Polskie-Forum.pl | Polskie Forum Dyskusyjne | Niezależne Forum Dyskusyjne | Niezależne opionie polityczne | aktywność obywatelska | wolna dyskusja | wybory prezydenckie • Zobacz wątek - Moje porady lecznicze

Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 66 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 08 cze 2011, 21:19 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3210
Poszaleję dziś i poruszę jeszcze jeden bardzo często spotykany problem u panów.

Oczywiście panowie nie lubią lekarzy i nie ma siły by ich zaprowadzić chociażby do rodzinnego, dopóki okazuje się nagle, że się nie można wysikać.
Otóż mimo, że z dnia na dzień powstawały sygnały, ale panowie wolą się namęczyć, naciskać, nadymać i łudzić, że jutro będzie lepiej...
aż nagle niestety kranik się zatyka i pojawia się dopiero wielki problem.

Chodzi o zwężenie cewki moczowej

Na czym to polega?
Oczywiście nie będę tu rozprawiać o różnych przyczynach i przypadkach tego schorzenia, a jedynie o patologii związanej z bakteriologią, grzybicą i kolejnym rozwojem pożywki do rozwoju nowotworów.

Ponieważ miałam taki przypadek w rodzinie i to nie jeden, uważam, że sprawa jest dość powszechnie występująca i co smutniejsze coraz częściej.
Nie tak dawno znajoma zaczęła mi opowiadać o takim typowym powikłaniu u męża.

Zaczynając od końca, to powiem, że skutki lekceważenia są niewspółmierne do późniejszych problemów, cierpienia, upokorzenia i szukania ratunku, kiedy wokół służba zdrowia zdezerterowała a znieczulica rośnie zastraszająco.

Zwężenie cewki moczowej spowodowane jest uszkodzeniem lub zniszczeniem tkanek ściany cewki. Proces gojenia powoduje zmniejszenie obwodu cewki moczowej, przez co zmniejsza się jej światło przekroju. Podrażnienie moczem we wczesnym okresie po urazie miejsca uszkodzenia jest dodatkowym czynnikiem nasilającym miejscowy stan zapalny. Może to prowadzić w przyszłości do całkowitego zamknięcia światła cewki.

W przebiegu cewki moczowej w warunkach fizjologicznych występują trzy miejsca zwężone (tzw. cieśnie) oraz trzy odcinki poszerzone.
Miejscami o mniejszym przekroju światła są:
ujście zewnętrzne cewki (o średnicy 5 mm),
ujście wewnętrzne, w którym cewka wychodzi z pęcherza moczowego
oraz odcinek, w którym cewka moczowa przebija przeponę moczowo-płciową.

W prawidłowych warunkach cewka moczowa ma średnicę około 10 mm.
Jeżeli średnica cewki zmniejszy się o połowę, to światło cewki zredukuje się o około 25%.
W praktyce powoduje to widoczne upośledzenie odpływu moczu.

Zwężenie cewki moczowej pojawia się wraz z rozwojem tkanki włóknistej, która zastępuje prawidłową strukturę ciała gąbczastego.
Patogeny zasiedlające środowisko jelitowe, układu moczowego a także jak powyżej wspomniałam wątrobowe itd. przedostają się w drodze eliminacji do układu moczowego.


Pierwszym miejscem zatrzymywania i żerowania patogenów jest szyjka pęcherza moczowego.
Znajdująca się wokół tkanka łączna zawiera gęstą, zbitą warstwę włókien kolagenu głównie typu I. Może to tłumaczyć zmniejszoną podatność tkanki bliznowatej na rozciąganie.

Po prostu te miejsca zwężeń pod wpływem działalności bakterii stają się łykowate, twarde i zgrubiałe, co zaczyna zawężać światło ujścia w pęcherzu moczowym, a co za tym idzie również w zgięciach i naturalnych zwężeniach końcowej części cewki.

W związku z wystąpieniem mało podatnego na rozciąganie fragmentu cewki, u chorego rozwijają się objawy przeszkody podpęcherzowej.
Odcinek cewki znajdujący się powyżej miejsca zwężenia ulega rozszerzeniu na skutek pozostałości w nim moczu, w którym często rozwija się stan zapalny.

A stan zapalny to nic innego jak obce ciało, bądź ciała w organizmie, który próbuje się ich pozbyć.
Następnie bakterie nie dając za wygraną jeszcze bardziej zakwaszają i zanieczyszczają to środowisko, czyniąc sobie kolejną pożywkę i miejsce do bytowania.


Dodatkowa infekcja nasila tworzenie się tkanki włóknistej, która może wnikać w ciało gąbczaste, ponieważ organizm broniąc dostępu patogenów w głąb czyni strukturę tkanki bardziej twardszą.

Tym samym jednak szyjka pęcherza moczowego traci swoją elastyczność, a pęcherz przetrzymuje mocz, ponieważ jego otwarcie powoduje już ból i silne napięcie by wydusić co nieco moczu.
W konsekwencji następuje zastój wydzieliny w miąższu gruczołu krokowego, co powoduje nasilenie miejscowych zmian zapalnych, które mogą prowadzić do powstania nacieku okołocewkowego, ropnia, a w konsekwencji przetoki( mówiąc prościej normalnego wżeru, czyli dziury)

Często proces zapalny wtórnie obejmuje jądro wraz z najądrzem.

Zwężenie cewki moczowej może występować w różnej formie:
od podłużnego zgrubienia śluzówki ściany cewki, aż po całkowite zamknięcie jej światła przez zbitą tkankę włóknistą przenikającą ciało gąbczaste prącia.

I tu pojawia się kolejny problem, ponieważ kiedy już dojdzie do zatkania się cewki, należy pacjenta zacewnikować.

Aż mnie ciarki przechodzą, jak sobie przypomnę problemy, o których nie tylko opowiadał mi taki chory facet, ale w dodatku musiałam wozić go po szpitalach i wysłuchiwać różnych koncepcji.

Teraz będzie trochę horroru panowie,
żeby wam uświadomić czym to się kończy, więc się skupcie, bo lepiej zapobiegać niż potem zęby w tynk. :mrgreen:

W taki zatkany przewód nie da się normalnie włożyć cewnika, czyli takiej gumowej małej rureczki, która przebije się do pęcherza i odprowadzi mocz.
Ponieważ męska cewka jest długa(ma ok 15-20 cm i w dodatku ma wspomniane zwężenia, a na dodatek jest zarośnięta…
więc wepchanie tam gumowej rurki graniczy z cudem, o bólu nie wspomnę. Nie ma szans na znieczulanie przy takim zabiegu.
Więc dopóki udaje się na siłę wepchnąć w prącie jakąś część cewnika, o tyle im dalej tym gorzej. Na szczęście w dzisiejszej dobie techniki czasami można zastosować aparaturę USG i przy pomocy wizji komputerowej dojść do szyjki pęcherza.
Ale tu jest kolejny problem, ponieważ zgrubiała i stwardniała część pęcherza nie dopuszcza gumowej końcówki cewnika.
Kończy się to tak, że jednak przebić się trzeba, a czasami, jak to właśnie opowiadała mi niedawno znajoma o swoim mężu, można się przebić ale poza chorą i zarośniętą cewkę, zamiast do pęcherza. Jeśli jednak po kolejnych manewrach udało się dostać do pęcherza, wówczas cały narząd łącznie z wnętrzem jest tak obolały i podziurawiony, że musi być kolejny czas, antybiotykoterapia i środki przeciwbólowe, by to wszystko jakoś biedny organizm mógł zwalczyć.

Zazwyczaj kolejnym elementem jest sprawdzanie histopatologii i pobranie moczu na posiew, czym te bakterie traktować
.
Ale jaka ulga, kiedy choć trochę moczu odpłynie.

Bo nie zapominajmy, że przecież mocz zbiera się cały czas w pęcherzu i to kilka litrów na dzień, a zatkany odpływ powoduje cofnięcie się moczu do nerek i kolejne powikłania.

Nie mówiąc już o dodatkowym rozroście bakterii i dodatkowej pożywce, jaką stanowi świeża krew po przebiciu cewnikiem.
W takich stanach temperatura skacze od 34,5 st. Celsjusza, czyli poniżej najniższych granic, do 41 st. Celsjusza a nawet wyżej i nie tak łatwo ją utrzymać w mniejszym rozrzucie.

Do tego należy wziąć pod uwagę, że organizm mimo wszystko stara się pozbyć moczu, którego już pęcherz nie przyjmuje i właśnie nasza mądra i kochana wątroba przekazuje go do skóry i wywala już całą powierzchnią gdzie się da.

Ufff, miałam to doświadczenie z ciocią i męża bratem…i...

Jak już się wszystko uspokoi, to bierze się takiego delikwenta i chciał nie chciał obskrobuje wewnątrz tą biedną zgrubiałą szyjkę pęcherza.

Jeśli chodzi o cewkę, to wszystko zależy od stopnia zarośnięcia i miejsca zablokowania się cewki.
Kolejne zabiegi mogą się również odbywać na gruczole krokowym, tzw. Prostacie, o ile w międzyczasie nie nastąpił jej przerost i patologia.
Na samym mechanicznym zreperowaniu narządu niestety się nie kończy, ponieważ o ile patogeny nie zaprosiły do tego środowiska pleśni i nie spowodowały stanu nowotworu, o tyle późniejszy brak walki z bakteriami, grzybicą i wszelkimi pasożytami, spowoduje w szybkim czasie podobne zmiany, jakie wystąpiły na początku choroby.

I wówczas słyszymy od pana doktora, że musi się pan niestety z tym pogodzić, że wszystko będzie powracać, bo to są bakterie i one już będą pana gnębić do końca życia.

Tak było mój Pacjenciku?
Ale to nie prawda, że nie możemy się bronić, zapobiegać i jeszcze póki co, pozbyć się patogenów.

Możemy i powinniśmy nie zwlekając ani dnia dłużej.

Większość z Was moi Panowie tu zaglądający jest w takim właśnie wieku, jak mój Pacjencik, czyli w sile wieku, co zdążył już sobie nazbierać śmieci do gaci.

Pozdrawiam zatem i trzymam za Waszą roztropność kciuki.
To z troski i serdeczności poświęcam Wam swój czas i moje wnioski i doświadczenia.

PODSUMOWUJĄC:

Podobnie jak przy walce z patologią wątroby, należy najpierw oczyścić organizm, a raczej oczyszczać się okresowo...
właśnie poprzez kąpiele w soli
następnie pozbywać się wszelkich bakterii i patogenów za pomocą sprawdzonych przeze mnie kropli MMS, ale można również stosować środki przeciw pasożytnicze, przeciwgrzybicze jak Citrosept, goździki, cynamon w postaci naturalnej itp.

oczywiście wspomaganie zarządzania w organizmie poprzez preparat krzemowy profesora Anatola Rybczyńskiego ANRY, który przywraca w bardzo szybkim tempie całą informatykę w organizmie, odciąga z guzów rakowych i stanów zapalnych cząsteczki krzemu i przywraca je do organizmu

a także wcześniejsze konsultacje i badania urologiczne w przypadku jakichkolwiek problemów z oddawaniem moczu.

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 14 cze 2011, 15:16 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3210
OWADY

Wróciłam ze zbierania lipy z siedmioma ukąszeniami.
Moja córcia śmieje się ze mnie, że jestem wymarzonym rajem dla kleszczy.

Przanalizowałam wszystko i doszłam do wniosku, że kleszcze zanim zaczną się wkręcać na dobre, po drodze robią jeszcze kilka ukąszeń zatruwając miejsce wkoło.

Wstałam dziś z charakterystycznym znanym mi już bólem głowy, jaki pojawia się właśnie po zwiększonych dawkach toksyn w organizmie.
Chociaż ukąszenia były w niedzielę, to do dziś rano zwiększyły swoje działanie.
Na nodze dwa blisko siebie bąble zrobiły się bardziej czerwone i zgrubiały.
Czyli nie są to ukąszenia komara, bo tak najpierw myślałam, ale znowu jakieś mocno toksyczne, które już znam od kleszczy.

Tak więc musiałam się dziś do nich dobrać już z całym impetem.

Mając doświadczenie z lat ubiegłych, do czego mogą doprowadzić takie toksyny i jak długo się w organizmie utrzymują nawet po podawaniu różnych antybiotyków,
znalazłam swój sposób na szybkie pozbywanie się rozprzestrzeniających się toksyn.

Otóż najpierw takie ukąszenia smaruję rozpuszczoną sodą oczyszczoną w niewielkiej ilości wody, czyli dużym stężeniu. Tak, żeby zalkalizować skórę. Potem nakładam plasterek namoczony w oleju rycynowym i zabezpieczam małym kawałkiem folii robiąc mini okład z rycyny.

Następnie jeśli jednak ukąszenie jest groźniejsze, jak to miałam w poprzednim roku, że żywoczerwone ukąszenie utrzymywało się kilkanaście dni,
aby odkryć warstwę skóry, która przecież również wydala toksyny na zewnątrz,
całe miejsce zaczerwienienia przetarłam kilka razy czystym nowym i tylko do tego celu służącym drobnym pumeksem.
Wówczas odsłonięta skóra bardzo szybko wydziela te toksyny na zewnątrz gojąc jednocześnie otarcie.
Oczywiście należy wszystko robić delikatnie i z umiarem.
Następnie miejsce smaruję wodą utlenioną, a jak wszystko lekko przyschnie, wówczas znowu robię okład z oleju rycynowego.
Wówczas wiem, że spora część toksyn została wydalona poza ciało, a nie jest transportowana przez cały organizm, tym bardziej, gdyby pojawiły się tam jakieś krętki Boreliozy czy innych patogenów.

Pamiętam w zeszłym roku miałam na ręce takie dwa blisko siebie ukąszenia, ale nie wiem skąd się wzięły, ponieważ powstały w nocy.
Podejrzewałam nawet pająka, ale w sumie, to do dziś się zastanawiam, jaki owad potrafi tak zatruć ciało i jakaż silna jego toksyna, że organizm nie daje sobie z tym rady, by się pozbyć.

Oczywiście na antybiotyki póki mogę, to się nie piszę, więc wolę swoje doświadczenia, które przynajmniej pozostawią jakieś wnioski.

Tak więc kiedy widziałam, że zaczerwienienie wokół utrzymuje się, mimo, że się nie powiększa po moich okładach, pomyślałam, żeby zetrzeć miejsce pumeksem, a skóra będzie wówczas miała możliwość miejscowego pozbycia się toksyn.
Tak wtedy zrobiłam i dopiero wówczas z dnia na dzień dało się zaobserwować, że znika żywo czerwone świadczące o stanie zapalnym i bezskutecznej walce organizmu.
Miejsce powolutku robi się coraz bledsze, różowo - sine, w mniejszym okręgu.

Powiem, że po ubiegłorocznym nocnym ukąszeniu bardzo długo(kilka miesięcy) pozostał ślad o średnicy ok 2 cm taki właśnie siny. Nawet dziś jeszcze jest widoczne ciemniejsze miejsce.

Takie silne toksyny mają właśnie dzisiejsze owadziory.

Oprócz tego zauważyłam, że samo miejsce ukąszenia działa całkiem inaczej niż rana z innych powodów.
Otóż samo centrum ukąszenia ma takie toksyny, które wżerają się i idą w głąb ciała.
Normalna rana pokrywa się strupkiem i jest ponad powierzchnią ciała.
Ciałożercza toksyna powoduje, że nie ma strupka na zewnątrz, ale wycieka z niej osocze i zasychając wgłębia się się w ciało. Samo miejsce ukłucia ma nawet kwasy znieczulające.

Po okładzie z oleju, kiedy już olej zostanie wchłonięty, smaruję równie świetnie oczyszczającą miejscowo maścią Ichtiolową.
Pumeksowanie powtarzam w zależności od stopnia miejsca zakażenia. Jeśli czerwona obwódka się utrzymuje, traktuję ją pumeksem raz dziennie.
Ostatnio robiłam to po każdym ukłuciu kleszcza, ale w niedzielę dałam się zwieść, że to tylko był komar. A teraz ukąszenie się pogrubiło i toksyny rozeszły się po organizmie. Stąd tępy ból głowy
Lepiej jednak działać od razu.
Najważniejsze, to sprawdzać całe ciało i nie pozwolić na rozszerzenie się zaczerwienienia, tzw. rumienia, który właśnie może zawierać krętki Boreliozy.

No strach iść do lasu, czy nawet na łąkę.

AKTUALIZACJA 19 VI 2011r.

Jednak kleszcz kleszczowi nie równy.
Okazało się, że te moje dwa kleściki, mimo, że były tyci, tyci, ukąsiły mnie i poczęstowały taką toksyną, żeby mi uprzykrzyć leczenie do reszty.
Otóż miejsca, skąd zostały wyjęte bardzo szybko się zaleczyły.
Natomiast podejrzewam, że szukając sobie miejsca, gdzie by się wgryźć, ukłuły mnie w sumie w siedmiu miejscach. I już teraz wiem, że nie były to inne owady, bo nic takiego nie znalazłam oprócz tych 2 kleszczy.
Jednakże zostawiły one w 3 miejscach tyle toksyn, że zrobiły się duże ok 0,7 cm strupki ukąszeniowe. Są one przyrośnięte do ciała i nie ma mowy, by sobie organizm sam z nimi poradził. Podejrzewam nawet, że podobnie jak w przypadku opisywanym przeze mnie bakterii, które wytwarzają silne toksyny np. w pęcherzu moczowym.
Organizm się broni i wytwarza włókna z dużą zawartością kolagenu, ale strupek pozostaje i ani nie można go nawet podhaczyć, jak zwykły strupek.

W takim przypadku niezbędna jest ingerencja chirurga, który musi takie miejsce wyłyżeczkować, czyli wyskrobać i oczyścić z pozostałości toksyn.

Takie to dziś mamy toksyczne kleszcze i owady.
Przecież kiedyś tego nie było. Chodziło się na grzyby po różnych paprociach, jagodzinach, po łąkach i trawach i nic się nie wgryzało tak haniebnie w ciało.

A ciort wie, co nam sypią na głowę w tych samolotowych chmurach. Niby jakieś opryski, a stonkę to kto nam sypnął?

Tak więc piszę ku informacji, że antybiotyk tu i tak nic nie pomoże, tylko trzeba miejsce takiego ukąszenia oczyścić chirurgicznie.

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Ostatnio edytowano 19 cze 2011, 20:54 przez Jacenna, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 19 cze 2011, 19:37 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3210
Dawno, dawno, bo opowieść jest tu viewtopic.php?f=7&t=1579&p=31268&hilit=Micha%C5%82kiem#p31268

pisałam o nóżce Michałka, w której siedziała drzazga i chirurdzy z Suwałk jakoś nie mogli właściwie rozpoznać jej nawet na 3 RTG zdjęciach.
Znalazłam właśnie dopiero fotki z tych wakacji, bo były bez opisu.

Tu smutny Michałek nad jeziorkiem

Obrazek


Na końcu tego "ziarniaka" leczonego przez miesiąc w Suwalskim szpitalu jedynie antybiotykami...
jest mały otworek, przez który, a po naszym spacerku w jeziorze Szerment jak się nie mylę...

Obrazek

wylazła wypchnięta przez kuzynkę ta wielka drzazga. Kuzynka lekko pociskała nóżkę w kierunku tej guli i drzazga wylazła.

Obrazek


No strach pomyśleć, co by było gdyby organizm oszukiwany ciągle antybiotykami uśpił swoje przeciwciała i pozwolił drzazdze zgnić zapewne razem z ciałem i kosteczkami.
Bo zauważcie, że nawet nie ma śladu zaczerwienienia w miejscu gdzie siedziało kawał drzewska.
Jedynie organizm wywalał wszelkie resztki obrony wraz ze zużytymi komórkami i odkładał na zewnątrz w postaci takiej narośli, której lekarz nie pozwolił ani ruszać, ani moczyć broń Boże w wodzie. Nie chciał go nawet usunąć, co wydawało się wówczas oczywiste.

Jedynie zalecił przemywać rivanolem i jakąś maścią bodajże Neomycyną.
Na zdjęciach RTG drzazga jest niewidoczna, bo 3 zdjęcia wykonano w pobliżu pięty... :evil:

Ach, zapomniałam powiedzieć najważniejsze.

Otóż po pięciu dniach zadzwoniłam do kuzynki jak tam Michaś i co z tym "ziarniakiem"?
A ona zadowolona odpowiada, że ziarniak odpadł na trzeci dzien i zrobiła sie tylko mała blizna.
A teraz już nie ma prawie śladu.
:lol: :lol:
Nie mogłam uwierzyć, że tak szybko się wygoiło.

A mówiłam, że jeziora na Podlasiu leczą nogi... ;)

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 08 lip 2011, 00:37 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3210
Czas na zbiór naowocni, czyli zielonych orzechów włoskich na wspaniałe nalewki Orzechówki a także zbiór liścia, młodych gałązek wspomagających leczenie szczególnie grzybic, pasożytów i uciążliwych wybroczyn oraz przekrwień.
Część info zamieściłam tutaj
viewtopic.php?f=7&t=1690&p=37573#p37573

20. Wino orzechowe: do butelki czerwonego wina dodajemy 50 g posiekanych liści orzecha.
Odstawiamy na 10 dni w ciemne, chłodne miejsce. Po tym czasie dodajemy do płynu 50 g cukru i czekamy kolejne 3 dni. Wino pijemy 3 razy dziennie po kieliszku w
histoplazmozie.

Histoplazmoza jest chorobą wywoływaną przez grzyb Histoplasma capsulatum.

Jej objawy mogą być bardzo różnorodne, ale choroba dotyczy najczęściej płuc.
Czasami inne narządy mogą być zajęte i ta postać nosi nazwę histoplazmozy rozsianej i może być śmiertelna, jeśli nie leczy się jej właściwie.

Leki przeciwgrzybicze stosuje się do leczenia przypadków histoplazmozy o ostrym przebiegu, a także wszystkich przypadków postaci przewlekłej i rozsianej.

Często lekceważone upierdliwe zmiany skórne prowadzą do rogowacenia naskórka, twardnienia skóry, bądź powtarzającego się ropnia z rozległym strupem o białawym nalocie.
Może być on umiejscowiony w nosie, uchu, a nawet

Histoplazmoza na wardze
Obrazek
fot. z internetu - wikipedia
Źródło :http://pl.wikipedia.org/wiki/Histoplazmoza


Samo wszystko łatwo wchodzi, ale wyjść już tak łatwo nie chce.
Nie lekceważmy takich małych i upierdliwych strupów i zmian, bo prowadzą one do zagłębiania się grzybicy i kolejnych zmian patologicznych innych osłabionych miejsc.

Trzeba też pamiętać, że nie należy drapać ani odrywać "na sucho" żadnych strupów, ponieważ odsłania się wówczas gołą tkankę, w której bardzo szybko zalęgają się grzyby i pasożyty.

Z moich obserwacji i wniosków wynika, że mój mąż stał się taką NIEŚWIADOMĄ OFIARĄ GRZYBIC.

Ja również nie byłam tego świadoma, bo lekarze stwierdzają tylko, że to egzema i nic co by się poza tym konkretnego dało zrozumieć.

Łuszczyca, czyli egzema na dłoniach...ciele, we włosach...

Najczęściej skutek używania środków chemicznych, przy lekceważeniu rękawiczek gumowych.
Niewidzialnie uszkodzony naskórek staje się łatwym żerem bakterii, które trawią nabłonek skóry i zagnieżdżają się tworząc łuski skóry.
Człowiek z przyzwyczajenia odrywa łuski odsłaniając nową tkankę dla bakterii, grzybów itp.

Potem grzyby przetwarzają związki skóry, która broniąc się wytwarza zwiększone ilości kolagenu, z którego chętnie korzystają patogeny i przerabiają go na swój dach nad głową.
Koło się zamyka...
wiem, bo się umęczyłam z takim paskudą, który mnie nie słuchał...

Jak się po latach udało opanować dłonie, zaczęły się robić narośla plackowatego grubego naskórka na kolanach.
Nie drab i nie skub!

ale siła wyższa kusi i skubie.

Pewnego dnia zrobił się duży czyrak na kolanie i cały czerwony wokół niego stan zapalny.

I znowu cuda na kiju, żeby to zminimalizować bez antybiotyków i cięcia chirurga.
A rzepka blisko, pełno mazidełek, które nie trudno zakazić i zablokować kolana.

Co stosowałam...?
Od razu ciepłe okłady a sody, potem z oleju rycynowego, a jakże :mrgreen: .
Następnie okłady z Maści Ichtiolowej, okłady z kropli MMS, okłady z Balsamu soli z Morza Martwego, ciągle coś tak samo jak na dłoniach i wszelkich grzybicach.

Jeśli chodzi o łuszczycę na dłoniach,
to najważniejsze jest utrzymanie wilgotności naskórka, aby patogeny nie tworzyły twardzieli skórnych i łusek.
Stosowaliśmy wszystko, co się napatoczyło a zmiękczało dłużej dłonie.
Były kremy nawilżające, szczególnie świetnie działa mleczko i balsam kokosowy
W momencie leczenia zakładałam okłady-opatrunki nasączone sodą.
Po rozmiękczeniu naskórka nakładałam Maść z morza Martwego w formie balsamu.
Balsam ten zawiera mnóstwo soli, jonów i kationów przeróżnych mikroelementów niezbędnych w chorym naskórku.
Po nocnym okładzie smarowałam zmiażdżonym ząbkiem czosnku.
Mąż wcierał różne Babcine maści np. z Żyworódki, Linomag, maść z wit. A, z nagietka

W międzyczasie oczywiście zaczęliśmy już oczyszczanie z patogenów i grzybic kroplami MMS, więc smarował też dłonie...
i tak nie dając egzemie żyć, ukręciliśmy jej łeb, bez używania antybiotyków, ani "cudownych" maści z apteki.

Osławiany Nizoral oczywiście teoretycznie służący do stanów łuszczycowych głowy, jako szampon, daje ulgę jedynie iluzoryczną, ponieważ po umyciu głowy ona zawsze mniej swędzi, co daje wrażenie, że szampon działa przeciwłuszczycowo i przeciwłupieżowo, ale w rezultacie patogeny przenoszą się w głąb naskórka i urzędują w torebkach włosa wgryzając się coraz bardziej.
Czyli stwierdziłam z autopsji i z wywiadów z różnymi osobami, że
Nizoral pogłębia patologię łuszczycy skóry głowy.

Zastosowanie np. soli z Morza Martwego dało mi efekty o wiele szybsze i konkretniejsze, w dodatku likwidując faktycznie źródło patogenów.
Już po kilku razach strupki na głowie zniknęły na dobre.

Nasypywałam na dłoń płaską łyżeczkę soli z Morza Martwego, na to szampon Bambino i rozprowadzałam na włosach zaczynając od miejsc najbardziej zarażonych.

Mój wujek, któremu łuszczyca siadła już na twarz, po dwóch zabiegach prawie nosił mnie na rękach, że się tak pozbył męczącej łuszczycy i łupieżu.
Stosował sól z MM przy każdym myciu, chociaż już nie było takiej potrzeby, ale mówił, że woli zapobiegawczo nasączać się tymi mikroelementami.

I bardzo słusznie, natomiast kąpiel w takiej soli, do której można dodać sól Bocheńską i inne, najszybciej doładowuje przez skórę potrzebne pierwiastki.

Stąd i ręce męża ładnie się wypełniały naskórkiem.
Ale muszę powiedzieć, że jest to uciążliwa walka, ponieważ powinna być prowadzona wielokierunkowo.
Czyli wewnętrznie i zewnętrznie.
A tu praca, wyjazdy, full roboty wszędzie, walka z cukrzycą i jeszcze okłady na ręce itd itp.

Ale jakoś daliśmy radę.

No to niedawno w zimie się zrobił grzyb w nosie :o
i teraz dopiero doszłam do wniosku, że prawdopodobnie był to grzyb Histoplazmoza.
Nie miałam o nim pojęcia i nie wiedziałam, że to taka stara i upierdliwa zmora, bo mąż nic nie mówił.
Myślał, że samo przejdzie....
może myślał, że na mnie... :lol: ciemną nocką przelezie i on będzie miał z głowy...a raczej z nosa...

Nie, nie, ponoć ten grzyb jest pochodzenia z ziemi...

H. capsulatum rośnie w glebie i materiale skażonym odchodami ptaków i nietoperzy. Zarodniki ulegają uwolnieniu do powietrza, gdy skażona gleba zostanie poruszana. Wdychanie zarodników powoduje infekcję. Choroba nie przenosi się z zakażonej osoby na inne.

Występowanie

H. capsulatum występuje na całym świecie, szczególnie w odpadkach po ptactwie domowym, w jaskiniach, wszelkich miejscach zamieszkanych przez nietoperze, gniazdach ptaków (szczególnie szpaków). Zwiększone ryzyko poważnego przebiegu choroby częściej występuje u noworodków, dzieci oraz osób starszych z przewlekłymi chorobami płuc. Rozsiana postać często występuje u chorych na AIDS i nowotwory.

Histoplazmoza jest chorobą wywoływaną przez grzyb Histoplasma capsulatum. Jej objawy mogą być bardzo różnorodne, ale choroba dotyczy najczęściej płuc. Czasami inne narządy mogą być zajęte i ta postać nosi nazwę histoplazmozy rozsianej i może być śmiertelna, jeśli nie leczy się jej właściwie.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Histoplazmoza


W każdym razie wzięłam się za nos ostro, bo i ostro w nim się grzyb rozsadził.
Oczywiście były różne środki jak soda, krople MMS, Atomidyna czyli czynny jod, smarowanie maścią Ichtiolową, cynkową, ... ale czosnkiem posmarować sobie nie dał :lol: .

Za to maści od Babuni a jakże rozmiękczały strupki bo co gorsza grzyb siedział w środku ale z brzegu nosa, aż czerwony był na zewnątrz i po tym widziałam, że nie odpuszcza.
Siedział od zimy, jak się teraz dowiaduję,
więc kiedy postraszyłam, że mu nos odpadnie i pokazałam zdjęcie faceta z wargą, to od razu znowu zaczął smarować.

A tak, to zawsze "dobra jest, już tak nie boli"... :evil:
A co najważniejsze, zagoiły się w końcu strupy wewnątrz nosa.

Potem zaparzyłam liście orzeszka włoskiego z wrotyczem, krwawnikiem, berberysem, liściem żywokostu, więc grzecznie pił i smarował, co podsuwałam.
Na końcu chyba go dobił maścią, którą mi lekarz przepisał na moje ukąszenia po kleszczach...Bactroban. Ale posmarował tylko kilka razy.
I tak zakończyła się grzybica, którą teraz ma całkowicie w nosie :lol: .

Tylko moje ukąszenia po kleszczach i mrówkach... :cry: :cry: :cry:
ciężka sprawa...
Trzy duże ogniska już się ładnie choć powoli goją, ale jeden na piszczeli nie wie co ze sobą zrobić. :roll:
Kleszczowiska musiałam wyłyżeczkować i potem skrobać martwicę.

No i przestrzegam przed ukąszeniem mrówek, ponieważ ich kwas mrówkowy jak widzę jest o wiele trudniejszy do pozbycia się i powoduje dalsze wżery w ranie. :cry:
Niby zrobi się tylko strupek, ale buduje się wklęsły i wchodzi w głąb.

Jak tylko stwardnieje, od razu wkoło robi się czerwono. Musi więc być non stop wilgotno.
Nakładam rozcięty listek aloesu, albo maść jakowąś nawilżającą.
Dodam, że po maści Bactroban od lekarza, niestety całe nogi zrobiły mi się czerwone i musiałam robić okład z oleju rycynowego na całe podudzia. Na szczęście pomogło.
Tych ukąszeń naliczyłam wtedy 35 na jednej nodze, a 40 na drugiej :twisted: .

Takie zmutowane i wściekłe dziś te owady.

Aktualizacja 15 sierpnia 2011r.

Ponad półtora miesiąca męczyłam się z otwartą raną po ukąszeniach.
Bardzo trudno było mi ściągnąć stan zapalny wokół ran. Już myślałam ponownie iść do chirurga,
ale przypomniałam sobie jak kiedyś będąc u Babci na wsi zrobił mi się ogromny wrzód na plecach i Babcia przykładała mi BABKĘ ZWYCZAJNĄ.
Babka to babka, wrzód się szybko wybudował i szybko go Babcia załatwiła.

Tak więc opowiadałam córci jak to drzewniej bywało, a ona załatwiła mi kilka listków babki i kazała przykładać :o .
Spróbować można, tym bardziej, że na prawdę źle to wyglądało...
może kiedyś wrzucę okropeczną fotkę...

I jakież było wielkie moje poranne zdziwienie, kiedy odkrywałam listeczki, a tam pięknie lekko tylko zaróżowiona rana, a strupek miękutki, że aż miło go było zmywać...
No i tak już przez dwa tygodnie smarowanie, oczyszczanie, listkowanie...
aż się wreszcie rany pozamykały.
Bardzo jestem ciekawa, jak poradziłyby sobie osoby liczące niestety tylko na "ruletkę" medyczną. :|

Teraz zostały mi czerwono-sine placki jak pięć groszy, albo jeden grosz i szukam sposobu ich zlikwidowania.
Gdzieś przeczytałam, że olejek różany ma właściwości odbarwiania takich śladów.
No to będzie dobra okazja, by się przekonać ;) .
Mama już mi taki olejek właśnie nastawiła... :D .
Nie mogę się doczekać, kiedy przyjedzie...

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 04 maja 2015, 23:24 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3210
Nocne kasłanie!
Wiem, bo sama stosowałam Mamie i działa natychmiastowo i trwale.
Przed snem wypić szklaneczkę ciepłej wody zmieszanej z łyżeczką sody oczyszczonej.
Można trochę zostawić i po nocnej mikcji wypić kilka łyków. Kaszel jak ręką odjął.
Zazwyczaj podrażniają gardło i jamę ustną bakterie, grzyby i różne patogeny aktywujące się, gdy człowiek jest rozluźniony i śpi.
Soda nie tylko oczyszcza, ale też alkalizuje środowisko, które potem nie pasuje patogenom do rozwoju i egzystencji.

Jeśli chodzi o wysuszone kanały nosowe, to najskuteczniejszym okazała się własna maść z propolisem, lub kupiona gdziekolwiek. Należy smarować wnętrze nosa dość głęboko i wówczas śluzówka łącząc się z tłuszczem odbudowuje się i nie wysycha tak szybko. Propolis ma dodatkowo właściwości przeciw bakteryjne itp. więc wszelkie suchości śluzówek nawilża. Stosować często wg potrzeb.

Podobnie z kroczem, kiedy grzybice itp. nie dają spokoju, należy przemywać sodą, potem smarować jogurtem, oczywiście naturalnym i potem tą samą maścią propolisową.

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje porady lecznicze
PostNapisane: 20 maja 2015, 14:04 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3210
Kolejne zmagania z pasożytami :lol:
ale jak na razie - u jeżów.
Spotkałam jeża późną jesienią i pomyślałam, że już powinien spać.
Wzięłam go do domu przyjrzeć się, jak wygląda.
Łaziło po nim tyle pcheł, że włożyłam go od razu do wanny i zaczęłam myśleć, czym go oczyścić.
Pod ręką miałam tylko Baygon na jakieś łażące owady.
Spryskałam jeża i po chwili zlałam ciepłą wodą. Leciał brud nad brudami i mak pcheł.
Reakcja była tak szybka, że nie zdążyłam się im przyjrzeć jak zdychają.
Ale wśród kolców było kilka sinych bombek.
Osuszyłam jeża w ręczniczku i jak się zagrzał wzięłam się za bomby-kleszcze.
Pęsetą wyszły bez problemów.
Jakie było moje zdziwienie, ze się nie ruszają. Łeb miały przecież w ciele.

Wyjęłam aż 4 - 7 mm bestie.

Potem jeża umieściłam w pudełeczku wyścielonym siankiem i pierwszy raz w życiu spał jak zabity :) .

Wiosną znów natknęłam się na jeża. Postąpiłam podobnie ale wyjęłam 5 kleszczy. Jeden z nich był jakby pod brzuszkiem, więc po wyjęciu ruszał łapkami. Odstawiłam go na bok i obserwowałam wyjmując w między czasie kolejne - MARTWE !

Jednak Baygon dotarł i do tego pod brzuszkiem, bo po chwili przestał się ruszać.

Wyciągnęłam z tego doświadczenia wniosek, że Baygon zadziałał rewelacyjnie na łażące owady a zwłaszcza kleszcze.

W ub. roku też wpadłam na taki pomysł, żeby zabezpieczać się konkretnym środkiem przed wypadem na grzyby i spryskiwałam sobie nogi przed wejściem i po wyjściu z lasu.
Środek nie taki drogi i konkretnie skuteczniejszy, niż wszelkie odstraszacze za ciężkie pieniądze, w dodatku nieskuteczne.

No i przyszedł czas kolejnego doświadczenia.
Ni stąd ni zowąd zauważyłam ręką nisko na nodze z tyłu pod łydką strupek. Zdziwiona, skąd się tam znalazł zaczęłam go przemywać i obserwować, sądząc, że to z zadrapania.
Ale ponieważ zaczęły się wypady na ogródek, pomyślałam, że znowu coś złapałam, ponieważ minęło kilka tygodni, a strupek był raczej wklęsły, miejsce mocno zaczerwienione i bolesne.

Poparta kolejnym doświadczeniem z jeżem zdecydowałam się na ostrą walkę ze znaną mi z ciężkiego przebiegu leczenia ranką.
Najpierw przyłożyłam na cały dzień namoczony kawałek węgla aktywnego w tabletce, niech wyciągnie toksyny. Na drugi dzień psiknęłam na wacik Baygonem i przyłożyłam do ranki lekko pocierając. Niech bestie zdychają, czy to mini kleszcze, czy borelki i inne dziadostwa. Trochę popiekło i po chwili na wacik nalałam olejku rycynowego i przyłożyłam okład oklejając go folią.
Na drugi dzień przemyłam sodą i założyłam nowy okład z olejku rycynowego.
Zaczerwienienie zniknęło, strupek się dużo zmniejszył, a dziś odpadł i patrzę, że zrobiła się dziurka, co świadczy jednak o obecności toksyn używanych przez pasożyty do rozmiękczania tkanek celem przedostania się dalej.

Czyli inwazja biologiczna - na całego :!:

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 66 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /