Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 66 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 27 sty 2011, 20:40 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3200
No jak widzę, to mój wątek był co nieco czytany, ale wszyscy są zdrowi, nikt nie ma dziś urodzin,
a przynajmniej nie chce się do tego przyznać… no i nikt nie ma problemów z grzybkami, bo wszyscy zjedli w świątecznym barszczyku z uszkami,
no i oczywiście nie mamy cukrzyków w zasięgu naszych użytkowników.

Super!
Więc zachowując pewną kolejność rzeczy i pisząc ku przestrodze opowiem Wam, jak to znowu mój mąż zakopał się w swojej cukrowni.

Pewnego dnia 2006 r. będąc na wyjeździe poszłam za sprawami, a mąż się zdrzemnął w samochodzie.
A niech pośpi , myślę sobie i poszłam popatrzyć po sklepach. Mąż spał, że nawet nie obudziło go trzaśnięcie drzwiami. A ja weszłam do herbaciarni i oprócz fajnych herbatek z boczku było kilka książeczek. Zdziwiłam się, że była tam pozycja pana Józefa Słoneckiego o oczyszczaniu organizmu.
Myślę sobie, moja Mama lubi takie książeczki, to się ucieszy.
Podczas podróży zajrzałam sobie do tej książeczki i już wiadomo było, że Mama dostanie ją tylko do wglądu.
Otóż była tam cały czas mowa o naszych niedostrzegalnych grzybach zalegających jak powyżej wspominałam wszystkie nasze dziurki i zakamarki.
Oczywiście był to już okres, kiedy się okazało, że mój małżonek jest poważnie chory na cukrzycę.

A jak się okazało?
Otóż słuchajcie dokładnie moi hardzi panowie!
Jakieś dwa lata temu, czyli ok 2004, czyli już rok po śmierci mojej teściowej na raka kości, która też chorowała na cukrzycę…
Okazało się, że mój 100 kilowy chłop robi się coraz chudszy i słabszy. W dodatku dużo pije i dużo sika.
No więc w tym czasie postanowił sobie pościć każdego piątku.

Zdarzyło się, że zaczął narzekać na jakieś pobolewania w okolicach męskich zawiłości.

Ponieważ wiem, że się moje chopię nigdzie nie szwenda, więc jak już nie raz bywało Ja zaopatrzona w różniste maści przeciw grzybicy i drożdżakom dałam mężowi do smarowania i po jakimś tygodniu tak jakby się wszystko uspokoiło, już nie bolało i zaleczyło.
Było to kilka krostek, takich lekko ropiejących no i chłopy powinni wiedzieć jak to jest.

Ok. Taka huśtawka trwała około roku czasu. Ponieważ jednak mąż lepiej się czuł jak pościł,
to sobie założył, że będzie pościć jeszcze w środę.
No i wtedy dołączyłam się ja od razu na dwa dni...pościłam razem z nim. Dziwiłam się, ze można tak patrzeć na jedzenie a cały dzień nie jeść, ale okazuje się, że można!
To wszystko tylko kwestia umysłu i postanowienia.
Co prawda męczyłam się z tym postem, ponieważ każdy jeden stres, a było ich, było…wiadomo w pracy… więc każdą nerwową sytuację od razu odczuwałam kwasem i ściskaniem na żołądku.

Z tego względu skłonna byłam przerwać post, ale wytrwałam z mężem do końca.
Czyli przez następny czas ok roku pościliśmy dwa dni.
Ale mąż coraz bardziej chudł, pił coraz więcej i już zaczął latać w nocy kilka razy siku.

No i oczywiście przyszedł moment, że znowu narobiło mu się bólu w rozporku i to już na całego.
Do tej pory dawaliśmy sobie z takimi stanami radę, ponieważ problemy mięliśmy można by powiedzieć od początku małżeństwa.
A jakie problemy?
A takie, które męczą niesamowicie ludzi po współżyciu. ale z różnistych względów idą do lekarza dopiero jak już nie da się wytrzymać z bólu.
Oczywiście mam tu na myśli właśnie takie ukryte grzybice i drożdżaki gnieżdżące się nie tylko u kobiet w jamkach, ale także w układzie moczowym, co piecze niesamowicie i ciężko się tego pozbyć.
Wiadomo, że jest to skutek antybiotykoterapiijuż od dziecka.
Ja zaczęłam migdałkami, anginami i zapaleniem uszu. A skończyłam po 45 latach po samoleczeniu różnymi sposobami, a przede wszystkim oczyszczeniu organizmu.
Wszystko miało odzew w postaci zagrzybienia, czego oczywiście lekarze nie mogli niestety zaleczyć samą Nystatyną.

Naczytałam się dopiero o tych wszystkich bolączkach, jak szukałam ratunku dla mojej Cioci.

Więc w kwestii bolączek po współżyciu dawałam sobie radę różnymi sposobami,
jednakże nikt mi nie odpowiedział nigdy jakie są przyczyny tego stanu rzeczy.
Nawet mój profesor, cośmy o córcię mocno walczyli…
Musiałam dojść do tego sama… :mrgreen:
Teraz, to samo miodzio... :oops:

No dobra, wracając do cierpiącego mężulka bidulka wzięłam sprawę w końcu w swoje ręce i mówię mu:
„ wyciągaj tego swojego "kałasznikowa"! Muszę go w końcu sama obejrzeć.”
No więc go wyjął, ja patrzę, a on cały „zardzewiały” .
Ups! Zrobiłam więc odpowiednie płukanki, dałam inne maści i oczywiście już wszystko miałam pod specjalnym nadzorem.
Zawsze się uspokajało po tygodniu, dwóch, ale tu się wszystko przeciągało.
Raz się mąż nawet odważył porozmawiać z panią w aptece i ona podała mu maść, po której znowu się troszkę uciszyło. (Wiadomo...na zewnątrz)
Stąd takie nasze ociąganie przed lataniem po lekarzach.
Trochę nas właśnie zmyliły wcześniejsze pomyślnie rozwiązywane sytuacje i mąż uznał,
że damy sobie z tym radę jak zawsze.
Ale nadal biegał siku i to coraz częściej. W końcu pomyślałam, że to zapalenie pęcherza, więc zrobiłam mu okład z oleju i oczywiście przespał w końcu całą noc, ale nadal dużo pił.

Trzeba dodać, że to wszystko toczyło się w normalnym trybie różnych zajęć domowych, wyjazdów, pracy itp. Wiadomo, że Polak, żeby zarobić na opłaty musi ciągle ganiać.

W końcu w międzyczasie doczytałam się o zmianach spowodowanych Helikobacter i oczywiście wygoniłam męża na badania, właśnie ze względu na niesamowicie ogromne ilości gazów w jelitach.
Poza tym „kałasznikow” nie dał się wyczyścić na glans i musiał mój chop pójść do lekarza.
Poszedł do rodzinnego. Ten również popatrzył na „kałasznikowa”, pokiwał głową i przepisał mu Clotrimazol.
Jak zobaczyłam to szok. No po coś człowieku kupował, jak dawałam Ci już dużo lepsze maści i tą też :evil:
No więc oczywiście ten pan doktorek znając teściowej choroby, i zwący się lekarzem RODZINNYM powinien był od razu się kapnąć, jaka jest przyczyna takich zmian!
No, ale 15 lat praktyki i nie spotkał się jak widać z tak pospolitym objawem poważnej choroby jaką jest cukrzyca!

Minęło kilka tygodni, miesięcy sprawa się polepszała i wracała.
Potem zrozumiałam dlaczego była taka huśtawka.
Ponieważ mąż miał 2 dni postu, wówczas organizm pozbywał się nadmiaru cukru w tym czasie.

Opisuję to wszystko po to, by uświadomić, jakie procesy i jak długo trwają, zanim się właśnie dojdzie do progu przepaści choroby.

Ponieważ jednak wiadomo było, że ta maść już była i nic nie dała, a same okłady to oczywiście za mało, by się rozeznać w czym problem, kazałam mężowi porobić wyniki moczu i krwi i razem z tym już oczywiście dodatnim na Helikobacter :evil: iść ponownie do lekarza.

Tak mąż zrobił, a kiedy rozmawiał z pielęgniarką, że może powinien zrobić badania na choroby weneryczne, to ona się roześmiała i mówi, żeby się nie martwił, bo to typowy objaw cukrzycy. :shock:

Ups! I wszystko było już jasne. Na czczo miał mąż 220 cukru, bilirubinę, ketony, i cuda na kiju w moczu.
Od razu z tym poszedł do doktorka, a ten go od razu poczęstował skierowaniem do szpitala.
Pojechaliśmy tam po południu wg zaleceń i od razu pni doktor pocieszyła męża, że nie ma miejsca w szpitalu, więc zrobi dodatkowe badania i zleci leki.
Ale jak zobaczyła 440 cukru i „kałasznikowa” to oprócz poniżającej JĄ uwagi,
w tri miga załatwiła miejsce w szpitalu w pobliskiej wsi.
No i jeszcze musiałam zawieźć tam męża, bo nie było karetek.

I tak zakończył się nasz post!
A rozpoczęła walka z cukrzycą.

Przy wypisie mąż dostał 32 jednostki insuliny z rana i 12 na noc.
No i trzeba się było oczywiście zgłosić do Diabełtologa na konsultacje, no i w między czasie zrobić USG, gdzie się właśnie mąż dowiedział, jaką to ma powiększoną wątrobę, że jak po wojnie.

Czyli od pierwszych wyraźnych objawów minęło ok 2 lata. Tylko że my nie znaliśmy wtedy jej kodów…

Jest więc rok 2006, a ja w trakcie walki o życie Cioci i z cukrzycą męża. O moich uszach nie wspomnę!

Pozostanę na razie przy cukrzycy.

Okazało się, że zakupiona książeczka o oczyszczaniu organizmu oscyluje właśnie w zakresie grzybobrania. Oczywiście pozbierałam przepisy i zaczęłam stosować wszystkim domownikom.

Dziś wiem, że to było głaskanie po grzybkach, a nie wydzieranie z korzeniami z tak starych grzybni jak nasze.
Ale co się im nauprzykrzało, to i coś niecoś wspomogło organizm zmęczony w tym czasie atakiem pasożytów.

Do Diabełtologa zarejestrowany dopiero za miesiąc, bo dr jest w naszej wsi raz w miesiącu.
Oczywiście lektura na całego co się da. Broszurek cudownych, kolorowych od groma, penów od wyboru do koloru…zakup Glukometra i insuliny
…no struś pędziwiatr by nie nadążył za wszystkim.

A tu cokolwiek się dzieje, to nie wiadomo jak zapobiec, jak zareagować, cukier spada do 60, to znowu 200 i ciort wie co jeść, co robić.
Poszedł chłop kosić trawę…no przecież, że nie kosą! i ledwo przyszedł na ugiętych nogach, bo po insulinie zabrakło cukru jak trochę pokosił.
No to potem dostawał wodę z miodem w kieszeń.
A tu zaledwie kilka dni po szpitalu.

Wiadomo, że od razu wzięłam Cayce’go na tapetę i się doczytałam co myśleć.
Ale chłop, to chłop…niecierpliwy, a jak coś się zakręci nie tak, to od razu umiera, a na pewno wszystko moja wina.
No skaranie z chorym chłopem. Już lepszy szwadron chorych bab, niż jeden taki chop.
Bidulek tak się wystraszył jak cukier spadał do 60, że zaśnie i się nie obudzi, że w nocy wstawał i sprawdzał ile ma cukru.
To nie są wcale żarty. Mój kuzyn też się właśnie nie chciał obudzić.

Ufff…jak sobie przypomnę, to już nie było tak wesoło jak teraz, co się sama do siebie uśmiałam.
No bo i sama byłam wystraszona. Wiadomo, że człowiek od razu szykuje garnitur do trumny,
bo wątroba i trzustka jak po wojnie… więc pewnie RAaaaaaAK

No to teraz trochę konkretów o leczeniu.
Oczywiście wspomniane kuracje przeciw pasożytowo-grzybowe w postaci miksturek

10 ml oleju…hm…w zależności co się oczyszcza…np.olej z oliwek, arachidowy, winogronowy ...zresztą najlepiej wsie po kolei
10ml soku ze świeżej cytryny
10ml soku z Aloesu( przy czym ten sok należało rozpuścić czyli dodać tyle samo przegotowanej schłodzonej wody).
Wszystko mieszamy w kieliszku i wypijamy dopiero rano na czczo.

Dziś zrobiłabym to inaczej.
10 ml oleju…hm…w zależności co się oczyszcza…np.olej z oliwek, arachidowy, winogronowy
10ml soku ze świeżej cytryny
10ml (Citrosept 5ml+wody5ml) a potem takie same proporcje Aloes świeży, ale oczyszczony sok.


Radzę się właśnie zaopatrzyć w 100ml Citroseptu. Kosztuje, a raczej kosztował ok 90-100zł, ale stosować będziecie go przy mnie na pewno tak intensywnie, że szkoda pieniędzy na mniejsze i droższe ilości. A wystarczy na jakiś czas.

Chociażby do powyższych kuracji przeciw grzybiczo.
Tak więc powyższe miksturki mamy dzięki Aniołkowi Przypadkowi i wytężonej pracy pana Józefa Słoneckiego(jak coś nie pomyliłam)

Oczywiście wspomniane już przeze mnie okłady na wątrobę przez 3 dni, a potem 2 dni przerwy.
Tak było przez 3 miesiące.

Do tego masaże pleców, gdyż mięśnie pleców na wysokości…powiedzmy, że w połowie pleców...
to grupa mięśni, która ma połączenia z układem trzustki i wątroby i bolą cukrzyków jak diabli, a po masażu oczywiście wszystko się fajnie rozgrzewa i filtruje te mięśnie, gdzie się poutykało mnóstwo toksyn z wątroby i trzustki.
Poza tym kuzynka z USIA przywiozła mi również wspomnianą
Atomidynę, czyli Jod i tabletki z karczocha Artichock Jerusalem doskonale regenerujące trzustkę i wątrobę, oraz szafran do parzenia herbatki
…no i tak w kółko Macieju od cioci do mężusia usia siusia, a ja nieprzytomna każdego ranka.
Sama do siebie musiałam z rana dochodzić dobre pół godziny… faktycznie…tak było…

Nie! Nie! to nie wszystko!

Następna sprawa, to kąpiele…


ale teraz już mam dość pisania.
Chociaż powiem szczerze, że zawsze chciałam spisać te swoje przeboje i nie miałam jakoś ochoty do pisania do szuflady. A tu, proszę, jak się marzenia ładnie spełniają… :mrgreen:
i to z pożytkiem jak mniemam...

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 28 sty 2011, 00:01 
Offline
Redaktor

Dołączył(a): 05 sie 2010, 17:08
Posty: 604
Twoje doświadczenia Jacenno mogą niejednemu się przydać. Kupię naftę, chociaż jeszcze nie wiem dokładnie do czego. Z zaciekawieniem oczekuję także wskazówek na temat olejków na bazie juz to olejku rycynowego czy innych. Interesuje mnie także aloes (mam go w doniczce), ale uzywam tylko zewnętrznie, goi rany. No i nie wiem jeszcze do czego (wzmaga apetyt, ale tego akurat nie chcę). Może wiesz jak stosować lecznicze nalewki spirytusowe. Kiedy je zażywać? Mam nalewkę z morszczynu z powodu niedoczynności tarczycy, ale jeszcze nie uzyłam. Coś jak oslina pośród jadła - z glodu padła...


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 28 sty 2011, 03:44 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3200
Alka napisał(a):
Z zaciekawieniem oczekuję także wskazówek na temat olejków na bazie już to olejku rycynowego czy innych. Interesuje mnie także aloes (mam go w doniczce), ale używam tylko zewnętrznie, goi rany.
Ja mam świetny przepis na Aloes...
Daję go mojej Mamie, a Ona oddaje mi go w zmodyfikowanej postaci w ciemnej buteleczce :mrgreen:
Na pewno czuć go miodem i winem...w smaku jest po prostu niebiusieńko- cudowieńko, a śpiewa się po nim wyśmienicie... :lol:
Oczywiście pół żartem, pół serio.
To właśnie przed wyjazdem z uciętym paluszkiem świetnie zabezpieczyłam go sobie rozciętym listkiem aloesu.
Zrobiłam taką kopułkę, żeby zbyt nie dotykało nic do rany. To podstawowy błąd wszelkich opatrunków, że dotyka rany przyklejając się jakby wrastając w zastygłą ropę.
Mi się po szpitalnym opatrunku przykleiła głęboko 1 nitka z gazika i ni ciorta nie mogłam jej ani odmoczyć, ani oderwać, bo jakby mi ktoś mózg wyciągał. Ale po 3 godzinach wpadłam na pomysł, żeby po odklejeniu pojedynczo kolejnych warstw gazika resztę odciąć bliziutko rany i potem wyciągać po 1 niteczce. Ta najbardziej boleśniejsza została na końcu. Było trach! i po kłopocie.
Nie siłą, ale sposobem!
Potem właśnie przytknęłam rozcięty listek aloesu i owinęłam jak należy czystym, sztywnym płócienkiem. Niby pierdoła, a co bólu narobi, to narobi.
A obcięłam opuszek palca wskazującego wraz z połową paznokcia nożem tarczowym do cięcia tkanin. Po 20 latach pracy, taka wdzięczność.
Tak ładnie i starannie przykleiłam opuszek do paluszka, a doktorzyna się do niego doczepił i sobie odskubał.
No ale ponoć nie byłabym potem zadowolona, gdyby mi przyrósł. Tym bardziej, że poszło przez pół paznokcia.
Kolejna podstawowa odkryta przy tym przeze mnie zasada, to nie dopuścić na ranie do mocnego zgrubienia i zasklepienia się powstającej ropy, która musi się przecież wytwarzać w ranie i zastyga na wierzchu.
Jak właśnie już zaschło wszystko, to palec mnie tak bolał, że szok. Byłam już u kuzynki pod Poznaniem i nie mogłam usnąć. Wzięłam nawet tabletkę przeciw bólową tak rwało. No i potem jakoś niechcący
uderzyłam się w ten lekko zawinięty paluszek i spod rany wylazła kropelka płynu i przestało boleć. :mrgreen:
A tu cię mam. Już potem przy namaczaniu różnymi wiadomo moimi płynami, starałam się zawsze gdzieś tam skubnąć, podważyć, by wychodziła tworząca się chciał nie chciał ropa. I już nie bolało.

Płynów do odkażania używam właśnie z Apteki Cayce’go tj. Glikotymolinę o właściwościach septycznych i odkażających, ale przede wszystkim mojej Atomidyny, czyli jodu. Z początku po kropelce na ranę, a potem zrobiłam sobie osobno mieszankę Glikotymoliny z wodą i jodem. No i oczywiście woda utleniona, albo czysty tlen Oxygen.
Używam do wszelkich takich podejrzanych wyprysków, ran itp. Mam, to używam :D
No i osłonka z listka aloesu. Czasami się coś tam przesunęło w podróży, bo pojechałam …gdzie to ja zajechałam wtedy?
No tak, po koncercie pani Małgosi Walewskiej w Nekielce, pojechałam z chłopcami kuzynki na parę dni nad morze,
bo zaraz musiałam wracać po zwolnienie i do kontroli…do chirurga przecie co chciał mnie widzieć po 5 dniach.
A uwidieł po 2 tygodniach. Rzucił okiem, dał zwolnienie i tyle. A ja się sama operowałam dalej.
No to my z chłopakami siup spowrotem w Polskę.

Jod wiadomo, że jest jednym z głównych pierwiastków w korelacji gruczołów wewnętrznych, przyspieszjący ziarninowanie komórek, czyli gojenie ran.

Pamiętam taką sytuację u innej kuzynki, która miała dwu czy trzymiesięcznego synka.
Na buźce miał takiego liszaja na pół policzka. No i ja tak patrzę i ciach wyjęłam z torebki Atomidynę i posmarowałam po liszajkach. Kuzynka się wystraszyła co ja tam smaruję i zaczęła opowiadać, że już od urodzenia się z tym męczą i ni ciorta nie schodzi. Byli u kilku lekarzy, coś tam dziecku dawali i tak zostało, akby policzek papierem ściernym otarto.
Ni bój żabki od ciotki…tłumaczę.
No i przyszłam po dwóch dniach, a ona do mnie, żeby małemu znowu posmarować, bo już prawie nie ma śladu. :mrgreen:
Hahaha. No i żeby jej dać. :shock:
Posmarować mogę, ale dać, to już więcej dziecku jak te 3 krople nie trzeba. Bo to jod. Trza umiarkowanie traktować.

A w tej samej wsi druga kuzynka ma męża niestety inwalidę po wypadku, który nie chodzi, ale siedzi lub leży. No więc kiedy leży, to się opiera na łokciu. A łokieć ma taką grubą i popękaną skórę, że boli i nie wiadomo jak go zabezpieczać. A na tym łokciu musi się opierać. Nie ma siły.
No to ciotka wiadomo, że Ja! wyjęła Jodzik i dawaj smarować.
Pojechałam po kilku dniach dalej w Polskę i tyle mnie widzieli. Ale jak przyjechałam drugi raz , to już musiałam odlać troszkę w buteleczkę, bo się łokieć pięknie zagoił, ale wiadomo, że gnębiony znowu popęka.
Przy okazji muszę powiedzieć, że też gdzieś się doczytałam informacji, że właśnie łokieć jakoś najlepiej potrafi wchłaniać do organizmu składniki, które nie dochodzą doń innymi drogami.

Bo nie łudźmy się, że zjemy opakowanie np. Wit C, albo E albo Magnezu i cudownych kuracji chociażby samego Gersona, a organizm je hop siup wszystkie przyjmie i przyswoi.

Nie nie kochani. jak po drodze jest mafia ZUSO-VATO-Grzybowa itp, to właśnie stąd biorą się awitaminozy i braki, że po drodze jest pełno pośredników i braczy haraczy!

No i potem jak zawiozłam chłopców do kuzynki do Poznania i opowiadam jej o łokciu, to ona takie wielkie oczy,
bo też ma taki łokieć spękany już od 10, czy 15 lat i niczym nie może go naprawić.
Hahaha…właśnie sprawdzam swój łokieć, bo i mój już chyba działa jak czujnik, że w razie braku jodu też mi stwardnieje i lekko pęka. Na razie jest gładki. :mrgreen:
No więc posmarowałam Eli łokieć, a trochę jodu wlałam do butelki litrowej i kazałam popijać codziennie po szklance. Oczywiście jak wracałam z wojaży przez Jej wieś, to już łokieć zdążył się wygładzić.
No buźki dostałam i to nie jedną. :!:
Ale potem było więcej buziaczków, bo wyciągnęłam ją po 5 chemii z rakowszczika…hahaha.

A co do jodu, to jeszcze mam fajną koleżankę Dankę we Wrocławiu i też ją leczyłam Atomidyną przy niedoborze jodu i zmianach w tarczycy. Przez parę lat było fajnie, ale potem skończył się jod i nie powiedziała mi.
A jak jej potem dałam to w dziwny sposób pękła buteleczka i jod cudem wyparował.
Potem znowu jej wlałam do tej butelki i znowu zniknął.
W końcu odkryłam rysę dopiero jak odkleiłam na mokro naklejkę, że tam jest pęknięcie no i w tym czasie zaczęły się u niej jakieś zmiany na tyle, ze poszła na tabletki niby z jodem. Ale zmiany były horrendalne.
Utyła niesamowicie szybko, no i tarczyca wytworzyła dużego guza, tzn. zwapnienie, które musiała usunąć. Już jest po wszystkim, ale teraz bierze tabletki i już.
Ja też miałam takich doktorków, co mi mówili, [
b]że już trzeba będzie polegać jedynie na takich czy siakich tabletkach, bo taka jest choroby uroda.[/b]
Tak właśnie było z panią Diabełtolog, która się śmiała i dziwiła, że mam zamiar wyciągnąć męża całkowicie poza insulinę i nawet tabletki. :D
Nawet twierdziła, że to nie możliwe. A taka miła z początku była. A potem łaskę robiła, a wcale nie zrobiła mężowi badania glukozy we krwi, bo już nie brał tabletek i nie zapisywaliśmy już cukrów, które były już w normie.
Ba wg mnie to poniżej normy, która powinna przypadać rzetelnemu cukrzykowi. :lol:
Ten znajomy nasz czarny doktorek nazywa męża „Ten Pan cukrzyk, co nic nie bierze”. :lol:

Alka napisał(a):
Może wiesz jak stosować lecznicze nalewki spirytusowe. Kiedy je zażywać? Mam nalewkę z morszczynu z powodu niedoczynności tarczycy, ale jeszcze nie użyłam. Coś jak oslina pośród jadła - z glodu padła...
Naleweczki najlepiej używać prosto do buziaczka. Oczywiście takie od mojej Mateczki :D
A te z apteki to zazwyczaj kilkanaście kropli na pół szklaneczki wody. I zapewne na czczo. Bierz co rano i będzie z głowy. Morszczyn Ci nie zaszkodzi, a co nieco dołoży ze swoich złoży.
Na pewno lepszy byłby jod Atomidyna. Niestety u nas w Polsce są ogromne braki jodu, tym bardziej, że kiedyś chociaż niby była bida, ale dzieciaki na kolonie jeździły, a rodzinki na wczasy. Nad morzem i w pociągach zawsze było tłoczno.
A teraz?Wiadomo. Nie stać jest na sam bilet, co mówić o wczasach. :(

Najlepszy był numer z żylakami mojej kuzynki. Tej od brzdąca z liszajkiem i tej samej, co ma och, teraz już siódmą niunię po powrocie taty ze zdrady.
Gdzieś tam pisałam w temacie Matki Bożej Ostrobramskiej.
Więc jak już kuzyneczka widziała, ze buźka Kacperkowi wypiękniała, to się poskarżyła, że ma problemy z żylakami.
Ja też miałam po zażywaniu przez dwa dni Augmentinu.

(Ale to opowiem przy okazji ucha…zapewne potem wydamy książkę i będzie bestseler ) :lol:

No więc dałam tej kuzynce (bo oczywiście jak gdzieś jadę to z pełnym wyposażeniem), właśnie buteleczkę po nafcie nalewki z kwiatów kasztana i kazałam 5 ml wlewać do pół szklanki wody i wypijać na czczo.
Przyjechałam chyba po roku po jej córcię, żeby ją zabrać nad morze, bo bidulka…ach, szkoda gadać.
A ciotka mi się upomina o naftę do żylaków. Kurcze, ja już na amen zapomniałam, ze jej kiedyś tam dałam. Naprawdę. No więc się wypytuję o te żylaki, a ona mówi, że sobie każdego ranka pociągała z gwinta po łyczku i żylaki diabli wzięli. :lol:

Niemożliwe, ja Ci coś dawałam? :shock:
Tak ty.
No to jak Ci dawałam, to miało być do smarowania, a nie do picia. :!: :lol: Nastraszyłam ją dla żartu.
Kazałaś mi pić. :!:
No to ja mówię, że jeśli tak to pewnie na wodę.
Ona się śmieje trochę wystraszona, ale w końcu nie daje za wygraną i mówi,
a ciort tam do smarowania, czy do picia, ważne, że nogi nie bolą i guziorów nie mam.
A jak mi było fajnie i wesoło.


Naleweczka miała kopa, oj ma, że hahaha!
Pośmiałyśmy się a ja się ucieszyłam, że faktycznie, skoro tak mówi, to pewnie tak jest.
Satyśfakcjon na maksa. Oczywiście jak wracałyśmy już po wojażach to mnie Justynka pilnowała, żebym dla mamy wzięła naleweczkę. :D

A taka jestem aparatka, że jak kiedyś grasowałam gdzieś pod Krakowem, tośmy zajechały z córcią pod zagrodę pana Migdała, takiego starszego już rzeźbiarza ze wsi…matuś moja jak to było Brzeźnica chyba…
W każdym bądź razie jakoś przystanęłyśmy zachwycając się figurami wyrzeźbionymi a pan nas przyuważył i zaprosił do środka.
Pooprowadzał, pokazał prace, poopowiadał (i trzeba się będzie dokopać do fotek i filmiki wrzucić na YT). No i tak nas miło potraktował, że zgadaliśmy się z jego żoną o żylakach.
Jednak nie miałam akurat przy sobie naleweczki, bo została tam gdzie nocowałyśmy. Chyba wtedy u sympatycznego pana Klemensa z Porąbki Uszewskiej. Fajni tam są ludzie. No więc żałując, że nie mam przy sobie, pomyślałam, że jak znowu tu zabłądzimy to przywiozę mu tej nalewki. Oczywiście już ją woziłam w samochodzie i oczywiście nie było siły, żeby nie zabłądzić do Brzeźnicy…i wręczyć flaszeczkę.
Ale czy zdołała pomóc takim już zastarzałym jednak żylakom, ta jedna buteleczka tego do dziś nie wiem. Ale zapewne coś niecoś pooczyszczała. Wiadomo. Nie może być inaczej, bo to ode mnie.
Takie to moje wędrowanie po Polskiej ścianie mości panowie i panie.
Idę spać. Jutro poedytuję…

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Ostatnio edytowano 28 sty 2011, 16:51 przez Jacenna, łącznie edytowano 2 razy

Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 28 sty 2011, 10:29 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 13 lip 2009, 16:38
Posty: 1932
A co sadzisz na temat głodowek.Czy warto,jak czesto,dlugo? Czy oczyszczają organizm z szajsu?

_________________
"Ponieważ żyli prawem wilka,historia o nich głucho milczy..."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 28 sty 2011, 16:03 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3200
kev napisał(a):
A co sadzisz na temat głodówek. Czy warto, jak często, długo? Czy oczyszczają organizm z szajsu?

Najwięcej mogę powiedzieć o tym, co stosowałam i zaobserwowałam, a w dodatku potwierdziło się to w doświadczeniach innych osób.

Na podstawie więc moich powyższych już wywodów jak ja to mówię „Na chłopski rozum”
Biorąc pod uwagę te informacje, którymi dziś dysponuję mogę powiedzieć, że
nie podjęłabym się typowej głodówki oczyszczającej.
Bo!
Nie jest jak się przekonałam trudnością w dotrzymaniu postu np. w każdą środę i piątek, więc można by to zapewne przełamać na dłużej.
Ale pytanie: co to zmieniło.?
Schudnąć nie schudłam, a rok się męczyłam jak już pisałam ze zwiększoną ilością kwasów w żołądku,
Co zapewne nie było dla niego radosne.
Do tego trzeba powiedzieć, że jeśli mąż miał stwierdzone badaniami we krwi przeciwciała w kierunku
Helikobacter, to mieliśmy je wszyscy.

Tu muszę właśnie dodać, że powyższe mikstury na oleju z Aloesem i cytryną były też w kierunku
zablokowania powierzchni rozwoju tych bakterii.
Natomiast ich toksyny i jady są podstawą w rozwoju raka żołądka.
Stwierdzili to nasi naukowcy!

Do tego robiłam jeszcze zioła zawierające śluzy, takie jak lipa i siemię. Leczyliśmy się bez antybiotyków.
A (broń Boże )doktorki kazali jeszcze brać trutki zmniejszające właśnie ilość kwasu żołądkowego,
ale za to skutecznie uszkadzającego wątrobę itp. To zadanie świetnie spełniał właśnie aloes w miksturce.
Wracając do oczyszczania za pomocą głodówki, to w naszym środowisku biorąc pod uwagę
ogromny stan zagrzybienia społeczeństwa, czego nie jesteśmy świadomi, tak samo jak działalności
tzw. przez Was lemingów, to zagłodzimy swój organizm zamiast pozbyć się pasożytów. :!:

Wg logiki, jeżeli dopuściliśmy do BRZUCHÓW KOMUCHÓW, to stosując głodówki, nasze ciało obumiera, a pasożyty i wszelkie paskudztwa działające na swoją jedynie korzyść mają się w najlepsze,
bo oni zżerają to, co nam jeszcze zostało, dopóki się da! :evil:
Typowy przykład moi drodzy.

Im więcej POżerających nasze dobra odszczepieńców, tym organizm słabszy…
W dodatku wszyscy wkoło czatują „na nasze organy do przeszczepu” dla własnych korzyści.
To jakim cudem ma się Polska ostać? Z kim my walczymy? I czym?
Jedynie modlitwą! i uświadamianiem moi drodzy można coś wskórać.


Zrobiliśmy czystki co nieco kilkoma solidarnymi „powstaniami” i co?
Pasożyty przeflancowały się w inne rejony, zakamuflowały, ale nie zginęły.
Jeszcze Polska nie zginęła, bo my tu żyjemy. :evil:

Mnóstwo wyjechało ludzi tych, co faktycznie jej bronili, a grzyboszczaki zostały.

Niestety po głodówce nic się nie zmieni, jeśli nie wywalimy z siebie pasożytów.
To tak jak po suszy. Co najpierw odrasta? To, co silniejsze! Chwasty i basta!

Więc szkoda Panie Kev zdrowia, czasu i hałasu.

Trza wziąć zdzierak i drzeć po grzybach, a potem co parę miesięcy gładzikem non stop.

Nie ma lekko.
Nie sprzątaj kurzy w mieszkaniu przez miesiąc. Zobaczysz ile się ich nazbiera. A po roku, dwóch ?
Tak samo teoria Gersona. Owszem jest fajna dla rekonwalescentów, oczyszcza z resztek,
doładowuje co potrzeba.
Ale!
Właśnie podstawowe ale! Musisz wiedzieć z jakiego źródła są warzywa i owoce.
Bo to podstawa, żeby były na naturalnych nawozach i sposobach hodowane.
Już nam kiedyś Gerber poczęstował dzieciaki przenawożonymi azotanami soczkami dla maluchów.
Natomiast jeśli masz warzywa i owoce własne i zdrowe, to i tak potrzebujesz tylko pozbyć się wszelakich pasożytów.

Wiadomo też, że najlepsze skutki daje współpraca różnych sposobów i środków.

O! Np. wiecie jaki jest najlepszy środek na łysinę?
No właśnie środek głowy…

Idę odkurzać!

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 28 sty 2011, 23:28 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3200
kev napisał(a):
A co sadzisz na temat głodowek.Czy warto,jak czesto,dlugo? Czy oczyszczają organizm z szajsu?

Tak myślę o Tobie, Kev...i myślę, że jeśli coś Ci się u siebie lub kogoś bliskiego nie podoba, to mów otwarcie i będzie można zawsze coś pomyśleć i podpowiedzieć.
Milczenie i czekanie, że jakoś to będzie, to z góry wiadomo, że będzie.
Chodzi tylko o tą jakość :mrgreen: .

To właśnie podstawowy błąd, że się wstydzimy...a przecież to głupota, która powinna być w końcu przełamana.
Dlatego właśnie pisałam też o swoich prywatnych i nawet intymnych przypadłościach, żeby w końcu przełamać tą zmowę milczenia i cichego cierpienia. ;)

Jak nie chcesz na forum, to możesz napisać na PW. :)

A wracając do tych propozycji głodówek, to właśnie natknęłam się u Cayce'go na takie zalecane niby głodówki, bo oparte na samych sokach z warzyw i owoców.
Z tym się oczywiście zgodzę, że dostarczą one właśnie zwiększone ilości płynów i w dodatku z pełnym wyposażeniem zawartych w nich mikroelementów.
Na tym właśnie polega też Kuracja Gelsona, jednakże różni się właśnie określeniem, nie jako głodówka, ale kuracja.
Ok, ale jakby nie nazwać a zaczynając, to i tak należy najpierw pozbyć się pasożytów.
Dojdziemy powoli i do tego. :mrgreen:

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 29 sty 2011, 03:15 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3200
O kąpielach gorących pisałam, ale przyszedł czas na szczegóły.

Solne Kąpiele oczyszczające

Drugim sprawdzonym przeze mnie i niezawodnym środkiem dobrze oczyszczającym ciało są kąpiele.
Zaczęłam je stosować właśnie przy nowotworach po zażyciu odpowiednich środków uwalniających organizm od jadów nowotworowych.
Skutek jest odczuwalny już na trzeci dzień, bo następnego dnia organizm jeszcze się pozbywa toksyn z ciała i mięśni. Nawet może wystąpić stan podgorączkowy.
Nie ma cudów, że to co właziło i korzeniło się przez kilkanaście lat i obrastało grzybami itp. wyrzucimy z siebie jak za dotknięciem różdżki.
Proces oczyszczania musi być równie powolny i stopniowy.

Większość ludzi zażywających różne „cudowne” specyfiki - zawala nagle swój układ krwionośny
i układ oczyszczania(limfatyczny) tak szybko, że główną przyczyną szybkich zgonów jest nieumiejętne dozowanie leków i branie wszystkiego na raz bez doświadczenia i odpowiedniego oczyszczania z toksyn.
W przypływie strachu, bólu i nieporadności zdajemy się na reklamowane specyfiki działające najskuteczniej na portfele. Komu zależy na tym, żeby ludzie wyzdrowieli? Firmom farmaceutycznym? To skąd tyle chorych i zgonów? To skąd wezmą następnych klientów? Lekarzom, którym NFZ obcina pensje i środki na leczenie, a poza tym nie mają czasu ?
Prywatnym gabinetom mającym kopalnię nieopodatkowanych zysków?
Nawet nie zawsze można liczyć na swoich bliskich.
Ale my też jesteśmy komuś bliscy i ci, co dziś służą przy chorych jutro mogą być (i są) na ich miejscu.

Na godzinę przed kąpielą dobrze jest wziąć Olej rycynowy z cytryną jako środek otwierający wątrobę.
Należy podgrzać olej w małej buteleczce 20 ml żeby był tylko ciepły.
Do buteleczki wcisnąć pół cytryny i mocno wstrząsnąć po czym wypić wszystko na raz.

Powracając do tematu kąpieli należy

kupić minimum 2 kg soli leczniczych Bocheńska, Kłodawska itp.+
4 kg grubej soli kuchennej i 1 kg zwykłej „jodowanej”.

Do tego 5ml Citroseptu lub 30 kropli drzewka herbacianego. Musi być wszystko jak napisałam.
Wsypać wszystko do wanny, wlać do połowy dobrze ciepłej wody i zanurzyć się powoli.
Dobrze jak jest ktoś w pobliżu i dolewa gorącej wody ( lub można zmniejszyć strumień ciepłej wody z kranu i leci gorąca w zależności jaki kto ma układ).
W czasie kąpieli „ostrą” gąbką nacierać i przejeżdżać po miejscach gdzie są mięśnie( ręce, nogi, pośladki i ktoś życzliwy po naszym kręgosłupie.
Woda w kąpieli powinna być na tyle gorąca na ile czujemy się dobrze.
Wiadomo, że przyspieszy trochę bicie serca ale spokojnie trzeba się obserwować.
Jak zrobi się za ciepło, to należy usiąść lub polać ręce i ramiona chłodną wodą.
Po ok 25-30 minutach wystarczy tego dobrego. Wychodzimy z wody (lub nas wyciągają) i należy polać ciało chłodną wodą przez kilka minut i wytrzeć masując przy okazji.

Jeśli uda się przed kąpielą wykonać lewatywę i zaraz po kąpieli drugą to skutek jest rewelacyjny.
Można zrobić lewatywy w trakcie kąpieli. Jak już się zanurzymy i zagrzejemy w wodzie, to wówczas zakładamy lewatywę i sobie powoli spływa do jelit. Dla mnie to najwygodniejszy sposób.
(o lewatywach powiem przy okazji).
Po kąpieli pędem do łóżeczka. :mrgreen:
Broń Boże, żeby ktoś chciał skorzystać po nas z tej wody i kąpieli.
Wchłonie wszystkie wydalone toksyny, bądź jady nowotworowe.
Ale niestety, wytwarzanie jadów nowotworowych jest tak szybkie, że migiem zawali nasze ciało (szczególnie po przyjmowaniu różnych leków) i po 2-4 dniach jeśli czujemy się znów osłabieni, spoceni w szybkim tempie, znów należy zrobić kąpiel.
Najlepiej w dniu wolnym od okładów z oleju rycynowego.

Tak, tak...żeby się pozbyć wszelkiego badziewia, to niestety trochę się trzeba nakombinować.
Bo włazi samo i nawet nie pyta, czy może.

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 29 sty 2011, 03:31 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3200
Ale żeby nie było tak naukowo-medycznie opowiem pokrótce wspaniałe ingerencje lekarzy chirurgów z ...Suwałk :evil:
Umówiłam się z kuzynką, która właśnie miała wrócić z roboty na "zachodzie", że się wybieram aż na Podlasie. Ale Ona mi mówi, że jak przyjedzie to będzie mieć trochę ganiania po lekarzach, bo synek choruje.
No to ja, jak zwykle pół żartem, pół serio mówię jej, że jak ciotka przyjedzie, to Michałka wyleczy.

No tośmy się zjechały prawie jednocześnie z zachodu na wschód.
Jak już byłam, to wszystkiego się dowiedziałam i pojechałyśmy do szpitala.
A co było Michałkowi?
Otóż jak to kilkuletni chłopak łaził Bóg wie gdzie i okazało się, że zrobiło się zaczerwienienie na stopie pomiędzy małym paluszkiem a tym kolejnym.
No więc tatuś zabrał synka do lekarza i oczywiście zarządzili pozostawienie dziecka na leczenie i obserwację.
Coś tam było też, że Tata chciał go przywieźć z rana, bo dopiero nazajutrz mieliby robić badania, ale skończyło się pyskowaniem lekarza i straszeniem …a dzieciak trochę rozpieszczony przez Tatę, bez mamy wiadomo, ryczał wniebogłosy. Wyszło na to, że dzieciak został i tyle.

To było wszystko ok 3 czy 4 tygodnie przed moim przyjazdem, a kuzynki powrotem.
Tak więc dwa tygodnie trzymali dzieciaka i szprycowali go antybiotykami, bo się zrobił ostry stan zapalny nóżki i wiadomo, że bolała.
Zrobiono 3 pozycje (pożal się Panie Boże fotek RTG) i nic nie wykryto.
Między paluszkami wyrosło jakby obce ciało i doktórki ładnie nazwali to ZIARNIAKIEM.
Potem przychodził chłop z dzieckiem do kontroli, ale zapisywano maści i tyle.

Wracam teraz do momentu gdy pojechałyśmy do kolejnej kontroli chirurgicznej.
Ja czekałam w samochodzie, a kuzynka z Michałkiem wcale nie byli długo.
Wnioski były takie, że nie należy nóżki absolutnie moczyć, kupić maści już nawet nie pamiętam jaka to była i niestety nic więcej pan doktorek nie miał zamiaru zrobić.

Kiedy obejrzałam nóżkę, to jak dwa a dwa cztery, oczyściłabym ją z tej narośli i tyle, i zbadała histopatologicznie, bądź bakteriologicznie ki ciort.
Ale po mojej rozmowie z kuzynką Ona nawet nie śmiała lekarzowi sugerować, by może nawet wyciąć lub oczyścić tą narośl( ok 1 cm).
Pokażę Wam fotki!
No więc po powrocie zajęłam się jak to ja nóżką. Nic takiego, ale nalałam Glicotymoliny, bo odkaża
i posmarowałam Atomidyną, czyli jodem, bo wspomaga leczenie i tyle.

To było w środę w tym szpitalu.
Kilka razy dziennie nóżkę smarowałyśmy i zakładała kuzynka nowy opatrunek.
W niedzielę postanowiłyśmy pojechać nad piękne, przeogromne jezioro SZELMENT WIELKI zażyć
co nieco letniego chłodu.

W poprzednim roku będąc również na suwalszczyźnie zdarzyło mi się...
nie wiem, co było konkretną przyczyną, ale bolała mnie noga nad i pod kostką jakby jakieś kłucia, naciągnięcia i ciort wie co jeszcze.
Fakt, że trwało to o dziwo od kilku miesięcy i nawet nie mogłam nogi zgiąć mocniej w stawie, bo ciągnęło i bolało.

Hm…nawet moje cudowne okłady z rycyny nic nie wskórały. :shock:
Ale po drodze(byłam wówczas z mężem )zatrzymaliśmy się na nocleg w Danowskim pod Augustowem.
Nawet nie wiedziałam, że jest w pobliżu jezioro, bo zajechaliśmy późno.
Rano gospodyni zaprosiła nas do zwiedzenia okolicy.
Okazało się, że w pobliżu jest właśnie piękne jezioro o nazwie Jezioro Blizenko.
No radocha, bo kocham jeziora i siup do wody. Tzn. tylko nóżkami chociaż połazić wkoło.

No i tym sposobem nie wiedzieć czemu zakończyły się bóle w moich nogach.
Jakoś sobie to uzmysłowiłam po kilku dniach, że już mnie nic nie ciągnie, nie kłuje…dziwne to było.

Wracam do jeziora Szelment. Ja łażę po wodzie, dziewczynki również, kuzynka a jakże…
Tylko Michaś stoi na brzegu ze smutną minką.
No więc znowu pół żartem, pół serio mówię do kuzynki, żeby mi dała Michała do wody, bo suwalskie jeziora mają cudowny wpływ leczniczy na nogi.
Naprawdę tak było! Ale kuzynka mnie obtańcowała, że lekarz zabronił absolutnie moczyć nogi.
Michaś się ożywił, ale mama NIE i już!
Dalej łażę i żal mi Michasia. Dajże mi go tu, do tej wody!
A ona NIE.
Nie wiem, czemu się tak uparłam, ale po którymś razie, kuzynka mówi, że na moją odpowiedzialność.
A ja odpowiadam, że naprawdę Wasze jeziora leczą nogi…i się śmieję.
Zdjęła kuzynka skarpetki i opatrunek Michałowi i w tri miga był już koło mnie.
No i sobie tak łazimy, dziewczynki się cieszą, słoneczko przygrzewa i jest cudownie.
W końcu po ok 15-20 minutach wychodzimy z wody i odjeżdżamy.
W domu oczywiście smarowanko nóżki Michałka i nowe opatrunki.
W poniedziałek wieczorkiem się spakowałam i we wtorek miałam odjeżdżać.

Ale już prawie mam odjeżdżać, a kuzynka nagle mi mówi, że zabierze się ze mną do Suwałk.
No więc musiałam przepakować samochód, by mogła usiąść.
Nie mogę znaleźć tego zdjęcia nóżki…

Ale wracając do wyjazdu, więc ja robię miejsce kuzynce, a ona mówi, że jeszcze przed wyjazdem pójdzie i zrobi opatrunek Michałkowi i posmaruje nóżkę.
Za chwilę drze się na mnie wniebogłosy. Wystraszona pędzę, a ona pokazuje mi „ziarniaka”.
Tzn. z tego miejsca wylazł czubek drzazgi i ona lekko przesuwając palcem po prostu wydusiła tą drzazgę.
Wyobraźcie sobie, że była to drzazga ze śliwy bodajże, która wbiła się dziecku, kiedy ześlizgiwał się z drzewa. A drzazga wielka jak palec. No szok.
Mówię więc do kuzynki: Dawaj te RTG, musi tam być widoczna.
Oglądam zdjęcie i szok. Zrobione z tyłu i z boku od strony pięty, a tu, gdzie była rana, nie!.
Takie to buty.
No i ja dumnie podnoszę głowę i mówię:
A mówiłam, że Wasze jeziora leczą nóżki i jak ciotka, tzn. Ja, Jacenna przyjedzie to Ci dzieciaka wyleczy.
No i po kłopocie.
Ale kazałam kuzynce iść do tych ….brrrrze szpitala i ich poustawiać i opierniczyć konkretnie za wszelkie niedociągnięcia. Obiecała, że pójdzie…ale nie poszła. Mówi, że szkoda jej było nerwów i czasu.
Zadzwoniłam do niej po 4 dniach i pytam jak ten „ziarniak” się zachowuje.
A ona mi odpowiada, że to narośl już odpadła i prawie nawet blizny nie widać. Po 4 dniach!
Muszę znaleźć to zdjęcie, bo jest naprawdę niesamowite. Chyba go wówczas nie opisałam,
a wśród kilkudziesięciu tysięcy fotek…ups…

Z tego wniosek, że jednak chłodna woda nie tylko rozmiękczyła „ziarniaka” nóżkę, ale i zwerbowała miejsce do obrony i pozbycia się intruza. Inaczej zaschłoby na amen i gangrena gotowa.
Jak u Huberta! Też ciotka zadziałała! No i te zdjęcia mam opisane, to Wam potem pokażę.
Kolejny szok naszej Sużby Zdrowia.

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 30 sty 2011, 22:03 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3200
NO! Co bym nie straciła wątku i gadała ciągle od początku, to dziś powrócę do rekonstrukcyji mojego mężusia.
O mężusia trzeba dbać, moje kochane panie.
Bo to przecież nasz jedyny i niepowtarzalny egzemplarz, nasza ostoja i kręgosłup.
Czasami niemiłosiernie boli, więc tym bardziej trza go prostować i ćwiczyć.


Na czym to skończyłam? Jady nowotworowe, to nie ten rozdział.

Chociaż powiem, że przy mężusiu nie padało a jakże takie określenie, bo każdy facet to tchórz i już,
ale opowiem Wam, jakie miałam ewidentne znaki i objawy zasiedlenia jego wątroby i organizmu przez pleśniowe grzyby, a wiemy co one niosą… :evil: i mężuś też już wiedział…

Chyba już o tym pisałam, że czarna pleśń to rak zagnieżdżony w zakamarkach naszego ciała.
Jak nie mówiłam, to i tak się tego nie da uniknąć w późniejszej rozmowie.

Pomijam fakt, że przecież wspominałam o Teściowej, czyli Mamie mojego męża, że zmarła na raka kości.
Ale pierwszym ewidentnym objawem zmian onkologicznych był czerniak złośliwy na policzku.

Nie chcę tu sugerować broń Boże dziedziczności, tak fanie przypisywanej przez doktorków, którym brakuje argumentów, albo dowodów w trakcie pytania upierdliwego pacjenta, ale nasuwa mi się pytanie, skąd się to wszystko tam wzięło.

Więc sprawę wykryłam w ten sposób, że po zrobieniu okładów z oleju, wiadomo, że okład chowam do słoika i go potem podgrzewam.
Taki właśnie okład używany już kilkakrotnie stał sobie ze wszystkimi innymi(każdy członek rodziny musi mieć swój), a my pojechaliśmy w trasę.
Po powrocie po ok 2 tygodniach, wiadomo, że kontynuując leczenie wieczorkiem poszłam przygotować okład.
I ups. :shock: No szok, bo cała pielucha jak makiem czarnym zasiał. Zapleśniała w kropki.
Powiecie że nic dziwnego, bo się pleśń dostała.
Otóż dostała się, ale przez to, że została wyciągnięta z ciała męża.
Bo tyle lat już to robię i to był jedyny przypadek zapleśnienia okładu. .
Moje niekiedy tam stoją latami, bo po co wyrzucać, jak coś się wydarzy i zaraz może być potrzebny.

Znając już wówczas (był to początek 2006r przypomnę) zależność w powstawaniu zmian nowotworowych od grzybów pleśni, jak dla mnie było to oczywiste.
Tym bardziej, że świadczyło o tym wiele innych objawionych szczegółów.
Jak się nie wie, to się beztrosko żyje.
Ale z wiedzą i świadomością przychodzi smutek i zwiększona pod lupą uwaga na wiele spraw.

Tak więc był to dla mnie sygnał, że jak się temu nie zaradzi w porę, to zmiany niewidoczne gołym okiem już wkrótce ukażą się ewidentnymi bólami i ganianiem po onkologach.
Tym bardziej, że mięliśmy przykład na Teściowej, a szczególnie uderzający był poziom wrażliwości lekarzy itp. Na cierpienie ludzi.
Im to już chyba wszystko tak spowszedniało, że nie robi na nich żadnego wrażenia.

Szczegóły dopiszę do książki…
Tu pozostaniemy na razie na konkretach.
Tak więc okład zrobiłam nowy, mąż się zasępił z tą pieluchą, bo już i do niego docierały wszelkie info o znaczeniu pleśni w chorobach… ale cicho sza, bo chłop to wiadomo, że zaraz się robi nerwowy.
Tak, tak…najważniejsza jest strategia, moje żoneczki, żeby zadziałać zanim pacjent zwieje wystraszony co koń wyskoczy.

Kontynuując okładanie olejem rycynowym, doładowując co się tylko do leczenia nadawało, pilnując już lekkiej diety oczywiście eliminując węglowodany w połączeniu z cukrem, czyli wszelkie słodkości, ciasta, biały chleb, smażone i przypieczone różności, mleko! O ALKOHOLU NIE WSPOMNĘ, BO Z TYM I TAK NIE MIELIŚMY PROBLEMÓW...tzn. mąż, bo ja za kołnierz cudownych naleweczek nie wylewam. :lol:
robiąc kąpiele,( najczęściej sobie :mrgreen: ), bo mąż jakoś tylko kilka razy dał się namoczyć w solance...i
wyobraźcie sobie, że ilość cukru szczególnie na czczo tak zaczęła spadać, że siłą rzeczy kazałam mężowi zmniejszać ilość insuliny.
Nie mówcie mi tylko, że jam jakaś zadufana w sobie i zarozumiała.
Nic takiego. Do dr Diabetolog za miesiąc, ten gnębiony przeze mnie doktórek ze szpitala w tamtej wsi, absolutnie nie chciał podjąć decyzji, czy zmniejszyć ilość insuliny, ten cwaniaczek RODZINNY, też robił uniki, mąż się niekiedy słaniał na nogach, więc na chłopski rozum trzeba było zmniejszyć insulinę.
Ale mój chłop wiadomo, że co ja powiem, to od razu ”skąd wiesz” i rób coś z takim tchórzem.
Ale w końcu nie było rady i musiał zmniejszyć po moim tłumaczeniu na zwykłą logikę.

Przyszedł dzień oczekiwanej wizyty u Diabetologa.
Oczywiście pojechałam z mężem, ale zanim się doczekaliśmy pod gabinetem, musiałam pojechać do domu po insulinę i kromeczkę, bo czas był na zastrzyk.
Mąż od rana zestresowany przez tego doktorka, co mu powiedział, że „wątroba powiększona i trzustka jak po wojnie”, a po drodze inne perypetie, więc czekał pod gabinetem jak ścięte jajko na twardo.
Jak wróciłam z tym Penem insuliny i kromeczką, to mąż już był u pani doktor. Wchodzę więc do gabinetu, a mąż rozpromieniony, zadowolony, prawie że jak po randce, ubiera się i przytakuje…
Ja zdziwiona o co chodzi, a tu się okazuje, że Pani doktor stwierdziła, że tamten doktorek coś majaczy, bo chłop jak dąb, to przecież i wątroba wielka, a że troszkę powiększona, to wiadomo, skoro jest cukrzyca...
Czyli jak wielki wpływ ma przekazywanie choremu informacji i zaleceń!
Odmieniła mi chłopa w tri miga! :D
No i co w końcu najważniejszego powiedziała pani doktor, kiedy jej mówiłam o zmniejszaniu dawki insuliny na moją odpowiedzialność. Pani doktor powiedziała: „proszę słuchać się żony!”

Haha i to bezapelacyjnie kochani panowie!
Więc ja zdradziłam tej pani doktórce, że moim zamierzeniem jest całkowicie wyeliminować insulinę, a nawet tabletki.
Usłyszałam: „O, co to, to się Pani na pewno nie uda”. Uda się czy się nie uda, dobrze więc, ze są dwa uda.

Hm…zapytana pani doktor o przyczyny takiego stanu rzeczy. Czyli skąd mogła się wziąć taka sytuacja, że organizm nie daje sobie rady z regulacją cukru itp. Oczywiście odpowiedziała, że przyczyn może być mnóstwo i w większości jest to problem metabolizmu organizmu itd. Itp. I nic konkretnego, a morze szerokie i głębokie.

No! Słyszałeś? Masz się słuchać żony! Mężu wyzwolony.!
Nie powiem, że nie, bo bym skłamała, ale mąż po jakiś tam oporach zazwyczaj ulegał mojej perswazji i logice i na dobre mu to wychodziło. :mrgreen:

Następna wizyta była zaplanowana znowu za miesiąc.
Choroba została odkryta w marcu 2006r.

Kolejna sytuacja, która zapewne była zaaranżowana przez mojego Anioła Stróża zwanego Przypadkiem, to wizyta znowu na Podlasiu.
Tam poznałam sympatycznych ludzi oczywiście przez kolejną aranżację losowego przypadku i się z nimi polubiliśmy.
Oni mają gospodarstwo i piękne krówki a robią wspaniałe al’a żółte sery.
No to już zajeżdżaliśmy do nich a przy okazji załapaliśmy się na jakąś świetną Hubertówkę, albo na prawdziwą żurawinę w słoiczkach.
No i właśnie przez przypadek zgadaliśmy się, że jest w Białymstoku taka pani bioterapeutka - zielarka polecająca zestaw ziół wspomagających różniste choróbska.

Nasza znajoma była u niej ze swoimi sprawami, a jej męża podreperowałam właśnie ja swoimi pomocnikami, ale o tym trochę później.
Z ziółkami my się mocno lubimy a szczególnie tymi z Podlasia, bo jak tylko tam jestem, to rwę co znajdę.
Tak właśnie znowu przez przypadek trafiłam np. na zalecany w zbiorku ziół przez panią z Białegostoku kwiat Podbiału, którego nie uświadczysz w aptece, ani w sklepie Zielarskim, bo jest zakazany ze względu na trucizny w swoim składzie.
Zapewne ciężko byłoby nim otruć teściową…ups nie moją broń Boże, ale na wszelki wypadek wycofano i już.
A ja będąc w kwietniu na Podlasiu chadzałam po pagórkach i na zboczu było mnóstwo maleńkich żółtych kwiatuszków. Na mlecz za wcześnie, a w porównaniu z wielkimi liśćmi, to nie chciało mi się wierzyć, że kwiat podbiału jest nawet mniejszy niż mleczu.
Nazbierałam więc ile się dało! Ususzyłam!
Przy okazji powiem, że drugim ziółkiem zakazanym jest wrotycz.
No, jeśli jest to dodatek do 100 torebek mieszanki, to nie ma siły by nas otruć.
Poza tym jest głównym komponentem w sporządzanej miksturce właśnie przeciw pasożytom.
Kochane i śliczne ziółko rośnie sobie na ugorkach, obrzeżach i cieszy oczy w letnim krajobrazie.

A opowiem Wam przy okazji, jaki to znajomy miał przypadek. Miał chorego synka jakby tu powiedzieć, no takiego nierozgarniętego, co sobie nic z niczego nie robił. Ot, jak poleciał w las tak dobrze mu było i robił co chciał.
Naszukał się znajomy u różnistych lekarzy jakiś informacji a już trudno chcieć diagnozy, ale wiadomo, że nikt nie pokaże palcem na nazwę, więc każdy kombinuje, ale nie powie „Nie wiem”.
Nabiegał się ten znajomy nie tylko za synkiem, ani za lekarzami, ale jeszcze za ich specyfikami.

Tak więc wymyślali, cudowali, aż zaczęli go leczyć jakimś zestawem ziół, po który musiał jeździć bodajże do Katowic jak się nie mylę. Od nas 400 km.
Był tam parę razy, jakby nie można było dać facetowi większą ilość, by nie ganiał. Oczywiście tych ziół nie mógł dostać w aptece, choć wiedział jakie to zioła.
W końcu po latach poszedł po rozum do głowy i zaczął kupować książki zielarskie, żeby zobaczyć co to za ziółko.
Hahaha! Okazało się, że właśnie WROTYCZ, którego miał wkoło mieszkając pod lasem skolko godno.
No to go trafiło na miejscu…a potem sam robił mieszanki.
Tak to nasza medycyna robi z siebie…pożal się Panie Boże…przecież nie z nas…ciemniaków

No i ta informacja oczywiście już wtedy była dla mnie istotna, więc od tego czasu mam nazbierane wrotyczu, a na Podlasiu wspaniałego koszyczka Kocanki, Piołunku, z którego Mama robi wspaniałą piołunówkę i zawsze upomina, aby jej przywieźć świeżego ziółka.
Co tam jeszcze…ach, wspaniała mięta znad Marychy…ale teraz jak byłam, to może już zbyt późnym latem, bo nie znalazłam tam tyle mięty, co pierwej. :(

Och powiem Wam, że człowiek dopiero wtedy żyje pełną piersią, jak tak się powłóczy po tych Bożych dróżkach.
Dobrze, że mam fotki, to wracam tam nie raz i oddycham wspomnieniami. To jest relaks i wypoczynek.
Zatrzymujemy się u tych właśnie znajomych, którzy oferują wyżywienie i noclegi, o serkach nie wspomnę. Taniutko, bo wiadomo, że agroturystyka. Nie zamieniłabym jej na najlepszy a w tej samej cenie hotel.

No to już wiecie. Zielniki w łapki i się poduczyć co jak wygląda, bo latem będziemy jeździć za miasto i szukać ziółek. A jak ktoś zechce na Podlasie, to służę po konsultacji adresem do znajomych, tam gdzie Ziuk Piłsudski czuwa najczęściej nad Polską. :mrgreen:

Cały ten zestaw ziół od tej zielarki z Białegostoku zawierał mix 46 rodzajów ziół, a było tego ok 100 torebek.
Co miałam, to miałam, ale nie wszystkie znałam i nazbierałam, więc złożyłam zamówienie w Zielarskim sklepie( nie daję aptekom zarobić!) i oczywiście miałam wszystko sprowadzone oprócz wspomnianych powyżej trujących, co ich nie ma prawa być w sprzedaży( a kiedyś były).

Taka mieszanina spokojnie wystarczy na dwie osoby na hohoho od lata do jesieni.

Ale ja, jak to ja znając co nieco pewne właściwości i zasady ziółek i pewnych związków, podzieliłam sobie ziółka na 3 grupy w zależności od ich właściwości.
Bo mężowi np. przydały się te w kierunku jego choroby, a mnie te drugie. Poza tym tak wsio na rawno, to się nie godzi.
I teraz mając rozdzielone ziółka wymieszałam każdą grupkę i znalazłam każdej osobną torebkę.
Teraz kupiłam nowy młynek do kawy( oczywiście jak ktoś się nie zna, to głupot narobi). Bo kupiłam tak młynek, co to fajnie kawę mieli na różne grubości. Ale ziółek na drobno nie rozmielił, bo za grubo :evil: .
Hm…tym sposobem zaczęłam kupować (i dobrze!) kawę ziarnistą i przynajmniej wiem, co parzę i piję.
A do mielenia ziółek jednak wzięłam stary niezawodny młynek do kawy, co zmieli ziółka jak mąkę krupczatkę. Potem i tak musiałam kupić nowy, bo nożyki jednak nie cięły dobrze.
Ale za to kawa super.
Zmieliwszy hmmm np. 100 g zmieszanych ziółek( oczywiście nie wszystkie na raz broń Panie Boże), braliśmy (wszystkie osobistości w domciu) każdy rodzaj ziół o innej porze.
Z rana był to zestaw wątrobowo-trzustkowy, tzw.Olusiowy, czyli mojego męża, w południe przeciwzapalny a na wieczór taki rozprężająco-uspakajający. O!
Pamiętać należy, ze jak się leczyć i wzmacniać, to całą rodzinką!
Trudno, żeby kochające się małżeństwo miało inne bakterie, czy grzyby.
Dzieci mają zazwyczaj takie, jak pieski i kotki albo babcie i dziadki. No taka prawda.

Jakby ktoś był zainteresowany taką niezmiernie wspomagającą i wszechstronnie działającą kuracją ziołową, to w wolnej chwili, jak się do ziółek dobiorę, to i poszukam składu.

Co istotne! Zioła po zmieleniu nie są parzone :!:
Bierze się łyżeczkę zmielonych ziółek do buzi i dolewa ciepłej wody na tyle, by zrobić mieszankę w buzi....bul, bul, bul i dopiero łyka się i popija jeszcze raz wodą. I tak po 2x 1 łyżeczce.

Oczywiście te zakazane ziółka to były w leczeniu sednem sprawy, bo przecież pozbywamy się grzybów i pasożytów-komuchów w brzuchu.
Ziółkowa kuracja - rewelacja.
Bez parzenia, marudzenia a organizm i tak wyciągnie sobie, co mu potrzeba. Grzyby tego nie cierpią, więc się wycofują pomalu.

Właśnie złamał mi się nożyk w Boschu i nikak w Polsce nie dostaniesz.
Kiedyś mięliśmy pełno zakładów naprawczych i wszystko szło naprawić i zdobyć części.
Pamiętam, że jak się zgłosiło maszynę Łucznik do naprawy, to i sympatyczny pan z serwisu rozwożący części potrafił z samego Radomia mnie odwiedzić… :mrgreen:
Oj były czasy sympatii ludzi, usłużności, pomocy, załatwiania co potrzeba… i gdzie to się wszystko podziało?
A teraz jeden serwis Boscha na całą Polskę bodajże we Wrocławiu i 1 nieodbierający telefon. Zgroza. A ja nie mam młynka. Bo Polska taka mądra i bogata, że na co jej własne młynki i części zamienne, jak mamy w sklepach nowego gotowego plastikowego Boscha.
Tak, część utrzymująca nożyk co się ukrychnęła jest przecież z plastyku, żeby zbyt długo nie wytrzymała.

My tu gadu, gadu, a co z moim cukrzykiem?
Ano jeździł sobie na rowerku i straszył konie na wygonie, słuchał żony przerażony i z dnia na dzień piękniał i był coraz słodszy. Cukier się normował i tak średnio 2 jednostki na tydzień szło w dół.
Ups i przyszedł sierpień, gdy mąż brał już…UWAGA!!!!!!!!
2 JEDNOSTKI RANO I dla świętego spokoju 2 NA WIECZÓR!
Oczywiście nie powiedziałam jeszcze kilku najistotniejszych dodatków do leczenia, ale ja tam nie jestem przesądna, że nie wolno się wracać.
Tak więc dokończę pokrótce, że biorąc po 2 jednostki, to było i tak już w sierpniu za dużo.
Bo jak spadł niekiedy cukier do 50 to strach był większy niż by było 400.

Ale mąż bał się jak zwykle odstawić całkiem insulinę, a do wizyty i pani diabetolog jeszcze było ze 3 tygodnie, bo sobie rozciągnęła, ze wystarczy spotykać się teraz już tylko co 1,5 m-ca.
A na wizycie spisała kilka wartości cukrów z książeczki cukrzyka, (a wpisywałam tam nawet, ze te 200 to było po serniczku) i śmiała się doktórka, ale i pochwaliła, że potrzebne takie informacje.

Uprosiłam więc na jakiejś kolejnej wizycie, by nas przyjęła poza kolejką i przyjęła. Mąż strasznie nie lubił się kłuć Penem, a w ogóle to on od medycznych zawiłości woli się trzymać z daleka.
Pani doktór więc jak najbardziej zdziwiona, że tak się wycofuje cukrzyca, zaleciła oczywiście tabletki opóźniające wchłanianie się cukru w jelitach.
Takie tyci, tyci i jeszcze kazała je podzielić na 3 i brać najpierw przez tydzień po 1/3, potem 2/3 i zwiększać do 3 bodajże dziennie.
Zapewniła, że nie wystarczy po jakimś czasie te 3 szt. I potem przepisze insze.

No więc już insulina odstawiona Uffff. Po 5 miesiącach cudowania, masowania, okładania i wysłuchiwania sławetnego jedynego argumentu „ skąd wiesz”, bierze mężulek 1/3 tabletki.
Cukry w dół. Na drugi dzień znowu 1/3. Cukier w dół. No Matuś jedyna, cóż to za dziwadło,
że tyci, tyci a zatrzymują całą dawkę cukru i ciort wie co z tym robi.
Mówię więc odstawiaj te tabletki!
Mąż się boi i bierze. Po 5 dniach, kiedy raz ugięły się pod nim nogi, powiedziałam, że jeśli tylko cukier będzie się podnosił, to zawsze może wziąć sobie te 1/3 tabletki.
Palce miał już skłute i sztywne od ukłuć przy badaniu cukru, że nie było gdzie wbijać. Mierzył cukier kilka razy dziennie.
No i posłuchał w końcu żoneczki i już nie brał od tego czasu ani grama tableteczki. Do dziś!
Cukier mierzy co najmniej 2 razy dziennie tak kontrolnie, a jest już 2011 rok, czyli zaraz będzie 5 lat od rozpoznania choroby.


Ale to nie wszystko jeszcze na ten temat, bo jeszcze jest jeden panegielek, który wiąże się w tym okresie z nami wszystkimi i to on głownie przyczynił się jak mniemam do pomocy w dużej mierze w pozbywaniu się choróbsk nazbieranych przez lata w naszej rodzinie.

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 31 sty 2011, 01:40 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3200
A to mój zestaw ziół

Obrazek

Wystarczyło na kilka miesięcy dla 3 osób, a i synkowi mama dała...i Babci trochę, a wszystko kosztowało ok 150 zł. Ale cóż to jest jak trzeba by było wciąż kupować całe zestawy wyposażenia dla cukrzyków.. :evil:

Obrazek

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 31 sty 2011, 23:10 
Offline
Redaktor

Dołączył(a): 05 sie 2010, 17:08
Posty: 604
Wygląda imponująco, ale nie piszesz jakie to zioła. Domyślam się,że do walki z cukrzycą. Jesli jest tak skuteczna ta metoda mogłabyś upublicznić ją w czsopismach Poradnik Uzdrawiacza, Uzdrawiacz, Sekrety Babci, Leczenie Tradycją). Wspomniałas o książce: kiedy ją napiszesz i wydasz? Dobra myśl.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 01 lut 2011, 03:09 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3200
Alka napisał(a):
Wygląda imponująco, ale nie piszesz jakie to zioła. Domyślam się, że do walki z cukrzycą.

Nie istnieje nic takiego jak sama walka z cukrzycą?
Bo cóż to jest cukrzyca?
Przecież organizm jest zbiorem naczyń połączonych. Ta sama krew płynie przez głowę, co potem leci przez nerki, zajeżdża do wątroby i dostaje porcję do pozbycia się śmieci. Ale gdy okazuje się, ze wszystkie wysypiska przepełnione, wówczas zaczyna się poszukiwanie i wywalanie ich tam, gdzie ich nie powinno być. Wówczas cieszą się mikroby i rajcują. Zakładają kolonie w różnych segmentach ciała, a szczególnie tam, gdzie coś się kiedyś popsuło.
Jak weźmiemy do ręki owoc, to od razu widać w którym miejscu był uderzony, naciśnięty, bo psuje się i ciemnieje.
Tak jest w przypadku uszkodzeń wywołanych przez przywrę Eurytrema pancreaticum, która powszechnie występuje u bydła niszcząc komórki trzustki tzw. wysp Langerhansa.
To paskudztwo znajduje się w każdej badanej trzustce u chorych cukrzyków.

Więc moje leczenie było też głównie w tym kierunku.
A żeby o tym wiedzieć, trzeba trochę mieć wiedzy, a żeby ją zdobyć, to też trzeba mieć trochę i szczęścia i zamiłowania do poszukiwania.
Wiadomo, że obecnie różne firmy oferują wszystko jak na dłoni, a jakoś chorych nie ubywa.
Ja staram się leczyć najprostszymi, naturalnymi i najprostszymi sposobami.

Ciało nasze to nie jest zbiór poskładanych niezależnych elementów, ale jedność i jednolitość.
Jak osłabi się jeden mięsień, to drugi zwykle robi się silniejszy i aktywniejszy.
Coś kosztem czegoś, albo zamiast czegoś.
Nie mówiąc już o harmonii ciała z psychiką.
Jeśli nastąpiło wewnętrzne złamanie kości, to miejsce zalewane jest natychmiast tkanką uzupełniającą,
ale trzeba wiedzieć też, że po takim urazie miejsce to jest tak jakby nagle otwarte i zagrożone intruzami.
Po uzupełnieniu zdrową tkanką okazuje się, że powraca w tym miejscu jakiś ból. Dlaczego?.
Otóż coś tam zostało uwięzione podczas reakcji organizmu, albo nie oczyszczone odpowiednio po rozkładzie chorych komórek, bądź mikroby znalazły sobie akurat miejsce na założenie kolonii. Namnażając się powodują nie tylko zasiedlanie osłabionego miejsca, ale również działają swoimi jadami i kwasami, wytwarzają substancje rozpuszczające nasze komórki a zarazem wrastają się, co tworzy nam ewidentny ból.

Jeśli nie mamy woreczka żółciowego, to jego rolę przejmują inne organy, a najbardziej wątroba.

Tak więc zioła stosowane mają w zasadzie rolę szwedzkiego stołu, a organizm sam sobie dobiera, co mu brakuje.
Żeby się to jednak udało, najpierw trzeba trochę posprzątać. To tak jak przed świętami.
Ponoć ten zwyczaj jest zachowywany jedynie przez Polaków i ma naprawdę dobre w tym skutki porządkowania właśnie wszelkich zakamarków.
Tak więc właśnie część ziół miała za zadanie przede wszystkim dobrać się do tyłka mikrobom,
aby się ich pozbyć, a wiadomo, że jak się zrobi trochę luzu, to jest gdzie hulać i łatwiej wszędzie dotrzeć.
Tą rolę właśnie miały trujące i gorzkie ziółka takie jak wrotycz, piołun, kwiatuszki podbiału, kocanki, czyli takie goryczkowe, których nie lubimy nie tylko my.

Poza tym goryczka jest zawsze pobudzająca dla układu trawiennego i wspomagająca różne procesy.
Prawdę mówiąc, to siedzimy sobie po obiadku i coś tam np. oglądamy, a nie mamy zielonego pojęcia, jakie mechanizmy uruchamiane są wewnątrz aby pozałatwiać wszystkie sprawy dostarczenia w każdą komórkę tego co jej potrzebne.

Proponowany zestaw ziół był oczywiście dopasowywany przeze mnie do potrzeb danego układu wewnętrznego, ale praktycznie można powiedzieć, że jest uniwersalny w swoim rodzaju.

Czy można odczuwać jego działanie?
Ja już dość szybko odczułam go w dziwny sposób. Mianowicie kiedyś brałam jakieś tam komponenty wzmacniające, bo pracując psychicznie na cały gwizdek wszystko zaczęło siadać, gdy dołączyły się po cichutku właśnie różne obciążenia w organizmie. Krótko mówiąc z dnia na dzień wszystko jakby zaczęło się sypać i objawiać różnymi bólami i słabościami.
Po dwóch dniach zażywania ziół zauważyłam, że nagle dokładniej pamiętam swoje sny.
Jest to dla mnie bardzo ważne, bo zwracam uwagę na to co mi się śni i niekiedy korzystam z podpowiedzi zawartych w snach.

Właśnie wcześniej spałam jak kamień, ciężko jakby tracąc możliwość szybkiego przebudzenia.
A początkowa kuracja ziołowa przywróciła mi pierwsze co to właśnie pamięć snów.
Reszty działań niestety nie widać gołym okiem, ale wiadomo, że po jakimś czasie można już zaobserwować zmiany.
Fajnie to się obserwuje, bo kiedy coś zaczyna boleć, to od razu widać i czuć.
Ale kiedy przestaje i coraz mniej dokucza, to jakoś tak nie zauważamy, a niekiedy musimy nawet sprawdzić, czy rzeczywiście.
Tak więc jak już mówiłam, jeśli robimy jakieś kuracje, to należy robić je całej rodzinie.
To tak samo, jak sprzątanie w każdym pokoju. Gdy w jednym zostanie brud, to rozniesie się znowu po całej chałupie.

Alka napisał(a):
Jeśli jest tak skuteczna ta metoda mogłabyś
Wszystkie metody mogą być skuteczne. Jedynie jest warunek, że trzeba je stosować. :lol:
Natomiast problem jest z tym, że odkłada się to na potem, a kiedy już się choróbsko rozpanoszy do bólu, wówczas :o i do lekarza.

Jest jeden niezawodny sposób na uświadomienie, że już jest o parę lat spóźnione działanie dla swojego ciała.
Świadomość najszybciej otwiera jedno zdanie pana doktora:
" Bardzo mi przykro, ale są zmiany nowotworowe i należy teraz zbadać, czy jest to nowotwór złośliwy..."
:o
Potem już tylko czeka się na wyrok i biega po skierowania, aż w końcu legnie na pryczy i RYCZY!

Tak działa niestety nasze rozmydlone społeczeństwo.
Udają wszyscy, że się dokształcają, że coś wiedzą, coś robią i że są tacy mądrzy i tacy niezastąpieni.
A praktycznie w czterech ścianach poduszka w zęby i rozpacz.
I wszystko dlatego, że daliśmy się zdominować i zachłysnęliśmy się byle taniością i łatwą dostępnością wszystkiego, co nam do marketów wrzucono.
Ludzie kupują oczami, zamiast umysłem i powściągliwością przed pokusą. Wszystko mamy tanio i szybko. I byleco
Narosło marketów, które nie dość, że doją nasze podatki, bo ich ani nie odprowadzają, no i wyciągają nasze zarobki. Do tego wywożą nasze dochody nie do naszego skarbu państwa, ale do własnych banków. Sprzedają nam promocyjnie taniochę, którą obciążają polskich producentów, żeby im się więcej sprzedawało i opłacało :shock: . A potem naiwniacy padają, bo nie wytrzymują obciążeń i terminów. W dodatku oferują wszystko na takich zasadach, aby zniszczyć sklepy, co zostały jakimś cudem w środku miasta.
Rozmienili nas na drobne za przyzwoleniem samych Polaków.
No to teraz mamy skutki i chorujemy na cele charytatywne zagranicznych Korporacji farmakologicznych.
Wszystko to wiecie…
No to stosujcie :D

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 02 lut 2011, 23:07 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3200
Jak tam Kev Twoje odgrzybianie?
Na razie miksturka na Citrosept'cie z olejem i cytrynką każdego ranka i przed tzw. obiadem,
(miksturkę podawałam, szykujesz wieczorkiem i rano hops przed śniadankiem, a w międzyczasie szykujesz drugą na przedobiadek)
bo jak dojdę do dalszych lekcji, to mi tu zemdlejesz.

No i okłady nie tylko na łapkę, ale na wątrobę i to bez gadania.
Kto nam będzie Polski bronił? Szable w dłoń i reperować sieci, póki oczka małe!
Ja się też kuruję. Grzybki nie dają za wygrane.
Już była cisza, ale wiadomo, że świąteczne makowce były takie cudowne, żeśmy tzn ja może ogólnie zjadłam jednego, córcia zapewne ze dwa, goście może razem jednego ,
No tak! To mój cukrzyk wrąbał sześć :shock: Ale co dobre były to dobre.
No i potem murowane kropelki na grzybki.
Tym razem wylazły mężowi w nosie.
Coś tam marudził, że go nos boli, już jakiś czas temu, może 2-3 miesiące. Potem się wyciszyło, smarować olejem nie chciał, bo przejdzie.
I przeszło... trochę bliżej i wyżej. No w końcu już go tak bolał nos i zrobił się jak u pijaka czerwony, że aż ja zauważyłam.
A mówiłam Wam już o swoim nosie, ale to była kwestia 4-5 dni i cisza.
Ja zaglądam latarką do tego nochala, a tam nie dość, że pełno strupów, to biało, jak za oknem.

O bracie. Masz swoją osobistą służbę 24 na dobę i żeś dopuścił do takiego stanu? :?: :shock:
No i wiadomo, że trzeba było namoczyć i oczyścić moją Glicotymoliną z wodą utlenioną, potem smarowanko Atomidyną i na końcu Citroseptem. Strupki się oczyściło po 3 dniach na glans, ale nochal czerwony był przez 2 tygodnie. Jeszcze teraz mu każę smarować profilaktycznie wewnątrz i zewnątrz.
Tak to wszystko wyłazi. Teraz z kolei jakieś dziwne zaczerwienienie na małym paluszku. Ki ciort?
Nie mam pojęcia, ale już były nóżki wymoczone w wodzie z solą i smarowane oprócz Citroseptu plasterkami czosnku. Na wierzchu, ani ranka, ani uderzone, boli i już.
Należy dodać, że mąż ma bzika na punkcie nóg, bo boi się tzw. stopy cukrzycowej.
Nóżki myje, smaruje, że w każdej chwili można całować :lol: .
A tu buba :shock: .

Idę zobaczyć, czy coś zbladło.

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 03 lut 2011, 15:28 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 13 lip 2009, 16:38
Posty: 1932
Brak czasu nietety....

_________________
"Ponieważ żyli prawem wilka,historia o nich głucho milczy..."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 03 lut 2011, 18:05 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3200
kev napisał(a):
Brak czasu nietety....

Jak Cię choróbska zaczną ładnie układać na łóżkach szpitalnych, na pryczach, a co najlepiej im idzie na deskach :o
to wówczas będziesz miał dużo, dużo, dużo, czasu a czasu...
ale niestety już będziesz zależny ot tych, którzy będą musieli poświęcać Ci dużo, dużo, dużo, swojego czasu na opiekę.
Tylko skąd oni go wezmą... :shock:
No i to potem wszystko bardzo boli, szczególnie psychicznie... :(

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 66 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /