Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 7 ] 
Autor Wiadomość
 Tytuł: Nowotwory i chemioterapia
PostNapisane: 18 lis 2017, 09:10 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7359
Lokalizacja: Podlasie
65% nowych leków na raka nie działa

Obrazek

Strona, która opublikowała poniższy artykuł, preferuje chemioterapie, radioterapie jako główne metody leczenia nowotworów.

Z naszej wiedzy wynika, że chemioterapia w ciągu 5 lat przeżywalności pacjentów, ma tylko 3-5% skuteczności, czyli jest nieskuteczna.

Powinna być zakazana.

Naukowcy powinni zwrócić się w stronę badań nad wieloma naturalnymi specyfikami, które potwierdzają dużo wyższą skuteczność wyleczenia nowotworów.

W poniższym artykule onkolodzy, którzy murem stoją za chemioterapią, krytykują najnowsze leki przeciw nowotworom.

Podejrzewam, że oficjalna krytyka polega na coraz większej bezsilności onkologów. Skoro w mediach popierają chemioterapie, to oczekują od firm farmaceutycznych skuteczniejszych leków.

Nie dość, że leki są horrendalnie drogie, to jeszcze nieskuteczne.

W USA, jeżeli masz bardzo dobre ubezpieczenie, to po serii zastrzyków z truciznami (koszt jednego zastrzyku ok. 9 tys. dolarów, w jednej serii może być przypisanych nawet 30 zastrzyków), pacjent dostaje kolejny lek za 400 tys dolarów. Całość leczenia to koszt 1,5-2 mln dolarów.

W Polsce za te leki płaci państwo, czyli my podatnicy…

Nie dość, że 65% nowych leków na nowotwory nie działa, to wprowadzają do organizmu liczne toksyny, które z kolei niszczą zdrowe komórki i organy.

———————————————

Nowoczesne leki miały totalnie zrewolucjonizować leczenia raka. Były największą nadzieją medycyny ostatnich lat.

Prestiżowy magazyn „British Medical Journal” donosi, że ponad połowa nowych terapii antynowotworowych nie ma testów, które potwierdziłyby ich skuteczność.

Medonet.pl poprosił o komentarz onkologów: prof. Macieja Krzakowskiego, Konsultanta Krajowego w dziedzinie Onkologii Klinicznej, prof. Jacka Jassema, kierownika Katedry i Kliniki Onkologii i Radioterapii GUMed, prof. Piotra Wysockiego, prezesa Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej. A także Wojciecha Wiśniewskiego, rzecznika prasowego Fundacji Alivia.

Eksperci potwierdzają, że coraz częściej leki wprowadzane są na rynek po badaniach sponsorowanych przez koncerny farmaceutyczne, bez badań niezależnych instytutów.

Każdy nowy lek, zanim zostanie dopuszczony do obrotu na terenie Unii Europejskiej, musi zostać zatwierdzony przez Europejską Agencję Leków.

Najnowsze badania opublikowane w prestiżowym British Medical Journal wykazały, że w latach 2009–2013 w przypadku zatwierdzonych przez EMA leków na raka, 57 proc. (39/68) nie miało dowodów potwierdzających dłuższe przeżycie lub lepszą jakość życia pacjentów.

Zdaniem autorów badania, nadal nie ma pewności czy nowe terapie zwiększają przeżywalność albo poprawiają jakość życia chorych na nowotwory.

Po publikacji wyników, naukowcy zaapelowali do Europejskiej Agencji Leków o zmianę kryteriów i większą ostrożność przy zatwierdzaniu i dopuszczaniu preparatu do obrotu.

Dr Courtney Davis, socjolog medyczny i polityczny w King’s, dr Courtney Davis, dodała:

„Oceniliśmy bazę dowodową dla wszystkich nowych leków wchodzących na rynek w ciągu pięciu lat i stwierdziliśmy, że większość wchodzi na rynek bez wyraźnych dowodów na to, że poprawiły one przeżywalność lub jakość życia pacjentów”.

Rzecznik EMA poproszona o komentarz odpowiedziała tylko, że agencja nie ma czasu na analizowanie badań i nie może się do nich odnieść.

Prof. Maciej Krzakowski, Konsultant Krajowy w dziedzinie Onkologii Klinicznej:

„W 2017 roku opublikowany w renomowanym czasopiśmie naukowym (Vivot i wsp. Annals of Oncology 2017;
28: 1111–1116) został inny artykuł z podobnymi obserwacjami i wnioskami – autorzy ocenili 51 leków przeciwnowotworowych wprowadzonych w latach 2000–2015 i wykorzystując podobną metodykę (algorytm oceny według Europejskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej) stwierdzili, że jedynie 35% ma rzeczywiście znaczącą wartość (pozostałe 65% – wartość wątpliwa lub znikoma).

Nowe leki są rejestrowane na podstawie wyników badań klinicznych, które są w przytłaczającej większości sponsorowane przez producentów”.

Prof. Jacek Jassem, onkolog, kierownik Katedry i Kliniki Onkologii i Radioterapii GUMed:

„W trwającej od dawna debacie na temat kryteriów rejestracji nowych leków ścierają się dwa stanowiska.

Pierwsze mówi, że rejestrować należy wyłącznie leki, które w badaniach klinicznych wykazały znamienne wydłużenie życia lub poprawę jego jakości.

Argumentem jest to, że nowoczesne leki miały totalnie zrewolucjonizować leczenia raka. Były największą nadzieją medycyny ostatnich lat”.

fragmenty z: medonet.pl

Marta Brzoza

https://martabrzoza.pl/nowotwory/65-pro ... ie-dziala/

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nowotwory i chemioterapia
PostNapisane: 19 lis 2017, 08:34 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7359
Lokalizacja: Podlasie
Chemioterapia szybciej zabija pacjentów!

Obrazek

Prawda jest taka, że przemysł medyczny w szczególności branża rakowa, oparty jest na wyzyskiwaniu ludzi. Lekarze, firmy farmaceutyczne, szpitale i inne jednostki dostają niesamowite profity za każdym razem, gdy ciężko chora na raka osoba poddaje się konwencjonalnym modelom leczenia.

Chemioterapie jest nieskuteczna

Zazwyczaj polegają one na wstrzyknięciu trucizny – chemioterapii, narażanie organizmu na działanie promieniowania jonizującego, odcięcie części ciała albo jakąś barbarzyńską kombinację wszystkich trzech metod.

Niestety przykro mi to powiedzieć, ale każdy z tych rzekomych zabiegów, faktycznie nie działa i to w wielu przypadkach. Należy otwarcie powiedzieć: chemioterapia nie jest skuteczna w leczeniu raka.

Dr Hardin B. Jones, były profesor fizyki medycznej i fizjologii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, od ponad 25 lat badał długość życia pacjentów chorych na raka. W końcu doszedł do wniosku, że pomimo powszechnego przekonania, chemioterapia nie działa. Zaobserwował mnóstwo chorych na raka leczonych truciznami, którzy umierali przerażającą śmiercią. Wielu z nich umierało znacznie wcześniej, niż inni pacjenci, którzy nie wybrali żadnego leczenia.

Po głębszym zbadaniu pacjentów, dr Jones stwierdził, że chorzy na raka, którzy przeszli chemioterapię rzeczywiście zmarli szybciej w większości przypadków, niż ci, którzy nie posłuchali zaleceń lekarskich i nie podjęli się różnych form leczenia. Dr. Jones ujawnił fakt, że konwencjonalny przemysł raka nie chce, aby świat wiedział o jej wielomiliardowym oszustwie.

„Ludzie, którzy odmówili leczenia żyli średnio 12 i pół roku. Ci, którzy przyjęli inne rodzaje leczenia żyli średnio tylko 3 lata” – powiedział dr Jones o wynikach swoich badań, które zostały opublikowane w czasopiśmie Transactions of the New York Academy of Sciences.

Chorzy na raka żyją cztery razy dłużej bo…

Chorzy na raka piersi, którzy odrzucili wszystkie konwencjonalne terapie, żyją cztery razy dłużej niż ci, którzy idą za systemem.

Należy powtórzyć jeszcze raz: odmawiający konwencjonalnych metod leczenia raka, żyli ponad cztery razy dłużej. To jest coś, czego nigdy nie usłyszysz w głównych mediach, które nadal promują mit, że chorzy na raka potrzebują trucizn wtryskiwanych do ciał, aby przetrwać i wyzdrowieć.

Badania Dr Jones również stwierdziły, że tak samo jest w sprawie konwencjonalnych metod leczenia raka piersi. Kobiety z rakiem piersi, które odmówiły chemioterapii, promieniowania, operacji – i pozostały bez leczenia – również przeżyły cztery razy dłużej niż kobiety, które poszły pod nóż lub zatruwały organizm chemikaliami.

Jak przyznano w nowszym badaniu opublikowanym w czasopiśmie „Clinical Oncology” (kliniczna onkologia) w 2004 roku, chemioterapia jest naprawdę skuteczna tylko w około 2 procentach we wszystkich nowotworach. I to jest na podstawie standardowych pięcioletnich kryteriów przeżycia, co nie jest technicznie indykacją leczenia – mimo że lekarze twierdzą, że jest inaczej.

Jeżeli chcesz więcej dowiedzieć się, pobierz pdf – j. ang.

Branża rakowa nie rozwija się od 10 lat

Inne badanie opublikowane w „Journal of American Medical Association” w 1979 roku, pokazuje, że wiele z najczęstszych procedur diagnozowania i leczenia raka piersi, z których prawie wszystkie są stosowane do dziś, nie przyczyniły się do obniżenia liczby chorych na raka piersi i nie zwiększyły liczby wyleczeń z choroby.

Dwa inne badania, jedno z Izraela, które zostało opublikowane w 1978 roku, a drugie z Wielkiej Brytanii, które zostało opublikowane w czasopiśmie „The Lancet” w 1980 roku, doszły do podobnych wniosków.

„Całkowity czas przeżycia pacjentów z rakiem piersi, nie poprawił się w ciągu ostatnich 10 lat, pomimo rosnącego stosowania wielu leków chemioterapii w leczeniu przerzutów”, wyjaśnia badanie Lancet, zatytułowane „Chemioterapia nie wydłuża długości życia w grupie pacjentów z przerzutami raka piersi”.

„Co więcej, nie ma żadnej poprawy przeżycia u pacjentów z przerzutami, a nawet życie pacjentów przyjmujących chemioterapię zostało w wielu przypadkach skrócone”.


Komórki rakowe powstają głównie z nagromadzonych metali ciężkich w organizmie. Należałoby najpierw pacjenta odtruć, natomiast medycyna konwencjonalna proponuje chemioterapie. Niszczy zdrowe komórki, zatruwa organizm, czyli przyczynia się do powstania nowych komórek rakowych.

źródło: naturalnews.com

Kasia Brzoza – studentka biologii na Albertus Magnus Collage w USA

https://onalubi.pl/rak/chemioterapia-sz ... pacjentow/

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nowotwory i chemioterapia
PostNapisane: 24 lis 2017, 21:18 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3118
Coltrane napisał(a):
Chemioterapie są nieskuteczne

I co teraz w zamian będzie mieć do zaoferowania MEDYCYNA?
Bo na pewno coś ma, skoro tak odważnie pozwala się artykułować całą prawdę o truciu chemią
całego organizmu dając w zamian złudną nadzieję i wykasowanie pacjenta.
Wykasowanie dosłownie i w przenośni, bo wydojenie z kasy i skasowanie do grobu.

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nowotwory i chemioterapia
PostNapisane: 05 gru 2017, 23:41 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3118
"Wyleczyć nieuleczalne" cz. 1
wykład lekarza Andrzeja Więckowskiego.


_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nowotwory i chemioterapia
PostNapisane: 07 gru 2017, 17:55 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3118
Mamy haka na raka! Jedna z najmłodszych profesorek w Polsce tłumaczy,
jak go znalazła


Obrazek

Pamiętam ten moment. Widziałam pod mikroskopem, jak komórka odpornościowa podpływa do komórki nowotworowej i pompuje w nią "klatkę", którą wcześniej do niej włożyłam. Odkrycie! Kiedyś ten koń trojański zaniesie lek w każdy zakątek. Dopadnie nowotwór tam, gdzie dziś nie potrafimy go dopaść.
Rozmowa z prof. Magdaleną Król – profesorką na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej SGGW w Warszawie i kierowniczką Zakładu Fizjologii, ponadto członkinią Polskiej Akademii Nauk oraz profesorką wizytującą na Uniwersytecie La Sapienza w Rzymie.

Pochodzi z Płocka, w 2006 r. ukończyła z wyróżnieniem studia na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej SGGW. W 2013 r. została laureatką nagrody naukowej tygodnika „Polityka”. A W 2016 r. otrzymała prestiżowy grant Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych o wartości ponad 1,4 mln euro. W maju 2017 r. prof. Magdalena Król zwyciężyła w plebiscycie czytelników „Gazety Wyborczej” Człowiek Roku w kategorii nauka.

Wojciech Moskal: Jest pani chyba najmłodszym profesorem w Polsce?
Prof. Magdalena Król: Nie wiem, czy najmłodszym, ale na pewno jestem jednym z młodszych.

Profesor zaraz po trzydziestce to u nas wielka rzadkość. Na Zachodzie to norma…
– Na Zachodzie tytuł profesora oznacza trochę coś innego. To stanowisko pracy, które można stracić, jeśli nie osiąga się wyników: nie zdobywa grantów, nie publikuje lub nie patentuje. U nas oczywiście profesor też jest stanowiskiem, ale tzw. profesor belwederski to tytuł dożywotni. W większości krajów najwyższy stopień naukowy to doktor.

Kolejne spotkanie z jutronautami 6 października (piątek), godz. 15.30. Katowice, Uniwersytet Śląski, Wydział Prawa i Administracji, ul. Bankowa 11B.

Wstęp na wydarzenie jest bezpłatny, obowiązuje rejestracja na stronie: jutronaucikatowice.evenea.pl

Magdalena Król
Magdalena Król Andrzej Hulimka/REPORTER / REPORTER

Patrząc na tytuły pani prac i tematy badań, pomyślałem w pierwszej chwili, że bardziej by tu pasowała medycyna, biologia molekularna, może genetyka. Ale pani wybrała weterynarię.
– Jak wybierałam weterynarię, to w ogóle nie myślałam o tym, że wyląduję w nauce.

Poszłam na weterynarię z miłości do zwierząt. Od dziecka marzyłam o tym, żeby zostać lekarzem weterynarii. Ale w trakcie studiów zaczęły mi się podobać kolejne przedmioty, polubiłam siedzenie w laboratorium i odkrywanie czegoś nowego.

Po studiach pracowałam w lecznicy przez dwa lata, równocześnie zaczęłam doktorat. I jakoś tak mnie ta nauka wciągnęła, że zrezygnowałam z lecznicy i zajęłam się badaniami.

A jaką rolę odegrały w tym wszystkim owczarki flandryjskie. To była pani fascynacja czy to one sprawiły, że się pani zafascynowała weterynarią?
– Źródłem fascynacji był chyba rottweiler, którego kupili mi rodzice. Paco był wyjątkowo chorowitym osobnikiem, wciąż chorował. Przez pewien okres, podczas antybiotykoterapii, praktycznie codziennie musiałam z nim chodzić do lecznicy. To właśnie wtedy zainteresowałam się weterynarią. Czasem sobie myślę, że może to była taka wymyślona przeze mnie psia hipochondria, żeby mieć pretekst do chodzenia do lecznicy. A bouviery przyszły później.

To była duża hodowla?
– Amatorska. Miałam z reguły dwie dorosłe suczki i zdarzało się, że obie szczeniły się w jednym czasie. Raz było nawet 14 szczeniaków w domu – superfrajda.

Później hodowla zeszła na dalszy plan. Trudno było pogodzić studiowanie w Warszawie z opieką nad psami w Płocku. Sześć lat temu przyszła na świat moja córeczka Agatka, a i nauka wyrywała drapieżnie coraz więcej czasu z mojego życia. W końcu zabrakło go na regularną pielęgnację psów i wyjazdy na wystawy. Rodzice postanowili mnie odciążyć i przejęli wszystkie obowiązki związane z hodowlą.

Obecnie mam sunię cavaliera, miesiąc temu przywiozłyśmy ją razem z córką od hodowcy z Niemiec. Znowu planuję jeżdżenie na wystawy – jak widać, stara miłość nie rdzewieje. Mało tego, moją dawną pasją zaraziłam córkę, więc teraz mamy wspólne hobby.

Chciała pani zostać psim położnikiem?
– Tak naprawdę to co roku chciałam zostać kimś innym, ale przez to, że miałam tę mikrohodowlę psów, zawsze najbardziej fascynowało mnie położnictwo i odbieranie porodów.

Ale?
– Ale pewnego dnia spotkałam prof. Tomasza Motyla kierującego Katedrą Nauk Fizjologicznych na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej SGGW w Warszawie. Zaproponował, żebym zajrzała do laboratorium. Odwiedziłam je i już go nie opuściłam.

Patrząc na tytuł pani pracy doktorskiej – „Transkryptomiczne profile komórek nowotworowych gruczołu sutkowego suki o różnym potencjale proliferacyjnym i antyapoptotycznym” – rzeczywiście widać, że wchodzimy już w bardzo głęboką naukę.
– Tak, to dzieje się na poziomie pojedynczej komórki.

Dlaczego rak sutka u suk?
– Ponieważ to jest bardzo duży problem u zwierząt.

Ludzie rzadko myślą o tym, że zwierzęta chorują jak my.
– To wynika z niewiedzy. Mam kolegów, lekarzy medycyny, którzy się dziwią: „Ojej, to pies kaszle, ma zapalenie płuc?”. Tak, ma. Jest takim samym ssakiem i ma takie same narządy, a zatem te same choroby.

Pamiętajmy też o tym, że żyjemy z naszymi czworonogami w identycznych warunkach środowiska, a czasami nasze zwierzęta jedzą to samo co my. A zatem mamy podobne warunki narażenia, czyli choroby cywilizacyjne dotyczą także ich. Słyszał pan kiedyś, że psy mogą być takimi samymi biernymi palaczami jak ludzie?

W życiu.
– Bo o tym w ogóle się nie myśli i nie mówi. A co do raka sutka – u psów gruczołów sutkowych jest cztery do pięciu razy więcej niż u kobiet; jest też nieco inna gospodarka hormonalna. Dlatego rak sutka u suk występuje trzy razy częściej niż u kobiet. To bardzo duży problem w weterynarii, szczególnie w takich krajach jak Polska, gdzie pokutuje przekonanie, że „suka musi mieć raz w życiu szczenięta”, i rzadziej wykonuje się owariohisterektomię niż na Zachodzie. Badania nad rakiem sutka podczas mojego doktoratu były ogniwem łączącym położnictwo z tą twardą nauką podstawową.

Wróćmy do tego, że znalazła się pani we właściwym czasie we właściwym miejscu. W tym samym miejscu znalazł się prof. Tomasz Motyl.
– Jest moim szefem, kierownikiem katedry, w której pracuję, był moim promotorem.

Różnie bywa w tej polskiej nauce, wszyscy wiemy, że dużo zależy od tego, na kogo się trafi, bo są różni szefowie.

Mądrzy szefowie wspierają młodych, stwarzają im warunki do rozwoju, inwestują w ludzi. Miałam dużo szczęścia, że trafiłam na osobę, która zmuszała mnie – oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu – do różnych aktywności, np. do wyjazdów. Bo muszę się przyznać, że kiedyś – czy to podczas doktoratu, czy po nim – nie za bardzo paliłam się do zagranicznych staży. Jestem osobą bardzo aktywną, pełną zapału do tego, co robię, i werwy do działania, ale przed wyjazdami się broniłam.

Ale jest cała lista tych wyjazdów, sam sprawdzałem.
– Jest, bo po doktoracie szef oznajmił mi, że nie zatrudni mnie bez zagranicznego stażu. Byłam wówczas młodą mężatką i znalazłam się między młotem a kowadłem. Musiałam wypracować jakiś kompromis i ostatecznie zdecydowałam się wyjechać.

Rzeczywiście, ten wyjazd dał mi bardzo dużo. Gdyby nie on, nie byłabym dziś w tym miejscu, w którym jestem.

Dokąd pani wtedy wyjechała?
– Do Amsterdamu. Pracowałam w Netherlands Cancer Institute, świetne miejsce do uprawiania nauki. Tam poznałam mojego przyszłego mentora, do którego później wyjechałam do USA.

Miałam też dużo wyjazdów w ramach akcji COST [Cooperation in Science and Technology] – to inicjatywa UE, która zrzesza naukowców z różnych krajów europejskich zajmujących się podobnymi tematami. Organizują zjazdy dwa razy w roku, żebyśmy się poznali, zintegrowali, zaczęli coś razem robić; trochę taka przeciwwaga dla nauki amerykańskiej.

Musiałam jakoś pogodzić wychowywanie małego dziecka i akcję COST. To było naprawdę duże wyzwanie dla mnie jako matki, bo fizycznie byłam na wyjeździe, a moje serce w Warszawie, przy Agatce. Dzięki akcji COST nawiązałam wiele kontaktów.

Przełamałam pewien kompleks, który myślę, że my, Polacy, często mamy. Mam na myśli niepewność siebie i strach przed jakimś wielkim autorytetem. Czasem boimy się odezwać, bo może się zbłaźnimy, może powiemy coś głupiego. Dostrzegam taką bojaźń i strach nawet u moich studentów.

Dopiero na tych wyjazdach zobaczyłam 70-letnich profesorów, którzy na luzie, na wesoło rozmawiają z doktorantami, ze studentami. Na Zachodzie, szczególnie w krajach anglosaskich, nie ma tej hierarchizacji społeczeństwa akademickiego, która jest tak widoczna u nas. To była jedna z największych korzyści tych wyjazdów – pozbyłam się kompleksów, nawiązałam superwspółpracę z wieloma świetnymi badaczami.

Staram się też taki styl pracy wprowadzać u siebie w zespole. Moi doktoranci wiedzą, że mogą do mnie przyjść i powiedzieć: „Magda, nie masz racji, to tak nie działa, to trzeba zrobić inaczej”. Mam w zespole mądrych ludzi i staram się wykorzystać ich potencjał, zachęcić do swobodnego wyrażania myśli.

Ale widzę, że szef stawiał sprawy jasno.
– Trochę tak, ale się opłaciło. On to robił dla mojego dobra, tylko ja wtedy jeszcze byłam za młoda i za głupia, żeby to docenić.

I oczywiście pani dziś tę samą przysługę robi swoim studentom?
– Oczywiście. Też ich zmuszam, pilnuję, żeby wyjeżdżali na staże do ośrodków zagranicznych, staram się im tłumaczyć, jakie to jest ważne, dbam o współpracę międzynarodową.

Jeśli przyjeżdżają do nas jacyś naukowcy, to zachęcam studentów, żeby uczestniczyli w rozmowach, w dyskusjach, żeby przełamali swój opór czy wstyd.

Mam wrażenie, że jedną z przyczyn jest wciąż istniejąca bariera językowa. To się na szczęście zmienia, bo widzę, że młodsi ludzie coraz lepiej mówią po angielsku, ale to wciąż nie jest nasz język codziennego użytku.

W ubiegłym roku otrzymała pani niezwykle prestiżowy grant Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych (ERC) o wartości ponad 1,4 mln euro. To grant za słynny już „plecak z bombą w środku” i „konia trojańskiego”. Jaki plecak, jaki koń?
– To innowacyjna metoda dostarczania leków do nowotworów. Terapie komórkowe to obecnie bardzo gorący temat w onkologii. Tu może mamy do czynienia nie tyle z leczeniem komórkami, ile z wykorzystaniem komórek naszego organizmu do zanoszenia na teren guza odpowiednich leków.

Komórka rakowa
Komórka rakowa Sebastian Kaulitzki / EAST NEWS

Jak odkryła pani ten mechanizm?
– W sumie to nie ja sama, bo pracujemy nad tym całym zespołem; dzisiaj w nauce już nic nie robi się w pojedynkę. Ale do sedna. Komórki układu odpornościowego chronią nas przed wszystkim, co obce i złe – bakteriami, wirusami itp. Teraz wyobraźmy sobie, że pojawia się guz nowotworowy – nagle wyrasta jakiś twór, niby obcy, inny, nietypowy, ale nie do końca, bo jednak składa się z naszych własnych komórek. Układ odpornościowy jest więc trochę skołowany, nie rozpoznaje tych komórek jako obce, bo nie ma ku temu podstaw. Komórki nowotworowe mają też zdolności oszukiwania układu odpornościowego, mówiąc kolokwialnie: ukrywając białka, po których układ odpornościowy mógłby je rozpoznać jako te, które należy zwalczać.

Z drugiej strony guz nowotworowy nacieka na inne tkanki, jest tam ciasno, duszno, brakuje tlenu, bo naczynia krwionośne proliferują dużo wolniej niż komórki nowotworowe i nie nadążają wrastać w masę guza. Dochodzi do powstania stanu zapalnego, więc organizm robi to, co przy każdym zapaleniu – wysyła tam komórki układu odpornościowego.

Jest tylko jeden rodzaj komórek, makrofagi, które jako monocyty docierają do guza, a tam wychodzą spoza naczyń krwionośnych i już jako makrofagi wędrują w głąb guza, właśnie do tych niedotlenionych, nieukrwionych miejsc, gdzie nic innego nie dociera.

Stąd narodził się pomysł. Skoro wiemy, że makrofagi tam docierają, to fajnie byłoby, gdyby przy okazji zaniosły tam leki przeciwnowotworowe.

Te niedostępne miejsca stanowią realny problem w klinice. Po chemioterapii, kiedy większość komórek nowotworowych została zabita, to akurat w tym niedostępnym miejscu złośliwe komórki są w stanie przetrwać, bo nie dotarł tam lek. Komórki te mogą odrosnąć i dać początek wznowie guza albo przerzutować.

Powstało tylko pytanie: jak dostarczyć lek tym naszym makrofagom, żeby ich nie zabić, a żeby go zaniosły tam, gdzie chcemy?

I jak?
– Odbyła się burza mózgów z kolegami z Włoch i doszliśmy do wniosku, że trzeba wypróbować pewien rodzaj białek, które pod względem budowy przypominają klatki, do których można ewentualnie coś zapakować. Wpierw oczywiście musieliśmy sprawdzić, czy to się w ogóle da zrobić, czy nasze makrofagi dadzą się załadować tymi białkowymi „klatkami”.

Ale to był dopiero początek. Prawdziwe piękno tego projektu objawiło się, kiedy makrofag załadowany tymi „klatkami” spotkał się z komórką nowotworową. Pamiętam dokładnie ten moment. Widziałam pod mikroskopem, jak komórka odpornościowa – mój koń trojański – podpływa do komórki nowotworowej i pompuje w nią „klatkę”, którą wcześniej do niej włożyłam. To było to – odkrycie!

Nikt wcześniej tego nie zaobserwował. Potwierdziliśmy, że jesteśmy w stanie użyć makrofaga jako konia trojańskiego, który pójdzie na teren guza i przekaże komórce nowotworowej to, co my chcemy, żeby przekazał. Nazwaliśmy ten mechanizm TRAIN (ang. TRAnsfer of Iron-binding proteiN).

Z jednej strony ma to oczywiście implikacje praktyczne, ale z drugiej, to czysta i bardzo piękna nauka. Chcemy np. wyjaśnić, dlaczego właściwie makrofag te białka pobiera, a potem przekazuje. Musi to robić w jakimś celu, bo w przyrodzie przecież nic nie dzieje się bez przyczyny. I pytanie: czy on je przekazuje, bo chce zabić komórkę nowotworową, czy może chce jej pomóc w rozwoju, bo nie wie, że jest to komórka zła, złośliwa?

To wszystko są oczywiście nowe zjawiska, dopiero co odkryte. Badamy je, bo dzięki temu będziemy mogli lepiej zrozumieć biologię całego guza nowotworowego i być może to odkrycie utoruje drogę następnym. A zrozumienie skomplikowanej biologii nowotworów i wszystkich zależności pomiędzy komórkami złośliwymi a pozostałymi znajdującymi się w ich otoczeniu jest bardzo ważne. Guz nowotworowy jest takim państwem w państwie, które rządzi się własnymi prawami.

Oczywiście najbardziej pragnęlibyśmy, by to odkrycie udało się wykorzystać do stworzenia nowych terapii antynowotworowych, i intensywnie nad tym pracujemy.

W których nowotworach?
– Przede wszystkim myślimy o tzw. guzach litych [to np. rak trzustki, jajnika, piersi, jelita grubego, nerki], gdyż w ich przypadku jest duży problem z dostarczaniem leków.

Obecnie może tylko 1-2 proc. tego, co podajemy dożylnie, dociera do guza, a nawet jeżeli leki dotrą, to ich dystrybucja jest słaba i nie docierają np. do tych miejsc nieukrwionych, do których migrują makrofagi. Pozostała część leku trafia do innych tkanek, a przecież są to toksyczne substancje powodujące wiele skutków ubocznych.

Aktualnie pracujemy nad tym, by wytypować docelową grupę pacjentów, która mogłaby czerpać korzyści z terapii. Na początku robiliśmy oczywiście testy na komórkach mysich, to był rak piersi i rak jelita grubego.

W tej chwili przetestowaliśmy nasz TRAIN, czyli nasz pociąg, w szerokim panelu różnych komórek ludzkich nowotworów. Wygląda na to, że dobrym celem może być np. rak trzustki, jajnika, rak piersi czy nowotwory rozwijające się w kościach. Ale oczywiście to wszystko musimy jeszcze bardzo dokładnie zbadać.

ERC określa swoje granty jako „high risk – high gain”, co oznacza, że choć ryzyko niepowodzenia jest duże, to potencjalna korzyść też jest bardzo wysoka.
– Mój projekt został nawet oceniony przez recenzentów ERC jako „High risk – EXTREMLY high gain”, czyli jeżeli się sprawdzi, może dojść do przełomu w medycynie.

Czy to jest pani główny i jedyny projekt, czy jeszcze nad czymś pani pracuje?
– Właśnie dostaliśmy grant polsko-turecki na zrobienie testu diagnostycznego dla kobiet z tzw. potrójnie negatywnym rakiem piersi. Ten typ nowotworu jest dziś bardzo trudny do leczenia, ale jest grupa pacjentek, która dobrze reaguje na pewne terapie. Chcemy opracować test molekularny, dzięki któremu będzie można wytypować właśnie te pacjentki, które mają największe szanse na skuteczne leczenie.

Moim partnerem ze strony tureckiej jest prof. Ali Gure z Uniwersytetu Bilkent. Przez wiele lat pracował w Nowym Jorku, potem wrócił do Turcji. A poznałam go podczas jednego z tych wyjazdów akcji COST, do których zmuszał mnie mój szef.

Znajduje pani jeszcze czas na prowadzenie firmy?
– Rzeczywiście, jestem współwłaścicielką firmy biotechnologicznej. Nazywa się Cellis, została stworzona, by rozwijać komercyjnie naszą technologię, czyli komórkowe dostarczanie leków do guzów. Mamy też projekt diagnostyczny – chcemy dostarczać radioznaczniki do małych przerzutów nowotworowych i wykrywać je za pomocą PET, czyli pozytonowej tomografii emisyjnej.

W sumie cały zespół pracujący nad tymi projektami liczy ponad 20 osób.

Brzmi to jak zachodni model funkcjonowania nauki – grupa naukowców, uczelnia, pączkująca firma biotechnologiczna. W Polsce to wciąż rzadkość.
– I to wielka rzadkość. Moim zdaniem wynika to w dużej mierze z braku tradycji i wiedzy naukowców, jak to robić. Brak jest dobrych przykładów sukcesu i wiary, że to właśnie mi może się udać.

Pamiętam, że gdy po odkryciu pojechałam do Rzymu pokazać wyniki kolegom, od razu mi powiedzieli: „Magdalena, powinnaś pomyśleć o IPR". A ja kompletnie nie wiedziałam, o czym mówią, ale oczywiście mina pokerzysty, komórka, Google i sprawdzam, o co chodzi. Widzę, że o intellectual property rights, czyli patent. Ale jak to opatentować? W ogóle nie miałam pojęcia, jak to zrobić. Dziś już na szczęście o wiele lepiej poruszam się w tym komercyjnym, start-upowym świecie. Jednak wielu polskich naukowców wciąż nie wie, jak komercjalizować wyniki swoich badań.
To taki kamień, o który od lat potykają się polscy badacze. Na Zachodzie każda uczelnia ma osobę, która zajmuje się patentami.
– I to nawet nie jedną, z reguły jest to grupa specjalistów. Akurat byłam chyba jedną z pierwszych osób, które skorzystały z tzw. ustawy uwłaszczeniowej dla naukowców, zgodnie z którą własność intelektualna może zostać przekazana twórcy przez uczelnię.

Niektóre uczelnie mają już możliwość wchodzenia – w formie spółki celowej – jako udziałowcy w start-upach pączkujących na danej uczelni. Tak działa w Polsce np. Uniwersytet Warszawski, choć nie tylko. To jest superrozwiązanie, w ten sposób powinien funkcjonować każdy uniwersytet.

Tak jak Stanford na samym początku był udziałowcem Google’a?
– Dokładnie tak. W sierpniu odwiedziłam Uniwersytet Stanforda, nawiązałam współpracę, dyskutowałam o naszych wynikach. Naukowcy, których spotkałam, mają od razu zakodowane w głowie najważniejsze pytania: „jak to skomercjalizować”, „co zrobić, by przyszła po to tzw. big Pharma”...

Nie tylko w USA te kwestie są dobrze rozwiązane. Na przykład na Uniwersytecie w Utrechcie jest spółka celowa, która jest współudziałowcem ok. 300 start-upów. Zapewnia infrastrukturę i seed capital, czyli pieniądze na start, często w wysokości ok. 1 mln euro. I nawet jeżeli sukces odniesie jeden czy dwa z tych start-upów, to dochód zapewnia finansowanie całej reszty.

Niestety, wiele uczelni w Polsce, w tym np. moja uczelnia, ze względów statutowych nie ma jeszcze możliwości wchodzenia jako współudziałowiec do spółek. Ale to wszystko pomału się zmienia i dobrze, że coraz więcej się o tym mówi. Trzeba edukować naukowców, społeczeństwo i urzędników, którzy potem rozliczają granty.

W dzisiejszych czasach taki zakaz jest chyba lekko absurdalny?
– Skoro Uniwersytet Warszawski ma taką spółkę celową, to chyba można to zrobić. Choć oczywiście nie funkcjonuje to tak dobrze jak w USA czy Europie Zachodniej.

W każdym razie ja skorzystałam z uwłaszczenia i wraz z kolegą z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, kolegą z Rzymu i oczywiście naszym inwestorem założyliśmy firmę biotechnologiczną.

A inwestor skąd?
– Z Polski. Dobrze nam się współpracuje w tym zespole. Jesteśmy tak naprawdę jedyną w tej części Europy firmą, która robi terapię komórkową nowotworów. Robimy to z wielką pasją i mamy ambitny cel.

W Polsce ktoś poza wami zajmuje się tym tematem?
– Na początku maja byłam w Londynie na konferencji naukowej poświęconej właśnie terapiom komórkowym. Z Polski byłam tylko ja, co było dość przygnębiające.

Na Zachodzie innowacyjna nauka, wdrażanie jej wyników do przemysłu, wprowadzanie na komercyjny rynek są zupełnie inaczej traktowane niż u nas. Na przykład Brytyjczycy lobbują za swoimi naukowcami w koncernach, oferują ulgi podatkowe firmom, które zainwestują w eksperymentalne terapie, ułatwiają przepisy; jednym słowem, robią wszystko, by wspomóc innowacje.

Nigdy nie kusiło pani, żeby wyjechać?
– Kusił mnie wyjazd do Stanów Zjednoczonych, bo to świetne miejsce do uprawiania nauki. Miałam również wiele bardzo atrakcyjnych finansowo propozycji z Europy, aby się przenieść na inny uniwersytet i tam rozwijać projekt, ale jestem dosyć silnie związana z Polską, a poza tym traktuję swoją pracę trochę jak wyzwanie. Zrobić coś takiego u nas, przetrzeć szlaki, pokazać innym, że można, że się udaje, to jest dopiero coś! W Stanach byłoby to zbyt proste.

Ale żeby podejmować takie wyzwania, musimy się cofnąć do podstaw. Sama pani narzekała, że studenci potrafią wyrysować wzory wszystkich witamin, a nie potrafią zadać rozsądnego pytania w dyskusji czy w panelu.
– To jest faktyczny problem, ale nie tylko studentów. Studia to tylko wycinek edukacji, a już od przedszkola powinno się dzieci uczyć krytycznego myślenia, negowania utartych poglądów, zadawania pytań, eksperymentowania i pracy w grupie. Młodzież w dobie internetu działa na zasadzie copy-paste, a kopiując, nigdy nie będziemy innowacyjni.

Mam też wrażenie, że dziś za rzadko zmusza się uczniów czy studentów do dyskusji, do zadawania pytań, za rzadko wciąga się ich w rozmowę. Wciąż dominuje schemat – przychodzi pan czy pani, wygłasza wykład i mówi: „Proszę się nauczyć, jutro będzie kartkówka”. Zadanie pytania przez ucznia spotyka się z oburzeniem: „Jak to? To ty tego nie wiesz?”. Sama pamiętam wielu takich nauczycieli. Za mało jest egzaminów ustnych, które zmuszają studenta czy ucznia do rozmowy, a za dużo testów.
Mam nadzieję, że to się zmieni.

Badania pokazywały też, że polscy studenci mają problem z pracą w zespole.
– Bo też nie jesteśmy tego uczeni. Ale tu akurat mam wrażenie, że są zmiany na lepsze. Nawet jak obserwuję córkę w przedszkolu, to widzę, że te dzieci coraz więcej rzeczy robią razem. Pamiętam system, w którym prawie nic nie robiliśmy w zespole, liczyła się praca indywidualna.

Córka też będzie weterynarzem?
– To się zmienia jak w kalejdoskopie. Miała zostać weterynarzem i leczyć zęby psom. Teraz się zmieniło i będzie jak mała reporterka Nela podróżować po świecie i robić reportaże. Ale zaznacza, że drugim jej zawodem będzie behawiorystka zwierząt.

Już w przedszkolu wie, że istnieje coś takiego jak behawiorystka?
– Tak, ona jest bardzo obeznana w temacie, czyta mi przez ramię książki i maile, ale też coraz więcej rozumie z tych wszystkich artykułów i wywiadów. Kaszlę, a ona potrafi mi powiedzieć na to: „Mamo, mamo, do twoich płuc natychmiast trzeba wysłać makrofagi”. Lubi też oglądać „Było sobie życie” – genialny serial, który nigdy się nie zestarzeje.

29 września 2017

http://wyborcza.pl/Jutronauci/7,160052, ... -raka.html

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nowotwory i chemioterapia
PostNapisane: 10 gru 2017, 02:00 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3118
Rak to nie wyrok tylko Rak’n’roll



Rak’n’roll – chyba właśnie to słowo ciśnie się na usta, po wysłuchaniu prelekcji dr Mariusza Wirgi na temat walki z rakiem. Nie jest to standardowe myślenie do jakiego przywykliśmy słysząc o wykrytym nowotworze.

kilka ciekawych komentarzy:
Podświadomie od dawna stosuję te metody. Myślałem, że jestem infantylny a tu: ta dam!!!
Najważniejsze, to zauważać w sobie często dawno zapomniane a bardzo potrzebne by się dostosować do sytuacji - dziecko. Dziecko, które się uczy, które ma prawo do popełniania błędów, które potrafi się tak zapamiętać w zabawie, że myśli iż jest ona rzeczywistością.

Umysł jest źródłem zarówno zdrowia jak i choroby.....

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nowotwory i chemioterapia
PostNapisane: 12 gru 2017, 14:32 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7359
Lokalizacja: Podlasie
Co robić, aby nie mieć raka?

Obrazek

Dowiadujesz się, że masz nowotwór. Rozpacz ciśnie się na usta.

Jeżeli masz, chociaż odrobinę wiedzy o systemie medycznym, to negatywne myśli zabijają psychikę.

Doskonale wiesz o tym, że onkologia nie ma wiele do zaoferowania.

Dostaniesz masakrycznie drogie zastrzyki z trucizną, tzw. chemioterapie. Wykształceni lekarze z wieloma tytułami wierzą, że trucizna zniszczy komórki rakowe wraz z komórkami macierzystymi.

Przyznaj, że to dziwne.

Niby inteligentni ludzie, a bez skrupułów będą wlewać do twojego organizmu chemię, trucizny.

Nawet, jak jesteś w tej super szczęśliwej grupie 3-5 procent pacjentów, którzy żyją kilka lat po chemioterapii, to twój organizm jest ruiną.

Powoli, systematycznie będzie wysiadał organ po organie.

Twoje życie zamieni się w koszmar.

Brać chemię czy nie?

Nawet osoby z dużą wiedzą o skorumpowanej medycynie, ulegną naciskom otoczenia, rodziny, lekarzy i własnej zdruzgotanej psychiki.

Zgodzą się na chemioterapię.

Czy należy je krytykować?

Nie, krytykować możemy lekarzy, naukowców, polityków za aprobatę tak destrukcyjnych metod walki z nowotworami.

Kolejne super leki na raka są chucpą, pluciem w twarz chorego.

65% nowych leków na raka nie działa…

Jakże byłoby super, gdyby można było iść do lekarza z wiarą, że nowotwór to niegroźna choroba. Bo lekarz ma całe spektrum naturalnych metod leczenia.

Co zrobić, gdy masz raka?

Najpierw zdobądź wiedzę, czym jest nowotwór, skąd się pojawił w twoim organizmie.

Jeszcze lepiej, jak nie masz nowotworu i cały czas chronisz organizm od tej śmiertelnej choroby.

Czym jest nowotwór?

Symptomem, objawem, sygnałem, zapowiedzią, znakiem.

Nie jest chorobą.

Jest sygnałem płynącym z organizmu, że z jakieś przyczyny nie zadziałał układ odpornościowy.

U zdrowej osoby, która dba o układ odpornościowy, komórka rakowa zostanie zabita, usunięta z organizmu.

U zaniedbanej osoby, w organizmie jest tak dużo złych szkodników, obcych ciał, toksyn, że system nie działa prawidłowo.

Zostaje wyłączony przez szkodniki.

W jaki sposób?

Podam jeden z wielu przykładów destrukcji organizmu.

Masz grypę, przeziębienie, kaszel, katar, temperaturę.

Co robisz?

Sięgasz po tabletki na ból głowy, na ból kości, na gardło, zbijasz temperaturę, do tego dorzucisz antybiotyk.

W taki właśnie sposób niszczysz układ odpornościowy.

Wysoka temperatura, katar, kaszel, bóle to reakcja obronna organizmu.

Nie powinno się zwalczać lekami, tylko wspomagać system odpornościowy.

My zwiększamy dawki witaminy D3, witaminy C, czosnku, robimy mikstury na płukanie nosa.

Po 2-4 dniach organizm sam zwalcza chorobę.

Są nauki, które mówią, że osoby niemające co jakiś czas gorączki, mają zniszczony system odpornościowy.

Inne nauki mówią, że gorączka, kaszel, katar to… oczyszczanie organizmu z toksyn.

Związane są z walką organizmu z wirusem i powstaniem toksyn.

Jeżeli przez lata na wszystkie choroby używasz leków, antybiotyków, to dzień po dniu osłabiasz własny system odpornościowy.

Leki, antybiotyki mają całą listę skutków ubocznych.

Wcześniej czy później dojdzie do nieszczęścia: system odpornościowy nie zabije nowo utworzonej złośliwej tkanki.

Nowy twór pojawi się na piersi, macicy, nerce lub w każdej możliwej części organizmu.

Nie stało się to w wyniku nieszczęśliwego przypadku, tylko twojej głupoty, niewiedzy.

Przez lata rabowałaś, okradałaś własny organizm.

Pełno w nim toksyn, trucizn, niski poziom witaminy D3 i brak wielu innych niezbędnych substancji.

Już teraz, od dzisiaj, pielęgnuj swój układ odpornościowy, aby sam, bez leków bronił cię przed często niewyleczalnymi drogą medyczną, chorobami.

Organizm powinien sam zwalczać wszelkich intruzów.

My mamy mu w tym pomóc, a nie przeszkadzać.





https://martabrzoza.pl/nowotwory/co-rob ... miec-raka/

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 7 ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /