisane: 13 lis 2018, 14:10 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3231
dr Jerzy Jaśkowski o niedoczynności tarczycy


_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sami dbamy o nasze zdrowie.
PostNapisane: 13 lis 2018, 15:42 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3231
BORYS BOŁOTOW wywiad Enso electronics


_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 55 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /